- Opowiadanie: Murin88 - Powstań z kolan, samuraju

Powstań z kolan, samuraju

Takie tam, przy oka­zji. Wrzu­cam bez bety, by zo­ba­czyć czy jakiś po­stęp, czy re­gres.


Jest to je­dy­nie lek­kie low fan­ta­sy in­spi­ro­wa­ne hi­sto­rycz­ny­mi wy­da­rze­nia­mi i po­sta­cia­mi. 

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Powstań z kolan, samuraju

Ja­po­nia, rok 1281.

 

Druga in­wa­zja mon­gol­ska od­no­si zwy­cię­stwo. Ce­sarz Go-Uda klęk­nął przed ge­ne­ra­łem Mon­go­łów – Ara­kha­nem i od­da­je mu Ja­po­nię pod pro­tek­cję wa­sal­ną. Nie mo­gą­ce się z tym po­go­dzić klany ze środ­ko­wej czę­ści kraju, z ci­chym wspar­ciem klanu Nanbu, stają do ostat­niej bitwy, od­sie­czy dla sto­li­cy.

Prze­gry­wa­ją jed­nak z kre­te­sem.

 Głowy zbun­to­wa­nych kla­nów zo­sta­ją ścię­te, a ich na­stęp­ców wy­zna­cza­ją Mon­go­ło­wie. Naj­po­tęż­niej­szy klan na pół­no­cy kraju – Nanbu godzi się i ak­cep­tu­je wolę ce­sa­rza, uni­ka­jąc wy­nisz­cza­ją­cej wojny na swoim te­re­nie.

Wśród po­ko­na­nych jest Muso – sa­mu­raj, który stra­cił w bi­twie swo­je­go pana. Staje się ro­ni­nem i udaje na wy­gna­nie, na da­le­ką pół­noc…

 

Była już wio­sna gdy do­tarł na pół­noc. Nie ocze­ki­wał ni­cze­go. Wła­ści­wie, nie miał chęci nawet żyć. Kilka ty­go­dni temu zniszczył swoją zbro­ję, chcąc na za­wsze od­ciąć się od prze­szło­ści.

Roz­go­ry­cze­nie i strach prze­ję­ły nad nim wła­dzę. Umysł pła­tał figle, a dawne czyny mę­czy­ły kosz­ma­ra­mi. Nie wie­dział do końca czy to z po­wo­du cho­ro­by, ran, czy wy­czer­pa­nia. Opadał z sił, drepcząc pokracznie górzystą dróżką. Minął wznie­sie­nie, a gdy wy­szedł w końcu z głę­bo­kie­go lasu, jego oczom uka­za­ła się prze­pięk­na do­li­na.

Po­ni­żej roz­cią­ga­ła się kra­ina, gdzie wio­sna wy­glą­da­ła tak, jak na ma­lo­wi­dłach. So­czy­sta zie­leń, pola ry­żo­we i ma­low­ni­cze góry.

Czyżbym dotarł na miejsce? – pomyślał zdziwiony. Nie wie­rzył, że tego do­cze­ka. Jak to moż­li­we, że wciąż żyje, że wciąż kur­czo­wo trzy­ma się w tym świe­cie. Czyż­by bo­go­wie mu nie prze­ba­czy­li? Zo­stał prze­klę­ty ży­ciem? Ma teraz tu być i od­po­ku­to­wać?

Zro­bi­ło mu się ciem­no przed ocza­mi. Po­czuł ulgę, jakby umie­rał i upadł z lek­kim uśmie­chem.

 

***

 

Obu­dził się w drew­nia­nej cha­łu­pie ja­kie­goś wie­śnia­ka. Leżał na macie, w po­bli­żu cie­płe­go ogni­ska. Z tru­dem ob­ró­cił się na bok, roz­glą­da­jąc wokół. Do­strzegł kogoś w kącie. Me­dy­to­wał. Z po­cząt­ku po­my­ślał, że to ktoś ze służ­by, ale łysa głowa i pro­sta, ciem­na szata roz­wia­ła jego wąt­pli­wo­ści.

– Je­stem w świą­ty­ni? – po­wie­dział cicho do sie­bie.

– W wie­śniac­kiej cha­łu­pie – ode­zwał się nie­zna­jo­my. – Dużej róż­ni­cy nie ma. A ty… je­steś?

– Nikim – od­po­wie­dział i znów po­ło­żył się z wy­sił­kiem na plecy.

– Nikim? – za­dzior­nie za­py­tał ka­płan. – Po­wia­do­mio­no już sa­mu­ra­jów klanu Nanbu. To ich zie­mie. Le­piej żebyś miał dobre wy­tłu­ma­cze­nie co tu ro­bisz i dla­cze­go wy­glą­dasz jak że­brak.

– Je­stem Muso – od­rzekł w końcu spo­glą­da­jąc w sufit. Jakby chciał sobie przy­po­mnieć, czy na pewno jest tym, za kogo się po­da­je.

– Po pro­stu Muso? – Ka­płan pod­szedł i sta­nął mu nad głową, pa­trząc w oczy.

– Tak. Po pro­stu Muso – od­po­wie­dział gniew­nie, choć na­tych­miast zła­go­dził ton.

Nad nim sta­nął po­czci­wy, pulch­ny ka­płan z kom­plet­nie łysą głową i nieco ru­basz­nym uśmie­chem.

– Słu­chaj po pro­stu Muso. – Ka­płan po­chy­lił się nad nim raz jesz­cze. – Wie­śnia­cy, któ­rzy cię tu przy­nie­śli i opa­trzy­li, wspo­mnie­li mi o wielu bli­znach i si­nia­kach, które po­sia­dasz. Po­sła­li po mnie, przy­tom­nie stwier­dza­jąc, żeś albo zbój, albo wo­jow­nik. Masz szan­sę się wy­tłu­ma­czyć.

Muso nie mógł ze­brać myśli. Leżał na ple­cach i z tru­dem pró­bo­wał się po raz ko­lej­ny pod­nieść. W końcu po­now­nie opadł, z wy­sił­kiem bio­rąc głę­bo­ki od­dech.

– Czy to ważne? – od­po­wie­dział py­ta­ją­co i po­sęp­nie.

Ka­płan wy­pro­sto­wał się, pod­szedł do progu drzwi i spoj­rzał na oko­li­cę.

 – Nie. Nie dla mnie przy­naj­mniej. Ale już je­dzie tu wy­słan­nik klanu, za­rzą­dza­ją­ce­go tymi zie­mia­mi. Jeden z naj­lep­szych wo­jow­ni­ków tych ziem, młody Mu­sa­shi Miy­amo­to. Jeśli je­steś zbi­rem, zgi­niesz. Jeśli je­steś de­zer­te­rem, także. Każdy wo­jow­nik spoza klanu Nanbu, ma zo­stać poj­ma­ny. Od tego kim je­steś, za­le­żeć bę­dzie czy ci po­mo­gę. A wiec? Je­steś sa­mu­ra­jem?

– Nie. Już nie – od­po­wie­dział ze smut­kiem.

– Już nie? – po­wtó­rzył zdzi­wio­ny ka­płan. – Je­steś ro­ni­nem?

– Wy­rze­kłem się drogi wo­jow­ni­ka. Za­wio­dłem swo­je­go pana, a więc nie mogę nawet się na­zy­wać ro­ni­nem.

Ka­płan od­wró­cił się i ze zdzi­wie­niem raz jesz­cze przyj­rzał po­kie­re­szo­wa­ne­mu przez los, cał­ko­wi­cie zła­ma­ne­mu sa­mu­ra­jo­wi.

– Dziw­ny je­steś. Wró­ci­my do tego jesz­cze, teraz jed­nak spró­buj prze­żyć. Wła­śnie przy­był wy­słan­nik Klanu Nanbu.

 

***

 

Pod chatę pod­je­chał na kasz­ta­no­wym koniu sa­mu­raj w czar­nej zbroi, bez hełmu i włócz­ni. Za to z mie­czem u boku.

Wie­śnia­cy bali się go. Był znany z prze­sad­nej bru­tal­no­ści. Nigdy nie prze­ga­piał oka­zji, by oso­bi­ście ściąć prze­stęp­ców. Wręcz lu­bo­wał się w tym. Gdy po­ja­wił się w wio­sce, lu­dzie roz­pierz­chli się po ką­tach. Zszedł z konia i pod­szedł do chaty wi­dząc w wej­ściu ka­pła­na.

– Mikao… Gdzie kło­po­ty tam i ty – zwró­cił się Mu­sa­shi jak zwy­kle wy­zy­wa­ją­co do ka­pła­na. – Klan Nanbu jest teraz lo­jal­nym so­jusz­ni­kiem ce­sa­rza, oraz za­rząd­cy pro­win­cji Ja­po­nii, ge­ne­ra­łem Ar­kha­nem. Każdy ronin musi zgło­sić się do przy­wód­cy klanu, by zło­żyć hołd. Tchó­rze, któ­rzy boją się ode­brać sobie życie, w moim mnie­ma­niu, za­słu­gu­ją na śmierć. Łaska mo­je­go pana jest dla mnie trud­na do za­ak­cep­to­wa­nia. Jed­nak przy­chy­lam się do tej de­cy­zji i daję szan­sę, by ów ronin ukląkł i po­chy­lił głowę ku czci mo­je­go pana i wład­cy Nanbu Shi­gey­uki.

Mikao uśmiech­nął się za­wa­diac­ko i spoj­rzał przez ramię na ran­ne­go to­wa­rzy­sza.

