
Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.
ZŁĄCZENIE
Była to jego ostatnia kolacja. Naprawdę wyśmienita. Jednak nie żałował. Uważał, że w pełni zasługiwał na orzeczoną przez sąd karę. Wstał od stołu i położył się na chwilę. Łóżko było niespodziewanie wygodne. Dbają tu o człowieka – usta wykrzywiły mu się w grymasie przypominającym uśmiech. Spojrzał na zegar. Miał jeszcze godzinę, zanim po niego przyjdą. Całą godzinę walki z własnymi myślami – z góry przegraną. Nie mógł zrozumieć, dlaczego to zrobił? Ten nóż. Jego ostrze ociekało krwią. Widział jak trzyma go w dłoni…. Przecież kochał Alex. Była wszystkim, co najlepsze w jego życiu. Nie mógł zrozumieć…
– Archibald, masz gościa. – dobiegający z głębi korytarza głos strażnika, wyrwał go z zamyślenia. Zdziwił się. Nikt go nie odwiedzał. W zasadzie nie chciał nikogo widzieć. Ale ta ostatnia godzina, o dziwo strasznie mu się dłużyła. Chciał już z tym wszystkim skończyć. Myśli przyprawiały go o szaleństwo.
Strażnik otworzył drzwi celi. Do środka weszła młoda kobieta. Archibald zmierzył ją wzrokiem. Była wysoką skromnie ubraną szatynką. Mogła się podobać. Daleko jej jednak było do Alexandry. Wstał z łóżka, żeby się przywitać.
– Witam panią. Czym mogę służyć?
– Nazywam się Samanta Brown. Mam dla pana pewną propozycję – kobieta miała miły, ciepły głos.
– Propozycję? W mojej sytuacji? – nie ukrywał zdziwienia.
– Nie pożałuje pan – uśmiechnęła się delikatnie.
– Proszę usiąść. Przepraszam za nieporządek. Dopiero co zjadłem kolację. Obsługa hotelowa nie zdążyła jeszcze posprzątać – sztuczny humor nie pasował jednak do sytuacji. Nikt się nie śmiał. Archibald usiadł na łóżku.
Samanta podeszła do stolika. Położyła czarną aktówkę na blacie i wyjęła jakieś dokumenty.
– Proszę nie pytać jak, ale weszliśmy w posiadanie pańskiego DNA. Idealnie pasuje do naszych celów. W skrócie – potrzebujemy pańskiego ciała. Najbardziej interesuje nas pana mózg. Uważamy, że tkwi w nim pewien potencjał.
– No to się pani trochę spóźniła. Moje ciało w zasadzie nie należy już do mnie. A co do mózgu. Nie wiem, na co może się komukolwiek przydać. Chyba, że interesuje panią budowa mózgu zwyrodnialca.
– Nie przyszłam pana osądzać ani rozgrzeszać – kobieta zbliżyła się do Archibalda i usiadła na łóżku w bezpiecznej odległości. Położyła między nimi zawartość aktówki.
– Proszę to przeczytać, a wszystkiego się pan dowie – wskazała na plik papierów leżących teraz na łóżku.
– Na oko to jakieś kilkaset stron wydruków komputerowych. Mam się z tym zapoznać – zamilkł na chwilę i spojrzał na zegar – w pół godziny? Pani żartuje?
– Wystarczy, że pan podpisze. Na ostatniej stronie jest stosowne miejsce na pański autograf.
Archibald wziął do ręki dokumenty. Na pierwszej stronie widniała nic mu niemówiąca nazwa jakiejś firmy – zdaje się, że biotechnologicznej. Druga strona wystarczająco go zniechęciła do dalszej lektury.
– Ostatnia strona – zasugerowała Samanta. Sięgnęła do wewnętrznej kieszeni żakietu. Znalazła to, czego szukała. Podała Archibaldowi zdobione złotem pióro.
– Parker – spojrzał na pióro – prawdziwy, a nie chińska podróbka. No, urasta pani w moich oczach.
– Prezent od firmy. Proszę podpisać. Nasz czas się kończy.
Odruchowo spojrzał na twarz Samanty. Jego uwagę zwróciły oczy kobiety. Przypominały mu błyszczące szafiry. Kiedyś często takie widywał. Kiedyś… Teraz zrobiłby wszystko, żeby znów je zobaczyć.
– Radzi mi pani to podpisać? – zapytał, lecz nie oczekiwał odpowiedzi. Przekonała go swoim spojrzeniem. Podpisał zgodę. Jego ciało teraz już oficjalnie nie należało do niego.
– Chce pan, żebym została do końca? – w jej głosie można było wyczuć nutkę troski.
– Nie. Proszę już sobie pójść.
– Jest pan pewien?
– Strażnik! Pani wychodzi! – zawołał.
Po chwili drzwi się otworzyły. W celi pojawił się strażnik.
– Na korytarzu ktoś na panią czeka – powiedział.
Kobieta wstała. Zabrała aktówkę i skierowała się do wyjścia z celi. Zatrzymała się jednak przy drzwiach i spojrzała na Archibalda.
– Do widzenia panu – powiedziała z dziwnym uśmiechem na twarzy.
Nie odpowiedział. Położył się znowu na łóżku. Spojrzał na zegar. Zostało mu jeszcze dziesięć minut oczekiwania.
*
Drzwi się otworzyły. W celi pojawił się w towarzystwie strażników naczelnik więzienia.
– Już czas Archibaldzie. Musimy iść – naczelnik był miłym człowiekiem. Widać było, że obecnie mu przypisana rola niezbyt mu służyła.
*
Strażnicy wprowadzili skazańca do komory i przypięli pasami do łóżka. Jeden z nich wcisnął przycisk. Siłowniki ustawiły łóżko w pionie. Archibald mógł teraz zobaczyć świadków swojej egzekucji. Nie obchodziło go jednak, kto siedział za szybą. Nie zwracał uwagi na mściwe spojrzenia zaproszonych gości. Nie oczekiwał przebaczenia. Nie słuchał ogłoszenia wyroku. Zwrócił tylko uwagę na zapytanie naczelnika.
– Archibaldzie Straus. Chcesz coś powiedzieć?
– Tak. – skazaniec spojrzał na zebranych. Dostrzegł Samantę w towarzystwie starszego mężczyzny. Miał wrażenie, że była mu życzliwa. Nie wiedział tylko, dlaczego.
– Wiem, że to nic nie zmieni – kontynuował – ale chciałem powiedzieć, że jest mi przykro. Chciałbym przeprosić… To wszystko.
Łóżko wróciło do poziomego ustawienia. Chwilę potem podszedł do niego lekarz. Odszukał żyły i podłączył wenflony. Archibald nie oczekiwał łaski. Pragnął końca.
Naczelnik nerwowo spoglądał na zegar. Była to pierwsza egzekucja w jego karierze zawodowej. Wiedział, że kiedyś nadejdzie taki moment, kiedy będzie musiał wydać polecenie, którego skutkiem będzie zakończenie życia drugiego człowieka. Łudził się jednak, że usłyszy dzwonek telefonu i nie będzie musiał wydawać rozkazu inicjującego procedurę. Telefon jednak milczał. Ułaskawienia nie było.
– Wykonać wyrok – naczelnik wyszeptał rozkaz. Lekarz, jednak usłyszał. Włączył pompę infuzyjną. Pierwszy składnik powoli zaczął zmierzać do żył skazańca.
Archibald zamknął oczy. Jeszcze tylko chwila i koszmary się skończą – pomyślał. Środek działał szybko.
*
Poczuł, że nadal istnieje. Nie nastroiło go to optymistycznie. Pragnął końca wszystkiego. Końca koszmarów. Końca wyrzutów sumienia. Może tym jest piekło – pomyślał. Nie ma odkupienia za to, co zrobił. Przez wieczność będzie nękał sam siebie. Nie zazna spokoju.
Otaczająca go zewsząd ciemność, zaczynała ustępować. Dostrzegł mały, jasny punkcik. Coś jakby samotną gwiazdkę. Zaczął zbliżać się do niej. Poczuł się, jakby był w długim, ciemnym tunelu, z którego końca biło oślepiające światło. Ciemność powoli ustępowała. Zaczynał słyszeć głosy. W jasności dostrzegł niewyraźne, rozmazane zarysy jakichś postaci. Otaczały go ze wszystkich stron.
– Udało się… – usłyszał głos jednej z postaci.
– Nie opieraj się. Nie będzie tak bolało – rzekła druga postać.
– Nie zrobiłeś tego. Pamiętaj! – trzeci głos wydawał mu się znajomy. Był miły, ciepły, kobiecy.
– Nie mieszaj mu w głowie! Jeszcze zechce wrócić – czwarty głos nie był miły.
Jasność nie trwała długo. Poczuł, że tunel go wciąga. Zapadał się. Pogrążał się w ciemności. Czuł, że traci świadomość.
*
Świadomość wróciła, a wraz z nią cząstka zrozumienia. Wiedział już, że nie umarł. Domyślał się też, że w komorze śmierci chyba tylko go uśpili. Tego ostatniego jednak nie był pewien.
Nie dostrzegał ciemności. Nie dostrzegał światła. Nic nie dostrzegał. Jego stopy jednak wysłały do mózgu słaby sygnał. Zrozumiał, że zanurza się szybko w czymś ledwo wyczuwalnym. Miał przytłumione zmysły. Nie rozpoznawał, czym to było. Przestraszył się. Organizm zapragnął powietrza. Jednak go nie było. Do ust wdarło się to coś. Teraz rozpoznał, czym było. Dusił się. Próbował wstrzymać oddech. Nie mógł. Gęsta, lepka ciecz wdzierała się do ust, nosa, przełyku, żołądka i płuc. Zrozumiał wtedy, co czuła Alex, gdy krew zastąpiła powietrze i wypełniła jej płuca. Tracił przytomność. Odpływał, a towarzyszył mu przy tym w myślach obraz Alexandry z poderżniętym gardłem. Alex charczącej, dławiącej się, próbującej uchwycić choć odrobinę powietrza – bezowocnie.
*
Po co odzyskał świadomość? Chyba tylko po to, by mógł czuć. A czuł i to jeszcze jak. Ból był nie do zniesienia. Jego zmysły, na nieszczęście, nie były już przytępione. „Nie opieraj się. Nie będzie tak bolało”. Starał się pójść za tą radą. Z początku bezskutecznie. Odruchowo starał się walczyć, przeciwstawiać zmianom, których nie rozumiał. Kiedy pojął, że nic nie zdziała oporem, ból zelżał na tyle, że pozwolił mu zasnąć i śnić.
Stanął okrakiem nad ciałem Alexandry. Była nieprzytomna. Patrzył przez chwilę na jej bezwładne ciało. Podziwiał je. W ręku trzymał jeszcze gumowy młotek, którym ogłuszył wcześniej kobietę. Odrzucił go po chwili. Nie był mu już potrzebny. Alex nie ocknie się szybko. Dobrze wiedział jak i gdzie uderzyć. Rozkoszował się widokiem, ale nie był jeszcze usatysfakcjonowany. Pochylił się i zaczął zdzierać z niej ubrania. Nie robił tego szybko. Miał czas. Powoli odsłaniał to, co do tej pory było zakryte. Delektował się. Odsłonił w końcu całość swojego nieukończonego jeszcze dzieła…
*
Obudził się. Nie było już bólu fizycznego. Odczuł ulgę. Nie trwała jednak długo. Pojawił się inny ból – psychiczny. Nic nie czuł. Nie potrafił umiejscowić nóg, palców, dłoni, rąk, reszty ciała. Przeraziło go to. Przed atakiem szału uratował go sen.
Trzymał w ręku nóż kuchenny. Był duży i ostry. Podobno wchodził w ciało jak w masło. Mógł to teraz sprawdzić. Przyłożył ostrze do gardła Alex. Zrobił lekkie nacięcie. Chciał się pobawić. Niestety kobieta odzyskiwała przytomność. Zmartwiło go to, ponieważ nie chciał od razu jej zabić. Powtórzył jednak nacięcie – teraz z większą siłą. Nóż gładko wszedł w gardło, zatrzymując się dopiero na jednym z kręgów szyjnych. Krew wpłynęła do tchawicy. Kobieta zaczęła się dławić. Próbowała zaczerpnąć powietrza. Z każdym wdechem jednak do płuc dostawało się coraz więcej krwi. Dusiła się.
Spojrzał w jej szafirowe oczy. Widział w nich przerażenie. Rozkosz, płynąca z tego widoku, powetowała mu stratę wynikłą z pośpiechu. Patrzył tak aż do końca. Napawał się tym widokiem.
Alex przestała oddychać. Jej serce zamilkło. Mózg jednak jeszcze nie umarł.
*
Jednak coś jeszcze czuł. Przekonał się o tym bardzo boleśnie. Coś nieznanego zaczęło atakować jego mózg. Nie opierał się. Z doświadczenia wiedział, że to nic nie da. Przedłuży tylko cierpienia. Poddał się i zasnął.
Patrzył na martwe już ciało Alexandry. Było takie spokojne. Nie zaburzał go żaden ruch. Podziwiał perfekcję linii, jakość wykończenia. Nie chciał się dzielić z nikim tym widokiem. Musiał o to zadbać. Użył ponownie noża. Za pierwszy cel obrał jej piersi. Obustronna mastektomia mu nie wystarczyła. Zajął się twarzą Alex. Prostym cięciem pozbawił ją nosa. Chwilę później wyciął jej usta i język. Było mu mało. Wyłupił szafirowe oczy Alexandry. Wziął je do ręki i posmakował. Na koniec zostawił sobie klitoridektomię.
Jego dzieło było wreszcie ukończone. Wbił nóż w serce kobiety i wstał. Chciał iść do łazienki pod prysznic. Zatrzymał się jednak. Zobaczył swoje odbicie w ekranie telewizora. Coś mu nie pasowało. Zbliżył się do ekranu, żeby się przyjrzeć. Zobaczył wtedy swoją twarz. Siwa broda, wąsy, łysina. To jednak nie była jego twarz. Przypomniał sobie wtedy miły, ciepły, kobiecy głos dobiegający z oddali. „Nie zrobiłeś tego. Pamiętaj!”
*
Archibald się zmienił. Kiedyś jego myśli były jak strumyk, teraz stały się oceanem. Czuł niewyobrażalną potęgę drzemiącą w swoim umyśle. Zrozumiał kim był. Miał zdolność integrowania się z innym umysłem. Jego dar stał się dla niego przekleństwem. Był przekonany o swojej winie. Ten stan ducha doprowadził go do komory straceń. Jego czyn, gdy zrozumiał co zrobił, napawał go odrazą do samego siebie. Nie bronił się. Chciał umrzeć.
Teraz to się zmieniło. Odczuwał nieopisaną jasność myśli. Postanowił zmierzyć się ze swoim koszmarem. Znalazł ścieżkę dostępu do danych opisujących prawdziwy obraz wydarzeń. Miał już w tej chwili przeczucie swojej niewinności. Chciał się tylko upewnić.
Był wieczór. Wrócił z pracy. Wszedł do salonu. Stanął w osłupieniu. Widział martwe ciało żony. Zamarł w bezruchu. Chwilę później poczuł silne uderzenie w tył głowy. Upadł na martwe ciało Alexandry. Stracił przytomność. Jakiś czas później ocknął się. Nie pamiętał, co się stało. Widział tylko krew na lewej dłoni. W prawej trzymał rękojeść noża wbitego w serce Alex. Gdy był nieprzytomny, wchłonął wspomnienia mordercy z ostatnich godzin. Przyjął je za swoje.
Był niewinny. Żałował utraty tamtego życia. Dostał jednak nowe. Będzie zawsze tęsknił za Alexandrą. Mógłby, ale nigdy nie wymaże z pamięci jej wspomnienia. Odstawi je na półkę w swoim nowym umyśle. Będzie do nich wracał.
Teraz czekało go nowe zadanie. Musiał poznać swoje nowe ciało. Różniło się znacznie od dotychczasowego. Jeszcze nie wiedział co potrafi. Czuł jednak w sobie wielką moc. Nie potrafił jej jeszcze określić, ale kiedyś to zrobi. Powoli odkrywał swoje nowe zmysły.
*
Samanta była piekielnie zmęczona. Praktycznie nie spała od kilku dni. Pilnowała osobiście procesu zespolenia. Denerwowała się, ponieważ dotychczasowe próby się nie powiodły. Wszyscy ochotnicy, zwerbowani spośród ludzi nieuleczalnie chorych, zawiedli. Nie przeżyli procesu. Coś im nie pozwoliło połączyć się ze strukturą neuronalną organizmu statku. Miała nadzieję, że tym razem się uda.
Zmęczenie brało górę. Nie mogła sobie teraz pozwolić na drzemkę. Proces powinien właśnie dobiegać końca. Nanoboty zakończyły już łączenie ludzkiego mózgu z siecią neuronalną statku. Teraz należało już tylko czekać, aż świadomość człowieka przejmie kontrolę nad ciałem statku. Wstała i podeszła do przeszklonej ściany. Przed nią roztaczał się widok wnętrza hangaru. Prawie całą jego przestrzeń zajmował statek. Rozmiarami mógł konkurować z małą asteroidą. Jego konstrukcja, w przeważającej mierze, była organiczna. Poza napędem termojądrowym, którego nie udało się jeszcze wyhodować, statek był żywy.
Samanta przyglądała się dziełu, którego była współtwórczynią. W myślach niczym mantrę powtarzała słowa „ożyj, ożyj”. Jej pragnienie chyba zaczynało się spełniać. Statek zaczynał się ruszać. Spojrzała na monitory kontrolne. Było dobrze, a nawet bardzo dobrze. Wykresy fal mózgowych stabilizowały się. Statek stawał się świadomy.
– Udało się! – Samanta krzyknęła i podskoczyła z radości. Zapomniała jednak o niskim ciążeniu i chwilę później znalazła się pod sufitem stacji.
– Jesteś pewna? – starszy mężczyzna przebudził się z drzemki. Jemu wolno było spać. On miał inne zadania do wykonania.
– Jestem! – była bardzo podekscytowana – wskazania czujników potwierdzają, że statek reaguje na polecenia ludzkiego mózgu.
Mężczyzna podniósł się z fotela i podszedł do przeszklonej ściany.
– Widzę Samanto, że nasz Archibald zaczął poznawać swoje nowe ciało. Przypomina mi teraz dziecko, uczące się kontrolować własne kończyny. Gdy nauczy się podstawowych odruchów, pomożemy mu poznać bardziej skomplikowane funkcje jego nowego organizmu. Wygląda na to, że miałaś rację dziewczynko. Konieczne było zastosowanie mózgu człowieka, czującego odrazę do samego siebie. Nie będzie się on wtedy kurczowo trzymać swojego dotychczasowego życia. Nie będzie z całych sił odrzucać zespolenia. Podda się mu. Dobrze, że ciebie zatrudniliśmy moja droga.
Sukces cieszył Samantę, ale zawsze jest jakieś „ale”.
– Szkoda mi Alexandry. Biedna kobieta. Czy musiała umierać?
– Cóż Samanto. Teraz mogę ci już powiedzieć. Oczywiście wiesz już, że Archibald nie jest mordercą – przecież wielokrotnie skanowałaś jego mózg. Ale jest jeszcze coś. Alexandra żyje w przeświadczeniu, że jej mąż jest mordercą. Podrzuciliśmy do ich domu ucharakteryzowane zwłoki zamordowanej wcześniej innej kobiety. W sąsiednim pokoju umieściliśmy pod strażą prawdziwego mordercę. Gdy Archibald zobaczył zwłoki, założył oczywiście, że to jego martwa żona. Nie zdążył zweryfikować swojego osądu. Ogłuszyliśmy go. W stanie utraty świadomości przejął wspomnienia mordercy. W ten sposób uzyskaliśmy to, co chciałaś.
– Biedna kobieta – Samanta nie kryła swoich mieszanych uczuć – to podłe co zrobiliście.
– Moja droga. Mówią, że cel uświęca środek.
– Módlmy się więc, żeby Archibald nigdy się nie dowiedział, co mu zrobiliśmy. Jeśli się dowie… – nie dokończyła zdania. Statek dysponował mocą, przewyższającą dotychczasowe ludzkie wyobrażenia. Teraz była ona pod kontrolą Archibalda.
To opowiadanie będzie moim pożegnaniem.
Jeśli się komuś nie spodoba, to trudno.
Następne opowiadania trafią do szuflady.
Pozdrawiam
Z
Przeczytałem z przyjemnością.
Dlaczego ostatnie?
Szkoda będzie. szuflada nie jest najlepszym miejscem na dobre opowiadania.
uwaga z trudem odkużona w pamięci: przy zapisie dialogów po myślniku używa się wielkich liter, chyba, że są to słowa typu: powiedział, krzyknął...
(Nic nie mówię)
Zbyszku, co to znaczy --- pożegnanie? Stanowczo protestuję!
Frustracja AdamieKB, frustracja...
Ło jeżu, jak to zabrzmiało... Czyżbyś, nie daj Quetzalcoatlu, frustrował się odbiorem Twoich tekstów? Daj spokój, strona zubożeje bez nich.
Poczytałem to tu, to tam. Różne wypowiedzi. Czy warto tu publikować, skoro te teksty są w gruncie rzeczy spalone? Na co później one się nadadzą? Chyba tylko do kosza? Kto to kiedykolwiek opublikuje... Stąd mnie frustracja dopadła.
Po pierwsze primo --- zachowujesz prawa autorskie. Jasne, wszędzie zastrzeżenia, że teksty nigdzie nie publikowane --- ale brak zastrzeżeń, że nie na podstawie drobnego opowiadanka sprzed roku, rozszerzonego, rozbudowanego, uzupełnionego. To już nowa praca.
Po drugie primo --- dokonujesz pewnego rodzaju rozpoznania gustów i oczekiwań, dowiadujesz się, co "chwyta". Możesz nad tym pokiwać głową z politowaniem, możesz pójść w ślady.
Po trzecie primo --- stan frustracji przemija. Może nie z wiatrem, ale z czasem --- przemija.
Może masz racje AdamieKB.
Średnio co tydzień przychodzi mi nowy pomysł.
Teraz zabieram się za coś wesołego (mam nadzieję).
Niektórzy mówili, że "Złączenie" jast okropne, wredne, obrzydliwe...
Nie widzę tego w komentarzach.
Za to widzę, że pod Twoimi tekstami jest stosunkowo mało wpisów. Operujesz tematami o mniejszej popularności, za to o większym stopniu trudności w odbiorach --- chyba dlatego.
Dzisiaj tylko wpadam na tę strone, łyp tu, łyp tam --- ale jutro przeczytam "Złączenie' na spokojnie.
AdamieKB. Kiedyś za starych dobrych czasów S-F pisali często naukowcy, którzy chcieli coś przekazać. Mieli jakieś pomysły, których nie można było udowodnić (itp. itd.). Przelewali je na papier. Poprzez S-F pokazywali to nad czym się pracuje. Teraz jakoś chyba to zaginęło. Duchy, wampiry, anioły (nie uwłaczając duchom, wampirom i aniołom), a gdzie się podziało S występujące przed myślnikiem? Mam dziwne odczucie. Kiedyś napisałem opowiadanie zainspirowany widokiem gimnazjalisty. Coraz bardziej odchodzimy od przedmiotów ścisłych. Stajemy się społeczeństwem leniwym, oczekującym, że ktoś za nas wykona to co trudne. Oj... Zachciało mi się biadolić... :)
Hej, hej, hej, Panie Bracie. Duchy, wampiry i anioły to nie jest science fiction, tylko fantasy. Nie mów, że literatura schodzi na psy, bo młodsi autorzy nie piszą już "naukowo". Ponadto, odchodzenie od przedmiotów ścisłych nie jest od razu przejawem lenistwa. Po prostu nie każdy ma tę iskierkę, którą trzeba mieć, by się zajmować fizyką, matematyką czy chemią. Pisarze to rzadko ścisłe umysły - ale tak przecież jest nie od kilku lat. Ja wiem, o co Ci chodzi, ale jednak chyba biadolenie wzięło dziś górę nad zdrowym rozsądkiem:)
Wiem, że duchy, wampiry, anioły to fantasy a nie S-F. Ale tak przy okazji przypomniały mi sie "Trzy serca i trzy lwy" Pola Andersona (fizyka z wykształcenia)...
Co do iskierki... Coraz trudniej o nią... (z własnych wieloletnich obserwacji)
Jak już komuś chce się wysilić i pouczyć się np fizyki to raczej "żal marnować się" i pisać.
Powstają tacy fizycy co siedzą w fizyce i do literatury ani rusz.
Takie mam wrażenie.
Skopiowałem, żeby na spokojnie poczytać. Piszę, żebyś wiedział, że chęci mam...
mam nadzieję, że frustracja odejdzie i jeszcze coś zamieścisz:) Fakt, że brakuje tego science. Może dlatego, że dziś odkryć nie dokonuje się jednoosobowo, tylko nad ważnymi zagadnieniami pracują całe sztaby? Sama jestem zdecydowanie 'science', ale bardzo rzadko pisuję klasyczne sf a ze swojej tematyki to już w ogóle ;)
Wracając do opowiadania - mam nadzieję, że to Cię nie frustruje - ale muszę się trochę podoczepiać :)
Nie ma możliwości, żeby na podstawie zdobytego DNA wywnioskować, że człowiek czuje odrazę do samego siebie (rozmowa w celi Samanthy z Archibaldem - a później końcówka). Zakończenie z wyjaśnieniem też mi się średnio podoba - przekombinowane. Uprościłabym jakoś. " Alexandra żyje w przeświadczeniu, że jej mąż jest mordercą" - to w końcu ona żyje czy nie?
A poza tym, lubię Cię czytać :) Nie znikaj!
pozdrawiam,
B.
Nie ma możliwości, żeby na podstawie zdobytego DNA wywnioskować, że człowiek czuje odrazę do samego siebie.
Nie o to mi chodziło. Może się jeszcze domyślisz? Między wierszami jest umieszczona odpowiedź.
Żyje w rozterce, tęskni za Archibaldem i jednocześnie czuje do niego odrazę. Dziwić się jej. A jak potraktować kogoś bliskiego, który okazuje się zwyrodnialcem, mordercą i kanibalem do tego. Oczywiście ona nie wie, że Archi jest niewinny. I nikt jej tego nie powie. Ale kto wie może się kiedyś dowie i nezła jatka z tego wyjdzie. Sam się boję co mogłoby się stać, gdyby Achi się dowiedział, że Alex żyje. Tej jatki, która by wtedy nastąpiła, to już sobie wyobrazic nie potrafię. Ale... Kto wie?
Zakończenie celowo takie zrobiłem. W pierwszym podejściu miało być inne, proste. Ale zmieniłem, żeby było (jak to okreśłiłaś) przekombinowane.
Pozdrawiam
Z.
Nie ma możliwości, żeby na podstawie zdobytego DNA wywnioskować, że człowiek czuje odrazę do samego siebie.
Nie o to mi chodziło. Może się jeszcze domyślisz? Między wierszami jest umieszczona odpowiedź.
Żyje w rozterce, tęskni za Archibaldem i jednocześnie czuje do niego odrazę. Dziwić się jej. A jak potraktować kogoś bliskiego, który okazuje się zwyrodnialcem, mordercą i kanibalem do tego. Oczywiście ona nie wie, że Archi jest niewinny. I nikt jej tego nie powie. Ale kto wie może się kiedyś dowie i nezła jatka z tego wyjdzie. Sam się boję co mogłoby się stać, gdyby Achi się dowiedział, że Alex żyje. Tej jatki, która by wtedy nastąpiła, to już sobie wyobrazic nie potrafię. Ale... Kto wie?
Zakończenie celowo takie zrobiłem. W pierwszym podejściu miało być inne, proste. Ale zmieniłem, żeby było (jak to okreśłiłaś) przekombinowane.
Pozdrawiam
Z.
Nie rozumiem o co chodzi z tym wchłonięciem wspomnień mordercy - tak część moim zdaniem jest trochę nielogiczna. Skoro wchłonął wspomnienia mordercy, to musiał wiedzieć, że ofiara to nie jego żona - morderca miał tę świadomość. Po drugie, czy on był jakimś telepatą i skąd organizatorzy projektu mogli wiedzieć, że wchłonie te wspomnienia. Po trzecie, jak on żył do tej pory, skoro wchłania wspomnienia z otoczenia i nie potrafi ich odróżnić od własnych?
Pomijając powyższe, cała procedura wyboru kandydata wydaje mi się nieco przekombinowana - chociażby uwzględniając fakt, że od ujęcia Archibalda do prawomocnego wyroku, a po nim do wykonania kary śmierci mogła upłynąć masa lat. Poza tym, czy organizatorzy nie obawiali się umieszczać w tak drogiej i potężnej maszynie umysłu potencjalnie skrzywionego i nieobliczalnego?
Podoba mi się zamysł przyświecający temu opowiadaniu, ale wydaje mi się, że nie do końca przemyślałeś powyższy tekst, przez co wkradły się pewne nielogiczności.
Lubię twoje teksty i chętnie nadal będę je czytał.
Pozdrawiam.
Czytajcie między wierszami...
Był kimś w rodzaiju telepaty. Na podstawie znajomości jego DNA przypisali go do grupy potencjalnych telepatów.
Jego zdolność polegała na itegracji z innym mózgiem. Dlatego wybrali go do projektu. Niechęć do samego siebie. Wyparcie siebie samego miało pomóc w integracji z wychodowanym mózgiem statku. Wcześniejsi kandydaci (brani spośród nieuleczalnie chorych) nie mogli wyprzeć siebie. Przeszkadzało im to w zespoleniu z innym mózgiem. Byli zbyt silnie przywiązani do dotychczasowego istnienia.
Jego zdolność nie była uświadomiona. Nie wiedział o niej. Wchłonął wspomnienia i przyjął za swoje w stanie nieprzytomności. Zlały się z jego własnymi. Mózg je jakoś poprzetwarzał i pomieszału mu się w głowie (w ten sposób można było przjąć, że sie nie połapał w sytuacji)
Nawiasem mówiąc w pierwszej wersji Alex, miała naprawdę zginąć. Ale jakoś mnie litość wzięła i postanowiłem namieszać i ją ocalić.
Proces był ustawiony - starszy mężczyzna o to zadbał.
Jego umysł był normalny. Potrzebny był stan wyparcia samego siebie. Poddania się. Miało to pomóc w zespoleniu (w zamyśle Samanty)
Weźmy taki przykład. Wieczorem kładziemy się spać, a rano budzimy się w ciele krowy. Jak byśmy zareagowali na ten stan rzeczy? Jakbyśmy zareagowali, gdybyśmy nienawidzili samego siebie? W którym przypadku zespolenie miałoby większe szanse powodzenia?
Fajne, kojarzy mi się z taką książka "Obszar Marzyciela", gdzie kosmici wszczepili mózg chłopca w ciało bodajże wieloryba, a potem budowali to, co mu się sniło. (Tak jakos to było, czytałem w podstawówce, więc dokładnie nie pamiętam). W każdym razie Twój tekst mi się podobał.
Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.
Nie czytałem. Miło słyszeć, że sie podoba.
Dzięki
Bardzo dobrze się stało, że wczoraj nie zamieściłem swoich uwag dotyczących strony technicznej i organizacyjnej przedsięwzięcia pozyskania odpowiedniego mózgu. Zastąpili mnie, praktycznie w całości, inni. I bardzo dobrze... — bo istotniejsza jest kwestia etyczna.
Samanta mogła nie wiedzieć, przynajmniej na początku, nie wiedzieć o stronie techniczno-organizacyjnej, realizacyjnej i przygotowawczej zarazem — jako fachowiec określiła, jaki mózg będzie spełniał kryteria, jako nadal tylko fachowiec i kobieta poszła do skazanego, by uzyskać jego podpis. Tyle o niej. O innych postaciach z imienia nic nie będzie, bo imion nie dałeś im — no i nie o imiona, lecz role chodzi...
Jaką trzeba być kanalią, by cel uświęcił takie środki? Jak potężnym trzeba być, lub jak potężnych trzeba mieć mocodawców, by takie środki bezkarnie zastosować? Pozwolić prawdziwemu mordercy na jeszcze jeden „występ”, złamać życie dwóm osobom, w tym jednej — ostatecznie, trzeciej (prawdziwej ofierze) kazać umrzeć w męczarniach tylko po to, żeby „ożywić” szczytowe osiągnięcie techniki w postaci Statku — i jeszcze do tego mieć świadomość ryzyka, że Archibald może dowiedzieć się kiedyś prawdy?
Jeżeli napisałeś to opowiadanie w celu pokazania, że nauki i naukowców oraz ich mocodawców trzeba zacząć się bać, cel osiągnąłeś.
Cóż. Muszę się przyznać, że znalazłeś nowe dno tego opowiadania.
Ale chyba przyznasz, że taka sytuacja może zaistnieć. Jak potężnym trzeba być, lub jak potężnych trzeba mieć mocodawców, by takie środki bezkarnie zastosować? Brrr... :)
Mam nadzieję, że jednak Ci się podobało?
Jasne, że tak. Podobało, ponieważ odszedłeś od łatwizny, dominującej w tym temacie przed laty. Ludzkie mózgi jako centra sterownicze kosmolotów i nie tylko obrabiano kiedyś z niemałym upodobaniem, ale pobierano je (mózgi, znaczy) od ofiar katastrof, od straconych przestępców, od nieuleczalnie chorych w ostatnich dnaich ich życia. Ale nie przypominam sobie tekstów tak zrealizowanych, żeby waliły po oczach kwestiami etycznymi. Bo mnie Twój tekst --- z opóźnieniem, przyznaję --- walnął.
Panie Zbyszku dla mnie bardzo dobre. fajny pomysł, dobrze przekazane. sama koncówka mi troche nie pasuję aleto twoje opowiadanie i ty tu żądzisz:) zresztą sam tu kiedys zamieściłem takie opowiadanie którego zakończenie nikomu sie nie podobało:)
co do twoje frustracji, to nie powinieneś az tak brac sobie komentarzy do serca. to twoja twórczośc i twój przekaz.
mam nadzięję ze jeszcze przeczytam cos twojego.
pozdrawiam
i zycze powodzenia:)