- Opowiadanie: pisze.po.swojemu - Zwierzęta wigilijne [+18]

Zwierzęta wigilijne [+18]

Pró­bo­wa­łam na­pi­sać coś w stylu Kinga/Ma­łec­kie­go. Za­in­spi­ro­wa­łam się prze­są­dem, który mówi o tym, że w Wi­gi­lię zwie­rzę­ta mówią ludz­kim gło­sem. Po­dob­no nie wolno ich wtedy słu­chać, bo mogą zdra­dzić datę na­szej śmier­ci. Do tego na­czy­ta­łam się re­cen­zji “Dom dobry” i wy­szło mi takie coś.

Opo­wia­da­nie za­wie­ra wątki prze­mo­cy do­mo­wej, w tym wobec dzie­ci, wul­ga­ry­zmy i su­ge­stie sys­te­mo­we­go za­nie­dba­nia. Jeśli masz się po nim po­czuć źle, nie czy­taj. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Bardjaskier, Użytkownicy III

Oceny

Zwierzęta wigilijne [+18]

1.

Basia była szczę­śli­wa. 

Nie mogła uwie­rzyć, że wszyst­ko się udało, po raz pierw­szy od tak dłu­gie­go czasu.

Pie­ro­gi, które le­pi­ła kilka ostat­nich dni, były wiel­kie i mięk­kie jak po­du­szecz­ki. Ka­pu­sta wy­szła ide­al­na – ani nie za kwa­śna, ani nie za mdła. A barszcz był chyba naj­bar­dziej aro­ma­tycz­ny i miał naj­pięk­niej­szy bur­gun­do­wy kolor ze wszyst­kich wi­gi­lij­nych barsz­czy, jakie Basia ugo­to­wa­ła w swoim kil­ku­dzie­się­cio­let­nim życiu. Wszyst­ko po­da­ła na ele­ganc­kiej por­ce­la­nie, którą tak lu­bi­ła, a któ­rej nie miała oka­zji wy­cią­gać z kre­den­su – bia­łej, ze złotą ob­ra­mów­ką. Ku­pi­ła nawet w Pepco czer­wo­ną ser­we­tę ze zło­ty­mi nit­ka­mi. Kiedy za nią pła­ci­ła, wy­da­wa­ła się jej fa­na­be­rią, ale teraz, w cie­płym i mięk­kim świe­tle świec, wcale nie ża­ło­wa­ła, bo stół wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak po­wi­nien w wi­gi­lij­ny wie­czór. 

Tak, była szczę­śli­wa, ale tak na­praw­dę prze­cież wcale nie cho­dzi­ło o pięk­ny stół czy udane dania. Basi cho­dzi­ło o to, że tuż obok sie­dział jej syn z ro­dzi­ną.

Z ogrom­nym tru­dem prze­ko­na­ła Janka, by z Kaśką i małym Fran­kiem, przy­je­chał w tym roku do nich, do domu ro­dzin­ne­go. Nie pa­mię­ta­ła, kiedy ostat­nio od­wie­dzi­li ich wszy­scy – od lat wi­gi­lię spę­dza­li je­dy­nie we dwoje, ona ze Stasz­kiem. Janek po­ja­wiał się za to pierw­sze­go dnia świąt z ży­cze­nia­mi i za­bie­rał Basię do sie­bie na cały dzień. Póź­nym wie­czo­rem ją od­wo­ził i nie wcho­dził nawet na her­ba­tę. 

Ale dziś stał się wi­gi­lij­ny cud. 

Do­ro­śli sie­dzie­li w czwór­kę za sto­łem, a Fra­nek, jak na czte­ro­lat­ka przy­sta­ło, bawił się, z wy­pie­ka­mi na twa­rzy, ja­kimś po­jaz­dem przy ich sta­rej, sztucz­nej cho­in­ce. Jego śmiech i dzie­cię­ce mam­ro­ta­nie było ożyw­czym tchnie­niem w tym po­nu­rym, za­gra­co­nym me­bla­mi sa­lo­nie. Za­chmu­rzo­ny Janek nie­wie­le się na po­cząt­ku od­zy­wał, ale teraz po­wo­li się roz­luź­niał i nawet uczest­ni­czył w roz­mo­wie. A Kaśka, jak to Kaśka – traj­ko­ta­ła jak sza­lo­na, śmia­ła się i opo­wia­da­ła ja­kieś hi­sto­ryj­ki z pracy. Na Pol­sa­cie le­cia­ły ko­lę­dy, a za oknem wi­ro­wa­ły wiel­kie płat­ki śnie­gu, za­sy­pu­jąc wszyst­ko białą koł­drą, która z mi­nu­ty na mi­nu­tę sta­wa­ła się coraz grub­sza, tak jak w dawne zimy, bę­dą­ce teraz były rzad­ko­ścią. 

Wszyst­ko było tak, jakby byli nor­mal­ną ro­dzi­ną. 

I tylko Sta­szek nic nie mówił, nie pa­trzył ani na wnuka, ani na syna, cza­sem je­dy­nie rzu­cał na nią albo na sy­no­wą krót­kie spoj­rze­nie, a potem znów wle­piał wzrok w te­le­wi­zor. Za­wsze w wi­gi­lię wy­pi­jał trzy czwartówkę wódki, sam, a potem szedł spać w sa­lo­nie i miał kaca cały pierw­szy dzień świąt, dzię­ki czemu ona mogła po­je­chać do syna. Ale tym razem nie mógł pić, bo brał mocne leki na serce. Na szczę­ście na razie się nie od­zy­wał i Basia mo­dli­ła się w duchu, żeby tak już zo­sta­ło. 

Nagle z ze­wnątrz do­biegł ich hałas, jakby ktoś tłukł ja­ki­miś garn­ka­mi. Aku­rat nikt nic nie mówił, więc od­głos wy­brzmiał w sa­lo­nie jak gło­śny huk.

– Ko­lęd­ni­cy? – za­py­ta­ła z oży­wie­niem Kaśka, ale Janek po­krę­cił głową. Wstał od stołu i wy­szedł na ko­ry­tarz, a Basia ru­szy­ła za nim w stro­nę sieni. Syn otwo­rzył drzwi wej­ścio­we i przez chwi­lę stał bez ruchu, za­sko­czo­ny. 

Basia prze­pchnę­ła się obok niego i wy­pa­dła na ganek. Przez chwi­lę za­nie­mó­wi­ła, bo świat w ciągu kilku ostat­nich go­dzin zmie­nił się nie do po­zna­nia – z nieba spa­da­ły grube płat­ki śnie­gu, wi­ro­wa­ły jak sza­lo­ne w żół­tym świe­tle ulicz­nych la­tar­ni tylko po to, by spaść na zie­mię po­kry­tą grubą war­stwą puchu. Nie pa­mię­ta­ła ta­kich opa­dów. Otrzą­snę­ła się i od­wró­ci­ła wzrok od po­dwór­ka. Spoj­rza­ła bli­żej, na ganek i scho­dy pro­wa­dzą­ce na chod­nik. Z iry­ta­cją stwier­dzi­ła, że wszyst­kie jej gli­nia­ne do­nicz­ki, które usta­wi­ła na zimę na ni­skim stoł­ku w nie­wiel­ki stos, prze­wró­ci­ły się i po­tłu­kły. 

– Mój Boże, co tu się stało… Wiatr mu­siał prze­wró­cić – po­wie­dzia­ła bez prze­ko­na­nia i stała przez chwi­lę nie­zde­cy­do­wa­na, bo nie miała wcale ocho­ty sprzą­tać tego na tym zim­nie. Ganek był osło­nię­ty dasz­kiem z plek­sy, więc nie padał na niego śnieg, ale co chwi­lę po­wie­wy wia­tru wpa­da­ły Basi pod kwie­ci­stą su­kien­kę.

– To nie wiatr, zo­bacz! – po­wie­dział Janek i schy­lił się, by coś pod­nieść, a potem od­wró­cił się do niej. 

Przez chwi­lę Basia nie wi­dzia­ła, na co pa­trzy – w ra­mio­nach Janka tkwi­ła czar­na, dy­go­czą­ca kulka z żół­ty­mi ocza­mi. Do­pie­ro po chwi­li zro­zu­mia­ła, że to prze­mar­z­nię­ty, ledwo żywy kot. Był mały, jakby do­pie­ro co wy­rósł z bycia ko­cia­kiem i wy­glą­dał ża­ło­śnie.

