- Opowiadanie: Marszawa - Cmentarne syreny

Cmentarne syreny

Hej, 

to moje pierwsze podejście do Weird i Bizarro. Opowiadanie jest próbą połączenia starej creepy pasty o pannie młodej z hasłem konkursowym “Cmentarne syreny”, dramatem Wyspiańskiego i wątkiem świątecznym. 

Parafrazując klasyka: jak to wyszło, nie wiem?

 

Niestety nie wyrobiłam się w terminie, więc wrzucam poza konkursem, ale pozwolę sobie dodać tag konkursowy, bo pasuje tematycznie. :D 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Cmentarne syreny

Trzej Janowie z lampionami

Krążą nocą alejkami

 

– Który to będzie? – zapytał Jaśko, idąc przodem i oświetlając lampą naftową główną alejkę.

Mgła sunęła nisko nad ziemią, wijąc się między nogami. Chowała korzenie podstawiane przez stare drzewa, które cierpliwie czekały, aż ktoś się potknie.

– Po kwiatach! Po kwiatach patrz! – rzucił Janek, rozglądając się na boki i próbując wypatrzyć coś świeżego wśród zwiędłych wiązanek.

– A to nie ten? – odezwał się Janusz, poprawiając łopaty na ramieniu.

Zatrzymali się przy grobie, na którym leżały trzy białe wieńce. Kopczyk wyglądał na świeżo usypany. Ziemia była jeszcze pulchna, a drewniany krzyż nie zmurszał od deszczu.

– Jaśko, poświeć no tu! – zarządził Janek. Pochylił się nad nagrobkiem i zmrużył oczy. – Nie wiem… nie wiem… Tak pod samym płotem by ją pochowali? – dodał, ściągając czapkę i drapiąc się po głowie.

– Dobra, chłopaki. Się nie dowiemy, póki nie odkopiemy! – zdecydował Janusz, rozdzielając łopaty. Odsunął kwiaty na bok i wbił szpadel w gliniastą ziemię.

– A ten co tu ma za dzwonek? – zdziwił się Jaśko, odstawiając lampę na sąsiedni grób.

– To taki nowy wynalazek – odpowiedział Janek, opierając się o łopatę. – Za dodatkową opłatą można sobie dzwoneczek do nagrobka zamontować. 

– A po jaką cholerę trupowi dzwonek? – Jaśko zmarszczył brwi.

– Już tłumaczę… – Janek odłożył łopatę i obszedł grób dookoła, by zaprezentować najnowszy wynalazek plebana. – Tu idzie taka linka, widzicie? – Wskazał na cienki biały sznurek biegnący od dzwonka w dół. – W trumnie robią specjalny otwór, a linkę przywiązują do palca zmarłego. Jakby się delikwent nagle rozmyślił i stwierdził, że jednak żyje, to ciągnie za linkę i dzwoni dzwonkiem. A wtedy wiadomo…

– Umiera, bo nie ma komu go odkopać – wtrącił Janusz.

– Otóż to! – przytaknął Janek. – Za dodatkową opłatą ma się jeszcze usługi naszego kościelnego, który pełni trzydniową wartę. Ale… kościelny też człowiek. Ma jeszcze inne obowiązki. Jak się taki delikwent rozmyśli w niedzielę, to nim ktokolwiek się połapie… mogiła.

Zamilkli i wsłuchiwali się w rytmiczne uderzanie łopat o ziemię. Co jakiś czas niepewnie zerkali na dzwoneczek.

Wisiał nieruchomo.

To dobrze.

Wreszcie usłyszeli długo wyczekiwane, głuche stuknięcie o drewno. Uśmiechnęli się chytrze. Jaśko wskoczył do grobu, zaparł się stopami o zimną glinę i otworzył wieko.

– Ej… to chyba nie jest nasza panna młoda – mruknął, patrząc na sztywnego faceta w garniturze.

Janek nachylił się i zmarszczył brwi.

– To przecież Grabczyk! – zauważył. – Jego żona musiała świeżych kwiatków z nagrobka panny młodej zabrać i starego przyozdobić. A niech ją mać, stara złodziejka!

– A jak poznałeś, że to Grabczyk? Taki już mało do siebie podobny… – Janusz podrapał się po głowie.

– Po butach! – odparł Janek, wchodząc do wykopanego dołu i zanurzając ręce w trumnie. – Po… ży… czyłem! – dyszał, szarpiąc lakierki, aż usłyszał trzask. W końcu triumfalnie uniósł buty wraz z wystającym kawałkiem gnijącej piszczeli. – Pożyczyłem mu na ślub kuzyna i złodziej nie oddał! – prychnął.

Złapał za piszczel, wyciągnął nadgniłą stopę Grabczyka i wrzucił do trumny. Obrócił buty i potrząsnął, żeby wytrzepać robactwo, które posypało się jak konfetti.

– Zakopuj, Jaśko! – zarządził i zatrzasnął wieko.

Kiedy kolega stękał i machał łopatą, zakopując grób, Janek i Janusz przeczesywali cmentarz w poszukiwaniu innego świeżego nagrobka.

Wreszcie natknęli się na usypany kopczyk przykryty białymi liliami.

 

10 lat później

Życie grobowe

 

– Hej! Słyszycie mnie? Przynieśliście kwiaty? Kocham kwiaty! Możecie je od razu wstawić do wazonu! Och, jak miło, że przyszliście! Tak rzadko mamy tutaj gości. Można umrzeć z nudów… – zaśmiałam się ze swojego żartu. – Kto w ogóle wymyślił nazwę „życie pozagrobowe”? Jakie „poza”? Jak niby miałabym stąd wyjść? Jestem DOKŁADNIE tam, gdzie mnie zakopali. Metr osiemdziesiąt na północ od Romana, który wczoraj znowu próbował mnie zaprosić na randkę! Roman, jeśli to słyszysz – nie interesują mnie mężczyźni bez serca, wątroby i… no, sam już wiesz czego! Zresztą… jestem mężatką!

– Z kim tam rozmawiasz, robaczku? – odezwała się pani Jadwinia z sąsiedniej kwatery.

– Mamy gości! – odpowiedziałam radośnie i klasnęłam w dłonie. Zabrzmiało to tak, jakby ktoś rozsypał worek z koralikami. A może odpadł mi przy tym jakiś paliczek i gdzieś się poturlał? Później poszukam.

– Nic nie słyszę… – mruknęła Jadwinia.

– Bo jesteś głucha jak pień, ty stara prukwo! – warknęłam.

– Co tam mówiłaś? – zawołała przeciągle.

Westchnęłam.

– ŻE PIĘKNY DZIŚ DZIEŃ, CHOĆ PADAŁO KRÓTKO!

– Ach, tak, tak, padało. Zawsze mnie łupie w kościach na deszcz… – przyznała Jadwinia.

– Na czym to ja… Aha! Goście! – podjęłam. – Jesteście tam jeszcze? Podobno kiedyś, dawno temu, chodzili tu tacy z łopatami. Jak komuś się poszczęściło, to wykopali. Trumnę przewietrzyli…

– Szczęście! – prychnął Zbyszek z kwatery po drugiej stronie. – Tyś młoda, to i cię do świata ciągnie. Ale nasze stare gnaty chcą tylko wiecznego spoczynku… Ja już tu leżę od siedemdziesięciu trzech lat i nie narzekam!

– Prędzej zwariuję, niż przeleżę tu siedemdziesiąt trzy lata… – mruknęłam.

– Mogłoby być gorzej – odparł Zbyszek filozoficznie. – Mogli nas skremować.

Przewróciłabym teatralnie oczami. Gdybym je tylko miała.

– To jak? Macie łopaty? – zawołałam znów. – Kiedyś miałam sen, że mnie odkopano. Poczułam wiatr na twarzy i zaczerpnęłam świeżego powietrza. Zobaczyłam gwiazdy! Ale piękny sen zamienił się w koszmar. Była krew i…

– Izuniu… – znów rozległ się głos Zbyszka.

– Co znowu? – warknęłam.

– Oni już poszli…

– Co, ale… jak to? – dotknęłam wieka trumny. Po moim policzku spłynęła kropla płynu mózgowo-rdzeniowego. Chciałam im jeszcze tyle opowiedzieć. Poprosić, by mnie stąd wyciągnęli. Te sześć ścian dookoła mnie stawało się coraz ciaśniejsze. A może to ja stawałam się większa? Kiedyś przeczytałam, że włosy i paznokcie rosną po śmierci. To mit. Rośnie tylko strach i samotność.

Zapadła grobowa cisza.

– Co cię gryzie, Izuniu? – zapytała Jadwinia.

– Co? Gdzie? – pisnęłam i otrzepałam się gwałtownie. Nienawidziłam współlokatorów. Na początku zabijałam każdego robala, który odważył się do mnie zbliżyć. Miażdżyłam między palcami. Rozrywałam na pół. Wkrótce się nauczyły. Przestały mnie napastować. Zgodziłam się tylko, by obgryzły ostatnie żebra. Zawsze chciałam mieć talię osy.

– Opowiedz nam coś – westchnęła Jadwinia. – Taka tu cisza… Tak ładnie zawsze opowiadasz.

– No dobrze – westchnęłam. – Bo zanim się to wszystko skończyło, było huczne wesele.

 

10 lat i 3 dni wcześniej

Isabelle époque

 

Mówiłam już, że kocham kwiaty? Frezje, lilie, róże i gardenie! To właśnie nimi udekorowany był nasz dworek, tworząc intensywną mieszaninę zapachów, która oblepiała nas niczym miód. Oczywiście wielokwiatowy. Tatuś zadbał, by moje wesele było wydarzeniem towarzyskim roku. I było. Trwało trzy dni. Łącznie ze stypą.

Ściany zdobiły girlandy z mirtu i jaśminu. Po stołach pełzały róże i wisterie, zaglądając do kieliszków. Dywany z płatków kwiatów zerkały gościom pod suknie i przylepiały się do pończoch. Korytarze, sale i pokoje pełne były koszy tuberoz, lilii królewskich, hiacyntów i białych róż. Ich zapachy mieszały się w gęstą, słodką i ciężką mgłę. Cięższą nawet od mojej koronkowej sukni i perłowej kolii zaciskającej się wokół szyi.

Goście zaczynali już wyglądać na nieco oszołomionych. Upojonych. Ich oczy błyszczały nienaturalnie, policzki płonęły rumieńcami, a ruchy stawały się coraz bardziej niezgrabne.

Wraz z podmuchem wiatru, porywającym z podłogi płatki kwiatów, do sali tanecznej wkroczył brodaty mężczyzna w czerwonym płaszczu. Goście zaczęli szeptać podekscytowani, jakby go znali ze starych opowieści.

– To chochoł! – pisnęła podekscytowana Emilka i szturchnęła mnie łokciem. – Ależ masz szczęście!

– Cho… co? – uniosłam brew.

Mężczyzna zaśmiał się basem.

– Cho, cho, choł! – zawołał, obsypując gości kwiatami wyciąganymi z szerokiego rękawa.

Zesztywniałam, gdy się do mnie zbliżył. Wyciągnął dłoń i gwałtownym szarpnięciem zerwał lilię zdobiącą moje włosy, a żółty pyłek natychmiast oblepił jego dłonie. Wciągnęłam powietrze, a chochoł porwał mnie do tańca. Zawirowaliśmy na parkiecie, wzbijając wysoko w powietrze płatki kwiatów przy każdym obrocie. Goście zaczęli przekształcać się w kolorowe plamy z wykrzywionymi twarzami. Orkiestra grała coraz szybciej, coraz głośniej, aż skrzypce zaczęły piszczeć jak zarzynane prosięta, a wiolonczela ryczeć jak rozjuszona krowa. Mój mąż chciał im przerwać. Próbował nas zatrzymać, ale nie mogłam przestać tańczyć. Zatonęłam w ramionach chochoła, w słodyczy tak intensywnej, że przestałam oddychać.

Nagle mężczyzna zniknął, zostawiając za sobą wirującą chmurę czerwonych płatków. Świat zgasł wśród woni jaśminu, lilii, róż i tuberoz, które otuliły mnie niczym odurzający welon. Opadłam na miękki kwiatowy dywan. Zanurzyłam się w nim jak w pierzynie. I zasnęłam.

A ci idioci myśleli, że umarłam.

I mnie zakopali, choć jeszcze czułam, jak płatki róż łaskoczą mnie w policzki.

 

 

Trzej Janowie z łopatami

Chodzą nocą alejkami

jeden harczy, drugi klnie

trzeci wnet wykopie cię

 

– Jest i nasza panna młoda! – powiedział Janek, otwierając trumnę.

Światło latarni wpadło do środka jak nieproszony gość, oświetlając blade lico Izabeli. Jaśko i Janusz oparli się o trzonki łopat i westchnęli.

– Taka młoda… – rzucił Jaśko.

– Taka ładna… – przyznał Janusz.

– A jaka bogata! – zawołał Janek, a jego palce sięgnęły do kolii. Dotknął zimnych pereł i powędrował do tyłu, aż znalazł zapięcie. Delikatnie odpiął złotą sprzączkę i łapczywie obrócił kolię w dłoniach. Już miał zacząć ściągać pierścienie z jej zimnych dłoni, gdy nagle oczy Izabeli otworzyły się szeroko. Złapała się za gardło obiema rękami, które jeszcze przed chwilą leżały spokojnie złożone na piersi, trzymając zwiędłą lilię. Nabrała chciwie powietrza i usiadła w trumnie.

Janek krzyknął i runął do tyłu, trzymając perłową kolię w zaciśniętej pięści. Jaśko i Janusz stali jak sparaliżowani.

Panna młoda zacharczała, wciągając w panice powietrze i rozkładając ręce na boki.

Janek krzyknął ponownie.

Jaśko, otrząsnąwszy się z osłupienia, sięgnął po łopatę. Podniósł ją wysoko, aż błysnęła w świetle latarni jak miecz kata.

I zdzielił trupa w głowę.

Izabela opadła z powrotem na atłasową poduszkę. Jej oczy nadal były otwarte, ale już nieruchome. Takie, jak powinny. Dla pewności zatrzasnęli wieko i zakopali trumnę. Ruszyli do ucieczki, zanim trup znów wstanie i ich przeklnie.

Biegli między nagrobkami jak szaleni. Krzaki szarpały ich ubrania. Korzenie chwytały za kostki. Cmentarz nie chciał ich wypuścić. Wpadli na żelazną bramę. Szarpiąc za kłódkę, zerwali linkę – nowy wynalazek plebana.

I zawyły cmentarne syreny. Rozbrzmiały przygrobowe dzwoneczki.

Dźwięk toczył się przez cmentarz jak fala, odbijał się od grobowców, wślizgiwał się między szczeliny w ziemi, spływał w dół.

Trzej Janowie nie mogli tego usłyszeć, ale obudzeni mieszkańcy nekropolii zerwali się ze snu, uderzając głowami w drewniane wieka. Jedni sucho, inni mięsiście. Każdy według tego, co z niego zostało.

Izabela zamrugała, przyzwyczajając się do ciemności. Dotknęła mokrego i lepkiego czoła.

– Co… co się stało… – wyszeptała. – Hej! Słyszycie mnie? – zawołała, stukając w wieko.

A potem gniła.

Długo i nieszczęśliwie.

Koniec

Komentarze

Niezłe! Robi wrażenie w czasie lektury. Nieprzegadane. Wyszło. Przyjemność lektury i dobry warsztat dają… klik. 

Pozdrawiam! :)

JolkaK, ślicznie dziękuje! heart

Pozdrawiam :) 

Hej, ja też klikam, bo opowiadanie jest takie “brrr!” w pozytywnym sensie :)

Skojarzyło mi się z szalenie niepopularną piosenką Księżyca, która jest trochę creepy, ale kocham ją absolutnie:

https://youtu.be/fJOM31PexTo?list=RDfJOM31PexTo

Pozdrawiam serdecznie! heart

 

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Hej, biedna Izka, najpierw pochowano ją żywcem, a potem zdzielono w łeb łopatą:). Fajnie się czytało, taki Poe ale na pozytywnej fazie. Miałem pisać, że w stylu JolkiK, ale widzę, że już była i klikała, więc i ja klikam i pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Czołem Marszawo!

Podchwytliwy tag oznajmia mi, że to nie wchodzi do mojego dyżuru, a jednak wchodzi laugh

Oczywiście nie muszę mieć dyżuru, by Twoje teksty, Marszawo, czytać z przyjemnością.

 

Odsunął kwiaty na bok i wbił szpadel w gliniastą ziemię, który wszedł jak w masło.

Z tym zdaniem mam zgrzyt, ponieważ nie do końca wybrzmiewa, że “który” odnosi się do szpadla, bardziej do gliniastej ziemi, do której nie pasuje rodzajowo.

 

Fajne, zabawne. Nie wiem, czy dość weird, bo jednak historia nie tak odjechana, całkiem sensowna. Ale bizarrne chyba owszem, zwłaszcza, że jest to uczucie, które Holly nazwała “brrr”.

Skojarzyło mi się z tekstem przedmawiającej Joli, “Cmentarne Megafony”, zwłaszcza dialogi umarłych.

 

Klikam, pozdrawiam! (Wesołych Świąt również życzę)

Hej Holly! 

Jeszcze raz dziękuję za betę! Ta piosenka wywołuje u mnie ciarki! :O Ale pasuje idealnie.

Pozdrawiam! :) 

 

Witaj, Bardzie,

biedna Izka, najpierw pochowano ją żywcem, a potem zdzielono w łeb łopatą. 

Miała dziewczyna szczęście. Przynajmniej ma teraz co opowiadać kolegom i koleżankom z kwatery. 

Dziękuję za klika i pozdrawiam!  :D 

 

Cześć czołem Beeeecki! 

Oczywiście nie muszę mieć dyżuru, by Twoje teksty, Marszawo, czytać z przyjemnością.

 

Z tym zdaniem mam zgrzyt, ponieważ nie do końca wybrzmiewa, że “który” odnosi się do szpadla, bardziej do gliniastej ziemi, do której nie pasuje rodzajowo.

Hmm… chyba po prostu to masło wywalę. :D 

​Nie wiem, czy dość weird

Właśnie też nie wiem… ale fajnie, że w Twoim odczuciu chociaz trochę bizarro. :D 

Skojarzyło mi się z tekstem przedmawiającej Joli, “Cmentarne Megafony”

O, muszę poczytać! 

Dziękuję za wizytę i klika! :) 

Hej Marszawo!

Pięknie napisane, to po pierwsze. Po drugie bardzo ciekawe. Bardzo podobają mi się Twoje metafory i sposób prowadzenia narracji. Trzej Janowie raczej już nigdy nic nie ukradną!

Nie ma to jak umrzeć dwa razy!

Oczywiście klikam i życzę powodzenia w konkursie!

 

Momenty, które mi zgrzytnęły, może się przyda:

W końcu triumfalnie uniósł buty wraz z wystającym kawałkiem gnijącej piszczeli. – Pożyczyłem mu na ślub kuzyna i złodziej nie oddał! – prychnął.

Wyciągnął nadgniłą stopę wraz z kawałkiem piszczeli i wrzucił do trumny.

Celowe powtórzenie podkreślające?

 

– Opowiedz nam coś – westchnęła Jadwinia. – Taka tu cisza… Tak ładnie zawsze opowiadasz. 

Chwilę wcześniej Jadwinia była głucha jak pień, a teraz chce słuchać historii. Chyba, że sama sobie dopowiada to, czego nie dosłyszy! :D

 

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Dobre. Bardzo. Trochę mi ten pomysł na zmarłych obcowanie przypomina klasykę, czyli opowia

Już tylko spokój może nas uratować

danie cmentarne (tu mi się w komórce nacisnęło na "gotowe") Fiodora Dostojewskiego p.t. "Bobok", ale nie szkodzi, bo akcja u Ciebie znaaaacznie lepsza. I w sumie straszniejsze. Jeden z konkursowych wzorców. Powodzenia i klikam.

Już tylko spokój może nas uratować

Faktycznie, Izie nie przyfarciło. Janom w sumie też nie bardzo…

Nie sądzę, że to weird albo bizarro, raczej bym zakwalifikowała jako horror. Ale ja się na tym nie znam, a zresztą i tak po terminie.

Zaskoczyłaś mnie z syrenami – spodziewałam się raczej tych wodnych.

Czytało się przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Ave, Marszawo! 

 

Niepokojąco przyjemny kawałek! Historia Izabeli okazała się przykra, ale gdzieniegdzie okrasiłaś ją wisielczym humorem, więc pomimo dość ponurego klimatu zdarzyło mi się też uśmiechnąć. 

 

Całość jest naprawdę ładnie napisana, bardzo się rozwinęłaś pod kątem warsztatu, brawo! ;)

 

Pozdrawiam świątecznie!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Podobało mi się, całkiem zabawne, choć gatunkowo to raczej czarna komedia w stylu “Gnijącej panny młodej” (przypadek?) Tima Burtona, zdecydowanie nie weird (bo tam humor jest raczej niewskazany) i też nie bizarro (zabrakło mi typowego dla bizarro łupnięcia absurdem, tutaj ten absurd jest dość stonowany). Hasło konkursowe świetnie (i zaskakująco) wykorzystane, pojawił się też niespodziewany element świąteczny ;)

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

Fajne opowiadanko. Trochę śmieszne, trochę dramatyczne.

Interesująca jest postać chochoła. Wyglądem i zawołaniem „cho, cho, choł” przypomina Mikołaja, ale fakt, że zjawienia się na weselu, taniec i uśpienie, wyraźnie nawiązuje do Chochoła z Wesela Wyspiańskiego. Bardzo fajne połączenie. Gratuluję pomysłu.

Pozdrawiam

rr

O! Witam szanowne grono czytelników! heart

 

Hej Michael, 

Nie ma to jak umrzeć dwa razy!

Brzmi jak tytuł nowego Bonda! :D

Cieszę się, że się spodobało! Do konkursu opowiadanie nie startuje, bo jestem gapą i nie zdążyłam w terminie.

 

Celowe powtórzenie podkreślające?

Właściwie to nie… Usunę!

 

Chwilę wcześniej Jadwinia była głucha jak pień, a teraz chce słuchać historii. Chyba, że sama sobie dopowiada to, czego nie dosłyszy! :D

Coś tam jeszcze słyszy… To Izka w nerwach zarzuciła jej, że jest głucha jak pień. :D

 

Hej Rybak3,

Dziękuję za wizytę i klika! Przyznam, że Boboka nie czytałam, ale może sięgnę. Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało. :)

 

Hej Finkla,

Dziękuję za wizytę! Też się obawiam, że to za mało „odjechane” na weird albo bizarro… 

Zaskoczyłaś mnie z syrenami – spodziewałam się raczej tych wodnych.

Super! Taki był plan! :D

 

Ave Cezary,

bardzo się rozwinęłaś pod kątem warsztatu, brawo! ;)

Ooo! Bardzo dziękuję! Z Waszymi wskazówkami nie sposób się nie rozwijać! :D 

 

Hej fanthomas,

tak myślałam, że sam czarny humor nie wystarczy na bizzarro. Może kiedyś uda mi się napisać coś bardziej absurdalnego. Fajnie, że syreny i Św. Mikołaj zaskoczyły! :D

 

Robert, witaj!

Dziękuje! Super, że zauważyłeś to nawiązanie! :D 

 

Pozdrawiam Was serdecznie! 

Cześć, Marszawa

Podoba mi się konstrukcja opowiadania, która sprawia wrażenie przemyślanej; przypadku tutaj nie wyczułem :-) Chociaż dziurę w ziemi zamieniłbym na dół. Pleban pomysłu nowego nie miał z tym dzwoneczkiem :-) Może myślał, że to innowacyjne rozwiązanie. Aha… I nie potrafiłem sobie wyobrazić, że panna młoda wszystkie robale unicestwiała, ponieważ w trumnie jest niewiele miejsca… Jak sięgnęła np. do stóp? No chyba że to duża trumna :-) 

Opowiadanie podobało mi się. Widzę, że już jest w bibliotece, dlatego nie klikam. 

Pozdrawiam

Witaj. :)

Znakomity pomysł oraz humor. :) Nawiązania świąteczno-literackie wypadły doskonale. :)

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Hej Hesket, dziękuję za wizytę i miłe słowa. 

Chociaż dziurę w ziemi zamieniłbym na dół.

O! Dobra myśl! 

 

I nie potrafiłem sobie wyobrazić, że panna młoda wszystkie robale unicestwiała, ponieważ w trumnie jest niewiele miejsca

Trzymając się czarnego humoru, możemy założyć, że jej trumna była niewiele mniejsza od mikrokawalerki. :D Sam fakt, że wykonuje w trumnie jakieś ruchy, nadaje więcej absurdu. Właściwie mogłam pójść o krok dalej i dołożyć jej tam meble albo jakieś przedmioty codziennego użytku. Jak u faraona. :D 

 

Witaj, Bruce, 

dzięki, że wpadłaś! Cieszę się, że Ci się spodobało. :) 

Pozdrawiam!

 

heart

Pecunia non olet

Też bym powiedział, że raczej czarna komedia, niż bizarro, ale to i lepiej. Taki lekko groteskowy humor mi się podoba. No i jak zwykle bardzo ładnie napisane.

 

Troszkę by można kręcić nosem na fabułę, mało się tu dzieje w sumie, ale dla miniaturki (tak to odbieram, choć technicznie jest powyżej limitu szortowego) to nie jest wielka wada.

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Witam Zakapiora i kawkę! :) 

Dziękuję za wizytę. Właściwie miał być to szort, ale znów się rozgadałam… Pewnie przez to fabularnie nie ma szału, ale fajnie, że mimo to się spodobało. :D 

Pozdrawiam serdecznie! 

Dobrze się czytało :)

Przynoszę radość

Anet, dziękuję za wizytę! heart

Bardzo spodobał mi się klimat tego opowiadania – cmentarne historie z lekkim humorem. Sam pomysł na opowiadanie i poruszony temat był naprawdę ciekawy. Dzwoneczki przywiązane do palców zmarłych to fajny detal.  Wyobrażam  sobie, że gdybym usłyszała ich dźwięk na cmentarzu, to szybko by mnie tam nie było, brrr!

 

Na miejscu Janka, chyba zrezygnowałabym z odbierania tych butów, ale pewnie miał do nich jakiś sentyment. A kwatera obok Jadwini? Nie dziękuję, podejrzewam, że szybko by mnie to wykończyło, a atmosfera byłaby tym bardziej sztywna.

 

Mimo że opowiadanie porusza takie mroczne tematy, było napisane tak lekko i z humorem, że czytało się je naprawdę przyjemnie, z uśmiechem na twarzy  ( o ile w ogóle można się uśmiechać, czytając o gnijącej pannie młodej) . laugh

 

Betweenthelines

Hej betweenthelines, 

bardzo mi miło, że tu zajrzałaś! Cieszę się, że spodobał Ci się mój nieco głupkowaty humor. :D 

 

Serdecznie pozdrawiam! 

Nowa Fantastyka