– Jest chory, osła­bio­ny i ranny. Musi wpierw od­po­cząć. Po­dróż do twier­dzy Shōju­ji­da­te może go zabić. No i… nie wiemy czy do końca jest ro­ni­nem…

– Nie?! – krzyk­nął Mu­sa­shi, a w gnie­wie nie­mal dobył miecz. – Jeśli nie jest nim, to może być tylko de­zer­te­rem lub zło­czyń­cą. A zatem prawo na­ka­zu­je go ściąć, i to nie­zwłocz­nie.

Sa­mu­raj wtar­gnął do chaty i wi­dząc le­żą­ce­go Muso wy­wlekł go na ze­wnątrz. Usui przy­pa­try­wał się temu z za­cie­ka­wie­niem, nie in­ge­ru­jąc jed­nak.

– Tyś ten włó­czę­ga?! – krzyk­nął Mu­sa­shi usta­wia­jąc się na­prze­ciw.

– Jam.

– Kim je­steś?! Ostat­ni raz pytam!

– Nikim.

– Jak chcesz.

Mu­sa­shi dobył miecz i za­ma­chnął się na klę­czą­ce­go Muso. Za­trzy­mał się na jego szyi. Muso nawet nie drgnął, cały czas spo­glą­da­jąc mu w oczy. Na ostrzu po­ja­wi­ła się kro­pel­ka krwi.

– Od­waż­ny… lub głu­piś.

Sa­mu­raj przy­ło­żył pła­zem mie­cz do twa­rzy Muso i od­giął jego głowę, by tym razem wy­ko­nać rze­czy­wi­ste cię­cie, a nie tylko na­stra­szyć.

Za­nie­chał tego za­uwa­ża­jąc drob­ny ta­tu­aż na oboj­czy­ku. Od­wró­co­ny, mały czar­ny trój­kąt, wry­so­wa­ny w kon­tur więk­sze­go. Od­chy­lił jego głowę w drugą stro­nę i tam także zo­ba­czył po­dob­ny.

Był to znak klanu Hōjō. Klanu, który nie od­parł mon­gol­skiej in­wa­zji, a po klę­sce nie wspo­mógł od­bi­cia sto­li­cy. Po pod­pi­sa­niu po­ko­ju, znie­na­wi­dzo­ny jako sym­bol pod­dań­stwa i ko­la­bo­ra­cji.

– Na­le­żysz do tych zdraj­ców? – spy­tał z po­gar­dą Mu­sa­shi. – Je­steś więc sa­mu­ra­jem, kto był twoim panem? To­ki­mu­ne?

– Jego syn, Sa­da­to­ki – od­po­wie­dział z wy­sił­kiem Muso.

– Sa­da­to­ki?!

– Obaj zgi­nę­li pod­czas po­wsta­nia.

– A więc w isto­cie je­steś ro­ni­nem. – Mu­sa­shi ob­szedł go, ob­ry­so­wu­jąc wokół okrąg mie­czem. – Je­steś gor­szy niż włó­czę­ga. Bez pana i ho­no­ru.

– Ale chro­nio­ny pra­wem na tych zie­miach – wtrą­cił się Usui.

Mu­sa­shi spoj­rzał na niego gniew­nie. Scho­wał miecz i pod­szedł do ka­pła­na.

– Skoro tak bro­nisz swo­je­go to­wa­rzy­sza, to od teraz jest pod twoją opie­ką ka­pła­nie. Od­po­wia­dasz za każdy jego wy­stę­pek. Wierz mi, że spraw­dzę na ile od­po­wie­dzial­ny jest twój włó­czę­ga za zdra­dę i jaką rolę ode­grał w po­wsta­niu. Jeśli jest tyle wart, co inni z klanu Hōjō, to czeka go kara śmier­ci na tych zie­miach.

Mu­sa­shi wsiadł na konia i od­je­chał. Usui przy­glą­dał się chwi­lę swo­je­mu no­we­mu to­wa­rzy­szo­wi, a na­stęp­nie po­mógł mu wejść z po­wro­tem do chaty.

Muso upadł wy­czer­pa­ny.

 

***

 

Na­za­jutrz go­rącz­ka nie mi­ja­ła. Muso był w strasz­nym sta­nie, ma­ja­czył i krzy­czał, mdle­jąc co jakiś czas. Znów po­sła­no po ka­pła­na. Ten przy­był w nocy i usiadł przy swoim to­wa­rzy­szu, wcze­śniej wy­pra­sza­jąc wszyst­kich z chaty. Zło­żył ręce w mudrę mo­dli­tew­ną. Po dłuż­szym cza­sie po­ło­żył ręce na twa­rzy Muso i za­padł w me­dy­ta­cję.

Z po­cząt­ku ob­ja­wy na­si­li­ły się, jakby wo­jow­nik w isto­cie wal­czył w swo­jej ostat­niej bi­twie o życie. Póź­niej jed­nak uspo­ko­ił się, a go­rącz­ka znik­nę­ła. Poty ustą­pi­ły, a ma­ja­ki zmie­ni­ły się w po­wta­rza­ne zda­nie.

– Trzy­na­stu z nas zo­sta­ło… Trzy­na­stu z nas zo­sta­ło…

W końcu za­padł w głę­bo­ki sen.

 

***

 

Obu­dzi­ło go gda­ka­nie kur­cza­ka, który sku­bał jego ubra­nie. Otwo­rzył ze zdzi­wie­niem oczy, ale ja­sność po­ran­ka go zbyt­nio ra­zi­ła. Przy­sło­nił dło­nią twarz i przez roz­po­star­te palce za­uwa­żył nad sobą ka­pła­na.

– Wsta­waj, spa­łeś dwa dni – rzekł z uśmie­chem Usui. Po czym znów roz­sy­pał tro­chę ziar­na na kimonie Muso. Kurak z chę­cią na niego wsko­czył i wy­dłu­by­wał ryż z ubra­nia.

– Dwa dni? Aż dziw, że żyję.

– Zwa­żyw­szy na to, że Mu­sa­shi się tobą in­te­re­su­je… Le­piej żebyś nie wra­cał za szyb­ko do zdro­wia.

– Ten sa­mu­raj? – spy­tał pró­bu­jąc się przy tym pod­nieść, ale Usui przy­gniótł go kijem do pod­ło­gi.

– Leż. Mu­sa­shi tu wróci. Nie może zła­mać prawa i cię po pro­stu zabić.

– To do­brze?

– To zna­czy, że znaj­dzie inny spo­sób. Może spro­wo­ko­wać bójkę, obe­lgę czy co­kol­wiek in­ne­go, co da mu powód do po­je­dyn­ku.

– To niedo­brze. – Skrzy­wił się Muso.

– Jasne, że niedo­brze. To naj­lep­szy szer­mierz na pół­noc od sto­li­cy. Choć ponoć i w niej, w całym He­ian-kyō nikt nie mógł­by się z nim rów­nać. Ale jest jakaś szan­sa.

– Jaka?

Kur­czak sku­bał go i de­ner­wo­wał, a Usui wciąż rzu­cał zia­ren­ka ryżu.

– Je­steś ro­ni­nem, czyli byłeś sa­mu­ra­jem. Wy­zwij go na po­je­dy­nek i po­ko­naj. Zy­skasz sza­cu­nek i być może spo­tka­nie z głową klanu Nanbu.

– To… to się nie uda. Wy­rze­kłem się mie­cza. Nigdy wię­cej nie wezmę go do rąk – od­po­wie­dział przy­gnę­bio­ny.

– Co?! – krzyk­nął na niego Usui i przy­du­sił kijem. – Sa­mu­raj, co nie tknie mie­cza? Ronin, co ucie­ka przed swoim kla­nem? Masz wię­cej jaj niż ten kurak?

– To dość skom­pli­ko­wa­ne. Nie chcę o tym mówić.

Usui po­pa­trzył na niego za­my­ślo­ny, po czym upu­ścił na niego ko­lej­ne ziar­na, na które od razu rzu­cił się kur­czak.

– Je­de­na­ście, dwa­na­ście, trzy­na­ście. Trzy­na­stu nas zo­sta­ło… – pod­śpie­wy­wał pod nosem ka­płan rzu­ca­jąc resz­tę zia­ren.

– Coś po­wie­dział? – zdzi­wił się Muso.

– Zia­ren. Ostat­nie ziar­na ryżu. No cóż, czas na stra­wę. Co byś zjadł? – zi­gno­ro­wał go Usui.

– Choć­by i tego cho­ler­ne­go kur­cza­ka, co łazi po mnie!

– To da się zro­bić – uśmiech­nął się ka­płan i ude­rzył kijem tak traf­nie w łeb ku­ra­ka, że ten padł na­tych­miast, koń­cząc jako przyszła pie­czeń.

 

***

 

W po­łu­dnie udali się do za­przy­jaź­nio­ne­go go­spo­da­rza, gdzie roz­sie­dli się przy stole i za­ja­da­jąc się ryżem, ry­ba­mi oraz orze­cha­mi roz­ma­wia­li z po­zo­ru o nie­istot­nych rze­czach.

– Jak mnie wy­le­czy­łeś? To część nauk Buddy? – w końcu Muso zmie­nił temat.

– Buddy? Tutaj? – zdzi­wił się Usui. – Nie je­ste­śmy na tyle uprzy­wi­le­jo­wa­ni, by czcić bud­dyzm. Ra­czej znaj­dziesz wśród nas wy­znaw­ców pro­ste­go shintō. Tutaj wiara w duchy i ener­gię jest waż­niej­sza niż sku­pie­nie się na swoim roz­wo­ju.