– Tato! Tato, co to? – Fra­nek wy­biegł na ganek bez kurt­ki, a za nim zaraz Kaśka, żeby go za­wró­cić do środ­ka. Po­cią­gnę­ła chłop­ca, ale ten wy­wi­nął się i zro­bił wiel­kie oczy. – Kotek!

Wiatr zwiał na nich ko­lej­ną por­cję śnie­gu i Janek za­go­nił wszyst­kich z po­wro­tem do sieni. Fra­nek pod­ska­ki­wał z eks­cy­ta­cją i chciał wziąć trzę­są­ce­go się kota na ręce. 

– Jemu jest zimno! Bę­dzie chory! Bab­ciu, mu­si­my go ogrzać! – prze­ży­wał chło­piec, a Basia uśmiech­nę­ła się pod nosem, sły­sząc prze­ję­cie w jego gło­sie. Miał dobre serce, chciał za­dbać o zwie­rza­ka, po­do­ba­ło jej się to. 

Wy­cią­gnę­ła z szu­fla­dy grubą chu­s­tę, w którą lu­bi­ła owi­jać głowę i ra­mio­na, kiedy było zimno, a ona miała coś do zro­bie­nia na po­dwór­ku. Prze­ję­ła zwie­rza­ka i otu­li­ła go, a potem z tru­dem, czu­jąc ból w ko­la­nach i bio­drach, klęk­nę­ła przed Fran­kiem. Pra­wie usły­sza­ła, jak skrzy­pią jej słabe od ostrej oste­opo­ro­zy kości. Za­ci­snę­ła zęby i z uśmie­chem po­da­ła chłop­cu za­wi­niąt­ko. 

Trzę­są­cy się kot uspo­ko­ił się w jed­nej chwi­li. Przez krót­ki mo­ment zda­wa­ło się Basi, że zro­bił nawet minę – na wpół ludz­ką, a na wpół zwie­rzę­cą, jak wy­szcze­rzo­ny kocur z bajki o Ali­cji w Kra­inie Cza­rów. Wra­że­nie szyb­ko jed­nak znik­nę­ło, kiedy Fra­nek, ze zwie­rza­kiem na rę­kach, skie­ro­wał się w stro­nę sa­lo­nu. Po­wo­li i ostroż­nie, jakby niósł naj­święt­szą re­li­kwię. 

– Mamo, ten kot… – za­czął Janek, a Basia do­sko­na­le wie­dzia­ła, co chce po­wie­dzieć. Że oj­ciec nie znosi zwie­rząt. W cho­le­rę ze Stasz­kiem! Basia wi­dzia­ła, jak Fran­ko­wi świe­ci­ły się oczy, jej samej też szko­da było ko­cur­ka. 

– Daj spo­kój, synuś, prze­cież dzi­siaj wi­gi­lia. Nie wy­rzu­cę zwie­rza­ka na śnie­ży­cę, żeby za­marzł. Toż to grzech, a dzi­siaj nawet po­dwój­ny – rzu­ci­ła, prze­ry­wa­jąc mu. – Niech zo­sta­nie… na dzi­siej­szą noc.

Kaśka uśmiech­nę­ła się, ale zaraz zmar­kot­nia­ła i spoj­rza­ła z nie­po­ko­jem na Janka. 

– W te­ma­cie śnie­ży­cy… Zwró­ci­łeś uwagę na to, co się dzie­je na dwo­rze?

Janek kiw­nął głową po­nu­ro.

– Za długo sie­dzie­li­śmy. Ulica wy­glą­da­ła tak, jakby le­ża­ło na niej z trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów śnie­gu. Nie wiem, jak wró­ci­my do domu…. 

– To może zo­stań­cie na noc? W wi­gi­lię nikt nie bę­dzie tego od­śnie­żać, je­cha­li­by­ście do domu ze trzy go­dzi­ny. Jesz­cze wpad­nie­cie gdzieś po ciem­ku do rowu! – Basia wy­rzu­ci­ła z sie­bie, wie­trząc oka­zję. 

Janek już otwie­rał usta, by za­pro­te­sto­wać, ale Kaśka nie­spo­koj­nie zer­k­nę­ła na ze­wnątrz przez świe­tlik w drzwiach. 

– Może to nie jest taki głupi po­mysł… 

Przez chwi­lę sprze­cza­li się cicho we troje, ale po­łą­czo­ne siły dwóch ko­biet prze­ła­ma­ły opór Janka. 

I tak stał się drugi cud – jej syn, pierw­szy raz odkąd wy­pro­wa­dził się zaraz po swo­ich osiem­na­stych uro­dzi­nach, miał no­co­wać w ro­dzin­nym domu. 

 

2. 

Sta­szek był wkur­wio­ny. 

Wła­ści­wie nie było rze­czy, która by go tego wie­czo­ra nie wkur­wia­ła. 

Po pierw­sze: wódka, a wła­ści­wie jej brak. Le­karz po­wie­dział mu wprost, że jeśli coś wy­pi­je, to może kit­nąć przy ta­kiej dawce leków w ka­len­darz, bo pi­ka­wa nie wy­trzy­ma. Prze­stra­szył się i, chcąc nie chcąc, po­że­gnał się na dzi­siaj ze swoją wie­lo­let­nią tra­dy­cją. 

Po dru­gie, wkur­wia­li go lu­dzie do­oko­ła. Jego syn, który pra­wie się nie od­zy­wał, jakby czuł się lep­szy od nich wszyst­kich, a przede wszyst­kim od niego. Sta­szek nie mógł ścier­pieć jego wi­do­ku pra­wie tak samo, jak tej idiot­ki, Kaśki. Cały wie­czór darła się jak jakaś prze­ku­pa na targu. Jej na­pom­po­wa­ne usta może i do­brze cią­gnę­ły, bo nie po­tra­fił­by sobie wy­obra­zić in­ne­go po­wo­du, żeby być z taką ko­bie­tą, ale nie wy­la­ty­wa­ło z nich ani jedno mądre słowo. A ten ich syn… Jego wnuk, ha tfu! Mały piz­de­usz. Nie tak się wy­cho­wu­je chło­pa­ka. Jakby mu dali go na kilka dni, to by może coś z niego zro­bił, a tak to… Szko­da gadać. Baśka też go wkur­wia­ła, chyba naj­bar­dziej z nich wszyst­kich – ra­do­sna, ru­mia­na, szczę­śli­wa. Zbyt szczę­śli­wa, jak na jego gust. 

Po trze­cie, wkur­wiał go ten sier­ściuch, któ­re­go przy­wle­kli z dworu. Kot na po­cząt­ku nie robił po praw­dzie ni­cze­go złego, dawał się głów­nie gła­skać Fran­ko­wi i łasił się do nóg. Ale potem usiadł pod cho­in­ką, za­wi­nął do­oko­ła sie­bie ogon i pa­trzył na Stasz­ka. Był czar­ny tak bar­dzo, że wy­glą­dał jak plama ciem­no­ści z dwoma żół­ty­mi la­tar­nia­mi za­miast oczu. Naj­gor­sze jed­nak było to, że co jakiś czas wy­szcze­rzał się, jakby wcale nie był ko­cu­rem, tylko ja­kimś de­mo­nem. Po­ka­zy­wał rzędy ostrych, spi­cza­stych zębów, o wiele za dłu­gich jak na kota. Sta­szek za­wsze wi­dział to je­dy­nie kątem oka, a kiedy pa­trzył na niego bez­po­śred­nio, zwie­rzak za­cho­wy­wał się zu­peł­nie nor­mal­nie. 

Ale naj­bar­dziej wkur­wia­ło Stasz­ka to, że teraz nie spał u sie­bie, czyli na roz­kła­da­nej wer­sal­ce w sa­lo­nie. Już od dawna salon był jego kró­le­stwem – tam miał te­le­wi­zor, cie­pły grzej­nik pod bo­kiem i nie wpa­da­ło tam świa­tło la­tar­ni, które nie po­zwa­la­ło mu spać. Baśka rzad­ko przy­cho­dzi­ła do po­ko­ju dzien­ne­go, jak go na­zy­wa­li, więk­szość czasu spę­dza­ła w kuch­ni albo sy­pial­ni. Sy­pial­nia za to kie­dyś była po­ko­jem Janka, ale jak się wy­pro­wa­dził, to Baśka go za­ję­ła. Sta­szek ją wtedy wy­śmiał, bo pokój był kiep­sko ocie­plo­ny i za­wsze w nim było chłod­no, ale Baśce naj­wy­raź­niej to nie prze­szka­dza­ło. 

