- Opowiadanie: GalicyjskiZakapior - Czarna Haoma

Czarna Haoma

Witam i za­pra­szam na opo­wia­da­nie.

 

Jest to hor­ror. Co­smic hor­ror. Tro­chę stra­chów, tro­chę krwi, tro­chę cho­le­ra wie czego i za­pa­da­ją­cej się próż­ni.

 

Wul­ga­ry­zmów ra­czej nie ma, chyba że mi się któ­ryś za­po­mniał usu­nąć. Jest za to szczyp­ta bluź­nierstw, ale ra­czej nie taka, żeby czy­jeś uczu­cia ura­zić.

 

Ko­smicz­ne bó­stwa dzię­ku­ją Mi­cha­el­Bul­l­fin­cho­wi za po­moc­ną betę.

 

Za­chę­cam, by dać opo­wia­da­niu szan­sę, po­zdra­wiam i z góry dzię­ku­ję za po­świę­co­ny czas

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Czarna Haoma

– Nie mo­że­cie mnie trzy­mać jak zwie­rzę­cia! Je­stem ame­ry­kań­skim oby­wa­te­lem! – wrza­snął skuty męż­czy­zna na widok czło­wie­ka w ciem­nych oku­la­rach, wcho­dzą­ce­go do po­ko­ju prze­słu­chań. – Co z moją córką?

Nie­zna­jo­my nie od­po­wie­dział od razu. Za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem, prze­su­nął dło­nią po szcze­ci­nie za­ro­stu i rzu­cił na blat tecz­kę pa­pie­rów.

– Boli, co? – mruk­nął i wska­zał na nad­garst­ki więź­nia. Przy­ku­te do stołu kaj­dan­ki za­czy­na­ły wpi­jać się w skórę. Ge­stem na­ka­zał mu wy­cią­gnąć ręce.

– Do­brze radzę: bądź grzecz­ny – za­zna­czył, grze­biąc w zamku.

– Czyli ty je­steś do­brym gliną, tak? – za­py­tał wię­zień, roz­ma­so­wu­jąc otar­cia i ślady ugry­zień na przed­ra­mio­nach, gdy kaj­dan­ki już le­ża­ły na stole. – Kiedy przyj­dzie ten zły?

Pa­lacz, świ­dru­jąc go wzro­kiem, wy­pu­ścił dym z ust i uśmiech­nął się zło­wro­go.

– Ja je­stem złym gliną. Tak nie­wy­obra­żal­nie złym, że nie czuję żad­nej, ale to ab­so­lut­nie żad­nej po­trze­by, żeby krę­po­wać ci ręce. Ro­zu­mie­my się? Bar­dzo do­brze – skwi­to­wał, wi­dząc, jak wię­zień po­wo­li kiwa głową, po czym otwo­rzył le­żą­cą przed nim tecz­kę. – An­drew Reyes, lat czter­dzie­ści czte­ry, Au­stin, Tek­sas. Zga­dza się?

– Co do joty. Pan z am­ba­sa­dy? – za­py­tał, do­my­śliw­szy się po ak­cen­cie pa­la­cza, że rów­nież po­cho­dzi z Ame­ry­ki. – Słowo skau­ta, nie wie­dzie­li­śmy, że tu jest baza woj­sko­wa…

Huk ude­rza­ją­cej w alu­mi­nio­wy stół pię­ści za­grzmiał jak wy­strzał ar­mat­ni. An­drew aż pod­sko­czył na krze­śle. Nie­zna­jo­my wy­ce­lo­wał w niego pal­cem.

– Wy­ja­śni­my coś sobie. Masz, że tak za­żar­tu­ję, szczę­ście w nie­szczę­ściu, bo są teraz spra­wy waż­niej­sze, niż wsa­dze­nie cię do ciupy. Ale jak jesz­cze raz dzi­siaj skła­miesz, to oso­bi­ście do­pil­nu­ję, żebyś resz­tę życia spę­dził na schy­la­niu się po my­deł­ko.

An­drew sku­lił się na krze­śle i po­wo­li po­ki­wał głową.

– Co z moją córką? – po­wtó­rzył.

Pa­lacz po­now­nie zi­gno­ro­wał py­ta­nie. Dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w niego w mil­cze­niu, jakby chciał się upew­nić, że facet jest do­sta­tecz­nie wy­stra­szo­ny.

– O tym póź­niej. Teraz mów jak na za­sra­nej spo­wie­dzi i od sa­me­go po­cząt­ku: co taka szy­cha jak ty ro­bi­ła na tym za­du­piu i do czego wła­ści­wie tam do­szło?

An­drew od­chy­lił głowę i – ni stąd, ni zowąd – wy­buch­nął śmie­chem.

 

* * *

 

Chce pan wie­dzieć, co tam ro­bi­li­śmy? Do­brze – po­wiem! Szcze­rze jak na spo­wie­dzi, tak jak pan prosi.

Otóż: szu­ka­li­śmy Atlan­ty­dy. Ale co pan robi takie oczy? Sam prze­cież wiem, jak to brzmi! Sza­no­wa­ny gen­tle­man, pre­zes nie­źle pro­spe­ru­ją­cej spół­ki, osiem cyfr na kon­cie i za­miast wozić się po­rsza­kiem po sło­necz­nej Ka­li­for­nii z por­no­gwiaz­dą u boku, stary cap biega z ple­ca­kiem po bez­lu­dziu i szuka za­to­pio­ne­go mia­sta.

Szuka go, do­daj­my, w gó­rach, żeby cała hi­sto­ria przy­pad­kiem nie miała zbyt dużo sensu – ale czy jest coś, czego facet by nie spró­bo­wał dla umie­ra­ją­ce­go dziec­ka?

Ab­surd całej sy­tu­acji, a jakże, do­cie­rał do mnie – co może świad­czyć, że jesz­cze do końca nie po­stra­da­łem ro­zu­mu. Do­tarł do mnie w pełni po ja­kichś dwóch ty­go­dniach błą­ka­nia się na zbo­czach góry Ara­rat – pę­kłem, można po­wie­dzieć.

Prze­szu­ki­wa­li­śmy wtedy piar­ży­ste żle­bi­sko, któ­rych tam nie bra­ku­je. By­li­śmy we troje: ja, ten hochsz­ta­pler von Gier­ke i moja córka – która, do­wie­dziaw­szy się o wy­pra­wie, upar­ła się, że ko­niecz­nie musi sta­re­go ojca mieć na oku. Ja, oczy­wi­ście, nie chcia­łem się na to zgo­dzić, ale cóż, wśród wielu rze­czy odzie­dzi­czo­nych przez Emi­lię po Jane, była też nie­po­ję­ta zdol­ność do sta­wia­nia na swoim.

Wy­kry­wacz me­ta­lu za­śpie­wał mi w rę­kach. Rzu­ci­łem go na bok, chwy­ci­łem sa­per­kę i za­czą­łem na klęcz­kach od­rzu­cać żwir i ru­mosz. Wresz­cie, ka­le­cząc dło­nie, wy­dar­łem górze obiekt bę­dą­cy źró­dłem sy­gna­łu.

Ka­mień.

Zwy­kły ka­mień, ro­zu­mie pan? Nawet nie pusz­ka i nie kap­sel. Ot, mały odła­mek rudy. Jakby sama góra pluła mi w twarz. „Nie muszę nawet po­le­gać na nie­chluj­nych tu­ry­stach, mogę ośmie­szyć cię sama, bo tu nic nie ma, po pro­stu nic nie ma i nigdy tu ni­cze­go nie było” – przy­siągł­bym, że usły­sza­łem w gło­wie szy­dzą­cą ze mnie Ara­rat.

Wy­da­łem zwie­rzę­cy ryk. Spło­szo­ne świ­stun­ki za­wtó­ro­wa­ły szu­mem skrzy­deł.

– Von Gier­ke, hochsz­ta­ple­rze, oszu­ka­łeś mnie! – krzy­cza­łem. Ze­rwa­łem się z kolan i wy­rwa­łem z ka­bu­ry Be­ret­tę. – Za­pła­cisz za to!

Pro­fe­sor nie bła­gał o li­tość ani nie wołał, żebym się opa­no­wał. Za­marł w bez­ru­chu jak jeleń w świa­tłach osiem­na­sto­ko­łow­ca. Pnąc się w jego stro­nę, wzbi­ja­łem sto­pa­mi fon­tan­ny żwiru. Dzie­li­ło nas może ze dwie­ście jar­dów, ale mogę przy­siąc, że wi­dzia­łem roz­sze­rzo­ne z prze­ra­że­nia źre­ni­ce star­ca, a w nich wła­sne od­bi­cie – obraz czło­wie­ka osza­la­łe­go z wście­kło­ści i roz­pa­czy.

Widzi pan, ja bywam po­ryw­czy, nie prze­czę. Tek­sań­czy­cy już tak mają. Ale żeby tak z bro­nią? Do czło­wie­ka? To jed­nak mi się nie zda­rza, nawet w tak ab­sur­dal­nych sy­tu­acjach. Za­sta­na­wiam się teraz – może ta furia nie po­cho­dzi­ła ode mnie…?

Ale to teraz – wtedy nie za­sta­na­wia­łem się nad ni­czym.

– Sły­szysz, von Gier­ke? Zmów pa­cio­rek, czy co tam szko­py mają w zwy­cza­ju!

– Tatku, nie! Pro­szę – usły­sza­łem tuż przy gło­wie. – Nie rób tego.

To Emi­lia do­sko­czy­ła do mnie i cia­sno ob­ję­ła. Gdy tylko po­czu­łem jej ręce na karku, łzy na­pły­nę­ły mi do oczu.

– Sam chcia­łeś tu przy­je­chać, pa­mię­tasz? On nas do ni­cze­go nie zmu­szał.

Wy­cią­gnię­ta ręka za­czę­ła mi drżeć.

– Masz rację, Emil­ko, masz rację! To nie von Gier­ke! To wszyst­ko moja wina! – jęk­ną­łem.

Świa­do­mość, że za­bie­ram córce cenne mie­sią­ce życia, go­niąc za ob­se­sją i mrzon­ka­mi pro­fe­so­ra, ude­rzy­ła mnie z siłą ka­fa­ra. Trzy­ma­ją­ca pi­sto­let ręka po­wo­li zgi­na­ła się w łok­ciu.

– Prze­pra­szam, có­recz­ko. Po­win­naś teraz wy­le­gi­wać się z ko­le­żan­ka­mi na plaży, a ja cię cią­gam po bez­lu­dziach. Ale to już ko­niec: obie­cu­ję, nigdy wię­cej cię nie skrzyw­dzę…

– Nie, nie, nie – kwi­li­ła Emil­ka, z tru­dem sta­ra­jąc się od­cią­gnąć lufę od mojej skro­ni. – Nawet o tym nie myśl, sły­szysz? Każdy chciał­by mieć ta­kie­go ojca, ro­zu­miesz? Po pro­stu daj mi pi­sto­let, pro­szę.

Ach, ta Emi. Tem­pe­ra­ment, jak pan się do­my­śla, odzie­dzi­czy­ła ra­czej po matce.

Huk wy­strza­łu spło­szył świ­stun­ki w pro­mie­niu co naj­mniej mili i długo niósł się echem po żle­bo­wi­sku.

Za­wtó­ro­wał mu na­stęp­ny. I jesz­cze jeden. I jesz­cze.

Za każ­dym razem po­cisk wzbi­jał w po­wie­trze ziar­na żwiru i odłam­ki ka­mie­ni. Zu­ży­łem tak cały ma­ga­zy­nek, a na ko­niec jesz­cze ci­sną­łem klam­ką o zbo­cze.

Uścisk córki jest jak miód na serce ojca, a od­gło­sy strza­łów to mu­zy­ka dla uszu Tek­sań­czy­ka. Po­czu­łem się nieco le­piej i przez mo­ment po pro­stu w mil­cze­niu tu­li­łem Emi­lię.

Pa­mię­tam, że tę błogą ciszę szyb­ko prze­rwał dźwięk nie­ma­ją­cy nic wspól­ne­go ani z mu­zy­ką broni, ani z ko­ją­cym szme­rem od­de­chu bli­skiej osoby trzy­ma­nej w ra­mio­nach. To było jak gar­dło­we, ba­so­we war­cze­nie. Od­głos z ro­dza­ju tych, któ­rych tak na­praw­dę się nie sły­szy, a od­czu­wa w trze­wiach i ko­ściach.

Zda­wał się do­bie­gać z wnę­trza góry.

Sche­is­se! – wrza­snął pro­fe­sor, zry­wa­jąc się do biegu. – Ra­tuj­cie się!

Widzi pan, mój wy­buch fru­stra­cji: seria strza­łów, bez­myśl­nie bie­ga­nie, może nawet krzy­ki i rzu­co­na przed sie­bie Be­ret­ta – to wszyst­ko mu­sia­ło na­ru­szyć mi­ster­ną struk­tu­rę na­no­szo­ne­go ty­siąc­le­cia­mi żwiru, ru­mo­szu i piar­gu.

Zbo­cze Ara­rat oży­wa­ło.

Naj­pierw po­czu­łem, jak­bym stał na dy­wa­nie i ktoś gwał­tow­nie nim szarp­nął. Oboje pa­dli­śmy jak kłody, wy­trą­ce­ni z rów­no­wa­gi.

I wtedy: chaos, mówię panu, chaos.

Tu­ma­ny kurzu wzbi­ły się do­oko­ła, two­rząc istną burzę pia­sko­wą, zmu­sza­ją­cą do szczel­ne­go za­ci­śnię­cia po­wiek. To­czą­ce się ka­mie­nie ude­rza­ły wokół nas jak ogień za­po­ro­wy z ka­ra­bi­nu. Jedną ręką osła­nia­łem głowę przy­wie­ra­ją­cej do mnie Emi­lii, drugą pró­bo­wa­łem zła­pać coś, co­kol­wiek na stałe przy­twier­dzo­ne­go do pod­ło­ża, zanim osu­wa­ją­cy się piarg po­słał­by nas w dół, ku nie­chyb­nej śmier­ci.

Moje wy­sił­ki speł­zły na ni­czym. Po­czu­łem, że spa­da­my w pust­kę.

I, pa­ra­dok­sal­nie, to mnie i Emi­lię ura­to­wa­ło. Uskok, do któ­re­go tra­fi­li­śmy, miał rap­tem z jard głę­bo­ko­ści, a jego ścia­na uchro­ni­ła nas przed uka­mie­no­wa­niem.

Przy­naj­mniej tak mi się zdaje. Na­stęp­ne, co pa­mię­tam, to tak na­praw­dę von Gier­ke po­ma­ga­ją­cy nam wy­grze­bać się ze żwiru, a potem z dzie­cię­cą ra­do­ścią pre­zen­tu­ją­cy od­sło­nię­ty przez la­wi­nę głaz.

Gi­gan­tycz­ny kawał skały, o gład­kich ścia­nach i ostrych kra­wę­dziach spo­ty­ka­ją­cych się pod pro­sty­mi ką­ta­mi. Nie­wąt­pli­wie ob­ro­bio­ny ludz­ką ręką.

Pro­fe­sor po­wstrzy­mał się od „a nie mó­wi­łem?”. Ja na jego miej­scu chyba bym nie po­tra­fił.

Na­tych­miast za­po­mnie­li­śmy o la­wi­nie, o po­tłu­cze­niach i o moim wy­bu­chu. Całą trój­ką rzu­ci­li­śmy się do od­rzu­ca­nia żwiru i ru­mo­szu.

Brama do świą­ty­ni była na wy­cią­gnię­cie ręki.

Ja­kiej znowu świą­ty­ni, pyta pan? Już tłu­ma­czę.

Otóż Emi­lia po mojej ko­cha­nej Jane odzie­dzi­czy­ła nie tylko urodę i tem­pe­ra­ment, ale też wyrok: okrut­ną cho­ro­bę Hun­ting­to­na, która za­bra­ła mi żonę w wieku za­le­d­wie trzy­dzie­stu pię­ciu lat.

Nie muszę chyba tłu­ma­czyć, że śmierć Jane była dla mnie nie­wy­obra­żal­nym wręcz cio­sem. Nie mogę cał­kiem wy­klu­czyć, że od wspo­mnia­ne­go ciosu po­mie­sza­ło mi się we łbie i wszyst­ko, co tu panu opo­wia­dam, to ro­je­nia sza­leń­ca – niech sam pan to oce­nia.

Tak czy ina­czej, zo­sta­łem na tym świe­cie z do­ra­sta­ją­cą córką i cią­żą­cym nad nią wy­ro­kiem. Myśl, że przyj­dzie mi oglą­dać Emi­lię do­go­ry­wa­ją­cą jak Jane, pra­wie mnie wy­koń­czy­ła. Po po­grze­bie ze dwa ty­go­dnie nie trzeź­wia­łem. Ale w końcu przy­po­mnia­łem sobie, że je­stem Tek­sań­czy­kiem, a w tek­sań­skim słow­ni­ku nie ma od­po­wied­ni­ka zwro­tu „dać za wy­gra­ną”!

Prze­czy­ta­łem o tej pa­skud­nej cho­ro­bie wszyst­ko, co można prze­czy­tać, a do tego sporo z utaj­nio­nych ma­te­ria­łów. Górę szma­lu wy­ło­ży­łem na wła­sny ze­spół ba­daw­czy. Po­wo­ła­łem fun­da­cję. Na klęcz­kach bła­ga­łem rzą­do­wych dar­mo­zja­dów o gran­ty!

I cóż: ni­cze­go nie osią­gną­łem.

Da­mo­kle­so­wy miecz nad głową Emi­lii nie dał się prze­su­nąć choć­by o cal.

Wła­śnie wtedy po­zna­łem tego szar­la­ta­na, von Gier­ke.

Stary szkop wpa­ro­wał do mo­je­go biura jak do sie­bie, rzu­cił na blat ster­tę dziw­nie wy­glą­da­ją­cych kse­ro­ko­pii i za­czął mnie mamić opo­wie­ścią o sta­ro­żyt­nej świą­ty­ni, w któ­rej szla­chet­na rasa Atlan­ty­dów niby to ukry­ła pa­na­ceum.

Nie dałem temu wiary od razu – aż tak źle ze mną nie jest! Zle­ci­łem nie­za­leż­ne przekłady tych wszyst­kich apo­kry­fów. Wie pan, ile sobie wo­ła­ją tłu­ma­cze su­me­ryj­skie­go, eno­chiań­skie­go i tym po­dob­nych ję­zy­ków? Ani nie będę mówił, bo by się panu, do cho­le­ry, przy­kro zro­bi­ło.

No i: było tam wszyst­ko! O re­be­lii ge­ne­ra­ła Kaina, o roz­kwi­cie przed­po­to­po­wej cy­wi­li­za­cji i o upad­ku, któ­re­go Atlan­ty­dzi do­świad­czy­li w cza­sach przez współ­cze­sną stra­ty­gra­fię ochrzczo­nych mia­nem „młod­sze­go dry­asu”.

Ale rów­nież – a dla mnie: przede wszyst­kim – o ezo­te­rycz­nych re­me­diach, któ­rym nie do­rów­nu­je żaden z wy­two­rów dzi­siej­szej me­dy­cy­ny. „Czar­na haoma, ichor daw­nych bogów, na któ­re­go we­zwa­nie i zmar­li wsta­wa­li do życia”.

Dwa mie­sią­ce póź­niej ufun­do­wa­łem wy­pra­wę na górę Ara­rat, a po ty­go­dniach tu­łacz­ki wresz­cie sta­li­śmy u bram.

Od­grze­ba­li­śmy je­dy­nie tyle ru­mo­szu, by peł­za­jąc wci­snąć się do wnę­trza świą­ty­ni – po pierw­sze, pę­ka­li­śmy z eks­cy­ta­cji i chcie­li­śmy czym prę­dzej być w środ­ku. Po dru­gie, wie­dzie­li­śmy, że na Ara­rat jest ame­ry­kań­ska baza łącz­no­ścio­wa – ro­zu­miem, że to pan z ko­le­ga­mi? – więc za­le­ża­ło nam, żeby dół był jak naj­mniej wi­docz­ny z da­le­ka.

Zna­leź­li­śmy się w sali, a może ra­czej dłu­gim tu­ne­lu, o ścia­nach z gład­ko cio­sa­nych i pre­cy­zyj­nie do­pa­so­wa­nych gra­ni­to­wych blo­ków. W jego roz­miar trud­no było uwie­rzyć, zda­wał się wręcz w jakiś spo­sób za­prze­czać obo­wią­zu­ją­cym re­gu­łom rze­czy­wi­sto­ści – gdyby sta­ro­żyt­nym Atlan­ty­dom przy­szło do głowy tam choć­by ga­niać sło­nie w tę i z po­wro­tem, zwie­rzę­ta mi­ja­ły­by się bez naj­mniej­sze­go pro­ble­mu.

O tym, co fak­tycz­nie tym przej­ściem pro­wa­dzo­no, wo­la­łem nie my­śleć na zapas.

Prze­ciw­le­gły ko­niec tu­ne­lu ginął w mroku – świa­tła lamp ab­so­lut­nie nie mogły go do­się­gnąć. Roz­po­czę­li­śmy marsz, w ciszy prze­ry­wa­nej je­dy­nie upior­nym echem na­szych kro­ków, od­bi­ja­ją­cym się od mon­stru­al­nych ka­mie­ni. Emi­lia ku­li­ła się przy moim boku, wy­raź­nie przy­tło­czo­na nie­zwy­kłą aurą sta­ro­żyt­nej bu­dow­li.

Jęk wy­rwał się z ust córki, gdy do­tar­li­śmy na miej­sce. Tunel, widzi pan, oka­zał się le­d­wie przed­sion­kiem. Od wła­ści­wej czę­ści świą­ty­ni od­gra­dza­ła nas gra­ni­to­wa ścia­na, wy­ko­na­na z jed­ne­go, gład­kie­go bloku, ko­lo­sal­ne­go nawet w po­rów­na­niu z tymi, z któ­rych zbu­do­wa­no przej­ście – jakby ją­drem góry był gi­gan­tycz­ny głaz i cen­tral­ne po­miesz­cze­nie świą­ty­ni wy­ku­to bez­po­śred­nio w nim. Dla każ­de­go, kto spoj­rzał­by na tego ko­lo­sa, by­ło­by oczy­wi­ste, że nawet z do­stę­pem do dzi­siej­szej tech­no­lo­gii nie da­ło­by się ru­szyć go choć­by o cal. A gwa­ran­tu­ję, że jeśli pana ko­le­gom z Wa­szyng­to­nu przyj­dzie na myśl walić w świą­ty­nię ato­mi­ca­mi, co naj­wy­żej nad­to­pi­cie po­wierzch­nię, nie szko­dząc wcale ni­cze­mu w jej wnę­trzu.

Po co mie­li­by­ście to robić? Ha! O tym zaraz. Chciał pan spo­wie­dzi, to pro­szę słu­chać cier­pli­wie, jak na spo­wied­ni­ka przy­sta­ło.

Do środ­ka pro­wa­dzi­ło jedno przej­ście, wy­ku­te na po­zio­mie po­sadz­ki i nie­wiel­kie – mu­sia­łem się kulić, prze­cho­dząc, a i tak tar­łem bar­ka­mi o ścia­ny.

Sala, w któ­rej się zna­leź­li­śmy, ogro­mem przy­ćmie­wa­ła nawet ko­ry­tarz łą­czą­cy ją ze świa­tem ze­wnętrz­nym. Ale nie dane było nam się za­chwy­cić nią ani na­gro­ma­dzo­nym w środ­ku bo­gac­twem, ani mi­ster­ny­mi pła­sko­rzeź­ba­mi na ścia­nach. Wszyst­ko przy­ćmie­wał widok tego, na co von Gier­ke skie­ro­wał snop swo­jej la­tar­ki.

– Wolni, wolni, po trzy­kroć wolni! – Nie­miec z re­li­gij­nym wręcz na­masz­cze­niem za­czął re­cy­to­wać ustęp z jed­ne­go z apo­kry­fów. – Nasi cie­mię­ży­cie­le, wiel­cy i nie­śmier­tel­ni, spę­ta­ni jak zwie­rzę­ta. Wiecz­na chwa­ła Ge­ne­ra­ło­wi!

– Tatku? – wy­szep­ta­ła Emi­lia py­ta­ją­cym tonem, zbyt zdję­ta lę­kiem, by skła­dać pełne zda­nia. – Tatku?!

– Oj­ciec nie opo­wia­dał ci o na­tu­rze le­kar­stwa? Już tłu­ma­czę, dziec­ko – po­wie­dział von Gier­ke, wcho­dząc głę­biej do kom­na­ty i kie­ru­jąc świa­tło na skle­pie­nie. – Sto­isz przed ob­li­czem jed­ne­go z daw­nych bogów ludz­ko­ści.

O żad­nym ob­li­czu nie mogło być jed­nak mowy… Ow­szem, przy­ku­te do skały mon­strum miało głowę mniej wię­cej tam, gdzie by­ła­by ona u czło­wie­ka, ale na tym po­do­bień­stwa się koń­czy­ły. Na ty­ta­nicz­nym łbie w miej­scu ust ziała po­zba­wio­na warg cze­luść, a skle­pie­nie czasz­ki po­kry­wa­ły nie­re­gu­lar­nie po­roz­rzu­ca­ne bąble – wie­dzia­łem z apo­kry­fów Niem­ca, że tak wy­glą­da­ją ich oczy, ale bez tej in­for­ma­cji, za­ło­żył­bym, że to guzy no­wo­two­ro­we albo objaw in­ne­go scho­rze­nia.

Szara skóra cia­sno przy­le­ga­ła do wy­schnię­te­go na wiór ciała, wi­dzia­łem więc, że stawy i kości były zu­peł­nie nie tam, gdzie trze­ba, jakby za­miast człon­ków stwo­rze­nie miało pa­ję­cze od­nó­ża. Nawet gdyby bó­stwo nie gó­ro­wa­ło nad nami jak słoń, mamut czy ra­czej di­no­zaur, nie mo­gło­by nigdy ucho­dzić za czło­wie­ka.

Nagle upu­ści­łem la­tar­kę i wrza­sną­łem. Emi­lia, za­sła­nia­jąc usta, wy­bie­gła z kom­na­ty. Nie go­ni­łem jej – ro­zu­mia­łem, dla­cze­go nie chce prze­by­wać w jed­nym po­miesz­cze­niu z tym… czymś. Sam je­dy­nie z tru­dem się opa­no­wa­łem – nie­wie­le bra­kło, a rów­nież rzu­cił­bym się do uciecz­ki.

Otóż jedno z gu­zo­wa­tych oczu nie­ludz­kie­go ty­ta­na drgnę­ło – nie na tyle, żebym po­dej­rze­wał, że wodzi za nami wzro­kiem, ale na tyle, by nie można było mieć żad­nych wąt­pli­wo­ści, że ów ruch miał miej­sce.

Wiel­cy i nie­śmier­tel­ni.

Przy­ku­ty do skały bożek żył. Żył przez te wszyst­kie ty­siąc­le­cia. Żył, choć jego ciało wy­schło na wiór i je­dy­nym ru­chem, o jaki mógł się po­ku­sić, było drże­nie gu­zo­wa­tych oczu.

Samo wy­obra­że­nie ogro­mu cier­pie­nia, któ­re­go stwo­rze­nie przede mną do­świad­czy­ło i wciąż do­świad­cza­ło, pra­wie po­sła­ło mnie na ko­la­na. Czy jest pan w sta­nie to pojąć? Dzie­siąt­ki ty­się­cy lat, unie­ru­cho­mio­ne, wi­szą­ce na gra­ni­to­wej skale, roz­cią­gnię­te jak Zba­wi­ciel na krzy­żu, bez wody, bez je­dze­nia, w ciem­no­ści, za je­dy­ne to­wa­rzy­stwo mając ból prze­kłu­tych gi­gan­tycz­ny­mi gwoź­dzia­mi człon­ków. W ciele coraz bar­dziej oka­le­czo­nym tor­tu­rą upły­wa­ją­cych stu­le­ci, ale ze swej bo­skiej na­tu­ry nie­śmier­tel­ne i nie­zdol­ne do pod­da­nia się nio­są­ce­mu ulgę roz­kła­do­wi.

Za­pła­kał­bym nad jego losem, gdy­bym nie wie­dział, na co te stwo­ry ska­zy­wa­ły ludz­kość, gdy przez setki ty­się­cy lat wła­da­ły pla­ne­tą.

Wiel­cy i nie­śmier­tel­ni. Bo­go­wie.

Cie­mię­ży­cie­le.

Już mia­łem wy­biec za Emi­lią, ale von Gier­ke mnie za­wo­łał.

– Pomóż mi, Reyes! Po­trze­bu­ję do tego obu rąk.

Nie­miec pod­szedł bli­żej pra­sta­rej isto­ty, po krót­kim na­my­śle po­dą­ży­łem za nim. Do­pie­ro z bli­ska dało się wła­ści­wie od­czuć jej ogrom. Ko­ry­tarz, któ­re­go wy­mia­ry z po­cząt­ku były dla mnie za­ska­ku­ją­ce, nagle wydał mi się śmiesz­nie mały – Atlan­ty­dzi naj­wy­raź­niej przy­mu­si­li bó­stwo, by wpeł­zło do wię­zie­nia.

Von Gier­ke ge­stem na­ka­zał mi oświe­tlić miej­sce, w któ­rym czło­wiek miał­by łydkę, po czym na­ciął skórę stwo­rze­nia. Z rany po­pły­nę­ła gęsta jak smoła, czar­na krew. Nie­miec ze­brał ją do fio­lek. Gdy mie­li­śmy już dość pró­bek, zo­sta­wi­łem go, a sam po­sze­dłem uspo­ko­ić córkę.

Ku­li­ła się pod ścia­ną ko­ry­ta­rza. Wy­glą­da­ła tro­chę, jakby znów miała dwa­na­ście lat i przed chwi­lą do­sta­ła burę.

Przy­sia­dłem koło niej i opo­wie­dzia­łem całą hi­sto­rię: o set­kach ty­się­cy lat nie­wo­li, o re­be­lii ge­ne­ra­ła Kaina, który spę­tał bogów jak bydło i wresz­cie o upad­ku Atlan­ty­dy.

Z po­cząt­ku nie bar­dzo chcia­ła wie­rzyć, ale po­le­ci­łem jej się za­sta­no­wić nad pro­stym fak­tem: czy to moż­li­we, żeby lu­dzie o in­te­li­gen­cji choć­by zbli­żo­nej do współ­cze­snych Homo sa­piens, któ­rzy we­dług nie­zbi­tych usta­leń na­ukow­ców żyją na tej pla­ne­cie nie­mal od pół mi­lio­na lat, spę­dzi­li cały ten nie­wy­obra­żal­ny czas bie­ga­jąc nago po lesie, za­ła­twia­jąc się do po­to­ku i żrąc ja­go­dy?

I żaden z nich nie wy­my­ślił ani pisma, ani koła, ani cegły, ani nawet nie wpadł na ba­jecz­nie pro­sty po­mysł, że gdy wci­śnie w glebę bulwę, to wy­ro­śnie mu wię­cej? A potem, ja­kieś dzie­sięć ty­się­cy lat temu, te wszyst­kie wy­na­laz­ki za­czę­ły się po­ja­wiać w wielu miej­scach i nie­mal­że rów­no­le­gle? Pół mi­lio­na lat – nic, a potem ni z tego, ni z owego cy­wi­li­za­cje wy­ra­sta­ją jak grzy­by po desz­czu?

Jakże na­iw­nym trze­ba być, żeby kupić taką bzdu­rę – a prze­cież ogłu­pio­ne te­le­wi­zją masy wła­śnie w tę wer­sję hi­sto­rii wie­rzą.

Panu też po­le­cam nad tym po­my­śleć – po głęb­szym za­sta­no­wie­niu, ist­nie­nie nie­wo­lą­cych ludz­kość cie­mię­ży­cie­li staje się wła­ści­wie oczy­wi­ste, po­dob­nie jak oczy­wi­sto­ścią staje się ka­ta­klizm, który wy­ma­zał ślady po­przed­niej cy­wi­li­za­cji.

Nie wiem, czy Emi­lia dała wiarę. Tak czy ina­czej, wró­ci­li­śmy do obozu. To słowo jest tu tro­chę na wy­rost – cho­dzi o miej­sce, gdzie spa­li­śmy i gdzie za­par­ko­wa­łem Jeepa. Von Gier­ke i ja chcie­li­śmy spę­dzić noc w przed­sion­ku świą­ty­ni, za­miast ry­zy­ko­wać spa­cer w ciem­no­ściach po gro­żą­cym osu­nię­ciem ru­mo­szu, ale Emi­lia ka­te­go­rycz­nie od­mó­wi­ła dłuż­sze­go niż ko­niecz­ne prze­by­wa­nia w bez­po­śred­niej bli­sko­ści ty­ta­na i nie dała się prze­ko­nać, że ukrzy­żo­wa­ny cie­mię­ży­ciel nie byłby w sta­nie nie tylko wy­do­stać się z wię­zie­nia, ale choć­by kiw­nąć pa­zu­rem.

Byłem tak zmę­czo­ny i po­obi­ja­ny, że ledwo sze­dłem. Wie­dzia­łem jed­nak, że wy­si­łek nie po­szedł na marne – na twa­rzy Emi­lii po raz pierw­szy od dia­gno­zy zo­ba­czy­łem nie sztucz­ny uśmiech dziew­czy­ny, która od­li­cza­jąc dni do końca, stara się przed bli­ski­mi uda­wać silną, a au­ten­tycz­ny en­tu­zjazm i na­dzie­ję.

Błysk w oku, że tak po­wiem.

Ja też czu­łem się praw­dzi­wie szczę­śli­wy.

No i, ro­zu­mie pan, za­zwy­czaj bywa tak, że życie naj­moc­niej kopie czło­wie­ka w torbę, gdy już wy­da­je się, że wresz­cie spra­wy idą ku lep­sze­mu. To jest jakaś za­szy­ta w kwan­to­wej na­tu­rze rze­czy­wi­sto­ści pier­wot­na zło­śli­wość i gdyby mnie kto pytał, to ja­jo­gło­wi po­win­ni nad tym fak­tem dawno roz­po­cząć ba­da­nia.

Nie wiem, dla­cze­go się obu­dzi­łem – może von Gier­ke, skra­da­jąc się, po­trą­cił nogą ka­mień. Może jakaś świ­stun­ka za­kwi­li­ła, zu­peł­nie przez przy­pa­dek.

Ale pa­mię­tam, że w nocy drę­czy­ły mnie nad­zwy­czaj bluź­nier­cze kosz­ma­ry i nie mogę prze­stać my­śleć, że może to cie­mię­ży­ciel jakoś wdarł się do mojej głowy? Apo­kry­fy nic nie mó­wi­ły o ta­kich zdol­no­ściach, ale któż mógł­by wie­dzieć, na jakie wy­ży­ny po­tra­fił­by wznieść się umysł po tak nie­wy­obra­żal­nym cza­sie spę­dzo­nym w mę­czeń­skim tran­sie?

Chciał mnie ostrzec? Czy ra­czej…?

W każ­dym razie otwo­rzy­łem oczy, unio­słem się na po­sła­niu i w sre­brzy­stym świe­tle pełni zo­ba­czy­łem Emi­lię, chyba pierw­szy raz od lat śpią­cą jak dziec­ko, bez udrę­ki na słod­kiej buzi.

A nad nią, jak śmierć z kosą, z pi­sto­le­tem w ręku stał von Gier­ke.

– Obu­dzi­łeś się, Reyes? No, nie rób ta­kich oczu…

Nie wie­dzia­łem, co nim kie­ru­je. Może stary szkop chciał za­cho­wać od­kry­cie dla sie­bie? Może pra­gnął za­trzy­mać wszyst­kie po­ten­cjal­ne zyski? A może – tylko może – to pod jego czasz­kę ktoś się­gnął z ze­wnątrz?

Nie pró­bo­wa­łem o to pytać – nie po­zwo­li­łem mu choć­by do­koń­czyć zda­nia. Życie to nie film ze Ste­ve­nem Se­aga­lem, żeby bez­czyn­nie wy­słu­chi­wać mo­no­lo­gu zło­czyń­cy – ufam, że woj­sko­we­mu ta­kich rze­czy nie trze­ba tłu­ma­czyć. Wrza­sną­łem prze­raź­li­wie, chcąc obu­dzić Emi­lię, a sam ze­rwa­łem się z le­go­wi­ska i ni­czym puma rzu­ci­łem na Niem­ca, ce­lu­jąc w nogi.

On, nie­ste­ty, też nie mar­no­wał czasu.

Padł strzał i znowu za­wtó­ro­wa­ły mu spło­szo­ne świ­stun­ki. Tylko tym razem, za­miast fon­tan­ny żwiru, kula wzbi­ła w po­wie­trze czer­wo­ną mgieł­kę krwi.

Emi­lia nie wy­da­ła naj­mniej­sze­go dźwię­ku. Jakaś część mnie od razu ro­zu­mia­ła, co się stało, choć nawet nie zer­k­ną­łem w jej stro­nę.

Nie po­tra­fię w żaden spo­sób opi­sać, co czu­łem.

Wy­rwa­łem von Gier­kemu broń, przy­szpi­li­łem cię­ża­rem wła­sne­go ciała do zbo­cza, a potem tłu­kłem po łbie jak opę­ta­ny, aż jucha za­chla­pa­ła wszyst­ko do­oko­ła.

Szyb­ko prze­stał się ru­szać, ale lałem go jesz­cze długo po tym. Nie mo­głem prze­rwać – gdy­bym to wtedy zro­bił, mu­siał­bym się zmie­rzyć z fak­tem śmier­ci Emi­lii. Do­pó­ki moje pię­ści opa­da­ły na łysy łeb star­ca, mo­głem sam przed sobą uda­wać, że walka trwa i jesz­cze nie prze­gra­łem. Że córka wcale nie leży za mną z dziu­rą w czasz­ce i że gdy wsta­nę, wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku.

Głu­pie – wiem. Ale w tam­tej chwi­li nie mia­łem nic in­ne­go, więc biłem, i biłem, i biłem.

I wtedy, jakby ra­żo­ny pio­ru­nem, przy­po­mnia­łem sobie rzecz, zda­wa­ło­by się, oczy­wi­stą.

„Czar­na haoma, ichor daw­nych bogów, na któ­re­go we­zwa­nie i zmar­li wsta­wa­li do życia”.

Na­tych­miast rzu­ci­łem się do sza­leń­cze­go prze­szu­ki­wa­nia ma­nat­ków Niem­ca. Wy­grze­ba­łem dwie fiol­ki smo­li­ste­go płynu.

Wla­łem jedną por­cję bo­skiej krwi do gar­dła Emi­lii, drugą wprost do zie­ją­ce­go kra­te­ru w jej gło­wie. Cią­gle mam przed ocza­mi te czar­ne gluty, mie­sza­ją­ce się z krwią i roz­chla­pa­nym mó­zgiem có­recz­ki. Jak smoła, gdyby smoła żyła wła­snym ży­ciem… Naj­gor­sze­mu wro­go­wi nie życzę tor­tu­ry choć­by zbli­żo­nej do tego wi­do­ku.

Nie wie­dzia­łem, co robię – nie muszę chyba tłu­ma­czyć, że z su­me­ryj­skich, albo jesz­cze star­szych apo­kry­fów, nie spo­sób roz­szy­fro­wać, jak do­kład­nie uży­wa­no krwi przed­wiecz­nych cie­mię­ży­cie­li. Sto­so­wa­ne w sta­ro­żyt­nych księ­gach nazwy sub­stan­cji i pro­ce­sów che­micz­nych róż­nią się od współ­cze­snych i nie mamy żad­ne­go punk­tu za­cze­pie­nia, który po­zwo­lił­by po­łą­czyć słowa w pary. Pla­no­wa­li­śmy prób­ki szcze­gó­ło­wo prze­ba­dać… No, przy­naj­mniej ja pla­no­wa­łem, bo von Gier­ke, jak pan przed chwi­lą sły­szał, miał w gło­wie cał­kiem co in­ne­go.

I tu znowu po­ja­wia się ta myśl, drą­żą­ca w mózgu jak larwa – a jeśli ktoś mną wtedy kie­ro­wał…?

Za­kry­łem córkę matą do spa­nia, by nie mu­sieć pa­trzeć na upior­ny widok.

Sia­dłem na zbo­czu i cze­ka­łem, wpa­tru­jąc się w za­pie­ra­ją­cą dech w pier­si pa­no­ra­mę. Na krań­cu nie­wy­obra­żal­ne­go prze­stwo­ru wi­dzia­łem nawet naj­wyż­sze bu­dyn­ki Ery­wa­nia – a może tylko mi się zda­wa­ło. Po­dob­no, gdy czło­wiek długo pa­trzy w jedno miej­sce, wzrok i mózg za­czy­na­ją pła­tać figle.

– Wi­dzisz, Emil­ko, jak tu pięk­nie? – mó­wi­łem do niej, cał­kiem jakby żyła i sie­dzia­ła tuż obok mnie. – Pa­no­ra­ma jak z Si­gnal Peak… albo i lep­sza, bo ta góra jest ze dwa razy wyż­sza niż co­kol­wiek w Gu­ada­lu­pe. Jak tylko po­czu­jesz się le­piej, wej­dzie­my na szczyt. Stam­tąd pew­nie zo­ba­czy­my nawet Iran.

– My­ślisz jesz­cze cza­sem o mamie? Ja, przy­znam ci się, co­dzien­nie, ale z młod­szy­mi bywa ina­czej… Kiedy ostat­nio byłaś na gro­bie? Po­win­ni­śmy pójść razem, jak tylko wró­ci­my do Sta­nów.

– A po­wiedz mi: ten chło­pak, Tim. To coś po­waż­ne­go? Mało roz­ma­wia­my o ta­kich rze­czach. Wiem, że wiecz­nie je­stem za­ję­ty, ale chyba po­wi­nie­nem przy­naj­mniej być na bie­żą­co? Ja, gdy po­zna­łem Jane, przy każ­dym nie­dziel­nym obie­dzie mó­wi­łem tylko o niej…

No niech pan tak na mnie nie pa­trzy. Nie ma nic złego w mó­wie­niu do zmar­łych. Pro­blem jest tylko wtedy, gdy za­czy­na­ją od­po­wia­dać.

No i jakby to po­wie­dzieć…

– Li­lith, drżąc z eks­ta­zy na lę­dź­wiach de­mo­na, od­po­wie­dzia­ła Ada­mo­wi – usły­sza­łem za sobą nie­po­ko­ją­cy szept. Na­tych­miast roz­po­zna­łem ustę­py z bez­boż­nych apo­kry­fów, które po­ka­zy­wał mi von Gier­ke.

Pa­mię­tam, że nie zro­bi­łem wtedy nic, tylko po­trzą­sną­łem głową i się­gną­łem po kilka su­cha­rów. Byłem pe­wien, że mózg płata mi figle i cał­kiem zi­gno­ro­wa­łem te szep­ty, bio­rąc je za oczy­wi­ste świa­dec­two osta­tecz­nej utra­ty ro­zu­mu.

Po pierw­sze, nie­spe­cjal­nie wie­rzy­łem, że po­da­na w przy­pad­ko­wy spo­sób, nie­prze­two­rzo­na krew może co­kol­wiek zdzia­łać – są płazy, któ­rym od­ra­sta­ją koń­czy­ny, i drze­wa, mo­gą­ce ro­snąć dzie­siąt­ki ty­się­cy lat. A prze­cież nie chłep­ce­my ich krwi czy ży­wi­cy w na­dziei, że za­pew­nią nam zdro­wie i dłu­gie życie.

Zna­czy… pew­nie są lu­dzie, co tak robią, ale – mniej­sza.

– Patrz, mężu: to Gwiaz­da Za­ran­na bło­go­sła­wi moje łono. Sta­łam się matką śmier­ci. Muchą, któ­rej larwy po­si­lą się na ro­pie­ją­cym tru­chle świa­ta…

Po dru­gie, Emil­ka nie mogła prze­cież znać tre­ści tych pism. Nigdy żad­ne­go z nich nie wi­dzia­ła na oczy. A re­cy­ta­cja za moimi ple­ca­mi była bar­dzo wier­na, co do słowa. Wzią­łem więc ten głos za znak, że nie­chyb­nie tracę kon­takt ze świa­tem.

– Jedz­cie i pij­cie z tego wszy­scy, jak przed wie­ka­mi spo­ży­wa­no ichor cie­mię­ży­cie­li. Niech ta krew uzdra­wia wasze dusze, jak w daw­nych dniach czar­na haoma uzdra­wia­ła ciała…

Po trze­cie, to nie brzmia­ło nawet po­dob­nie do mojej córki – ra­czej, jakby ustę­py re­cy­to­wał ten upier­dli­wy gło­sik w gło­wie, który cza­sem po­ja­wia się przed za­śnię­ciem i pyta: „Skąd wiesz, że gdy bę­dziesz spał, nie pęk­nie ci mała żyłka pod cie­mie­niem i nie prze­ro­bi mózgu na pud­ding”? Pan wie na pewno, o co mi cho­dzi.

Do­pie­ro gdy usły­sza­łem za sobą cy­ta­ty z Księ­gi Ro­dza­ju bez moj­że­szo­wych prze­kła­mań, do­tar­ło do mnie, że to nie omamy.

– W tam­tych cza­sach byli na ziemi gi­gan­ci, a córki czło­wie­cze ro­dzi­ły rabów dla cie­mię­ży­cie­li, ilu tylko sobie za­ży­czy­li…

Zdało mi się wtedy, że czas sta­nął w miej­scu. Mu­sia­łem tylko ob­ró­cić głowę, ale mógł­bym przy­siąc, że ten pro­sty ruch cią­gnął się ty­go­dnia­mi.

Stała za mną. Nigdy nie za­po­mnę tej twa­rzy. Ką­ci­ki ust wznie­sio­ne w sza­tań­skim uśmie­chu, ale żu­chwa wi­szą­ca luźno, jakby wy­ła­ma­na ze sta­wów. Zie­ją­ca w czasz­ce dziu­ra, w któ­rej wy­raź­nie wi­dzia­łem pul­su­ją­cą ga­la­re­tę mózgu. I te oczy! Emi­lia wbi­ja­ła we mnie wzrok szkli­stych, mar­twych oczu… a także tych ży­wych, gu­zo­wa­tych, któ­rych wcze­śniej nie miała, roz­sia­nych po czole i twa­rzy.

– Ży­jesz! – jęk­ną­łem. W naj­mniej­szym stop­niu nie prze­ją­łem się jej od­ra­ża­ją­cym wy­glą­dem.

Emi­lia żyła!

Pa­dłem na ko­la­na i ze łzami ob­ją­łem ją w talii.

– Prze­pra­szam, có­recz­ko – chli­pa­łem. – Po­wi­nie­nem wie­dzieć, że nie można ufać temu von Gier­ke, ale nigdy nie przy­szło mi do głowy, że on… – urwa­łem. Nie mo­głem tego po­wie­dzieć na głos. – W każ­dym razie, wszyst­ko już bę­dzie do­brze, na pewno. Mamy auto, za­bio­rę cię pręd­ko do le­ka­rza…

Ale Emi­lia nie za­mie­rza­ła słu­chać. Wątła ręka dziew­czy­ny ode­pchnę­ła mnie z siłą, któ­rej żad­nym pra­wem mieć nie mogła – pa­dłem na zbo­cze i stra­ci­łem dech.

Gdy się pod­nio­słem, ni­ko­go przede mną nie było. Ro­zej­rza­łem się, sko­ło­wa­ny i do­strze­głem smu­kłą syl­wet­kę córki zni­ka­ją­cą za gra­nią. Rzecz jasna, po­dą­ży­łem za Emi­lią.

– Za­cze­kaj! – krzyk­ną­łem. – Za­cze­kaj, pro­szę! Po­trze­bu­jesz po­mo­cy!

Nawet się nie obej­rza­ła. Su­nę­ła przed sie­bie – tak, su­nę­ła. Nie musi mi pan wie­rzyć, sam zresz­tą nie wie­rzy­łem swoim oczom, ale to wła­śnie wi­dzia­łem: Emi­lia su­nę­ła tuż nad zbo­czem, ze sto­pa­mi wi­szą­cy­mi w po­wie­trzu. Wzbi­ja­ła ob­łocz­ki kurzu jak mały po­dusz­ko­wiec.

Niebo w jed­nej chwi­li cał­kiem ściem­nia­ło – po­wie­dział­bym, że to chmu­ry przy­pad­kiem zgęst­nia­ły, ale ja już chyba nie wie­rzę w przy­pad­ki.

Serce po­de­szło mi do gar­dła, gdy zro­zu­mia­łem, dokąd Emi­lia zmie­rza. Pan zresz­tą wie o tym rów­nie do­brze, jak ja. Emi­lia kie­ro­wa­ła się w stro­nę ame­ry­kań­skiej bazy, o któ­rej uprze­dzał mnie von Gier­ke.

Nie­ła­two jest bie­gać po piar­gu, a go­ni­łem ją przez do­brych kilka ki­lo­me­trów. Płuca i łydki pa­li­ły mnie żywym ogniem, ale udało mi się nie stra­cić córki z oczu.

Myślę, że Emi­lia nie spie­szy­ła się zbyt­nio. Po co mia­ła­by to robić? Miała prze­cież na wszyst­ko tyle czasu, ile tylko pra­gnę­ła. Wiel­ka i nie­śmier­tel­na.

Zza grani wy­ło­nił się trzy­me­tro­wy płot z me­ta­lo­wej siat­ki, zwień­czo­ny splo­ta­mi kon­cer­ti­ny. Za nim kilka nie­zgrab­nych, pro­sto­pa­dło­ścien­nych bu­dyn­ków i gi­gan­tycz­ne urzą­dze­nie, coś na kształt ta­le­rza sa­te­li­tar­ne­go.

Emi­lia wy­dar­ła dziu­rę w ogro­dze­niu, bez wy­sił­ku, jakby to nie były so­lid­ne druty, tylko spra­na szma­ta. Nawet przy tym nie zwol­ni­ła.

Drża­łem, wi­dząc jej siłę.

Za­trzy­ma­ła się do­pie­ro przy wiel­kim ta­le­rzu. Zła­pa­ła za me­ta­lo­we pręty u jego pod­sta­wy i ob­ró­ci­ła, jakby nic nie wa­ży­ła, jakby kil­ku­na­sto­me­tro­wa cza­sza była pla­sti­ko­wą za­baw­ką.

Za­mar­łem, do­my­śliw­szy się, co chce zro­bić.

Wy­cią­gną­łem przed sie­bie Be­ret­tę i zło­ży­łem się do strza­łu. Ale po sza­leń­czym biegu wciąż dy­sza­łem jak pies, serce wa­li­ło mi jak młot pneu­ma­tycz­ny.

No i – to była prze­cież moja córka.

Od razu wie­dzia­łem, że nic z tego – lufa drża­ła jak w fe­brze.

Resz­tę hi­sto­rii pew­nie zna pan le­piej ode mnie. Drzwi tych wa­szych kost­ko­wa­tych bu­dyn­ków otwo­rzy­ły się z hu­kiem i z wnętrz wy­sy­pa­ły się chma­ry ludzi – uzbro­jo­nych, umun­du­ro­wa­nych, wrzesz­czą­cych po an­giel­sku i po tu­rec­ku.

Rzu­ci­łem broń, pa­dłem na ko­la­na i za­ło­ży­łem ręce za głowę. Do­kład­nie tak, jak in­stru­ował mnie wście­kły rodak wbi­ja­ją­cy mi w żebra lufę ka­ra­bi­nu.

Ale Emi­lia? O, Emi­lia nie za­mie­rza­ła się pod­dać.

Naj­pierw jakby zu­peł­nie nie za­uwa­ża­ła żoł­nie­rzy. Pierw­sze­go, który do niej do­padł, zła­pa­ła za cze­rep i ci­snę­ła nad gło­wa­mi to­wa­rzy­szy, jak szma­cia­ną za­baw­kę. Dru­gie­go za­tłu­kła kolbą jego wła­sne­go ka­ra­bi­nu. Z trze­cim nie wiem, co zro­bi­ła, w każ­dym razie skoń­czył bez życia pod jej sto­pa­mi. Swo­jej pracy nawet nie prze­rwa­ła – cały czas grze­ba­ła w urzą­dze­niach u pod­sta­wy ta­le­rza.

Cie­mię­ży­ciel­ka dzwo­ni­ła do ro­dzi­ny. Nowo na­ro­dzo­na bo­gi­ni wzy­wa­ła pomoc, dla sie­bie i wię­zio­nych pod gó­ra­mi braci.

 

* * *

 

Lampa ja­rze­nio­wa rzu­ca­ła snop ostre­go świa­tła na młodą ko­bie­tę, przy­ku­tą do ścia­ny so­lid­ny­mi łań­cu­cha­mi. Kokon sta­lo­wych wię­zów ści­skał ją tak mocno, że nie mogła ru­szyć choć­by nad­garst­kiem, ale gu­zo­wa­te oczy roz­sia­ne na jej czasz­ce wy­raź­nie drgnę­ły, gdy do po­miesz­cze­nia po dru­giej stro­nie szyby wszedł męż­czy­zna w ciem­nych oku­la­rach.

Emi­lia prze­krzy­wi­ła głowę, jakby się mu przy­glą­da­ła, choć przez we­nec­kie lu­stro nie po­win­na być w sta­nie ni­cze­go ani do­strzec, ani usły­szeć. Cien­ka błona, po­wstrzy­mu­ją­ca jej mózg przed wy­pły­nię­ciem przez dziu­rę w czasz­ce, wy­peł­ni­ła się męt­nym pły­nem.

– Po co te łań­cu­chy, ge­ne­ra­le Smith? – po­wie­dzia­ła cicho. Jeśli męż­czy­zna prze­jął się fak­tem, że Emi­lia skądś zna jego imię, albo tym, że sły­szy jej głos, choć żu­chwa dziew­czy­ny luźno zwisa i wcale się nie po­ru­sza, to nie zdra­dził tego nawet jeden mię­sień na twa­rzy. – Wy­puść mnie, za­baw­ny lu­dzi­ku, nie będę spra­wiać kło­po­tów. Po co mia­ła­bym to robić? Sy­gnał leci w stro­nę mojej ro­dzi­mej gwiaz­dy i nie mo­że­cie już go za­trzy­mać. Wciąż od­dy­chasz tylko dla­te­go, że Wszech­świat naj­wy­raź­niej zli­to­wał się nad naj­mar­niej­szy­mi ze stwo­rzeń i nawet w pod­prze­strze­ni obo­wią­zu­je limit pręd­ko­ści. Nie do­ży­jesz tego ani ty, ani twoje pra­wnu­ki, ale los tej pla­ne­ty jest prze­są­dzo­ny tak jed­no­znacz­nie, jakby miał ją wy­ste­ry­li­zo­wać roz­błysk gamma albo w oko­li­cy za­pa­dła się próż­nia. “Do­ko­na­ło się”, jak po­wie­dział ten wasz ni­by-zba­wi­ciel. Po­sta­wio­no was na szali i oka­za­li­ście się zbyt lekcy, a waga wy­bu­chła śmie­chem. Ciało jesz­cze drga, ale chrząsz­cze już skła­da­ją jaja w mię­sie…

Smith spo­koj­nie od­pa­lił pa­pie­ro­sa. Jego oczy drgnę­ły lekko, ale tylko dla­te­go, że w męt­nym pły­nie ota­cza­ją­cym mózg Emi­lii po­ru­szy­ło się coś przy­po­mi­na­ją­ce­go czar­ne­go, cien­kie­go wę­go­rza.

– Mocne słowa, bio­rąc pod uwagę, że już raz skoń­czy­li­ście, tu cytat, “spę­ta­ni jak zwie­rzę­ta”. Po­wiem ci, jak ja to widzę: każdy ma słabe punk­ty. Znaj­dzie­my twoje i bę­dzie­my się nimi bawić jak koty, dzień po dniu, rok po roku, aż wszyst­ko wy­śpie­wasz. A na wy­pa­dek, gdy­byś oka­za­ła się zbyt upar­ta, naj­tęż­sze głowy po obu stro­nach oce­anu za­przę­gli­śmy do roz­szy­fro­wy­wa­nia apo­kry­fów. Do­wie­my się, co zro­bił Kain. W taki czy inny spo­sób.

Upior­ny chi­chot zda­wał się od­bi­jać echem od ścian wię­zie­nia, choć tak na­praw­dę roz­legł się on je­dy­nie pod czasz­ką Smi­tha.

– Ni­cze­go nie ro­zu­miesz, za­baw­ny lu­dzi­ku. Bo­go­wie, któ­rzy rzą­dzi­li tą pla­ne­tą, zanim Bluź­nier­ca uwię­ził ich pod gó­ra­mi? To na­ry­bek. Ki­jan­ki. Szcze­nię­ta spusz­czo­ne ze smy­czy, by mogły ga­niać za­ją­ce i na­brać sa­mo­dziel­no­ści. W wa­szych ję­zy­kach nie ma słów, by opi­sać rze­czy, do któ­rych tu doj­dzie po przy­by­ciu floty.

Koniec

Komentarze

Pobetowo:

Świetny, trzymający w napięciu tekst. Wyraźny klimat Lovecrafta, który uwielbiam. Świetna narracja głównego bohatera, okraszona potocznym językiem, robi z niego postać wiarygodną i żywą. Von Gierek, za którego czynem drzemie tajemnica. Córka, która z delikatnej, śmiertelnie chorej postaci w tle, z powodu niesamowitych zdarzeń, nagle staje się kimś, kto może unicestwić świat. Sam Bóg, który mógłby być kuzynem Cthulhu.

Świetne zakończenie, wielki konflikt dwóch stron, gdzie obie są pewne swojego zwycięstwa. Genialnie, lekko napisane, a mimo tej lekkości dreszczyk pozostaje. Opowiadani wciąga, już zauważyłem po Twoich komentarzach, że lubisz jak akcja zaczyna się szybko, bez zbędnego przeciągania – potwierdzasz to rzeczywiście w swoich tekstach, brawa za konsekwentność. 

Więc bez przeciągania, podwójny klik. Dzięki za zaufanie i zaproszenie do bety.

Pozdrawiam serdecznie.

You cannot petition the Lord with prayer!

Tworzysz ciekawy, nieco lovecraftowski klimat. Opowiadanie trzyma w napięciu i jest pełne akcji. Zakończenie zaskakuje. Zostawiam kilka. Pozdrawiam.

 

Witaj. :)

Przedmowa o wulgaryzmach – prześmieszna! laugh

 

Kwestie techniczne i nasuwające się przy czytaniu wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

Drugi człon tytułu – czy nie małą literą (jak w tekście)?

– Nie możecie mnie trzymać jak zwierzęcia! Jestem Amerykańskim obywatelem! – czy celowo wielka litera (dla podkreślenia narodowości)?

Andrew aż podskoczył w krześle. – mam wątpliwość, czy nie lepiej zabrzmi: „na”?

Ale (przecinek?) jak jeszcze raz dzisiaj skłamiesz, to osobiście dopilnuję, żebyś resztę życia spędził na schylaniu się po mydełko.

Teraz mów jak na zasranej spowiedzi i od samego początku: co taka szycha jak ty robiła na tym zadupiu i do czego właściwie tam doszło? – sama nie wiem, to moje przecinkowe maniactwo jest makabryczne… – znowu bym dała przecinki przed oboma „jak” (?)

Byliśmy we troje: ja, ten hochsztapler von Gierke i Emilia – córka, dowiedziawszy się o wyprawie, uparła się, że koniecznie musi mieć mnie na oku. – aliteracja?

Zerwałem się z kolan i wyrwałem z kabury Sigsauera. – tu dopytam, bo się nie znam, przepraszam – czy nie powinien być pisany rozłącznie: „Sig Sauer”?

Jedną ręką osłaniałem głowę przywierającej do mnie Emilii, drugą próbowałem chwycić coś, cokolwiek na stałe przytwierdzonego do podłoża, zanim osuwający się piarg posłałby nas w dół, ku niechybnej śmierci. – aliteracja?

I, paradoksalnie, to nas uratowało. Uskok, do którego trafiliśmy, miał raptem z jard głębokości, a jego ściana uchroniła nas przed ukamienowaniem. – powtórzenie?

Mówię panu, po pogrzebie ze dwa tygodnie nie trzeźwiałem. – aliteracja?

Właśnie wtedy poznałem tego szarlatana (przecinek lub myślnik?) von Gierke.

Na tytanicznym łbie w miejscu ust ziała pozbawiona warg czeluść, a sklepienie czaszki pokrywały nieregularnie porozrzucane bąble – wiedziałem z apokryfów Niemca, że tak wyglądają ich oczy, ale (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) bez tej informacji, założyłbym, że to guzy nowotworowe, albo objaw innego schorzenia.

Korytarz, którego wymiary z początku były dla mnie zaskakujące, nagle wydał mi się śmiesznie mały – Atlantydzi musieli zmusić bóstwo, by wpełzło do więzienia. – stylistyczny? – może: „musieli skłonić”/”pewnie zmusili” itp.?

No (przecinek?) nie rób takich oczu…

Że córka wcale nie leży za mną z dziurą w czaszce i że (przecinek?) gdy wstanę, wszystko będzie w porządku.

„Czarna haoma, ichor dawnych bogów, na którego wezwanie i zmarli wstawali do życia” – brak kropki?

No (przecinek?) niech pan tak na mnie nie patrzy.

Znaczy… pewnie są ludzie, co tak robią, ale – mniejsza. – końcówka zdania mocno mi zgrzyta

Po drugie, Emilka nie mogła przecież znać treści tych tekstów. – aliteracja?

Dopiero (przecinek?) gdy usłyszałem za sobą cytaty z Księgi Rodzaju bez mojżeszowych przekłamań, dotarło do mnie, że to nie omamy.

Musiałem tylko obrócić głowę, ale mógłbym przyciąć, że ten prosty ruch ciągnął się tygodniami. – omyłkowy wyraz?

Złapała za metalowe pręty u jego podstawy i obróciła, jakby nic nie waży, jakby kilkunastometrowa czasza była plastikową zabawką. – literówka?

– Po co te łańcuchy, generale Smith – powiedziała cicho. – czy jej słowa to nie zdanie pytające?

Bogowie, którzy rządzili tą planetą, zanim Bluźnierca uwięził ich pod górami? – czemu to zdanie jest pytające?

 

 

Przyznam, że czytałam z wielkim zainteresowaniem, byłam wciąż ogromnie ciekawa dalszego ciągu oraz finału opisywanych zdarzeń, napięcie wzrastało, a fabuła zaskakiwała coraz bardziej niesłychanymi zwrotami akcji, lecz odnoszę wrażenie, że zakończenie jest jakby urwane, bez pełnego podsumowania i zamknięcia tej opowieści. :) Jednak – tak sobie myślę – możliwe, iż to celowy zabieg, aby zmusić nas, czytelników, do samodzielnego dopowiedzenia sobie owej szokującej historii? :)

Niemniej – całość wydaje mi się świetnym opowiadaniem-kandydatem do Piórka, zachwyca pomysłem oraz nagromadzeniem wielu naukowych pojęć, żartobliwe wtrącenia głównego bohatera oraz opis przemiany córki i wyglądu odkrytego ciemiężyciela też dodają smaczku temu nader oryginalnemu tekstowi. :)

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Michael

 

dzięki za miłą opinię, pomoc w becie i kliki.

 

Opowiadani wciąga, już zauważyłem po Twoich komentarzach, że lubisz jak akcja zaczyna się szybko, bez zbędnego przeciągania – potwierdzasz to rzeczywiście w swoich tekstach, brawa za konsekwentność. 

Istotnie, mocno wierzę, że opowiadanie powinno się zaczynać razem z akcją, a jeśli trzeba coś wytłumaczyć, lepiej to zrobić gdzieś w międzyczasie. Wydaje mi się wręcz, że wskazane jest, żeby czytelnik wszystkiego nie wiedział od razu, bo wtedy czyta, żeby się dowiedzieć xd

 

Pozdrawiam :)

 

Adexx,

 

dzięki za miłą opinię i klika. Oczywiście, Lovecraft był tu dużą inspiracją, choć też pod pewnymi względami jest to tekst bardzo odległy od jego twórczości.

 

 

bruce,

 

Dziękuję za miłą opinię i za oba kliki.

 

Jednak – tak sobie myślę – możliwe, iż to celowy zabieg, aby zmusić nas, czytelników, do samodzielnego dopowiedzenia sobie owej szokującej historii? :)

Zabieg, owszem, celowy, choć nie byłem do końca pewny tak otwartego zakończenia i nie chodziło o to, żeby czytelnik sobie coś dopowiadał. Chciałem skończyć w momencie, gdy zguba jest już pewna, ale jeszcze nie nastała – wydaje mi się to zgodne z formułą gatunku. Cthulhu śpi, kiedyś się obudzi i zrobi nam duże kuku, ale na razie śpi.

 

Za wskazane potknięcia dziękuję, nie jestem pewien jedynie przecinków po “ale” i przy “gdy”, doczytam sobie.

 

Bogowie, którzy rządzili tą planetą, zanim Bluźnierca uwięził ich pod górami?

W nim jest takie niewypowiedziane pytanie. Wydaje mi się, że tak można, ale może to faktycznie błąd hm…

 

Zerwałem się z kolan i wyrwałem z kabury Sigsauera. – tu dopytam, bo się nie znam, przepraszam – czy nie powinien być pisany rozłącznie: „Sig Sauer”?

A wiesz, jak się tak zacząłem zastanawiać… to nie mam pojęcia. Firma faktycznie nazywa się SIG Sauer, ale jako potoczna nazwa jednego egzemplarza mi to nie wygląda… Zmienię na Berettę, nie będzie problemów xd

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

I ja dziękuję, przecinków nigdy pewna niestety nie jestem, a co do broni, nie zmieniaj, po prostu tylko taki zapis znalazłam i wolałam dopytać, bo – żaden ze mnie znawca. ;) Każda wskazana kwestia – tylko do przemyślenia. :)

Tematyka o tyle jest mi bliska, że kilka lat temu “popełniłam” tu na Portalu na konkurs anonimowy z dramatem mitologicznym krótki wierszowany tekścik “Sok z haomy”. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

Zakapiorze, choć czytałam ze sporym zainteresowaniem, to nie mogę powiedzieć, że opowiadanie trafiło do mnie – chyba nie zrozumiałam roli i zamiarów von Gierke, obawiam się też, że mój rozum nie pojął opisanych wydarzeń z finałem włącznie.

Okazuje się, że cosmic horror to zupełnie nie moja bajka.

 

– Boli, co? – mruk­nął i wska­zał na nad­garst­ki więź­nia. → – Boli, co? – mruk­nął i wska­zał nad­garst­ki więź­nia.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

gład­kie­go bloku, gar­gan­tu­icz­ne­go nawet w po­rów­na­niu z tymi… → Czy blok na pewno był rubaszny, nadnaturalnie wielki i niezwykle żarłoczny?

 

– Tatku? – wy­szep­ta­ła Klau­dia py­ta­ją­cym tonem… → Kim jest Klaudia?

 

mając ból prze­ku­tych gi­gan­tycz­ny­mi gwoź­dzia­mi człon­ków. → Czy tu aby nie miało być: …mając ból prze­kłu­tych gi­gan­tycz­ny­mi gwoź­dzia­mi człon­ków.

 

Emi­lia wbi­ja­ła we mnie wzrok prze­szklo­nych, mar­twych oczu… → Czy oczy Emilii na pewni były przeszklone?

A może miało być: Emi­lia wbi­ja­ła we mnie szklisty wzrok mar­twych oczu

 

oka­za­li­ście się zbyt lekcy, a waga wy­buch­nę­ła śmie­chem. → …oka­za­li­ście się zbyt lekcy, a waga wy­buch­ła śmie­chem.

http://okiem-filolozki.blogspot.com/2013/06/zniko-czy-znikneo-wybucho-czy-wybuchneo.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okazuje się, że cosmic horror to zupełnie nie moja bajka.

Możliwe, ale nie wykluczałbym też, że ten mój jest po prostu cienki :D

 

Tak czy inaczej, szkoda że się nie spodobało, ale jak zwykle dzięki za przeczytanie i wskazane błędy.

 

Czy tu aby nie miało być: …mając ból przekłutych gigantycznymi gwoździami członków.

Ach, oczywiście, gwara mnie dopadła.

 

Pozdrawiam :)

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Zakapiorze, proszę, nie ujmuj sobie umiejętności, a ja pozostanę z nadzieją na pełną satysfakcję z lektury Twoich kolejnych opowiadań. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czołem Zakapiorze!

Jak raz będę krytyczny, a co.

Wykonanie techniczne oczywiście prawidłowe.

Mam wątpliwość, co do rozwiązania, w którym większość historii jest opowieścią pierwszoosobową bohatera. Z jednej strony robisz takie wrzutki, ala do przesłuchującego, żeby nam o tym przypomnieć i uwiarygodnić monolog, z drugiej wiernie odtwarzasz każdy dialog i opis. Czasami to pasuje, czasami nie. Nie do końca mnie przekonało.

Podobnie nie zrozumiałem motywacji von Gierke, a jego zachowanie było kluczowe. Jeśli Ciemiężyciel miał zdolności zawładnięcia umysłem, to nie wybrzmiało to dość przekonująco.

Przez chwilę sądziłem, że całość będzie pewną ułudą z perspektywy desperata walczącego o życie córki. Okazało się inaczej i cała ta historia mnie nie porwała, zbyt wiele “ale” pozostawia w realiach naszego świata, w którym osadziłeś opowieść.

 

Ogólnie ma ręce i nogi, po prostu mnie porwało. Trochę to Twoja wina – przyzwyczaiłeś to bardzo wysokiego poziomu. Ale chyba wolę bardziej fantasy w Twoim wykonaniu.

 

Nie mam jednak wątpliwości, że dalsze Twoje teksty mnie urzekną. Tu po prostu nie nadawaliśmy na tych samych falach.

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Podobało mi się, choć czegoś mi zabrakło – jakiejś podbudowy pod to, co zrobił von Gierke. Domyślam się, że był opętany, ale podobnie jak beeeecki, uważam, ze nie wybrzmiało to dostatecznie.

 

Jeśli Ciemiężyciel miał zdolności zawładnięcia umysłem, to nie wybrzmiało to dość przekonująco.

Domyślam się, że był opętany, ale podobnie jak beeeecki, uważam, ze nie wybrzmiało to dostatecznie.

Ech, a mi się wydawało, że ta sugestia już jest i tak o wiele zbyt mocna. Chciałem, żeby jednak była tu wątpliwość. Może to była zła decyzja.

 

Dzięki wam za wizytę, mam nadzieję, że następny tekst spodoba się bardziej!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Cześć, GalicyjskiZakapior

Aj waj :-)

Rzadko się zdarza, żebym po przeczytaniu ponad trzydziestu tysięcy znaków wczuł się w historię do tego stopnia, że napis KONIEC mnie zaskoczył, jak wychodzący z lasu łoś :-) 

Poleciałeś grubo z tymi tytanami. Bardzo dobrze przedstawiłeś to łebsko z guzami zamiast oczu i otworem gębowym, w którego czeluściach można by utopić pół wszechwświata :-) 

Utrzymałeś opowiadanie w klasycznym Lovecraftowskim stylu, za co wielki plus.

Wprowadzasz czytelnika stopniowo w grozę, posługując się zręcznie retrospekcją. W tym przypadku zabieg sprawdził się wyśmienicie. 

Sporo uwagi poświęcasz na opis tła, ogromu, wielkości komnat i korytarzy, ale jest to całkowicie uzasadnione – inspiracja Lovecraftem ponownie daje znać o sobie. 

Pomimo że opowiadanie jest mroczne i niepokojące, czyta się lekko i przede wszystkim, chce się więcej. 

Z wielką przyjemnością udaję się do klikarni.

Pozdrawiam

Wtrącą się do dyskusji… :)

W moim odczuciu Niemiec od początku był ofiarą specyficznej paranoi – odnaleźć za wszelką cenę to miejsce i tego ciemiężyciela, więc szukał naiwnego i zarazem bogatego Amerykanina, który będzie gotów poświęcić fortunę; znalazł go, wmówił wszystko, czego tamten pragnął, a następnie wykorzystywał go tak długo, aż ziścił swój plan i wtedy ojciec dziewczyny nie był mu już potrzebny. 

 

Pecunia non olet

Hesket, dzięki za tak jednoznacznie pozytywną opinię :)

 

bruce, mogło i tak być :) Chciałem tu zostawić pewną wątpliwość, jednak ze wskazaniem na zewnętrzne inspiracje przynajmniej części działań profesora.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

bruce, mogło i tak być :) Chciałem tu zostawić pewną wątpliwość, jednak ze wskazaniem na zewnętrzne inspiracje przynajmniej części działań profesora.

 

Jak najbardziej, te inspiracje wyraźnie widać. On jest zaślepiony, niczym w transie i po trupach zmierza do celu. :)

Pecunia non olet

Gutyn Morgyn,

 

Przykute do stołu kajdanki zaczynały wgryzać się w skórę.

Hm, chyba bardziej wpijać, bo kajdanki nie mają ząbków.

 

Ale jak jeszcze raz dzisiaj skłamiesz, to osobiście dopilnuję, żebyś resztę życia spędził na schylaniu się po mydełko.

Hehe, dobre.

 

zamiast wozić się porszakiem po słonecznej Kalifornii z pornogwiazdą na shotgunie,

Ja akurat wiem, co to znaczy, ale niektórzy mogą pomyśleć, że pornogwiazda siedzi na broni… :p Nie każdy zna angielski, zwłaszcza dojrzalsi czytelnicy. No i nie daj Boże opko odwiedzi krwiożercza Tarnina… :P

 

ale czy jest coś, czego facet by nie spróbował dla umierającego dziecka?

(…)

Świadomość, że zabieram córce cenne miesiące życia, goniąc za obsesją i mrzonkami profesora, uderzyła mnie z siłą kafara.

Przecież przed chwilą powiedział, że robił to dla niej…

 

Ale to już koniec: obiecuję, nigdy więcej cię nie skrzywdzę…

To brzmi tak, jakby kiedyś ją skrzywdził fizycznie. Jeśli nie o to Ci chodziło, to użyłabym: nie zawiodę.

 

kwiliła Emilka, z trudem starając się odciągnąć lufę od mojej skroni. –

On chciał się zabić? Chyba trochę przesadzona reakcja.

 

Ach, ta Emi. Temperament, jak pan się domyśla, odziedziczyła raczej po matce.

To raczej on ma problem z temperamentem i emocjami, a nie Emilia ;p

 

Na nic!

Czegoś mi tu brakuje, nie ma rytmiki.

To wszystko na nic!

 

a w teksańskim słowniku nie ma odpowiednika zwrotu „dać za wygraną”! Ani po angielsku, ani po naszemu.

Przecież angielski to jest ich ojczysty język. Usunęłabym to zdanie.

 

którego Atlantydzi doświadczyli w czasach przez współczesną stratygrafię ochrzczonych mianem „młodszego dryasu”.

To zdanie jest chaotyczne. I w jakich czasach?

Aaa, ten dryas to jest określenie czasu. Ale trochę mi to zajęło.

 

Ale również – a dla mnie: przede wszystkim

→ Ale również – a przede wszystkim dla mnie

 

Chyba czegoś nie zrozumiałam…

Korytarz, którego wymiary z początku były dla mnie zaskakujące, nagle wydał mi się śmiesznie mały – Atlantydzi najwyraźniej przymusili bóstwo, by wpełzło do więzienia.

A wcześniej piszesz:

Do środka prowadziło jedno przejście, wykute na poziomie posadzki i niewielkie – musiałem się kulić, przechodząc, a i tak tarłem barkami o ściany.

W jaki sposób takie monstrum miałoby przejść przez korytarz, skoro sam Andrew ledwo się tam zmieścił?

 

ale poleciłem się jej zastanowić

Szyk:

ale poleciłem jej się zastanowić

 

To jest jakaś zaszyta w kwantowej naturze rzeczywistości, pierwotna złośliwość

→ To jest jakaś zaszyta w kwantowej naturze rzeczywistości pierwotna złośliwość

 

Wyrwałem von Gierke broń, przyszpiliłem ciężarem własnego ciała do zbocza, a potem tłukłem po łbie jak opętany, aż jucha zachlapała wszystko dookoła.

(…)

Wlałem jedną porcję boskiej juchy do gardła Emilii,

Trochę dużo tej juchy. Poza tym to słowo brzmi prymitywnie. Do boskiej bardziej pasuje mi krew niż jucha.

 

– Lilith, drżąc z ekstazy na lędźwiach demona, odpowiedziała Adamowi – usłyszałem za sobą niepokojący szept. Natychmiast rozpoznałem ustępy z bezbożnych apokryfów, które pokazywał mi von Gierke.

Pamiętam, że nie zrobiłem wtedy nic, tylko potrząsnąłem głową i sięgnąłem po kilka sucharów. Byłem pewien, że mózg płata mi figle i całkiem zignorowałem te szepty, biorąc je za oczywiste świadectwo ostatecznej utraty rozumu.

Według mnie jest to bardzo nienaturalna reakcja. Każdy słysząc dziwne głosy za plecami, odruchowo by się rozejrzał, a dopiero potem, nie widząc nikogo, pomyślałby, że postradał zmysły.

 

Kąciki ust wzniesione w szatańskim uśmiechu, ale żuchwa wisząca luźno, jakby wyłamana ze stawów.

Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Z żuchwą wyłamaną ze stawów chyba nie jest możliwy uśmiech?

 

 

Trochę jest dla mnie niejasne, dlaczego Andrew zabrał ze sobą Emilię. Wyprawa w poszukiwaniu Atlantydy nie brzmi jak beztroska wycieczka turystyczna. I to jeszcze z obcym chłopem, który, jak się szybko okazało, po prostu ją zabił. Gdybym ja wybierała się na taką wyprawę i to jeszcze z kimś, kogo nie znam i nie ufam, nie zabierałabym dziecka ze sobą. Czekałoby na lek w bezpiecznym miejscu. Jest to dość istotny babol, bo bez Emilii nie byłoby tego opowiadania. Ale rozumiem, że bez tego wątku trudno byłoby przedstawić historię, którą chciałeś opowiedzieć. Choć na pewno dałoby się coś wymyślić.

Z plusów:

Ponad 32 tys. znaków, a dosłownie przeleciałam przez tekst, co potwierdza Twój wybitny warsztat.

Główny bohater ma ciekawą, nietypową motywację odnalezienia Atlantydy, tudzież świątyni: jego celem nie jest skarb, Graal czy Arka, lecz lek. Tutaj mi zaimponowałeś.

 

Pozdrawiam bardzo serdecznie, gratuluję świetnego tekstu, wszystkiego dobrego!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Witam Holly :)

 

Ja akurat wiem, co to znaczy, ale niektórzy mogą pomyśleć, że pornogwiazda siedzi na broni… :p Nie każdy zna angielski, zwłaszcza dojrzalsi czytelnicy. No i nie daj Boże opko odwiedzi krwiożercza Tarnina… :P

Pornogwiazda siedząca na strzelbie to może jeszcze bardziej ‘Murica, niż pornogwiazda na bocznym siedzeniu :D A tak serio pewnie masz rację. Zmieniam, choć z żalem.

 

Aaa, ten dryas to jest określenie czasu. Ale trochę mi to zajęło.

No to jest określenie raczej mało znane, poza “specyficznymi” kręgami. Z drugiej strony, jeśli je wywalę i zastąpię wszędzie “dwanaście tysięcy lat temu” to stracę bezpośrednie nawiązania do pewnych szurskich niezwykle ciekawych teorii.

 

Przecież angielski to jest ich ojczysty język. Usunęłabym to zdanie.

Jak ktoś jest z Teksasu i nazywa się Reyes, to niekoniecznie. Ale może faktycznie szkoda ryzykować, że ktoś się potknie, nie ma to w sumie żadnego znaczenia, że on jest latynosem. Wywalam.

 

Trochę jest dla mnie niejasne, dlaczego Andrew zabrał ze sobą Emilię. Wyprawa w poszukiwaniu Atlantydy nie brzmi jak beztroska wycieczka turystyczna. I to jeszcze z obcym chłopem, który, jak się szybko okazało, po prostu ją zabił.

Hmm to ona się uparła, że nie puści go samego z obcym dziadem. Nie wydaje mi się to przesadnie nieuzasadnione, wiesz, niektóre kobity potrafią stawiać na swoim. Jest o tym wspomniane, ale podkreślę to bardziej, żeby było jaśniej.

 

W jaki sposób takie monstrum miałoby przejść przez korytarz, skoro sam Andrew ledwo się tam zmieścił?

Zamysł był taki, że ta bariera z wąskim korytarzem powstała później, gdy monstrum już było na miejscu, właśnie po to, żeby się czasem nie wyczołgało. Może to powinno być w tekście, ale w sumie żadna z postaci o tym nie wie, mogą tylko podejrzewać, hmmm

Trochę dużo tej juchy. Poza tym to słowo brzmi prymitywnie. Do boskiej bardziej pasuje mi krew niż jucha.

Hmm pozmieniam.

 

Ale również – a dla mnie: przede wszystkim

→ Ale również – a przede wszystkim dla mnie

Hmm a to mi się wydaje w porządku. Andrew mówi, że dla niego leki były głównym wątkiem, a nie pobocznym.

 

Ponad 32 tys. znaków, a dosłownie przeleciałam przez tekst, co potwierdza Twój wybitny warsztat.

Główny bohater ma ciekawą, nietypową motywację odnalezienia Atlantydy, tudzież świątyni: jego celem nie jest skarb, Graal czy Arka, lecz lek. Tutaj mi zaimponowałeś.

Dziękuję pięknie!

 

Pozdrawiam i dzięki za wizytę!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hmm to ona się uparła, że nie puści go samego z obcym dziadem. Nie wydaje mi się to przesadnie nieuzasadnione, wiesz, niektóre kobity potrafią stawiać na swoim. Jest o tym wspomniane, ale podkreślę to bardziej, żeby było jaśniej.

Aha, no to ja tego nie zarejestrowałam, jak to uwydatnisz, to na pewno będzie lepiej.

 

Zamysł był taki, że ta bariera z wąskim korytarzem powstała później, gdy monstrum już było na miejscu, właśnie po to, żeby się czasem nie wyczołgało. Może to powinno być w tekście, ale w sumie żadna z postaci o tym nie wie, mogą tylko podejrzewać, hmmm

Hmmm… No to chyba trzeba o tym wspomnieć, przynajmniej jednym zdaniem… Chociaż nie wiem, czy ktoś inny zwrócił na to w ogóle uwagę, może tylko mnie to bije po oczach.

 

Pozdrawiam i dzięki za wizytę!

heart

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Hej, intrygujący tytuł! 

Bardzo ciekawie wykorzystałeś legendę o Atlantydzie i wprowadziłeś pradawnego stwora, którego nawet mnie zrobiło się trochę żal. Wykonanie, jak zwykle u Ciebie, świetne. Fabuła też mi się spodobała, choć zastanawiam się, dlaczego główny bohater nie opłacił ekipy, która towarzyszyłaby mu podczas tej podróży. Skoro był bogaczem, to chyba żaden problem? Kilku dodatkowych badaczy, jakiś archeolog, może kilku ex-marines? Wtedy wyszłoby to jeszcze wiarygodniej i miałbyś więcej postaci do ukatrupienia przez Emilkę. :D 

Na koniec fajna klamra wyjaśniająca, skąd Teksańczyk znalazł się w bazie wojskowej. Sama wypowiedź dziewczyny wydaje mi się nieco za długa i zbyt informacyjna. Postawiłabym na coś krótszego, bardziej charakterystycznego, żeby lepiej zapadało w pamięć.

Szybko dobijam do biblioteki!

piarżyste żlebisko 

 

Aż musiałam sprawdzić co to dokładnie jest. Język polski jest taki piękny i szeleszczący! :D 

hochsztapler von Gierke

Ha! Dlatego nie odgadłam, że Widokówka jest Twoja. :D Wydaje mi się, że cechą charakterystyczną w Twoich opowiadaniach są akcenty, które kojarzą się albo z ZSRR albo DDR :D Zajcew. Władymirówna. Lebensraum. A teraz von Gierke. 

Widzi pan, ja bywam porywczy, nie przeczę. Teksańczycy już tak mają.

Nie znam Teksańczyków i może to krzywdzące, ale… rozbawiło mnie. 

Z rany popłynęła gęsta jak smoła, czarna kr.

Krew? 

Życie to nie film ze Stevenem Seagalem, żeby bezczynnie wysłuchiwać monologu złoczyńcy

Haha! :D

Wlałem jedną porcję boskiej krwi do gardła Emilii, drugą wprost do ziejącego krateru w jej głowie.

Aj… bałam się co z tego wyjdzie… I sie nie pomyliłam. :D 

 

 

Pozdrawiam! 

 

 

Podążaj za białym królikiem.

Bardzo fajny pomysł na końcówkę. Nie walczyć, nie zabijać bez wielkiego sensu, tylko wezwać wsparcie. Dobre zagranie, pozostawiające czytelnika ze świadomością, że za ileś tam setek lat to dopiero się zacznie…

Bohaterowie w porządku, acz nie obraziłabym się za więcej o motywacji Gierke. Przedwieczny go opętał podczas pobierania krwi czy już wcześniej miał taki chory plan?

Fabuła trzymała w napięciu, od czasu do czasu nieoczekiwany zwrot. Dobrze wyszło.

Fajne jest to, że pytania o córkę pod koniec nabierają całkiem innego sensu.

Dodałabym trochę przerw w tekście. Niby większość z tego to jedna scena, bo przesłuchiwany opowiada, ale tak dla higieny psychicznej jakiś oddech od czasu do czasu by się przydał.

Babska logika rządzi!

Hej, hej :)

 

Fabuła też mi się spodobała, choć zastanawiam się, dlaczego główny bohater nie opłacił ekipy, która towarzyszyłaby mu podczas tej podróży. Skoro był bogaczem, to chyba żaden problem?

Im więcej marines tym trudniej się ukryć przed oczyma amerykańskiej bazy (która, ciekawostka, naprawdę stoi na górze Ararat. Nie sugeruję, że pilnują przedwiecznego ufoka, ani nawet Arki Przymierza, ale czegoś jednak pilnują…).

 

Na koniec fajna klamra wyjaśniająca, skąd Teksańczyk znalazł się w bazie wojskowej. Sama wypowiedź dziewczyny wydaje mi się nieco za długa i zbyt informacyjna.

Hmm może. Zwłaszcza, że wcześniej jest przytyk do złoczyńskich monologów xd Pomyślę.

 

Ha! Dlatego nie odgadłam, że Widokówka jest Twoja. :D Wydaje mi się, że cechą charakterystyczną w Twoich opowiadaniach są akcenty, które kojarzą się albo z ZSRR albo DDR :D Zajcew. Władymirówna. Lebensraum. A teraz von Gierke.

Hmm w Widokówce też jest historyjka o tatarskiej brance xd

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hej, Gal.

To jedno z tych opowiadań, kiedy musiałem zerknąć w komentarze. Po pierwszych akapitach myślałem, że jest to pastisz horroru. Coś jak “Krzyk” w kinie, ale czym dalej czytałem, tym mniej byłem pewny. Wróciłem do wstępu i przeczytałem jeszcze raz, tym razem uważnie (moja wina), że jest to cosmic horror, a nie comic. Widzę też po komentarzach, że nikt w tym (chyba) pastiszu nie widzi, a jeśli jest to na poważnie, to miałbym niestety wiele uwag.

Podsumuję więc ogólnie. Warsztatowo jest dobrze, bo czyta się płynnie. Pomysły też masz, ale popracowałbym solidnie nad stylistyką i realizmem opisywania zdarzeń.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej Finkla,

 

Dodałabym trochę przerw w tekście. Niby większość z tego to jedna scena, bo przesłuchiwany opowiada, ale tak dla higieny psychicznej jakiś oddech od czasu do czasu by się przydał.

Hmm słuszna uwaga pewnie dało się coś wyciąć i wstawić jakąś spokojną scenę.

 

Fajne jest to, że pytania o córkę pod koniec nabierają całkiem innego sensu.

Miło mi. Lubię klamry.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!


Darcon,

 

no muszę przyznać lekko mnie zaskoczyłeś. Że to jest bardziej przygodówka z tematyką cosmic horror niż taki prawdziwy horror, pewnie tak, albo że mam nieraz problemy z pewnym realizmem, to na pewno. Ale że pastisz, to bym nie pomyślał :D

 

Tak czy inaczej dzięki za komentarz, postaram się wziąć sobie do serca jak wszystkie.

 

Pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hmm słuszna uwaga pewnie dało się coś wyciąć i wstawić jakąś spokojną scenę.

To nie musi być cała scena, wystarczy zdanie albo dwa. Że dają więźniowi kubek wody, że korytarzem obok ktoś przebiega, że światło mruga, że nagranie osiągnęło maksymalną długość i trzeba zacząć drugie…

Babska logika rządzi!

Hej :)

 

Podoba mi się narracja z pierwszej osoby – bo wyszła ci dobrze, a to nieczęsto się zdarza:). Dzięki temu mogłem zajrzeć do głowy Teksańczyka i zobaczyłem barwną postać – zrozpaczoną, silną, jak kowboj w czasie spędu bydła i zdeterminowan – na tyle wiarygodnie, że uwierzyłem w to, że bohater mógł pojechać w góry z Niemcem gadającym o świątyni prastarej cywilizacji. Kosmita, zombie, bóstwo też wyszło wiarygodnie, choć wysłanie sygnału dla kumpli za pomocą przypadkowego przekaźnika, chyba zbędne, wolałbym gdyby stwór został bardziej tajemniczy, co mogłoby nadać więcej grozy w finałowej rozmowie z generałem :) 

Pozdrawiam :).

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hej :)

 

Podoba mi się narracja z pierwszej osoby – bo wyszła ci dobrze, a to nieczęsto się zdarza:)

Kurcze a mi właśnie w trzeciej osobie nic nigdy nie chce wyjść :<

 

kowboj w czasie spędu bydła

:D No o coś takiego chodziło, choć nie wpadłbym na to określenie.

 

chyba zbędne, wolałbym gdyby stwór został bardziej tajemniczy, co mogłoby nadać więcej grozy w finałowej rozmowie z generałem :) 

Możesz mieć rację. Chciałem skończyć na końcu świata z opóźnionym zapłonem, ale nie wykluczam, że gdyby zostawić więcej niedopowiedzeń, byłoby lepiej.

 

Pozdrawiam i dzięki za wizytę!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Ave, Zakapiorze!

 

Czy przypadkiem nie zapomniałeś o tagu “absurd”?

 

Podobała mi się pierwszoosobowa narracja, taka trochę gawędziarska. Pod względem językowym też jest naprawdę dobrze, na niczym się nie zacinałem, płynnie wchłonąłem całość za jednym przysiadem.

 

Ale chyba coś mnie omija, bo horroru tutaj w ogóle nie dostrzegam. Bardziej satyrę na bazie horroru, jeżeli już. Pod tym względem ostatnia scena (choć dość niepokojąca i udana) pasuje do wcześniejszej części tekstu, jak grzyb do ściany, bo nagle zrobiło się mrocznie. 

 

Niektóre wypowiedzi bohaterów są tak rozkosznie teatralne i przerysowane, że nie jestem w stanie uwierzyć, że to miało być na poważnie. Przykładowo:

– Von Gierke, hochsztaplerze, oszukałeś mnie! – krzyczałem. Zerwałem się z kolan i wyrwałem z kabury Berettę. – Zapłacisz za to!

No i ten nieszczęsny Von Gierke właśnie… Ciekawa, wręcz intrygująca, postać, ale nie wiem, co nim kieruje. Zastrzelił Emilię, bo tego wymagała fabuła, ale dlaczego to zrobił – nie umiem odpowiedzieć.

 

Przyjmując, że to jednak była satyra, jestem usatysfakcjonowany lekturą.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Bardziej satyrę na bazie horroru, jeżeli już.

Przyjmując, że to jednak była satyra, jestem usatysfakcjonowany lekturą.

Satyry nie miałem na myśli, więc jeśli tak to odbierasz, to zawiodłem. Raczej celowałem w coś takiego, jak pisał Bard: historię z okolic Lovecrafta, ale którą opowiada chłop nabuzowany jak kowboj i na skraju utraty rozumu. Może to był zły pomysł. A może nie do końca dźwigłem.

 

Dzięki za wizytę, pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Satyry nie miałem na myśli, więc jeśli tak to odbierasz, to zawiodłem

Myślę, że troszkę przesadzasz. Czytało się bardzo dobrze, a że wydźwięk był inny od zamierzonego, to już kwestia drugorzędna.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Niestety będę marudzić. Historia kojarzy mi się strasznie z różnymi niskobudżetowymi horrorami, które można czasami podłapać na SciFi albo AMC. Malutka obsada? Jest. Zrąb fabuły w postaci jankesów na wyprawie w egzotycznym kraju, gdzie czyha pradawne zło? Jest. Przewrotne, ale w sumie mało zaskakujące zakończenie? No jest!

Faktycznie, w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy aby nie mam do czynienia z pastiszem. Jako pastisz tekst się broni – te wspomniane wyżej filmy są na swój sposób urocze, ale obawiam się, że ,,urocze” to ostatnie słowo, jakie chciałbyś tutaj usłyszeć. ;( Jako poważny horror… No, ani szczególnie się nie przestraszyłem (,,zasługa” narratora-kowboja), ani nie zainteresowałem Mroczną Tajemnicą z Odmętów Dziejów (jak dla mnie za mało budowania klimatu), a całość zawiera za dużo motywów, które mi osobiście się nie podobają, by w ogóle uznać lekturę za satysfakcjonującą (Boże, jak ja nie cierpię Starożytnych Kosmitów!!!).

Pozdrawiam i przepraszam za brutalną szczerość.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Wtrącę… :)

Narrator nie może inaczej opowiadać… Jemu grozi surowa kara, musi przybrać taki ton, zeznając w jednostce USA. 

Pecunia non olet

SNDWLKR,

 

nie ma za co przepraszać, nie podobało się to się nie podobało, taka opinia też jest cenna.

 

Dzięki za wizytę!

 


bruce, myślę też, że jak już miał się komu wreszcie wygadać, to się zwyczajnie “nakręcił” :)

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

płynnie wchłonąłem całość za jednym przysiadem.

Wybaczcie, ale po Weirdzarro mam już chyba coś nie tak z mózgiem i zastanowiła mnie ta część zdania XD

 

No mi też się nie wydaje, że to pastisz. Przecież poza luźnym sposobem opowiadania, bohater traktuje te wydarzenia śmiertelnie na serio. Ogólnie stawka emocjonalna bohaterów jest dość mocna. Nie ma to znamion parodii. Horror kosmiczny – ok. Czy bardzo straszny? No nie. Ale nie musi być. Dla mnie to nawet bliżej weird niż pastisz. Inspiracje gatunkowe są oczywiste, ale tekst nie imituje konkretnego autora ani nie gra satyrą. Traktuje swoją historię śmiertelnie serio, a to pastiszowi przeczy w moim odczuciu. Może ja po prostu lubię ten klimat Lovecrafta, temu mnie to szybciej złapało.

You cannot petition the Lord with prayer!

bruce, myślę też, że jak już miał się komu wreszcie wygadać, to się zwyczajnie “nakręcił” :)

Tak. Odbieram ton jego wypowiedzi jako nader swobodny oraz bezpośredni, bo… nic więcej mu już nie pozostało. :) 

Pecunia non olet

bruce, mi bardziej chodziło o to, że jak bohater zaczyna kozaczyć, to trudniej uzyskać efekt grozy (,,Obcy: Ósmy pasażer >>Nostromo<<” >>> ,,Obcy: Decydujące starcie”).

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

SNDWLKR:

bruce, mi bardziej chodziło o to, że jak bohater zaczyna kozaczyć, to trudniej uzyskać efekt grozy

Słuszna uwaga, często tak jest. W tym wypadku jednak odniosłam wrażenie (mogę się oczywiście mylić, piszę wyłącznie o moich odczuciach), że było to świadome i przemyślanie działanie z jego strony, aby uniknąć stuprocentowo pewnej kary od “swoich”. :) 

Pozdrawiam Was. :)

Pecunia non olet

Z pewnością interesująca lektura, która wciągnęła mnie w całości. Dobry warsztat. :)

Najsłabiej wypadł Gierke, córka gdzieś zaraz za nim, ale główny bohater jest wspaniale napisany – przekonujący, pełen wewnętrznych spięć, narracja pierwszoosobowa z pewnością mu pomogła. Wyobraziłam go sobie i wydał się prawdziwy. Ludzki. 

Jest ponuro, ale nie strasznie. :) Jest też mały problem z końcówką. Zastanawiam się, gdyby usunąć ostatnią część po gwiazdkach, czy nie byłoby mocniej. Ale to bardzo subiektywne. 

Fabularnie jest ciekawie, to, co napisałam, to jedynie małe uwagi, bo opko jest dobre. 

Pozdrawiam serdecznie! :)

Cześć JolkaK :)

 

Z pewnością interesująca lektura, która wciągnęła mnie w całości. Dobry warsztat. :)

Miło mi :)

 

Najsłabiej wypadł Gierke, córka gdzieś zaraz za nim, ale główny bohater jest wspaniale napisany – przekonujący, pełen wewnętrznych spięć, narracja pierwszoosobowa z pewnością mu pomogła. Wyobraziłam go sobie i wydał się prawdziwy. Ludzki.

Cieszy mnie, że wydał się ludzki, bo jak widać budzi on nieco kontrowersji :) Na pewno faktem autentycznym jest, że inne postacie wypadły słabiej.

 

Zastanawiam się, gdyby usunąć ostatnią część po gwiazdkach, czy nie byłoby mocniej.

Hm, być może. Był moment, że tak się to opowiadanie kończyło, ale marzyła mi się klamra.

 

Pozdrawiam i dzięki!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Opowiadanie bardzo fajne, i mimo że nie lubię dłuższych form,czytało się świetnie. Do tego stopnia, że napis koniec mnie zaskoczył. Postać głównego bohatera fajnie napisana, dialogi bardzo prawdziwe. Jedyne co mi brakowało, to motywu działania niemca, który gdzieś tam mi umykał.

Opowiadanie bardzo fajne, i mimo że nie lubię dłuższych form,czytało się świetnie. Do tego stopnia, że napis koniec mnie zaskoczył.

Witam CZARNA2 i bardzo mi miło :)

 

Hm, wydaje mi się, że 32k to taka bardzo normalna długość dla opowiadania jeszcze (widziałem nawet niedawno nabór do antologii z dolnym limitem 25k), ale tym bardziej cieszę się, że się podobało.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Cześć Galicyjski,

 

spóźniłem się na premierę, ale dorzuciłem tekst do kolejki z myślą, że jeśli GZ coś pisze, to zawsze warto przeczytać, bo będzie trzymać poziom

Nie zawiodłem się. Dobre, klimatyczne opowiadanie; ciekawa historia i atmosfera.

Kliki już masz, więc swój dorzucam umownie.

 

Pozdrawiam

rr

Anet, miło mi :)

 

Robercie, dzięki za tak pozytywną opinię :)

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Nie no, nie wierzę własnym oczom. 

Po prostu nie wierzę. Po co ja czytałem te komentarze?

Jaki pastisz, jaki komizm? To jest nieprawdopodobne, jak biegunowo odmienne mogą być opinie czytelników. Chyba to już mój PESEL daje znać o sobie, ale mówię uczciwie – kompletnie zbaraniałem czytając opinie malkontentów. I podwójnie odechciało mi się powrotu do pisania. Po raz pierwszy – po przeczytaniu tego tekstu. Poziom obrazowania w narracji, gęstość, dynamika – po prostu wybitne. 

A potem te komentarze… I ja ze swoim karłowatym warsztatem? Jeśli takie teksty, za przeproszeniem, obrywają śledziem w przysłowiowy ryj, to może z moim “pisaniem” powinienem sie od razu zakopać w tym rumoszu skalnym i poczekać na przylot obcych?

 

Ludzie, to jest KONWENCJA. Kiedyś tak się pisało, poczytajcie chociażby Grabińskiego. I ta stylizacja na starszy tekst nie dość że jest tutaj po prostu mistrzowska, to jeszcze dodaje grozy, bo skoro ten tekst jest stary, to… może ONI są już tuż, tuż. I nie przeraziło. Jasne. Bo klaun przeraża, ale zagłada ludzkości już nie. Rany… …

 

Sorry, spurchawiłem się zdrowo, ale ten tekst jest piórkowy. Może wrażenie po czasie jest lepsze, bo autor wprowadził korekty, które zasygnalizowały nieocenione Reg i Bruce. Tego wykluczyć nie mogę.

Ale cóż – mam to w nosie. Jestem szczerze zachwycony tym opowiadaniem, idę do nominowalni i niech się dzieje wola loży :P

silverze, cieszy mnie niezmiernie taka opinia, a już dostrzeżenie choćby odległej analogii do Grabińskiego (swoją drogą, ziomka z Galicji) to niezmiennie miód na moje serce, ale czuję się zobowiązany apelować o nienazywanie czytelników o innej opinii “malkontentami” :D

Są teksty, które nie każdemu podchodzą i jakby takie jest życie. Lepiej, żeby czytelnicy pisali o swoich wrażeniach wprost.

 

Poziom obrazowania w narracji, gęstość, dynamika – po prostu wybitne. 

Gęstość tekstu to określenie, które muszę zapamiętać.

 

Dzięki za wizytę, za nominację i pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Nie chciałem nikogo obrazić. Po prostu zrobiło mi się przykro. Zdałem sobie sprawę z tego, że operuję zupełnie innymi kodami kulturowymi niż większa część środowiska, a w tym przypadku z pisaniem będę miał mocno pod górę. No ale cóż, czas nas nie oszczędza. Tym bardziej, że mnie dodatkowo kształtowała kultura, ktora już za moich mlodzienczych czasów byla archaiczna. Jeśli ktoś się poczuł urażony – przepraszam.

silver_advent:

Może wrażenie po czasie jest lepsze, bo autor wprowadził korekty, które zasygnalizowały nieocenione Reg i Bruce. Tego wykluczyć nie mogę.

Jeśli o mnie chodzi – proszę wykluczyć. :) Autor pisze po prostu znakomicie, przysłowiowo: co widać na załączonym obrazku na powyższym tekście. ;) 

 

Sorry, spurchawiłem się zdrowo, ale ten tekst jest piórkowy.

POPIERAM! yessmiley

Pecunia non olet

silverze, oczywiście nie podejrzewałem, żebyś chciał kogokolwiek obrażać, po prostu nie chciałbym, żeby w przyszłości ktoś z komentujących miał gryźć się w język czy coś.

 

No i przykro mi, skoro czytanie tego tekstu skłoniło cię do takich nieprzyjemnych refleksji.

 

bruce, bardzo mi miło :)

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

smiley Trzymam kciuki, Szanowny Autorze. :) 

Pecunia non olet

Ale cóż – mam to w nosie. Jestem szczerze zachwycony tym opowiadaniem, idę do nominowalni i niech się dzieje wola loży :P

 

Loża przybywa :)

 

Tekst już czytałam wcześniej, teraz go sobie odświeżyłam, by dokonać oceny Piórkowej.

 

Komentarz silvera pomógł mi zrozumieć, czemu ten tekst wyjątkowo (bo uwielbiam teksty Zakapiora) nie przypadł mi do gustu. Nie znoszę Lovecrafta i Grabińskiego. Pewnie dla wielu osób, szczególnie dla silvera, zabrzmi to jak herezja, ale cóż, ja też mam to w nosie :) (I może faktycznie jest tu “winny” PESEL? Kto wie.) Takie jest moje zdanie i skoro zostałam wybrana do Loży, uważam, że moim obowiązkiem jest wyrażać niezależną opinię o nominowanym tekście.

 

 

Mamy tu 4 TAKi i 5 NIEtów, więc moja ostateczna ocena to: NIE.

 

Jestem jednak pewna, że jeszcze nieraz mnie zachwycisz swoimi przyszłymi tekstami. Powodzenia przy głosach pozostałych Lożan!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Nie znoszę Lovecrafta i Grabińskiego. Pewnie dla wielu osób, szczególnie dla silvera, zabrzmi to jak herezja, ale cóż, ja też mam to w nosie :)

Nie przesadzałbym, że od razu herezja. Jakieś małe nagięcie doktrynalne najwyżej :)

 

Jestem jednak pewna, że jeszcze nieraz mnie zachwycisz swoimi przyszłymi tekstami.

Też mam taką nadzieję, ale jakby to powiedzieć, obecnie mam w piekarniku właśnie głównie horrory z dziwną konwencją xddd

 

Tak czy inaczej, dzięki za kolejną wizytę i głos, Holly!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Też mam taką nadzieję, ale jakby to powiedzieć, obecnie mam w piekarniku właśnie głównie horrory z dziwną konwencją xddd

To będzie okazja, żeby mnie przekonać do tych konwencji :) Możesz to potraktować jako wyzwanie :P

 

Tak czy inaczej, dzięki za kolejną wizytę i głos, Holly!

Żyję, by służyć.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

To ja się wtrącę (i zaznaczę, że to tylko moja subiektywna opinia) – akurat Grabińskiego tu nie dostrzegłem, ale przyznaję, że czytałem tylko ,,Demona ruchu” (po którym przez chwilę bałem się wsiadać do pociągu). Stylizacji na tekst z dwudziestolecia międzywojennego tym bardziej. Konwencję – hmm, może, ale jest to, jak już wspomniałem, konwencja innego rodzaju. ;)

 

Holly, a mogę podrążyć – dlaczego nie ich lubisz? ;)

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Holly, a mogę podrążyć – dlaczego nie ich lubisz? ;)

Drążyć zawsze można :)

 

Zarówno jednego, jak i drugiego czytałam zbiór opowiadań i chyba jeszcze nigdy się tak… nie wynudziłam. Te opowiadania były dla mnie żadne, nudne, bez napięcia, bez akcji, same opisy, może i ładne, ale jakby puste. A nic mnie tak nie irytuje, jak nudna lektura. To jest dla mnie najbardziej zmarnowany czas na świecie. A jeszcze irytacja była w przypadkach tych panów tym większa, że zamiast odłożyć lekturę, brnęłam dalej i się męczyłam, bo chciałam zrozumieć, czemu tyle osób tak lubi ich dzieła i czemu są tak szanowani w środowisku pisarskim i czytelniczym. Gdzie jest ten geniusz, ta legenda, czy ja jestem za głupia, żeby to dostrzec? Najwidoczniej tak :P

W biblioteczce czeka jeszcze na mnie flagowy “Zew Cthulhu”, może on mnie przekona. A tego “Demona” też może spróbuję? Minęło trochę czasu, więc może dam kolejną szansę…

 

Tak czy siak, proszę nie myśleć, że zagłosowałam na NIE, jedynie ze względu na skojarzenie z twórczością tych panów. Po prostu podejrzewam, że z tego powodu tekst mógł do mnie nie trafić.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Aha, rozumiem. Czyli dokładnie to samo, co ja miałem z ,,Władcą Pierścieni”. :)

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Hej 

 

wpadam z końcową oceną piórkową

 

 

Można zdobyć 18 punktów maks, na Tak wystarczy 10 – czyli ponad połowę.

Powodzenie przy następnych tekstach.

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dzięki Bardzie :]

 

A jeszcze irytacja była w przypadkach tych panów tym większa, że zamiast odłożyć lekturę, brnęłam dalej i się męczyłam, bo chciałam zrozumieć, czemu tyle osób tak lubi ich dzieła i czemu są tak szanowani w środowisku pisarskim i czytelniczym. Gdzie jest ten geniusz, ta legenda, czy ja jestem za głupia, żeby to dostrzec? Najwidoczniej tak :P

Wiesz, Holly, Lovecraft to trochę jak Wells: dzisiaj jego dzieła jak najbardziej mogą kogoś nudzić, ale w dużej mierze dlatego, że miał olbrzymi wpływ na własny gatunek i ciężko w nich dostrzec świeżość.

W wypadku Lovecrafta efekt jest tym mocniejszy, że jakby poza tą pomysłowością, która przyczyniła się do trwałego poszerzenia paradygmatu horroru, jego pisanie faktycznie jest mocno takie sobie (żeby nie używać mocniejszych słów). Więc jeśli samo Ktulu wielkie przedwieczne nie jest dla Ciebie wystarczającą zaletą… no, to właściwie innych zalet tam nie ma :)

 

 

Tak czy siak, proszę nie myśleć, że zagłosowałam na NIE, jedynie ze względu na skojarzenie z twórczością tych panów. Po prostu podejrzewam, że z tego powodu tekst mógł do mnie nie trafić.

Nie chcę się kłócić z Twoim odczuciem na temat Twojej oceny, ale pod innymi moimi opowiadaniami opartymi o równie lovecraftowskie motywy, jak Diablica i Widokówka, zostawiałaś bardzo pozytywne komentarze.

Więc no o ile absolutnie nie musisz się tłumaczyć ze swojej oceny – dla mnie nawet “nie podobało mi się i już” jest OK, a już taka tabelka to ohoho – to raczej nie zagrało tu coś innego.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Niech tam będę heretykiem, czy nie, ale ja zazwyczaj oglądam, duuużo mniej czytam. :) Na szczęście zatem nie muszę się odnosić do jakichś tam “panów”. Według mnie to opowiadanie jest wybitne i kropka. yessmiley Czy Autor jest winny temu, że pewne wątki można odnosić do jakichś-tam, bardzo luźnych skojarzeń? :)

Pecunia non olet

Niezmiennie bardzo mi miło, bruce :)

 

Czy Autor jest winny temu, że pewne wątki można odnosić do jakichś-tam, bardzo luźnych skojarzeń? :)

Trochę tak, te skojarzenia są przecież nieprzypadkowe.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

A Autor, jak zawsze, zbyt skromny. wink Wcale nie jest powiedziane, GalicyjskiZakapiorze, że nie stworzyłbyś tego opowiadania bez jakichkolwiek – wspominanych tu – pierwowzorów. :) Jesteś Autorem o tak oryginalnych pomysłach i na tyle obeznanym z zasadami, że wiesz, ile “swojego osobistego pomysłu” zawrzeć w każdej, serwowanej nam tu opowieści. :) 

Pecunia non olet

Cześć, GalicyjskiZakapiorze!

Przeczytałem Twoje opowiadanie ze sporą przyjemnością. Akcja rozwija się energicznie, dialogi i opisy są soczyste, umiesz przykuć i utrzymać uwagę odbiorcy. Parę sformułowań naprawdę Ci się udało, że wspomnę tylko “los tej planety jest przesądzony tak jednoznacznie, jakby miał ją wysterylizować rozbłysk gamma(-,) albo w okolicy zapadła się próżnia”. Przy okazji, akurat w ostatnich tygodniach przeczytałem o pierwszym znaczącym postępie w leczeniu przyczynowym pląsawicy Huntingtona – ciekaw byłbym, czy też Ci się to obiło o uszy i jakoś zainspirowało, czy zbieżność jest przypadkowa.

Wskazałbym jednak, że treść jest całkiem rozrywkowa jak na wyjście od tak poważnego tematu, nie podała mi nowych przemyśleń na temat zachowań ludzkich w obliczu śmiertelnej choroby czy innych spraw ostatecznych. Jest też przewidywalna, naprawdę od początku można odgadnąć, że terapia ichorem bogów nie posłuży córeczce najlepiej i pomoże ich sprowadzić. Jedyne, co nieco zaskakuje, to zachowanie von Gierkego, ale ono z kolei wydało mi się słabo umotywowane – może przydałby się jakiś trop, czy on odwiedził głównego bohatera już opętany, czy podupadł na wolnej woli dopiero podczas wyprawy? Początkowe wypowiedzi:

– Von Gierke, hochsztaplerze, oszukałeś mnie! – krzyczałem. Zerwałem się z kolan i wyrwałem z kabury Berettę. – Zapłacisz za to!

– Masz rację, Emilko, masz rację! To nie von Gierke! To wszystko moja wina! – jęknąłem. –

uznałem za przesadzone, pasowałyby bardziej do marnej roli aktorskiej niż do czegoś, co mówi poza tym dzielny i przytomny człowiek. Najwyraźniej obmyśliłeś to jako sygnał, że ci przedwieczni bogowie wpływają na jego myśli, ale umieszczenie takiego dysonansu tak wcześnie w toku fabuły może być niefortunnym zabiegiem.

Oprócz zbędnych przecinków przed “albo” najbardziej rzucającym się w oczy błędem jest traktowanie “Araratu” jako nazwy rodzaju żeńskiego. Można pisać o “górze Ararat” i wtedy drugi człon pozostaje nieodmienny, ale sam Ararat jest rodzaju męskiego i normalnie się odmienia. Parę innych, mniej lub bardziej przypadkowych drobiazgów:

Zleciłem niezależne translacje tych wszystkich apokryfów.

Przekłady zlecił, prawda?

Odgrzebaliśmy jedynie na tyle rumoszu

Odgrzebaliśmy jedynie tyle rumoszu lub Odgrzebaliśmy rumosz jedynie na tyle.

Dla każdego, kto spojrzałby na tego kolosa, byłoby oczywiste, że nawet z dostępem do dzisiejszej technologii, nie dałoby się ruszyć go choćby o cal.

Bez ostatniego przecinka (“nawet z dostępem do dzisiejszej technologii” to grupa okolicznika rozpoczynająca zdanie podrzędne).

ludzie o inteligencji choćby zbliżonej do współczesnych homo sapiens

Nazwa rodzaju od wielkiej litery.

Wyrwałem von Gierke broń

Wyrwałem von Gierkemu broń.

Na krańcu niewyobrażalnego przestworu widziałem nawet najwyższe budynki Erywania – a może tylko mi się zdawało.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, przy dobrej pogodzie z Araratu powinna być widoczna okazała panorama Erywania, a nie tylko najwyższe budynki (nie ma tam zresztą szczególnych drapaczy chmur). Zależy wprawdzie, gdzie dokładnie się znajdowali, ale chyba dość wysoko na zboczach.

Panorama jak z Signal Peak… albo i lepsza, bo ta góra jest ze dwa razy wyższa, niż cokolwiek w Guadalupe.

Bez przecinka przed “niż” (brak odrębnych orzeczeń).

 

Wymienione wątpliwości konstrukcyjne przeważają mój głos na stronę NIE, zauważę jednak, że robi na mnie bardzo dobre wrażenie, jak umiesz zająć czytelnika losami bohaterów, i postaram się z tego czerpać naukę. Dziękuję za możliwość lektury i pozdrawiam!

Wiesz, Holly, Lovecraft to trochę jak Wells: dzisiaj jego dzieła jak najbardziej mogą kogoś nudzić, ale w dużej mierze dlatego, że miał olbrzymi wpływ na własny gatunek i ciężko w nich dostrzec świeżość.

W wypadku Lovecrafta efekt jest tym mocniejszy, że jakby poza tą pomysłowością, która przyczyniła się do trwałego poszerzenia paradygmatu horroru, jego pisanie faktycznie jest mocno takie sobie (żeby nie używać mocniejszych słów). Więc jeśli samo Ktulu wielkie przedwieczne nie jest dla Ciebie wystarczającą zaletą… no, to właściwie innych zalet tam nie ma :)

O, dziękuję Zakapiorze, trochę mnie uspokoiłeś, bo już myślałam, że ze mną jest coś nie tak.

 

Nie chcę się kłócić z Twoim odczuciem na temat Twojej oceny, ale pod innymi moimi opowiadaniami opartymi o równie lovecraftowskie motywy, jak Diablica i Widokówka, zostawiałaś bardzo pozytywne komentarze.

Hm, a to nawet nie wiedziałam, że tam są takie nawiązania, nie dostrzegłam tego ;p

 

Więc no o ile absolutnie nie musisz się tłumaczyć ze swojej oceny – dla mnie nawet “nie podobało mi się i już” jest OK, a już taka tabelka to ohoho – to raczej nie zagrało tu coś innego.

No właśnie, więc nie ma co się zastanawiać i tłumaczyć dlaczego, tylko tak po prostu bywa, jedno opowiadanie zachwyci, drugie nie, to normalne, gdy autor się rozwija i eksperymentuje. Dziękuję za zrozumienie :)

 

EDIT:

Wcale nie jest powiedziane, GalicyjskiZakapiorze, że nie stworzyłbyś tego opowiadania bez jakichkolwiek – wspominanych tu – pierwowzorów. :) Jesteś Autorem o tak oryginalnych pomysłach i na tyle obeznanym z zasadami, że wiesz, ile “swojego osobistego pomysłu” zawrzeć w każdej, serwowanej nam tu opowieści. :) 

Oczywiście, zgadzam się, dlatego tym bardziej nie ma co się doszukiwać “winy” we wspomnianych panach :P

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Oczywiście, zgadzam się, dlatego tym bardziej nie ma co się doszukiwać “winy” we wspomnianych panach :P

Holly, dzięki. Winy żadnej nie ma, a odczucia i wrażenia – wiadomo – są rozmaite. :) 

Pecunia non olet

Wracam po raz drugi, jako członek loży. Będę na NIE. Jak już wcześniej pisałam, opko ma dobry warsztat, dobrze nakreślonego bohatera, jednak do piórka brakuje mu kilku istotnych elementów – przekonujących postaci drugoplanowych, dobrze wyważonej kompozycji, przemyślanej fabuły z dobrym zakończeniem. Nie ujmuje to opowiadaniu w zasłużonym trafieniu do biblioteki, natomiast  na piórko jeszcze nieco brakuje. Niewiele, ale jednak.

Czekam z niecierpliwością na następne teksty i równie interesujące rozwiązania fabularne. 

Pozdrawiam mroźnie! :)

Bardzo podobały mi się opisy wyprawy.

Natomiast forma relacji po jakimś czasie trochę mnie znużyła. 

Historia trzyma w napięciu, choć zmagania z bogami są taką skalą, że w sumie niszczą emocje. 

Ten wątek zmarłej żony i dziedziczącej po niej wszystko ukochanej córki, wydal mi się nieco namolny;)

Tekst napisany sprawnie i czyta się płynnie. 

Piórkowo będę na Nie. 

delulu managment

Hej Ambush, dzięki za wizytę :)

 

Historia trzyma w napięciu, choć zmagania z bogami są taką skalą, że w sumie niszczą emocje. 

Hmm, to jest bardzo słuszna uwaga. Kogo obchodzi że oni się tam gdzieś strzelają, skoro zaraz przyleci kosmiczny bebok i wszystkich zje :D

Nie pomyślałem o tym.

 


JolkaK, również dzięki za re-wizytę.

 

Czekam z niecierpliwością na następne teksty i równie interesujące rozwiązania fabularne. 

Teksty na pewno się pojawia, ale czy będą równie interesujące, to się dopiero okaże niestety :)

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Opowiadanie dobre, nie odebrałem go jako pastisz, ale taki właśnie nieco trącący myszką tradycyjny tekst grozy, który bardziej stawia na atmosferę niż na przerażenie. Jeśli chodzi o bohaterów, to część boska wypadła naprawdę ciekawie, część ludzka – nieco gorzej. Do piórka nieco brakło, ale oceniam pozytywnie.

 

zacząłem na klęczkach odrzucać żwir i rumosz

Zastanowiło mnie to trochę, gdyż rumosz to materiał nieobtoczony (skruszona skała, ewentualnie transportowana w dół zbocza przez stoczenie/osunięcie), a żwir przeważnie obtoczony (w górach musiałby być pochodzenia rzecznego, a więc transportowany w wodzie), występowanie obu tych osadów w jednej warstwie wydaje mi się mało prawdopodobne, chyba że jeden leżał na drugim.

Witam Zygfrydzie :]

 

nie odebrałem go jako pastisz, ale taki właśnie nieco trącący myszką tradycyjny tekst grozy, który bardziej stawia na atmosferę niż na przerażenie

Do piórka nieco brakło, ale oceniam pozytywnie.

Cieszy mnie to bardzo.

 

Zastanowiło mnie to trochę, gdyż rumosz to materiał nieobtoczony (skruszona skała, ewentualnie transportowana w dół zbocza przez stoczenie/osunięcie), a żwir przeważnie obtoczony (w górach musiałby być pochodzenia rzecznego, a więc transportowany w wodzie), występowanie obu tych osadów w jednej warstwie wydaje mi się mało prawdopodobne, chyba że jeden leżał na drugim.

Przyznam się szczerze, że nie wnikałem w to aż tak głęboko. Widać, że masz dużą wiedzę o górach. Ale czytam teraz, że może też być żwir polodowcowy…?

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Ślimaku

 

nie wiem, jak udało mi się zupełnie przegapić Twój – jak zwykle treściwy – komentarz!

 

Przy okazji, akurat w ostatnich tygodniach przeczytałem o pierwszym znaczącym postępie w leczeniu przyczynowym pląsawicy Huntingtona – ciekaw byłbym, czy też Ci się to obiło o uszy i jakoś zainspirowało, czy zbieżność jest przypadkowa.

Zupełnie przypadkowa, utylitarnie chciałem choroby, która jest genetyczna i zabija dość pewnie, ale dopiero w pewnym wieku.

 

Jest też przewidywalna, naprawdę od początku można odgadnąć, że terapia ichorem bogów nie posłuży córeczce najlepiej i pomoże ich sprowadzić.

Hm, tak o tym nie myślałem, ale pewnie racja.

 

Najwyraźniej obmyśliłeś to jako sygnał, że ci przedwieczni bogowie wpływają na jego myśli, ale umieszczenie takiego dysonansu tak wcześnie w toku fabuły może być niefortunnym zabiegiem.

Trochę tak, ale też po prostu niezbyt to wyszło, nie ma co doszukiwać się usprawiedliwień.

 

Oprócz zbędnych przecinków przed “albo” najbardziej rzucającym się w oczy błędem jest traktowanie “Araratu” jako nazwy rodzaju żeńskiego.

To prawda, ale też celowa decyzja z mojej strony. Nie wiem, w mojej głowie “zbocze Araratu ożywało” i “szydzący Ararat” zwyczajnie nie brzmi tak dobrze. Może dlatego, że “góra” jest żeńska? Może to wpływ angielszczyzny (u nich mówienie “she” o rzeczach, które są “it” jest czasem eleganckie i staromodne)?

Nie mam tak naprawdę pojęcia, natomiast mój zmysł estetyczny kazał mi to tak zostawić i liczyć, że czytelnik przymknie oko i uzna to za manierę narratora.

 

Wymienione wątpliwości konstrukcyjne przeważają mój głos na stronę NIE, zauważę jednak, że robi na mnie bardzo dobre wrażenie, jak umiesz zająć czytelnika losami bohaterów, i postaram się z tego czerpać naukę. Dziękuję za możliwość lektury i pozdrawiam!

Jak zwykle nawet pomimo głosu na NIE bardzo mi miło i pozdrawiam również!

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Nowa Fantastyka