Muso skrzy­wił się, shintō było przez wyż­sze sfery uwa­ża­ne za re­li­gie bie­da­ków. Skrzy­wił się jesz­cze bar­dziej, gdy uświa­do­mił sobie, że sam nie był bie­gły w bud­dy­zmie, ani żad­nej jego od­mia­nie.

– Czy zatem, to pro­ste shintō mnie wy­le­czy­ło? – nadal do­py­ty­wał zdzi­wio­ny szyb­ką po­pra­wą zdro­wia.

– I tak i nie – od­po­wie­dział Usui mru­żąc oczy, jakby chciał po­znać myśli swo­je­go to­wa­rzy­sza. – Wi­dzisz, po­świę­ci­łem wiele czasu na czy­ta­niu daw­nych tek­stów. Z każ­dej do­stęp­nej tu wiary, wie­rzeń i ich od­mian. Szu­ka­jąc tylko jed­ne­go – uzdro­wie­nia.

– Jak mnie­mam zna­la­złeś to.

– Praw­da, wszę­dzie było ja­kieś zia­ren­ko. Po­zbie­ra­nie ich, dało mi obraz dawno utra­co­ne­go daru.

– Jak tego do­ko­na­łeś? Wy­star­czy coś prze­czy­tać? Masz te tek­sty? – Muso żywo za­in­te­re­so­wał się nie­sa­mo­wi­tą tech­ni­ką.

– Cóż, już nie masz ocho­ty umie­rać? Po­sia­dłem wie­dzę, jed­nak do­pie­ro po­świę­ce­nie w me­dy­ta­cji dało mi coś w ro­dza­ju sa­mo­ist­nej ini­cja­cji. Od­po­wie­dzi i zro­zu­mie­nie. Zo­sta­łem uzdro­wio­ny, nie tylko cia­łem, ale i du­chem. Za­bieg, który na tobie do­ko­na­łem także za­czął cię uzdra­wiać… i zmie­niać. – Usui uśmiech­nął się ta­jem­ni­czo.

– To za­ska­ku­ją­ce – zdzi­wił się szcze­rze Muso. – Po­dob­nie jak to, że wcze­śniej wy­sta­wi­łeś mnie Mu­sa­shie­mu.

– Wie­dzia­łem, że sobie po­ra­dzisz – za­śmiał się Usui, a na­stęp­nie spo­waż­niał. – Masz na sobie bli­zny wo­jow­ni­ka, nie wie­śnia­ka. Po­trze­ba było tylko zmu­sić cię, byś chciał uwol­nić swój in­stynkt. Nie zlą­kłeś się mie­cza. A przy oka­zji do­wie­dzie­li­śmy się też, że nie je­steś ban­dy­tą, czy włó­czę­gą. Po­trze­bo­wa­li­śmy tu kogoś ta­kie­go…

– Kogoś ta­kie­go?

– Tak, mimo po­zor­ne­go po­ko­ju, cała Ja­po­nia drży. Nawet tutaj. Mu­sa­shi i jego świta gnębi wie­śnia­ków. Do­pó­ki on tu jest, jego pan nas nie wy­słu­cha. A po­wi­nien! Ma wy­star­cza­ją­co dużo sił by prze­ciw­sta­wić się bez­pra­wiu, a z od­po­wied­nią po­mo­cą mógł­by oba­lić i sa­mych Mon­go­łów…

Muso wy­buch­nął gnie­wem. Rąb­nął w stół i zbli­żył się do Usui pa­trząc mu głę­bo­ko w oczy.

– Czyś ty zdur­niał do resz­ty? Już pró­bo­wa­li­śmy! Ja­po­nia nie jest zjed­no­czo­na. Klan Nanbu za­miast sta­nąć do walki, wy­sy­łał marne po­sił­ki. A gdy szala zwy­cię­stwa prze­chy­li­ła się na ko­rzyść Mon­go­łów, Nanbu sta­nę­li po ich stro­nie.

– Ce­sarz kazał za­prze­stać walk – wtrą­cił się Usui.

– Ce­sarz jest… – za­wa­hał się, myśl ta była bluź­nier­stwem.

– Tchó­rzem i ma­rio­net­ką?

– Jak śmiesz!

Usui uśmiech­nął się z po­li­to­wa­niem.

– Tyś udo­wod­nił, że tchó­rzem nie je­steś. Teraz stań do walki i prze­gnaj Mu­sa­shie­go. Spo­tka­my się z głową Klanu Nanbu i przed­sta­wi­my mu nasz plan.

– Jaki plan? Co ta­kie­go ruszy sa­mu­ra­jów do po­wsta­nia?!

– Lu­dzie. Nie tylko sa­mu­ra­jo­wie, ale i wie­śnia­cy. Wszy­scy ru­szy­my i prze­go­ni­my Mon­go­łów. Po­ko­naj Mu­sa­shie­go. Zdo­bę­dziesz sławę i sza­cu­nek, a wtedy…

– Je­steś sza­lo­ny – prze­rwał mu Muso. – Poza tym wy­rze­kłem się mie­cza. Wy­rze­kłem się bycia sa­mu­ra­jem i tego kim są, kim byli. Nie tknę ni­cze­go, co czy­ni­ło ich wo­jow­ni­ka­mi.

– No cóż… – za­sę­pił się Usui. – Przejdź­my się zatem. Być może pro­ces uzdra­wia­nia jesz­cze się u cie­bie nie za­koń­czył.

 

***

 

Szli po­wo­li, wzdłuż zie­lo­nych pól ry­żo­wych. Ob­ser­wo­wa­li ludzi pra­cu­ją­cych w polu. Su­mien­nie, od­da­nie, uczci­wie.

– Muso? Widzisz ich? – zapytał Usui, wskazując dłonią chaty i pola. – Czy uwa­żasz ich za wo­jow­ni­ków?

– Znowu za­gad­ki? – od­parł znu­dzo­ny.

– Nie. Od­po­wiedz. Czy są to dla cie­bie wo­jow­ni­cy?

Muso przyj­rzał się pra­cu­ją­cym w pocie czoła wie­śnia­kom, ich żonom i dzie­ciom po­ma­ga­ją­cym w polu i przy obej­ściu.

– Nie – od­parł sta­now­czo. – By być wo­jow­ni­kiem trze­ba się szko­lić. Długo. Wła­ści­wie być nim z uro­dze­nia.

– A co jeśli oni są wo­jow­ni­ka­mi? My­ślisz, że każdy z nich nie wal­czył­by o swój dom, ro­dzi­nę, czy ma­ją­tek? Czy je­śli­by wy­szko­lić ich choć tro­chę, nie sta­no­wi­li­by wspar­cia, a swoją ilo­ścią rze­czy­wi­ste­go za­gro­że­nia?

– Nie znają tak­tyk, nie mają po­ję­cia o walce. – Muso nie od­pusz­czał po­gar­dy wobec niż­szej klasy.

– Pa­trzysz z po­zio­mu wilka. Wa­ta­hy eli­tar­nych sa­mu­ra­jów. Może spójrz z po­zio­mu jeża?

– Jeża?

– Jeża – po­wtó­rzył Usui z uśmie­chem. – Czy jeż zna skom­pli­ko­wa­ne spo­so­by po­lo­wa­nia? Czy po­ro­zu­mie­wa się sko­wy­ta­mi? Czy ma usta­lo­ną hie­rar­chię? Nie. In­stynk­tow­nie po­tra­fi się zwi­nąć w kłę­bek i na­stro­szyć kol­ce.

– Wie­śnia­cy to jeże? – Muso zmarsz­czył brwi.

– A co, gdyby byli?

– Dość za­ga­dek. Chcesz ich wy­słać do walki? Ale jak?

– Wy­po­saż wie­śnia­ków w pro­stą broń trzy­ma­ją­cą dy­stans. Naucz pod­sta­wo­wych ko­mend i ustaw ich setki koło sie­bie. Mają dzia­łać in­stynk­tow­nie, jak jeż. A będą wal­czyć o swoje zie­mie, nie mniej za­cie­kle niż elita.

Muso po­pa­trzył na niego z nie­do­wie­rza­niem, po czym się ro­ze­śmiał.

– Jeże… Tak. Jeśli dać by im włócz­nie… – za­czął roz­my­ślać. – Każdy z nich w rę­kach dzier­żył­by yari. Tylko krót­sze. Jak twój… kij. – Wska­zał pod­po­rę w po­dró­ży ka­pła­na. Kij się­ga­ją­cy tro­chę ponad jego głowę. – Nie trze­ba by wiele umieć. Od­po­wied­nia po­sta­wa i żaden Mon­goł nie przej­dzie. Zwy­kły kowal zrobi ich setki. Łuki! Wie­śnia­cy nie muszą cel­nie strze­lać. Wy­star­czy wskazać im kie­ru­nek, reszta załatwi ilość strzał. To może się udać! Tylko, że…

– Ty nie wal­czysz – rzekł spo­koj­nie Usui. – Dość za­ga­dek sa­mu­ra­ju. Ma­ja­czy­łeś o trzy­na­stu, na­le­żysz do klanu, który prze­grał i okrył się hańbą. Kim zatem je­steś i co zro­bi­łeś, że wy­rze­kłeś się swo­ich sa­mu­raj­skich atry­bu­tów?

Muso wziął głę­bo­ki od­dech. Wie­dział, że jest mu to wi­nien. Za uzdro­wie­nie i za wie­dzę, którą chciał zdo­być. Przy­sta­nął nie­opo­dal spo­glą­da­jąc na świą­ty­nię w od­da­li i przy­mknął oczy.

– To było pod­czas ob­lę­że­nia sto­li­cy. Na­le­ża­łem do Trzy­na­stu – oso­bi­stej gwar­dii syna głowy klanu Hōjō. To była jatka i cał­ko­wi­ty chaos. Bro­ni­li­śmy twier­dzy, ale Mon­go­ło­wie wdar­li się do środ­ka. Gdy zgi­nął oj­ciec pana, wy­co­fa­li­śmy się z jego synem na dzie­dzi­niec. Tam, w cza­sie po­twor­nej burzy wal­czy­li­śmy ramię w ramię. Od­par­li­śmy w końcu pierw­szą falę sztur­mu. Jed­nak nasz pan i wład­ca Sa­da­to­ki mimo dziel­nej walki zo­stał ranny i wy­krwa­wił się na na­szych oczach. Okry­li­śmy się hańbą. Mój do­wód­ca, ge­ne­rał Ōishi roz­ka­zał po­peł­nić sep­pu­ku. Za­pa­no­wa­ło po­wszech­ne obu­rze­nie. Po­zo­sta­li chcie­li wal­czyć. Chcie­li odbić ko­lej­ny szturm i po­mścić swo­je­go pana. Jed­nak ge­ne­rał roz­ka­zał co in­ne­go. Każdy z sa­mu­ra­jów wbił sobie tantō. Ge­ne­rał ści­nał po kolei głowy każ­de­mu z moich to­wa­rzy­szy. Żaden nie za­wa­hał się w końcu ode­brać sobie życia. Aż na końcu zo­sta­łem tylko ja i on.

– Nie chcia­łeś umie­rać? – za­py­tał de­li­kat­nie Usui.

– Nie chcia­łem po­go­dzić się z po­raż­ką. Za­wa­ha­łem się, ge­ne­rał to za­uwa­żył i kop­nął mnie tak, że szty­let wy­padł mi z rąk. Wy­zwał mnie od tchó­rza i za­mach­nął się, by od razu ściąć mi głowę. Nie chcia­łem ginąć w hań­bie, więc od­ru­cho­wo do­by­łem miecz by się obro­nić… Ten pękł przy spo­tka­niu się ostrzy, a na­pie­ra­ją­cy do­wód­ca nabił się na resz­tę mo­je­go ostrza aż po rę­ko­jeść. Upadł mar­twy, a je­dy­nym świad­kiem i oca­la­łym zo­sta­łem ja sam. W nocy wy­do­sta­łem się jakoś po murze twier­dzy i z prze­ra­ża­niem ob­ser­wo­wa­łem jak zo­sta­je zdo­by­ta i spa­lo­na. Po­wsta­nie upa­dło.

– To wtedy po­sta­no­wi­łeś po­rzu­cić in­sy­gnia sa­mu­raj­skie?

– Przy­rze­kłem to swoim to­wa­rzy­szom i sobie. Nie zła­mię obiet­ni­cy. Nigdy już nie do­tknę mie­cza, włócz­ni, szty­le­tu, ani nie wożę zbroi.

Usui uśmiech­nął się do niego, po czym dodał z prze­ką­sem:

– Weź zatem mój kij. To bō. Od­po­wia­da dłu­go­ści wa­szych yari. Walcz cho­ciaż­by tym z Mu­sa­shim. Wkrót­ce dowie się kim je­steś i przy­bę­dzie cię zabić. Przy odro­bi­nie szczę­ścia może prze­ży­jesz, a potem… potem zo­ba­czy­my co dalej.

 

***

 

Parę dni było względ­nie spo­koj­nych. Muso zle­cił wy­ko­na­nie kil­ku­na­stu bō, zbli­żo­nych wiel­ko­ścią do bo­jo­wych yari i roz­po­czął tre­ning, dla sie­bie jak i dla wie­śnia­ków. Wy­brał paru naj­lep­szych i tre­no­wał z nimi pod­sta­wo­we for­ma­cje bo­jo­we. Dni mi­ja­ły także na me­dy­ta­cjach z Usui i fi­lo­zo­ficz­nych roz­mo­wach. Zwłasz­cza nad ranem, gdy obaj pili her­ba­tę przy wscho­dzą­cym słoń­cu.

– Usui, wspo­mnia­łeś, że do­świad­czy­łeś samo ini­cja­cji? – za­py­tał Muso sie­dząc na macie i przy­glą­da­jąc się bu­dzą­cej wła­śnie wio­sce. – Jak tego do­ko­na­łeś?

– Ka­my­ki.

– Ka­my­ki?

– Ka­my­ki – po­twier­dził z uśmie­chem Usui. – Wi­dzisz. Gdy na­uczy­łem się roz­czy­ty­wać dawne znaki i sym­bo­le, za­czą­łem na­uczać uzdra­wia­nia. Byłem pe­wien, że je­stem w sta­nie prze­ka­zać ten dar. Jed­nak nic się nie dzia­ło. Ka­pła­ni i mnisi wy­śmia­li mnie, wy­zy­wa­li nawet od bluź­nier­cy. Po­sta­no­wi­łem udać się po od­po­wiedź na świę­tą górę, tak jak to ro­bi­li nasi przod­ko­wie, by za­się­gnąć ich rady. Bogów i ener­gii. Na­zbie­ra­łem dwa­dzie­ścia jeden ka­my­ków i za­sia­dłem do me­dy­ta­cji. Me­dy­to­wa­łem od świtu do zmierz­chu, co­dzien­nie o brza­sku od­rzu­ca­jąc jeden kamyk. Za stra­wę ro­bi­ły mi kłą­cza i desz­czów­ka. Nic się jed­nak nie stało. Gdy nad­szedł ostat­ni po­ra­nek, od­rzu­ci­łem przed świ­tem dwu­dzie­sty pierw­szy kamyk i za­czą­łem me­dy­to­wać. Od stro­ny wscho­dzą­ce­go słoń­ca nad­szedł ośle­pia­ją­cy pro­mień, który ude­rzył mnie w czoło. Upa­dłem, a gdy śni­łem uj­rza­łem wszyst­kie te sym­bo­le i słowa, które wcze­śniej od­kry­wa­łem. Wszyst­kie w zło­tym ko­lo­rze, wy­ja­wi­ły mi co i jak mam zro­bić.

– I tyle?

– I tyle – po­wtó­rzył Usui. – Zsze­dłem z góry uzdro­wio­ny, pełen wi­go­ru, w peł­ni zdrów. Jed­nak ni­ko­go nie in­te­re­so­wał mój dar. Wcze­śniej śmia­no się ze mnie, że to nie dzia­ła­ło, a póź­niej, że to moc Buddy. Od­sze­dłem, prze­mie­rza­jąc drogi z lam­pio­nem. Świe­ci­łem nim za dnia, wkra­cza­jąc do wio­sek. Gdy lu­dzie py­ta­li, po co świe­cę nim w dzień? Od­po­wia­da­łem, że mam dar. Dar, którego nikt nie chce zo­ba­czyć. 

– Niech zgad­nę. Nie uj­rze­li – iro­nicz­nie dodał Muso.

– Nie. Zro­zu­mia­łem, że ener­gie te dzia­ła­ją po­wo­li, a lu­dzie wcale nie chcą się zmie­nić. Od­sze­dłem i osia­dłem tutaj. Cze­ka­jąc na znak.

– Znak?

– Znasz przy­po­wieść o sza­lo­nym ry­ba­ku?

– Yyy… nie?

– Był sobie pe­wien wy­so­ko uro­dzo­ny urzęd­nik. Do­rad­ca króla. Jed­nak król był ty­ra­nem i trak­to­wał go bar­dzo źle. Gdy urzęd­nik dożył sę­dzi­we­go wieku, po­pro­sił o to, aby mógł odejść. Chciał w spo­ko­ju prze­żyć resz­tę życia. Król zgo­dził się w po­dzię­ce za lo­jal­ną służ­bę. Ów urzęd­nik zo­stał ry­ba­kiem. Sia­dał nad rzeką, i wy­sta­wiał tylko kij. Bez ha­czy­ka, bez sznur­ka, bez przy­nę­ty. Lu­dzie py­ta­li go co robi, a on rzekł, że czeka na połów. Trwał tak i trwał. Aż stał się lo­kal­ną atrak­cją. Jedni mó­wi­li, że był sza­lo­ny, a inni, że był mę­dr­cem. W końcu do ry­ba­ka pod­szedł pe­wien męż­czy­zna i roz­po­znał w nim urzęd­ni­ka króla. Roz­ma­wia­li tak o jego rzą­dach, aż w końcu męż­czy­zna przy­znał, że jest księ­ciem pod­bi­tej pro­win­cji i ma dość rzą­dów ty­ra­na. Rybak uśmiech­nął się, wy­ja­wił mu se­kre­ty dworu, dzię­ki któ­rym ksią­żę oba­lił go i sam zo­stał kró­lem. Za wszyst­kim stał mę­drzec, który tym spo­so­bem ze­mścił się na swoim wład­cy.

– Coś dziw­nie po­dob­ny ten urzęd­nik do cie­bie… – uśmiech­nął się Muso.