Tej wi­gi­lij­nej nocy wła­śnie tutaj spali – bo tamta trój­ka za­ję­ła jego roz­kła­da­ną ka­na­pę. Janek się uparł, że „mama ma się wy­spać we wła­snym łóżku, a nie gnieź­dzić na wer­sal­ce”. To było jego ul­ti­ma­tum, chyba li­czył, że Sta­szek się nie zgo­dzi. 

Bła­gal­ne oczy Basi zwró­ci­ły się wtedy ku mę­żo­wi, a Sta­szek kiw­nął głową. Wie­dział, że Baśka długo bę­dzie mu się od­wdzię­czać i do­ga­dzać za to, że to zro­bił. Cie­ka­we, czy wła­śnie o tym teraz my­śla­ła? Wie­dział, że nie śpi, sku­lo­na na samym skraw­ku swo­jej po­ło­wy łóżka, jak naj­da­lej od niego. Wy­raź­nie wi­dział zarys jej ciała, bo świa­tło ulicz­nych la­tar­ni wpa­da­ło do po­ko­ju przez okno ozdo­bio­ne przy­krót­ki­mi fi­ran­ka­mi. 

– Boisz się, że się do cie­bie do­bio­rę? – za­py­tał nagle pod wpły­wem im­pul­su i prze­krę­cił się na bok, żeby ją le­piej wi­dzieć. Wi­dział, jak za­drża­ła, ale nie od­po­wie­dzia­ła. 

Bała się, a on miał ocho­tę się śmiać. 

Kie­dyś przy­cho­dził do sy­pial­ni co noc, robił swoje, a potem szedł na sa­lo­no­wą ka­na­pę oglą­dać te­le­wi­zję. Nie ro­zu­miał łez Baśki, w końcu nie chciał od niej ni­cze­go wię­cej niż to, co sama mu obie­ca­ła w przy­się­dze mał­żeń­skiej. Ale dawno już ni­cze­go od niej na tym polu nie wy­ma­gał – leki nisz­czy­ły popęd, do tego zwy­czaj­nie nie miał już sił, cho­ro­ba serca spra­wia­ła, że cza­sem czuł się jak ka­le­ka. Poza tym Baśka zro­bi­ła się stara, wy­chu­dzo­na jak szcza­pa i śmier­dzia­ła potem. Nie zo­sta­ło w niej nic z tej pięk­nej dziew­czy­ny, w któ­rej za­ko­chał się za młodu. 

– Chcia­ła­byś, żebym cię tknął, bo teraz to pies z ku­la­wą nogą by cię nie wziął, tak ci je­dzie z pizdy – wy­ce­dził, a Baśka za­mar­ła na chwi­lę, po czym wsta­ła po­wo­li, wzię­ła z fo­te­la wy­słu­żo­ną po­dom­kę i wy­szła z sy­pial­ni, nie oglą­da­jąc się na niego. 

Sta­szek uśmiech­nął się pod nosem. Pierw­sza kara po­szła. Tak, jak my­ślał, za­czy­nał się przy­jem­ny czas. Bę­dzie mógł Baśkę jesz­cze wiele razy upo­ko­rzyć, a ona bę­dzie czuła, że ma do tego prawo, bo w końcu po­szedł jej na rękę. 

– Durne baby… – za­mru­czał pod nosem, a potem prze­krę­cił się na drugi bok i po chwi­li za­snął. 

***

Prze­bu­dził się w nocy. Pół­przy­tom­ny, zdez­o­rien­to­wa­ny ro­zej­rzał się po sy­pial­ni, którą nadal za­le­wa­ło świa­tło la­tar­ni. Śnieg wciąż sypał. Baśka spała na skra­ju łóżka pod kocem, nie pod koł­drą, byle się z nim nie ze­tknąć cia­łem. Coś… coś było ina­czej. W po­ko­ju uno­sił się dziw­ny za­pach – zio­ło­wy, in­ten­syw­ny, zu­peł­nie nie­zna­ny Stasz­ko­wi. Zanim zdą­żył za­re­je­stro­wać, skąd po­cho­dził, drzwi do po­ko­ju otwo­rzy­ły się lekko, a przez wąską szpa­rę do środ­ka wpeł­zła plama ciem­no­ści. Prze­mie­ści­ła się po pod­ło­dze, a potem wsko­czy­ła na pa­ra­pet i Sta­szek zo­ba­czył, że to tylko kot, któ­re­go wpu­ści­li wcze­śniej do domu. Zwie­rzak wyj­rzał na ze­wnątrz przez lekko za­pa­ro­wa­ną szybę, prze­cią­gnął się, a potem ze­sko­czył bez­gło­śnie na zie­mię, by wsko­czyć po­now­nie, ale tym razem na łóżko. 

Sta­szek stęk­nął i już otwie­rał usta, by prze­go­nić sier­ściu­cha, ale za­marł. Kot wpa­try­wał się w niego dwie­ma la­tar­nia­mi żół­tych oczu, które zda­wa­ły się wy­zie­rać z ot­chła­ni o kształ­cie zwie­rzę­cia. Na kocim pysku czaił się uśmiech – sze­ro­ki, pełen ostrych zębów, zu­peł­nie nie­moż­li­wy.

A potem kot prze­mó­wił. 

– Tam zimno, tak zimno i wiatr na­wie­wa śnieg do pyszcz­ka! Tu cie­pło, cie­plut­ko! Czy takie cie­pło lu­dziom ko­niecz­nie jest? Czemu tak cie­pło, po co to? Ach do­brze mi, bez wia­tru, bez śnie­gu… 

Stasz­ko­wi serce wa­li­ło jak osza­la­łe. Głos kota przy­po­mi­nał tro­chę dźwięk prze­jeż­dza­nia pa­zu­ra­mi po ta­pi­cer­ce ka­na­py, ledwo go sły­szał, ale… sły­szał. Tyle, że koty nie mówią. To prze­cież mu­siał być sen! 

– Tam śmierć, tam śmierć, tam zimno. I ja bym śmierć spo­tkał, ale tu cie­pło. Ach do­brze, jak do­brze! Bym umarł, raz szó­sty, ale nie umar­łem. Tu cie­pło, za cie­pło! Wszy­stek umie­ra, tu śmierć, tam śmierć. A oni raz żyją, a nie dzie­więć. Ile razy trze­ba umrzeć, by umrzeć na­praw­dę?

Sta­szek krę­cił głową na boki, jakby to miało od­pę­dzić kota. Zwie­rzę­ta prze­cież nie mówią. Nawet w wi­gi­lię. Prze­cież to tylko za­bo­bo­ny! Może miał wylew albo udar? Może trze­ba obu­dzić Baśkę? Ale coś w tych la­ta­ren­kach mó­wi­ło mu, że nie po­wi­nien. 

– Każ­den umrze, ale kiedy, kto wie? A ja wiem, ja wiem, tu zimno, tam ciem­no. Jedni nie­dłu­go, innym da­le­ko… A ten tu? Czego chce? Wy­rzu­cić na śmierć? Na zimno? Nie cie­pło? Żebym szó­sty raz umarł? A on kiedy umrze? A długo mu, bar­dzo mu długo do końca… Żyć bę­dzie tyle, co lu­dzie nie żyją, bo i po co by mieli. Za cie­pło!

Po czym kot mla­snął bez­gło­śnie, od­wró­cił się i uciekł z po­ko­ju. 

Sta­szek leżał przez chwi­lę wpa­trzo­ny w drzwi i wmó­wił sobie, że wszyst­ko, co wi­dział i sły­szał, było czę­ścią snu, z któ­re­go tak na­praw­dę wcale się nie wy­bu­dził. 

 

3. 

Janek był zmę­czo­ny. 

Nie ma­rzył o ni­czym innym, jak to tym, by być już z ro­dzi­ną we wła­snym domu. 

Nie był przy­go­to­wa­ny na noc u ro­dzi­ców. Nie tylko pod wzglę­dem prak­tycz­nych rze­czy, typu pi­ża­ma czy szczo­tecz­ka do zębów, ale przede wszyst­kim pod wzglę­dem psy­chicz­nym. Miał tu już nigdy nie spać, tak po­sta­no­wił sobie, kiedy oj­ciec wy­rzu­cił go tam­te­go dnia za próg. Ale wyraz oczu matki, bła­gal­ny i nie­śmia­ło szczę­śli­wy, nad­gryzł jego silną wolę. Po­uda­waj, mó­wi­ły jej oczy. Po­uda­waj ostat­ni raz. Nie mógł ich znieść, tak jak świa­do­mo­ści, że matka była tutaj z ojcem sama. 

