- Opowiadanie: TKII - IV. Konflikt

IV. Konflikt

Cześć, zapraszam Was do zapoznania się z czwartą częścią przygód Davrel po powrocie do Arven. Ten rozdział nosi tytuł “Konflikt”, gdyż wcześniejsze napięcia osiągają w nim punkt kulminacyjny. Poprzednie fragmenty historii znaleźć możecie tutaj:

  1. Powrót
  2. Nowe początki
  3. Decyzje

Oceny

IV. Konflikt

Upał tego dnia był lepki jak smoła. Karcz­ma w cen­trum Arven to­nę­ła w pół­mro­ku, a po­wie­trze w jej wnę­trzu drża­ło od go­rą­ca. Da­vrel sie­dział przy stole z Tho­re­nem, po­wo­li koń­cząc kufel. Roz­mo­wy to­czy­ły się le­ni­wie, lu­dzie przy­sy­pia­li nad ła­wa­mi a psy wy­le­gi­wa­ły się pod sto­ła­mi.

W pew­nym mo­men­cie drzwi otwo­rzy­ły się z hu­kiem. Do środ­ka wpadł młody chłop, z twa­rzą białą jak kreda, ob­le­pio­ną potem i pyłem z drogi. A jed­nak z po­cząt­ku nikt nie zwró­cił na niego wagi – do­pó­ki nie pod­niósł głosu.

– Wy­bu­chło! – krzyk­nął, ła­piąc od­dech. – Wóz z winem, Jack Robin… wszy­scy…

Cały gwar na­tych­miast za­marł. Nawet stary Gerd prze­stał na­le­wać piwo.

Ze­bra­ni oto­czy­li przy­by­sza, jakby jego słowa mogły mieć inny sens, jeśli się w nie do­kład­nie wsłu­chać. Chłop mówił szyb­ko, cha­otycz­nie, co chwi­lę prze­ry­wa­jąc i prze­ły­ka­jąc ślinę, jakby pró­bo­wał do­go­nić wła­sne wspo­mnie­nia.

Tuż przed świ­tem Jack wy­je­chał z trans­por­tem wina. Za­trzy­mał go pa­trol żoł­nie­rzy, po­dob­no chcie­li tylko zo­ba­czyć pa­pie­ry. Jack mocno się zde­ner­wo­wał, coś od­burk­nął, potem pró­bo­wał ich prze­ku­pić. Ktoś szarp­nął lejce, ktoś inny się­gnął po po­chod­nię – i wtedy…

Chłop za­wa­hał się, spo­glą­da­jąc po twa­rzach słu­cha­czy. Za­trzy­mał wzrok na Da­vre­lu.

– Pło­mień po­szedł jak błysk, panie. A potem był tylko huk. I ogień tak jasny, że niebo aż się od niego roz­ża­rzy­ło. Nie zo­sta­ło nic. Ani z Jacka, ani z żoł­nie­rzy.

W karcz­mie za­pa­no­wa­ła gro­bo­wa cisza. Nawet muchy prze­sta­ły bzy­czeć.

Tho­ren oparł się łok­ciem o stół, pa­trząc bez słowa w blat. Da­vrel nie drgnął. Tylko palce na kuflu za­ci­snę­ły mu się tak mocno, że knyk­cie po­bie­la­ły.

Po chwi­li ktoś z końca sali ode­zwał się pół­gło­sem, może nie­świa­do­mie:

– Ten chło­pak do za­wsze pro­sił się o kło­po­ty.

Kufel Da­vre­la ude­rzył o stół z taką siłą, że aż resz­ta piwa roz­la­ła się sze­ro­ką smugą. Spoj­rzał w stro­nę męż­czy­zny, zimno i bez słowa. Nikt wię­cej się nie ode­zwał.

Tho­ren po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu.

– Zo­staw – po­wie­dział cicho. – To nic nie zmie­ni.

Da­vrel nie od­po­wie­dział. Wstał od stołu i wy­szedł z karcz­my, zo­sta­wia­jąc za sobą cięż­ką ciszę.

Droga do domu wójta była krót­ka, ale szlach­cic nie pa­mię­tał, jak ją prze­był. Myśli kłę­bi­ły mu się w gło­wie, a serce z każ­dym kro­kiem biło szyb­ciej. Przed domem stał stary wóz, świa­tło są­czy­ło się przez za­sło­nię­te okna.

Za­pu­kał mocno. Po chwi­li drzwi uchy­li­ły się i w progu sta­nął Adam de Vrij.

– Pan Gris – po­wie­dział cicho, bez przy­wi­ta­nia.

– Przy­sze­dłem do Lysii – od­po­wie­dział krót­ko Da­vrel.

– Zatem już pan sły­szał? Strasz­na tra­ge­dia. Taki młody chło­pak – głos wójta lekko się za­ła­mał.

– Lysia wie?

– Tak. Za­mknę­ła się w swoim po­ko­ju. Nie chce ni­ko­go wi­dzieć… Daj jej pro­szę czas – dodał mięk­ko. – Przyjdź póź­niej.

Ale Da­vrel już nie słu­chał. Zro­bił krok do przo­du, a w jego oczach ma­lo­wał się gniew i żal.

– To pan po­wi­nien dać sobie czas, panie de Vrij – wy­buch­nął. – Czas, żeby prze­my­śleć, ilu ludzi już przez was zgi­nę­ło! Na­po­mi­na­łeś mnie o po­ko­ju, a sam spi­sku­jesz z tymi, któ­rzy igra­ją z ogniem. Jack zgi­nął przez was!

Adam drgnął. Nie od­po­wie­dział, nie bro­nił się. Spu­ścił je­dy­nie wzrok, a na jego twa­rzy po­ja­wił się cień smut­ku oraz – co za­sko­czy­ło Da­vre­la – jakby sym­pa­tii i sza­cun­ku.

– Nie wiesz wszyst­kie­go, synu – po­wie­dział w końcu. – Ale widzę, że serce masz po wła­ści­wej stro­nie.

Da­vrel par­sk­nął cicho i od­wró­cił się.

– Serce nie ma tu nic do rze­czy, panie de Vrij. Że­gnam.

I ru­szył w stro­nę bramy.

Kiedy od­da­lił się kilka kro­ków, in­stynk­tow­nie obej­rzał się przez ramię. W oknie na pię­trze, za cien­ką za­sło­ną, zo­ba­czył syl­wet­kę uko­cha­nej. Stała nie­ru­cho­mo, jak cień w bla­sku świe­cy.

Za­trzy­mał się na mo­ment, ale nie wró­cił pod drzwi.

W po­ko­ju na górze Lysia od­su­nę­ła się od szyby. Dło­nie drża­ły jej lekko. Dwie duże łzy cicho spły­nę­ły po po­licz­kach.

Potem świe­ca zga­sła, a dom po­grą­żył się w ciszy, która nio­sła w sobie echo noc­ne­go wy­bu­chu.

 

 

Świa­tło po­ran­ka są­czy­ło się przez brud­ne szyby karcz­my, roz­le­wa­jąc się na sto­łach ni­czym mlecz­na mgła. W po­wie­trzu uno­sił się cięż­ki za­pach piwa, dymu i kurzu, który osiadł na wszyst­kim po nocy peł­nej la­men­tów. Da­vrel sie­dział przy jed­nym z bocz­nych sto­łów, w cie­niu. Na ławie obok leżał jego płaszcz, wil­got­ny jesz­cze od po­ran­nej rosy. W dłoni trzy­mał kubek cien­kie­go piwa, któ­re­go nawet nie tknął. Spoj­rze­nie miał wbite w blat, jakby pró­bo­wał do­strzec w nim od­po­wie­dzi na wszyst­kie drę­czą­ce go od po­przed­nie­go dnia py­ta­nia.

Po chwi­li drzwi do karcz­my otwo­rzy­ły się z trza­skiem. Do środ­ka wszedł Da­rion – pi­ja­ny, chwiej­ny, z wło­sa­mi skle­jo­ny­mi potem. Miał za­cię­tą minę czło­wie­ka, który prze­szedł przez pie­kło i po­sta­no­wił w nim zo­stać. Kiedy spo­strzegł Da­vre­la, par­sk­nął dwu­znacz­nie i chwiej­nym kro­kiem ru­szył w jego stro­nę.

– Pew­nie się teraz cie­szysz, co? – wark­nął, zanim jesz­cze usiadł. – Nikt ci już nie stoi na dro­dze do tej two­jej Lysii – wy­po­wia­da­jąc imię dziew­czy­ny czknął gło­śno.

Da­vrel uniósł wzrok, ale nie od­po­wie­dział.

– Za­bi­li go jak psa! – Da­rion wal­nął pię­ścią w stół z taką furią, że aż kufel pod­sko­czył roz­le­wa­jąc za­war­tość po całym stole. – Pie­prze­ni żoł­nie­rze! Pie­przo­na kon­tro­la, pie­przo­na Pół­noc! Wszyst­ko przez nich! – Głos mu się za­ła­mał, a w oczach bły­snę­ła wście­kłość, którą nie wie­dział, gdzie wy­ła­do­wać. – Przy­się­gam, że mi za to za­pła­cą. Każdy, kto miał z tym coś wspól­ne­go.