– Także cze­ka­łem na swój połów. A gdy wszy­scy spo­dzie­wa­li się, że będę uzdra­wiać jeno wie­śnia­ków, ja cze­ka­łem na cie­bie, by uzdro­wić całą Ja­po­nię.

Za­śmia­li się ser­decz­nie, sior­b­iąc her­ba­tę. Do wsi przybyło konno paru jeźdź­ców, na któ­rych prze­dzie je­chał przy­wód­ca klanu Nanbu – Shi­gey­uki, oraz Mu­sa­shi w peł­nym rynsz­tun­ku sa­mu­ra­ja.

– Obyś oka­zał się mę­dr­cem Usui, a nie sza­leń­cem… – ode­zwał się cicho Muso.

 

***

 

– Ronin Muso… – po­wie­dział gniew­nie Mu­sa­shi. – A może Gen­no­su­ke Musō, czło­nek Trzy­na­stu, de­zer­ter i mor­der­ca swo­je­go do­wód­cy, jak i pana?!

Muso wy­szedł na śro­dek piasz­czy­ste­go skwe­ru, gdzie ostat­nio tre­no­wał wie­śnia­ków. Po­chy­lił głowę przed panem Nanbu i spoj­rzał rów­nie gniew­nie na Mu­sa­shie­go.

– Mój pan zgi­nął od ran za­da­nych przez Mon­go­łów, pod­czas ob­lę­że­nia twier­dzy w Heian. Moi bra­cia krwi po­peł­ni­li po tym sep­pu­ku.

– Ale ty prze­ży­łeś? Jakim cudem? Zna­le­zio­no ciało two­je­go pana i do­wód­cy, ge­ne­ra­ła Ōishi. Bez rany brzu­cha, bez ścię­tej głowy. Za to z prze­bi­tym ser­cem, ka­wał­kiem zła­ma­ne­go mie­cza…

Muso po­chy­lił głowę.

– Świad­kiem tego byli tylko bo­go­wie i oni po­win­ni to osą­dzić – od­po­wie­dział w za­du­mie.

– My­lisz się… Z racji tego, że je­steś… że byłeś sa­mu­ra­jem, po­zwo­lę ci wal­czyć o życie. Twoją po­raż­ka bę­dzie hańba, na którą za­słu­gu­jesz. Nie go­dzien je­steś ode­brać sobie życie. Masz broń?! Czy ci uży­czyć?! – krzyk­nął do niego kpią­co Mu­sa­shi.

Muso chwy­cił le­żą­cy bō i oparł się o niego. A Mu­sa­shi ro­ze­śmiał się, po­dob­nie jak cała świta.

Nawet Usui za­śmiał się, choć tym razem wy­jąt­ko­wo ner­wo­wo.

– Do­brze, twój kij jest tak długi jak moja yari. Walcz­my zatem, po­sta­ram się uda­wać, że wal­czę z wie­śnia­kiem.

Mu­sa­shi za­czął od agre­syw­ne­go pchnię­cia. Yari była dłuż­sza od bō, a ostrze do­dat­ko­wo po­tę­go­wa­ło wra­że­nie ab­so­lut­nej do­mi­na­cji w pełni uzbro­jo­ne­go sa­mu­ra­ja, wobec ro­ni­na z kijem w pro­stym ki­mo­nie.

Muso zszedł z linii i odbił kijem w włócz­nię. Mu­sa­shi po­no­wił ude­rze­nie z bio­dra, ale Muso prze­wi­dział to i od­sko­czył. Choć ledwo unik­nął dra­śnię­cia ostrzem po brzu­chu.

Wy­pro­wa­dził kontrę, kie­ru­jąc pchnię­ciem na twarz sa­mu­ra­ja.

Mu­sa­shi w ostat­nim mo­men­cie zblo­ko­wał ude­rze­nie. Zdał sobie spra­wę, że gdyby Muso miał włócz­nie, ostrze prze­bi­łoby mu już czasz­kę.

W zło­ści ude­rzył yari tak mocno w bō, że włócznia wy­pa­dła mu z rąk. Na­tych­miast dobył miecz i pro­stym cie­ciem sho­men uchi, prze­ciął bō bro­nią­ce­go się Muso na pół. Po czym kopnął go w pierś, a gdy ronin wywrócił się na plecy, zawisł nad nim z mieczem skierowanym w serce.

– Yame!

Usły­sze­li głos zza ple­ców. Nanbu Shi­gey­uki, głowa klanu prze­mó­wił i za­trzy­mał na­tar­cie sa­mu­ra­ja.

– Mu­sa­shi… Czyż twój włó­czę­ga, tchórz, zbir i de­zer­ter, jak mi go opi­sa­łeś, wła­śnie nie za­pra­co­wał sobie na oca­le­nie? – po­wie­dział Shi­gey­uki nieco szy­der­czym i roz­ba­wio­nym tonem. – A może spró­bu­jesz wy­zwać na po­je­dy­nek, któ­re­goś z obec­nych tutaj wie­śnia­ków? Wy­glą­da­ją do­kład­nie jak on…

Mu­sa­shi po­bladł ze zło­ści. Shi­gey­uki od­wró­cił się i ruszył z powrotem do twier­dzy, za nim zaś, z opo­rem, sa­mu­raj.

– No… cóż – za­czął iro­nicz­nie Usui. – Prze­ży­łeś i ura­zi­łeś Mu­sa­shie­go bar­dziej niż wcze­śniej. A to już sztu­ka sama w sobie.

– To źle? – Muso nie wie­dział co to wła­ści­wie ozna­cza.

– To do­brze. Wi­dział nas Shi­gey­uki i nie kazał zabić, pod­wa­ży­łeś też wia­ry­god­ność jego sa­mu­ra­ja. Ale Mu­sa­shi wróci i z pew­no­ścią bę­dzie chciał po­mścić tę znie­wa­gę. Bądź wtedy go­to­wy. Prze­pro­sisz się z mie­czem i włócz­nią?

– Nigdy – od­po­wie­dział pew­nie Muso.

– Ehh… a więc wy­myśl ko­niecz­nie coś lep­sze­go niż tylko bō.

– Tylko bō… – po­wtó­rzył za­my­ślo­ny. – Daj mi swój kij – rzekł do Usui.

– Mój kij? Co za­mie­rzasz?

– Wezmę parę ka­my­ków i udam się na górę…

– Noo… to ro­zu­miem! – krzyk­nął ura­do­wa­ny Usui.

 

***

 

Muso me­dy­to­wał. Roz­wa­żał wszyst­ko co wie­dział. Co mu po­wie­dział Usui, czego sam do­świad­czył. Ana­li­zo­wał swoją walkę z Mu­sa­shim i szu­kał od­po­wie­dzi na to, co zro­bić z po­my­słem Usui. W końcu mijał ostat­ni dzień me­dy­ta­cji, a Muso nie otrzy­mał żad­nej od­po­wie­dzi.

Po­smut­niał. Zre­zy­gno­wa­ny po­sta­no­wił od­two­rzyć swoją walkę z Mu­sa­shim. Krok po kroku. Każdy gest i ruch. I coś za­czę­ło się dziać. Kij bō jakby się… skró­cił. Nadal mógł utrzy­mać od­po­wied­ni dy­stans, jed­nak zy­skał na szyb­ko­ści. Złoty kij siał spu­sto­sze­nie, zwłasz­cza wśród prze­ciw­ni­ków, któ­rzy przy­po­mi­na­li sa­mu­ra­jów.

Obu­dził się z dziw­nym prze­sła­niem. Joo, jo­jut­su, jō. Jōtsu…

– Jō! – krzyk­nął.

Na­stęp­nie wziął swój kij i skró­cił go o dwa łok­cie.

– Jō – raz jesz­cze po­wtó­rzył pełen ener­gii.

Ru­szył w drogę do wio­ski. Szedł wy­peł­nio­ny po­my­sła­mi i od­wa­gą. Choć po ty­go­dniach me­dy­ta­cji wy­glą­dał jak że­brak, w podartym ki­mo­nie i sło­mia­nym ka­pe­lu­szu. Za­ro­śnię­ty i brud­ny, wy­chu­dzo­ny, jed­nak pełen na­dziei. Na­szła go taka ra­dość, że za­czął biec.

– Stój! – krzyk­nął nie­zna­jo­my.

Muso za­trzy­mał się i spoj­rzał spod ka­pe­lu­sza. Było ich czte­rech. Czte­rech ludzi z mie­cza­mi. Jed­nak bez zbroi. Roz­mie­ści­li się sze­rzej i do­by­li mie­cze. Jeden z nich pod­szedł bli­żej.

– Ścią­gnij rōnin­ga­sa – roz­ka­zał.

Muso za­sta­na­wiał się chwi­lę. Byli to jacyś ban­dy­ci, nie sa­mu­ra­jo­wie. Wy­na­ję­ci? Uśmiech­nął się, po czym lekko pod­niósł ka­pe­lusz. Od­krył przy tym ta­tu­aże na oboj­czy­kach.

– To on! Zabić!

Ru­szy­li pra­wie jed­no­cze­śnie. Muso cof­nął się i zszedł na bok, by sta­rać się wal­czyć tylko z jed­nym naraz. Ban­dy­ta ciął na wprost, Muso zszedł z linii i ude­rzył koń­cem kija w skroń. Ten padł jak ra­żo­ny pio­ru­nem.

Ko­lej­ny pod­biegł lecz już z dy­stan­su Muso tra­fił go wprost w krtań, by na­stęp­nie po­no­wić ude­rze­nie w skroń, co także za­bi­ło prze­ciw­ni­ka.