Do tego Kaśka pa­ni­ko­wa­ła, bo mieli ca­ło­rocz­ne opony, ze zdar­tym bież­ni­kiem, które obie­cał jej wy­mie­nić na nowe przed se­zo­nem i jakoś nigdy nie miał na to czasu. Sa­mo­chód tań­czył­by na tak za­śnie­żo­nej dro­dze i Kaśka do­sko­na­le zda­wa­ła sobie z tego spra­wę. Upar­ła się na no­co­wa­nie i Janek wie­dział, że cięż­ko bę­dzie jej wy­tłu­ma­czyć, czemu wła­ści­wie nie mogą zo­stać u ro­dzi­ców. Nie mówił jej wiele o swoim dzie­ciń­stwie, cho­ciaż do­py­ty­wa­ła. Był upar­ty, a ona do­bro­dusz­na, wi­dzia­ła w lu­dziach za­wsze wię­cej dobra niż zła. W jej gło­wie pew­nie po­ja­wi­ła się myśl, że po­kłó­cił się po pro­stu kie­dyś z ojcem o jakąś głu­po­tę i żaden z nich nie chciał ustą­pić.

Ale żeby od­pu­ści­ła zo­sta­nie na noc, mu­siał­by jej po­wie­dzieć praw­dę, a tego nie za­mie­rzał robić. Nigdy.

Pół nocy nie spał, krę­cił się na roz­ło­żo­nej wer­sal­ce, na któ­rej ści­snę­li się we troje. Na po­cząt­ku było bli­sko i cał­kiem miło, potem je­dy­nie cho­ler­nie nie­wy­god­nie. Na do­kład­kę, gdzieś w trak­cie nocy, przy­pa­łę­tał się im do łóżka ten czar­ny kot. Mru­czał wtu­lo­ny w ramię Janka, ale niski, przy­jem­ny dźwięk nie utu­lił go do snu. 

W ciem­no­ściach wpa­try­wał się w przy­mo­co­wa­ny do ścia­ny wie­szak. Nie wi­dział go do­kład­nie, ale do­sko­na­le zda­wał sobie spra­wę z tego, że tam był. Nic na nim nie za­wie­szo­no, ale daw­niej, kiedy Janek jesz­cze miesz­kał w tym małym domku, wi­siał na nim kabel. 

Gdyby ktoś go za­py­tał, ile razy nim do­stał, nie po­tra­fił­by po­wie­dzieć. Za co był bity? Też nie po­tra­fił­by wy­mie­nić żad­nych lo­gicz­nych zasad czy zbio­ru po­wo­dów. Do­sta­wał za je­dyn­kę ze szko­ły. Plamy błota na­nie­sio­ne do sieni. Krzy­wo za­ło­żo­ną ko­szu­lę. Za uśmiech, kiedy oj­ciec był po­waż­ny. Ale też za zbyt mało prze­ko­nu­ją­cy śmiech, kiedy ten opo­wia­dał żart. Za zbyt jasne słoń­ce. Za zgni­łe jabł­ko zna­le­zio­ne w ko­szy­ku na owoce. Za to, że od­dy­chał. Powód był za­wsze, w jakiś prze­dziw­ny spo­sób oj­ciec po­tra­fił ob­wi­nić Janka za wszyst­ko, co tylko chciał. To oj­ciec de­cy­do­wał, czy za­słu­gi­wa­li z matką na karę czy bło­go­sła­wień­stwo. Ich pry­wat­ny Bóg Oj­ciec. 

Tam­tej nocy, kiedy wy­sta­wił Janka na mróz w samej bie­liź­nie, bo zna­lazł u niego w kurt­ce pa­pie­ro­sy, ten zdał sobie spra­wę z tego, że musi ucie­kać. I uciekł dzień póź­niej, z jed­nym ple­ca­kiem i prze­ko­na­nie, że gdzie­kol­wiek trafi, nie bę­dzie miał go­rzej. Cza­sem oglą­dał się za sie­bie, na matkę, ale nie mógł jej zmu­sić, by też się ura­to­wa­ła, żeby zo­sta­wi­ła ojca. Nie po­tra­fi­ła tego zro­bić ani wtedy, ani teraz. 

Rano, po nie­prze­spa­nej nocy, Janek wstał na­bur­mu­szo­ny. Po­szedł od­śnie­żać pod­jazd i sa­mo­chód. Wie­dział, że jeśli tego nie zrobi, to nie tylko nie wy­je­dzie z po­dwór­ka sa­mo­cho­dem, ale ze śnie­giem bę­dzie mu­sia­ła wal­czyć matka. Ile rze­czy bę­dzie mu­sia­ła zro­bić, żeby prze­bła­gać to zło­śli­we, okrut­ne bó­stwo za ich wi­zy­tę? Im wię­cej o tym my­ślał, tym szyb­ciej ma­chał ło­pa­tą i tym moc­niej za­ci­skał szczę­ki. 

Droga do­jaz­do­wa, przy któ­rej miesz­ka­li ro­dzi­ce, była prze­jezd­na – są­sie­dzi od­śnie­ży­li ka­wał­ki przed swo­imi po­dwór­ka­mi, a tam, gdzie tego nie zro­bi­li, kilka aut wy­jeź­dzi­ło głę­bo­kie ko­le­iny. Po­dob­nie as­fal­to­wa ulica, do któ­rej prze­szedł się ka­wa­łek, była od­śnie­żo­na. Naj­wy­raź­niej pługi już od­wie­dzi­ły tę oko­li­cę, ale nie miały ła­twe­go za­da­nia. Drogi wciąż były ob­lo­dzo­ne, a po obu stro­nach jezd­ni pię­trzy­ły się wy­so­kie zaspy – Janek nie pa­mię­tał, kiedy ostat­ni raz była taka zima. 

Wró­cił do domu, zdjął buty i kurt­kę. Kiedy wie­szał ją w sieni, nie mógł oprzeć się dziw­ne­mu wra­że­niu deja vu. Ile razy roz­bie­rał się w tym wia­tro­ła­pie po od­śnie­ża­niu? Ile razy prze­cho­dził roz­grza­ny, zmę­czo­ny od wy­sił­ku, przez ciem­ny ko­ry­tarz, mijał kuch­nię i ła­zien­kę po lewej, swój pokój po pra­wej, żeby zdać re­la­cję z prac ojcu w sa­lo­nie? Teraz, kiedy do­tarł do sa­lo­nu, wra­że­nie po­wro­tu do wspo­mnień było jesz­cze sil­niej­sze. Cho­in­ka była cały czas ta sama, co dwa­dzie­ścia lat temu. Sztucz­na, brzyd­ka, ob­wie­szo­na ta­ni­mi ozdo­ba­mi. W rogu stał la­kie­ro­wa­ny kre­dens z PRL-u. Na­prze­ciw­ko me­blo­ścian­ka, a na niej te­le­wi­zor. 

Janek po­czuł, jak kręci mu się w gło­wie – cof­nął się do cza­sów, do któ­rych za nic nie chciał wra­cać. Z tru­dem usiadł za sto­łem i sku­pił na kubku z her­ba­tą, ale wra­że­nie nie mi­ja­ło. 

Kaśka była mar­kot­na – jak za­wsze wtedy, kiedy się nie wy­spa­ła. Wpa­try­wa­ła się bez emo­cji w jajka na mięk­ko. 

Matka po­chmur­nia­ła z każdą chwi­lą, bo wie­dzia­ła, że to wszyst­ko było błę­dem. Nie po­win­ni zo­sta­wać na noc, nie po­win­ni uda­wać, że pod tym da­chem jest co­kol­wiek nor­mal­ne­go. Piła kawę ma­lut­ki­mi łycz­ka­mi, po każ­dym od­sta­wia­ła uszczer­bio­ną fi­li­żan­kę na stół.

Oj­ciec się nie od­zy­wał, zu­peł­nie jak w wi­gi­lię – ale mru­żył oczy, jakby się nad czymś za­sta­na­wiał, a jego krza­cza­ste brwi po­wo­li zbli­ża­ły się do sie­bie. Janek spoj­rzał na niego i mo­men­tal­nie po­czuł ucisk w brzu­chu, zna­jo­my, prze­peł­nio­ny pa­ni­ką. Ide­al­nie wy­czu­lo­ny na na­stro­je ojca wie­dział, że za chwi­lę ten wy­buch­nie. Zwie­rzę­ca chęć uciecz­ki wal­czy­ła w Janku przez chwi­lę z roz­sąd­kiem – prze­cież byli tutaj w piąt­kę. Oj­ciec nie pod­niósł na niego ręki od nocy, kiedy uciekł z domu… A teraz Janek był do­ro­sły. 

Do­ro­słym takie rze­czy się prze­cież nie zda­rza­ły. 

Spoj­rzał na synka, mając na­dzie­ję, że jego widok po­zwo­li mu się otrzą­snąć. Fra­nek, sie­dząc mię­dzy Kaśką a matką, nie­spraw­nie wy­dłu­by­wał z jajka żółt­ko i krę­cił się jak fryga. 

– Fra­nek – upo­mnia­ła go bez prze­ko­na­nia Kaśka. – Bo zaraz wy­le­jesz her­ba­tę! 

– Ale mama, gdzie ten kot? 

Fra­nek uspo­ka­jał się na se­kun­dę tylko po to, by za chwi­lę znów za­cząć się nie­mi­ło­sier­nie krę­cić. 

I w pew­nym mo­men­cie wspo­mnia­ny kot wpadł do sa­lo­nu z ko­ry­ta­rza. Wbiegł jak sza­lo­ny pod stół, jakby za czymś gonił, i za­czął obi­jać się o ich nogi. Fra­nek pod­niósł do góry skra­wek ob­ru­su, żeby zo­ba­czyć, co się dzia­ło pod sto­łem, a wszyst­ko to, co stało przed nim na bla­cie – kie­li­szek z jaj­kiem, szklan­ka z go­rą­cą her­ba­tą, fi­li­żan­ka z kawą Kaśki – prze­wró­ci­ło się,

– Fra­nek! – krzyk­nę­li Kaśka i Janek w tej samej chwi­li, jakby to mogło cof­nąć czas i wlać her­ba­tę oraz kawę z po­wro­tem do na­czyń. 

– Ty pier­do­lo­ny gów­nia­rzu!

Wszy­scy troje spoj­rze­li na ojca. Janek nie wi­dział re­ak­cji Kaśki, bo ni­czym w od­ru­chu Pa­vlo­va, za­marł wstrzy­mu­jąc od­dech. Znie­ru­cho­mia­ła też matka. Byli jak rzeź­by wy­ku­te z lodu, nie­zdol­ni do naj­mniej­sze­go ruchu. A ich pan i wład­ca, Bóg Oj­ciec, wstał, ode­pchnął mamę i przez róg stołu się­gnął do Fran­ka. Janek wi­dział w zwol­nio­nym tem­pie, jak cięż­ka łapa ojca zmie­rza ku jego dziec­ku, które zu­peł­nie nie ro­zu­mia­ło, co się dzie­je. Usły­szał gło­śne ude­rze­nie i płacz, ale nic nie wi­dział. Oczy za­szły mu na chwi­lę mgłą, ale potem uzy­skał nagle nie­sa­mo­wi­tą ostrość wi­dze­nia. 

Szok na twa­rzy Kaśki i bu­dzą­ca się w niej furia. Prze­ra­że­nie na czer­wo­nej od ude­rze­nia twa­rzy synka. Matka, jak za­wsze, nie­obec­na, w tle, bez­rad­na. I oj­ciec, skrzy­wio­ny, zde­gu­sto­wa­ny, ale za­do­wo­lo­ny – widać to było po dia­bel­skich kur­wi­kach w jego oczach, które po­ja­wia­ły się wtedy, gdy się nad nimi znę­cał. 

To one prze­rwa­ły stu­por, w jaki wpadł Janek . 

Nie był już dziec­kiem. Nie miesz­kał z tym czło­wie­kiem. Był w sile wieku, a tam­ten był stary. 

A to był jego syn, któ­re­go nie po­zwo­li wię­cej skrzyw­dzić. 

Janek rzu­cił się w stro­nę ojca. Z pra­wej stro­ny stołu, po sko­sie. Po­cią­gnął go za swe­ter i z ła­two­ścią po­pchnął w bok. Oj­ciec za­chwiał się i padł na roz­ło­żo­ną wer­sal­kę, na któ­rej le­ża­ły równo zło­żo­ne po­dusz­ki i po­ściel, którą na­szy­ko­wa­ła matka. Janek po­chy­lił się nad ojcem. Było mu nie­wy­god­nie, bo ko­la­na blo­ko­wał brzeg ka­na­py, ale sta­rał się wy­ce­lo­wać w brzuch, bo to, jak do­sko­na­le wie­dział, nie zo­sta­wia­ło śla­dów. Za­mach­nął się, ale nie tra­fił. Oj­ciec nie był bez­wol­ną kukłą. Osła­niał się przed­ra­mio­na­mi, prze­su­nął się pod ścia­nę, by zwięk­szyć mię­dzy nimi dy­stans. 

Janek chciał go zabić. 

– Janek! – Ledwo za­re­je­stro­wał krzyk Kaśki i gło­śny, hi­ste­rycz­ny płacz Fran­ka w tle.

Coś zła­pa­ło go bluzę z tyłu, ale trwa­ło to tylko mgnie­nie oka, a potem usły­szał łup­nię­cie o zie­mię. 

Od­wró­cił się zdez­o­rien­to­wa­ny. Matka le­ża­ła na pod­ło­dze, wci­śnię­ta mię­dzy nogi krze­seł, po po­licz­kach cie­kły jej łzy. Białe, chude jak u ko­ścio­tru­pa palce za­ci­snę­ła na no­gaw­ce jego spodni. Za­marł, a oj­ciec wy­ko­rzy­stał mo­ment i od­su­nął się na skraj ka­na­py, dy­sząc cięż­ko. 

– Prze­stań, pro­szę – wy­chry­pia­ła matka. 

– Co ci się stało? – Janek nie po­znał głosu, jaki wy­do­był się z jego ust, by zadać to na­iw­ne py­ta­nie. 

– Po­tknę­łam się. Głupi kot prze­le­ciał mi pod no­ga­mi, jak chcia­łam wyjść zza stołu i cię za­trzy­mać… I nie mogę teraz wstać, synek – po­wie­dzia­ła matka, jakby to była naj­nor­mal­niej­sza rzecz pod słoń­cem. 

Za­wsze tak było. Oj­cow­ski ży­wioł sza­lał po ich domu i siał znisz­cze­nie, a oni prze­cho­dzi­li nad tym do po­rząd­ku dzien­ne­go i po wszyst­kim wy­mie­nia­li się krót­ki­mi in­for­ma­cja­mi, jakby zda­wa­li sobie ra­port. “Pod­bi­te oko, nie będę mogła iść na targ” albo “Sikam na czer­wo­no, mogę dzi­siaj zo­stać w domu i nie iść do szko­ły?”. 

Janek pod­niósł wzrok z matki na Kaśkę. Trzy­ma­ła Fran­ka za ra­mio­na tak mocno, jakby miała go zmiaż­dżyć. W jej oczach było wszyst­ko to, co po­win­no tam być. Furia. Obu­rze­nie. Nie­zgo­da. Wspar­cie. Lekki żal, że jej nie po­wie­dział. 

– Za­bie­raj mamę – wy­ce­dzi­ła, po czym dźwi­gnę­ła pła­czą­ce­go Fran­ka na ręce i wy­szła z nim z sa­lo­nu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. 

Janek wró­cił wzro­kiem do ojca. Kur­wi­ki w jego oczach znik­nę­ły. Gdzie się po­dzia­ły? Upo­ko­rzył go, dla­te­go pew­nie znik­nę­ły… A może… A może prze­szły ja­kimś dziw­nym spo­so­bem do jego oczu? 

Jesz­cze raz ro­zej­rzał się bez­rad­nie po po­ko­ju: pusty wie­szak, po­pla­mio­ny stół, pła­czą­ca, zwi­ja­ją­ca się z bólu matka na ziemi. Jan­ko­wi zro­bi­ło się nie­do­brze. Wra­że­nie deja vu po­głę­bi­ło się. Jeśli zo­sta­nie tutaj jesz­cze chwi­lę, na­praw­dę za­bi­je to bydlę. 

– Tata! 

Fra­nek wy­darł się roz­dzie­ra­ją­co z ko­ry­ta­rza. To był im­puls, któ­re­go Janek po­trze­bo­wał. Rzu­cił ojcu ostat­nie spoj­rze­nie – męż­czy­zna nie patrzył na żadne z nich, wpatrywał się w kota, który skryty pod choinką oblizywał pysk, jakby właśnie zjadł jakiś smakołyk. Ojciec dy­szał cięż­ko, widać było, że dal­sza walka jest poza jego za­się­giem. Janek chciał go zabić, Bóg jeden wie­dział, jak bar­dzo. I po­tra­fił­by to zro­bić. 

Ale prze­cież nie mógł. Nie mógł po­ka­zać swo­je­mu dziec­ku, że on też jest w sta­nie prze­mie­nić się w kata. 

 A skoro nie mógł, to po­wi­nien jak naj­szyb­ciej za­brać stąd swoja ro­dzi­nę. Całą. 

Po­chy­lił się i wziął matkę na ręce. Za­pła­ka­ła roz­dzie­ra­ją­co i zła­pa­ła się za bio­dro, ale nie zwró­cił na to więk­szej uwagi, po pro­stu za­niósł ją przez dom na ganek, a potem do od­pa­lo­ne­go już przez żonę sa­mo­cho­du. Uło­żył mamę na tyl­nej ka­na­pie, nawet wy­piął fo­te­lik, by miała wię­cej miej­sca, bo za­pła­ka­ny Fra­nek i tak sie­dział na ko­la­nach Kasi z przo­du.

Nawet nie cof­nął się do domu po kurt­kę, po pro­stu od­je­chał w stro­nę naj­bliż­sze­go szpi­ta­la. 

 

4. 

Sta­szek był za­do­wo­lo­ny. 

A uszczę­śli­wia­ło go kilka rze­czy. 

Po pierw­sze: wódka. Po kłót­ni z Jan­kiem, po tym, jak ten pier­do­lo­ny wy­mo­czek w końcu mu się po­sta­wił i pró­bo­wał go ude­rzyć, Sta­szek nie mógł dojść do sie­bie. Wy­cią­gnął zza sta­rej ma­szyn­ki do mięsa, scho­wa­nej na końcu szaf­ki w kuch­ni, bu­tel­kę wódki. Basia cho­wa­ła tam przed nim al­ko­hol, nigdy nie wy­rzu­ca­ła, ale cho­wa­ła bu­tel­ki po domu, jakby ba­wi­li się w jakąś al­ko­ho­lo­wą wer­sję cie­pło-zim­no. Uda­wał, że nie wie, gdzie żona ma swoje skryt­ki i po­zwa­lał sie­bie prze­bła­gi­wać tymi bu­tel­ka­mi, kiedy za bar­dzo sobie u niego prze­ki­cha­ła. 

Kiedy otwie­rał bu­tel­kę gorz­kiej żo­łąd­ko­wej, nie my­ślał wiele. Miał w dupie to, co po­wie­dział le­karz. Po­trze­bo­wał się na­wa­lić. A jak już się napił, to wódka uszczę­śli­wi­ła go w ko­lej­nych spra­wach. 

Prze­ko­nał sam sie­bie, że “ta spra­wa”, jak za­czął w my­ślach na­zy­wać całą dzi­siej­szą sy­tu­ację przy śnia­da­niu, skoń­czy się dla niego do­brze. Janek go nie ob­cho­dził – już dawno, co Sta­szek przy­zna­wał z nie­chę­cią, utra­cił nad nim wła­dzę. Zo­sta­ła mu je­dy­nie Baśka, a ta prze­cież kie­dyś bę­dzie mu­sia­ła wró­cić do domu. 

A jak tylko wej­dzie za próg, po­pa­mię­ta. A jak już da jej na­ucz­kę, to za­cznie się bar­dzo cie­ka­wy okres za­dość­uczy­nie­nia. Długi, mę­czą­cy i fi­ne­zyj­ny. Od­pła­ci mu za wi­gi­lię i za to, że za­pro­si­ła tutaj tego ku­ta­fo­na. Za spa­nie w wil­got­nej sy­pial­ni bez te­le­wi­zo­ra. Za gów­nia­rza, który znisz­czył obrus. No i oczy­wi­ście za to, że Janek pod­niósł na niego rękę. Tak wła­śnie o tym my­ślał: że syn pod­niósł na niego rękę. 

Kiedy sobie tak wszyst­ko po­ukła­dał w gło­wie, Sta­szek wal­nął się na ka­na­pę, włą­czył te­le­wi­zor i przy­snął. 

***

Prze­bu­dził się w nocy. Pół­przy­tom­ny, zdez­o­rien­to­wa­ny ro­zej­rzał się po po­ko­ju, który nadal za­le­wa­ło świa­tło włą­czo­ne­go te­le­wi­zo­ra. Na jego ekra­nie widać było ru­cho­mą gra­fi­kę in­for­mu­ją­cą, że pro­gram za­koń­czył nada­wa­nie i wróci rano. Coś… coś było ina­czej. W sa­lo­nie uno­sił się dziw­ny za­pach – zio­ło­wy, in­ten­syw­ny, zu­peł­nie nie­zna­ny Stasz­ko­wi. A może jed­nak znany? Zanim zdą­żył za­re­je­stro­wać, skąd po­cho­dził, drzwi do po­ko­ju otwo­rzy­ły się lekko, a przez wąską szpa­rę do środ­ka wpeł­zła plama ciem­no­ści. Prze­mie­ści­ła się po pod­ło­dze, a potem wsko­czy­ła na stół i Sta­szek zo­ba­czył, że to kot. Zwie­rzak ob­ró­cił się za wła­snym ogo­nem, prze­cią­gnął się, a potem ze­sko­czył bez­gło­śnie na zie­mię, by wsko­czyć po­now­nie, ale tym razem na łóżko. 

Sta­szek stęk­nął i już otwie­rał usta, by prze­go­nić sier­ściu­cha, ale za­marł, jak wczo­raj w nocy. Jak wtedy kot wpa­try­wał się w niego dwie­ma la­tar­nia­mi żół­tych oczu, które zda­wa­ły się wy­zie­rać z ot­chła­ni w kształ­cie zwie­rzę­cia. Bez­sze­lest­nie wszedł na jego lewą nogę, a potem prze­szedł po niej jak po pło­cie z bajki, by za­trzy­mać się na pier­si Stasz­ka, tuż przed jego twa­rzą.

Won, chciał po­wie­dzieć Sta­szek, ale nie miał siły. Czy to wódka mu je ode­bra­ła? A może to te dwie la­tar­nie przy­ku­ły go do ka­na­py? Na kocim pysku czaił się uśmiech – sze­ro­ki, pełen ostrych zębów, zu­peł­nie nie­moż­li­wy.

A potem kot prze­mó­wił, jak wczo­raj w nocy. 

– Tak smut­no, tak źle. Ty smu­tek, ty złość, ty nisz­czy­ciel. Ile razy umrzeć można? Kot dzie­więć, tak, a czło­wiek raz. A ile można żyć? Pożyj, pożyj. Tak ciem­no, tak strasz­no! Niech i u cie­bie strasz­no bę­dzie. 

Kot mla­snął bez­gło­śnie, ale nie od­szedł, wpa­try­wał się w niego nie­ru­cho­mo. 

Sta­szek chciał go po­chwy­cić, prze­go­nić, a naj­chęt­niej zła­pać w silne ręce i skrę­cić mu kark, ale nie udało mu się. Ręce go nie po­słu­cha­ły. Wy­da­wa­ło mu się, że rzu­cił “spie­przaj, po­mio­cie”, ale z jego ust za­miast nor­mal­nych wy­ra­zów po­pły­nę­ły dziw­ne, po­my­lo­ne słowa, które nie miały żad­ne­go sensu. Obraz kota za­ma­zał się, jakby stra­cił ostrość – je­dy­nie jego oczy przy­świe­ca­ły przez mgłę. 

 

5. 

Sta­szek był prze­ra­żo­ny. 

Do­oko­ła była ciem­ność. Za­sta­na­wiał się, skąd się wzię­ła? Czemu Baśka nie za­pa­li­ła ja­kie­goś świa­tła? Do­pie­ro po chwi­li zdał sobie spra­wę z tego, że to jego wła­sne po­wie­ki nie unio­sły się do góry, uwię­zi­ły go w ciem­no­ściach za­mknię­tych oczu. Ale… nie mógł ich pod­nieść!