Da­vrel od­su­nął kubek, spo­koj­nie, nie­mal obo­jęt­nie.

– Je­steś pi­ja­ny – po­wie­dział cicho. – A poza tym ze­msta nie zwró­ci Jac­ko­wi życia.

– Taki je­steś mądry, co? A co ty w ogóle wiesz o stra­cie? – Da­rion splu­nął pod nogi. – Za­wsze byłeś zimny jak głaz. Jack przy­naj­mniej chciał coś zmie­nić!

Na chwi­lę mię­dzy męż­czy­zna­mi za­pa­dła cisza. W tle ktoś po­sta­wił kufel, ktoś inny kaszl­nął. Da­vrel spoj­rzał na przy­ja­cie­la z ukosa, jakby ważył jego słowa, sma­ko­wał je z nie­chę­cią.

– Wiesz Da­rion… wozy z winem tak po pro­stu nie wy­bu­cha­ją – po­wie­dział po­wo­li, z na­ci­skiem na każde słowo.

Da­rion za­marł, z ust wy­padł mu pół­szept:

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć?

– Sam wiesz, co chcę po­wie­dzieć.

Ho­dow­ca wi­no­ro­śli uniósł głowę. Twarz miał czer­wo­ną, a oczy błysz­cza­ły mu od gnie­wu i al­ko­ho­lu.

– Su­ge­ru­jesz, że to moja wina?

Nie cze­kał na od­po­wiedź. Zanim Da­vrel zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, tam­ten już ru­szył – cięż­ko, nie­zdar­nie, ale z furią, która za­sko­czy­ła wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych w karcz­mie gości.

Pierw­szy cios tra­fił Da­vre­la w ramię, drugi w żebra. Ława ru­nę­ła, kufle po­to­czy­ły się po pod­ło­dze. Szlach­cic uchy­lił się przed ko­lej­nym ude­rze­niem i ode­pchnął Da­rio­na, który za­to­czył się, lecz zaraz znów rzu­cił na­przód.

– Dość! – wrza­snął Tho­ren, ale nikt go nie słu­chał.

Da­vrel ude­rzył z kon­try – krót­ko, pre­cy­zyj­nie. Dźwięk roz­ci­na­ją­ce­go po­wie­trze ciosu zo­stał za­głu­szo­ny przez huk prze­wra­ca­ne­go stołu. Da­rion za­chwiał się, ale nie upadł. Chwy­cił Da­vre­la za ko­szu­lę, po­cią­gnął, obaj ru­nę­li na zie­mię.

Przez chwi­lę szar­pa­li się cha­otycz­nie na pod­ło­dze, każdy pró­bu­jąc zy­skać choć odro­bi­nę prze­wa­gi nad prze­ciw­ni­kiem.

– Na bogów, prze­stań­cie! – krzyk­nął Mar­kus, do­pa­da­jąc do nich. Chwy­cił Da­vre­la za ra­mio­na, od­cią­ga­jąc go z tru­dem. Tho­ren przy­trzy­mał Da­rio­na, który wciąż od­dy­chał cięż­ko, gotów do ko­lej­ne­go ciosu.

– Jesz­cze tego po­ża­łu­jesz! – wy­rzu­cił z sie­bie, pró­bu­jąc wy­rwać się z sil­ne­go chwy­tu ko­wa­la. Twarz miał czer­wo­ną, a oczy błysz­cza­ły mu pi­ja­ną wście­kło­ścią.

Da­vrel nie od­po­wie­dział. Po­pra­wił ubra­nie, wy­tarł krew z ką­ci­ka ust i w mil­cze­niu wy­szedł z karcz­my.

Mar­kus spoj­rzał za nim z nie­po­ko­jem. W tle Da­rion osu­nął się na sto­ją­ca obok ławę. Się­gnął po prze­wró­co­ny kufel i po­sta­wił go z po­wro­tem na stole. Przez chwi­lę sie­dział nie­ru­cho­mo, po czym scho­wał twarz w dło­niach.

 

 

W po­miesz­cze­niu uno­sił się za­pach dymu. Na stole mię­dzy nimi le­ża­ła talia kart i kilka monet. Obok stała bu­tel­ka wina, którą do­pie­ro co otwo­rzy­li.

Aidan sie­dział w pół­mro­ku, pod­par­ty na łok­ciu, z fajką zwi­sa­ją­cą z ką­ci­ka ust, przez co jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle przy­po­mi­nał wy­ro­śnię­te­go kra­sno­lu­da.

Da­vrel prze­su­nął w jego stro­nę dwie karty. Wargę miał spuch­nię­tą, a pod pra­wym okiem wid­niał fio­le­to­wy si­niak.

– Dwa asy – po­wie­dział sucho. – Spra­wa prze­są­dzo­na.

Były ska­za­niec spoj­rzał, wziął bu­tel­kę, nalał sobie i mruk­nął:

– Spra­wa prze­sra­na, ra­czej. Wiesz, że ta nazwa… Eu­de­mion… nie wiem co zna­czy, ale brzmi jak coś, co daje się na roz­wol­nie­nie.

Da­vrel mi­mo­wol­nie par­sk­nął śmie­chem. – Może i tak, ale za­pew­niam, że sma­ku­je zde­cy­do­wa­nie le­piej.

– No to się prze­ko­naj­my – mruk­nął Aidan i wypił łyk. Skrzy­wił się lekko, ale po chwi­li kiw­nął z uzna­niem głową. – Masz rację. Sma­ku­je zde­cy­do­wa­nie le­piej – po­twier­dził, po czym dusz­kiem opróż­nił kie­li­szek i nalał sobie ko­lej­ny.

Da­vrel uśmiech­nął się le­d­wie za­uwa­żal­nie. Od pew­ne­go czasu mię­dzy nim a ucie­ki­nie­rem z Pół­no­cy pa­no­wał ro­dzaj mil­czą­ce­go po­ro­zu­mie­nia – dwóch ludzi, któ­rzy prze­szli zbyt wiele, by chcieć na­wza­jem wcho­dzić sobie w drogę. Zresz­tą męż­czy­zna, choć za­pal­czy­wy, był też cał­kiem pra­co­wi­ty, a we dwo­rze za­wsze zna­la­zło się dla niego coś do ro­bo­ty.

Grali już dłuż­szą chwi­lę, pod­czas gdy z ze­wnątrz do­bie­gał je­dy­nie od­głos kopyt i kra­ka­nie wron. Aidan prze­ło­żył karty, Da­vrel się­gnął po bu­tel­kę.

– Tylko pa­mię­taj – rzu­cił były ska­za­niec. – Jak prze­grasz, to nie dla­te­go, że oszu­ki­wa­łem, tylko że pi­jesz za szyb­ko.

Da­vrel już miał od­po­wie­dzieć, gdy ktoś za­pu­kał do drzwi. Trzy krót­kie ude­rze­nia, jakby z wa­ha­niem.

Obaj spoj­rze­li po sobie.

– O tej porze? – mruk­nął Aidan. – To nigdy nie jest dobry znak.

Da­vrel wstał, prze­szedł przez izbę i otwo­rzył drzwi. W progu stał Mar­tin Thys. Wy­glą­dał, jakby nie spał od kilku nocy. Płaszcz miał za­ku­rzo­ny, wąsy w nie­ła­dzie a oczy pod­krą­żo­ne.

– Mar­tin – po­wie­dział Da­vrel po­wo­li. – Nie spo­dzie­wa­łem się cie­bie tutaj.

– Wiem – wy­szep­tał przy­bysz. – Ale mu­si­my po­roz­ma­wiać.

W ciszy, która za­pa­dła usły­sze­li jak wiatr po­ru­szył ko­na­ra­mi sto­ją­cych na ze­wnątrz drzew.

Da­vrel cof­nął się o pół kroku.

– Wejdź.

Mar­tin wszedł ostroż­nie, jakby stą­pał po roz­ża­rzo­nych wę­glach. Spoj­rzał na Aida­na, który z wy­mu­szo­ną uprzej­mo­ścią ski­nął mu głową.

– Wina? – za­py­tał Da­vrel.

– Nie, dzię­ku­ję. – Rach­mistrz opadł cięż­ko na fotel. – Nie przy­sze­dłem pić.

– To do­brze – mruk­nął były ska­za­niec. – Bo już koń­czy­my.

Da­vrel uci­szył go wzro­kiem.

– Czego więc chcesz?

Mar­tin zło­żył lekko drżą­ce dło­nie na stole.

– Od­sze­dłem z win­ni­cy – wy­rzu­cił z sie­bie po chwi­li, nerwowo poprawiając kołnierz koszuli. – Nie mo­głem już tam zo­stać. Nie po tym co się stało.

Za­pa­dła krót­ka cisza.

– Przy­kro mi – ode­zwał się w końcu Da­vrel. – Ale nie wiem, co to ma wspól­ne­go ze mną.