Po­zo­sta­li zwąt­pi­li.

W końcu ko­lej­ny zde­cy­do­wał się na atak. Pierw­sze cię­cie zadał od dołu do góry, chcąc tra­fić w dło­nie Muso, ale dy­stans był zbyt duży. W trak­cie po­dej­ścia Muso ude­rzył kijem w jego nad­garst­ki, ła­miąc je i po­zba­wia­jąc na­past­ni­ka mie­cza.

Gdy na od­siecz ru­szył jego kom­pan, do­stał kijem wprost w czoło, oraz po­praw­kę na krtań. Wy­pluł tro­chę krwi i upadł.

Ban­dy­ta, który upu­ścił miecz, uciekł. Muso stał nad trze­ma tru­pa­mi.

 

***

 

– Wró­ci­łeś… – po­wi­tał go Usui. – Szu­ka­ją cię.

– Mu­sa­shi?

– I jego świta.

– A więc cze­kam, je­stem gotów…

Ko­lej­ne­go dnia już nad ranem ob­ja­wił się Mu­sa­shi ze swoją stra­żą przy­bocz­ną. Muso cze­kał już na niego, me­dy­tu­jąc wcze­śniej w okrę­gu, który wy­ry­so­wał nową bro­nią.

– Wsta­waj! – krzyk­nął sa­mu­raj. – Je­steś oskar­żo­ny o za­bi­cie trzech ludzi. Każdy z nich miał na skro­ni lub czole, od­cisk w kształ­cie pół­księ­ży­ca. Pa­su­je to, do kra­wę­dzi kija. Ta­kie­go jakim na­uczasz wie­śnia­ków walki. Co jest ko­lej­nym za­rzu­tem wobec cie­bie.

Muso spoj­rzał na niego spo­koj­nie i wstał, pod­pie­ra­jąc się swoim jō.

– Za­bi­ci zo­sta­li wy­sła­ni by mnie zabić, czy być prze­ze mnie za­bi­ci? – za­ry­zy­ko­wał utarcz­kę.

– Tego się już nie do­wiesz, do­by­waj miecz!

– Nie mam.

– Chcesz znów wal­czyć na włócz­nie?!

– Star­czy mi mój kij – od­po­wie­dział z uśmie­chem Muso.

Mu­sa­shi nie od­po­wie­dział. W gnie­wie dobył mie­cz i ciął na wprost. Chy­bił. Muso od­su­nął się w bok i ude­rzył sa­mu­ra­ja do­tkli­wie w po­li­czek.

Mu­sa­shi zdzi­wio­ny po­no­wił atak, tnąc w po­zio­mie z bio­dra, ale i tym razem Muso od­sko­czył i ude­rzył w nos. Sa­mu­raj zalał się krwią.

Raz jesz­cze za­ata­ko­wał tnąc z ca­łych sił na ukos, ale Muso kijem zblo­ko­wał jego dło­nie i kontrą ude­rzył, choć nie śmier­tel­nie w skroń.

Mu­sa­shi upad po­ko­na­ny. Wy­pu­ścił miecz.

Jego świta z początku nie wiedziała co zrobić. Wzię­li go w końcu na konia i po­gna­li do twier­dzy.

– Tak! Krzyk­nął Usui. Taaak! O to cho­dzi­ło! Pędzę po konia i jadę na spo­tka­nie z Shi­gey­uki! Do­łą­czysz?!

– Le­piej nie…

– Tak, to zro­zu­mia­łe – za­śmiał się Usui. – Cze­kaj, przy­wio­zę wie­ści!

 

***

 

Mi­nę­ło kilka dni. Usui wró­cił i był zdzi­wio­ny bra­kiem swo­je­go to­wa­rzy­sza. Pod­szedł do wie­śnia­ka w polu by do­wie­dzieć się, co się stało.

– Gdzie Muso?

– Od­szedł

– Od­szedł? Jak to… Mam dla niego wie­ści! Dla nas. Oba­lo­no ce­sa­rza, Mon­go­ło­wie prze­ję­li cał­ko­wi­tą wła­dzę. Pan tych ziem już wy­po­wie­dział po­słu­szeń­stwo i zbie­ra so­jusz­ni­ków! Za­ak­cep­to­wał nasz plan uzbro­je­nia wie­śnia­ków i prze­szko­le­nia nas. Utwo­rzy spe­cjal­ny od­dział po­spo­li­te­go ru­sze­nia – ashi­ga­ru! Ruszy cała Ja­po­nia!

– Ruszy cała Ja­po­nia – po­wtó­rzył za­my­ślo­ny wie­śniak. – Muso zo­sta­wił list. Jest w cha­cie.

Usui po­biegł od­czy­tać list. Nie był długi.

„Drogi mę­dr­cze. Nie mo­głem dłu­żej cze­kać. Do­tar­ły do mnie wie­ści o Mu­sa­shim, ponoć oddał się me­dy­ta­cji po prze­gra­nej walce. Je­stem cie­kaw co osią­gnie. Lu­dzie też ga­da­ją, że chcą wal­czyć. Widzę to w ich oczach. Mu­si­my być go­to­wi. Wy­ru­szam na­uczać walki do każ­dej wio­ski jaką spo­tkam na dro­dze do sto­li­cy. Czas odbić nasz kraj. Czas oba­lić ty­ra­nię ry­ba­ku.

Twój to­wa­rzysz Gon­no­su­ke Musō"

– Taak! – krzyk­nął z ra­do­ści Usui. – Po­wstań z kolan sa­mu­ra­ju!

 

Koniec

Komentarze

Świetnie napisane. Mocno Przemyślane od początku do końca. Całość się broni doskonale. Z jednym tylko "ale": Miyamoto Musashi urodził się ok. 1584 r. Jako historia alternatywna spoko. Jednak mocno razi mimo wszystko. Dla własnego spokoju zmieniłbym datę wydarzeń.

Vantacore Hej! Dziękuję bardzo. Powinienem jednak opisać to jako low fantasy inspirowane historią. Ponieważ nie szło połączyć tego tak historycznie jakbym chciał. Podstawą była legenda o powstaniu broni bō. Tu mamy historyczne postacie Musashi (akurat jako czarny charakter, ale jednocześnie jeden z najlepszych szermierzy swoich czasów) no i Muso i legendę o ich pojedynku. Podobnie Usui, to już XIX /XX wiek i jego odkrycie Reiki. Już nawet używanie nazwy katana by nie pasowało, bo katana jako tako powstała bliżej czasów Musashiego, niż najazdów mongolskich (dlatego używam wyrażenia po prostu miecz) bo wcześniej to miało inną nazwę. Tak więc zostańmy przy lekkim fantasy inspirowanym historią :)  

Paweł Goderski

Już nie wspominając o dwóch nieudanych próbach podboju ze strony Mongołów zakończonych porażką z żywiołem, który został nazwany tak niewinną nazwą jaką była "kamikaze". Rozumiem. W takim razie świetnie to wyszło. Pytanie tylko, czy będzie cześć dalsza?

Vantacore dokładnie, dlatego zaznaczyłem już na wstępie, że to nie powieść historyczna, jedynie inspirowana wydarzeniami i postaciami, które istniały. W tym uniwersum Mogołowie przy drugiej inwazji podbijają stolicę Japonii, a reszta klanów składa im hołd. Można uznać, ze pierwsza inwazja przebiegłą historycznie. Zresztą sam “boski wiatr”, to tylko jedna z przyczyn ich porażki. Więcej tam było chaosu, wysyłania podbitych już krajów jak Korea, czy Chiny itp. Może kiedyś porwę się na typowo historyczne opowiadanie, kto tam wie.

Co do dalszej części na razie nie planuje. To uniwersum nie rozpisałem jeszcze na tyle, by móc coś z tego sensownego sklecić. A na razie sen z powiek zajmuje mi przygotowanie mojego debiutu książkowego. Tam to jest dopiero materiału, ale to dark fantasy. Odskocznią od poprawiania powieści jest… pisanie jakiegoś opowiadania w zupełnie innym uniwersum :) stąd tu fantastyki tyle co nic, wrzuconej bardziej w medytacje, wizje itp. zahaczające o moje zainteresowania.

 

Paweł Goderski

W takim razie z całych sił trzymam kciuki za debiut. I liczę na więcej opowiadań o podobnym klimacie :)

Vantacore dzięki, przyda się ;)

Paweł Goderski

Murinie!

Cieszę się Twoim powrotem i chyba pierwszym opkiem wrzuconym do dostępu publicznego (?). Vestiugium chyba skończyło się na becie. Miło Cię w każdym razie znów widzieć.

 

Trochę uwag ode mnie, słusznych bardziej lub mniej, śmiało się z nimi nie zgadzaj.

Kilka tygodni temu spalił swoją zbroję, chcąc na zawsze odciąć się od przeszłości. Nie pomogło.

Z tego co kojarzę zbroje samurajskie miały charakter podobny do rzymskich, tj. metalowe płytki łączone skórą – pytanie, czy mógł to spalić? Może m

gdzie wiosna wyglądała tak, (bez przecinka?) jak na malowidłach

Jak to możliwe, że wciąż żyje, że wciąż kurczowo trzyma się w tym świecie

Kurczowo trzyma się w tym świecie? Trzyma się w kontekście “trzymać się”? Nie pasuje mi tu. Nawet “trzyma się istnienia na tym świecie” byłoby dla mnie lepsze.

Z trudem obrócił się na bok, rozglądając wokół. Dostrzegł kogoś w kącie. Medytował.

Podmiot dorozumiany się rozjechał, bo w trzecim zdaniu wciąż jest nim nasz bohater. Zatem może, “dostrzegł w kącie kogoś medytującego”? 

Lepiej żebyś miał dobre wytłumaczenie (przecinek?) co tu robisz i dlaczego wyglądasz jak żebrak.

odpowiedział gniewnie, choć natychmiast złagodził ton.

To w końcu gniewnie, czy nie gniewnie? Nie rozumiem.

– Słuchaj po prostu Muso. – Kapłan pochylił się nad nim raz jeszcze.

Może: Słuchaj “po prostu Muso”.

Leżał na plecach i z trudem próbował się po raz kolejny podnieść.

Lepiej brzmi: Leżał na plecach z trudem próbując się po raz kolejny podnieść. Ogólnie, także do innych zdań – momentami zalecałbym zmniejszenie ilości czasowników (dobre dla akcji, słabsze dla opisów), a zastępowanie ich imiesłowami odczasownikowymi lub odprzysłówkowymi.

Kapłan wyprostował się, podszedł do progu drzwi i spojrzał na okolice.

O choćby tu.

Zawiodłem swojego pana, a więc nie mogę nawet się nazywać roninem.

Mam wątpliwość, czy to tak działało wobec śmierci suwerena, ale nie mam pewności. Tylko sygnalizuję :)

Pod chatę podjechał na kasztanowym koniu samuraj w czarnej zbroi, bez hełmu i włóczni. Za to z mieczem u boku.

Wieśniacy bali się go. Był znany z przesadnej brutalności. Nigdy nie przegapiał okazji, by osobiście ściąć przestępców. Wręcz lubował się w tym. Gdy pojawił się w wiosce, ludzie rozpierzchli się po kątach. Zszedł z konia i podszedł do chaty widząc w wejściu kapłana.

Troszeczkę to o czym mówiłem wcześniej. Bardzo krótkie zdania. Gdyby to była akcja pojedynku, w porządku. Ale nie jest. Opisy lubią dłuższe zdania.

odpokutować swoją hańbę istnienia bez swego pana.

Mam wątpliwość, czy którykolwiek zaimek jest potrzebny.

Łaska mojego pana jest dla mnie trudna do zaakceptowania.

Apropos lepszego brzmienia: Z trudem przyjmuję, że mój pan jest dla nich łaskawy.

tylko dezerterem lub złoczyńcom

Złoczyńcą?

– To nie dobrze. – Skrzywił się Muso.

Muso skrzywił się lub “– To niedobrze – skrzywił się Muso. I “niedobrze” raczej razem, także w kolejnych zdaniach.

– Jak mniemam znalazłeś to.

– To było podczas oblężenia stolicy. Należałem do Trzynastu – osobistej gwardii syna głowy klanu Hōjō. To była jatka i całkowity chaos. Broniliśmy twierdzy, ale mongołowie wdarli się do środka. Gdy zginął ojciec pana, wycofaliśmy się z jego synem na dziedziniec. Tam, w czasie potwornej burzy walczyliśmy ramię w ramię. Odparliśmy w końcu pierwszą falę szturmu. Jednak nasz pan i władca Sadatoki mimo dzielnej walki został ranny i wykrwawił się na naszych oczach. Okryliśmy się hańbą. Mój dowódca, generał Ōishi rozkazał popełnić rytualne seppuku. Zapanowało powszechne oburzenie. Pozostali chcieli walczyć. Chcieli odbić kolejny szturm i pomścić swojego pana. Jednak generał rozkazał co innego. Każdy z samurajów wbił sobie krótki nóż – tantō, które zawsze mamy przy sobie. Nóż wbija się w brzuch, by uwolnić duszę. Jednak po wbiciu ostrza nie ma się już siły, by dokończyć dzieła. Wtem wkracza kaishakunin, który kończy to dekapitacją. Generał ścinał więc po kolei głowy każdemu z moich towarzyszy. Żaden nie zawahał się w końcu odebrać sobie życia. Aż na końcu zostałem tylko ja i on.

Bardzo silna ekspozycja przez dialog. Nienaturalna – bo kapłan musi znać ten zwyczaj, a jeśli nie zna, powinieneś wyjaśnić dlaczego. Przez to cała wypowiedź aż krzyczy “hej Czytelniku, potrzebuję Ci to przekazać, tylko nie wiem jak, więc powie to bohater” :)

Nie złamie tej obietnicy.

Złamię?

To bō. Odpowiada długości waszych yari.

Yari nie było dłuższe, co do zasady?

wypełni zdrów.

w pełni zdrów?

po co świece nim w dzień?

świecę?

 

Parę problemów z tekstem mam. Po pierwsze, niekonsekwentnie archaizujesz język, używając także zupełnie współczesnych stwierdzeń. Darowałbym sobie zatem te archaizmy, które przy tym wypadają sztucznie. Po drugie, tekst jest bardzo przegadany (problem ekspozycji w dialogach m.in.). Po trzecie, postacie są jakieś takie niewyraziste. Niby mają jasne motywy, ale jednak ich działania są bardzo uproszczone. W sumie opowiedziałeś ich historię obszernie, a jednak nie wydała mi się ona z krwi i kości. Po czwarte, mimo obfitości dialogów, wypadają one dość nienaturalnie. Popracowałbym nad naturalnością emocjonalności w wypowiedzi. Po piąte, słabo wyszło budowanie klimatu, przez to, że wydajesz się bardzo śpieszyć. Być może za dużo chciałeś opowiedzieć? A może źle rozłożyłeś objętościowo akcenty opowieści? I po szóste, wiarygodność opowieści. Gdy piszesz o najlepszej katanie na północ od stolicy, to trudno mi uwierzyć, że medytujący ronin, choćby bohaterski i doświadczony, pokonał go w trzech ruchach kijem. Nie uzasadniasz tego magią, jedynie oświeceniem medytacyjnym, ale ono powinno dać mu dostęp do umiejętności z tego świata. A w tym świecie trudno mi zaakceptować logicznie powyższe.

 

Jakbym miał powyższy blok tekstu podsumować jednym zdaniem to: popracuj nad językiem opowieści.

 

Moim zdaniem jest sporo do poprawy, ale to chyba fajnie. Co zawsze mi się w Twoich tekstach podobało, to pomysł i tutaj również on jest (że fantastyki nie ma za dużo – ot podkręć wątek medytacji na bardziej mistyczny i już będzie). Wzmocniłbym to co dobre, a zminimalizował to co słabsze. Wyjaśniłbym logicznie, ale z klimatem te braki, o których pisałem.

 

No i czekam na jakieś teksty ze świata książki, choć naturalnie przypominam, że na Portalu mniej warto publikować fragmenty. Ale wymyślisz jakieś samodzielne opka na pewno!

 

Powodzenia i pozdrawiam!

Nie przepadam za dalekowschodnimi klimatami, ale jakoś udało mi się przebrnąć przez tę opowieść z czasów dawnej Japonii. I tylko szkoda Murinie88, że nie raczyłeś zadbałeś o należytą jakość wykonania, albowiem bardzo źle się czyta tekst pełen błędów, usterek i literówek, nie zawsze poprawnie złożonych zdań, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące, ale zdecydowanie lepiej napisane.

 

Powstań z kolan samuraju → Powstań z kolan, samuraju

 

klany środ­ko­wej czę­ści kraju… → …klany ze środ­ko­wej czę­ści kraju

 

Opa­dał z sił, drep­ta­jąc po­kracz­nie przez gó­rzy­sta dróż­kę. → Przez dróżkę można przejść bardzo szybko, albowiem przekracza się ją w poprzek. Literówka.

Proponuję: Opa­dał z sił, drepcząc po­kracz­nie gó­rzy­stą dróż­ką.

 

Czyż­bym do­tarł na miej­sce? – po­my­ślał zdzi­wio­ny. → A może: Czyż­bym do­tarł na miej­sce? – po­my­ślał zdzi­wio­ny.

Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów

 

To ich zie­mię. → Literówka.

 

Ka­płan pod­szedł do niego i sta­nął nad jego głową, pa­trząc mu w oczy. → Nadmiar zaimków – czy wszystkie są konieczne?

 

pod­szedł do progu drzwi i spoj­rzał na oko­li­ce. → Literówka.

 

i od­po­ku­to­wać swoją hańbę ist­nie­nia bez swego pana. → Czy zaimki są konieczne? Czy musiałby odpokutować cudzą hańbę?

 

Jed­nak przy­chy­lam się do tej de­cy­zji i daje szan­sę… → Literówka.

 

może być tylko de­zer­te­rem lub zło­czyń­com. → …może być tylko de­zer­te­rem lub zło­czyń­cą.

 

pro­stym za­ma­chem ciął na klę­czą­ce­go Muso. → …pro­stym za­ma­chem ciął klę­czą­ce­go Muso.

Mam wrażenie, że mieczem można ciąć kogoś, ale nie na kogoś.

 

Sa­mu­raj przy­ło­żył pła­zem mie­cza do twa­rzy Muso… → Sa­mu­raj przyłożył płazem mie­cz do twa­rzy Muso

 

Od­wró­co­ny, mały czar­ny trój­kąt, wy­ry­so­wa­ny w kon­tur więk­sze­go. → Od­wró­co­ny, mały czar­ny trój­kąt, w­ry­so­wa­ny w kon­tur więk­sze­go.

 

Mu­sa­shi ob­szedł go, ob­ry­so­wu­jąc wokół niego okrąg mie­czem. → Drugi zaimek jest zbędny.

 

– „Trzy­na­stu z nas zo­sta­ło… Trzy­na­stu z nas zo­sta­ło…" → Czemu tu służy cudzysłów?

 

Przy­sło­nił dło­niom twarz… → Czy mam rozumieć, że dłonie miały twarz?

A może miało być: Przy­sło­nił dło­nią twarz

 

roz­sy­pał tro­chę ziar­na na ko­szu­li Muso. → Zdaje mi się, że w czasach tego opowiadania Japończycy nosili kimona, nie koszule?

 

– Dwa dni? Aż dziw, że żyje. → Literówka.

 

– To nie do­brze. – Skrzy­wił się Muso. → – To niedo­brze. – Skrzy­wił się Muso.

 

– Jasne, że nie do­brze. → – Jasne, że niedo­brze.

 

Usui po­pa­trzył na niego za­my­ślo­ny. Po czym upu­ścił… → Usui po­pa­trzył na niego za­my­ślo­ny, po czym upu­ścił

 

ude­rzył kijem tak traf­nie w łeb ku­ra­ka, że ten padł na­tych­miast, koń­cząc jako pie­czeń. → Czy dobrze rozumiem, że uderzenie kija sprawiło, że kurczak skonał i się upiekł?

A może miało być: …ude­rzył kijem tak traf­nie w łeb ku­ra­ka, że ten padł na­tych­miast, po czym został sprawiony i skończył jako pieczeń.

 

Muso nie­mal nie wy­buch­nął gnie­wem. Rąb­nął w stół…-> Skoro rąbnął w stół, to chyba okazał rodzaj gniewu.

Proponuje: Muso wy­buch­nął gnie­wem. Rąb­nął w stół

 

– Muso? Wi­dzisz ich? – zwró­cił się do niego Usui roz­ta­cza­jąc dło­nią na chaty i pola. → Nie bardzo wiem, na czym polega roztaczanie dłonią na coś. Było ich tylko dwóch i Usui nie mógł zwracać się do nikogo, jak tylko do Muso, więc może wystarczy: – Muso? Wi­dzisz ich? – zapytał Usui, wskazując dło­nią chaty i pola.

 

po­tra­fi się zwi­nąć w kłę­bek i na­stro­szyć kol­ca­mi. → …po­tra­fi się zwi­nąć w kłę­bek i na­stro­szyć kol­ce.

 

Wska­zał na pod­po­rę w po­dró­ży ka­pła­na. → Wska­zał pod­po­rę w po­dró­ży ka­pła­na.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

i żaden mon­goł nie przej­dzie. → …i żaden Mon­goł nie przej­dzie.

 

Wy­star­czy nadać kie­ru­nek i masę strzał. Wy­star­czy nadać kie­ru­nek i masę strzałom.

 

ale mon­go­ło­wie wdar­li się do środ­ka. → …ale Mon­go­ło­wie wdar­li się do środ­ka.

 

Nie zła­mie tej obiet­ni­cy. → Literówka.

 

– Usui? Wspo­mnia­łeś, że do­świad­czy­łeś samo ini­cja­cji – za­py­tał Muso… → Skoro zapytał, to przydałby się pytajnik: – Usui, wspo­mnia­łeś, że do­świad­czy­łeś samoini­cja­cji? – za­py­tał Muso

 

– Zsze­dłem z góry uzdro­wio­ny, pełen wi­go­ru, wy­peł­ni zdrów. → Pewnie miało być: – Zsze­dłem z góry uzdro­wio­ny, pełen wi­go­ru, w ­peł­ni zdrów.

 

po co świe­ce nim w dzień? → Literówka.

 

Dar, który nikt nie chce zo­ba­czyć. → Dar, którego nikt nie chce zo­ba­czyć.

 

Zro­zu­mia­łem, że ener­gię te dzia­ła­ją po­wo­li… → Literówka.

 

Od­sze­dłem i osia­dłem się tutaj. → Od­sze­dłem i osia­dłem tutaj. Lub: Od­sze­dłem i osiedliłem się tutaj.

 

Za­śmia­li się ser­decz­nie sior­ba­jąc przy her­ba­cie. → Za­śmia­li się ser­decz­nie, sior­biąc her­ba­tę.

Siorbie się napój, nie przy napoju.

 

Do wsi wkro­czy­ło konno paru jeźdź­ców… → A może: Do wsi przybyło konno paru jeźdź­ców

 

– Mój pan zgi­nął od ran za­da­nych przez mon­go­łów… → – Mój pan zgi­nął od ran za­da­nych przez Mon­go­łów

 

Nie go­dzien je­steś ode­brać sobie życie. → Niego­dzien je­steś ode­brać sobie życie.

 

wobec ro­ni­na z kijem w pro­stym ki­mo­no. → …wobec ro­ni­na z kijem w pro­stym ki­mo­nie.

https://wsjp.pl/haslo/podglad/54668/kimono/5156497/japonskie

 

Muso zszedł z lini i odbił kijem w włócz­nię. → Literówka.

 

Mu­sa­shi po­no­wił ude­rze­nie co­fa­jąc się, by na­stęp­nie ude­rze­niem z bio­dra, bo­kiem po­pro­wa­dzić za­ma­szy­ste ude­rze­nie. → Brzmi to fatalnie.

 

gdyby Muso miał włócz­nie, ostrze prze­bi­ło by mu już czasz­kę. → …gdyby Muso miał włócz­nię, ostrze prze­bi­łoby mu już czasz­kę.

 

W zło­ści ude­rzył swoim yari tak mocno w jego … → Czy zaimki są konieczne? Wszak wiadomo, kto walczy yari, a kto bō.

 

dobył miecz i pro­stym cie­ciem z góry na dół… → Literówka.

Nie spodziewałam się obecności dozorcy w tym pojedynku.

 

kop­nął go pierś… → Pewnie miało być: …kop­nął go w pierś…

 

kop­nął go pierś, a gdy ten wy­wró­cił się na plecy, za­wisł nad nim z mie­czem skie­ro­wa­nym w jego serce. → Nadmiar zaimków.

Proponuję: …kop­nął go w pierś, a gdy ronin wy­wró­cił się na plecy, za­wisł nad nim z mie­czem skie­ro­wa­nym w serce.

 

Usły­sze­li głos zza ich ple­ców. → Wystarczy: Usły­sze­li głos zza ple­ców.

 

Czyż twój włó­czę­ga, tchórz, zbir i de­zer­ter jako mi go opi­sa­łeś… → Czyż twój włó­czę­ga, tchórz, zbir i de­zer­ter, jak mi go opi­sa­łeś

 

Shi­gey­uki za to od­wró­cił się i wró­cił do twier­dzy, zanim zaś z opo­rem, sa­mu­raj. → Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: Shi­gey­uki za to od­wró­cił się i ruszył do twier­dzy, za nim zaś, z opo­rem, sa­mu­raj.

 

Co mu po­wie­dział Usui, co sam do­świad­czył. → Co mu po­wie­dział Usui, czego sam do­świad­czył.

 

ob­dar­tym ki­mo­no… → …w podar­tym ki­mo­nie

 

by sta­rać się wal­czyć tylko z jed­nym na raz. → …by sta­rać się wal­czyć tylko z jed­nym naraz.

 

ła­miąc je i po­zby­wa­jąc na­past­ni­ka mie­cza. → …ła­miąc je i po­zba­wia­jąc na­past­ni­ka mie­cza.

 

do­stał kijem prost w czoło… → Literówka.

 

w okrę­gu jaki wy­ry­so­wał nową bro­nią. → …w okrę­gu, który wy­ry­so­wał nową bro­nią.

 

wstał pod­pie­ra­jąc się na swoim jō. → …wstał, pod­pie­ra­jąc się swoim jō.

Podpieramy się czymś, nie na czymś.

 

dobył mie­cza i ciał na wprost. → Literówka.

 

Jego świta nie wi­dzia­ła co z po­cząt­ku zro­bić. → Raczej: Jego świta z początku nie wie­dzia­ła co zro­bić.

 

Usui wró­cił zdzi­wio­ny bra­kiem swo­je­go to­wa­rzy­sza. → Czy dobrze rozumiem, że brak towarzysza tak zdziwił Usui, że wrócił?

A może miało być: …Usui wró­cił i był zdzi­wio­ny bra­kiem/ nieobecnością to­wa­rzy­sza.

 

Oba­lo­no ce­sa­rza, mon­go­ło­wie prze­ję­li cał­ko­wi­tą wła­dzę.Oba­lo­no ce­sa­rza, Mon­go­ło­wie prze­ję­li cał­ko­wi­tą wła­dzę.

 

„Drogi mę­dr­cu. → „Drogi mę­dr­cze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

dziękuje beeeecki oraz regulatorzy, z pewnością się do waszych uwag zastosuję i poprawię obecny tekst. Jak zwykle pełno cennych wskazówek.

 

pozdrawiam!

Paweł Goderski

Bardzo proszę, Murinie88. Miło mi, że mogłam się przydać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy baaardzo się przydałaś! Zwłaszcza zwrócenie mi uwagi na zaimki, będę teraz bardziej uważać. A tak to ogrom wiedzy, którą sobie spokojnie przerobię. A przyda mi się teraz… serdecznie pozdrawiam! 

Paweł Goderski

Murinie, powiem raz jeszcze – bardzo się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. Powodzenia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka