- Opowiadanie: Gryzok_Półpospolity - Świąteczna dystopia

Świąteczna dystopia

Opo­wia­da­nie na­pi­sa­ne w pięć dni i po­pra­wio­ne w jesz­cze jeden. :D Zdą­ży­łem aku­rat na wi­gi­lię.

Jeden z dziw­niej­szych po­my­słów mo­je­go au­tor­stwa. ;)

Mi­łe­go czy­ta­nia i we­so­łych świąt!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, GalicyjskiZakapior, Użytkownicy V

Oceny

Świąteczna dystopia

– Ała! – pi­snął Jori, gdy zamiast w oczko robótki trafił drutem w palec wskazujący, kłując się boleśnie.

– Co pisz­czysz? – mruk­nął Simo, ob­rzu­ca­jąc dru­gie­go elfa wzgar­dli­wym spoj­rze­niem. – Kłu­jesz się po kilka razy dzien­nie.

– A cie­bie to pew­nie nie boli, co? – mruk­nął Jori z wy­rzu­tem.

Simo prych­nął i de­mon­stra­cyj­nie ukłuł opusz­kę każ­de­go palca lewej ręki. Spoj­rzał na Jo­rie­go, lekko się uśmie­cha­jąc.

– Na wszyst­kie re­ni­fe­ry świa­ta! – prze­klął Jori. – Dla­cze­go tra­fi­li­śmy aku­rat do dzier­ga­nia skar­pe­tek?

– Nasz dział jest naj­więk­szym w całej fa­bry­ce – za­uwa­żył Simo, wra­ca­jąc do pracy. – Sły­sza­łem, że pra­cu­je tu nawet trzy­dzie­ści pro­cent wszyst­kich elfów.

Jori spoj­rzał z kwa­śną miną na ukłu­ty palec, po czym prze­niósł wzrok na oto­cze­nie, w któ­rym znaj­do­wał się od ukoń­cze­nia edu­ka­cji za­wo­do­wej, więc co naj­mniej trzy­na­stu lat.

Dwa­na­ście me­trów nad nim wi­siał dach hali, na któ­rym pod­wie­szo­ne były szyny, ja­ki­mi spo­ra­dycz­nie su­nę­ły wa­go­ny ude­ko­ro­wa­ne wień­ca­mi i ko­lo­ro­wy­mi świa­teł­ka­mi. Z czte­rech stron ota­cza­ły go trzy­me­tro­we sza­ro­brą­zo­we ścian­ki dzia­ło­we, które wy­gra­dza­ły nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie za­miesz­ki­wa­ne przez niego, Simo oraz dwa elfy dru­giej zmia­ny. Znaj­do­wa­ły się one obec­nie w ma­lut­kiej sy­pial­ni, która jako je­dy­na miała wła­sny dach. Jako że świa­tła w fa­bry­ce nie gasły nigdy, było to je­dy­ne miej­sce, w któ­rym pierw­sza i druga zmia­na mogła do­świad­czyć ciem­no­ści i snu. Oprócz tego w rogu znaj­do­wał się wy­cho­dek o czer­wo­nych ścia­nach, a obok niego otwar­ta kuch­nia po­łą­czo­na ze spi­żar­nią, w któ­rej prze­cho­wy­wa­no je­dze­nie roz­ła­do­wa­ne przez drugą zmia­nę. Przy ścia­nie z ci­chym szu­mem su­nę­ła taśma pro­duk­cyj­na.

– Mam już tego dość – po­ża­lił się Jori, nie­chęt­nie chwy­ta­jąc po­now­nie druty.

– Ty? – za­śmiał się Simo. – Masz osiem­na­ście lat. Ja mam dzie­sięć lat do­świad­cze­nia wię­cej, a nie na­rze­kam.

– Może po­wi­nie­neś za­cząć – mruk­nął Jori. – To strasz­nie par­szy­we życie, nie są­dzisz? Rok ucze­nia się pod­sta­wo­wych czyn­no­ści, dwa lata nauki czy­ta­nia i pi­sa­nia, ko­lej­ne dwa szko­le­nia za­wo­do­we­go i trzy­dzie­ści żmud­nych lat pracy… i do­pie­ro potem eme­ry­tu­ra.

– Wie­rzysz w eme­ry­tu­rę? – spy­tał Simo, sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc.

Jori pod­niósł brwi i mruk­nął:

– Czemu miał­bym nie wie­rzyć? Prze­cież wiem, ile ko­stek cze­ko­la­dy mam na kon­cie.

Simo ro­ze­śmiał się i rzu­cił:

– Głu­piś ty.

– Więc co in­ne­go we­dług cie­bie dzie­je się po skoń­cze­niu pracy w fa­bry­ce?

– Myślę, że Świę­ty nas za­bi­ja – stwier­dził bez krzty zmar­twie­nia Simo.

– Co?! – obu­rzył się Jori. – Dla­cze­go miał­by to robić?

– A dla­cze­go miał­by nam wy­pła­cać naszą cięż­ko za­ro­bio­ną cze­ko­la­dę? My­ślisz, że na­praw­dę w sej­fie Świę­te­go znaj­du­je się prze­zna­czo­ne dla cie­bie mi­lion sześć­set ty­się­cy ko­stek cze­ko­la­dy? A jak już przej­dziesz na eme­ry­tu­rę to trzy mi­lio­ny dzie­więć­set ty­się­cy ko­stek?

– Dla­cze­go nie?

Simo ro­ze­śmiał się, po­krę­cił głową i mruk­nął:

– Za­da­jesz durne py­ta­nia.

– Będę je za­da­wał, do­pó­ki nie otrzy­mam od­po­wie­dzi – stwier­dził Jori.

Simo prze­chy­lił głowę i spoj­rzał na to­wa­rzy­sza zmę­czo­nym wzro­kiem.

– Ile jest elfów we wszyst­kich, wszy­ściut­kich dzia­łach fa­bry­ki? – spy­tał.

Jori prze­rwał pracę i, pa­trząc na sufit, za­czął roz­my­ślać z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi.

– Co naj­mniej dwie­ście – od­parł.

– Co naj­mniej dwie­ście, ale ty­się­cy! – wy­krzyk­nął zi­ry­to­wa­ny Simo. – Ile to jest trzy miliony dziewięćset tysięcy ko­stek cze­ko­la­dy razy dwie­ście ty­się­cy elfów?

Jori nawet nie pró­bo­wał tego ob­li­czyć.

– Świę­ty nie jest w sta­nie nam tego wy­pła­cić! – kon­ty­nu­ował Simo. – A że­by­śmy mu nie spra­wia­li pro­ble­mów, za­bi­ja nas. Nie widzę in­ne­go roz­wią­za­nia.

Jori opu­ścił głowę i wró­cił do dzier­ga­nia.

– To strasz­nie smut­ne – na­po­mknął.

Simo wes­tchnął i cicho mruk­nął:

– Strasz­nie smut­no bę­dzie, gdy nie wy­ro­bisz normy.

– Nie bę­dzie pier­nicz­ko­we­go czwart­ku! – stwier­dził z prze­ra­że­niem Jori.

– Wła­śnie – przy­znał Simo. – Więc do ro­bo­ty.

Mi­nę­ła dzie­sią­ta, je­de­na­sta i wresz­cie dwu­na­sta go­dzi­na pracy pierw­szej zmia­ny. Para elfów odło­ży­ła udzier­ga­ne dziś skar­pet­ki na taśmę pro­duk­cyj­ną. Spoj­rze­li na swoje licz­ni­ki wy­pła­ty, których rolę pełniły słoje, w któ­rych świe­tli­ki każ­de­go wie­czo­ra ukła­da­ły się w cał­ko­wi­tą licz­bę ko­stek cze­ko­la­dy, jaką udało się im za­ro­bić. 

Jori z gry­ma­sem nie­za­do­wo­le­nia za­wie­sił wzrok na ro­bacz­kach ukła­da­ją­cych się w licz­bę 1 623 982 w sło­iku pod­pi­sa­nym jego imie­niem. Simo rzu­cił tylko okiem na swój, w któ­rym świe­cą­ce ro­bacz­ki two­rzy­ły licz­bę 2 863 975. Wzru­szył ra­mio­na­mi z obo­jęt­no­ścią wy­pi­sa­ną na twa­rzy, po czym skie­ro­wał się do kuch­ni i otwo­rzył szaf­kę, w któ­rej cze­ka­ły na nich dwa opa­ko­wa­nia pier­ni­ków.

– Pier­nicz­ko­we czwart­ki to je­dy­ny plus tej ro­bo­ty – mruk­nął, otwie­ra­jąc zie­lo­ny kar­ton ozdo­bio­ny czer­wo­nym bro­ka­tem. – Je­dy­ny! – po­wtó­rzył.

Usie­dli przy małym sto­licz­ku i za­czę­li jeść róż­ne­go kształ­tu ła­ko­cie.

– Jakie włócz­ki dziś zu­ży­li­ście? – spy­tał jeden z elfów dru­giej zmia­ny, trzy­ma­jąc notes w dłoni.

– Teraz jest wasze dwa­na­ście go­dzin. Sam sobie sprawdź, nie­ro­bie – burk­nął Simo, wska­zu­jąc kosz, w któ­rym znaj­do­wa­ło się bli­sko pięć­set kłęb­ków wełny. – Nie zaj­mu­ję się pracą… po pracy – dodał.

Dwa elfy mruk­nę­ły coś pod nosem i za­czę­ły prze­rzu­cać całą za­war­tość kosza na pod­ło­gę, od­ha­cza­jąc ko­lej­ne ko­lo­ry na li­ście.

– Czyli nie zo­ba­czę mojej cze­ko­la­dy? – za­py­tał Jori, plu­jąc na wszyst­kie stro­ny ka­wał­ka­mi prze­żu­te­go pier­ni­ka.

– Nie sądzę – od­parł Simo, ście­ra­jąc z po­licz­ka mięk­ki ka­wa­łek cia­stecz­ka przy­ja­cie­la.

Jori po­smut­niał, by po chwi­li za­ci­snąć pięść, ude­rzyć nią w stół i wy­buch­nąć:

– Więc nie będę pra­co­wał!

Zszo­ko­wa­ne elfy dru­giej zmia­ny spoj­rza­ły na niego sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Simo wes­tchnął głę­bo­ko i prze­je­chał dło­nią po twa­rzy.

– Idio­to, wyślą cię na wcze­śniej­szą… eme­ry­tu­rę.

– To uciek­nij­my – mruk­nął Jori.

– Wiesz, że się nie da – od­parł Simo. – Bramy fa­bry­ki są otwie­ra­ne tylko i wy­łącz­nie na Wi­gi­lię i dwa dni świąt, a do tego czasu mamy jesz­cze dobre trzy mie­sią­ce.

– Nie chcę tyle cze­kać, by zo­ba­czyć śnieg! To nie­spra­wie­dli­we, że Świę­ty wy­pusz­cza nas stąd tylko na trzy dni rocz­nie!

Simo wzru­szył ra­mio­na­mi i wyjął ko­lej­ne­go pier­ni­ka w kształ­cie cho­in­ki.

– Słu­chaj, mam pe­wien po­mysł… – stwier­dził po ja­kimś cza­sie Jori, po czym stre­ścił swój plan w kilku zda­niach.

– To jest tak głu­pie – po­wie­dział Simo – że nawet może się udać.

 

 

Na­stęp­ne­go dnia Simo i Jori wsta­li po do­kład­nie dzie­się­ciu go­dzi­nach snu – tylu, ile było wpi­sa­ne w Kartę Praw Elfa uchwa­lo­ną przez Świę­te­go Mi­ko­ła­ja wiele el­fich po­ko­leń temu. Przy­wi­ta­li się z czysz­czą­cy­mi wy­cho­dek pra­cow­ni­ka­mi dru­giej zmia­ny, po czym Simo po­sta­wił gar­nu­szek barsz­czu na ku­chen­kę, włą­czył gaz i pod­pa­lił go za­pał­ką. Jori sie­dział przy stole i przy­glą­dał się po­czy­na­niom to­wa­rzy­sza. Spoj­rzał na za­mknię­ty wy­cho­dek i po upew­nie­niu się, że druga zmia­na nie ma prawa ich usły­szeć, mruk­nął:

– Więc wcho­dzisz w to?

Simo przy­tak­nął, uda­jąc, że robi coś wię­cej, prócz pod­grze­wa­nia go­to­wej zupy.

Jori za­mie­rzał coś dodać, ale za­milkł, wi­dząc, że druga zmia­na wy­cho­dzi z wy­chod­ka. Simo nalał barsz­czu do dwóch por­ce­la­no­wych mi­se­czek i po­sta­wił je na stole.

– Po­spiesz­cie się le­piej! – krzyk­nął jeden z elfów dru­giej zmia­ny. – Macie pół go­dzi­ny. Nie bę­dzie­my za was szy­deł­ko­wać, by wy­ro­bić normę boksu.

Simo mruk­nął coś pod nosem i gło­śno siorb­nął, by po­ka­zać, jak bar­dzo nie przej­mu­je się go­dzi­na­mi pracy.

Po pół­go­dzi­nie za­czę­ła się praca pierw­szej zmia­ny, a pora wie­czo­ro­wa dru­giej zmia­ny. Simo i Jori chwy­ci­li ko­szyk z włócz­ka­mi z dwóch stron i prze­wró­ci­li go, a róż­no­ko­lo­ro­we kulki wełny po­tur­la­ły w róż­nych kie­run­kach.

– Co wy ro­bi­cie? – zbul­wer­so­wał się elf dru­giej zmia­ny.

Na czole Jo­rie­go po­ja­wi­ły się kro­pel­ki potu.

– Świę­ty kazał ca­łe­mu dzia­ło­wi pro­du­ko­wać dziś ja­sno­zie­lo­ne skar­pet­ki – skła­mał Simo. – Jeśli chcesz, to mo­żesz nam pomóc szu­kać tej jed­nej włócz­ki.

– Nie zaj­mu­ję się pracą po pracy – od­parł tam­ten z szy­der­czym uśmie­chem.

Elfy dru­giej zmia­ny szyb­ko stra­ci­ły za­in­te­re­so­wa­nie nie­co­dzien­ny­mi po­czy­na­nia­mi swo­ich ko­le­gów i ru­szy­ły, by sa­me­mu skosz­to­wać zupę. Simo i Jori bez po­śpie­chu szu­ka­li zie­lo­nych włó­czek i po­rów­ny­wa­li ich od­cie­nie. Zanim do­szli do zgody w kwe­stii tego, o jaki od­cień zie­lo­ne­go kon­kret­nie cho­dzi, druga zmia­na zdą­ży­ła kilka razy ich wy­śmiać za nie­rób­stwo, aż w końcu po­szła do sy­pial­ni.

Simo i Jori wy­mie­ni­li spoj­rze­nia, po czym prze­szli do re­ali­za­cji planu. 

Simo otwo­rzył naj­wyż­szą szaf­kę, w któ­rej obok kilku sztuć­ców i sol­nicz­ki, która od de­ka­dy nie zo­ba­czy­ła swo­jej za­war­to­ści, le­ża­ło pu­de­łecz­ko za­pa­łek z wy­pi­sa­nym na nim ostrze­że­niem o ła­two­pal­no­ści. Pod­niósł je i spraw­dził za­war­tość.

– Tylko sześć – mruk­nął z nie­za­do­wo­le­niem, prze­li­cza­jąc kilka razy, mając na­dzie­ję na ich cu­dow­ne roz­mno­że­nie.

Jori zdjął z półki dwa opa­ko­wa­nia wczo­raj­szych pier­ni­ków. Prze­ło­żył wszyst­kie ła­ko­cie do jed­ne­go opa­ko­wa­nia, a do dru­gie­go scho­wał kilka kłęb­ków.

Simo pod­szedł do niego z częściowo rozwiniętym kłębkiem w dłoni. Prze­bił drutem dwie cien­kie kar­to­no­we ścian­ki opa­ko­wa­nia z pro­wian­tem, przełożył przez nie nitkę, wło­żył je pod lewą pachę Jo­rie­go i prze­ło­żył nić nad jego pra­wym bar­kiem, po czym wszyst­ko ście­śnił, jak tylko się dało, i za­wią­zał pę­tel­kę. Na koniec przegryzł nitkę przy samym kłębku, a cały proces powtórzył Jori z nim i opa­ko­wa­niem wy­peł­nio­nym włócz­ka­mi. Nie mu­sie­li się już przej­mo­wać trzy­ma­niem nie­po­ręcz­nych kar­to­nów.

Jori nie bez trud­no­ści wszedł na blat ku­chen­ny i schy­lił się, by się­gnąć po opróż­nio­ny kosz pod­su­wa­ny mu przez Simo. Wcią­gnął go na blat, a potem po­mógł wspiąć się Simo. Obaj we­szli na na­prę­żo­ną nie­bie­ską siat­kę kosza, oba­wia­jąc się, że ta pęk­nie. Simo pod­sa­dził Jo­rie­go, ten wszedł na ścian­kę dzia­ło­wą i, chwie­jąc się, wcią­gnął to­wa­rzy­sza do sie­bie.

– Nie my­śla­łem, że je­steś tak cięż­ki – stwier­dził Jori.

– Fak­tem, który trze­ba przy­znać Świę­te­mu, jest to, że nas nie gło­dzi – mruk­nął. – Na ostat­nim bi­lan­sie wy­szło mi trzy­dzie­ści dwa kilo.

Ru­szy­li gę­sie­go pro­sto­pa­dle do kie­run­ku, w jakim cią­gnę­ły się wszyst­kie linie pro­duk­cyj­ne. Z mie­szan­ką współ­czu­cia i po­czu­cia wyż­szo­ści spo­glą­da­li na inne elfy pra­cu­ją­ce w pocie czoła nad skar­pet­ka­mi. Byli wolni, a przy­naj­mniej zmie­rza­li w kie­run­ku wol­no­ści.

– Nie po­win­ni­śmy biec? – szep­nął Jori.

Simo po­krę­cił głową, lecz gdy zdał sobie spra­wę z tego, że jego przy­ja­ciel idzie przed nim i nie ma prawa tego zo­ba­czyć, mruk­nął:

– Wiesz do­brze, ile trwa Wiel­ka Po­dróż do bram fa­bry­ki w Wi­gi­lię. Nie na­le­ży się spo­dzie­wać, że fa­bry­ka nagle się zmniej­szy­ła.

– Więc bę­dzie­my dra­ło­wać przez kilka go­dzin? – spy­tał Jori, od­po­wia­da­jąc sobie po chwi­li i ża­łu­jąc pod­ję­cia tak am­bit­ne­go planu.

Szli przez kilka go­dzin, nie nie­po­ko­je­ni przez ni­ko­go. Nie­mal każdy elf prze­sta­wał pa­trzeć w górę w ciągu trzech lat od przy­by­cia do fa­bry­ki. Nie na­le­ża­ło się spo­dzie­wać zo­ba­cze­nia tam cze­go­kol­wiek no­we­go.

W kar­to­ni­ku z pro­wian­tem zo­sta­ło już tylko kilka pier­nicz­ków, gdy zmę­cze­ni wę­drów­ką zo­ba­czy­li wiel­kie bramy. Były one tak wy­so­kie, jak sama fa­bry­ka, a ude­ko­ro­wa­no je tak, by wy­glą­da­ły na drzwi domku z pier­ni­ka. Fa­li­ste białe wzory od­dzie­la­ły od ścian wrota o ko­lo­rze cy­na­mo­nu. Dział ar­ty­stycz­ny nie za­po­mniał o małym okrę­gu po lewej stro­nie uda­ją­cym klam­kę oraz ta­blicz­ce u góry, na któ­rej, w za­leż­no­ści od nu­me­ru bramy, wid­nia­ły licz­by od jeden do czter­dzie­stu dwóch.

– Je­steś pe­wien, że chcesz to zro­bić? – spy­tał drżą­cym gło­sem Jori.

– Chyba nie chcesz się teraz wy­co­fy­wać – mruk­nął Simo. – Pro­sta spra­wa, albo bę­dzie­my wolni, albo Świę­ty wyśle nas na wcze­śniej­szą eme­ry­tu­rę. Też swego ro­dza­ju wol­ność.

Wyjął z kie­sze­ni opa­ko­wa­nie za­pa­łek, wziął jedną i po­tarł ją o dra­skę. Głów­ka za­pa­li­ła się za pierw­szym razem. Podał pło­ną­cy pa­ty­czek Jo­rie­mu, po czym wy­cią­gnął pierw­szą włócz­kę, pod­pa­lił ją, za­krę­cił nią jak las­sem i rzu­cił w dal.

– Nie czuję się zbyt do­brze z tym, co teraz ro­bi­my – pi­snął Jori.

– Sam wpa­dłeś na ten po­mysł – stwier­dził Simo, wy­cią­ga­jąc ko­lej­ną włócz­kę.

– Nie prze­my­śla­łem tego do­kład­nie – przy­znał Jori.

– Mało nad czym my­ślisz do­kład­nie, więc ci wy­ba­czam. – Rzu­cił na­stęp­nym kłęb­kiem pło­ną­cej wełny.

– A co jeśli nie bę­dzie alar­mu po­ża­ro­we­go i spa­li­my fa­bry­kę? – Jori za­czął drżeć.

– Za­wsze chcia­łem to zro­bić – mruk­nął z uśmie­chem Simo – więc nie szko­dzi.

Do­pie­ro kule ognia prze­la­tu­ją­ce nad ich gło­wa­mi skło­ni­ły zgorzk­nia­łe elfy do spoj­rze­nia w górę. Na widok el­fa-pi­ro­ma­na wiele z nich za­czę­ło krzy­czeć i wsz­czy­nać alarm. Nie­któ­re ucie­ka­ły taśmą pro­duk­cyj­ną w kie­run­ku in­nych bok­sów.

Po­śród ogól­ne­go prze­ra­że­nia, które udzie­li­ło się i Jo­rie­mu, Simo bawił się świet­nie. Szyb­ko jed­nak na­tra­fił na prze­szko­dę.

– Skoń­czy­ły się włócz­ki – stwier­dził za­wie­dzio­ny.

Nie mając lep­sze­go po­my­słu pod­pa­lił sam kar­ton i wrzu­cił go do kosza z włócz­ka­mi znaj­du­ją­ce­go się w bok­sie nie­opo­dal. Pra­cu­ją­ce w nim elfy za­re­ago­wa­ły naj­gło­śniej­szym pi­skiem, jaki kie­dy­kol­wiek sły­szał Simo. Chciał już roz­ka­zać Jo­rie­mu biec, gdy za­uwa­żył, że ścian­ka dzia­ło­wa w bok­sie, w kie­run­ku któ­re­go rzu­cił pło­ną­cą włócz­kę, za­ję­ła się ogniem. Przy­klęk­nął na tyle, na ile po­zwa­la­ła kil­ku­na­sto­cen­ty­me­tro­wa gru­bość ścian­ki i przyj­rzał się jej. Zo­rien­to­wał się, że ścian­ki po­kry­te w ca­ło­ści krót­ki­mi, nie­przed­sta­wia­ją­cy­mi ni­cze­go wzor­ka­mi, które ota­cza­ły go przez więk­szość życia, wy­ko­na­ne były z drew­nia­nych wió­rów. Za­śmiał się gło­śno, po­pro­sił Jo­rie­go o po­da­nie mu trzy­ma­nej za­pał­ki, którą po­ło­żył za sobą. Po upew­nie­niu się, że ścian­ka za­czę­ła pło­nąć, krzyk­nął:

– W nogi!

Jo­rie­mu nie trze­ba było tego po­wta­rzać. Rzu­cił się do biegu po­kracz­nym kro­kiem wy­mu­szo­nym przez nie­wiel­ką gru­bość ścia­nek. Tuż za nim pę­dził Simo, za­pa­la­jąc co jakiś czas za­pał­ki i rzu­ca­jąc je, by upew­nić się, że pożar bę­dzie wy­star­cza­ją­cy do ewa­ku­acji fa­bry­ki, lub cho­ciaż jej czę­ści, na ze­wnątrz.

Za­ska­ku­ją­co szyb­ko na szy­nach pod da­chem po­ja­wi­ły się po­ma­lo­wa­ne na czer­wo­no wa­go­ni­ki, z któ­rych elfy z dzia­łu po­ża­ro­we­go fa­bry­ki wy­le­wa­ły wia­dra wody na pło­ną­ce wió­ro­we ścian­ki. Nie szło im zbyt spraw­nie, gdyż po jed­nej szy­nie nie mógł się po­ru­szać wię­cej niż jeden wa­go­nik, by unik­nąć ko­li­zji.

Ani Simo, ani Jori, nie mogli jed­nak tego zo­ba­czyć. Zo­sta­wi­li pożar da­le­ko za sobą. Simo za­uwa­żył jed­nak, że na szy­nach przed nimi za­trzy­mu­ją się wa­go­ni­ki po­ma­lo­wa­ne na nie­bie­sko. Za­czął prze­czu­wać, do ja­kie­go dzia­łu one na­le­żą, gdy z jed­ne­go z nich elf w czar­nej czap­ce zi­mo­wej wy­sta­wił lufę ka­ra­bi­nu snaj­per­skie­go po­ma­lo­wa­ne­go na zie­lo­no z czer­wo­ny­mi krop­ka­mi.

– Słu­chaj – zwró­cił się do Jo­rie­go. – Kiedy od­li­czę do zera, obaj ska­cze­my w lewo i jak naj­szyb­ciej wbie­ga­my na linię pro­duk­cyj­ną, jasne?

– Ja-asne – wy­ją­kał Jori, prze­czu­wa­jąc, że dzie­je się coś nie­do­bre­go.

– Więc pięć… czte­ry…

 

 

W tym cza­sie Monu, ce­nio­ny czło­nek Kor­pu­su Bez­pie­czeń­stwa Fa­bry­ki Pre­zen­tów, obrał za cel kon­kret­ny punkt, do któ­re­go, jak wy­li­czył, nie­dłu­go po­win­ni do­biec ucie­ki­nie­rzy. Po­ło­żył mały el­fic­ki pa­lu­szek na spu­ście i cze­kał.

 

 

– …trzy… dwa… – kon­ty­nu­ował Simo.

Huk wy­strza­łu nie­udol­nie ma­sko­wa­ny przez czte­ry zsyn­chro­ni­zo­wa­ne z ka­ra­bi­nem pisz­czał­ki dla psów roz­legł się w pro­mie­niu dwu­stu pięć­dzie­się­ciu me­trów od wy­strza­łu. Smu­kła strzał­ka usy­pia­ją­ca po­le­cia­ła z pręd­ko­ścią czter­dzie­stu me­trów na se­kun­dę, prze­bi­ja­jąc się przez prawy but Jo­rie­go i wbi­ja­jąc mu się w stopę.

Jori krzyk­nął i upadł, a Simo, nie będąc w sta­nie na to za­re­ago­wać, wpadł na niego, sa­me­mu się prze­wra­ca­jąc. Jori spadł na blat w bok­sie obok. Simo był bli­ski tego sa­me­go losu, ale w ostat­niej chwi­li udało mu się chwy­cić ścia­ny. Wie­dząc do­brze, że nie po­mo­że już przy­ja­cie­lo­wi, któ­re­mu za­my­ka­ły się już oczy, spró­bo­wał się pod­cią­gnąć, by kon­ty­nu­ować uciecz­kę.

Monu był jed­nak szyb­szy. Po po­now­nym wy­ce­lo­wa­niu i po­cią­gnię­ciu za spust roz­legł się ko­lej­ny huk ka­ra­bi­nu i akom­pa­nia­ment pisku pisz­cza­łek.

Strzał­ka usy­pia­ją­ca wbiła się Simo w prawą dłoń, którą od­ru­cho­wo cof­nął. Zbli­żył ją do ust, mając na­dzie­ję, że wyj­mie strzał­kę, co mu w jakiś spo­sób po­mo­że. Po chwi­li palce pra­wej dłoni mak­sy­mal­nie się wy­pro­sto­wa­ły, a on po­czuł atak sen­no­ści. Zanim stra­cił świa­do­mość, po­czuł jak lewa ręka od­ma­wia mu po­słu­szeń­stwa, a on sam spada.

Zna­lazł się tuż obok Jo­rie­go. Jego lewa ręka zwi­sa­ła bez­wład­nie z blatu, na­to­miast dwa elfy pra­cu­ją­ce w tym bok­sie po­bla­dły i mi­mo­wol­nie wy­pu­ści­ły druty z rąk, za­no­sząc się krzy­kiem.

 

 

Simo obu­dził się z po­twor­nym bólem głowy, nie mogąc sobie przy­po­mnieć, co robił. Z tru­dem otwo­rzył prawe oko, by zaraz je za­mknąć, po­ra­żo­ny ja­snym świa­tłem. Gdy w końcu się prze­mógł i, stop­nio­wo roz­chy­la­jąc po­wie­ki, przy­zwy­cza­ił się do zde­cy­do­wa­nie zbyt ja­sne­go świa­tła, jego zdzi­wie­nie się tylko po­głę­bi­ło.

Sie­dział w mięk­kim ciem­no­zie­lo­nym fo­te­lu. Na­prze­ciw niego znaj­do­wa­ło się biur­ko, na któ­rym stała lamp­ka biu­ro­wa wy­ce­lo­wa­na w jego oczy. Ob­ró­cił głowę w prawo i zo­ba­czył tam Jo­rie­go z prze­chy­lo­ną głową. Rów­nież przed nim stała lamp­ka oświe­tla­ją­ca w tam­tym mo­men­cie jego lewy po­li­czek. Gdy Simo ro­zej­rzał się po resz­cie po­miesz­cze­nia, stwier­dził, że poza lamp­ka­mi biu­ro­wy­mi ma­ją­cy­mi razić ich w oczy nie było tam in­nych źró­deł świa­tła. Okna, jeśli były, zo­sta­ły do­kład­nie za­sło­nię­te.

Przy­po­mi­na­jąc sobie, co zro­bił, spró­bo­wał wstać i uciec, spo­dzie­wa­jąc się losu, jaki go czeka. Nogi miał jed­nak przy­wią­za­ne gru­bym sznu­rem do fo­te­la. Skar­cił się za tak na­iw­ną na­dzie­ję, że nie zo­sta­li w żaden spo­sób unie­ru­cho­mie­ni. To było oczy­wi­ste.

Spoj­rzał na to­wa­rzy­sza, za­uwa­ża­jąc, że ten się budzi. Po­chy­lił się w jego kie­run­ku i szep­nął mar­kot­nie:

– Witaj, eme­ry­tu­ro.

Zza sie­bie usły­szał gło­śne ude­rze­nie kija o pod­ło­gę, w re­ak­cji na co po­wró­cił do po­przed­niej po­zy­cji, ro­zu­mie­jąc, że nie są sami. Sku­lił się i za­czął roz­my­ślać, czy w cie­płej hali pro­duk­cyj­nej było mu rze­czy­wi­ście aż tak źle, by pod­jąć tak dra­stycz­ne kroki.

Kiedy spoj­rzał na Jo­rie­go, stwier­dził, że ten nie ro­zu­mie sy­tu­acji. Rów­nież się bał, ale zda­wać by się mogło, że ocze­ku­je kilku cio­sów rózgą, a nie śmier­ci.

Drzwi za­skrzy­pia­ły, a kilka pro­my­ków fa­brycz­ne­go świa­tła wpa­dło do po­ko­ju, oświe­tla­jąc pod­ło­gę ze świer­ko­wych desek oraz ścia­ny po­ma­lo­wa­ne na be­żo­wo. Usły­szał cięż­kie kroki, które brzmia­ły do­kład­nie tak, jak wy­obra­żał sobie kroki elfów z Kor­pu­su Bez­pie­czeń­stwa Fa­bry­ki Pre­zen­tów w ich czar­nych uni­for­mach i cięż­kich bu­tach. Je­dy­ne, czym róż­ni­ły się te kroki, była ich do­no­śność. Simo po­my­ślał, że kro­czy obok nich gi­gant. Kim­kol­wiek był, nie spie­szył się. Simo wbił się jesz­cze bar­dziej w fotel, jakby ocze­ki­wał, że po­zo­sta­nie w ten spo­sób nie­zau­wa­żo­ny. Po­tęż­na po­stać w końcu usia­dła w fo­te­lu na­prze­ciw.

– Osiem­na­ście spa­lo­nych bok­sów, dwu­na­stu po­szko­do­wa­nych pra­cow­ni­ków – za­czął wy­mie­niać niski, spo­koj­ny głos – dwie za­trzy­ma­ne taśmy pro­duk­cyj­ne, trzy tony spa­lo­nej wełny, a to wszyst­ko prze­kła­da­ją­ce się na dwa i pół ty­sią­ca nie­wy­pro­du­ko­wa­nych dziś skar­pet.

Nie padły żadne oskar­że­nia, py­ta­nia, lub wyrok. Niski głos dał dwóm elfom czas na prze­my­śle­nia.

– To był jego po­mysł – wy­pa­lił Simo, wska­zu­jąc oskar­ży­ciel­sko na Jo­rie­go.

Jori mruk­nął coś i ze wzro­kiem wbi­tym w buty zalał się łzami. Usły­sze­li niski, po­wol­ny śmiech, a pokój za­czął się roz­ja­śniać w miarę, jak pod­wie­szo­ne pod su­fi­tem lampy za­czę­ły stop­nio­wo dążyć do swo­jej peł­nej mocy.

Zo­ba­czy­li, że na fo­te­lu przed nimi sie­dzi rosły męż­czy­zna w czer­wo­nej kurt­ce i spodniach tego sa­me­go ko­lo­ru. Koł­nierz po­kry­ty był gru­bym bia­łym fu­ter­kiem, tak samo końce rę­ka­wów. Na nie­ma­ły brzuch spły­wa­ła długa biała broda.

– Och, to nasz ko­cha­ny szef – mruk­nął z wy­mu­szo­nym uśmie­chem Simo.

– W rze­czy samej – od­po­wie­dział Świę­ty Mi­ko­łaj, na­bi­ja­jąc fajkę ty­to­niem. – Po­wiedz­cie mi, chłop­cy, co was skło­ni­ło do tego czynu?

Na­stą­pi­ła chwi­la ciszy.

– Wie pan – za­czął Simo – ko­le­ga miał po pro­stu głupi po­mysł, nic ta­kie­go, a ja to już w ogóle je­stem nie­win­ny, pro­szę pana, i co wię­cej bar­dzo chęt­nie wrócę do pracy, tak, tak.

– Ko­le­ga się myli – stwier­dził Jori, a Simo spoj­rzał na niego, bojąc się, co ten jesz­cze wy­my­śli – to był cał­kiem mądry po­mysł. Przy­naj­mniej jak na mnie.

Simo scho­wał głowę w dło­niach.

– Wszyst­ko spro­wa­dza się do tego – kon­ty­nu­ował Jori – że nie chce­my już pra­co­wać w fa­bry­ce.

Simo ocza­mi wy­obraź­ni wi­dział już sto­ją­cy przed nim plu­ton eg­ze­ku­cyj­ny Kor­pu­su Bez­pie­czeń­stwa Fa­bry­ki Pre­zen­tów.

– Nie chce­cie? – spy­tał Świę­ty Mi­ko­łaj, gła­dząc długą brodę.

– Jak naj­bar­dziej – stwier­dził Jori. – Oprócz tego w ostat­nich dniach w na­szych gło­wach po­ja­wi­ło się wiele za­strze­żeń co do wa­run­ków pracy oraz na­szej przy­szło­ści po trzy­dzie­stym pią­tym roku życia. Ko­le­ga twier­dzi mię­dzy in­ny­mi, że w isto­cie eme­ry­tu­ra nie ist­nie­je, lecz zo­sta­je­my za­bi­ci, gdy nasza efek­tyw­ność w pracy spada.

– Pro­szę go nie słu­chać! – krzyk­nął Simo. – On kła­mie, łże, ple­cie trzy po trzy… Ja je­stem nie­win­ny, pro­szę pana…

– Za­milk­nij – roz­ka­zał Świę­ty Mi­ko­łaj, za­pa­la­jąc fajkę. – A ty kon­ty­nu­uj – dodał, spo­glą­da­jąc na Jo­rie­go.

– Nie­wie­le mam jesz­cze do po­wie­dze­nia – stwier­dził Jori, spe­szo­ny nie­szczę­ściem przy­ja­cie­la. – Po pro­stu chce­my otrzy­mać naszą cze­ko­la­dę i opu­ścić fa­bry­kę.

– Opu­ścić fa­bry­kę – po­wtó­rzył z za­du­mą w gło­sie Świę­ty Mi­ko­łaj, gła­dząc się po bro­dzie. – Zo­ba­czy­my, co da się w tej spra­wie zro­bić. Roz­wią­zać ich i za­pro­wa­dzić do po­ko­ju sto jeden.

Do Jo­rie­go i Simo po­de­szło kilka elfów w czar­nych, do­brze zna­nych Simo, uni­for­mach. Roz­wią­za­li linę krę­pu­ją­cą ich nogi i wy­pro­wa­dzi­li z po­miesz­cze­nia, trzy­ma­jąc mocno za prawy bark.

Ko­ry­tarz, któ­rym szli, róż­nił się zna­czą­co od wszyst­kie­go, co znaj­do­wa­ło się w gra­ni­cach czte­rech dzia­ło­wych ścia­nek zna­nych Jo­rie­mu i Simo. Pod­ło­ga była wy­ło­żo­na bia­ły­mi płyt­ka­mi, a ścia­ny po­ma­lo­wa­no na czer­wo­no. Po ich lewej stro­nie co kil­ka­na­ście me­trów znaj­do­wa­ły się białe drzwi, a na­prze­ciw każ­dych wi­siał obraz szczę­śli­wych dzie­ci i do­ro­słych roz­pa­ko­wu­ją­cych pre­zen­ty.

Jori szedł żwa­wym kro­kiem, na­to­miast Simo, spo­dzie­wa­jąc się cze­goś zgoła od­mien­ne­go od przy­ja­cie­la, był co chwi­lę po­spie­sza­ny i po­py­cha­ny przez elfy w czar­nych uni­for­mach. W końcu jed­nak padły słowa:

– W lewo zwrot.

Jori i Simo stali na­prze­ciw drzwi ze zło­ci­stym nu­me­rem 101. Jeden z elfów w czar­nych uni­for­mach wy­szedł przed wszyst­kich z pę­kiem klu­czy w ręku, prze­krę­cił jeden z nich w zamku i otwo­rzył drzwi.

Simo i Jori zo­sta­li we­pchnię­ci do po­miesz­cze­nia, któ­re­go ścia­ny były po­ma­lo­wa­ne odła­żą­cą sza­ro­nie­bie­ską farbą. Usie­dli na ni­skiej ławce, na któ­rej nawet naj­niż­szy elf mu­siał pro­sto­wać nogi. Simo nie­chęt­nie ro­zej­rzał się i za­uwa­żył stare dę­bo­we drzwi na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Nie tak trud­no było ich nie spo­strzec, bo były nie wyż­sze niż metr, nawet elf więc mu­siał­by się schy­lić, by przez nie przejść, a na do­da­tek war­stwa kurzu upo­dab­nia­ła je ko­lo­ry­stycz­nie do ota­cza­ją­cej ścia­ny.

– W co ty nas wpa­ko­wa­łeś? – mruk­nął Simo bez cie­nia oskar­ży­ciel­skie­go tonu, ja­kie­go uży­wał pod­czas roz­mo­wy ze Świę­tym. Był po­go­dzo­ny.

– W to, że do­sta­nie­my naszą cze­ko­la­dę i zo­sta­nie­my wy­pusz­cze­ni? – od­parł Jori.

Simo za­chi­cho­tał i stwier­dził:

– Je­że­li uda­jesz, to po­dzi­wiam twój ak­tor­ski kunszt, a je­że­li nie uda­jesz, to nie spo­sób nie do­ce­nić two­je­go opty­mi­zmu. – Spoj­rzał tępo na swoje buty. – Do­brze było z tobą pra­co­wać i…

– …roz­ra­biać – rzu­cił z uśmie­chem Jori.

– Tak, roz­ra­biać – przy­tak­nął Simo i za­milkł.

Po dłuż­szej chwi­li usły­sze­li po­now­ne szczęk­nię­cie zamka, a do po­ko­ju we­szło sześć elfów w czar­nych uni­for­mach wraz ze Świę­tym Mi­ko­ła­jem.

– Skoro chce­cie opu­ścić fa­bry­kę – rzekł z uśmie­chem – to zrób­cie to.

Podał im dwa to­boł­ki i odro­bi­nę na nich za duże płasz­cze. Jeden z elfów w uni­for­mach pod­szedł do za­ku­rzo­nych dę­bo­wych drzwi, wło­żył klucz do zamka i prze­krę­cił, a ich oczom uka­zał się długi ciem­ny ko­ry­tarz.

– Och, dzię­ku­ję, dzię­ku­ję, dzię­ku­ję! – krzy­czał Jori, ska­cząc wokół swo­je­go szefa, się­ga­jąc przy tym nieco po­ni­żej ra­mion ro­słe­go męż­czy­zny.

– No, tak, tak. – Świę­ty Mi­ko­łaj mach­nął ręką. – Idź­cie już. La­po­nia na was czeka.

Zatem za­ło­ży­li na sie­bie płasz­cze i, schy­la­jąc się, po­szli w to­wa­rzy­stwie eskor­ty. Jeden elf pro­wa­dził, trzy szły za nimi. W ko­ry­ta­rzu pach­nia­ło stę­chłym po­wie­trzem, a Simo zda­wa­ło się nie­kie­dy, że wcho­dzi w płyt­kie ka­łu­że. Nie spo­sób było tego jed­nak zwe­ry­fi­ko­wać, bo nikt nie wpadł na po­mysł, by za­mon­to­wać lampy.

Szli już kwa­drans i Simo za­czął boleć kark przez cią­głe schy­la­nie się, gdy elf przed nimi kazał wszyst­kim sta­nąć i usły­sze­li szczęk­nię­cie zamka. Drzwi otwo­rzy­ły się, a silny po­wiew świe­że­go zim­ne­go po­wie­trza po­zwo­lił im wziąć głę­bo­ki od­dech.

Simo i Jori wy­szli, a pierw­szym co usły­sze­li był chrzęst śnie­gu. Na­stęp­ne zaś były za­trza­sku­ją­ce się drzwi i szczęk­nię­cie zamka. Nie miało to jed­nak dla nich zna­cze­nia. Kra­jo­braz przed nimi był pa­gór­ko­wa­ty, a nie­da­le­ko od nich za­czy­nał się nie­ma­ły las. Słoń­ce za­cho­dzi­ło, bar­wiąc chmu­ry na ró­żo­wo.

Jori otwo­rzył swój to­bo­łek, gło­śno się za­śmiał i wy­krzy­czał:

– Wie­dzia­łem, że wy­pła­ci nam to, co za­ro­bi­li­śmy!

Simo pod­szedł i spoj­rzał na nędz­ne sie­dem ta­bli­czek cze­ko­la­dy za­wi­nię­te w sre­ber­ka.

– Na mi­lion sześć­set ty­się­cy ko­stek mi to nie wy­glą­da – mruk­nął.

Jori, nie zwa­ża­jąc na słowa przy­ja­cie­la, roz­wi­nął jedno ze sre­be­rek, odła­mał kost­kę cze­ko­la­dy i z ra­do­ścią wrzu­cił ją sobie do ust. Zaraz eu­fo­ria ustą­pi­ła miej­sce za­sko­cze­niu, a po chwi­li nie­za­do­wo­le­niu. Jori za­czął gryźć cze­ko­la­dę bar­dzo po­wo­li, z wy­sił­kiem woli ją po­łknął i mruk­nął:

– Świę­ty dał nam gorz­ką… Dał nam gorz­ką cze­ko­la­dę!

Za­czął bić w drzwi, jakby ocze­ki­wał, że elfy w czar­nych uni­for­mach za­wró­cą i bę­dzie mógł im zło­żyć re­kla­ma­cję. Simo po­wo­li pod­szedł do niego, chwy­cił za ramię i mruk­nął:

– Nie rzu­caj się tak. Nie warto. Poza tym gorz­ka cze­ko­la­da to dobre źró­dło ener­gii, a ta – ro­zej­rzał się po po­kry­tych śnie­giem wzgó­rzach – może nam się przy­dać.

Koniec

Komentarze

Ciężkie jest życie niewolnika, czy jest człowiekiem, elfem, czy innym skrzatem. Bohaterom udało się uwolnić dość niskim kosztem.

Ale może nie wiem, co mówię, bo sama wolę gorzką czekoladę. :-)

Babska logika rządzi!

Finklo, witam serdecznie. :D

Ano, ciężkie, ale za to są pierniczkowe czwartki! Uwolnić niskim kosztem, owszem udało się, ale jeszcze trzeba przetrwać w Laponii, a to może być trudniejsze. W sumie dobry temat na opowiadanie za rok: Simo i Jori próbują upolować renifera. laugh

Też wolę gorzką, odkąd ze względu na różnego rodzaju występujące u mnie powiązania zdrowotne z menu wyleciała mleczna. Teraz wróciła, ale już się przekonałem do gorzkiej. Niemniej pierwsze spotkanie było trudne, bo nieświadom wpływu gorzkiej czekolady na metabolizm zjadłem dwie trzecie tabliczki na raz. (;_;)

Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za klika!

Wesołych świąt. :D

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Gry­zok_Pół­po­spo­li­ty – super opowiadanie yes 

W kwestii sequela, to chyba rzecz jest oczywista – żaden tam renifer, tylko przejęcie władzy i wyzwolenie ludu pracującego spod jarzma tyrana wink

Ciekawe czy po drodze napotkają "elfy na emeryturze" B⁠-⁠)

Gryzoku, nawiedził Cię zacny pomysł i wyszło z tego naprawdę niezłe opowiadanie traktujące o zbuntowanych elfach i próbie ucieczki z Fabryki Prezentów.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia, ale mam nadzieję, że poprawisz usterki, bym mogła zgłosić „Świąteczną dystopię” do Biblioteki. :)

 

de­mon­stra­cyj­nie ukłuł opu­szek każ­de­go palca… → Opuszki są rodzaju żeńskiego, więc: …de­mon­stra­cyj­nie ukłuł opu­szkę każ­de­go palca

 

– Dla­cze­go tra­fi­li­śmy aku­rat do dzier­ga­nia skar­pe­tek? → Skarpetek mnie dzierga się igłą. Igłą można je cerować. Do dziergania służą druty i szydełka.

 

trzymetrowe szaro-brązowe ścianki działowe… → …trzymetrowe szarobrązowe ścianki działowe

 

w rogu znaj­do­wał się wy­cho­dek o czer­wo­nych ścia­nach, a obok niego otwar­ta kuch­nia po­łą­czo­na ze spi­żar­nią, w któ­rej znaj­do­wa­ło się je­dze­nie… → Czy to celowe powtórzenie?

Może w drugiej części zdania: …ze spi­żar­nią, w któ­rej przechowywano je­dze­nie

 

spoj­rzał na to­wa­rzy­sza zmę­czo­nym spoj­rze­niem. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …i spoj­rzał na to­wa­rzy­sza zmę­czo­nym wzrokiem.

 

w któ­rym znaj­do­wa­ło się bli­sko pięć­set włó­czek wełny. → W tym przypadku włóczka to wełna.

Proponuję: …w któ­rym znaj­do­wa­ło się bli­sko pięć­set motków/kłębków wełny.

 

Dwa elfy rzu­ci­ły coś pod nosem i za­czę­ły prze­rzu­cać całą za­war­tość kosza na zie­mię… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Dwa elfy mruknęły coś pod nosem i za­czę­ły przerzucać całą za­war­tość kosza na podłogę

 

spoj­rza­ły na niego z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. → Patrzymy oczami, nie z oczami, więc: …spoj­rza­ły na niego sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

 

tylko i wy­łącz­nie na wi­gi­lię… → …tylko i wy­łącz­nie na Wi­gi­lię

 

Sim wło­żył gar­nu­szek barsz­czu na ku­chen­kę ga­zo­wą, włą­czył gaz… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …Sim postawił gar­nu­szek barsz­czu na ku­chen­ce, włą­czył gaz

 

że robi coś wię­cej, prócz pod­grze­wa­nia go­to­wej zupy Jori za­mie­rzał po­wie­dzieć coś wię­cej, ale… → Czy to celowe powtórzenie?

 

Simo nalał barsz­czu do dwóch ma­łych por­ce­la­no­wych mi­se­czek i po­ło­żył je na stole. → Zbędne dookreślenie – miseczka jest mała z definicji.

Proponuję: …Simo nalał barsz­czu do dwóch por­ce­la­no­wych mi­se­czek i postawił je na stole.

 

Simo i Jori wy­mie­ni­li się spoj­rze­nia­mi… → Simo i Jori wy­mie­ni­li spoj­rze­nia­

 

i sol­nicz­ki, jaka od de­ka­dy nie zo­ba­czy­ła swo­jej za­war­to­ści… → …i sol­nicz­ki, która od de­ka­dy nie zo­ba­czy­ła swo­jej za­war­to­ści

 

do dru­gie­go scho­wał kilka włó­czek.

Simo podszedł do niego z włóczką przełożoną już przez igłę → Nie brzmi to najlepiej. I w dalszym ciągu się zastanawiam, do czego im przy dzierganiu igła…?

Proponuję: …do dru­gie­go scho­wał kilka kłębków.

Simo podszedł do niego, trzymał igłą z nawleczoną włóczką

 

po czym wszyst­ko ścia­śnił… → …po czym wszyst­ko ście­śnił

 

– Wiesz do­brze, ile zaj­mu­je Wiel­ka Po­dróż do bram fa­bry­ki w wi­gi­lię. → – Wiesz do­brze, ile trwa Wiel­ka Po­dróż do bram fa­bry­ki w Wi­gi­lię.

 

Po­ło­żył swój mały el­fic­ki pa­lu­szek na spu­ście i cze­kał. → Zbędne dookreślenie – paluszek jest mały z definicji. Czy zaimek jest konieczny?

A może wystarczy: Po­ło­żył pa­lu­szek na spu­ście i cze­kał.

 

roz­legł się ko­lej­ny akom­pa­nia­ment huku ka­ra­bi­nu i pisku pisz­cza­łek. → …roz­legł się ko­lej­ny huk ka­ra­bi­nu i akompaniament pisku pisz­cza­łek.

 

palce pra­wej dłoni mak­sy­mal­nie się wy­pro­sto­wa­ły… → Coś się tutaj przyplątało.

 

otwo­rzył prawe oko, by zaraz je za­mknąć, zra­żo­ny ja­snym świa­tłem. → …otwo­rzył prawe oko, by zaraz je za­mknąć, ra­żo­ny/ porażony ja­snym świa­tłem.

 

przed nim stało biur­ko, na któ­rym stała lamp­ka… → Powtórzenie.

 

spo­dzie­wa­jąc się losu, jaki na niego czeka. → …spo­dzie­wa­jąc się losu, jaki go czeka.

 

Je­dy­nym, czym róż­ni­ły się te kroki, była ich do­no­śność. → Je­dy­ne, czym róż­ni­ły się te kroki, była ich do­no­śność.

 

Po­tęż­na po­stać w końcu usia­dła w fo­te­lu na­prze­ciw nim.Po­tęż­na po­stać w końcu usia­dła w fo­te­lu na­prze­ciw.

 

dwa­na­ście po­szko­do­wa­nych pra­cow­ni­ków… → …dwu­na­stu po­szko­do­wa­nych pra­cow­ni­ków

 

trzy tony spa­lo­nych tka­nin… → Jeśli mówił o dzierganych skarpetkach, to: …trzy tony spa­lo­nych dzianin

 

spy­tał Świę­ty Mi­ko­łaj, gła­dząc swoją długą brodę. → Zbędny zaimek.

 

– Pro­szę się go nie słu­chać! – krzyk­nął Simo. → – Pro­szę go nie słu­chać! – krzyk­nął Simo.

 

Ko­ry­tarz, przez jaki szli… → Ko­ry­tarz, którym szli

 

Jori szedł rześ­kim kro­kiem… → Raczej: Jori szedł żwawym kro­kiem…

 

Na­prze­ciw Jo­rie­go i Simo stały drzwi ze zło­ci­stym pod­pi­sem “101”. → Drzwi nie stoją.

Proponuję: Jo­ri i Simo stali naprzeciw drzwi ze zło­ci­stym numerem 101.

 

odła­żą­cą sza­ro-nie­bie­ską farbą. → …odła­żą­cą sza­ronie­bie­ską farbą.

 

na do­da­tek po­kry­wa­ją­ca je war­stwa kurzu upo­dab­nia­ła je ko­lo­ry­stycz­nie… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …na do­da­tek war­stwa kurzu upo­dab­nia­ła je ko­lo­ry­stycz­nie

 

Jeden elf szedł przed nimi, trzy za nimi. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Jeden elf prowadził, trzy szły za nimi.

 

Szli już kwa­drans, a Simo za­czął już boleć kark… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Szli już kwa­drans i Simo za­czął boleć kark

 

Simo pod­szedł do niego po­wol­nym kro­kiem, chwy­cił go za ramię i mruk­nął: → A może zwyczajnie: Simo powoli pod­szedł do niego, chwy­cił za ramię i mruk­nął:

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Matko, ilu Was się tu nazbierało. :O

KoscianIxie, rad jestem, iż Ci się spodobało. :D

Rewolucja proletariacka wśród elfów? Ciekawe, ale należy się zastanowić, dlaczego Święty jest ubrany cały na czerwono. 

Vantacorze, mam nadzieję, że pomyślnie odmieniłem nick. Jeśli nie, to najmocniej przepraszam.

Zastanawiałem się nad czymś podobnym, ale uznałem, że lepiej dać czytelnikowi (i elfom!) odrobinę nadziei. laugh

Reg, nie myślałem, że pracujesz w święta. ;) Pięknie dziękuję za korektę i ruszam do jej realizacji!

Do dziergania służą druty i szydełka.

:O

Myślałem, że się to znaczenie nie różni. (proszę nie bić) Uczysz mnie życia. ;)

Czy to celowe powtórzenie?

A jeśli powiem, że tak, to nie będzie błąd?

Ha ha.

Spróbuję coś podmienić.

trzy tony spalonych tkanin… → Jeśli mówił o dzierganych skarpetkach, to: …trzy tony spalonych dzianin

Miałem na myśli kłębki wełny.

Hm.

Zmienię na coś innego.

 

I jeszcze jedno pytanie wywołane moją nieznajomością rzemiosła:

Skoro dzierga się drutami, to jak powinien rozpocząć się pierwszy akapit? 

– Ała – pisnął Jori, gdy ukłuł drutami palec wskazujący?

 

Najserdeczniej pozdrawiam Was wszystkich. Dziękuję za przeczytanie. laugh

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Reg, nie myślałem, że pracujesz w święta.

Nie obchodzę świat kościelnych, Gryzoku, a poza tym nie uważam, aby lektura portalowych opowiadań była pracą. :)

 

trzy tony spalonych tkanin… → Jeśli mówił o dzierganych skarpetkach, to: …trzy tony spalonych dzianin

Miałem na myśli kłębki wełny.

Przędza wełniana zwinięta w kłębek nie jest tkaniną, jest nicią, tu wełnianą. 

 

Skoro dzierga się drutami, to jak powinien rozpocząć się pierwszy akapit? 

– Ała – pisnął Jori, gdy ukłuł drutami palec wskazujący?

Proponuję: – Ała – pisnął Jori, gdy zamiast w oczko robótki trafił drutem w palec wskazujący, kłując się boleśnie. 

 

Gryzoku, daj znać o dokonaniu poprawek, bym mogłam udać się do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

nie uważam, aby lektura portalowych opowiadań była pracą. :)

Lektura może nie, ale poprawianie wszystkich błędów i służenie radą z pewnością. :) 

Przędza wełniana zwinięta w kłębek nie jest tkaniną, jest nicią, tu wełnianą. 

Właśnie dopiero co mi zgrzytnęło.

Proponuję: – Ała – pisnął Jori, gdy zamiast w oczko robótki trafił drutem w palec wskazujący, kłując się boleśnie. 

Ty to wszystko umiesz ubrać w ładne słowa. :D

Poprawki wprowadzone, igły pozamieniane na druty, tkaniny na wełnę, teraz czekam na weryfikację przeprowadzoną przez Tarninę. :D

Dziękuję. :D

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Bardzo proszę, Gryzoku. Niezmiernie mi miło, że mogłam się przydać, a skoro dokonałeś poprawek, mogę odwiedzić klikarnię. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zabawne opowiadanie z sympatycznymi bohaterami. Aczkolwiek zabawniej byłoby, gdyby to elf-snajper miał na imię Simo :]

 

Ukryłeś plan elfów przed czytelnikiem, wydaje mi się, że ciekawiej byłoby znać choć jego zarys. W takiej baśniowej konwencji nie umiałem sobie nawet wyobrazić wszystkich rzeczy, które mogłyby pójść nie tak, więc nie czułem tu napięcia. Ale może w takiej świątecznej opowiastce nie musiało go być?

 

Pozdrawiam i klik


wypłaty, jakimi były słoje,

“Którymi”, moim zdaniem. Albo “których rolę pełniły”.

 

– Jesteś pewien, żeby to zrobić?

Hmm “że chcesz to zrobić”?

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

GalicyjskiZakapiorze, witam!

Jak najbardziej, dałem jednemu elfów imię Häyhy. I rzeczywiście, jakby to snajper miał takie imię, byłoby to jeszcze lepsze nawiązanie. :] Z drugiej strony, nie ma co biednego Simo oczerniać, odstawił kawał dobrej roboty dla fińskiej niepodległości.

Na początku napisałem, jak Jori opowiada o planie, ale brzmiało to strasznie sucho, a oprócz tego uznałem, że pokazałbym w ten sposób czytelnikowi większość moich kart. ;)

Dziękuję za klika i uwagi. Wprowadzam poprawki. :D

Pozdrawiam.

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Nowa Fantastyka