– Może… – Mar­tin spoj­rzał mu w oczy – może po­trze­bu­jesz kogoś do ksiąg? Albo od tre­su­ry. Znam się tro­chę na ko­niach. Mogę też robić za sta­jen­ne­go.

Da­vrel nie od­po­wie­dział od razu. W końcu uśmiech­nął się krzy­wo.

– W za­sa­dzie, choć do­brze radzę sobie z końmi, to z licz­ba­mi już nie­ko­niecz­nie. Przy­dał­by mi się ktoś z głową na karku. Ktoś komu mógł­bym za­ufać – mó­wiąc to prze­cią­gnął ostat­nie słowo tak, by za­wi­sło mię­dzy nimi w po­wie­trzu.

– Ro­zu­miem – od­parł rach­mistrz cicho. – Tak my­śla­łem. I wła­śnie dla­te­go tu je­stem.

Da­vrel spoj­rzał na niego uważ­nie.

– Mów.

Mar­tin prze­łknął ślinę, jakby zbie­rał się na od­wa­gę. Jego palce zabębniły o blat stołu. – Jack… – za­czął i za­wa­hał się. – Jack dzia­łał sa­mo­wol­nie. Chciał się po­pi­sać. Chciał, żeby Da­rion zo­ba­czył, że po­tra­fi coś zro­bić dla spra­wy. Nikt mu tego nie kazał. Da­rion nawet nie wie­dział o trans­por­cie…

Da­vrel mil­czał. W po­wie­trzu za­wi­sło cięż­kie, gęste na­pię­cie.

Aidan od­chy­lił się na krze­śle, splótł ręce za głową i pa­trzył na Mar­ti­na spod przy­mknię­tych po­wiek.

– Mów dalej – po­wie­dział cicho szlach­cic. – Co to zna­czy, że dzia­łał sam?

– Do­kład­nie to, co po­wie­dzia­łem – rach­mistrz ode­tchnął głę­bo­ko. – Jack był prze­ko­na­ny, że Da­rion się za­wa­hał. Że nie ma już od­wa­gi robić tego, co trze­ba.

– A więc po­sta­no­wił wziąć spra­wy w swoje ręce – Da­vrel ujął bu­tel­kę i ob­ró­cił ją w dłoni. – I przez to zgi­nął.

– Tak – Mar­tin spu­ścił wzrok. – Ale to nie wszyst­ko.

Go­spo­darz spoj­rzał na niego ba­daw­czo.

– Co jesz­cze?

Przy­bysz za­wa­hał się, jakby sam nie był pe­wien, czy mówić dalej.

– No mówże – po­na­glił go Aidan, ale Da­vrel po­now­nie skar­cił go wzro­kiem.

– Jest jesz­cze ktoś.

– To zna­czy?

– Da­rion nie kie­ru­je ru­chem oporu sam. Ma wspól­ni­ka. Nikt go nie wi­dział, nikt nie zna jego twa­rzy. Da­rion mówi na niego Szpak. I tylko on ma z nim kon­takt. A teraz wspól­nie pla­nu­ją coś du­że­go…

– Du­że­go? – Aidan uniósł krza­cza­stą brew. – Co na przy­kład? Jakiś sa­bo­taż?

– Nie wiem. – rach­mistrz roz­ło­żył bez­rad­nie dło­nie. – Sły­sza­łem tylko, że chcą się ze­mścić za śmierć Jacka. I że Arven w końcu zo­ba­czy, na co stać Zie­lo­ne Opoń­cze. Da­rion jest zde­spe­ro­wa­ny. Po tym wszyst­kim Agnes nie chce go znać. Wró­ci­ła z ojcem do Bree… Da­rion czuje, że traci grunt pod no­ga­mi. I że jeśli szyb­ko cze­goś nie zrobi, to wszyst­ko może się po­sy­pać.

Da­vrel po­wo­li od­sta­wił bu­tel­kę.

– Czyli znów po­le­je się krew.

Mar­tin pod­niósł na niego wzrok. – Dla­te­go tu przy­sze­dłem. Bo jeśli coś się wy­da­rzy… jeśli na­praw­dę pla­nu­ją coś du­że­go, to… Pro­szę cię, mu­sisz ich po­wstrzy­mać!

Za­pa­dła cisza.

Aidan spoj­rzał na Da­vre­la.

– Szpak srak – wy­mam­ro­tał. – Co o tym wszyst­kim my­ślisz?

Szlach­cic nie od­po­wie­dział od razu. Oparł łok­cie o stół, splótł dło­nie, a w jego oczach tliło się coś, czego Aidan nie wi­dział nigdy wcze­śniej – de­ter­mi­na­cja.

– Sądzę – po­wie­dział w końcu po­wo­li – że Mar­tin mówi praw­dę. I że nie mo­że­my po­zwo­lić by ulice Arven znów spły­nę­ły krwią.

Mar­tin z na­dzie­ją uniósł głowę.

– Co zatem za­mie­rzasz? – za­py­tał ostroż­nie.

Męż­czy­zna spoj­rzał na niego z za­du­mą.

– Naj­pierw od­wie­dzę przy­ja­cie­la.

 

Na­stęp­ne­go po­ran­ka Da­vrel za­trzy­mał się przed zna­jo­my­mi drzwia­mi. Zanim za­pu­kał, za­wa­hał się na mo­ment. Potem dwu­krot­nie ude­rzył w drew­no.

Po chwi­li otwo­rzył Cor­rin – za­spa­ny, z roz­wi­chrzo­ny­mi wło­sa­mi, w sta­rym, po­pla­mio­nym ka­fta­nie.

– Da­vrel? – mruk­nął, prze­cie­ra­jąc oczy. – Co ty tu ro­bisz o tak wcze­snej porze?

– Muszę cię o coś pro­sić.

– Teraz? – Cor­rin zmarsz­czył brwi. – A to nie może po­cze­kać do śnia­da­nia?

– Nie.

Szlach­cic spoj­rzał przy­ja­cie­lo­wi pro­sto w oczy.

– Cor­rin, chciał­bym, żebyś wstą­pił do ruchu oporu – wy­szep­tał.

 

 

Dzień był spo­koj­ny – taki, w któ­rym nawet wiatr zda­wał się przy­sta­nąć, by od­po­cząć. Da­vrel stał przed domem, w cie­niu roz­ło­ży­ste­go dębu. Ko­szu­lę miał roz­pię­tą pod szyją, rę­ka­wy pod­wi­nię­te. Czar­ny miecz po­ru­szał się w jego dło­niach z tą samą pre­cy­zją, z jaką inni mogli od­mie­rzać kwar­tę zboża – płyn­nie, bez wa­ha­nia, w ryt­mie od­de­chu.

Krok w bok, cię­cie, obrót. Kro­pla potu spły­nę­ła mu po skro­ni, ale twarz po­zo­sta­ła sku­pio­na. Ćwi­cze­nie nie miało w sobie nic z agre­sji – była w nim ra­czej dys­cy­pli­na i ro­dzaj me­dy­ta­cyj­ne­go spo­ko­ju, który przy­cho­dził tylko wtedy, gdy umysł na­praw­dę się wy­ci­sza.

Od wi­zy­ty u Cor­ri­na minął ponad ty­dzień, jed­nak jak do tej pory po­moc­nik mły­na­rza nie do­star­czył jesz­cze żad­nej war­to­ścio­wej in­for­ma­cji. A czas ucie­kał. Zresz­tą Da­vrel mar­twił się nie tylko pla­na­mi ruchu oporu, ale i bez­pie­czeń­stwem przy­ja­cie­la. Dla­te­go wy­szedł po­ćwi­czyć. Po­trze­bo­wał oczy­ścić głowę.

Wtem zza drogi do­biegł go od­głos kro­ków. Aidan, z rę­ka­mi w kie­sze­niach i źdźbłem trawy w ustach, za­trzy­mał się przy pło­cie. Przez chwi­lę przy­glą­dał się w mil­cze­niu, po czym par­sk­nął pod nosem.

– Tre­nu­jesz do ba­le­tu, Dav? – za­py­tał, uno­sząc brew. – Bra­ku­je ci tylko spód­ni­cy.

Da­vrel za­trzy­mał miecz w pół ob­ro­tu, ode­tchnął głę­bo­ko i do­pie­ro wtedy od­wró­cił się w jego stro­nę.

– Jeśli chcesz, mogę po­ka­zać ci kilka kro­ków – od­parł spo­koj­nie, wska­zu­jąc głową na sto­jak z bro­nią. – To co, Aidan? Za­tań­czy­my?

Były ska­za­niec skrzy­wił się, jakby pro­po­zy­cja była nie­przy­zwo­ita.

– Z takim pę­dra­kiem z Po­łu­dnia? To dla mnie żadna przy­jem­ność.

– No tak, twoja duma mo­gła­by nie wy­trzy­mać ko­lej­nej po­raż­ki – od­parł za­czep­nie szlach­cic.

– Albo twoje zęby – od­burk­nął Aidan i ru­szył w stro­nę sto­ja­ka. Minął go jed­nak bez słowa. Za­trzy­mał się przy pień­ku, na któ­rym le­ża­ły dwa to­por­ki, wziął je do rąk i od­wró­cił się z za­dzior­nym uśmie­chem.