Kiedy sobie to uświa­do­mił, po­czuł się, jakby spa­dał w dół. Coś obok za­pi­ka­ło szyb­ciej, ale nie po­tra­fił zro­zu­mieć, czym to jest. Chciał się ru­szyć – pod­nieść się z łóżka, które czuł pod ple­ca­mi, ale nie był w sta­nie. Pa­ni­ka za­le­wa­ła go fa­la­mi, przy­gnia­ta­jąc i to­piąc. Ni­cze­go nie mógł zro­bić, żad­ne­go ruchu, nie pa­no­wał nad żad­nym mię­śniem.

Ze stra­chu pu­ści­ły mu zwie­ra­cze. Po­czuł smród. Chciał krzy­czeć, ale usta go nie słu­cha­ły, tak samo jak wszyst­ko inne. 

Ktoś przy­szedł, uci­szył pi­kacz. Zajął się Stasz­kiem tak, jakby był rze­czą. Bez de­li­kat­no­ści, szyb­ko, na zimno. Prze­brał, nie po­wie­dział ani słowa, a potem zwy­czaj­nie wy­szedł, nie udzie­la­jąc żad­nych od­po­wie­dzi. Sta­szek nie wie­dział, co prze­ra­zi­ło go bar­dziej – to, że ni­cze­go nie mógł zro­bić czy to, że naj­wy­raź­niej każdy mógł tu przyjść i zro­bić z nim co­kol­wiek. A on nic nie mógł na to po­ra­dzić. 

Nie wie­dział, jak długo leżał z bi­ją­cym mocno ser­cem. Ser­cem, które po­win­no ko­ła­tać, tra­cić rytm, gubić się, ale za­miast tego biło równo, jakby znów miał dwa­dzie­ścia lat. 

Nic się nie zmie­nia­ło przez prze­raź­li­wie długi czas, który zda­wał się Stasz­ko­wi ca­ły­mi go­dzi­na­mi czy dnia­mi, więc w końcu za­czął my­śleć. 

Gdzie był? Pew­nie w szpi­ta­lu, bo gdzie in­dziej? Co mu się stało? Miał udar? Wylew? Nie po­tra­fił sobie przy­po­mnieć – ostat­nim wspo­mnie­niem były dwa jasne, ośle­pia­ją­ce go punk­ty. Re­flek­to­ry sa­mo­cho­du? Może zo­stał po­trą­co­ny? Nie po­tra­fił po­wie­dzieć. 

W pew­nym mo­men­cie Sta­szek usły­szał, że ktoś wszedł. Wy­czu­lo­ne do gra­nic moż­li­wo­ści zmy­sły pra­co­wa­ły, by za­stą­pić wzrok. Usły­szał szu­ra­nie krze­sła, sa­pa­nie. Ktoś usiadł obok jego łóżka. Baśka? Od­dał­by by wszyst­ko, by to była ona. By mu wy­ja­śni­ła, co się stało, by się nim za­ję­ła, może bez mi­ło­ści, ale też bez okru­cień­stwa. 

– A mo­głeś umrzeć – po­wie­dział ten ktoś bar­dzo cicho, pra­wie szep­tem. 

Janek. 

– Chcia­łeś to zro­bić? Wy­pi­łeś tyle, żeby się zabić? 

Sta­szek nie mógł od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Na żadne nie mógł. 

– Nie mam ci wiele do po­wie­dze­nia. Nie wiem, czy w ogóle mnie sły­szysz. Le­ka­rze tego nie wie­dzą. Ży­jesz bez ma­szy­ne­rii, od któ­rej mógł­bym cię odłą­czyć, bo twoje ciało pra­cu­je nor­mal­nie, ale twój mózg chyba nie dzia­ła po­praw­nie. Tak mi po­wie­dzie­li. 

Sta­szek z de­spe­ra­cją po­chwy­cił się tych strzęp­ków in­for­ma­cji. Jak to nie dzia­ła? Prze­cież sły­szał wszyst­ko, my­ślał spraw­nie! Je­dy­nie ciało… 

– Jeśli tam je­steś… Jeśli tam je­steś, to wiedz jedno. Po­ża­łu­jesz, że prze­ży­łeś ten udar. – Głos Janka był spo­koj­ny i wy­pra­ny z emo­cji, jakby mówił o po­go­dzie, a nie wy­po­wia­dał groź­by. Sta­szek nigdy nie sły­szał u niego ta­kie­go tonu, u ni­ko­go nigdy nie sły­szał. Cho­ciaż… może cza­sem sam go uży­wał? – Nie mogę cię po­rzu­cić, bo matka wid­nie­je w pa­pie­rach i mia­ła­by kło­pot, gdyby cię po­rzu­ci­ła. Ale za­ła­twię ci naj­gor­szy i owia­ny naj­gor­szą sławą DPS. Jeśli znaj­dę taki, gdzie nie prze­bie­ra­li pa­cjen­tów ca­ły­mi dnia­mi, pój­dziesz tam. Jeśli gdzieś bili lub ina­czej znę­ca­li się nad ta­ki­mi wa­rzy­wa­mi jak ty, wła­śnie tam tra­fisz. Pójdę za naj­gor­szy­mi po­gło­ska­mi, dam do zro­zu­mie­nia, że mogą z tobą robić, co chcą. Będę pła­cił mi­ni­mum, które nie star­czy na leki, pam­per­sy ani mycie. Zgno­ją cię. A ja będę o tym wie­dział i nie kiwnę pal­cem, by co­kol­wiek zmie­nić. I wiesz co… 

Janek za­wie­sił głos, jakby cze­kał, aż Sta­szek za­py­ta: “Co?”. Zro­bił krót­ką pauzę, potem głę­bo­ki wdech i po­wie­dział mar­twym gło­sem: 

– Mam na­dzie­ję, że mimo wszyst­ko tam je­steś. I że po­ży­jesz bar­dzo, bar­dzo długo. 

Po czym za­szu­rał krze­słem i od­szedł, po­zo­sta­wia­jąc Stasz­ka w sa­mot­no­ści i mroku, od któ­re­go nie mógł uciec. 

I wtedy, do­kład­nie po tym, jak Janek za­mknął drzwi do sali, a w po­ko­ju po­now­nie roz­go­ści­ła się cisza… Wła­śnie wtedy do Stasz­ka do­tar­ło… Przy­po­mniał sobie dwie la­tar­nie w pla­mie ciem­no­ści. Żółte, kocie oczy, które mu wró­ży­ły dłu­gie, bar­dzo dłu­gie życie. Chciał się roz­pła­kać, z bez­sil­no­ści, upo­ko­rze­nia i prze­ra­że­nia. Chcia­ło mu się wyć! Ma­chać rę­ka­mi! Zro­bić co­kol­wiek… ale ciało, tak jak wcze­śniej, go nie słu­cha­ło. 

Było, za­praw­dę, i ciem­no, i strasz­no.

 

Koniec

Komentarze

Hej, 

 

Historia rodzinnej przemocy dobrze pasuje do Wigilli – podkreśla dramatyczne wydarzenia. Klimat opowiadania wpisuje się w fabułę i od początku czuć, że coś tu jest nie tak. Przedstawiasz historię z kilku perspektyw, co pozwala poznać bohaterów i wejść w fabułę. Mamy tu typowy obraz patologicznej rodziny – dominujący ojciec, bierna matka i syn (ofiara). No i kot zwiastun kary, która wisi nad Staszkiem. Ciekawie wyszła końcówka, gdzie nasz antagonista sam się ukarał, no i fajnie nawiązuje do przepowiedni kota. 

Mam problem z żoną Janka i synem, poświęcasz im tak mało miejsca, że stali się tłem lub zapalnikiem do sceny bójki. Wydaje mi się, że bez nich historia by nic nie straciła na dramacie, a Staszek mógł zaatakować żonę i wyszło by na jedno. Kot fajnie ożywia historię, ale jest jedynym elementem, który wyróżnia opowieść od typowej historii o przemocy domowej, których już trochę się pojawiło na portalu. Warsztatowo jest dobrze, dwa miejsca mnie zatrzymały, ale to nic czego nie można łatwo poprawić (wybacz ale nie zapisałem ich). 

Generalnie fajne opowiadanie, mało tu grozy typowej dla horroru, ale też nie wiem jaka inna kategoria lepiej by pasowała:). Klikam i pozdrawiam :) 

 

PS – usuń "Koniec" portal sam dodaje taką informację;) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dzięki za komentarz i głos :)

Z tym Jankiem i jego żoną trochę racja – ale zastanawiam się, czy pogłębienie tych bohaterów nie zwiększyłoby znacząco objętości, a bardzo się chciałam zamknąć w okolicach 35 k zzs (to dla mnie wyzwanie, bo z opowiadań mi się zawsze nowele robią). 

Kot miał być elementem magicznym, a wyszło właśnie trochę to wszystko na boku fantastyki.

Horror, bo właśnie nic innego mi nie pasowało. 

 

Cieszę się, że warsztat jest ok – na pewno coś mi umknęło, ale skoro nie był to fikołek na tyle duży, by zapisać, to może nie jest ze mną tak źle :) 

Moje uszanowanie!

 

Zawsze w wigilię wypijał półlitrówkę wódki, sam, a potem szedł spać w salonie i miał kaca cały pierwszy dzień świąt

Proponuję zmienić gramaż na 0,7 tudzież litra. Nie żartuję, ani nie szydzę, zwyczajnie tak będzie naturalniej. Zwłaszcza w kontekście objawów. W końcu to wytrawny alkoholik, a nie jakiś tam studenciak.

 

Pokazywał rzędy ostrych, spiczastych zębów, o wiele za długich jak na kota. Staszek zawsze widział to jedynie kątem oka, a kiedy patrzył na niego bezpośrednio, zwierzak zachowywał się zupełnie normalnie. 

Dobry, całkiem mroczny koncept!

 

Basia chowała tam przed nim alkohol, nigdy nie wyrzucała, ale chowała butelki po domu, jakby bawili się w jakąś alkoholową wersję ciepło-zimno. Udawał, że nie wie, gdzie żona ma swoje skrytki i pozwalał siebie przebłagiwać tymi butelkami, kiedy za bardzo sobie u niego przekichała. 

Bardzo życiowe, niestety.

 

Język wyborny, sam pomysł na grozę i jego wykonanie też. I to pomysł na grozę wszechobecną, wręcz duszącą, namacalną, ale też, niestety, przeraźliwie realną. Bo ilu takich Staszków chodzi jeszcze po Ziemi? Ilu chodziło, i, dobry Boże, ilu chodzić będzie? Oto są pytania, na które, dla własnego spokoju, lepiej nie znać odpowiedzi. Gadający kot? Pikuś! Równie dobrze mogłoby go nie być, ale jak już jest, to nadal jest on tylko pewnym katalizatorem zła. A raczej jego miernikiem, neutralnym spoiwem, gdyż czcigodny kocur niczego złego nie zrobił. Ot, wyszczerzył ząbki i coś szepnął na uszko dziadydze. 

 

Miałbym tylko jeden, jedyny, choć dość poważny, moim zdaniem, zarzut. Mianowicie – w ogóle nie zagrało mi w głowie zakończenie. Sam los, jaki spotkał Staszka pasuje tutaj jak ulał i jest niewątpliwie straszny, z nim nie mam problemu, jednak zachowanie Janka w tym kontekście zostało po prostu źle poprowadzone. Okrutna zemsta na ojcu (nawet jeśli jest uzasadniona) KASTRUJE postać syna. Jego postępowanie najzwyczajniej w świecie do niego nie pasuje. Odbiera mu jego charakter, który wykreował się na kartach utworu i usuwa z niego pewną wyższość moralną, która zarysowała się przed nami przecież tak wyraźnie na podstawie jego relacji z nową, własną rodziną. Okrucieństwo po prostu nijak ma się do tego Janka, którego poznaliśmy. Wytrąca mu ono zwycięstwo z rąk. 

 

Daję klika, za całokształt (zasłużenie), choć trochę z oporami, właśnie przez to zakończenie.

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA RZĄDZI !!!

Moi dziadkowie też się nazywają Basia i Staszek. :P Niepodobni do tych tutaj, Bogu dzięki.

Faktycznie, bardzo Kingowski tekst. I mam z nim taki sam problem, jak z książkami Kinga, przynajmniej z tymi starszymi, bo tam też często pojawiał się ten jeden wyjątkowo odrażający typ, którego głównym zadaniem w historii było zapewnienie czytelnikowi katharsis, kiedy już spotkało go coś makabrycznego. Przyznaję, ten zabieg nie do końca na mnie działa, może dlatego, że dosyć dobrze go wyczuwam i od pewnego momentu czytałem z myślą ,,Ciekawe, jak zginie”. No nie zginął, ale idea podobna.

W skrócie – jakbym czytał książkę Kinga. Odbierz to, jak uważasz. (: A, i kotek, kotek zawsze na propsie, nawet taki przerażający, wieszczący.

No i ohayou gozaimasu, dobra weczer, miłego pobytu na Portalu etc.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Cześć, pisze.po.swojemu

Jeden z lepsych horrorów, który miałem okazję czytać na NF. Plus za szczegóły świata przedstawionego i psychologiczny aspekt. Możliwe, że w stosunku do całości jest go zbyt wiele, ale to może być tylko złudzenie po pierwszym czytaniu. Gdy pojawił się kot, miałem nadzieję, że będzie o nim więcej i nie myliłem się przeczuwając, że za jego sprawą stanie się coś strasznego względem tyrana domowego… I tu się trochę zawiodłem, ponieważ nastąpił zbyt szybki przeskok w fabule. Świetnie budowane napięcie utraciło moc. Kotek wparował do pokoju, wyskoczył na klatę bohatera i pyk: pacjent miał udar. W moim odczucie zbyt nagle. To trochę tak, jakbyś powoli rozpalała ognisko, płomień jest coraz większy i w kilka sekund zalewasz wszystko wiadrem wody. 

 Pomimo tego, opowiadanie jest bardzo dobre, trzyma w napięciu do samego końca i widać Twój dobry warsztat. 

Pozdrawiam

Klik

@Bartkowski.robert

 

Dzięki za opinię! Bardzo mi miło, że doceniłeś język :) Co do zakończenia – trochę się zgadzam z tym zarzutem. W pierwszej wersji opowiadania syn był zdecydowanie bardziej agresywny w scenie przy stole –co mogło sugerować, że tak naprawdę nie poradził sobie z przeszłością i wtedy ta końcówka pewnie wypadłaby wiarygodniej. Zdecydowałam się na złagodzenie tamtej sceny, ale nie poszłam dalej, nie zmieniłam zakończenia, bo w sumie chciałam, żeby przegrał, zemścił się. Mam nauczkę, żeby przy zmianach ogarnąć cały łuk bohatera, a nie tylko jedną scenę. 

 

@SNDWLKR

 

Dzięki za komentarz i miłe powitanie. Sama nie wiem, jak podejdę do twojej uwagi, bo z jednej strony taki był przecież mój cel (napisać coś podobnego), faceta kiedyś uwielbiałam, a z drugiej przecież to jest też gdzieś tam moje. 

Wciąż szukam siebie literacko, więc pewnie po prostu poobserwuję, czy to ja czy jednak inspiracja. 

 

@Hesket

 

To “jeden z lepszych horrorów” to naprawdę ogromny komplement, dziękuję!

Co do kotka i uwagi @Bardjaskier – wychodzi na to, że nie zaszkodziłaby temu opowiadaniu jeszcze jedna czy dwie sceny, które zbudowałyby lepiej bohaterów i napięcie. Dla mnie to jest bardzo pomocne, chociaż przewrotne – wychodzi na to, że nawet tak prosta historia “moim okiem” jest dość długa. Nie wiem co o tym myślę jeszcze – czy nie umiem napisać krócej, a równie obrazowo, czy po prostu nie chcę. 

pisze.po.swojemu

 

Nie ma za co!

 

Zdecydowałam się na złagodzenie tamtej sceny, ale nie poszłam dalej, nie zmieniłam zakończenia, bo w sumie chciałam, żeby przegrał, zemścił się.

O, i to jest ciekawa koncepcja! W pełni by spracowała, gdyby właśnie tę przegraną coś jeszcze w tekście ładnie zapowiedziało, dało podstawy pod taki rozwój wydarzeń. Scena w przy stole w brutalniejszej wersji mogłaby to myślę zapewnić. Albo jeszcze jakieś drobne, dziwne zachowania Janka od początku opowiadania sugerujące jego ukrytą naturę.

 

Mam nauczkę, żeby przy zmianach ogarnąć cały łuk bohatera, a nie tylko jedną scenę. 

O to to!

 

Pozdrawiam!!!

 

 

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA RZĄDZI !!!

Nowa Fantastyka