- Opowiadanie: Ślimak Zagłady - I szli po zagiętej plaży

I szli po zagiętej plaży

Hasło: Zagubiony turysta na plaży naturystów

Od jakiegoś czasu nie dzieliłem się z Wami żadną dłuższą formą. Mam nadzieję, że zdołałem uczynić postępy, ale bardzo mi daleko do pewności. Jak zawsze jestem otwarty na dyskusje i konstruktywną krytykę! Ostrzeżenia dotyczące treści: zgodnie z hasłem, w opowiadaniu mogą wystąpić sceny nagości.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

I szli po zagiętej plaży

Olek otworzył oczy. Było ich czterech, a Święty Mikołaj przypatrywał się im z namysłem, prawie niedowierzaniem.

– Czyli jest was czterech i wszyscy macie na imię Olek?

– Właśnie tak – potwierdził jeden z Olków – mnie dla rozróżnienia przezwali Kanarem, bo podobno lubię kontrolować wszystko i wszystkich. A dlaczego pan tak chce wiedzieć?

– Boję się, że to nie jest zwykły przebieraniec – wtrącił z drżeniem w głosie inny Olek, zwany przez przyjaciół Sawką, co było skrótem od Trzęsawki.

– Nie ma strachu, chłopie. Ile razy mam ci mówić, że już takim dwóm jak nam czterem to nie podskoczyłby ani jeden?

Trzeci z młodych ludzi, Olek Siła, odznaczał się bezpośrednim podejściem i gotowością do konfrontacji. Kiedy Święty Mikołaj spojrzał na niego uważniej, odniósł migawkowe wrażenie, że musi być sporo wyższy i szerszy w barach od pozostałych, ale po chwili wszyscy znowu zdawali się podobni do siebie jak cztery krople wody. Odezwał się do nich:

– To prawda, nie jestem zwykłym przebierańcem. W tym szczególnym okresie roku mogę spełniać niektóre życzenia. Mógłbym was na przykład zabrać, dokąd zechcecie.

– Czyli zrobi pan to, czego sobie zażyczymy? – upewnił się Olek Kanar.

– Czy… czy to aby na pewno bezpieczne? – zająknął się jednocześnie Olek Sawka.

– W rozsądnych granicach – odpowiedział Mikołaj, najwyraźniej na obydwa pytania naraz.

Wreszcie odezwał się czwarty z Olków, nieco schowany za pozostałymi:

– „Dokąd zechcemy” to bardzo dużo możliwości. Jeżeli pojedziemy w góry, to nie zwiedzimy żadnego pięknego miasta. Jeśli wybierzemy się w dżunglę amazońską, ominie nas Antarktyda. A może światy fantastyczne także wchodzą w grę?

– Owszem.

– Jeżeli trafimy do Śródziemia, to nie trafimy do Narnii… – Tego czwartego Olka nazywali Szefem ze względu na wrodzone zdolności przywódcze i łatwość podejmowania decyzji.

– Moglibyśmy wybrać plażę naturystów – wyrwał się nagle Siła.

– Świetny pomysł! – Święty Mikołaj aż przyklasnął. – Może właśnie tego potrzebujecie. Wybaczcie, chłopaki, nie mogę wam poświęcić więcej czasu; mam cały glob do oblecenia.

Pstryknął palcami. Wszystko zawirowało, zgasło i znowu rozbłysło.

 

Zanim jeszcze oczy Olka przywykły do nagłej jasności, zorientował się, że jest nagi jak go Pan Bóg stworzył. Po chwili zobaczył, że jego przyjaciele są w takim samym położeniu.

Olkowie nie przedstawiali sobą bardzo imponującego widoku. Sylwetki ich były jakby przygięte, ramiona zaokrąglone, brzuszki nieznacznie zarysowane; nie całkiem zmężniałe ciała tu i ówdzie porastało rzadkie czarne włosie. Zasłaniali się też wstydliwie, aż Siła wykrzyknął:

– Co za bzdura, żebyśmy się zakrywali jeden przed drugim, kiedy i tak wszyscy wyglądamy kapka w kapkę tak samo głupio! Trzeba się raczej połapać w sytuacji.

– Ja wcale nie chciałem tu być! – odpowiedział mu na to Sawka, wymachując rękami. – Nic przy sobie nie mamy, nie wiemy, co robić i co to za miejsce, i… i… – Podbródek mu się formalnie trząsł i biedaczysko wyglądał na gotowego do płaczu.

Szef wodził wzrokiem od jednego do drugiego, dwóch z czterech takich samych golasów, i ruszał ustami jak ryba. Kanar zaś postanowił odzyskać poczucie kontroli:

– Skoro Mikołaj posłał nas na plażę naturystów, idźmy w stronę plaży! Tam na pewno dowiemy się, co dalej.

Olkowie stali na piasku w sosnowym lesie, rzedniejącym u skraju pasa wydm. Drewniane płotki odgradzały przekopane wejście na plażę. Wyglądało to nawet swojsko, bałtycko, ale brakło typowych napisów. Pogoda była upalna, żar i biel słońca niesamowite, niebo nad miarę niebieskie, wpadające wręcz w granat.

Ruszyli naprzód, popatrując jeden na drugiego z nerwowymi śmieszkami. Plaża wydawała się ogromnie rozległa, obniżająca się jakby tarasami: nie widzieli jeszcze morza, choć czuli jego zapach. Za pierwszym załamaniem jej poziomu, gdy las zniknął im z oczu, trafili nagle w tłum naturystów.

– O jeny – jęknął Szef.

Plaża była wprost zapchana porozbieranymi emerytami płci obojga. Najmłodszy z tych letników był na pewno grubo po sześćdziesiątce. Inaczej niż młodzieńcy, mieli przy sobie różne rzeczy – leżeli na ręcznikach, w parawanach, z książkami, torebkami, walizeczkami nawet – ale na sobie żaden nie miał choćby śladu tekstyliów.

Kanar rezolutnie odezwał się do najbliższej pary, potężnego mężczyzny z szarymi wąsami obwisłymi jak u morsa i rudowłosej damy, która na pytanie o obwód w talii musiałaby odpowiedzieć „z biustem czy bez?”:

– Przepraszam, co to za miejsce?

– Warum sind Sie so unsicher? – odpowiedziała pytaniem dama.

– Czy tu jakiś kataklizm wybił wszystkich młodszych ludzi? – spróbował jeszcze po angielsku Szef.

– Diese Jugendlichen haben keine Ahnung von Freikorpskultur. – Mężczyzna zwrócił się do partnerki, ignorując Olków.

– Sawka, ty kiedyś chodziłeś na niemiecki?

– Daj spokój, nic nie pamiętam.

W miarę jak młodzieńcy szli dalej w głąb plaży, nagość i szlachetna mowa Goethego otaczały ich z każdej strony, wciskały się natrętnie w oczy i uszy.

– To jakieś złe miejsce. Tego wszystkiego jest za dużo dookoła. Gdzie ty nas zaciągnąłeś? – Sawka dalej narzekał i patrzył z wyrzutem na Siłę.

– Odczep się ode mnie i nie gadaj bzdur. Wiem tyle, co i ty! – krzyknął gwałtownie Siła, i tym razem chłopak rzeczywiście zaczął chlipać. Żaden z emerytów nie poświęcił ich scenie więcej niż jednego spojrzenia.

– Ja rozumiem, co on ma na myśli – wziął go w obronę Kanar. – Zobaczcie, na tej plaży jest jakby nadmiar miejsca, natłok taki. Wydaje się, że w każdej chwili mamy z dziesięciu Niemców dosłownie na wyciągnięcie ręki, a przecież nie leżą jeden na drugim. Wszystko widać takie duże, jakbyśmy w każdą stronę patrzyli przez lornetkę. W polu widzenia jest tych parawanów… sam nie wiem…

– Co najmniej dziesiątki tysięcy – oszacował ponuro Szef.

Brodząc w nagrzanym piasku, doszli wreszcie do brzegu morza. Stali bywalcy widocznie woleli się opalać, prawie nikt nie pływał. Siła przyklęknął, nabrał wody w złożone dłonie i wziął niewielki łyk:

– Bardzo słona – skrzywił się – i trochę gorzka. Bałtyk to na pewno nie jest.

Przyjaciele nawet nie mieli ochoty się śmiać, patrząc na jego blade, wypięte pośladki.

– To akurat dobrze – zauważył przytomnie Sawka – pora roku się nie zgadza, gdyby to był Bałtyk, to by znaczyło, że przeniosło nas w czasie, nie wiadomo w którą stronę.

– Chodźcie tu przycupnąć w wodzie, schronimy się chociaż przed słońcem.

Siedzieli tak czas jakiś, jednak niecierpliwiła ich potrzeba zrozumienia tego miejsca, przy tym czuli się trochę spragnieni, wkrótce więc ruszyli z powrotem na plażę. Maszerowali krok za krokiem, a obniżające się już powoli na zachód słońce spełzało po pochyłościach piasku i prześwietlało leżące ciała letników. Olków coraz bardziej irytowała obojętność tego nagiego, niezrozumiałego tłumu. A co najgorsze, nie mogli jakoś wypatrzyć lasu, z którego wyszli.

– Albo droga nam się dłuży pod górę – mruknął Szef – albo w ogóle dzieje się tu coś obcego i dziwniejszego. Nie mam pojęcia, co robić.

Tymczasem jednak dostrzegli starszego pana, który szedł dziarsko wzdłuż plaży, pchając przed sobą wypełniony kostkami lodu wózeczek z napojami. Inaczej niż wielu spośród naturystów, nie był chorobliwie otyły, lecz szczupły i nawet zawiędły w sobie, a kiedy walczył z buksującymi w luźnym piasku kółeczkami, męskie narządy chybotały mu się hipnotyzująco w przód i w tył. Najwyraźniej był to handlarz obwoźny.

– Przepraszam – Kanar śmiało wyszedł mu naprzeciw – zgubiłem się tu z przyjaciółmi, nic przy sobie nie mamy i chce nam się pić…

– Zahlung nur in Mark. – Sprzedawca nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Za to młodzieńcy popatrywali po sobie coraz rozpaczliwiej.

– Ja bym napadł tego przeklętego woziwodę – zaproponował Siła. – Jak zrobimy raban, to ktoś się nami wreszcie zainteresuje i powie, o co tu chodzi.

– Coś ty! Posadzą nas albo pobiją, albo w ogóle nie wiadomo, co z nami zrobią – przestraszył się Sawka.

– Ja naprawdę nie mam pojęcia, co dalej – powiedział Szef.

– Macie rację, nie możemy tak ryzykować – stwierdził stanowczo Kanar. – Święty Mikołaj nie przysłał nas tutaj po to, żebyśmy wdawali się w awantury. To musi być jakiś test, zagadka do rozwiązania.

Ponieważ jednak żaden nie miał nowego pomysłu, usiedli tylko w kąciku między niemieckimi parawanami i wyglądali jak cztery z siedmiu nieszczęść.

 

Olek otworzył oczy. Zapewne zapadł w chwilową drzemkę, udało mu się jednak zbudzić w bardzo właściwym momencie.

Przyjaciele obrócili głowy jak na komendę. Wzdłuż brzegu morza, od lewej strony patrząc z ich perspektywy, biegła żwawym truchtem niezwykłej urody dziewczyna. Jej ciemne, kręcone włosy sięgały szczytu ramion i niczego nie zasłaniały, drobne piersi prawie nie podskakiwały w rytm kroków, mięśnie były wyraźne, sylwetka zwarta, ale nie chłopięca. Cera oliwkowa bez śladów oparzeń słonecznych. Co jednak najniezwyklejsze, na oczach miała zawiązaną opaskę. Czarny materiał nie przepuszczał odrobiny światła, frędzle powiewały na wietrze, ale ewidentnie w niczym jej to nie przeszkadzało, kolejne ślady stóp – pięta słabo zaznaczona, palce głębiej – odbijały się równo w dwóch liniach u samej granicy ciemniejszego przybrzeżnego piasku. W każdych okolicznościach zwracałaby uwagę, ale w tych – jeszcze skontrastowana z pozostałymi bywalcami dziwnego kurortu – wydawała się najpiękniejsza na świecie.

– Musimy spróbować do niej zagadać. – Siła pierwszy wystąpił z pomysłem.

– Jasne, na pewno poczuje się bezpiecznie, kiedy ją nagle zaczepi czterech chłopa – zadrwił Sawka.

– Prawda, głupio tak jakoś, zwłaszcza gdy wszyscy jesteśmy nieubrani – zgodził się Szef. – Z drugiej strony, może właśnie ona będzie nam potrafiła coś wyjaśnić? Na pewno się tutaj wyróżnia. To nie jest łatwa decyzja…

– Przede wszystkim trzeba ją szybko podjąć – zauważył Kanar – bo ona nas minie i tyle z tego będzie. Ja tam bym spróbował. Zawsze możesz wymagać, żeby inni odnosili się do ciebie uprzejmie i szanowali granice, ale nie tego, żeby w ogóle się nie odnosili i nie próbowali zawrzeć znajomości.

Ruszyli też zaraz z Siłą, a Szef i Sawka dopiero o parę kroków za nimi, nie chcąc rozdzielać się z kompanami.

– Cześć – odezwał się któryś nieśmiało – piękny dzień na przebieżkę, nieprawdaż?

– Cześć, jak zwykle w tej okolicy. – Przeczucie było trafne, mówiła po polsku, co najwyżej ze śladami jakiegoś tajemniczego akcentu. – Jestem Alicja, a wy?

– Olek – odpowiedzieli chórem.

– Rozumiem, że wszyscy czterej macie na imię Olek? Tak się tutaj zdarza.

– Skąd wiesz, że jest nas czterech? – indagował podejrzliwie Siła.

– Każdego z was doskonale słychać. – Ponieważ biegli kawałek za nią, podziwiając idealną krzywiznę pleców, to z uśmiechem odwróciła głowę, ale opaski nie zsunęła.

– Mówisz tak, jakbyś znała to miejsce. O co tutaj chodzi?

– A jak się tutaj znaleźliście?

– Wiem, jak to brzmi – odezwał się Szef po chwili wahania – ale wysłał nas Święty Mikołaj. Taki jak ci przebierańcy w przedszkolach czy galeriach handlowych, tylko że pstryknął palcami i proszę! Siedzimy między wydmami, bez swoich rzeczy, goli jak święci tureccy.

– Boję się, że już nigdy nie wrócimy do domu – dodał uczynnie Sawka.

– Trafiają tu osoby, które czegoś szukają lub potrzebują. Spokoju, czasu, sensu. Siebie poniekąd.

Alicja milczała przez dłuższą chwilę, nieco zwolniła, żeby Olkowie mogli się dopasować do rytmu jej kroków. Zaczynali też się przyzwyczajać do krajobrazu. Kiedy patrzyli dalej w przód, poza obręb tłumu naturystów, plaża i morze wyglądały niemal normalnie, choć wciąż sprawiały wrażenie, że wraz ze wzrostem odległości robi się za dużo miejsca, jak gdyby wzrok i mózg nie były w stanie prześledzić linii równoległych, trochę jak przy zezie rozbieżnym.

– Nie mogę odpowiedzieć na każde wasze pytanie – podjęła – ale w miarę możliwości postaram się pomóc.

– Czyli co musimy zrobić, żeby wrócić do domu?

– Teraz jeszcze nie wiem, ale być może w pewnym momencie stanie się to oczywiste. Nie ma dwóch takich samych króliczych nor.

– A kim ty tak właściwie jesteś? – chciał wiedzieć Siła.

– Raczej nie ma na to dobrego słowa w waszym języku. Możesz o mnie myśleć jako o strażniczce wybrzeża, duszy tego miejsca i zarazem jego służącej.

– Czego radziłabyś szukać – Kanar ostrożnie dobierał wyrazy – by odzyskać kontrolę nad naszą sytuacją?

– Szczegółów. Obserwować, analizować, zwracać uwagę na detale. Zresztą to źle postawione pytanie: przemyśl, co najlepiej kontrolować, a co warto pozostawić żywiołom.

Biegli przez jakiś czas, przewodniczka znowu łagodnie zwiększała tempo. Słońce obniżało się już wyraźnie, rzucało krwawe refleksy wzdłuż bruzd piasku, bryza nieznacznie się wzmogła. Oddechy młodzieńców już dawno wpadły w jeden rytm, bo też wszyscy mieli podobną kondycję, ale kroków jakoś nie mogli zsynchronizować.

– To dziwne – zauważył w końcu Kanar, odwracając się w lewo do Siły – jesteśmy przecież takiej samej postury i zawsze chodziliśmy idealnie w nogę, a teraz dokładam jeden krok co dwadzieścia kilka twoich, chociaż wcale umyślnie nie drobię.

– Pewnie plaża jest trochę nierówna. – Siła wzruszył ramionami.

– Pewnie tak, ale to jednak dziwne, wydaje się tu płaska jak stół.

– Doskonale, właśnie o taką spostrzegawczość mi chodziło! – Alicja klasnęła w dłonie.

W tym czasie pokonywana przez nich przestrzeń zdążyła już opustoszeć, z tyłu ostatni letnicy zmieniali się w figurynki daleko pod horyzontem.

– Rozumiem, że założyłaś opaskę, żeby nie cieszyć oczu widokiem niemieckich naturystów – ocknął się nagle Sawka – ale teraz już spokojnie mogłabyś ją zdjąć.

– Wierzę, że z was zgrabne chłopaki, ale nie w tym rzecz. – Młoda kobieta ponownie zaprezentowała zniewalający uśmiech. – Nie wolno mi tutaj na nikogo patrzeć. Takie są zasady.

– To nie w porządku, nie powinni cię tak traktować. Możemy ci jakoś pomóc?

– Przede wszystkim to nie w porządku, że ktoś tam uznaje nas za niegodnych jej oczu – obruszył się na to Siła.

– Czy ja wiem? – Kanar zwrócił się znowu do Alicji. – Mnie tam się całkiem podoba, skoro już musieliśmy wylądować na plaży naturystów, że możemy cię do woli oglądać nago, a ty nie masz prawa na nas spojrzeć.

– Zachowuj się jak dżentelmen! – Głos Szefa syknął nadspodziewanie stanowczo, prawie nie było typowej dla niego chwili zawahania.

– Wszystko dobrze, na pewno się nie obrażam. Idziecie w niezłym kierunku. Nie zawsze warto kalkulować w nieskończoność, czasami można pójść za uczuciami i śmiało mówić lub działać. Błędy to także materiał do nauki.

Piasek dudnił pod stopami.

– Ściągnę ci tę opaskę – zadecydował nagle Siła. – I poproszę całusa w nagrodę! I jeśli zarządca plaży ma jakieś zastrzeżenia, to świetnie, niech się zjawi, ja także z nim bardzo chętnie porozmawiam!…

– Niektórych błędów jednakże lepiej nie popełniać – uzupełniła z przykrością Alicja i jednocześnie oderwała się od przyjaciół wspaniałym sprinterskim zrywem, zanim Siła zdążyłby ją chwycić w ramiona.

Zaskoczony, popędził za nią dopiero po paru sekundach. Znów wydawał się mocniej zbudowany i sprawniejszy od pozostałych, ale mimo wszystko stopniowo tracił dystans do przewodniczki; wkrótce dzieliło ich już kilkadziesiąt metrów.

 

Olek przymknął oczy z wyrazem beznadziei, a kiedy je powoli otworzył, rozdzielająca się coraz bardziej para znikała gdzieś daleko z przodu. Cisza wydawała się tak zawiesista, jakby nawet wieczorna bryza nie ważyła się odezwać.

– Nie mamy żadnych szans ich dogonić – mruknął wreszcie Sawka.

Nie biegli już, przeszli do marszu, ale jeszcze przez dobry kwadrans poruszali się w tym samym kierunku wzdłuż brzegu, niejako wiedzeni siłą rozpędu. Ostatecznie Kanar spróbował przejąć inicjatywę:

– Dosyć tego, nie mamy po co tam dalej iść. Trzeba pomyśleć o schronieniu, niedługo będzie się ściemniać.

– To nie jest najważniejsze. – Szef reagował ostrzej, bardziej stanowczo, niż do tego przywykli. – Wątpię, czy bywa tu tak chłodno, żebyśmy naprawdę zmarzli. Jeżeli musielibyśmy przetrwać sami kilka dni, potrzebujemy głównie wody pitnej.

Przyjaciele pokiwali głowami i skierowali się w głąb lądu. Piaszczysta plaża sprawiała wrażenie bezkresnej. Przebywszy szmat płaskiego terenu, wolno, mozolnie wspięli się gęsiego na pasmo wydm. Ich oczom ukazało się drugie, wyższe.

– Czy to się nigdy nie skończy? – jęknął Sawka.

Coraz boleśniej świadomi swojej nagości, braku kontaktu z czwartym członkiem zespołu i w ogóle z cywilizacją, po krótkim odcinku zejścia stanęli na okrągławej równi, gdzie zapewne jakiś potężny sztorm naniósł kilka odrapanych kijów i gałęzi. Przecięli ją i odtąd szli już coraz wyżej, a wiatr odwrócił kierunek, raz za razem niósł im w oczy tumany drobnego piasku i utrudniał gramolenie się po sypkim zboczu. Kiedy wreszcie stanęli na szczycie, rzetelnie wycieńczeni długim biegiem i tą najnowszą wspinaczką, słońce zdążyło już zejść poniżej horyzontu, za któryś inny piaszczysty pagór. Młodzi ludzie opadli na kolana, przysiedli, łapiąc oddech i podziwiając rozgrywający się dookoła spektakl.

Niebo na zachodzie płonęło niesamowitą, drapieżną czerwienią, a w innych stronach bardzo już ciemniało – z błękitu w hipnotyzujący granat – szybciej, niż powinno to być możliwe. Zniknęły długie cienie rzucane przez poszczególne wydmy, ich mylące widma, dzięki czemu krajobraz był widoczny jak na dłoni. Brzeg morza gdzieś się jednak schował, wszędzie po widnokrąg tylko piachy, pyły, iły. I gdzieniegdzie pojedyncze zęby skalne, nagie, pozbawione roślinności lub odzienia jak wszystko w tym zagadkowym świecie. Sawka był prawie pewien, że pod jedną z tych odległych turniczek wypatrzył maleńki kształt słaniającego się na nogach wielbłąda, na domiar grozy trójgarbnego, lecz na wszelki wypadek postanowił nie mówić o tym przyjaciołom.

– Na pewno znajdziemy tam mnóstwo wody – mruknął za to Kanar sarkastycznie.

– Mam okropne podejrzenie – odpowiedział Szef, wyraźnie tknięty jakąś nagłą myślą.

Ruszył pędem w dół skarpy, którą niedawno pokonywali z takim wysiłkiem, a Sawka i Kanar chcąc nie chcąc za nim.

– Najlepiej – mówił gorączkowo już w biegu – gdybyśmy wracali po własnych śladach, ale sami widzicie, piasek jest zbyt luźny i wiatr wszystko zaciera. Trzeba coś koniecznie sprawdzić. Pamiętacie, jak nam się cały czas wydawało, że dookoła jest za dużo przestrzeni, jak tylu naturystów tłoczyło się w małej odległości i wszystkim starczało miejsca?

– Jasne! – odkrzyknęli dwaj pozostali Olkowie, starając się utrzymać równowagę na pochyłości.

– A jak biegliście ramię w ramię i jeden pokonywał dłuższą drogę od drugiego?

– Tak!

– To teraz spójrzcie! – Rozrzucone gałęzie wskazywały im drogę, Szef prowadził wprost w tym kierunku. Kiedy już znaleźli się ponownie na płaskim obszarze między wydmami, niczym pośrodku amfiteatru, wybrał jeden z kijów, nieco dłuższy niż jego wzrost i znacznie wygięty u krańca. Wbił ten krzywy koniec w piasek, a drugim zaczął wykreślać łuk, jak gdyby sięgnął po olbrzymi cyrkiel. Kiedy już zatoczył pełny okrąg, padło pytanie:

– Po co to robimy?

– Zaraz zobaczymy. – Wypatrzył z kolei krótszy, prawie prosty kijek i zmierzył nim promień rysowany przez ten długi, przekładając z końca na koniec. – Jak ładnie, siedem! To ile razy powinien się zmieścić na obwodzie naszego koła?

Kanar i Sawka zastanowili się przez chwilę:

– Czterdzieści cztery, chyba, niecałe.

– Zgadza się. To liczcie ze mną, żebym się nie pomylił. Raz, dwa, trzy…

Krąg na piasku rozwiewał się szybko, musieli czujnie patrzeć, żeby uniknąć błędów.

– Trzydzieści dwa, trzydzieści trzy, trzydzieści cztery…

Nim wielobok się zamknął, doliczyli do pięćdziesięciu i popatrzyli po sobie z konfuzją.

– Może tu jednak trochę nierówno – zaryzykował Sawka.

– Musiałoby być całkiem wyboiście – oponował Kanar – a jest płasko jak na stole. Tylko jak to rozumieć?

– Tak, jak się obawiałem. – Szef westchnął ciężko. – Mamy tu ujemną krzywiznę Gaussa, i to znacząco ujemną. Święty Mikołaj wrzucił nas w świat opisywany przez geometrię hiperboliczną.

Przyjaciele milczeli przez chwilę, rozważając praktyczne konsekwencje tego stwierdzenia.

– Czyli przez dany punkt można przeprowadzić nieskończenie wiele równoległych do danej prostej – powiedział Kanar.

– Co ważne, „równoległa” oznacza linię, która nigdy nie przetnie tamtej – dodał Sawka. – One tutaj nie są równoodległe, co gorsza: odległość między nimi błyskawicznie rośnie. To właściwie uniemożliwia nawigację, minimalny błąd i oddalamy się galopem od zamierzonego celu.

Zamyślony, Szef kiwał miarowo głową, zagrzebywał stopy w piasku i odkopywał je z powrotem:

– Tak naprawdę nie da się tutaj nic znaleźć, widzieliśmy, jak szybko rosną obwody i powierzchnie kół. Gdybyśmy jednak zdołali wrócić nad morze, to poszlibyśmy wstecz wzdłuż brzegu i jakoś trafili do tamtego wejścia. Chyba po prostu na tym polega nasze zadanie w tym świecie, skoro to poważne wyzwanie.

– To bardzo prawdopodobne! – ucieszył się Kanar. – Skoro zawróciliśmy gdzieś na tamtej górze, wystarczy przejść przez tę wydmę naprzeciw i będziemy znów na plaży. – Ruszył zaraz, a pozostali za nim.

– Nie róbmy sobie nadziei – uprzedził Szef już w drodze. – Pamiętacie, że każda drobna różnica kąta powoduje tutaj dużą zmianę kierunku.

Jakoż ze szczytu, w gęstym teraz zmierzchu, nie zobaczyli ani nie usłyszeli choćby śladu wody.

– Mam pomysł – odezwał się Sawka. – Bryza nocna wieje w stronę akwenu, wystarczy iść z wiatrem w plecy i trafimy.

– Nie wiadomo tylko, nad które morze – odparł ponuro Szef. – W geometrii hiperbolicznej można upchnąć na stosunkowo małym obszarze wiele prostych parami równoległych, więc równie dobrze może tu być dużo różnych brzegów, rozłącznych oceanów.

– Wiecie co? – Kanar ożywił się niespodziewanie, mówił prędko. – Nie musimy tego rozwiązywać na własną rękę. Alicja mówiła, że jest strażniczką wybrzeża, czyli powinna regularnie patrolować tę plażę. Skoro jesteśmy w pobliżu, tylko nie wiemy, w którą stronę zejść, na pewno nam pomoże.

Szef przytaknął z uznaniem:

– To jest realna szansa. I tak musimy tu zanocować, nie wolno nam ryzykować błądzenia po ciemku.

Bez dalszych wahań umościli się wygodnie, podsypując sobie nieco piasku pod głowy, i jęli nawoływać na trzy głosy:

– Alicja!

– Ala!

– Alicja!…

 

Olek otworzył oczy i zamrugał kilkakrotnie, przypominając sobie, dlaczego nie śpi we własnym łóżku.

Czerń nocy była bezgwiezdna i niepokojąca, ale niebieskawy księżyc w trzeciej kwadrze, większy od ziemskiego, dawał dość światła, by rozeznać kontury krajobrazu. Gdzieś z boku wciąż dobiegały krzyki Sawki, który miał obudzić jednego z przyjaciół, kiedy wystarczająco zachrypnie, ale dało się słyszeć i czuć coś jeszcze.

Warkot i zapach silnika spalinowego.

Zanim kto zdążyłby się dobrze rozejrzeć, hamował już przy nich pojazd na szerokich gąsienicach, z wypisanymi białą farbą literami „AS”. Na szczycie, w wąziutkiej odkrytej kabinie, siedziała Alicja. Naga dziewczyna z zawiązanymi oczami, pewną ręką obracająca kierownicę, w szafirowym świetle księżyca robiła wrażenie najzupełniej nieziemskie.

– Co tutaj robisz? – zdołał po dłuższej chwili wydukać Szef.

– Ratrakuję plażę, nieprawdaż? – odpowiedziała uprzejmie Alicja.

– Po co… ratrakować plażę? – Kanar ostrożnie dobierał słowa.

– Och, ona jest jak żywe stworzenie, lubi, kiedy ją czasem rozczesać i popieścić. Powiedzcie, zdążyliście się już zorientować w sytuacji?

– Wydaje mi się, że tak. – Szef spojrzał uważnie. – Ujemna krzywizna Gaussa, świat o geometrii hiperbolicznej. Powrót do miejsca startu będzie niełatwym zadaniem, ale mam nadzieję, że kiedy nam się uda, Mikołaj nas stamtąd odbierze.

– I ja tak myślę. – Alicja zsunęła się z gracją po burcie i zeskoczyła z gąsienicy.

– A co z Siłą?

– Tym czwartym z was? Nie myślcie teraz o nim, proszę. Z nieprzymuszonej woli oddzielił się i pobłądził, więc nie mogę go z wami połączyć.

– Czy mogłabyś zaprowadzić nas do punktu wyjścia? – zapytał Sawka.

– Każdy musi znaleźć własną drogę. Zobacz zresztą, że dobrze sobie radzicie: jeden uczy się brać odpowiedzialność i podejmować decyzje, drugi spokojnie czeka na pomoc zamiast rwać się do kontroli nad otoczeniem, a ty nocujesz w nieznanym miejscu i nie trzęsiesz się od lęku. Mogę co najwyżej przejść się z wami nad morze.

– Dalej już śmiało damy sobie radę, dziękujemy!

– Chwileczkę. – Przewodniczka wślizgnęła się w stronę kabiny po drabince sznurowej, efektownie prezentując grupy mięśniowe ramion, pleców, pośladków i ud. Sięgnęła do wnętrza, wyłowiła trzy litrowe butelki wody i rzuciła je Olkom.

Pili łapczywie, długimi łykami, potem ruszyli za nią wzdłuż grzbietu wydmy. Poprowadziła ich do zejścia skośną, osypującą się ścieżką, oczywiście w wyraźnie innym kierunku, niżby się spodziewali. Skierowała się w dół plaży, prosto jak strzała, nieomylnie unikając co większych nierówności czy basenów pyłu. Teraz już całkiem nie mogli się nadziwić jej zdolności wyszukiwania drogi.

– Poniekąd wyczuwam tę krainę – odezwała się, jakby odgadując ich myśli – dźwięki, kształty, fakturę piasku: tak czy inaczej cały czas wiem, gdzie jestem, w razie potrzeby mogłabym odtworzyć wstecz moją drogę z wielu ostatnich dni. Posługiwanie się wzrokiem tylko by mi przeszkadzało.

– Jednak nie wszystko wiemy o tym świecie – odważył się zagadnąć Kanar, gdy ujrzeli już brzeg morski. – To znaczy, co tutaj robią ci wszyscy Niemcy? I dlaczego bez ubrań?

– Możliwe wytłumaczenie jest choćby takie, że ten najbliższy portal otwarto ze świata równoległego, w którym dominuje język niemiecki i kultura wolności ciała, ale to naprawdę nie jest ważne. Widocznie Mikołaj uznał, że akurat takie miejsce będzie odpowiednie na waszą podróż. Jak mawia pewien jego znajomy z bujną grzywą, każdy potrzebuje znać tylko własną historię.

Nim zbici z tropu młodzieńcy zdążyliby spytać o coś więcej, na przykład o ten wielki niebieski księżyc, dodała:

– Na pewno sobie dalej poradzicie. Jeżeli pójdziecie spokojnym tempem, o świcie powinniście osiągnąć początek plaży naturystów, oni wcześnie wstają. Powodzenia! – Roześmiała się przyjaźnie i odbiegła w stronę pasa wydm i zaparkowanego gdzieś za horyzontem pojazdu, długim równym krokiem, niczym barwna ważka wśród pustyni.

I szli całą noc.

 

Olek intensywnie mrugał oczami, szczypiącymi od nadmiaru soli w powietrzu. Daleko przed nim, nieco po stronie morza, wzeszło już słońce i jego białawy żar rozpędzał przyjemny chłód poranka. Z kolei po lewej pojawiało się coraz więcej niemieckich letników: dumnie demonstrujący światu swoje zmarszczki i obwisłości, a przecież w jakiś sposób eleganccy i wręcz nobliwi, rozkładali koce oraz parawany. Tym razem młodzieńcy na ich widok odczuli zamiast niesmaku potężną ulgę, nie całkiem umieli to nazwać, ale nawet fizycznie byli jakby lżejsi i bardziej sprężyści.

– Najwyższy czas, żeby rozpocząć poszukiwania naszego wejścia – powiedział Szef. – Kiedy pierwszy raz schodziliśmy z lasu nad morze, chyba nie mogliśmy przejść więcej niż czterokrotny dystans wzrokowy?

– Nie, nie wydaje mi się. – Kanar i Sawka synchronicznie pokręcili głowami.

– W takim razie proponuję metodę: idziemy wzdłuż brzegu, co parędziesiąt metrów jeden z nas pokazuje ręką kierunek doń prostopadły, a reszta w nim podąża. Gdy odejdą tak daleko, żeby jeszcze go widzieć, jeden rozkłada ręce na wiwat w stronę morza i przeciwną, drugi wciąż idzie w głąb lądu, a tamten znad wody do nich dołącza. I ten jeden tak stoi w charakterze stracha na wróble, drugi staje tak samo odpowiednio dalej, a trzeci zapuszcza się najgłębiej i sprawdza, czy widzi las. Jeżeli nie, to wszyscy tasujemy się do brzegu, bardzo uważając, żeby nie stracić się nawzajem z oczu.

– Dobry plan! Przeczesanie w taki sposób paru kilometrów plaży może zająć większą część dnia, ale w końcu musimy trafić – powiedział z uznaniem Kanar.

– Co zrobimy, jeżeli tu są różne lasy? – W głosie Sawki słychać było ostrożność, ale nie lęk.

– Przypuszczam, że rozpoznamy nasze wejście bez problemu, ale na wszelki wypadek będziemy pilnować kierunku powrotnego nad morze. Zaczynajmy!

Gdy Olkowie rozpoczęli swoją systematycznie opracowaną wędrówkę, nie było dla nich żadnym zaskoczeniem, że mijani naturyści okazywali się zbyt uprzejmi, żeby zwracać uwagę na całą tę pantomimę, ale zarazem nie na tyle, by zaproponować jakąkolwiek pomoc w poszukiwaniach. Te zaś nie rokowały rychłego powodzenia. Czasami u krańca plaży ukazywał się park ze ścieżkami spacerowymi lub wioska letniskowa, innym razem znów tylko bezkresne piaski. I trzeba było zawracać do brzegu, i podejmować tę samą sekwencję niecałe sto kroków dalej.

– Czy aby nie skręcamy za często? – w pewnym momencie zastanowił się na głos Kanar.

– Jest dobrze – uspokoił go Szef pół cyklu później, gdy zapuścił się w głąb plaży. – Ta pani z kocykiem w angielską kratę, którą poprzednio widziałem z prawej strony, teraz jest daleko po lewej, czyli robimy odstępy w sam raz.

Około południa, przy narastającym upale, wędrówka zaczęła go jednak nieco nużyć.

– Chyba będziemy tak krążyć już przez całą wieczność – przepowiedział kwaśno w pewnym momencie.

– Nie ma obaw – pocieszył go Sawka – skoro mamy prawidłowy matematycznie plan, to musi nam się w końcu udać.

– Nie musimy przewidywać i wiedzieć z góry, kiedy to się dokładnie stanie, pozwólmy plaży zrobić nam miłą niespodziankę – powiedział rozluźnionym głosem Kanar.

Kilka kontrmarszów później oczom Sawki, który szedł akurat na szpicy, ukazał się skraj sosnowego zagajnika. Zaczął gwałtownie gestykulować na przyjaciół, którzy nadbiegli, zostawiając strzałki wyryte w gęstszym piasku dla wskazania kierunku. Niemniej wszyscy trzej rozpoznali krajobraz i drewniane płotki; żaden nie miał wątpliwości, że jest to właściwe miejsce.

 

Olek przymknął oczy, idąc przez przekop w wydmie. Kiedy je otworzył, ujrzał czekającego już po drugiej stronie Świętego Mikołaja. A u jego boku Alicję, która płynnym ruchem zsunęła opaskę.

Olek stopił się w jej ciemnych oczach i nie wiedział już, czy jest Kanarem, Sawką, czy Szefem, czy też wszystkimi naraz lub może żadnym z nich. Wcale się tym jednak nie przejmował.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Jak często bywa, Twoje opowiadanie i teraz jest dla mnie sporą zagadką. :) W dodatku to zgłoszenie na Konkurs weird i bizarro, zatem dziwności tu, co niemiara. :) 

Miałam wiele skojarzeń, trzech błądzących w ciemności nawet przywiodło mi na myśl… mędrców ze Wschodu, podążających za gwiazdą do Betlejem (czas ku temu sposobny…). :) 

Najbardziej jednak kojarzyłam pewne sceny ze słynną “Alicją”, pada tam wszak “tasowanie”, są zagadki matematyczne i ich rozwiązywanie, dzięki któremu można podążać dalej. 

Niemieckojęzyczne wstawki przetłumaczyłam w google, co ułatwiło zrozumienie fabuły. :) 

 

Dopytam o dwa powtórzenia, czy są celowe (?):

O co tutaj chodzi?

– A jak się tutaj znaleźliście?

 

Spokojnie sobie dalej poradzicie. Jeżeli pójdziecie spokojnym tempem, o świcie powinniście osiągnąć początek plaży naturystów, oni wcześnie wstają.

 

Hasło konkursowe niełatwe. Jak rozumiem, Olek ostatecznie był zarówno czterema kompanami, jak i owym tytułowym, jednym, zagubionym turystą. :) Wiele dziwności, wiele tajemniczości i zagadek, typowych dla klimatu, tak specyficznego dla “obu Alicji”. :) 

 

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Witaj, bruce – najmocniej dziękuję za pierwszy komentarz!

To wspaniale, że znalazłaś tu tyle ciekawych spostrzeżeń i dopatrzyłaś się tylu zalet, nie zawsze przeze mnie nawet oczekiwanych. Opowiadanie jest moją pierwszą wyprawą do krainy weird (jeśli w ogóle tam trafiłem, ale to oceni jury!) od czasu Wyrywania zębów przy użyciu testów ciążowych, nie całkiem więc byłem pewien, jak mi to wyjdzie. Wprawdzie sięgnąłem po zagadnienia matematyczne, w których czuję się kompetentny, ale tekst dotyka też psychologii i wzorców zachowań, gdzie na pewno mi kompetencji brakuje. Na pewno się cieszę, że udało mi się opisać plażę naturystów na tyle subtelnie, by nie urazić Twojego bardzo dobrego smaku literackiego.

Miałam wiele skojarzeń, trzech błądzących w ciemności nawet przywiodło mi na myśl… mędrców ze Wschodu, podążających za gwiazdą do Betlejem (czas ku temu sposobny…). :) 

Nadzwyczajne skojarzenie! Przyznaję bez oporów, że wcale na to nie wpadłem przy pisaniu, ale jest to uprawniony pomysł wzbogacający odczyt.

Najbardziej jednak kojarzyłam pewne sceny ze słynną “Alicją”, pada tam wszak “tasowanie”, są zagadki matematyczne i ich rozwiązywanie, dzięki któremu można podążać dalej. (…) Wiele dziwności, wiele tajemniczości i zagadek, typowych dla klimatu, tak specyficznego dla “obu Alicji”. :)

Tak, to nie budzi wątpliwości, nawiązania do “Alicji w Krainie Czarów” (i “Po drugiej stronie lustra”) są celowe i istotne dla budowy utworu – świetnie, że to Twoim zdaniem czytelne. Zresztą Lewis Carroll nie jest jedynym Lewisem, do którego się tutaj odwołuję. “Tasowanie” miało po prostu obrazowo pokazać, jak bohaterowie schodzą do brzegu morza, jednocześnie zmniejszając dystans jeden od drugiego, tak jak składa się talię kart w dłoni, ale skoro dostrzegłaś w tym dodatkową intertekstualność, to tym lepiej.

Niemieckojęzyczne wstawki przetłumaczyłam w google, co ułatwiło zrozumienie fabuły. :) 

Starałem się, żeby nie były kluczowe dla fabuły – żeby jeśli ktoś ich nie zrozumie, mógł zamiast tego odczuć razem z Olkami ich zagubienie i wyobcowanie.

Dopytam o dwa powtórzenia, czy są celowe (?)

Pierwsze jest celowe, ale jeśli uważasz, że źle brzmi, na pewno to jeszcze przemyślę. Drugie za moment załatam (nie widzę w regulaminie konkursu żadnego zakazu drobnych poprawek), dziękuję!

Jak rozumiem, Olek ostatecznie był zarówno czterema kompanami, jak i owym tytułowym, jednym, zagubionym turystą. :)

Zależało mi, żeby pozostała tu wieloznaczność, nie będę narzucał czytelnikom – nazwijmy to – statusu ontologicznego Olka i jego roli względem hasła konkursowego.

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Podwójny klik to zawsze przemiłe zaskoczenie, mogę tylko żywić nadzieję, że kierowałaś się bardziej jakością opowiadania niż przedświąteczną dobrocią dla Ślimaków i innych fantastycznych stworzeń!

Naturalnie również serdecznie pozdrawiam oraz życzę Ci powodzenia we wszelkich sprawach, literackich i nie tylko!

I ja bardzo dziękuję; żadna przedświąteczna dobroć, na Portalu jest mnóstwo opowiadań (dwa trwające konkursy na pewno się do tego przyczyniły), chętnie nagrodziłabym każde, lecz staram się wyławiać wśród nich – na ile oczywiście umiem – prawdziwe perełki i tutaj taką właśnie znalazłam – w Twoim opowiadaniu jest ten wyjątkowy, specyficzny klimat, tak wyraźnie nawiązujący do Alicji, że nie sposób przejść nad nim obojętnie. :) A pomysł na krzywą i wyznaczenie według niej azymutu jest moim zdaniem świetny. :) Jako typowa humanistka, zdecydowanie wolałam zawsze “ślepe wkuwanie”; byłam wprawdzie z matmy jako-taka, lecz jakiekolwiek pilniejsze śledzenie każdego dowodzenia przerastało już moje skromne możliwości i “matematyczne zdolności”… :) Tym większy szacunek za taki pomysł. :) 

Nagość – po uprzedzeniu w Przedmowie – jest podana subtelnie i nienachalnie, oczywiście za to także dziękuję (zapomniałam poprzednio, przepraszam). :) 

Nie, nie, co do powtórzeń, ja zawsze wolę dopytać, wiem, że często są zamierzone, użyte celowo, bo mają podkreślić pewne treści, w żadnym wypadku tutaj nic nie razi. :) 

 

Pozdrawiam raz jeszcze, powodzenia w Konkursie i przy Piórkach. :) 

Pecunia non olet

prawdziwe perełki i tutaj taką właśnie znalazłam – w Twoim opowiadaniu jest ten wyjątkowy, specyficzny klimat, tak wyraźnie nawiązujący do Alicji, że nie sposób przejść nad nim obojętnie. :)

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że uniwersum Alicji Carrolla jest dziwniejsze, głębiej przemyślane i po prostu pełne artyzmu, ale samo to, że znalazłaś tutaj podobieństwo wykraczające poza błahe skojarzenia z imieniem bohaterki, stanowi ogromny komplement!

byłam wprawdzie z matmy jako-taka, lecz jakiekolwiek pilniejsze śledzenie każdego dowodzenia przerastało już moje skromne możliwości i “matematyczne zdolności”… :)

Uważam, że matematyka jest fascynująca i przydaje się w życiu, szanuję natomiast, że nie każdy ma do niej predyspozycje. Zorientowałem się niedawno, że właściwie nie wykorzystywałem jej dotąd w kreacji swoich światów fantastycznych, i uznałem, że najwyższy czas to nadrobić, w miarę możliwości zrozumiale dla odbiorcy…

Nagość – po uprzedzeniu w Przedmowie – jest podana subtelnie i nienachalnie, oczywiście za to także dziękuję (zapomniałam poprzednio, przepraszam). :) 

Przecież nie ma za co, ten sens był dla mnie dostatecznie czytelny w Twoim poprzednim wpisie i dlatego się do niego odniosłem.

Nie, nie, co do powtórzeń, ja zawsze wolę dopytać, wiem, że często są zamierzone, użyte celowo, bo mają podkreślić pewne treści, w żadnym wypadku tutaj nic nie razi. :) 

Ależ to drugie powtórzenie było naprawdę niefortunne, stanowczo należało to miejsce przeredagować i bardzo dziękuję, że je wychwyciłaś!

 

Ja także ponownie pozdrawiam i dosyłam ślimacze uściski!

heart

Pozdrawiam, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Dzień dobry, Ślimaku Z.

Krótko mówiąc: bardzo dobre opowiadanie. Fajny pomysł(y), wciągająca fabuła, ciekawy temat, ładnie i sprawnie napisane – choć to ostatnie to dla Ciebie pewnie żaden komplement.

Klikam do biblioteki i piórka.

Pozdrawiam

rr

Dzień dobry, Robercie R.

To zdecydowanie satysfakcjonujące dla autora, że tyle aspektów opowiadania oceniasz tak korzystnie. Czasami taki krótki i szczery komentarz jest większym komplementem niż obszerne popisy retoryczne.

Dziękuję za wizytę, komentarz i podwójne kliknięcie, pozdrawiam!

 

Ciekawie wypadło to połączenie matematyki i psychologii. Hiperboliczna plaża na pewno mocno przemówiła do mojej wyobraźni – znalezienie drogi, w sytuacji, gdy geometria “wpycha” nam pod nogi niemalże nieskończone przestrzenie wydaje się przerażająco beznadziejnym wyzwaniem, ale przy systematycznym podejściu w końcu się udaje.

 

Jedyne, co mniej mnie tu przekonuje, to postać Alicji. Pojawia się znikąd i mówi akurat to, co jest potrzebne fabule – ale jeśli coś zaszkodziłoby fabule, to “reguły” zabraniają jej tłumaczyć. To nawet pewnie ma sens z tego psychologicznego punktu widzenia, że Olek/Olki muszą sami pokonać przeszkodę, żeby coś z tego mieć, ale odebrałem to jako bardzo “wygodne”.

Może w takiej konwencji to jest OK, dla mnie wszelkie bizarry to zawsze trudny orzech w odbiorze.

 

Pozdrawiam

 

leżeli na ręcznikach, w parawanach, z książkami, torebkami, walizeczkami nawet – ale nigdzie nie było widać choćby śladu tekstyliów.

Może czegoś nie rozumiem, a może się czepiam bez sensu i przesadnie, ale czy ręczniki, parawany i torebki nie są zazwyczaj z tekstyliów?

 

która na pytanie o obwód w talii musiałaby odpowiedzieć „z biustem czy bez?”

 :D

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Ciekawie wypadło to połączenie matematyki i psychologii. Hiperboliczna plaża na pewno mocno przemówiła do mojej wyobraźni – znalezienie drogi, w sytuacji, gdy geometria “wpycha” nam pod nogi niemalże nieskończone przestrzenie

To dobrze, że tak to odebrałeś, dziękuję za podzielenie się wrażeniami! Już od dawna miałem na uwadze, że w takim świecie można by osadzić intrygującą opowieść, ale też ostatnio ktoś mi podsunął myśl, żeby może bardziej wykorzystywać matematykę przy pisaniu – i kiedy trzeci lub czwarty raz obejrzałem listę haseł konkursowych, coś mi “kliknęło”.

Może czegoś nie rozumiem, a może się czepiam bez sensu i przesadnie, ale czy ręczniki, parawany i torebki nie są zazwyczaj z tekstyliów?

Wzięło mi się to stąd, że naturyści czasem używają określenia “tekstylni” względem osób noszących ubrania (pewnie zwłaszcza takich, które wpakują się w ich przestrzeń bez zaproszenia), ale masz rację, lepiej napisać normalnie “choćby śladu odzieży”.

Jedyne, co mniej mnie tu przekonuje, to postać Alicji. Pojawia się znikąd i mówi akurat to, co jest potrzebne fabule – ale jeśli coś zaszkodziłoby fabule, to “reguły” zabraniają jej tłumaczyć. To nawet pewnie ma sens z tego psychologicznego punktu widzenia, że Olek/Olki muszą sami pokonać przeszkodę, żeby coś z tego mieć, ale odebrałem to jako bardzo “wygodne”.

Może w takiej konwencji to jest OK, dla mnie wszelkie bizarry to zawsze trudny orzech w odbiorze.

Też nie czuję się swobodnie w tej konwencji, więc mam nadzieję, że to się jakoś broni, ale nie będę Cię o tym zapewniał. Głównie miałem na uwadze ten sens psychologiczny oraz dobrą tradycję na wpół onirycznych Alicji mówiących bohaterowi tylko część tego, co potrzebowałby usłyszeć. Trudno mi jednak zaprzeczyć, że jest bardziej narzędziem narracyjnym niż samodzielną postacią z własnymi celami i dążeniami, co czytelnik ma prawo uznać za niezadowalające.

Pozdrawiam ślimaczo!

Wzięło mi się to stąd, że naturyści czasem używają określenia “tekstylni” względem osób noszących ubrania (pewnie zwłaszcza takich, które wpakują się w ich przestrzeń bez zaproszenia)

 

yesSkojarzenie choćby ze słynnym przebojem Wodeckiego.smiley 

Pecunia non olet

yesSkojarzenie choćby ze słynnym przebojem Wodeckiego.smiley 

I to w sumie jest kolejny powód, żeby ten wyraz podmienić, bo w opowiadaniu chyba nie ma nic z atmosfery piosenki i raczej chciałbym uciec od skojarzeń wykreowanej przeze mnie plaży naturystów z tamtą. Jeszcze raz dziękuję za cenne uwagi!

Hej, przeczytałem matematyczną plażę i bawiłem się dziwnie. Z jednej strony stworzyłeś bardzo ciekawy świat i bohatera-bohaterów. Każdy krok, od Mikołaja, przez naturystów, Alicję no i plażę daje coś nowego i ciekawego :). Ale jest jedno pytanie, które od momentu zniknięcia Siły, zaczęło mnie gnębić – gdzie to zmierza. Olki do wyjścia, ale historia… dokąd…? Co Ślimaku chciałeś nam opowiedzieć?:). Na pewno ciekawy pomysł na matematyczną plażę, ale co jeszcze? Po przeczytaniu opowiadania, odpowiedź nie przychodzi odrazu, właściwie to nie wiem czy jest jakaś odpowiedź;). Bo może to tylko opowiadanie drogi (dziwnej, ale hej to przecież weird:D), które prowadzi bohatera do odnalezienia siebie. Potrzeby pozbycia się, któregoś ja ( w tym przypadku Siły), by pogodzić się z resztą własnych słabości i być w końcu sobą:). To chyba miły prezent od Mikołaja – sprawie byś miał szansę odnaleźć siebie :). Tak odczytałem opowiadanie. Może dlatego Alicja, jest tam, gdzie ma być, by dawać podpowiedzi bohaterowi. To przecież prezent, a nie walka o przetrwanie;). Całość mocno skojarzyła mi się z Lynchem, ale bez grozy i porąbanych akcji ;) – jakby scenariusz Davida dostał Wes Anderson( on przecież, ma coś geometrycznego w swoich filmach), no i musiał coś z tym zrobić :). Podobało mi się, ale na pewno minusem, jest to, że czytelnik musi sobie wymyślić sens histori – co równocześnie, nie musi być wadą ;). Lub jest inne, widoczne przesłanie histori, którego ja zwyczajnie nie dostrzegam :). Ale to nic, bo moja interpretacja mi się podoba ;). Klikam i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Tekstylia: „I to w sumie jest kolejny powód, żeby ten wyraz podmienić…”. – Protestuję!

 

Proszę, tego nie zamieniać! Jak dla mnie to słowo leżało tam idealnie. Od razu mrugnęło do mnie Wodeckim i dorzuciło plusa do całości. Oczywiście to Twój tekst i sam najlepiej wiesz, jak ma wyglądać i jak chcesz go podać czytelnikom, ale z mojej perspektywy „tekstyliа” to był strzał w dziesiątkę.

A nawet gdybyś gdzieś dorzucił, że przydałby się choć figowy liść, też byłoby w punkt.

Hej, Bardzie!

Dziękuję za ciekawy komentarz. Masz godne uwagi przemyślenia i skojarzenia, zadajesz sensowne pytania i sam udzielasz sobie na nie odpowiedzi pewnie nie gorszych od tych, które mógłbym Ci zaserwować. Nie sądzę, żebyś przeoczył tutaj coś bardzo ważnego w zakresie przesłania, istotnie zamyśliłem takie weirdowe opowiadanie drogi o niejednoznacznej treści, którą każdy czytelnik miałby szansę przetrawić i dopasować do własnych doświadczeń (w nadziei, że mój warsztat pozwala już na taką próbę).

Podkreślę tylko, że nie oczekuję kategorycznie uznania Olka za jedną, doraźnie rozdzieloną osobę. Ta metaforyczna interpretacja Olków jako grup cech charakteru jest preferowana – świadczy o tym zwłaszcza zakończenie, a także powtarzające się otwarcia akapitów – ale jeżeli odbiorca po lekturze będzie chciał ich wciąż uważać za grupę przyjaciół, ma przecież do tego prawo. I tak wlałem w tekst moje wyczucie tego, jak trudna, niezwykła wycieczka czy wyprawa ma na ogół pozytywny wpływ zarówno na pojedynczą osobowość, jej dojrzewanie psychiczne, jak i na kontakty międzyludzkie, może scementować przyjaźń, ale też pomóc pozbyć się z otoczenia kogoś bądź to toksycznego, bądź tylko niepasującego do reszty i akurat w danym towarzystwie nieszczęśliwego.

Wydaje mi się, że postać i zamiary Alicji (która zresztą wprost mówi o “odnalezieniu siebie”) przeniknąłeś bardzo dobrze. Ona przy tym przyznaje się do znajomości z Mikołajem (i jeszcze z kimś…), czyli to jasne, że na jakimś poziomie współpracują, nawet jeśli nie uzgadniali między sobą konkretnie przypadku Olka.

Dziękuję też za kliknięcie i pozdrawiam!

 

Robercie:

Twój protest brzmi dość stanowczo! Skoro ten drobiazg miał poważny wpływ na to, że opowiadanie Ci się tak spodobało – i bruce chyba także przytaczała to skojarzenie jako zaletę – chętnie bym go utrzymał. Niestety uwaga Zakapiora była słuszna, zwłaszcza ręczniki niezaprzeczalnie należą do tekstyliów i zdanie w poprzedniej formie stanowiło po prostu bzdurę logiczną, więc na razie nie bardzo wiem, jak to ugryźć.

„Uwaga Zakapiora była słuszna” – oczywiście, że była. W końcu to GZ. Wysoka półka, wie, co mówi. Ja na przykład tego nie wyłapałem.

Ale na pewno da się to jakoś pogodzić: …choćby śladu „tekstyliów”. – Tekstylia mógłbyś wziąć w cudzysłów: byłoby wiadomo, że to mrugnięcie oka, a nie pleonazm.

A już zupełnie na poważnie: mój protest jest tylko ćwierć-stanowczy. „Tekstylia” mi się podobały, ale bez przesady – usunięcie tego słowa w niczym opowiadaniu nie ujmuje.

W moim odczuciu cudzysłowy w prozie dość mocno wytrącają z toku narracji (już mniej ryzykowne wydają mi się nawiasy), choć akurat tutaj mogłyby być zasadne. Będę się jeszcze zastanawiał, albo może ktoś z pozostałych Czytelników zdoła coś podpowiedzieć.

W końcu to GZ. Wysoka półka, wie, co mówi. Ja na przykład tego nie wyłapałem.

Otóż właśnie może za niska półka, bo ja za to tych odniesień kulturowych słowa “tekstylia” absolutnie nie wyłapałem (dlatego zaznaczyłem w pierwszym poście, że może czegoś nie rozumiem – spodziewałem się, oczywiście, że Ślimak zna dosłowne znaczenie słowa “tekstylia”).

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Dosłowne znaczenie znałem, natomiast w procesie twórczym dokładniej wyglądało to tak, że gdzieś na tym etapie miałem przelotną myśl, żeby portale do tego świata nie przepuszczały tkanin i dzianin. Po chwili uznałem, że byłoby to zbyt sztampowe i bardziej mi zależy na kocykach i innych takich, ale tego śladu nie zatarłem – przy końcowym przeglądzie uznałem go za odniesienie kulturowe, tak jak to omówiliśmy, przeoczając bezsens całości zdania.

Ciekawa dyskusja, ale chyba dzielimy włos na czworo. Z „tekstyliami” czy bez jest dobrze. Opowiadanie broni się pomysłem i wykonaniem, a jedno słowo wiele nie zmienia. Podsumowując Zarzucę pewien cytat ze znanego filmu „słusznie, słusznie, ale nie róbcie z tego zagadnienia”.

Dzięki za słowa wsparcia, ale jak najbardziej lubię takie dyskusje o drobiazgach redakcyjnych i absolutnie nie odniosłem wrażenia, by ktokolwiek z Was chciał kwestionować na tej podstawie całość opowiadania, tak że nie ma się czym przejmować!

Tak, ja przytoczyłam to skojarzenie jako zaletę. :)

Pecunia non olet

Hej, Ślimak Zagłady

Mam problem z tym tekstem. Jest bardzo dobrze napisany, postaci z charakterem – co prawda potem zlewają się w jedno, ale wydaje mi się, że taki był zamysł :)

Początek bardzo mi się podobał, ale potem tekst był dla mnie niezrozumiały i chyba po prostu nie trafił w mój gust.

 

Podsumowanie? Widzę, że tekst jest fajnie napisany, ale ja się w nim zgubiłem :)

 

P.S. Początek przypomniał mi żart o trzech gościach. Zguba, Stulpysk i Kultura poszli do lasu. Zguba się zgubił…

Pozdrawiam ;)

bruce, po przespaniu (części) nocy popatrzyłem na to zdanie trochę świeższym okiem i tak sobie myślę:

Inaczej niż młodzieńcy, mieli przy sobie różne rzeczy – leżeli na ręcznikach, w parawanach, z książkami, torebkami, walizeczkami nawet – ale nigdzie nie było widać choćby śladu tekstyliów/odzieży. A gdyby zmienić ostatni człon na “ale na sobie żaden nie miał choćby śladu tekstyliów”? Rozwiązałoby to problem logiczny, ale z kolei to powtórzenie wydaje mi się zrobione na siłę, trochę brzydkie… Oczywiście chętnie poznam też zdanie innych z Was.

 

Hej, Ramshiri!

To miłe, że uważasz tekst za dobrze napisany. Nie mógł być dla Ciebie tak całkiem niezrozumiały w dalszej części, skoro połapałeś się, że stopniowe rozcieńczanie różnic pomiędzy postaciami to świadomy zabieg. Niemniej każdy ma inny gust i Twoje wątpliwości równie dobrze mogą wynikać z przyczyn zupełnie subiektywnych, jak z realnych wad, których nie udało nam się na razie zidentyfikować.

P.S. Początek przypomniał mi żart o trzech gościach. Zguba, Stulpysk i Kultura poszli do lasu. Zguba się zgubił…

Chyba gdzieś kiedyś słyszałem coś podobnego. “– Stulpyyysk! – Gdzie twoja kultura? – Zgubiłem ją. – To słychać”, dobrze kombinuję?

Pozdrawiam!

Ślimak Zagłady

Niemniej każdy ma inny gust i Twoje wątpliwości równie dobrze mogą wynikać z przyczyn zupełnie subiektywnych, jak z realnych wad, których nie udało nam się na razie zidentyfikować.

Dokładnie :)

Niektóre teksty widać, że są słabsze. Tutaj mam z kolej: wiem, że jest to dobrze napisane, ale “coś nie siadło”. Nawet nie wiem co.

 

skoro połapałeś się, że stopniowe rozcieńczanie różnic pomiędzy postaciami to świadomy zabieg

Ok, czyli coś jest na rzeczy. Jeszcze jedno przyszło mi do głowy odnośnie Siły z Twojego opowiadania.

Jak mówi stare chińskie przysłowie: "Dopiero gdy komar usiądzie ci na jaj***, zdasz sobie sprawę, że nie wszystko da się rozwiązać siłą"

 

Chyba gdzieś kiedyś słyszałem coś podobnego. “– Stulpyyysk! – Gdzie twoja kultura? – Zgubiłem ją. – To słychać”, dobrze kombinuję?

Coś takiego. W mojej wersji poszli zgłosić zgubę Zguby na komisariacie. Kultura został na zewnątrz.

Policjant na wejściu:

– Imię?

– Stulpysk.

– A gdzie kultura?

– Za drzwiami.

To tyle.

Pozdrawiam ;)

 

Ślimaku Zagłady, mnie się to rozwiązanie podoba i moim skromnym zdaniem powtórzenie nie razi. :) Jeśli w ogóle chcesz to zmieniać. :) 

Ramshiri, dobre! Skojarzyłam ze “SpongeBobem Kanciastoportym”, gdzie facet nazywał się: “A co cię to obchodzi”? A Skalmar miał się akurat dopytać o jego nazwisko i oburzało go zaskakujące chamstwo klienta, odpowiadającego mu ciągle to samo. :) 

Co do opowiadania, myślę, że masz z nim tak, jak miałam w dzieciństwie z “Alicjami” (bo klimat jest bardzo podobny, zagadkowość – także) – Brat mi je podsunął, ale z początku nie pałałam do tych książek zbytnim entuzjazmem, no – może poza świetnym początkiem wiersza o Dżabbersmoku (do dziś znam na pamięć) i wierszem o Stolarzu, Morsie i Ostrygach. :) Przeczytałam potem drugi raz i – pokochałam. :) 

 

Pozdrawiam Was! heart

Pecunia non olet

Ramshiri:

Ok, czyli coś jest na rzeczy. Jeszcze jedno przyszło mi do głowy odnośnie Siły z Twojego opowiadania.

Jak mówi stare chińskie przysłowie: "Dopiero gdy komar usiądzie ci na jaj***, zdasz sobie sprawę, że nie wszystko da się rozwiązać siłą"

Mocno obrazowe, ale ładne. Zauważ jeszcze, że to Siła dał impuls do rozpoczęcia przygody, w wyniku której wypadł z grupy przyjaciół (czy raczej – w odczycie symbolicznym – przestał być częścią osobowości dojrzewającego Olka).

W mojej wersji poszli zgłosić zgubę Zguby na komisariacie.

Prawda, teraz mi się przypomniało! Oczywiście takie sytuacje są realnym problemem osób o bardzo nietypowych nazwiskach (np. “Piszpan” czy “Cyps albo Zyps”).

 

bruce:

mnie się to rozwiązanie podoba i moim skromnym zdaniem powtórzenie nie razi. :) Jeśli w ogóle chcesz to zmieniać. :) 

Jeszcze się trochę zastanowię, ale myślę, że będę chciał to zmienić, jeżeli nie pojawią się inne opinie lub sugestie.

i wierszem o Stolarzu, Morsie i Ostrygach. :)

Właściwie to mi przypomniałaś, że od dawna mam w szufladzie tłumaczenie tego wiersza. Chyba nie tak dobre, żebym chciał je zamieszczać jako osobny utwór, ale mógłbym Ci przesłać na priv, gdybyś oczywiście była zainteresowana.

 

Pozdrawiam Was ślimaczo!

Skoro lubisz takie redakcyjno-techniczne rozkminki, i o ile nie będzie to z mojej strony nietakt wtrącania się do Twojego tekstu, to może taka wersja przypadnie Ci do gustu.

 

„Miejsce było wprost zapchane porozbieranymi emerytami płci obojga. Najmłodszy z letników musiał mieć grubo po sześćdziesiątce. Zalegali wśród parawanów z książkami, słomianymi kapeluszami i całym plażowym dobytkiem – ale nikt z nich nie był tekstylny”.

 

Zrezygnowałem ze zdania „Inaczej niż młodzieńcy, mieli przy sobie różne rzeczy”, bo i tak wiele nie wnosi, (wiadomo, że bohaterowie „przybyli” bez sprzętów wakacyjnych), a przy okazji znika powtórzenie „Najmłodszy z…” / „inaczej niż młodzieńcy”.

W zdaniu otwierającym akapit zmieniłem też „Plaża była…” na „Miejsce było”, żeby uniknąć powtórzenia „plaża / plażowy ekwipunek”, zwłaszcza że w akapicie wcześniej pojawia się już „Plaża wydawała się…”

 

Edit komentarza:

Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby ująć słowo „tekstylny” w cudzysłów lub apostrofy. Ktoś, kto nie zna kontekstu kulturowego, może nie od razu skojarzyć, że chodzi o ubranie/nagość, i pomyśleć, że ludzie są zrobieni z materiału. – ewentualnie, faktycznie napisać “bez odzieży” i nie będzie tej całej rozkminy.

bruce

“A co cię to obchodzi”?

Kurczę, nie znałem tego :)

 

Co do opowiadania, myślę, że masz z nim tak, jak miałam w dzieciństwie z “Alicjami” (bo klimat jest bardzo podobny, zagadkowość – także)

Może coś w tym jest. Mówili, że z wiekiem będzie inaczej – poważniejsza literatura, bogatsze słownictwo – a ja wciąż [prawie] tak samo dziecinny :p

 

Ślimak Zagłady

Zauważ jeszcze, że to Siła dał impuls do rozpoczęcia przygody, w wyniku której wypadł z grupy przyjaciół (czy raczej – w odczycie symbolicznym – przestał być częścią osobowości dojrzewającego Olka).

Tego nie wyłapałem.

 

Oczywiście takie sytuacje są realnym problemem osób o bardzo nietypowych nazwiskach (np. “Piszpan” czy “Cyps albo Zyps”).

Był kiedyś skecz o pewnym panu, co przyszedł do urzędu zmienić imię i nazwisko. A miał ładne – nadane na część słynnego austriackiego akwarelisty.

 

Dobra, bo się rozgadałem :p

Powodzenia w konkursie!

 

Kurczę, nie znałem tego :)

Czasem oglądam z Dziećmi, ten serial jest genialny. laugh

 

Może coś w tym jest. Mówili, że z wiekiem będzie inaczej – poważniejsza literatura, bogatsze słownictwo – a ja wciąż [prawie] tak samo dziecinny :p

Eee… nie. :) Tu bardziej chodziło mi o powtórne przeczytanie/przeanalizowanie. :) 

Pecunia non olet

Bardzo mi przyjemnie, że dyskusja tak ładnie rozkwita!

 

Robercie, w żadnym razie nie jest to nietakt czy wtrącanie się, warto proponować swoje rozwiązania redakcyjne, zwłaszcza gdy autor do tego zachęca. Jednak tę wersję uważam za słabszą od mojej, co postaram się choć w przybliżeniu uzasadnić.

Zrezygnowałem ze zdania „Inaczej niż młodzieńcy, mieli przy sobie różne rzeczy”, bo i tak wiele nie wnosi, (wiadomo, że bohaterowie „przybyli” bez sprzętów wakacyjnych), a przy okazji znika powtórzenie „Najmłodszy z…” / „inaczej niż młodzieńcy”.

W moim odczuciu to zdanie sporo wnosi. Kiedy Mikołaj przeniósł Olków i zostali bez czegokolwiek, co mieli przy sobie, to musieli początkowo przypuszczać, że tak właśnie działają portale czy przejścia do tego świata, więc byłoby pierwszym, na co zwrócą uwagę, że bywalcy jednak mają różne rzeczy – a narracja tutaj podąża za perspektywą bohaterów. “Młodzieńcy” dałoby się podmienić choćby na “nowo przybyli”, ale nie wydaje mi się, żeby ten wspólny rdzeń słowotwórczy był rażący w przeciwstawieniu.

W zdaniu otwierającym akapit zmieniłem też „Plaża była…” na „Miejsce było”, żeby uniknąć powtórzenia „plaża / plażowy ekwipunek”, zwłaszcza że w akapicie wcześniej pojawia się już „Plaża wydawała się…”

To wszystko rozmywa konkret, głównym celem tego miejsca jest żywiołowe odmalowanie obrazu, który rozpościera się przed oczami Olków, i szoku, jakiego doznają na ten widok – w ogóle tematyka przetwarzania bodźców wizualnych lub jego braku, przynajmniej w moim zamyśle, spina kompozycyjnie całe opowiadanie! – wobec czego wolę pisać o plaży niż o miejscu i na pewno wolę dłuższe wyliczenie różnych dostrzeganych przedmiotów niż “cały plażowy dobytek”.

Mogę napisać o tekstyliach w charakterze mrugnięcia okiem do zorientowanego czytelnika, jednak moim skromnym zdaniem wyraz “tekstylny” byłby tu nietrafiony: po pierwsze dlatego, że to w końcu żargonowe określenie, którego odbiorca ma prawo nie znać, po drugie dlatego, że – ponownie – narracja śledzi tutaj perspektywę bohatera, który nie należy do subkultury naturystów i nie ma powodu, żeby to właśnie słowo przyszło mu na myśl.

 

bruce i Ramshiri:

Co do opowiadania, myślę, że masz z nim tak, jak miałam w dzieciństwie z “Alicjami” (bo klimat jest bardzo podobny, zagadkowość – także)

Może coś w tym jest. Mówili, że z wiekiem będzie inaczej – poważniejsza literatura, bogatsze słownictwo – a ja wciąż [prawie] tak samo dziecinny :p

To jest niesamowicie miła i pochlebna opinia, ale naprawdę nie posuwałbym się aż do supozycji, jakoby moje opowiadanie mogło zyskiwać na ponownej lekturze podobnie jak arcydzieło Carrolla.

 

bruce, nie wiem, czy zauważyłaś moje poprzednie pytanko, ale w żadnym razie nie nalegam, jeśli nie masz teraz do tego głowy.

 

Dziękuję i ostrożnie posyłam wstępne, przedświąteczne życzenia!

Przepraszam, Ślimaku Zagłady, zauważyłam, oczywiście, miałam na nie odpowiedzieć, przekonana byłam, że to zrobiłam, ale – jak widzę – jednak nie. blushsurprise Bardzo przepraszam… Będzie mi bardzo miło, proszę o przesłanie, kojarzę ten wiersz, jak przez mgłę, Brat znał wszystkie wiersze z “Alicji” na pamięć, ja – tylko wspomniany początek “Dżabbersmoka”. ;) Pamiętam ryciny, wszystkie czarno-białe. :) I chyba zakończenie – że “Ostryg nie było już wcale”. ;) I ogólną wymowę – jak obaj (Stolarz i Mors) ubolewali nad ich nieszczęsnym losem i pożerali łapczywie. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Mogę tylko ponownie pozdrowić i podkreślić z całą mocą, że absolutnie nie masz za co przepraszać. Wiersz już do Ciebie leci!

heart Podziękowania; odświeżyłeś mnóstwo wspomnień z nim związanych, serdecznie Ci dziękuję. smiley

Pecunia non olet

Ślimaku, 

Nie da się ukryć, że Twoja wersja jest lepsza – choćby z tego prostego powodu, że jest Twoja. Jak mawiał kiedyś jeden z moich profesorów: to, co chcecie napisać, to, co udało się wam napisać, a to, co ktoś przeczyta, to trzy różne rzeczy.

Ty, jako autor, stoisz na początku tej drogi, ja – jako czytelnik – na jej końcu, więc nie mam wglądu w Twój zamysł ani w to, jak chcesz lub chciałbyś przedstawić fabułę. Dlatego skłaniam się ku opinii, że ingerowanie w cudzy tekst twórczy nie zawsze jest dobrym pomysłem i że wyszedłem nieco przed orkiestrę – za co jedynie mogę przeprosić.

Oczywiście nie dotyczy to standardowej korekty: wyłapywania literówek, powtórzeń, błędów gramatycznych itp. Z perspektywy czytelnika nigdy do końca nie wiadomo, co autor chciał powiedzieć i na co położyć nacisk, więc sugerowanie zmian na poziomie treści bywa w gruncie rzeczy błądzeniem po omacku.

Co do słowa „tekstylny”, zgadzam się z Tobą (pisałem o tym także w komentarzu), że nie wszyscy zrozumieją jego niedosłowne znaczenie, więc albo warto to jakoś zaznaczyć, albo zastąpić innym określeniem.

„narracja śledzi tutaj perspektywę bohatera, który nie należy do subkultury naturystów i nie ma powodu, żeby to właśnie słowo przyszło mu na myśl.” – Sam również nie należę do tej subkultury, a jednak to słowo przyszło mi na myśl (Tobie chyba też). Wydaje mi się, że „tekstylni” funkcjonuje raczej jako zwrot obiegowy niż termin stricte subkulturowy – co najwyżej lekko przestarzały, kojarzony z latami osiemdziesiątymi.

Robercie, wolałbym, żebyś nie czuł się w jakimkolwiek stopniu zaambarasowany swoją propozycją. To prawda, że trudno jest podać nową redakcję sceny, która wpasuje się dokładnie w intencje autora i jego wizję świata przedstawionego, ale taka próba może być pożytecznym ćwiczeniem dla obu stron. Nie widzę nic zdrożnego w przepisaniu paru zdań na nowo w komentarzu i sam to nieraz robiłem – oczywiście nie przymuszając autora do ich zmiany, lecz w formule “zobacz, czy tak nie spodoba Ci się bardziej”. Ma to sens zwłaszcza, gdy nad daną kwestią redakcyjną jest już obszerna dyskusja i nie widać prostego rozwiązania.

Na razie spróbuję przywrócić “tekstylia” w formie podanej rano, ale z pewnością nie wykluczam dalszego szlifowania tego fragmentu.

Fajna historia i bardzo mi się podobało, jak wplotłeś do niej matematykę. Jakoś rzadko kto na co dzień myśli o przestrzeniach nieeuklidesowych, a tu niespodzianka. Nie pamiętam, czy załapałeś się na teksty SzyszkowegoDziadka, ale tam też można spotkać nawiązania z matplanety, a i warsztat więcej niż przyzwoity.

Ja odebrałam opowiadanie metaforycznie, acz mam sporo wątpliwości. Dlaczego Olek musiał stracić Siłę? Siła sama w sobie nie jest zła. OK, co innego brutalna siła, a co innego siła wypływająca z psyche, z doświadczenia, z treningu… Siła kontrolowana i kontrolująca.

Nawiązania na plus.

Szacun dla Alicji. Feministka we mnie z satysfakcją wyciąga wniosek, że babka z opaską na oczach jest bardziej kumata niż czterech chłopa bez opasek. ;-)

Imponująca dyskusja. Chyba dłużej czytałam komentarze niż tekst właściwy (i ze dwa razy na nich przysnęłam ;-) ).

Babska logika rządzi!

Szacun dla Alicji. Feministka we mnie z satysfakcją wyciąga wniosek, że babka z opaską na oczach jest bardziej kumata niż czterech chłopa bez opasek. ;-)

Finklo… laugh

Pecunia non olet

Cześć, Finklo!

Świetnie, że spodobał Ci się aspekt matematyczny, tak myślałem, że dla Ciebie to może być atrakcyjna strona tekstu. Powinienem postarać się częściej wykorzystywać znajomość tej dziedziny w kreacji światów fantastycznych, ale dotychczas nie miałem na to dobrych pomysłów. Kiedyś już rozmawialiśmy o SzyszkowymDziadku, oczywiście czytałem jego nowe opowiadania (te, które publikował tu w ostatnich latach) i pod jednym stoczyłem nawet bardzo długą dyskusję, zamierzam jeszcze kiedyś zajrzeć do tych starszych.

Ja odebrałam opowiadanie metaforycznie, acz mam sporo wątpliwości. Dlaczego Olek musiał stracić Siłę? Siła sama w sobie nie jest zła. OK, co innego brutalna siła, a co innego siła wypływająca z psyche, z doświadczenia, z treningu… Siła kontrolowana i kontrolująca.

To cenna uwaga. Siła w moim zamyśle nie miał symbolizować siły jako takiej, lecz raczej zapędy do rozwiązywania wszelkich problemów siłą, taki stan umysłu kogoś, kto na przykład doprowadza kolegów do płaczu czy chce ratować wcale sobie tego nieżyczące “księżniczki” – i z czego można wyrosnąć przy dobrym wychowaniu czy pod wpływem kształtujących charakter wydarzeń. Miałem nadzieję, że to zupełnie jasne, ale jeżeli Ty masz wątpliwości, byłby to istotny problem konstrukcyjny, może dało się tę postać lepiej naszkicować, może nawet należało ją inaczej nazwać? Siłę mądrą i kontrolowaną reprezentuje raczej Kanar, choć on z kolei uczy się odpuszczać tę potrzebę poczucia kontroli.

Nawiązania na plus.

Dziękuję! Parę ich tu jest, sporo na pewno wyłapałaś, nie wiem, czy wszystkie; sam nie wiem, czy wszystkie wyłapałem, może coś powiązałem podświadomie: czasami wychodziła mi głębsza intertekstualność, niż przypuszczałem.

Szacun dla Alicji. Feministka we mnie z satysfakcją wyciąga wniosek, że babka z opaską na oczach jest bardziej kumata niż czterech chłopa bez opasek. ;-)

Mimo wszystko miała nad nimi nieuczciwą przewagę, będąc w jakiś nie do końca wyjaśniony sposób powiązana z tym miejscem oraz będąc znajomą Świętego Mikołaja. Niemniej w żadnej mierze mnie nie razi, że jesteś w stanie to odczytać w ten sposób, Twoje interpretacje feministyczne zawsze wzbogacają odbiór tekstu – przede wszystkim cieszę się, że nie uznałaś Alicji za niedostatecznie zbudowaną i potraktowaną przedmiotowo.

Imponująca dyskusja. Chyba dłużej czytałam komentarze niż tekst właściwy (i ze dwa razy na nich przysnęłam ;-) ).

Mam nadzieję, że jeszcze nie zmierza ku końcowi, w każdym razie dołożyłaś do niej piękną cegiełkę. Bardzo dziękuję za wartościowy komentarz i dopchnięcie do Biblioteki oraz serdecznie, świątecznie pozdrawiam!

A tak, możesz spokojnie wykorzystywać matematykę w fantastyce. Lubimy to. :-)

Aha, brutalna siła. W takim razie OK. Doskonale rozumiem – kiedyś miałam wracać do domu po zmroku, na rowerze. Rower stosunkowo nowy, przerwa w jeździe po nocy dość długa i nijak nie mogłam sobie przypomnieć, jak włączyć dynamo. Gdzieś tam trzeba było coś wcisnąć, żeby dynamo przytuliło się do opony. No to kolega, nie słuchając moich protestów, wygiął je na siłę. Dynamo już więcej nie nadawało się do użytku… A nie byliśmy natenczas hormoniastymi nastoletnimi szczeniakami, to działo się na studiach albo i po. Najwyraźniej ten Olek nie przeszedł tego etapu.

Wszystkich nawiązań pewnie nie wyłapałam. 

I ja świątecznie pozdrawiam. :-)

Babska logika rządzi!

A tak, możesz spokojnie wykorzystywać matematykę w fantastyce. Lubimy to. :-)

Rozumiem, zamówienie przyjęte! Mam nadzieję, że będą mnie napadać nowe pomysły w tym zakresie, a gdybyś miała jakieś źródła inspiracji, oczywiście śmiało możesz podsuwać.

Najwyraźniej ten Olek nie przeszedł tego etapu.

Czy może – przyjmując interpretację “jedności Olka” – zaczyna go właśnie przechodzić w obrębie fabuły opowiadania, pozbywa się tych odruchów. Opowieść o dynamie pouczająca, zwłaszcza w warstwie, że Ty zapamiętałaś tę sytuację i wyciągnęłaś wnioski, a co do kolegi, to nie jest to powiedziane.

Wszystkich nawiązań pewnie nie wyłapałam.

Carroll jest oczywisty i obszernie już omówiony, więc w sumie głównie mnie ciekawi, na ile czytelne są nawiązania w strukturze tytułu (do znanego opowiadania również wykorzystującego matematykę) oraz w zdaniu “Jak mawia pewien jego znajomy z bujną grzywą, każdy potrzebuje znać tylko własną historię”.

Hmmm. Z takimi inspiracjami to najczęściej jest tak, że po fakcie człowiek mówi – o, jakie to było fajne. A żeby zawczasu wpaść na jakiś pomysł, to już nie jest tak prosto. Jak z jajkiem Kolumba.

Miałam na myśli swojego znajomego “Olka”. I co mi po moich wnioskach? Ja już wcześniej miałam bardzo silne podejrzenia, że wyginanie jakiejś części nie jest dobrym sposobem na uruchomienie. Wyciągnęłam głównie takie wnioski, żeby trzymać się od tego kumpla z daleka.

Nawiązania. Tytułu w ogóle nie kojarzę. Wodeckiego wyłapałam. Przy bujnej grzywie zastanawiałam się, czy chodzi o Aslana, ale nigdy tego nie czytałam, więc nie potrafiłam rozstrzygnąć.

Babska logika rządzi!

A żeby zawczasu wpaść na jakiś pomysł, to już nie jest tak prosto. Jak z jajkiem Kolumba.

Prawda. I bardzo ładna, klasyczna analogia – chyba pierwszy raz mi się zdarzyło, żeby ktoś jej użył w rozmowie, widziałem ją tylko parę razy w jakichś starszych książkach.

Nawiązania. Tytułu w ogóle nie kojarzę. Wodeckiego wyłapałam. Przy bujnej grzywie zastanawiałam się, czy chodzi o Aslana, ale nigdy tego nie czytałam, więc nie potrafiłam rozstrzygnąć.

O Aslana, słusznie. Nawet jeśli ktoś czytał, to ma prawo nie pamiętać tych akurat słów Lwa. Co do wyboru tytułu, inspiracją było https://en.wikipedia.org/wiki/And_He_Built_a_Crooked_House.

Aha. Czyli z Aslanem dobrze mi się myślało, a na rozszyfrowanie tytułu nie miałam szans, bo w ogóle nie kojarzę tego tekstu.

Babska logika rządzi!

W takim razie cieszę się, że mogłem podsunąć ładny i ceniony tekst na motywach matematycznych!

W sumie nie wiem, co o tym myśleć, po przeczytaniu chyba muszę skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą. Jest dziwnie i absurdalnie, ale z jakiegoś (dziwnego) powodu tekst nie do końca mi przypasował, może przez te naukowe wtręty lub troszkę za duże pomieszanie z poplątaniem. Nie mogłem się odpowiednio wkręcić w klimat.

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

Dziękuję za przyjurorowanie się do tekstu! Zdaję sobie sprawę, że pójście w weird z wątkami matematycznymi było decyzją, która nie trafi w gust każdego odbiorcy, ale trudno mi o tym merytorycznie dyskutować. Lepiej się odpowiednio wkręcić w klimat niż w klimatyzator. Konsultuj się, ale mogę od razu podać prawdopodobną diagnozę według klasyfikacji ICD-10: X59.9 “ekspozycja na inny czynnik zewnętrzny wywołujący inny lub nieokreślony uraz”.

“trudno mi o tym merytorycznie dyskutować”

 

W sensie chciałeś powiedzieć w delikatny sposób, że jestem zbyt głupi, żeby to ogarnąć, prawda? Może i tak jest, aczkolwiek czuję się lekko urażony.

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

Ale ogólnie dzięki temu tekstowi dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak geometria hiperboliczna. Choć może miałem to na studiach i zapomniałem ;)

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

W sensie chciałeś powiedzieć w delikatny sposób, że jestem zbyt głupi, żeby to ogarnąć, prawda?

Fanthomasie, pozwolę sobie wtrącić – nie wydaje mi się, to zbyt daleko posunięte domysły. :) 

Ślimak Zagłady sam wielokrotnie tu pisał w komentarzach, że nie chce sam narzucać nam, Czytelnikom, sposobu interpretacji ani zdradzać własnych motywów takiego ujęcia matematycznych wątków i szczegółów pomysłu, ot – choćby w odpowiedzi, skierowanej do Bardjaskiera:

“(…) zamyśliłem takie weirdowe opowiadanie drogi o niejednoznacznej treści, którą każdy czytelnik miałby szansę przetrawić i dopasować do własnych doświadczeń (w nadziei, że mój warsztat pozwala już na taką próbę)”.

Moim skromnym zdaniem Autor nie chce za dużo zdradzać, by nie psuć nam zabawy – abyśmy sami podczas lektury podążali za swoimi przemyśleniami, skojarzeniami i interpretacjami. :) 

 

Pozdrawiam Was świątecznie! heartsmiley

Pecunia non olet

W sensie chciałeś powiedzieć w delikatny sposób, że jestem zbyt głupi, żeby to ogarnąć, prawda? Może i tak jest, aczkolwiek czuję się lekko urażony.

Nie miałem zamiaru Cię subtelnie obrażać, przepraszam, jeżeli odniosłeś takie wrażenie. Odpisałem Ci w retoryce umiarkowanego absurdu, którą – jak mi się wydało – zastosowałeś w komentarzu. Chciałem powiedzieć, że o gustach się nie dyskutuje i jeżeli jako juror odrzucisz tekst, bo zawiera “naukowe wtręty” (naprawdę co najwyżej popularnonaukowe), godzę się z takim werdyktem bez zastrzeżeń.

Gdybyś wskazał jakąkolwiek uchwytną wadę opowiadania, podziękowałbym Ci za cenną wskazówkę lub podjął polemikę, jak nieraz w komentarzach powyżej. Jednak Twój wpis uznałem za całkowicie oparty na subiektywnych kryteriach estetycznych, a przez to nieotwierający pola do dyskusji. Dlatego zresztą nie rwałem się nigdy do organizacji konkursów i miewam duże wątpliwości co do swoich działań w Loży, że mimo najlepszych starań nie jestem w stanie zapewnić obiektywności oceny tekstów, więc i Tobie nie mogę z tego czynić zarzutu.

 

bruce, pięknie dziękuję za Twoje zaufanie do moich dobrych intencji i chęć pomocy w objaśnieniach! Również Cię świątecznie pozdrawiam i życzę, by nic nie wyczerpywało Twoich pokładów czułości i zrozumienia.

Może drugi juror mi pomoże (bo Pomorze to jego rewir, więc kto jak nie on, plus morze i plaża niedaleko, aczkolwiek nie wiem, czy akurat naturystów) w odpowiednim sformułowaniu wniosków płynących z lektury. Nie jestem w stanie na razie niczego zasugerować, gdyż jedyny zarzut, jaki mam wobec tekstu to taki, że im dalej w las, tym dziwniej, ale niekoniecznie ciekawiej. Zapewne w pewnym momencie moja wizja (dalszego ciągu) i twoja się rozeszły i do samego końca już nie spotkały ;)

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

Nie ma problemu: jeżeli wraz z rozwojem fabuły nie odczułeś wzrostu zainteresowania i napięcia, to rzeczywiście świadczyłoby o jakichś trudnościach warsztatowych z mojej strony, bo rozstanie z Alicją i scena zachodu słońca na pustyni zdecydowanie miały temu służyć. Jeżeli miałeś jakąś konkretną wizję dalszego ciągu, nie miałbym nic przeciwko, żebyś się nią podzielił, ale też oczywiście nie nalegam.

Bardzo dziękuję i pozdrawiam, Ślimaku Zagłady. :)

Pecunia non olet

Hej!

Wciągająca historia, ale kiedy pojawiła się matematyka, trochę się pogubiłam i ostatecznie chyba nie zrozumiałam zakończenia. Doczytałam w komentarzach, że chodziło o “odnalezienie siebie”. To piękny prezent od św. Mikołaja, choć trochę szalony. Lepiej mógł zasponsorować kilka wizyt u terapeuty, ale wtedy nie byłoby tej dziwnej przygody. :D

Całość jest świetnie napisana, ale to żadna nowość. Przypuszczam, że Twoim wykonaniu nawet przepis na naleśniki czytałoby się jak dobrą literaturę piękną. 

Symbolicznie klikam i pozdrawiam! :) 

Hej, Marszawo!

Bardzo mi miło, że wciągnęłaś się w historię i dobrze Ci się czytało. Co do wątpliwości, chyba rozumiem, co starasz się powiedzieć – że brakuje Ci wyraźnego powiązania pomiędzy warstwą matematyczną a warstwą rozwoju postaci i przez to nie byłaś pewna, jak odebrać zakończenie. Mnie ten związek wydawał się klarowny, wręcz intuicyjny: złożoność możliwych wyborów życiowych i dróg samorozwoju jest tak duża, że błądzenie w zwykłej przestrzeni nie wystarczyłoby jako ich przenośnia i dopiero trzeba wprowadzić geometrię hiperboliczną. Jeśli jednak nie udało mi się tego dostatecznie naświetlić i czytelnik nie wychwyci tej myśli, pewnie może to dać wrażenie pomieszania tematów i pogorszyć odbiór tekstu (choć wciąż mam po prostu świat o ciekawych zasadach, w którym umieszczam opowiadaną historię). Być może to właśnie próbował wyżej powiedzieć Fanthomas.

Przypuszczam, że Twoim wykonaniu nawet przepis na naleśniki czytałoby się jak dobrą literaturę piękną.

To uroczy komplement, tylko może lepiej, żeby nikt potem nie próbował jeść tych naleśników!

 

Dziękuję za symboliczny klik i również pozdrawiam, życzę wspaniałej poświątecznej atmosfery!

Ciekawa matematyczno-filozoficzna opowieść. Bardziej zaciekawia niż wzbudza emocje. W jaki sposób bohater poradzi sobie w nieeuklidesowym świecie? A nie: żeby tylko mu się udało!

Przejrzałem pobieżnie komentarze, więc nie wiem, czy padł Czarnoksiężnik z krainy Oz. Jeśli nie, to dorzucam to skojarzenie. Olkowie trochę przypominali towarzyszy Dorotki. Lew, który się boi, drwal, który chciałby mieć serce, by czuć, strach na wróble, który chciałby znaleźć mądrość. Olek Szef na początku jest niezdecydowany, choć Kanar wydaje się mieć cechy zgodne z przezwiskiem. Podobnie jest z Sawką.

Opowiadanie inteligentne, wymagające od czytelnika skupienia i zaangażowania, pełne subtelnego humoru (…nagość i szlachetna mowa Goethego otaczały ich z każdej strony, wciskały się natrętnie w oczy i uszy./– To jakieś złe miejsce.). I dzieje się przed zastąpieniem marek na euro. Trochę mnie to zastanowiło.

 

Pozdrawiam!

 

Dziękuję za lekturę i komentarz, poczyniłeś tu szereg drobnych, ale bardzo ciekawych obserwacji!

Bardziej zaciekawia niż wzbudza emocje. W jaki sposób bohater poradzi sobie w nieeuklidesowym świecie? A nie: żeby tylko mu się udało!

W sumie nie pierwszy raz otrzymuję podobną uwagę. Interesujące byłoby zbadanie, od czego to zależy i w jaki sposób uzyskuje się efekt “żeby tylko mu się udało”.

Przejrzałem pobieżnie komentarze, więc nie wiem, czy padł Czarnoksiężnik z krainy Oz. Jeśli nie, to dorzucam to skojarzenie.

Nie padł i w sumie o nim dotychczas nie pomyślałem, ale skojarzenie śliczne i zasadne! Gdzieś wyżej uprzedzałem, że czasem mi wychodzi intertekstualność głębsza, niż sam przypuszczam.

Olek Szef na początku jest niezdecydowany, choć Kanar wydaje się mieć cechy zgodne z przezwiskiem. Podobnie jest z Sawką.

Od razu pokazuję, że przezwisko Szefa jest ironiczne, ale pewnie rzeczywiście część odbiorców może to uznać za drobny problem kompozycyjny.

Opowiadanie inteligentne, wymagające od czytelnika skupienia i zaangażowania, pełne subtelnego humoru

Dziękuję!

I dzieje się przed zastąpieniem marek na euro. Trochę mnie to zastanowiło.

Nawet tego głębiej nie analizowałem, zeszło mi gładko z klawiatury, po prostu “Zahlung nur in Mark” brzmi dużo efektowniej niż “Zahlung nur in Euro” – i skoro ten jakiś świat równoległy jest zdominowany przez Niemców, to dlaczego nie mieliby używać marki niemieckiej.

 

Pozdrawiam!

Od razu pokazuję, że przezwisko Szefa jest ironiczne

Oczywiście załapałem. I nie przyszło mi w ogóle do głowy, że to:

problem kompozycyjny.

Bardziej chodziło mi o wskazanie analogii do Czarnoksiężnika. Lew powinien mieć odwagę, wiec wędrówka służy jej odnalezieniu. Szef powinien być zdecydowany, więc podczas wędrówki zyskuje tę cechę itd. Oczywiście to jest taka powierzchowna interpretacja. Drwal chce czuć, więc pragnie serca, ale przecież jest to postać pełna uczuć. 

 

Podbródek mu się formalnie trząsł i biedaczysko wyglądał na gotowego do płaczu.

Dlaczego formalnie?

I skoro biedaczysko, to wyglądało na gotowe do płaczu.

 

– O jeny – knął Szef.

To zamierzona aliteracja?

 

rudowłosej damy, która na pytanie o obwód w talii musiałaby odpowiedzieć „z biustem czy bez?”:

Fuuuuu ;p

 

Hahaha, podoba mi się, że naturyści są Niemcami, to takie prawdziwe! Jeden z najbardziej bezpruderyjnych narodów, jakie miałam okazję poznać.

 

Ta zagadka musi mieć jakieś ładne rozwiązanie.

Brzmi nienaturalnie, nikt tak nie mówi.

 

wyglądali jak cztery z siedmiu nieszczęść.

Ładne.

 

a Sawka i Kanar chcąc nie chcąc za nim:

Chyba lepsza byłaby zwykła kropka na końcu.

 

Nim wielobok się zamknął

Hę? Myślałam, że koło nie ma żadnych boków.

 

Mamy tu ujemną krzywiznę Gaussa

Próbowałam sprawdzić, co to jest, ale na widok tylu wzorów i liczb moja dyskalkulia od razu mi przewraca żołądek na drugą stronę.

 

Gdzieś z boku wciąż dobiegały krzyki Sawki, który miał obudzić jednego z przyjaciół, kiedy wystarczająco zachrypnie

Nie rozumiem.

 

Ratrakuję plażę, nieprawdaż?

Co to znaczy? Nie mogę nigdzie znaleźć tego słowa, a Portal je traktuje jako błąd.

 

Jak mawia pewien jego znajomy z bujną grzywą, każdy potrzebuje znać tylko własną historię.

Czyli kto, czyj to cytat? Bo nie mogę znaleźć.

 

 

Nie jestem znawczynią gatunków weird czy bizarro, ale jak dla mnie było wystarczająco dziwnie.

Niezrozumiałe były dla mnie pojęcia matematyczno-fizyczne, ale z perspektywy mojego stereotypowego do bólu umysłu humanisty to nie jest żadna nowość.

Mam nadzieję, że się nie obrazisz, jak napiszę, że… troszeczkę się wynudziłam. W sumie to niewiele się dzieje. Domyślam się, że taki też był Twój zamysł, opowiadanie stoi nastrojem i niedopowiedzeniem, a nie akcją. Innych z pewnością zachwyci i zachwycił.

Twój warsztat jest niekwestionowany, ale to zapewne już wiesz. Język poetycki, ale jednocześnie nie nadęty, nie purpurowy. Mam nadzieję, że kiedyś też będę umiała znaleźć ten złoty środek.

Powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

AI mi wcześniej napisała, kiedy sprawdzałam (bo też nie bardzo się znam, niestety, kontuzja nogi to przekleństwo na całe życie sad):

Ratrakowanie to proces przygotowywania stoków narciarskich za pomocą specjalnych pojazdów – ratraków – które spychają, rozdrabniają, mieszają i równają śnieg, tworząc idealnie gładką lub pofalowaną (sztruksową) nawierzchnię, usuwając muldy, lód i przygotowując trasę do jazdy, zazwyczaj odbywa się to nocą, po zamknięciu stoków, aby śnieg mógł przymarznąć. 

 

Zrozumiałam, że to samo robiono tu z plażą i tak to pierwotnie odczytałam. 

Pecunia non olet

Cześć, Holly!

Dlaczego formalnie?

I skoro biedaczysko, to wyglądało na gotowe do płaczu.

“Formalnie” w znaczeniu 3 z Doroszewskiego “w rzeczywistości, naprawdę, prawdziwie, po prostu, istotnie” z paroma ładnymi przykładami z prozy.

Na “biedaczysko” poświęciłem dużo czasu, ponieważ wiem, że w takich konstrukcjach występuje z orzeczeniami rodzaju męskiego, ale trudno mi to formalnie (sic!) Ci wyjaśnić. Znalazłem w końcu, że “Kategoria rodzaju i przypadka polskiego rzeczownika” Wiesława Stefańczyka uznaje je po prostu za rzeczownik dwurodzajowy, męsko-nijaki.

To zamierzona aliteracja?

W pewnym sensie – nie powiedziałem sobie jawnie przy pisaniu “teraz użyję aliteracji”, ale miałem wrażenie, że ten zwrot lepiej odda wrażenie jęku niż “o rany”.

Hahaha, podoba mi się, że naturyści są Niemcami, to takie prawdziwe! Jeden z najbardziej bezpruderyjnych narodów, jakie miałam okazję poznać.

Cudownie, że Ci się podoba! Dla mnie to bardziej wiedza z lektur, choć trochę też z doświadczenia, w każdym razie od razu czułem, że Niemcy będą tu najlepiej pasować.

Brzmi nienaturalnie, nikt tak nie mówi.

Racja, dziękuję za spostrzeżenie! To może tak: “To musi być jakiś test, zagadka do rozwiązania”?

Chyba lepsza byłaby zwykła kropka na końcu.

Ja chyba nie widzę istotnej różnicy, mogę podmienić.

Hę? Myślałam, że koło nie ma żadnych boków.

Oni tutaj przekładają kijek dookoła okręgu, czyli wpisują weń wielobok. Miałem nadzieję, że opisałem to dość plastycznie, by czytelnik mógł sobie wyobrazić tę scenę.

Próbowałam sprawdzić, co to jest, ale na widok tylu wzorów i liczb moja dyskalkulia od razu mi przewraca żołądek na drugą stronę.

Dlatego w następnych paru zdaniach Olkowie wyjaśniają sobie konsekwencje praktyczne tego stwierdzenia.

Nie rozumiem.

Może przekombinowałem: wydało mi się, że to ładna fraza, ale może lepiej byłoby napisać po prostu “kiedy już porządnie zachrypnie”.

Co to znaczy? Nie mogę nigdzie znaleźć tego słowa, a Portal je traktuje jako błąd.

bruce prześlicznie wyjaśniła, dziękuję!

Czyli kto, czyj to cytat? Bo nie mogę znaleźć.

Aslan, bóg-lew z Opowieści z Narnii; w pierwszym tomie pojawiła się także postać Świętego Mikołaja i nie ma powodu wątpić, że w obrębie tego uniwersum powinni być sobie znajomi.

Niezrozumiałe były dla mnie pojęcia matematyczno-fizyczne, ale z perspektywy mojego stereotypowego do bólu umysłu humanisty to nie jest żadna nowość.

Zależało mi na napisaniu opowiadania tak, by stereotypowy humanista mógł odczuć sens geometrii hiperbolicznej na podstawie rozwoju fabuły zamiast szukać definicji i wzorów i je analizować. Jeżeli w Tobie budzi wyobcowanie, pewnie to się nie całkiem udało.

Mam nadzieję, że się nie obrazisz, jak napiszę, że… troszeczkę się wynudziłam. W sumie to niewiele się dzieje. Domyślam się, że taki też był Twój zamysł

Nie mam powodu się obrażać, mam powód się zastanawiać, ponieważ o ile spokojny, refleksyjny nastrój mógł należeć do mojego zamysłu, to na pewno wolałbym, żeby czytelnik zainteresował się losami bohatera, a nawet o nie zaniepokoił.

Twój warsztat jest niekwestionowany, ale to zapewne już wiesz. Język poetycki, ale jednocześnie nie nadęty, nie purpurowy. Mam nadzieję, że kiedyś też będę umiała znaleźć ten złoty środek.

Bardzo dziękuję, takie pochwały zawsze motywują! Obawiam się, że w innych aspektach twórczości nigdy nie osiągnę takiego poziomu jak językowy, ale będę się starał rozwijać.

Powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie!

Również serdecznie pozdrawiam!

Hej!

Jestem bliski komentarza Barda, historia mnie pochłonęła, była ciekawa, ale też nie jestem w stanie sobie odpowiedzieć na pytanie gdzie tak naprawdę zmierzałeś prowadząc bohatera/bohaterów. I wcale nie jest to wada.

Stwierdziłem, że troszkę nad tym pomyślę, zanim napiszę komentarz, ale po kilku godzinach i ponownym przeczytaniu jestem w tym samym miejscu. Odebrałem przekaz jako szukanie samego siebie, odkrycie pewnych rzeczy w sobie, zaakceptowanie ich i odrzucenie, ponieważ były przeszkodą w zrozumieniu i pójściu dalej. Nie wiem czy jest to słuszne odczytanie historii. 

Nie jestem dobry z matematyki, nie jest to moja mocna strona, ale nie będę kłamał – akurat w tym opowiadaniu podobała mi się ta wstawka. Nadała ciekawego klimatu, dość dla mnie nowego, może dlatego, że nie czytam za często takich rzeczy. Może powinienem.

Nie ma tu dużo akcji, ale nie czyniło to opowiadania nudnym, właśnie to jego najmocniejsza część, potrafisz sprawnie zainteresować czytelnika wszystkim co jest obok rzeczywistej akcji – światem, zagadką dla czytelnika, psychologią i wcześniej wspomnianą matematyką.

Domyślam się, że opowiadanie zostanie mi w głowie na dłużej.

Tekst oczywiście genialnie napisany.

Jedyny minus jaki widzę (czysto subiektywny) to to, że w moim mniemaniu Święty Mikołaj odbiera trochę powagi już z początku. Dla mnie ciekawiej byłoby, gdyby był inny czynnik zsyłający na tajemniczą plażę. Ale tak jak mówię, to czysto subiektywna opinia, może mam jakiś prywatny problem do Świętego Mikołaja, dla mnie pasuje on do miłych komediowych tekstów świątecznych, a nie do odszukiwania samego siebie. Chociaż może pożałuję tego co piszę, jak za rok pod choinką nie będzie prezentów za karę!

Serdecznie Cię pozdrawiam, dzięki za kawał dobrego opowiadania, szczególnie, że to chyba pierwszy tekst, jaki od Ciebie czytam (poza poezją). Będę musiał w końcu nadrobić resztę. Na klika się nie załapałem, ale do nominacji jeszcze zdążę, więc pędzę.

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej!

Na początek: doceniam i jest dla mnie bardzo miłe, że włożyłeś określoną ilość pracy w poszukiwanie sensu i przekazu mojej opowiastki. Myślę, że to, jak ją odebrałeś, jest zupełnie trafne – dodałbym może, iż jedna z wersji Olka zostaje odrzucona, ale pozostałe zbliżają się ku sobie, czyli właśnie lepiej rozumie swoje potrzeby i uczy się ich regulacji, żeby się na przykład nie miotał taki niezdecydowany między lękiem a potrzebą kontroli. AP bardzo ciekawie wskazał zarówno podobieństwa, jak i różnice względem Czarnoksiężnika z krainy Oz, gdzie bohaterowie wyruszają w podróż po to, żeby odnaleźć cechy, którymi tak naprawdę już dysponują, ale w siebie wątpią i potrzebują utwierdzenia czy po prostu placebo. Można dyskutować, czy w istocie nie jest to dojrzalsza myśl. Z drugiej strony nie komplikowałem tu przesłania dosyć świadomie, bo przy dwóch czy trzech moich wcześniejszych tekstach pojawiały się uwagi, że chciałem upchnąć zbyt złożone zagadnienia na zbyt małej przestrzeni i tego nie udźwignąłem.

Nie jestem dobry z matematyki, nie jest to moja mocna strona, ale nie będę kłamał – akurat w tym opowiadaniu podobała mi się ta wstawka. Nadała ciekawego klimatu, dość dla mnie nowego, może dlatego, że nie czytam za często takich rzeczy. Może powinienem.

“Takich rzeczy” w ogóle nie ma za dużo, rozmawialiśmy o tym wyżej z Finklą. Chętnie jeszcze w przyszłości popróbuję wykorzystać matematykę w kreacji światów fantastycznych.

Domyślam się, że opowiadanie zostanie mi w głowie na dłużej.

Tekst oczywiście genialnie napisany.

Dziękuję, ale “oczywiście” i “genialnie” nie idą dla mnie w parze. Jak solidnego warsztatu językowego bym nie miał, nie mogę automatycznie liczyć na to, że w każdym tekście pojawi mi się choćby jeden przebłysk istotnego geniuszu. A potem zaglądam do takiego Miłosza i widzę, że prawie od ręki formułował zdania przekraczające urodą cokolwiek, co zdarzyło mi się popełnić.

Jedyny minus jaki widzę (czysto subiektywny) to to, że w moim mniemaniu Święty Mikołaj odbiera trochę powagi już z początku. Dla mnie ciekawiej byłoby, gdyby był inny czynnik zsyłający na tajemniczą plażę. Ale tak jak mówię, to czysto subiektywna opinia

Pewne rzeczy, poniekąd oczywiste, warto jednak wyrazić na głos. Święty Mikołaj pasował mi tu pod paroma względami (nie wyłączając grudniowej publikacji) i zakładałem optymistycznie, że skoro u Lewisa nie zmniejszył powagi opowieści, to i mnie się uda. Tam jednak mógł udzielić bohaterom tylko ograniczonego wsparcia przeciw Czarownicy, a tu jest głównym motorem wydarzeń, przez co czytelnik może łatwo odgadywać: to on we własnej dobrodusznej osobie z nadwagą zaprojektował przygodę Olków, czyli nie przyjdzie na nich żadna straszna trwoga. Jeżeli kilkoro Przedmówców podnosiło, że nie przejęli się losem postaci, to jest to częściowe wyjaśnienie. Częściowe, bo miewałem podobne uwagi i przy opowiadaniach, w których żadnego Świętego Mikołaja nie było.

Serdecznie Cię pozdrawiam, dzięki za kawał dobrego opowiadania, szczególnie, że to chyba pierwszy tekst, jaki od Ciebie czytam (poza poezją). Będę musiał w końcu nadrobić resztę. Na klika się nie załapałem, ale do nominacji jeszcze zdążę, więc pędzę.

I Ciebie serdecznie, ślimaczo pozdrawiam! Bardzo dziękuję za obszerny, przemyślany komentarz, a także za dobicie do nominacji piórkowej. Naturalnie największym komplementem jest tutaj, że spodobało Ci się na tyle, byś ewentualnie chciał pozaglądać do moich starszych tekstów, ale nie czuj się w żaden sposób zobowiązany.

Na początek: doceniam i jest dla mnie bardzo miłe, że włożyłeś określoną ilość pracy w poszukiwanie sensu i przekazu mojej opowiastki.

To ja dziękuję, że napisałeś coś, co zatrzymało mnie na dłużej. 

dodałbym może, iż jedna z wersji Olka zostaje odrzucona, ale pozostałe zbliżają się ku sobie, czyli właśnie lepiej rozumie swoje potrzeby i uczy się ich regulacji, żeby się na przykład nie miotał taki niezdecydowany między lękiem a potrzebą kontroli.

Fakt, nie opinia.

 AP bardzo ciekawie wskazał zarówno podobieństwa, jak i różnice względem Czarnoksiężnika z krainy Oz

Tak, to bardzo celne porównanie, niestety było mi dane się nad nim zastanowić dopiero po przeczytaniu komentarza AP, sam na to nie wpadłem czytając. Ja byłem bliżej porównania do Lema, nie wiem czy to przez samą plażę i inny świat, ale nie opuszczało mnie skojarzenie do “Solaris”. W “Solaris” też zaczynało się dość hmm… groteskowo, dziwnie? A historia szła dalej w stronę dość poważnych refleksji. Nie wiem czy dobrze to tłumaczę.

Chętnie jeszcze w przyszłości popróbuję wykorzystać matematykę w kreacji światów fantastycznych.

Gorąco Cię zachęcam. 

A potem zaglądam do takiego Miłosza i widzę, że prawie od ręki formułował zdania przekraczające urodą cokolwiek, co zdarzyło mi się popełnić.

Hmm. Myślisz, że tak od ręki? Zgadzam się, że sam warsztat nie wystarczy, żeby porwać czytelnika. Nikt też nie mówi, że w każdym tekście musi być przebłysk geniuszu. Nie czytałem wszystkiego od Miłosza, ale śmiem wątpić, że wszystko co napisał on, czy inne wielkie nazwiska, było genialne. Jestem głęboko przekonany, że nie jeden jeszcze raz nas zaskoczysz wspaniałym tekstem, czy wierszem.

a tu jest głównym motorem wydarzeń, przez co czytelnik może łatwo odgadywać: to on we własnej dobrodusznej osobie z nadwagą zaprojektował przygodę Olków, czyli nie przyjdzie na nich żadna straszna trwoga. Jeżeli kilkoro Przedmówców podnosiło, że nie przejęli się losem postaci, to jest to częściowe wyjaśnienie.

Otóż to. 

 

Serdecznie pozdrawiam raz jeszcze!

You cannot petition the Lord with prayer!

Tak, to bardzo celne porównanie, niestety było mi dane się nad nim zastanowić dopiero po przeczytaniu komentarza AP, sam na to nie wpadłem czytając.

To jeszcze nic w porównaniu z tym, że sam na to nie wpadłem pisząc. I jak tu wymagać od czytelników rozpoznawania odwołań literackich… Oczywiście moim absolutnym rekordem pod tym względem było nieświadome nawiązanie do Balladyny w Rodzicach chrzestnych.

nie opuszczało mnie skojarzenie z “Solaris”. W “Solaris” też zaczynało się dość hmm… groteskowo, dziwnie? A historia szła dalej w stronę dość poważnych refleksji. Nie wiem czy dobrze to tłumaczę.

Dobrze tłumaczysz, to już głębsze skojarzenie konstrukcyjne, ale wydaje się uprawnione, tak jak to opisujesz.

Hmm. Myślisz, że tak od ręki? (…) Nie czytałem wszystkiego od Miłosza, ale śmiem wątpić, że wszystko co napisał on, czy inne wielkie nazwiska, było genialne.

Oczywiście też wszystkiego nie czytałem i niewątpliwie miał wiele słabszych pism czy wierszy. Niemniej właśnie przy lekturze Miłosza wielokrotnie zwracałem uwagę na to, jak w zdaniach nawet na całkiem pospolity temat potrafił zagrać elegancją języka, doborem konstrukcji gramatycznej, subtelnymi niedopowiedzeniami. Kałnoberże jak przetłumaczyć? Chyba: Brzozowa Góra. Spójrz na niemiecką mapę sztabową z czasu pierwszej wojny: to jest dolina Niewiaży, samo serce Litwy.

Serdecznie i uporczywie pozdrawiam!

 

Oczywiście też wszystkiego nie czytałem i niewątpliwie miał wiele słabszych pism czy wierszy. Niemniej właśnie przy lekturze Miłosza wielokrotnie zwracałem uwagę na to, jak w zdaniach nawet na całkiem pospolity temat potrafił zagrać elegancją języka, doborem konstrukcji gramatycznej, subtelnymi niedopowiedzeniami. Kałnoberże jak przetłumaczyć? Chyba: Brzozowa Góra. Spójrz na niemiecką mapę sztabową z czasu pierwszej wojny: to jest dolina Niewiaży, samo serce Litwy.

I z całego serca Tobie i nam wszystkim życzę, żebyś ten poziom osiągnął. Wydaje mi się, że jak trafisz na TEN pomysł, to przy swoim warsztacie, będziesz już wiedział co z nim zrobić. A jestem pewien, że przyjdzie on nieoczekiwanie i wyrwie nas wszystkim z butów! 

Powodzenia w konkursie, bo zapomniałem tego wcześniej dodać. Niesłychane jak wspaniałe opowiadania przyniósł ten konkurs, do teraz jestem w szoku. 

Pozdrawiam, wcale nie mniej uporczywie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Niektóre opowiadania z konkursu będę potrzebował dopiero poznać. Z kimś już ostatnio rozmawiałem o tym, że warsztat literacki to nie tylko opanowanie języka… W każdym razie dziękuję za życzenia i również Ci kibicuję, byś w nadchodzącym roku osiągał nieprzewidziane dotąd szczyty!

Ślimaku, obawiam się, że nie wszystko co napisałeś trafiło do mnie, nie wszystko zrozumiałam, ale z uwagą śledziłam poczynania Olków i cieszę się, że potrafili wykaraskać się z takiej masy piasku. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za wizytę i ocenę tekstu! Cieszę się, że zdołał na moment zatrzymać Twoją uwagę, a w przyszłym roku już na pewno postaram się przygotować coś, co do Ciebie lepiej trafi.

Bardzo proszę, Ślimaku. Jesteś bardzo wyrozumiałym Ślimakiem. Z przyjemnością poczekam na Twoje kolejne dzieła. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie uważam się za szczególnie wyrozumiałego, ale Twoje komentarze cenię wysoko i nawet tak krótki wpis potrafi mi z jednej strony przypomnieć, jaki postęp już uczyniłem, a z drugiej zmotywować do dalszego rozwoju.

Ave, Ślimaku!

 

Byłem ogromnie ciekawy, co tak twardo stąpająca (pełzająca?) po ziemi osoba może stworzyć przy próbie zmierzenia się z gatunkiem, którego podstawowym założeniem jest dziwność. Świat przedstawiony początkowo zdaje się nielogiczny, ale z czasem dochodzi do głosu matematyka i staje się jasne, że pierwsze wrażenie było błędne. Świat jest bardzo logiczny, a do tego mierzalny i jest to jedyna droga do należytego odbycia tej wędrówki.

 

W czasie lektury miałem skojarzenia z Alicją w krainie czarów, trzecią częścią Matrixa (początkowa scena, gdy Neo jest uwięziony na peronie). Z kolei sama Alicja przywodziła na myśl postać Enei z cyklu Hyperion Dana Simmonsa, ponieważ pojawiała się zawsze w odpowiednim miejscu i czasie, by przekazać bohaterom (bohaterowi?) niezbędne informacje i wskazówki. Różnica polega na tym, że Twoja Alicja jest w zasadzie rekwizytem, a Enea stanowiła oś fabuły.

 

I tutaj przechodzimy do jedynego problemu, jaki mam z Twoim tekstem. Fabuła, jak rozumiem, pełni rolę drugorzędną względem samej drogi i poznawania siebie, niemniej tekst mógłby sporo zyskać, gdybyś wyposażył go w zakończenie z prawdziwego zdarzenia i odpowiednio mocną puentę. Z uwagi na Twoje ponadprzeciętne umiejętności w zakresie operowania językiem, przez lekturę dosłownie się płynie. Tylko… dokąd właściwie? 

 

Niemniej, czas spędzony przy Twoim opowiadaniu, był czasem dobrze spożytkowanym, za co chylę czoła. Powodzenia w konkursie!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Ave, Cezary! (x2)

Interesująco się składa, że Twój tekst, który ostatnio komentowałem, także zaczynał się od kwestii związków między dziwnością a nielogicznością. Choć nie inspirowałem się bezpośrednio tamtą rozmową, zależało mi, żeby stworzyć tu świat, który wyda się czytelnikowi możliwie dziwny, aczkolwiek będą nim rządziły spójne reguły. Sądząc po Twojej ocenie, nie wypadło to całkiem źle.

Twoje skojarzenia co do fabuły i bohaterki na pewno mają sens. Słusznie zauważasz, że tekst zyskałby, gdyby udało mi się wymyślić i zmieścić w nim pogłębienie postaci Alicji, nadanie jej własnych, dodatkowych celów i czytelnego powiązania z myślą przewodnią całej historii. Jasne, że to mogłoby też pomóc w konstrukcji zakończenia czy chociaż nadaniu mu należnej wagi, chociaż nie jestem pewien, co starasz się wyrazić, gdy piszesz, że teraz nie jest ono “z prawdziwego zdarzenia”. Od początku wiedziałem, że chcę tak zamknąć utwór, cały był zbudowany pod tę puentę, w której oprócz rozwiązania dosłownej fabuły (Olkowie rozwiązali zagadkę i odnaleźli drogę) bardzo uważnie dobieram słowa, by odebranie bohaterów jako jednej, dojrzewającej i zyskującej spójność osoby było uprawnione nie tylko na poziomie głęboko abstrakcyjnej metafory, ale też by nie zamknąć drogi czytelnikowi, który wolałby zapamiętać ich jako grupę przyjaciół. Jednakże nie przeczę, że budowa zakończeń wciąż należy do moich głównych problemów twórczych, więc i tym razem mogła mi się przydarzyć jakaś niewykryta wada.

Bądź co bądź naprawdę mi przyjemnie, że uważasz czas poświęcony na lekturę za dobrze spożytkowany: przyjmuję komplement, rozpływając się i rozpełzając z zachwytu! I Tobie także powodzenia.

Sądząc po Twojej ocenie, nie wypadło to całkiem źle.

Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że wypadło naprawdę dobrze.

 

chociaż nie jestem pewien, co starasz się wyrazić, gdy piszesz, że teraz nie jest ono “z prawdziwego zdarzenia”.

Tutaj mogłem wyrazić się nieco jaśniej. Pisząc o zakończeniu “z prawdziwego zdarzenia” miałem na myśli klasyczne zakończenie, z wyraźną puentą i domknięciem wątków, zamiast mocno otwartej formuły.

 

Oczywiście jest to uwaga z gatunku “przyganiał kocioł garnkowi”, ponieważ sam regularnie korzystam z otwartych zakończeń, albo wręcz zapętlenia wydarzeń… ;]

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Nie widzę tutaj żadnego “przyganiał kocioł garnkowi”, bo w niektórych tekstach (w tym, nie wątpię, wielu Twoich) takie otwarte zakończenie jest trafną decyzją twórczą, a w innych zupełnie nie. Mnie z jednej strony wciąż brakuje umiejętności układania dobrych klasycznych zakończeń, a z drugiej tym razem rzeczywiście wierzyłem, że moja metaforyczna opowieść drogi zyska na takiej subtelnej puencie więcej niż na domykaniu wątków, które powinny zachować walor dziwności. To jednak zawsze ocenia czytelnik.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Bardzo przyjemnie mi to słyszeć, Twoja wizyta przyniosła odrobinę noworocznej radości!

Nowa Fantastyka