– No dobra – Ob­ró­cił jeden z nich w dłoni. – W takim razie za­tańcz­my.

Da­vrel lekko uniósł miecz w po­wi­ta­niu.

– Z przy­jem­no­ścią.

Ru­szy­li jed­no­cze­śnie, choć to Aidan wy­ko­nał pierw­szy atak – gwał­tow­ny, pewny sie­bie, jakby wciąż chciał udo­wod­nić coś sobie i świa­tu. To­por­ki bły­snę­ły w słoń­cu. Pierw­sze cię­cie Da­vrel spa­ro­wał z ła­two­ścią, dru­gie­go le­d­wie unik­nął, co­fa­jąc się o krok. Ostrze świ­snę­ło tuż obok jego ra­mie­nia, tnąc po­wie­trze z prze­cią­głym sy­kiem i przy­po­mi­na­jąc mu dla­cze­go nigdy nie lubił prze­ciw­ni­ków z bro­nią w każ­dej ręce.

Zie­mia za­skrzy­pia­ła pod ich sto­pa­mi. Były ska­za­niec na­cie­rał coraz szyb­ciej. Jego ude­rze­nia były krót­kie, dzi­kie, jakby czer­pał z sa­me­go środ­ka swo­jej nie­okrze­sa­nej na­tu­ry. Da­vrel od­po­wia­dał spo­ko­jem. Pa­ro­wał, uni­kał, cze­kał. W jego ru­chach nie było agre­sji, je­dy­nie cier­pli­wość ar­ty­sty, który wie, że po­śpiech psuje dzie­ło.

Błysk me­ta­lu. Dźwięk ude­rzeń jak rytm bęb­nów. Ciała spla­ta­ją­ce się z ku­rzem. Przez krót­ką chwi­lę zda­wać się mogło, że to nie walka, a praw­dzi­wy ta­niec – z cho­re­ogra­fią na­pię­tą ni­czym cię­ci­wa.

Aidan za­mach­nął się raz jesz­cze, sze­ro­ko, z całą siłą. Da­vrel bły­ska­wicz­nie zszedł z linii ataku, ob­ró­cił się płyn­nie, a w na­stęp­nym ułam­ku se­kun­dy stal jego mie­cza za­lśni­ła tuż przy szyi prze­ciw­ni­ka.

W ciszy, która za­pa­dła sły­chać było je­dy­nie przy­spie­szo­ne od­de­chy obu wal­czą­cych.

Aidan mru­gnął, po czym wy­buch­nął śmie­chem – czy­stym, bez­tro­skim.

– No dobra, tan­ce­recz­ko, tym razem wy­gra­łeś.

Da­vrel opu­ścił miecz, a kącik jego ust uniósł się lekko.

– Tym razem – po­wtó­rzył, ni­czym  za­pro­sze­nie.

Wtem, gdzieś z góry, do­le­ciał ich dźwięk okla­sków. Od­wró­ci­li głowy. Na bal­ko­nie, opar­ty o po­ręcz, stał Mar­tin. Uśmie­chał się z uzna­niem, choć w jego oczach kryło się coś czuj­ne­go.

– No, no – rzu­cił z góry. – Może i masz oko do koni, Da­vrel, ale z mie­czem też nie­źle sobie ra­dzisz.

Zszedł na dół, kilka ostat­nich schod­ków prze­ska­ku­jąc z gra­cją, któ­rej nie spo­dzie­wa­li­by się po urzęd­ni­ku od ksiąg. Po­pra­wił rę­ka­wy ko­szu­li, po czym zbli­żył się do sto­ją­cych na dzie­dziń­cu męż­czyzn.

– Teraz moja kolej – po­wie­dział.

Da­vrel lekko uniósł brwi i uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

– Nie są­dzi­łem, że po tym co wła­śnie zo­ba­czy­łeś, bę­dziesz się jesz­cze miał ocho­tę ze mną zmie­rzyć.

– Spo­koj­nie, nie z tobą. – Rach­mistrz wska­zał na Aida­na. – Z nim.

Były ska­za­niec uniósł to­por­ki. W jego oczach bły­snę­ło roz­ba­wie­nie.

– Prze­ciw tobie? A czym bę­dziesz wal­czył, ka­ła­ma­rzem?

Mar­tin bez słowa się­gnął po długi że­la­zny pręt opar­ty o ścia­nę. Ob­ró­cił go w dłoni, spraw­dza­jąc wagę, po czym sta­nął na­prze­ciw ry­wa­la.

– Wy­star­czy. – Uśmiech­nął się lekko. – Tylko nie ma­rudź, jak znów do­sta­niesz po tyłku.

Aidan ru­szył pierw­szy, tak jak wcze­śniej z Da­vre­lem – pewny sie­bie, z roz­pę­dem. Ale jego prze­ciw­nik nie po­trze­bo­wał zro­bić nawet kroku. Wy­ko­rzy­stu­jąc dłu­gość swo­jej broni spra­wił, że po pierw­szym, wy­mie­rzo­nym nisko, cio­sie były ska­za­niec po­tknął się. Drugi ściął mu rów­no­wa­gę. Męż­czy­zna runął na zie­mię, kurz wzbił się w po­wie­trze.

Zanim zdo­łał się od­wró­cić, Mar­tin przy­ci­snął mu ko­niec pręta do ple­ców.

– Gdyby to była włócz­nia – po­wie­dział spo­koj­nie – już byś nie żył.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła cisza. Potem Mar­tin cof­nął broń i wy­cią­gnął rękę.

– Chodź. Po­pra­cu­je­my nad pracą nóg.

Aidan spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem, po czym ro­ze­śmiał się sze­ro­ko.

– Do­brze, do­brze… ale jeśli znów mnie po­wa­lisz, to sta­wiasz piwo. Jeśli ja cie­bie, też. Go­rą­co dziś jak cho­le­ra.

– Umowa stoi – od­parł roz­ba­wio­ny Mar­tin, po­ma­ga­jąc mu wstać.

Da­vrel oparł się o płot i przy­glą­dał im się w mil­cze­niu.

W pro­mie­niach po­po­łu­dnio­we­go słoń­ca trzej męż­czyź­ni wy­glą­da­li przez chwi­lę jak sta­rzy to­wa­rzy­sze broni, a nie lu­dzie wplą­ta­ni w spra­wy, które mogły kosz­to­wać ich życie.

 

 

W ciszy nocy coś ude­rzy­ło w drzwi. Raz, potem drugi i trze­ci – coraz moc­niej, jakby po tam­tej stro­nie ktoś wal­czył o życie.

Da­vrel ze­rwał się z łóżka, chwy­cił le­żą­cy nie­opo­dal miecz i otwo­rzył okien­ni­ce. Na ze­wnątrz pa­no­wa­ła głu­cha ciem­ność, tylko wiatr hu­czał w ko­ro­nach drzew.

Z ko­ry­ta­rza do­biegł stu­kot kro­ków. Aidan, wpó­łu­bra­ny, z to­por­kiem w dłoni, mruk­nął:

– Kto, u dia­bła, wali o tej porze?

Szlach­cic nie od­po­wie­dział. Zszedł po scho­dach i otwo­rzył drzwi.

Na progu stał Cor­rin – blady, z za­pad­nię­ty­mi po­licz­ka­mi, zzia­ja­ny jakby biegł pół nocy. Płaszcz miał roz­dar­ty a w oczach pa­ni­kę.

– Zie­lo­ne Opoń­cze… – wy­dy­szał. – Ude­rzą przed świ­tem. Gar­ni­zon w Har­row­den… Żoł­nie­rze Pół­no­cy… Odwet za Jacka…

Aidan za­klął pod nosem, Mar­tin po­ja­wił się na scho­dach, jesz­cze za­spa­ny.

Da­vrel nie tra­cił czasu.

– Mar­tin, zo­sta­jesz i pil­nu­jesz dworu. Aidan – bądź w po­go­to­wiu, ale ni­g­dzie się nie ru­szaj.

Zwró­cił się do Cor­ri­na:

– Ty wra­caj do sie­bie. Z nikim nie roz­ma­wiaj.

Cor­rin wy­glą­dał, jakby chciał coś po­wie­dzieć, ale wi­dząc spoj­rze­nie Da­vre­la, ski­nął tylko głową.

Drzwi za­trza­snę­ły się z głu­chym hu­kiem, a po chwi­li z dzie­dziń­ca do­biegł tę­tent kopyt.

 

Noc po­wo­li ustę­po­wa­ła miej­sca świ­to­wi. Zie­mia pa­ro­wa­ła po desz­czu, w po­wie­trzu czuć było smak dymu i me­ta­lu.

Da­vrel ga­lo­po­wał sa­mot­nie, sku­lo­ny w sio­dle, z mie­czem prze­wie­szo­nym przez plecy. Koń par­skał, ko­py­ta chlu­pa­ły w bło­cie. Przez prawe ramię szlach­cic do­strze­gał już ró­żo­wy blask ju­trzen­ki. Wtem jego oczom uka­za­ło się inne świa­tło. W od­da­li ma­ja­czy­ła czer­wo­na łuna – pło­mien­ny blask bi­ją­cy z kie­run­ku, w któ­rym le­ża­ło Har­row­den. Każdy ko­lej­ny za­kręt drogi od­sła­niał coraz więk­sze ję­zy­ki ognia nad ho­ry­zon­tem.

– Spóź­ni­łem się – prze­mknę­ło mu przez głowę.

Po­gnał konia. Wiatr szar­pał płaszcz, ga­łę­zie sma­ga­ły go po twa­rzy.

Wokół pa­no­wa­ła nie­na­tu­ral­na cisza – żad­nych pta­ków, żad­nych gło­sów. Tylko dym, coraz gęst­szy, coraz bliż­szy.

W pew­nej chwi­li, zza za­krę­tu, do­biegł huk. Potem echo krzy­ku.

Da­vrel nie za­trzy­my­wał się. Teraz li­czy­ła się każda se­kun­da.

Na dro­dze przed nim nagle po­ja­wi­ła się ciem­na syl­wet­ka. Jeź­dziec, pę­dzą­cy wprost na niego.

Szarp­nął cugle – koń sta­nął dęba, zie­mia pry­snę­ła bło­tem. Tam­ten też się za­trzy­mał. W ostat­niej chwi­li.

Przez mo­ment obaj pa­trzy­li na sie­bie przez tuman kurzu i dymu.

Potem Da­vrel roz­po­znał twarz.

– Da­rion.

Da­rion wy­glą­dał jak czło­wiek, który cudem wy­mknął się śmier­ci – twarz miał czar­ną od sadzy, na ra­mie­niu ślady krwi, oczy prze­krwio­ne.

– Pu­łap­ka… – wy­dy­szał. – Wal­dron wie­dział. Cze­ka­li na nas… Strza­ły z każ­dej stro­ny. Nie wiem, kto oca­lał…

Da­vrel spoj­rzał na niego uważ­nie.

– Zie­lo­ne Opoń­cze?

– Roz­pro­sze­ni. Paru może ucie­kło. Więk­szość… – męż­czy­zna urwał, po­trzą­sa­jąc głową. – To ko­niec.

Przez chwi­lę sły­chać było tylko cięż­ki od­dech ich koni i szum wia­tru nio­są­ce­go po­piół.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach spa­le­ni­zny.

Szlach­cic spoj­rzał ku wzgó­rzom.

– Jesz­cze nie – oznaj­mił.

Nie zdą­żył po­wie­dzieć nic wię­cej.

Zza naj­bliż­sze­go pa­gór­ka roz­legł się tę­tent. Naj­pierw po­je­dyn­czy, potem drugi, trze­ci – aż zie­mia za­czę­ła drżeć.

Da­vrel od­wró­cił się gwał­tow­nie. Pię­ciu jeźdź­ców wy­ło­ni­ło się z po­ran­nej mgły, stal bły­snę­ła w pierw­szym świe­tle po­ran­ka.

– Żoł­nie­rze Wal­dro­na – wark­nął Da­rion, chwy­ta­jąc miecz.

Nie było już czasu na uciecz­kę.

Pierw­szy z na­past­ni­ków do­padł ich w ga­lo­pie. Da­vrel ściął go jed­nym, szyb­kim cio­sem. Krew try­snę­ła na sio­dło.

Drugi jeź­dziec za­szar­żo­wał od boku – szlach­cic uchy­lił się w ostat­niej chwi­li, koń Da­rio­na wpadł mię­dzy wro­gów. Metal ude­rzał o metal, iskry sy­pa­ły się w po­wie­trzu.

Da­vrel wal­czył me­to­dycz­nie, jak za­wsze – pre­cy­zja, rytm, żad­nych zbęd­nych ru­chów.

Da­rion prze­ciw­nie – jak ogień, który trawi wszyst­ko, co sta­nie mu na dro­dze. Wy­krzy­ku­jąc wście­kle, ata­ko­wał, pa­ro­wał, ude­rzał. Wszyst­ko z dziką de­ter­mi­na­cją.

Ostat­ni z żoł­nie­rzy pró­bo­wał uciec. Da­vrel do­padł go i ciął mie­czem, aż ten spadł z konia i osu­nął się w błoto.

Za­pa­dła cisza, którą prze­ry­wa­ły je­dy­nie od­de­chy, koń­skie par­sk­nię­cia i szum wia­tru.

Da­rion zsiadł z konia, oparł się na mie­czu. Krew spły­wa­ła po jego dło­niach.

– Nie po­win­ni byli wie­dzieć… – wy­szep­tał. – Ktoś mu­siał ich ostrzec.

Da­vrel otarł ostrze o płaszcz jed­ne­go z za­bi­tych.

– Wal­dron nie jest głup­cem – od­parł chłod­no. – Ma szpie­ga w ruchu oporu.

Przez chwi­lę żaden z nich się nie od­zy­wał.

Na wscho­dzie niebo za­czy­na­ło ró­żo­wieć – świt nad Har­row­den – polem tru­pów i dy­mią­cy­mi ru­ina­mi.

Ho­dow­ca wi­no­ro­śli wy­pro­sto­wał się, wciąż dy­sząc cięż­ko.

– Co teraz? – za­py­tał nie­pew­nie.

Szlach­cic spoj­rzał na niego spo­koj­nie.

– Wy­bra­łeś swoją ścież­kę, Da­rion. Czas po­sta­wić ko­lej­ny krok. Jeśli chcesz prze­żyć – jedź do pro­win­cji Idris. To za­baw­ne, ale tam bę­dziesz naj­bez­piecz­niej­szy. Wal­dron nie bę­dzie cię szu­kał tuż pod nosem na­miest­ni­ka.

– Nie – za­pro­te­sto­wał przy­ja­ciel. – Nie mogę. Jesz­cze nie…

Da­vrel pod­szedł bli­żej. Cisza mię­dzy nimi zgęst­nia­ła. W końcu męż­czy­zna ode­zwał się wolno, pew­nie:

– To je­dy­ne wyj­ście. Po­dob­no wzdłuż rzeki do­cho­dzi cza­sem do po­ty­czek z żoł­nie­rza­mi Pół­no­cy. Może uda ci się ze­brać no­wych re­kru­tów.

– Ale Arven… win­ni­ce… Agnes… – za­pła­kał Da­rion.

– Nie ma czasu. Ru­szaj! – po­na­glił go Da­vrel.

Przez chwi­lę pa­trzy­li na sie­bie w mil­cze­niu. W tle wiatr uno­sił dym i po­piół z ruin Har­row­den.

Wresz­cie ho­dow­ca wi­no­ro­śli ski­nął głową.

– A ty? – za­py­tał cicho.

– Zo­sta­nę tutaj. Po­mo­gę oca­la­łym.

Da­rion jesz­cze przez mo­ment zwle­kał, po czym wsko­czył na konia i ru­szył w kie­run­ku pół­noc­nej gra­ni­cy. Od­jeż­dża­jąc, nie obej­rzał się ani razu.

Da­vrel pa­trzył za nim tak długo, aż syl­wet­ka przy­ja­cie­la znik­nę­ła mię­dzy drze­wa­mi.

W końcu od­wró­cił się w stro­nę po­łu­dnia, gdzie niebo bla­dło już od wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Po­gła­dził konia po szyi i po­wie­dział pół­gło­sem:

– Do domu.

 

 

Od kilku dni nad Arven wi­sia­ła cisza, jakby ktoś na­ło­żył na mia­stecz­ko czar­ny całun. W po­wie­trzu czuć było na­pię­cie i strach. Lu­dzie po­ru­sza­li się szyb­ciej niż zwy­kle, roz­ma­wia­li ci­szej, uni­ka­li spoj­rzeń straż­ni­ków. Nawet Tho­ren, który zwy­kle pra­co­wał od świtu do zmierz­chu, za­my­kał kuź­nię już wcze­snym po­po­łu­dniem.

Wieść o ma­sa­krze w Har­row­den ro­ze­szła się bły­ska­wicz­nie. Nikt nie wie­dział do­kład­nie, co się wy­da­rzy­ło, ale każdy znał kogoś, kto po tam­tej nocy nie wró­cił do domu. W przy­ci­szo­nych roz­mo­wach pa­da­ły słowa takie jak za­sadz­ka, ogieńWal­dron. Nikt nie od­wa­żył się wy­po­wie­dzieć gło­śno imie­nia Da­rio­na, choć wszy­scy wie­dzie­li, że był w to za­mie­sza­ny.

Tego ranka Da­vrel je­chał po­wo­li, bez po­śpie­chu. Koń stą­pał po wil­got­nej dro­dze, a para uno­si­ła się z jego noz­drzy w chłod­nym po­wie­trzu. Gdy zbli­żył się do domu Lysii, do­strzegł coś, co od razu po­sta­wi­ło go w stan go­to­wo­ści. Przy bra­mie stali żoł­nie­rze w czar­no-bur­gun­do­wych bar­wach. Obok nich ze­brał się mały tłum miesz­kań­ców. Ko­bie­ty trzy­ma­ły dzie­ci za ręce, męż­czyź­ni mil­cze­li, nie­któ­rzy z twa­rza­mi jak ka­mień, inni z ocza­mi peł­ny­mi gnie­wu i lęku.

Szlach­cic ze­sko­czył z sio­dła, podał wodze chło­pa­ko­wi z tłumu i bez słowa ru­szył ku wej­ściu. Straż­nik spoj­rzał na niego z wa­ha­niem, ale nie od­wa­żył się go za­trzy­mać. Z dzie­dziń­ca do­bie­gły pod­nie­sio­ne głosy – ostry ton roz­ka­zu, ko­bie­cy krzyk, szy­der­czy śmiech.

Gdy prze­kro­czył bramę, Da­vrel zo­ba­czył scenę, która na mo­ment za­par­ła mu dech.

Po­środ­ku dzie­dziń­ca stał Nair Wal­dron, wy­so­ki, w czar­nym płasz­czu z wy­szy­tym nowym her­bem rodu. Jego dłoń spo­czy­wa­ła na rę­ko­je­ści to­po­ra. Przed nim, w bło­cie, klę­czał stary wójt, Adam de Vrij. Twarz miał za­krwa­wio­ną, a ręce spę­ta­ne za ple­ca­mi.

Po lewej stro­nie, przy­trzy­my­wa­na przez dwóch żoł­nie­rzy, stała Lysia. Włosy miała roz­czo­chra­ne, po­licz­ki mokre od łez. Wi­dząc uko­cha­ne­go, wy­rwa­ła się na­przód, ale jeden ze straż­ni­ków bru­tal­nie po­cią­gnął ją z po­wro­tem.

Da­vrel za­trzy­mał się kilka kro­ków od Wal­dro­na.

– Co tu się dzie­je? – za­py­tał spo­koj­nie, choć w jego gło­sie po­brzmie­wał ton gnie­wu.

Za ple­ca­mi usły­szał szmer – to lu­dzie z Arven wcho­dzi­li na dzie­dzi­niec. Jed­nych przy­wio­dła tu tro­ska o wójta, in­nych zwy­kła cie­ka­wość.

Za­rząd­ca od­wró­cił się po­wo­li, a na jego twa­rzy po­ja­wił się gry­mas przy­po­mi­na­ją­cy uśmiech.

– Ach, sir Da­vrel Gris. Do­sko­na­ły mo­ment. Bę­dziesz świad­kiem eg­ze­ku­cji.

– Eg­ze­ku­cji? – po­wtó­rzył szlach­cic po­wo­li. – Czy­jej?

– Tego oto czło­wie­ka – od­parł Wal­dron, wska­zu­jąc na klę­czą­ce­go wójta. – Przy­wód­cy bun­tow­ni­ków. Szpa­ka – ostat­nie słowo wy­mó­wił nie­mal try­um­fal­nie.

Przez tłum prze­biegł cichy po­mruk. Ktoś za­klął pod nosem, ktoś inny prze­że­gnał się szyb­ko. Wójt uniósł głowę. Usta mu drża­ły, lecz nie ode­zwał się ani sło­wem.

Nair ski­nął na jed­ne­go ze straż­ni­ków, który zbli­żył się i ude­rzył star­ca otwar­tą dło­nią. Głu­chy plask odbił się echem od murów. Lysia krzyk­nę­ła, po­now­nie pró­bu­jąc się wy­rwać.

– Przy­znaj się! – ryk­nął Wal­dron, po­chy­la­jąc się nad klę­czą­cym męż­czy­zną. – Mów, że to ty!

Mimo to, wójt nadal mil­czał. A jed­nak w jego oczach próż­no było szu­kać od­wa­gi. Już prę­dzej re­zy­gna­cji – jakby po­go­dził się z tym, co tego dnia miał zgo­to­wać mu los.

Da­vrel zro­bił krok na­przód.

– Nair – po­wie­dział spo­koj­nie, choć każde słowo nio­sło w sobie na­pię­cie. – Ty na­praw­dę w to wie­rzysz?

Wal­dron od­wró­cił głowę, za­sko­czo­ny tonem roz­mów­cy.

– W co, sir Gris?

– W to, że ten klę­czą­cy przed tobą sta­rzec był w sta­nie zor­ga­ni­zo­wać zbroj­ny atak na gar­ni­zon. – Szlach­cic mówił z drwi­ną, ale w jego spoj­rze­niu tliła się lo­do­wa­ta po­wa­ga. – Prze­cież on ledwo trzy­ma pióro, nie mó­wiąc już o mie­czu.

Przez tłum po­now­nie prze­biegł po­mruk, tym razem apro­ba­ty.

Wal­dron zmru­żył oczy.

– Jeśli nie on, to kto?

Da­vrel uśmiech­nął się krzy­wo.

– Do tego trze­ba kogoś młod­sze­go. Kogoś z cha­ry­zmą. Kogoś, kto po­rwie za sobą ludzi.

Za­rząd­ca przyj­rzał mu się po­dejrz­li­wie.

– Wiesz kim jest Szpak, Gris?

– Moż­li­we – Da­vrel wzru­szył ra­mio­na­mi. A potem, jakby nie­sio­ny chwi­lą dodał: – Jeśli na­praw­dę chcesz wie­dzieć, to Szpak…

Zro­bił krok na­przód, sta­jąc nie­mal twa­rzą w twarz z roz­mów­cą. Wokół za­pa­dła głę­bo­ka cisza, prze­ry­wa­na je­dy­nie chrzę­stem pan­ce­rzy i od­le­głym kra­ka­niem wron.

Da­vrel uniósł pod­bró­dek i do­koń­czył wy­raź­nym, pew­nym gło­sem:

– …to ja.

Wy­po­wie­dzia­ne przez niego słowa za­wi­sły cięż­ko w po­wie­trzu.

Na dzie­dziń­cu zro­bi­ło się tak cicho, że sły­chać było, jak wiatr szar­pie cho­rą­gwie na mu­rach. Żoł­nie­rze spoj­rze­li po sobie, nie­pew­ni, czy to pro­wo­ka­cja, czy sza­leń­stwo. Lysia za­mar­ła, wpa­trzo­na w uko­cha­ne­go tak, jakby pró­bo­wa­ła od­czy­tać z jego twa­rzy co za­mie­rza.

Wal­dron mil­czał dłuż­szą chwi­lę. A potem wy­buchł grom­kim śmie­chem.

– Więc to tak? – za­py­tał. – Przy­by­łeś tu, żeby ze mnie drwić? Wszy­scy wie­dzą, że do­pie­ro nie­daw­no wró­ci­łeś do Arven. Jak niby miał­byś to wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wać? Wiem, że chcesz ra­to­wać ojca ukochanej, ale nie ośmie­szaj się, Gris.

– To ty się ośmie­szasz, Nair – chłod­no od­po­wie­dział mu Da­vrel. – Czyż­byś nie za­uwa­żył, że od mo­je­go po­wro­tu ak­tyw­ność ruchu oporu wzro­sła? A Da­rion? Prze­cież to mój przy­ja­ciel. Nie przy­szło Ci do głowy, że cały czas dzia­łał z mo­je­go roz­ka­zu?

Na ustach za­rząd­cy po­ja­wił się gry­mas: pół uśmiech, pół drgnię­cie gnie­wu.

– I jak my­ślisz, czemu w ogóle wró­ci­łem do Arven? – kon­ty­nu­ował szlach­cic. – Jeśli nie po to, by wy­rżnąć pół­noc­nych na­jeźdź­ców i wszyst­kie wier­ne im kun­dle!

Przez zgro­ma­dzo­ny na dzie­dziń­cu tłum po raz ko­lej­ny prze­szedł szmer.

– Za­pła­cisz mi za to – wy­szep­tał wście­kle Wal­dron.

Da­vrel nie od­po­wie­dział. Stał nie­ru­cho­mo, wzrok miał chłod­ny, spo­koj­ny.

– Stra­że! – krzyk­nął za­rząd­ca. Żoł­nie­rze się­gnę­li po broń.

Sto­ją­cy po środ­ku placu Da­vrel od­su­nął płaszcz i od­sło­nił miecz. Ciem­na stal bły­snę­ła w zim­nym świe­tle wrze­śnio­we­go przed­po­łu­dnia.

– Więc to tak – po­wie­dział spo­koj­nie. – To jest ta twoja nowa tra­dy­cja, Wal­dron? Cho­wa­nie się za ple­ca­mi in­nych. Już ro­zu­miem czemu stare rody tak tobą po­gar­dza­ją. Nie dla­te­go, że je­steś bę­kar­tem, ale dla­te­go, że je­steś tchó­rzem!

Ostat­nie słowo tra­fi­ło Naira pro­sto mię­dzy oczy.

– Dosyć – za­ry­czał. – Wy­zy­wam cię na an gore, sta­waj!

Ko­lej­ny po­mruk w tłu­mie, ale tym razem inny. Jakby uzna­nia.

– Ach, po­je­dy­nek Tan gore. Więc jed­nak tra­dy­cja nie jest ci obca – od­parł szlach­cic. – Ale jaką mam gwa­ran­cję, że jeśli wy­gram odej­dę wolny?

– Masz moje słowo – prych­nął Wal­dron. – Żoł­nie­rze usza­nu­ją starą tra­dy­cję. A zresz­tą, i tak nie prze­ży­jesz walki.

Znów za­pa­dła cisza. Tylko Lysia szarp­nę­ła się do przo­du, ale żoł­nierz chwy­cił ją za ramię.

– Da­vrel, nie! – krzyk­nę­ła.

Nie spoj­rzał w jej stro­nę. Zro­bił krok w ubite błoto dzie­dziń­ca. Pa­trzył jak Wal­dron po­wo­li do­by­wa to­po­ra. Stal prze­cię­ła po­wie­trze z ci­chym świ­stem.

– A zatem, sir Gris. – Nair uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Czas na spo­tka­nie ze śmier­cią.

Ich zde­rze­nie było gwał­tow­ne. Wal­dron ru­szył pierw­szy– cięż­ko, bru­tal­nie, z siłą czło­wie­ka, który przez lata nie ćwi­czył, lecz wal­czył. Da­vrel cof­nął się pod na­po­rem ude­rze­nia. Potem ko­lej­ny krok w tył. Moc z jaką za­ata­ko­wał Nair wy­raź­nie go za­sko­czy­ła.

W końcu od­su­nął się w bok a jego klin­ga prze­cię­ła po­wie­trze płyn­nie, nie­mal lekko.

Ude­rze­nie, unik, błysk ostrza. Po­wtórz.

Na dzie­dziń­cu żoł­nie­rze zmie­sza­li się z tłu­mem, two­rząc wokół wal­czą­cych męż­czyzn niemy krąg.

Da­vrel po­ru­szał się teraz z pre­cy­zją. Każdy jego krok był wy­wa­żo­ny, każdy ruch mie­cza prze­my­śla­ny. Wal­dron, coraz bar­dziej wście­kły, parł na­przód, nie­cier­pli­wy, chcąc jed­nym cel­nym cio­sem za­koń­czyć całe wi­do­wi­sko.

– Walcz jak męż­czy­zna! – ryk­nął, ude­rza­jąc z góry.

Da­vrel odbił cios, ob­ra­ca­jąc się w pół kroku. Brzdęk klin­gi i wtem jego ostrze wśli­zgnę­ło się pod gardę prze­ciw­ni­ka i roz­cię­ło mu po­li­czek. Krew try­snę­ła na błoto. Nair syk­nął z bólu, cof­nął się, po czym ru­szył do przo­du z jesz­cze więk­szą furią. Ude­rzał teraz bez ładu, na ślepo, z siłą i de­ter­mi­na­cją zła­pa­ne­go w po­trzask zwie­rzę­cia. Był jesz­cze groź­niej­szy.

Jego pięść tra­fi­ła Da­vre­la pod żebra tak sil­nie, że ten na mo­ment nie­mal stra­cił od­dech i upadł. Zza ple­ców do­le­ciał go stłu­mio­ny krzyk Lysii.

Ze­pchnię­ty do obro­ny, szlach­cic cofał się krok po kroku. Aż nagle przy­sta­nął. Ostrza wal­czą­cych skrzy­żo­wa­ły się po raz ko­lej­ny, ale tym razem Da­vrel po­zwo­lił prze­ciw­ni­ko­wi na­ci­snąć. Wstrzy­mał od­dech. A potem ugiął ko­la­no, na­stęp­nie wy­ko­nał gwał­tow­ny zwrot i, nisko pro­wa­dząc klin­gę, bły­ska­wicz­nie prze­rzu­cił miecz do dru­giej ręki. Słoń­ce bły­snę­ło na ostrzu, gdy metal prze­szył ciało nieco po­ni­żej żeber.

Wal­dron za­marł, po czym osu­nął się na ko­la­na. Pró­bo­wał jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale słowa uwię­zły mu w gar­dle. Potem runął na wznak, aż błoto roz­pry­snę­ło się na boki.

Dzie­dzi­niec po­grą­żył się w ciszy.

Da­vrel, nie po­ru­sza­jąc się, pa­trzył na po­le­głe­go. Od­dy­chał cięż­ko, a w jego twa­rzy nie było trium­fu. Je­dy­nie cień żalu.

Ktoś upu­ścił włócz­nię. Metal ude­rzył o ka­mień, dźwięk prze­ciął ciszę ni­czym krzyk. Kilku żoł­nie­rzy cof­nę­ło się od­ru­cho­wo, inni tylko stali z opusz­czo­ny­mi mie­cza­mi. Nikt nie wie­dział, co robić. Na twa­rzach ma­lo­wa­ło się na­pię­cie. Wice do­wód­ca – wy­so­ki męż­czy­zna o po­bla­dłej twa­rzy i wło­sach po­prze­ty­ka­nych si­wi­zną – zro­bił krok na­przód. Spoj­rzał na mar­twe­go za­rząd­cę. Na­stęp­nie prze­niósł wzrok na Da­vre­la, który stał nad cia­łem, z ręką wciąż na rę­ko­je­ści mie­cza.

– Rzuć broń! – roz­ka­zał.

W tym mo­men­cie w ota­cza­ją­cym ich tłu­mie dał się sły­szeć gniew­ny po­mruk.

– Nie mo­że­cie go aresz­to­wać! To był ho­no­ro­wy po­je­dy­nek! – roz­le­gły się okrzy­ki.

Mar­kus wy­su­nął się spo­śród ze­bra­nych.

– Mu­si­cie usza­no­wać świę­tą tra­dy­cje Tan gore. Nawet na Pół­no­cy się jej prze­strze­ga – po­wie­dział, a w jego gło­sie po­brzmie­wał ton groź­by.

– Nie aresz­tu­ję go za za­bi­cie za­rząd­cy – wy­ja­śnił wice do­wód­ca – ale za przy­wódz­two w ruchu oporu. Sami sły­sze­li­ście jak się przy­znał!

Na twa­rzach ze­bra­nych na dzie­dziń­cu ludzi wy­ma­lo­wał się cień kon­ster­na­cji.

Da­vrel drgnął.

– Nie je­stem Szpa­kiem – po­wie­dział gło­sem spo­koj­nym, ale sta­now­czym. – Nie wiem kto jest.

– Ale przed chwi­lą…

– Mówię praw­dę. Jeśli pod­wa­żasz uczci­wość moich słów, mo­żesz wy­zwać mnie na po­je­dy­nek.

Wice do­wód­ca cof­nął się o krok. Nie był ry­zy­kan­tem, ra­czej czło­wie­kiem prag­ma­tycz­nym. Po­nad­to, wy­czu­wał rów­nież ro­sną­cy gniew tłumu. Wie­dział, że w tych oko­licz­no­ściach walka mo­gła­by nie skoń­czyć się do­brze.

– A więc? – za­py­tał Da­vrel. – Jak bę­dzie?

– Opu­ścić broń – za­ko­men­de­ro­wał ofi­cer. – Po­zwól­cie mu odejść.

Nie cze­ka­jąc aż zmie­ni zda­nie, szlach­cic od­wró­cił się i bez słowa ru­szył w stro­nę wyj­ścia. Żoł­nie­rze roz­stą­pi­li się w mil­cze­niu.

Po kolei mijał wpa­trzo­nych w niego miesz­kań­ców Arven. Na dzie­dziń­cu nikt nie kla­skał, nikt nie wi­wa­to­wał. Tylko cisza i za­pach że­la­za uno­si­ły się w chłod­nym po­wie­trzu, jak po burzy, która prze­szła zo­sta­wia­jąc po sobie je­dy­nie zglisz­cza daw­ne­go po­rząd­ku.

Kiedy prze­cho­dził obok Lysii, zwol­nił i rzu­cił jej krót­kie spoj­rze­nie. Stała nadal w tym samym miej­scu i nie­przy­tom­ny­mi oczy­ma wpa­try­wa­ła się w cudem oca­lo­ne­go ojca.

 

 

W sy­pial­ni pa­no­wa­ła cisza, ja­kiej nie sły­szał od dawna. Ogień w ko­min­ku do­ga­sał, rzu­ca­jąc na ścia­ny nie­re­gu­lar­ne, drga­ją­ce cie­nie.

Na stole le­ża­ła jego klin­ga – oczysz­czo­na z krwi, lecz wciąż cięż­ka od wspo­mnień. Da­vrel prze­su­wał po niej szmat­ką, po­wo­li, jakby chciał ze­trzeć nie tylko brud, ale i to, co rano wy­da­rzy­ło się przed domem wójta.

Na ze­wnątrz wiatr szar­pał okien­ni­cą, w dole uja­dał pies. Zza drzew do­bie­ga­ło echo dzwo­nów – ktoś mo­dlił się jesz­cze za duszę po­le­głych pod Har­row­den.

Męż­czy­zna wes­tchnął, od­su­nął miecz i oparł łok­cie o ko­la­na. W dło­niach czuł drże­nie.

Pu­ka­nie do drzwi było tak ciche, że przez mo­ment są­dził, iż to wiatr. Nie od­po­wie­dział, lecz po chwi­li za­wia­sy skrzyp­nę­ły i do środ­ka wśli­zgnę­ło się świa­tło świe­cy.

W progu sta­nę­ła Lysia. W pół­mro­ku wy­glą­da­ła ina­czej niż zwy­kle – de­li­kat­na, nie­mal ete­rycz­na, jakby i na niej ten dzień od­ci­snął swoje pięt­no. Trzy­ma­ła świe­cę obu­rącz, a pło­mień drżał, od­bi­ja­jąc się w jej oczach.

– Mar­tin mnie wpu­ścił – po­wie­dzia­ła cicho.

Da­vrel uniósł wzrok, nie od­po­wia­da­jąc.

– Wszy­scy mówią, że je­steś bo­ha­te­rem – do­da­ła po chwi­li.

Za­wa­ha­ła się, wciąż sto­jąc w drzwiach. Świa­tło świe­cy roz­le­wa­ło się po pod­ło­dze, roz­dzie­la­jąc ich pasem cie­płe­go bla­sku.

– Mogę wejść? – za­py­ta­ła.

Szlach­cic ski­nął głową. Dziew­czy­na prze­kro­czy­ła próg i za­mknę­ła za sobą drzwi. Aro­mat wosku roz­niósł się po izbie.

Lysia zbli­ży­ła się po­wo­li i po­sta­wi­ła świe­cę na stole, obok mie­cza. Przez mo­ment pa­trzy­ła na niego w mil­cze­niu – na czar­ny metal, w któ­rym nie od­bi­ja­ło się świa­tło.

– Nie po­win­nam ci prze­szka­dzać – szep­nę­ła. – Ale nie mo­głam za­snąć.

Da­vrel ski­nął głową, lecz nie od­wró­cił wzro­ku od ognia.

– Ja też nie.

Usia­dła na­prze­ciw niego, z dłoń­mi sple­cio­ny­mi na ko­la­nach, jakby szu­ka­ła w nich opar­cia. Przez chwi­lę mil­cze­li, słu­cha­jąc trza­sku drew­na w ko­min­ku.

– Chcia­łam ci po­dzię­ko­wać – po­wie­dzia­ła w końcu. – Za ojca. Za to, że sta­ną­łeś po na­szej stro­nie, gdy nikt inny nie od­wa­żył się ode­zwać. Gdyby nie ty…

Nie do­koń­czy­ła, głos jej się za­ła­mał. Da­vrel spoj­rzał na nią, a potem prze­niósł wzrok na le­żą­cą mię­dzy nimi klin­gę.

– Zro­bi­łem tylko to, co było ko­niecz­ne – od­parł spo­koj­nie. – Poza tym nie chcia­łem, żebyś ty też zo­sta­ła bez ro­dzi­ny. Ale za­bi­cie Naira nie przy­nie­sie nic do­bre­go.

Lysia zmarsz­czy­ła brwi.

– Co masz na myśli?

– Wal­dron był ty­ra­nem, to praw­da – od­po­wie­dział po­wo­li, jakby ważąc każde słowo. – Ale był też czło­wie­kiem z za­sa­da­mi. Wie­rzył w to, co robi.

Prze­su­nął dło­nią po rę­ko­je­ści mie­cza, jak gdyby spraw­dzał, czy ten jest praw­dzi­wy.

– A ja… po pro­stu byłem szyb­szy.

W jego gło­sie nie było ani dumy, ani skru­chy – je­dy­nie zmę­cze­nie. Cichy ton czło­wie­ka, który w zbyt krót­kim cza­sie do­świad­czył zbyt wiele.

Lysia na­chy­li­ła się lekko do przo­du.

– Gdy­byś tego nie zro­bił, mój oj­ciec by nie prze­żył. I wielu in­nych rów­nież. Od­bie­ra­jąc jedno życie, ura­to­wa­łeś wiele.

Da­vrel uśmiech­nął się krzy­wo, bez ra­do­ści.

– Wiem – wy­szep­tał.

Za­pa­dła cisza. Ogień przy­gasł, a w jego mi­go­ta­niu twa­rze oboj­ga wy­glą­da­ły jak od­bi­cia w wo­dzie – nie­trwa­łe, roz­my­te, pra­wie nie­rze­czy­wi­ste. Lysia wy­cią­gnę­ła rękę i do­tknę­ła jego dłoni.

– Dziś rano oca­li­łeś Arven – szep­nę­ła. – I mnie.

Da­vrel znów nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał na ich sple­cio­ne dło­nie, potem na jej twarz, w któ­rej od­bi­jał się pło­mień świe­cy. W jego oczach po­ja­wi­ło się coś ła­god­ne­go – jesz­cze nie ulga, ale ro­dzaj ci­che­go przy­zwo­le­nia. Na bli­skość, któ­rej od tak dawna uni­kał.

Od­su­nął miecz, jakby chciał choć na mo­ment od­dzie­lić prze­szłość od chwi­li, w któ­rej się zna­leź­li. Wstał i pod­szedł do okna. Na ze­wnątrz świat za­marł w pół­mro­ku – mgła snuła się mię­dzy do­ma­mi, a z od­da­li do­bie­ga­ło stłu­mio­ne kra­ka­nie wron.

– To jesz­cze nie ko­niec – po­wie­dział po chwi­li. – Śmierć Wal­dro­na ni­cze­go nie za­koń­czy­ła. Na jego miej­sce na­miest­nik przy­śle kogoś in­ne­go. Za­wsze tak jest.

Od­wró­cił się.

– A wtedy Arven znów może stać się polem bitwy.

Lysia pod­nio­sła wzrok.

– Po­ra­dzi­my sobie – po­wie­dzia­ła z taką pew­no­ścią, jakby pró­bo­wa­ła prze­ko­nać nie jego, lecz cały świat. – Razem prze­trwa­my każdą burzę.

Da­vrel uśmiech­nął się słabo.

– Nie wiesz co po­tra­fią nie­któ­re burze.

– Wiem – od­po­wie­dzia­ła. – Ale jeśli już mają na­dejść, chcę być przy tobie.

Zro­bi­ła krok w jego stro­nę. Potem drugi.

Za­trzy­ma­ła się do­pie­ro wtedy, gdy dzie­li­ło ich le­d­wie kilka cali. Świa­tło świe­cy błysz­cza­ło jej w oczach.

Przez mo­ment oboje mil­cze­li, jakby w ocze­ki­wa­niu.

W końcu Da­vrel uniósł rękę i de­li­kat­nie do­tknął jej po­licz­ka.

W jego spoj­rze­niu nie było już chło­du ani żalu. Tylko zmę­cze­nie i coś, co przy­po­mi­na­ło ulgę.

Lysia za­mknę­ła oczy, a gdy ich usta się spo­tka­ły, wszyst­ko inne prze­sta­ło ist­nieć – błoto na dzie­dziń­cu, krew, strach, echo krzy­ków sprzed kilku go­dzin.

Zo­sta­ło tylko cie­pło ciała dru­gie­go czło­wie­ka.

Pło­mień świe­cy za­drżał, jakby chciał coś za­sy­gna­li­zo­wać. Dziew­czy­na ob­ję­ła uko­cha­ne­go za szyję, a on moc­niej przy­cią­gnął ją do sie­bie. Ich ruchy były po­wol­ne, nie­pew­ne, jakby oboje bali się, że lada mo­ment czar pry­śnie.

Da­vrel de­li­kat­nie ujął ją za dłoń i po­cią­gnął w głąb izby.

W świe­tle do­ga­sa­ją­ce­go ognia ich syl­wet­ki zlały się w jeden, płyn­ny cień.

A potem pło­mień zgasł.

Koniec

Komentarze

Witam Cię przy kolejnej części. :)

Przebiegłam szybko wzrokiem i widzę, że trzeba jeszcze dokładniej sprawdzić oraz poprawić dialogi; tu przykłady:

– A więc postanowił wziąć sprawy w swoje ręce – Davrel ujął butelkę i obrócił ją w dłoni. – I przez to zginął.

– Tak – Martin spuścił wzrok. – Ale to nie wszystko.

– Nie wiem. – rachmistrz rozłożył bezradnie dłonie.

– No dobra – Obrócił jeden z nich w dłoni. – W takim razie zatańczmy.

– Możliwe – Davrel wzruszył ramionami. A potem, jakby niesiony chwilą dodał: – Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, to Szpak…

 

Inne sprawy:

– Może… – Martin spojrzał mu w oczy – może potrzebujesz kogoś do ksiąg? Albo od tresury. Znam się trochę na koniach. Mogę też robić za stajennego. – czy tu nie miało być „do”?

 

Masz bardzo dużo stojących obok siebie wyrażeń: „(od)powiedział/(od)powiedziała”, stwarzających niepotrzebne powtórzenia.

 

Czasem brak przecinków, np.:

Płaszcz miał rozdarty (tu?) a w oczach panikę.

– Wiesz (tu?) kim jest Szpak, Gris?

 

„P/północ”, „P/południe” piszesz dwojako – czy celowo?

 

Ilustracje (to AI?) – bardzo na plus. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka