Była noc. Długa, samotna, niekończąca się zimowa noc, taka, w której mróz przenika ciało do kości pomimo włączonego ogrzewania, przewracasz się z boku na bok, próbując zasnąć, wsłuchany w zawodzenie wichru tuż za ścianą. Wiesz, że śnieg pada tak gęsto, że wystarczyłoby odejść kilka metrów od stacji, żeby się zgubić.
Niespokojne oddechy, jęki, westchnienia zakłócają nocną ciszę. Inni też mają koszmary. ,,Ale przynajmniej śpią”, myślisz sobie, czekając na rozpoczęcie dziennej zmiany. Kolejny dzień. Kolejny krok w stronę przepaści.
Paula wstała z łóżka, zmęczona bezsennością. Trzeba wiedzieć, kiedy się poddać.
Korytarz oświetlały małe pomarańczowe lampki. Szła powoli, cicho, jak dziecko myszkujące po domu, gdy rodzice śpią.
Robot minął ją bezgłośnie i zniknął za zakrętem.
W pokoju socjalnym nikogo nie było. Wyjęła z szafki szklankę, nalała wodę, włożyła do ust tabletkę i popiła.
Większość kolonistów brała środki nasenne każdego wieczoru. Paula starała się zasypiać bez chemicznego wspomagania.
Spojrzała na umieszczony na nadgarstku komunikator. Jedna nieodczytana wiadomość – od Jimmy’ego:
– Hej. Śpisz? – napisał.
– Nie. Ale zaraz zasnę. Wzięłam tabletkę. Masz dyżur?
– Tak. Trochę tu nudno. Nic się nie dzieje.
– Jakieś wieści?
– Nic. Ciągle czekamy.
– Cholera, źle to wygląda. Myślisz, że żyją?
– Chciałbym. Ale jakie mają szanse? Kurde, zapasy już im się dawno skończyły.
– Dziesięć osób. Straciliśmy kolejne dziesięć osób.
– Mam dość pogrzebów.
– Ja też. Ale to już długo nie potrwa.
Paula ziewnęła.
– Idę spać. Dobranoc.
– Dobranoc.
Wróciła do pokoju.
Materac wydał się nieco mniej twardy, wicher – odrobinę cichszy. Zapadła w sen.
Obudziła się z bólem głowy.
Kolejna tabletka?
Nie. Jeszcze nie. Może później. Na razie wystarczy kawa.
W jadalni czekało śniadanie: pasta jajeczna i kawa – nie prawdziwa kawa, oczywiście, ale syntetyczny napój, zawierający kofeinę. Niezbyt smaczny, ale pobudzający.
Na tablicy wyświetlono nazwiska osób, które zmarły w nocy.
Kolejna piątka.
– Hej. Spałaś trochę?
Paula drgnęła, nie zauważyła, że Jimmy do niej podszedł.
– Trochę.
– To dobrze. Też mam taki zamiar. Przespać się odrobinę.
– Wciąż nic?
– Nic. Cisza.
– Nie wyślą misji ratunkowej?
Jimmy pokręcił głową.
– To zbyt niebezpieczne o tej porze roku. Oni pewnie i tak już nie żyją.
Dopiła kawę. Odstawiła kubek na wózek pełen brudnych naczyń, po chwili zabrała go wysoka, blada blondynka, Erica. Dziewczyna posłała im słaby, pełen rezygnacji uśmiech, chyba od lat na stacji nikt się nie uśmiechał, tylko Erica jeszcze próbowała.
– No to lecę. Pa.
– Pa.
W skrzydle szpitalnym zawsze, nawet za dnia, panowała cisza. Paula podświadomie stąpała ostrożnie, jakby się skradała.
Inni medycy pozdrawiali ją skinieniem głowy. Przypominali zakurzone manekiny wyciągnięte ze strychu.
Paula weszła do jednej z sal.
Pacjentka leżała na łóżku, wodząc dookoła półprzytomnym spojrzeniem.
Rozkwit poczynił już ogromne zmiany: pokrył ciało czarną, błyszczącą, skórzastą powłoką. W okolicach szyi pojawiły się długie, miękkie płatki, sprawiające, że kobieta wyglądała jak ogromny kwiat. Kredowobiałą twarz pokrywały krople potu. Oddech płytki i urywany słabł z każdą minutą.
Paula pomyślała, że zaraz trzeba ją będzie przenieść, lada moment nastąpi pełny rozkwit.
Ada była miłą dziewczyną. Przed rokiem rozkwit zabrał jej rodziców oraz brata, dziewczyna została sama.
W każdej sali leżeli pacjenci w różnych stadiach infekcji. Przy niektórych czuwali bliscy. Większość nikogo już nie miała.
Paula zapukała do drzwi biura Sary.
Sara, ostatni żyjący biotechnolog misji, drzemała przy biurku z głową opartą na rękach. Długie siwiejące włosy zasłaniały jej pomarszczoną twarz.
– Hej. Kiepsko wyglądasz – stwierdziła Paula.
– Dzięki. To jest to, co chciałam usłyszeć z samego rana.
Paula podeszła do stojącego na małym stoliku czajnika, wsypała brązowy proszek do kubka i zalała wrzątkiem. Podała kubek Sarze:
– Proszę. Chyba tego potrzebujesz.
– Dzięki.
Duszkiem wypiła gorący płyn.
– Od razu lepiej.
– Jakieś postępy?
Sara odgarnęła włosy z czoła i podrapała się po nosie.
– A wiesz, że chyba tak?
Podeszła do dużego monitora umieszczonego na ścianie. Dotknęła palcem jednej z ikon, uruchamiając symulację.
– Tu widzisz komórki ludzkiej skóry. Aktywny rozkwit po zainfekowaniu dostaje się do wnętrza komórki, namnaża się w niej i tworzy warstwę ochronną. Tkanki pokrywa film, przez który nie mogą się przebić komórki układu odpornościowego i farmaceutyki. Rozkwit używa specjalnych enzymów, żeby przeniknąć do komórki. Może atakować wszystkie tkanki. Widać to na symulacji. A teraz popatrz.
Na ekranie pojawiło się coś nowego – molekuła.
– To inhibitor biosyntezy filmu: hamuje enzymy odpowiedzialne za produkcję warstwy ochronnej, co odsłania mikroorganizm i pozwala na jego eliminację przez zmodyfikowane limfocyty T. Kowalski i Oluwole pracowali nad tym, zanim rozkwitli. Gdybyśmy mieli AI… Udało mi się dopracować ich koncepcję. Wyniki badań in vitro są obiecujące. Lada dzień… zacznę testy in vivo.
– Czy to znaczy… że mamy… lekarstwo?
– Być może. To dopiero początkowa faza testów. Dlatego nikomu o tym nie mów. Nie powinniśmy sobie robić nadziei…
– Jasne. Masz rację. Byłoby cudownie, gdyby się udało. Po wszystkim, co przeszliśmy…
– Mamy niewiele czasu. Muszę wracać do pracy. Nie ma wieści od…
– Nic. Myślę, że oni nie żyją…
– Cholera. Cholera, cholera, cholera… Kolejne niepotrzebne zgony. Przeklęci Luddyści! Gdyby nie Demon 302, moglibyśmy wysłać sondy.
Sara przechyliła mocniej kubek, by dopić tę ostatnią kropelkę kawy i energicznie poderwała się z krzesła.
– Koniec przerwy. Trzymaj się.
Trochę niezręcznie objęła Paulę ramieniem, odstawiła kubek na biurko, a potem, założywszy fartuch, poszła do laboratorium.
***
Tej nocy Paula również nie mogła zasnąć, wstała więc około północy. Zapaliła lampkę, ledwie rozpraszającą mrok.
Włączyła ekran.
Czasem w bezsenne noce (albo dni po nocnej zmianie) oglądała stare zdjęcia i filmiki – zapis życia kolejnych pokoleń podróżujących na Arystofanesie.
Nie zostało ich wiele, ale część zdołali ocalić, strzępki wspomnień jak fragmenty podartej fotografii; zbyt wiele zginęło, by móc odtworzyć cały obraz.
Rodziny na ziemskim kosmodromie sto lat temu. Rodzice biorą wystraszone dzieci na ręce, machają. Płaczą. Krople potu spływają im po twarzach – żar leje się z nieba. Ciężko oddychać, wiatr niesie pył i kurz. Dzieci kaszlą.
Życie na statku. Ludzie i roboty. Twarze coraz mniej przerażone, pełne nadziei na lepsze życie – choć nie dla siebie, a dla potomków.
Dzieci dorastają, dorośli odchodzą. Naturalna kolej rzeczy.
Wśród nastolatków są jej rodzice. Nie mogą się doczekać przylotu na Jutrzenkę. Będą hodować warzywa i owoce, żeby kolonistom nie zabrakło witamin.
Mała dziewczynka.
,,To ja” myśli Paula.
,,Ja”. Dziwne słowo. Widzi małą dziewczynkę z włosami związanymi w koński ogon. Czy to możliwe, że obie: beztroskie dziecko z całą nieograniczoną przyszłością oraz dorosła kobieta bez przyszłości są tą samą osobą?
Znowu przerażone twarze. Niepokój. Coś jest nie w porządku.
Paula wyłączyła ekran. Resztę pamiętała zbyt dobrze.
Nagle – alarm. Paula błyskawicznie narzuciła uniform i pobiegła do szpitala. Zmęczenie zniknęło.
W korytarzu niemal wpadła na Jimmy’ego.
– Słyszałaś? – wykrzyknął Jimmy, wyraźnie wzburzony – Ingrid wróciła!
– Ingrid… Ktoś jeszcze?
Jimmy zaprzeczył.
Ingrid uczestniczyła w ekspedycji mającej zbadać tereny na południe od bazy.
Wróciła sama…
Na korytarzu zebrała się spora grupa ludzi. Paula odchrząknęła.
– Stan Ingrid jest bardzo ciężki. Oprócz hipotermii ma liczne złamania, doznała też ciężkiego urazu głowy. Jest nieprzytomna. Nie wiemy, co z pozostałymi.
– Obudzi się? – zapytała Erica drżącym głosem. Ona i Ingrid były przyjaciółkami.
– Jeszcze nie wiem. Następna doba będzie decydująca. Pamiętajcie, że nie jestem lekarzem, tylko pielęgniarką. Zrobię, co w mojej mocy dla Ingrid.
,,Ale nie spodziewajcie się cudów” – dodała w myślach.
Wszyscy w końcu wrócili do łóżek, Paula, Sara i Jimmy zostali. Paula ledwie zdołała nakłonić Ericę, żeby odpoczęła.
– Szkoda, że wszyscy lekarze zakwitli – stwierdziła Sara.
– Podobnie jak większość personelu medycznego. Jeszcze trochę i nikt nie zostanie.
– Właśnie. Dlatego wracam do pracy.
– O tej porze?
– Mam dużo kawy. I różne fajne tabletki.
Sara spojrzała znacząco w kierunku Jimmy’ego, ale Paula pokręciła głową. Lepiej mu nic nie mówić na razie. Im mniej osób wie, tym lepiej.
– Profesor chyba nic nie wie. Powiem mu – oznajmił Jimmy.
– Jak chcesz.
Paula wzruszyła ramionami. Uważała, że nie warto zawracać sobie głowy profesorem. Ale jeśli Jimmy chce do niego iść, to niech idzie.
Kiedy została sama, usiadła na krześle przy łóżku Ingrid. Podpięta do urządzeń monitorujących funkcje życiowe wyglądała obco, nienaturalnie.
Ingrid była geologiem. Uwielbiała opowiadać o rozmaitych skałach czy minerałach, ale Paula zazwyczaj jej nie słuchała, nudziła ją ta paplanina. Teraz zaś zrobiłaby wszystko, żeby ją usłyszeć.
– Obudź się, Ingrid. Ocknij się i opowiedz mi o… Jak to było? Kwarcyt? Opowiedz mi o nim. Tym razem będę słuchać, obiecuję.
Ingrid nie drgnął ani jeden mięsień, leżała podobna do marmurowego posągu.
Paula czekała, a kolejne minuty znikały jedna po drugiej, ciężkie, twarde niczym kamienie spadające ze zbocza góry, lawina minut przygniatała Paulę, aż zgarbiła plecy pod ich ciężarem, ona się jednak nie poddawała. Zamierzała czuwać całą noc.
***
Jimmy nacisnął dzwonek, jednak nie doczekał się żadnej reakcji. Drzwi pozostały zamknięte. Nacisnął więc ponownie. I jeszcze raz. Dzwonił uparcie, wytrwale, co chwilę przykładając ucho do drzwi i nasłuchując. Wreszcie wydało mu się, że coś usłyszał, jakiś szelest, stłumione przekleństwo. Znowu zadzwonił. Jego upór został nagrodzony. Gospodarz otworzył drzwi, naciskając ikonkę na umieszczonym na ścianie przy łóżku panelu.
W ciasnym pokoju panował nieład, na podłodze oraz nielicznych meblach leżały porozrzucane ubrania, w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach, który Jimmy od razu rozpoznał.
Bimber.
Jimmy podniósł leżącą na podłodze pustą butelkę i postawił ją na stole.
– Wiesz, że to nielegalne?
– No to mnie zamknijcie – odpowiedział spod kołdry zachrypnięty głos. Z barłogu wynurzył się rozczochrany, wymizerowany starzec. Patrzył na Jimmy’ego półprzytomnym wzrokiem.
– Poznajesz mnie w ogóle? – zapytał Jimmy.
– Tak w ogóle, to tak. Czego chcesz?
– Ingrid wróciła.
– Ingrid?
– Tak.
– Ta z ekspedycji?
Jimmy przytaknął.
– A reszta?
Jimmy zrzucił jakieś szpargały z krzesła i usiadł. Był zmęczony, śpiący, głodny. Bolały go nogi. Nie miał siły stać.
– Reszta nie wróciła.
– Mówiłem, psiamać, że tak będzie! Ale nikt mnie nie słuchał. Bo kto by słuchał starego pijaka, nie? Ile tam ludzi zginęło?
– Pięcioro.
– Pięcioro. Niezły wynik. A Ingrid? Co z nią?
– Nieprzytomna. Paula mówi, że mogła doznać urazu mózgu. Przywiozły ją automatyczne nosze.
– Świetnie. To był naprawdę genialny plan. Ty chyba byłeś za, co nie? Moje gratulacje!
Starzec położył się z powrotem, naciągając kołdrę po czubek głowy.
– Dałbyś spokój, wiesz? Co mamy do stracenia? Przecież i tak umieramy. Słuchasz mnie?
Ale profesor nie słuchał. Zasnął.
Jimmy wstał i rozejrzał się po pokoju.
– Może chociaż trochę tu posprzątam – mruknął.
***
Paula znajdowała się w lesie. Wiedziała, że to las – oglądali takie w szkole na filmach nakręconych w kilku ocalałych rezerwatach przyrody. Jednak tamten ziemski las był bardzo mizerny: zmarniałe drzewa, niszczone przez choroby i kwaśne deszcze, niebo zasnute mgłą, wyschnięta ściółka.
To… wyglądało zupełnie inaczej. Bujna roślinność wytryskiwała z ziemi fontanną zieleni, drzewa o pniach tak grubych, że potrzeba by kilkorga dorosłych trzymających się za ręce, żeby je objąć, zdawały się sięgać nieba.
Po obu stronach ścieżki, którą szła Paula, rosły paprocie. W trawie nieustannie coś szeleściło, w koronach drzew śpiewały ptaki.
Świeże, czyste powietrze pachniało żywicą, butwiejącymi liśćmi, kwiatami. Gdzieś brzęczały usypiająco pszczoły.
,,Jak tu pięknie” – pomyślała.
Wtedy zobaczyła przed sobą białego lisa. Patrzył na nią intensywnie.
– Cześć. Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytała.
Z jakiegoś powodu uznała to pytanie za całkiem sensowne. Lis jednak uparcie milczał.
Paula powoli kucnęła. Lis odwrócił się, ale nie odszedł. Wciąż patrzył na Paulę.
– Chcesz, żebym poszła za tobą?
Ruszyła za zwierzątkiem, stąpając ostrożnie, żeby go nie spłoszyć. Stworzenie ciągle sprawdzało, czy Paula za nim podąża.
Po przebudzeniu niemal spadła z krzesła. Bolały ją plecy.
Stan Ingrid nie uległ zmianie.
Paula wróciła do kwatery, musiała się przespać. Na szczęście miała dzień wolny.
Zauważyła to, kiedy zmieniała ubranie.
Czarna plamka wielkości ziarna groszku na prawym nadgarstku.
***
Jimmy włączył małego robota czyszczącego i znów usiadł. W końcu. Ostatnio w ogóle nie miał siły, najchętniej wcale nie wstawałby z łóżka. Bo i po co?
Codziennie rano i wieczorem szukał zmian na skórze. Co tydzień szedł posłusznie na kontrolę lekarską. Nie pił. Obiecał mamie.
Odwiedzał czasem rodziców w Mauzoleum. Kiedy ich czas nadszedł, wspięli się po ścianie, przywarli do niej i trwali – martwi pośród innych martwych, makabryczne czarne kwiaty. Ogród śmierci.
Wkrótce do nich dołączy. Czuł na karku oddech Ogrodnika.
Już niedługo.
Nie ma ratunku?
Może jednak powinien zacząć pić? Mama się nie dowie.
A może jednak ze sobą skończyć? Jak tamta pięćdziesiątka osiem lat temu – pewnej zimowej nocy połknęli tabletki i odeszli razem.
Albo Natasza rok temu. I pryszczaty mechanik, którego imienia zapomniał.
Miał swoją tabletkę, jak każdy, trzymał ją w szufladzie biurka. Czekała na niego. Kusiła.
Ale on nie uległ. Jeszcze nie. Nie dzisiaj. Może jutro.
Profesor wciąż spał, więc Jimmy po cichu opuścił jego kwaterę.
***
Co powinien czuć człowiek, który wie, że wkrótce umrze?
Paula nie wiedziała. Miała wrażenie, jakby coś zamroziło ją od środka.
Siedziała na łóżku, wpatrzona w plamkę na nadgarstku, pocierała ją kciukiem, próbując zetrzeć.
Plamka wciąż tam była. Nie chciała zniknąć. Będzie rosła i rosła, aż pokryje całe ciało. I nie będzie już Pauli.
Powinna to zgłosić.
Może Sara zdąży wymyślić lekarstwo.
Desperacko uczepiona tej myśli wstała i opuściła kwaterę, prawie biegła…
***
– Sara? Jak ci idzie? Są jakieś… postępy?
– Cóż, wyniki są dość obiecujące. Zahamowałam rozkwit u części szczurów. Coś się stało? Strasznie zbladłaś.
I wtedy ktoś wpadł do gabinetu Sary. Pielęgniarz.
– Chodźcie szybko. To Ada. Zakwita.
Nic już nie mogli zrobić.
Czarne płatki wokół twarzy falowały. Z guzów pokrywających ciało Ady wystrzeliły długie pnącza.
Ofiara nie czuła już bólu, rozkwit w ostatnim stadium poił jej mózg koktajlem substancji znieczulających.
Sprawnie przenieśli Adę na nosze i przetransportowali do Mauzoleum.
Wszyscy już czekali, cała pięćdziesiątka.
Ktoś chwycił Paulę za rękę. Jimmy.
Ada dygotała. Pnącza rosły, przywarły do ściany i zaczęły przyciągać do niej nosicielkę. Z gardła dziewczyny cały czas wydobywało się ciche charczenie. Spadła z noszy. Pełzła po podłodze. Wspinała się po ścianie po ciałach innych. W końcu przywarła do miejsca tuż pod sufitem, groteskowo wykrzywiona z wybałuszonymi oczami oraz otwartymi ustami, z których wytrysnęła chmura maleńkich zarodników. Ada zamarła w bezruchu.
I to był koniec.
Na początku ktoś wygłaszał przemówienie. Już dawno przestali to robić. Nie widzieli w tym sensu. Po prostu czekali na swoją kolej.
W milczeniu powrócili do przerwanych zajęć.
***
Paula powiedziała Sarze o plamce, a ona potwierdziła diagnozę. Siedziały w gabinecie biotechnolożki, po obu stronach biurka, z głowami opartymi na rękach, przypominały jakąś dziwną rzeźbę.
– Zdążysz?
– Nie wiem. Ale warto spróbować. Nie poddamy się.
– Szanse są marne, prawda?
– Posłuchaj, zrobię wszystko…
– Nie próbuj mnie pocieszać. Proszę. Przecież wiem, jak to wygląda.
Milczały jeszcze chwilę, mając nie pojęcia, co powiedzieć, ani co zrobić. Paula w końcu wstała, nie mogła tak siedzieć bez końca.
– Chyba… muszę pozałatwiać pewne rzeczy… Przygotować się… Pogadam z Jimmym. Po drodze zajrzę do Ingrid.
– Jasne. Wracam do pracy.
***
Nie zapaliła światła, wybrała ciemność. W ciemności można udawać, że wszystko jest w porządku.
Czasami nocą słyszała krzyki. Płacz.
Tamtego strasznego dnia, kiedy Demon 302 przejął kontrolę nad Arystofanesem, Paula miała piętnaście lat, rodziców i młodszą siostrę.
Nie wiedzieli, dokąd rzuci ich los.
– Paula? Jesteś tam?
Głos z komunikatora zabrzmiał jak trąba w tej ciszy. Dotknęła ekranu, przełączając na głośnik, niewygodnie byłoby mówić do nadgarstka.
– Jestem.
– Sara mi powiedziała.
– Miała to zachować w tajemnicy.
– Nie złość się na nią. Wydusiłem to z niej. Zauważyłem, że coś jest nie tak.
– Nic nie mów. Proszę.
Nasłuchiwali swoich nierównych, płytkich oddechów…
***
Wokół panowała noc. Wicher dął, unosząc tumany śniegu. Wokół bazy nie było niczego oprócz lodowej pustyni.
W oddali majaczyły góry.
Śnieg zatrzeszczał, jęknął. Ogromne cielsko śnieżnego węża sunęło powoli, lecz wytrwale.
Pomarańczowe słońce znajdowało się wciąż zbyt daleko, żeby ogrzać ziemię i stopić lód. Planeta zmierzała od czerwonej gwiazdy do pomarańczowej i z powrotem w trwającym od miliardów lat tańcu.
***
– Wszystko będzie dobrze.
Tylko tyle powiedział mu android zanim zniknął. Jimmy trząsł się jak galareta, choć przecież nie był już małym dzieckiem. Mały Ollie wtulił się w mamę i płakał. Jimmy’emu już nie wypadało, schował więc ręce do kieszeni, udawał odważnego.
Os-21 powiedział mu, że będzie dobrze, więc Jimmy uwierzył.
Os.
Oskar.
Zamknął pasażerów i załogę w schronie. Sam wyruszył, by wyłączyć komputer główny. Znaleźli go, a raczej jego górną połowę, podłączonego do komputera – zastąpił sztuczną inteligencję statku.
Oskar zdołał doprowadzić Arystofanesa do najbliższego układu gwiezdnego. Wprowadził go na orbitę skalistej planety, krążącej wokół pomarańczowego karła, znajdującego się w układzie podwójnym z czerwonym karłem.
Planeta wyglądała jak ogromna śnieżna kula. Obecność drugiej gwiazdy sprawiła, że jej orbita była mocno ekscentryczna – czerwony karzeł przyciągał ją, gdy znalazła się pomiędzy nim a gwiazdą macierzystą. Skład atmosfery przypominał ziemską, mogliby tu swobodnie oddychać.
,,Biała śmierć”.
Kto to powiedział? Po tylu latach Jimmy nie pamiętał. Cała planeta pokryta lądolodem.
Na szczęście maszyny budowlane nie były połączone z komputerem głównym, więc nie zostały zainfekowane. Zbudowali bazę, która miała zostać ich schronieniem, być może na zawsze. Zostawili Oskara, jego mózg w końcu się wyłączył.
Ruszyli, brodząc wśród szczątków robotów. Wszędzie leżały ręce, głowy, nogi, korpusy. Opuścili statek, swój dotychczasowy dom i zasiedlili nowy, obcy świat.
A potem Ollie znalazł kokon. Przypominał ogromną poczwarkę wielkości dorosłego człowieka, pulsował bursztynowym światłem.
Nie wiadomo, skąd się wziął w jednym z rzadziej używanych korytarzy.
Ollie go dotknął.
Od niego wszystko się zaczęło.
Jimmy pamiętał, jak jego mały braciszek rozkwitł i pełzł po ścianie sali gimnastycznej, w której urządzili Mauzoleum. Wiedział, że wkrótce dołączy do rodziny.
– Profesorze, niech pan wstanie!
Jimmy potrząsnął ramieniem śpiącego.
– Co? Czego znowu chcesz?
– Paula.
– Co Paula?
Profesor wychynął spod kołdry. Jimmy mu nie odpowiedział.
– Co z Paulą?
Nagle zerwał się i chwiejnym krokiem opuścił kwaterę. Jimmy nie próbował go zatrzymać.
***
Drzwi otworzyły się. Ktoś wszedł do środka. Ciemna sylwetka pochyliła się nad Paulą, która poczuła przykry zapach przetrawionego alkoholu.
– Moje dziecko! Mmmoje… biedne dziecko…
– Zostaw mnie! Słyszysz? Nie dotykaj mnie!
– Paula, tak bardzo mi przykro…
Odepchnęła rękę profesora, odsuwając się pod ścianę.
– Wynoś się! Wyjdź! Nie chcę cię widzieć, rozumiesz?
– Prze… praszam…
– Wyjdź!
Profesor jakby zwiotczał, skulił się i zmniejszył. Chwilę stał, kołysząc się w miejscu, nie rozumiejąc. Wreszcie wyszedł powoli, łkając.
– Paula…
– Jak mogłeś mu powiedzieć? Dlaczego to zrobiłeś? Nie prosiłam cię o to!
– Przepraszam…
– Odejdź. Chcę zostać sama.
– Ja…
– Proszę.
Profesor wyszedł. Paula została sama w ciemności.
***
Ingrid umarła, nie odzyskawszy przytomności. Erica szlochała tuląc jej ciało, jakby to mogło odegnać śmierć.
Ale śmierć jest nieustępliwa. Uparta.
Jej ciało spalono – urna stanęła pośród innych, nielicznych, których nie zabił rozkwit.
***
Pauli śniło się, że była sama w wielkim, starym domu. Daremnie krążyła po labiryncie korytarzy, próbując znaleźć inną istotę ludzką.
Ściany wyłożono drewnianą boazerią, podłogę pokrywał czerwony chodnik. Słabe żarówki ledwo rozświetlały mrok.
Nagle zza zakrętu wyszedł biały lis. Wiedziała jakimś cudem, że musi pójść za nim. Zrobiła krok w jego kierunku. I obudziła się.
– Światło!
Zamrugała. Kiedy oczy przywykły do światła, spojrzała na swoją rękę. Czarny rozkwit znowu urósł, pokrywał teraz niemal całe przedramię.
***
– Naprawdę nie wiem, czy to dobry pomysł…
– Nie mam nic do stracenia, prawda? Umieram.
– Wiem, ale…
– Słuchaj, Sara, to nie Ziemia. Jesteśmy rozbitkami na obcej planecie, z dala od tras statków kolonizacyjnych, daleko od cywilizacji i zabija nas tajemnicza, kosmiczna choroba. Nie czas na przestrzeganie procedur. Dawaj.
Paula wyciągnęła rękę, a Sara wbiła igłę najbliżej rozkwitu, jak to było możliwe.
– No dobra. Teraz możemy tylko czekać.
– Dzięki.
– Melduj się regularnie. I spróbuj się oszczędzać.
– Jasne.
Po śmierci Ady i Ingrid skrzydło szpitalne było puste, więc Paula miała chwilowo mnóstwo wolnego czasu. W sam raz na pełne napięcia oczekiwanie.
Mijani ludzie patrzyli na nią dziwnie, choć nie powiedziała nikomu poza Sarą i Jimmym, wszyscy zdawali się wiedzieć. W jakiś tajemniczy sposób wyczuwało się, że ktoś rozkwita.
Jimmy ślęczał nad zapisami ze ślizgacza. Nagrania wideo nie zostały zachowane, zdołał odtworzyć jedynie zapis głosu. Członkowie wyprawy prowadzili zupełnie zwyczajne rozmowy, nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii.
W pewnym momencie nagranie stawało się mniej wyraźne, zaszumione.
Potem ktoś, trudno było rozpoznać głos przez zanieczyszczenie, wykrzykiwał:
– Widzisz to? O Boże! Co to? To jest…
Tu nagranie urywało się nagle.
– Odkryłeś coś nowego?
– Nie. Nic.
– Pewnie nigdy nie dowiemy się, co…
– Moglibyśmy wysłać kolejną ekspedycję. Tylko że Rada się nie zgodzi.
Zdjął słuchawki i odwrócił się do Pauli.
– Jak się czujesz?
– Dziwnie. Nie umiem… nie wiem, jak to opisać. Czuję się, jakby ktoś patrzył. Ale nie z zewnątrz… tylko ze środka. Ze mnie.
Wzruszyła ramionami.
– Brzmi dziwacznie, wiem.
– Inni mówili podobne rzeczy.
Jimmy zapatrzył się w kąt.
– Mój brat… Ollie… Słyszał szepty. Mówił, że ktoś za nim chodzi. Obserwuje go, kiedy śpi… Nie widział go, ale czuł jego obecność…
– Rozkwit atakuje układ nerwowy. Odbiera ci wszystko, kawałek po kawałku. Ciało i umysł. Aż nic nie zostaje.
Zamilkli. Czasem słowa wydają się zbędne, czasem po prostu nie mogą oddać obezwładniającej grozy. Wszystkim ciążyło poczucie całkowitej bezbronności, nieuchronności zagłady. Pochłaniała ich lodowata czeluść, a oni czekali na swoją kolej.
– Chyba już pójdę. Muszę się przespać. Ty też powinieneś.
– Mało śpię. Męczą mnie koszmary, nawet po tabletkach. Czasem leżę sam w ciemności i zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej… skończyć to raz na zawsze…
– Może.
– Dlaczego właściwie tego nie zrobiliśmy? Dlaczego ciągle żyjemy?
– Bo człowiek czepia się każdego skrawka nadziei, licząc na ratunek w ostatniej chwili. Instynkt przetrwania.
Paula wyszła na korytarz, zawróciła jednak po kilku krokach.
– Nie musisz spać sam.
***
– Widzę białego lisa.
– Słucham?
Leżeli przytuleni do siebie. Dotąd nie umieli przyznać się do strachu przed samotnością. Razem było im jakoś cieplej i jaśniej.
– Mam halucynacje wzrokowe. Widzę białego lisa, który stoi w progu pokoju i gapi się na mnie. Ciekawe, czy gdybym spróbowała go dotknąć… Wyszedł.
– Myślisz, że coś jest po…
– Proszę, nie rób tego. Nie chcę prowadzić banalnych rozmów o śmierci. Nie teraz, kiedy umieram.
– Nie zastanawiałaś się nad tym?
– Może kiedyś. Kiedy mój ojciec rozkwitł. Kiedy rozkwitła mama, myślałam, że życie jest cholernie niesprawiedliwe. Gdy rozkwitła moja siostra, uznałam, że jest nie tylko niesprawiedliwe, ale też pozbawione jakiegokolwiek sensu. Nie warto sobie zaprzątać głowy takimi głupstwami jak sens życia, Jimmy. Należy po prostu żyć.
– Mówisz jak profesor.
– Tylko ja nie znieczulam się bimbrem.
– Może to nie jest takie głupie. Mam na myśli znieczulenie.
– Rozważasz popadnięcie w alkoholizm?
– Nie bardzo. Nie znoszę tego paskudztwa. Śmierdzi i smakuje ohydnie.
Paula roześmiała się.
– Cieszę się, że tu jesteś.
– Ja też.
***
Czas mijał nieubłaganie.
Pomarańczowy karzeł rósł na niebie, światło powoli wygrywało z ciemnością. Lód pękał. Życie budziło się z długiego snu. Woda Wielkiego Jeziora nabrała zielonkawego koloru. Przy dnie żerowały młotogłowy, pożerane przez lodowe węże. Powietrze przeszył śpiew żeleńców.
Nadchodziła wiosna.
***
– Przykro mi. Naprawdę.
– Nic już się nie da zrobić.
– Ile mi zostało?
– Trudno powiedzieć. Wygląda na to, że w twoim przypadku rozkwit przyspieszył. Kilka dni? Kilkanaście?
Paula leżała w szpitalnym łóżku. Rozkwit pokrył trzy czwarte jej ciała. Lek nie działał.
Sara siedziała na krześle. Chwyciła Paulę za rękę.
– Naprawdę, nie rozumiem… Myślałam, że…
– Nie przejmuj się.
Nadchodziła wiosna, ale Paula miała jej nie oglądać. Prawie nie czuła strachu. Wiedziała od dawna, że nadchodzi koniec.
Nie cierpiała. Rozkwit zabija bezboleśnie.
Rano budziła ją muzyka – grała w jej głowie. Biały lis już jej nie opuszczał. Usiadł na łóżku. Patrzył. Czekał. Paula uśmiechnęła się do niego.
Podjęła decyzję.
***
– Naprawdę tego chcesz?
– Tak. A wy?
– My też.
– No to ruszamy.
Ślizgacz mknął po topniejącym śniegu. Niebo na wschodzie poszarzało – nadchodził świt. Paula, Jimmy, Sara i profesor siedzieli w milczeniu. Profesor wyjątkowo był trzeźwy.
Słońce wzeszło, kiedy dotarli do Wielkiego Jeziora.
Od tak dawna nie widzieli dziennego światła. Promienie gwiazdy rozświetliły wszystko pomarańczowym blaskiem, lód zdawał się płonąć.
Wyszli ze ślizgacza, Paula mogła jeszcze chodzić, ale potrzebowała pomocy. Biały lis czekał już na brzegu jeziora.
– Nie wiem, co powiedzieć. Powinnam chyba… coś mądrego.
– Mój dziadek był operatorem maszyn górniczych w Pasie Planetoid – odezwał się Profesor. – Oddychał cuchnącym powietrzem. Prawie nie widywał żony i dzieci mieszkających na Ziemi – ohydnej, brudnej, nękanej klęskami żywiołowymi i wojnami. Pewnego dnia wygrał w loterii bilet na Arystofanesa. Wyruszył w drogę, bo wierzył, że to szansa na lepsze życie dla jego rodziny. Wierzył, że w kosmosie można znaleźć dom. A my wylądowaliśmy tu. Przez terrorystów, zamiast do Ziemi Obiecanej, dotarliśmy na to przeklęte pustkowie. Uczyłem się całe życie. Zostałem nauczycielem, żeby dać dzieciakom siłę, wiedzę, szanse na zbudowanie czegoś dobrego. A teraz wszyscy umrzemy tutaj. Daleko od celu podróży.
– Na trzeźwo… jeszcze bardziej marudzisz niż po pijaku… wiesz? – mruknął Jimmy.
– Wiem. Dlatego piję.
– Pójdę już. Żegnajcie.
Paula ruszyła chwiejnym krokiem. Weszła do wody. Nie czuła chłodu. Niczego już nie czuła. Śmierć nadeszła jak długo oczekiwana przyjaciółka. Biały lis chwycił Paulę za rękę i poprowadził…
***
Sara, Jimmy i profesor wrócili do ślizgacza. Pojechali na południe.
Witaj. :)
Sprawy językowe i wątpliwości oraz sugestie (do przeanalizowania):
Czy celowo taki nietypowy zapis dialogów na początku każdej wypowiedzi we wstępie?
–– Jakieś wieści. – czy to nie zdanie pytające?
Ale (przecinek albo myślnik?) jakie mają szanse?
W skrzydle szpitalnym zawsze, nawet za dnia (przecinek?) panowała cisza.
Rozkwit poczynił już ogromne zmiany: wykwit pokrył całe ciało czarną (przecinek?) błyszczącą, skórzastą powłoką. – aliteracja?
– To inhibitor biosyntezy filmu: hamuje enzymy odpowiedzialne za produkcję warstwy ochronnej, co odsłania mikroorganizm i pozwala na jego eliminację przez zmodyfikowane limfocyty (czy tu nie powinno być kropki lub średnika?) T. Kowalski i Oluwole pracowali nad tym, zanim rozkwitli.
Czy te odrębne akapity to nie jest wypowiedź jednej osoby (Sary)?:
– To inhibitor biosyntezy filmu: hamuje enzymy odpowiedzialne za produkcję warstwy ochronnej, co odsłania mikroorganizm i pozwala na jego eliminację przez zmodyfikowane limfocyty T. Kowalski i Oluwole pracowali nad tym, zanim rozkwitli. Gdybyśmy mieli AI…
Udało mi się dopracować ich koncepcję. Wyniki badań in vitro są obiecujące. Lada dzień… zacznę testy in vivo.
Gdyby nie Demon 302 (przecinek?) moglibyśmy wysłać sondy. – czy liczebniki nie powinny być słownie?
Co my mamy do stracenia? – zbędny zaimek?
Twarze coraz mniej przerażone, pełne nadziei na lepsze życie – choć nie dla siebie (przecinek?) a dla potomków.
Pauli ledwie zdołała nakłonić Ericę, żeby wróciła do siebie. – posypała się składnia?
Uwielbiała opowiadać o rozmaitych skałach czy minerałach, ale Paula zazwyczaj jej nie słuchała, nudziła ja te paplanina. – dwie literówki?
Wreszcie wydało mu się, że coś usłyszał, jakiś szelest, szuranie, stłumione przekleństwo. – aliteracja?
Jego wysiłek został nagrodzony. Drzwi zostały otwarte. – powtórzenie?
Z barłogu wynurzył się rozczochrany (przecinek?) wymizerowany starzec.
– Tak w ogóle (przecinek albo myślnik?) to tak.
Wyraz „P/profesor” występuje kilkanaście razy, lecz jest pisane dwojako, zatem niepotrzebnie tworzy to błędy rzeczowe, bo czytelnik nie wie, jak zamierzałaś je zapisać.
Fragment poniższy jest niezrozumiały. Jesteśmy w pokoju profesora i Jimmy chce go posprzątać. Potem powinno się oddzielić kolejny akapit, bo przechodzimy do innej postaci – Pauli. I – czemu ona nagle jest w lesie, skoro ostatnio zakończyłaś na tym, że była przy łóżku chorej i zamierzała czuwać tam całą noc (ok, po przeczytaniu całości widać, że to sen, lecz trzeba jego opis chociaż oddzielić od rozmowy obu mężczyzn)?:
Ale Profesor nie słuchał. Zasnął.
– I to by było na tyle.
Jimmy wstał i rozejrzał się po pokoju.
– Może chociaż trochę tu posprzątam – mruknął.
Paula znajdowała się w lesie. Wiedziała, że to las – oglądali takie w szkole na filmach nakręconych w kilku ocalałych rezerwatach przyrody. Jednak tamten ziemski las wyglądał bardzo mizernie: zmarniałe drzewa (przecinek?) niszczone przez choroby i kwaśne deszcze, niebo zasnute mgłą, wyschnięta ściółka.
Po obu stronach ścieżki, którą szła Paula (przecinek?) rosły paprocie.
Powietrze, świeże (i tu?) czyste powietrze pachniało żywicą, butwiejącymi liśćmi, kwiatami.
Ostatnio na nic nie miał siły, najchętniej w ogóle nie wstawałby z łóżka. – aliteracja?
Kiedy ich czas nadszedł, wspięli się po ścianie, przywarli do niej i trwali – martwi pośród innych martwych, makabryczne (przecinek?) czarne kwiaty.
Siedziała na łóżku, wpatrzona w plamkę na nadgarstku, pocierała ją kciukiem, próbując ja zetrzeć. – powtórzenie i literówka? – może drugą usunąć?
Pełzła powoli po podłodze. – aliteracja w całym zdaniu?
– Szansę są marne, prawda? – literówka?
Pauli śniło się, że była sama w wielkim (przecinek?) starym domu. Daremnie krążyła po labiryncie korytarzy, próbując znaleźć inną istotę ludzką. Była zupełnie sama. – powtórzenia?
Czarna rozkwit znowu urósł, pokrywał teraz niemal całe przedramię. – czemu rodzaj żeński?
Nagrania wideo nie zostały zachowane, zdołał odtworzyć jedynie zapis głosu. – aliteracja?
Tylko (przecinek?) ze Rada się nie zgodzi. – literówka?
Niezgodność czasów – czemu w pierwszym zdaniu nagle jest czas teraźniejszy?:
Czas nieubłaganie kroczy do przodu. Dni mijały. Pomarańczowy karzeł rósł na niebie, światło powoli wygrywało z ciemnością. Lód pękał. Życie budziło się z długiego snu.
Wierzył, ze w kosmosie można znaleźć dom. – literówka?
Przez terrorystów (przecinek?) zamiast do Ziemi Obiecanej (i tu?) dotarliśmy na to przeklęte pustkowie.
Trzeba zmniejszyć ilość pustych wersów na końcu.
Niezwykle przerażająca, wręcz dobijająca wizja przyszłości. Realistycznie, przepięknie pokazane emocje bohaterów, rozmowy, próby życia w sposób normalny i zwyczajny w świecie, skazanym na makabryczną zagładę przybyłych tu Ziemian. Ich historia, podawana fragmentarycznie, powala i rzuca na kolana! Czyta się to jednym tchem. :)
Podwójny klik, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Niesamowita historia, a kwitnienie ogólnie super.
Dla mnie historia po zakwitnięciu Ady, troszkę jakby siadła, ale generalnie wielkie brawa za pomysłowość. A co się działo z zarodnikami? Wyrastali z nich nowi osadnicy?
Chętnie poczytałabym więcej opowieści z tego świata i poznała odpowiedzi na wiele pytań.
delulu managment
Moje uszanowanie!
Była noc. Długa, samotna, niekończąca się zimowa noc, kiedy mróz przenika ciało do kości pomimo włączonego ogrzewania, przewracasz się z boku na bok, próbując zasnąć, wsłuchany w zawodzenie wichru tuż za ścianą.
Stylistycznie lepiej byłoby w wersji;
“(…)zimowa noc, taka, w której mróz(…)”
–– Hej. Śpisz?
–– Nie. Ale zaraz zasnę. Wzięłam tabletkę. Masz dyżur?
Rety, cóż to za podwójne pauzy?
Rozkwit poczynił już ogromne zmiany: wykwit pokrył całe ciało czarną błyszczącą, skórzastą powłoką.
No to rozkwit, czy wykwit? Sugeruję ten drugi zmienić na coś innego, bo, jak rozumiem, ten rozkwit to tutaj neologizm, i może zostać, ale z tym “wykwitem” obok nie brzmi najlepiej. W ogóle później w jednym miejscu mamy obok siebie dużo tych “rozkwitów. Może pozamieniaj niektóre na chorobę, zarazę, wirus, czy coś?
. Zamierzała czuwać całą noc.
***
Jimmy nacisnął dzwonek,
Brzydko się zrobiły te separatory. Sugeruję je wyśrodkować, pogrubić, i oddzielić pustymi linijkami od bloków tekstu.
Profesor wyjątkowo był trzeźwy.
Rozumiem, co miałaś na myśli, ale tutaj bym się trochę pobawił. Bo gdyby profesor, stary alkoholik, nagle wytrzeźwiał i ruszył na ekspedycję, źle by się to dla niego skończyło.
Sara, Jimmy i profesor wrócili do ślizgacza. Pojechali na południe.
Takie zakończenia uwielbiam.
Przyjemnie się czytało, ogromnie cenię takie kolonijne science fiction. Bohaterowie i ich problemy niewątpliwie bardzo dobrze i plastycznie nakreślone. Ponadto motywy te pięknie wyeksponowałaś na tle toposu przedsięwzięcia osadniczego na nowej planecie (swoją drogą doskonałego z natury). Opisy świata, zarówno na płaszczyźnie astronomii, jak i fauny i flory wyszły genialnie, momentami wręcz baśniowo. Jeśli chodzi o fabułę, to miałbym jedynie lekki problem z tą zarazą, owym rozkwitem – jest to pomysł całkiem dobry, do tego oryginalnie wykonany, jednak dla mnie odrobinę już groteskowy, przerysowany. Niewątpliwie straszny, jednak, jak na moje gusta, trochę już przekombinowany.
Co do całokształtu, to akcja mogłaby być nieco bardziej wyważona. Partie tekstu są miejscami szalenie nierówne, do tego skaczesz między teraźniejszością, a pradziejami kolonii, i to nie zawsze w sposób jasny. Samo w sobie nie jest to nic złego, jednak na pewno opowiadanie zyskałoby, gdybyś to wszystko rozciągnęła, powypełniała braki, a nawet i polała trochę wody. Bo czuję, że miałaś taką ochotę, ale coś Cię powstrzymało. Sama kolonia i wirus to świetny szablon opowieści, twoi bohaterowie mi się spodobali, a do tego pięknie opisujesz konkretne przedstawienia. Na pewno przeczytałbym więcej.
Pozdrawiam serdecznie, leci klik do biblioteki!!!
PS
Wiem, że byłaby to spora ingerencja w Twój zamysł, ale myślę, że “Rozkwit” idealnie sprawdziłby się jako tytuł tego opowiadania. Te czarne kwiaty nie brzmią źle, ale na pewno mniej w nich pazura.
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!
Ładnie opowiedziana zajmująca historia i choć traktuje o mało przyjemnych sprawach, to zaciekawiła mnie od początku i z uwagą czytałam o losach osadników dotkniętych szczególną zarazą.
Pusiu, mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)
Zrobię, co w mojej mocy dla Ingrid (ale nie spodziewajcie się cudów – dodała w myślach). → Myśli nie zapisuje się w nawiasach.
Proponuję: Zrobię, co w mojej mocy dla Ingrid. „Ale nie spodziewajcie się cudów” – dodała w myślach.
Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów.
Paula zazwyczaj jej nie słuchała, nudziła ja te paplanina. → Literówki.
– Mówiłem, psia mać, że tak będzie! → – Mówiłem, psiamać, że tak będzie!
Starzec położył się z powrotem, nakrywając się kołdrą po czubek głowy. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Starzec położył się z powrotem, naciągając kołdrę po czubek głowy.
Ale Profesor nie słuchał. → Dlaczego wielka litera?
– I to by było na tyle. → To potoczny żart językowy. Nie wiem, czy ma rację bytu w tym opowiadaniu.
,,Jak tu pięknie – pomyślała”. → „Jak tu pięknie” – pomyślała.
…pocierała ją kciukiem, próbując ja zetrzeć. → Drugi zaimek z litrówką jest zbędny.
Po prostu czekali na swoją kolej.
W milczeniu powrócili do swoich zajęć. → Czy to celowe powtórzenie?
…na orbitę skalistej planety, krążącej wokół pomarańczowego karła, znajdującego się w układzie podwójnym z czerwonym karłem. Planeta wyglądała jak ogromna śnieżna kula. Obecność drugiej gwiazdy sprawiła, że orbita planety była mocno ekscentryczna – czerwony karzeł przyciągał planetę, gdy… → Czy to celowe powtórzenia?
Odepchnęła rękę Profesora… → Dlaczego wielka litera?
Czarna rozkwit znowu urósł… → Literówka.
Pochłaniała ich lodowata otchłań… → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Pochłaniała ich lodowata czeluść…
Wierzył, ze w kosmosie można znaleźć dom. → Literówka.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
bruce: Dzięki!
Możesz mi napisać, jak zmniejszyć ilość pustych wersów na końcu?
– To inhibitor biosyntezy filmu: hamuje enzymy odpowiedzialne za produkcję warstwy ochronnej, co odsłania mikroorganizm i pozwala na jego eliminację przez zmodyfikowane limfocyty (czy tu nie powinno być kropki lub średnika?) T. Kowalski i Oluwole pracowali nad tym, zanim rozkwitli.
– tu jest kropka – chodzi o limfocyty T (takie komórki odpornościowe), a nie T. Kowalskiego
Ambush: Dzięki. Nad pisaniem ciekawej fabuły muszę jeszcze popracować. Fajnie, że ci się podobało.
A co się działo z zarodnikami? Wyrastali z nich nowi osadnicy?
– To bardzo ciekawe pytanie!
Bartkowski.robert: Dziękuję.
Takie zakończenia uwielbiam.
Ttochę myślałam, jak zakończyć tekst i zostawiłam właśnie takie zakończenie, więc fajnie, że przypadło ci do gustu.
Tytuł chyba zostawię, choć twój też mi się podoba.
reg: Dzięki! Zawsze jestem taka dumna, kiedy napiszę opowiadanie, które ci się podoba
Poprawiłam błędy, oczywiście.
– tu jest kropka – chodzi o limfocyty T (takie komórki odpornościowe), a nie T. Kowalskiego
Ahaaa, rozumiem, wszystko jasne, i ja bardzo dziękuję. :)
Możesz mi napisać, jak zmniejszyć ilość pustych wersów na końcu?
Klikasz edycję, jedziesz kursorem lub myszką na sam dół i enterami podnosisz się ciągle o wers wyżej. ;) Miałam z tym problem wielokrotnie. ;)
Pozdrawiam i trzymam kciuki za Piórko! :)
Pecunia non olet
Cześć!
Miałem straszny problem z zabraniem się za to opowiadanie. Zaciekawiło od samego początku, ale nie miałem jakoś cierpliwości. Dlatego z góry przepraszam, komentarz będzie nieco chaotyczny, zapisywany w miarę czytania.
Kilka rzeczy, które rzuciły mi się z technikaliów…
Paula pomyślała, że zaraz trzeba ją będzie przenieść, lada moment nastąpi pełny rozkwit.
Ada była miłą dziewczyną. Przed rokiem rozkwit zabrał jej rodziców oraz brata, Ada została sama.
W każdej sali leżeli pacjenci w różnych stadiach rozkwitu. Przy niektórych czuwali bliscy. Większość nikogo już nie miała.
– profesor chyba nic nie wie. Powiem mu.
– Nie próbuj mnie pocieszać. Proszę. Przecież wiem, jak to wygląda.
Milczały jeszcze chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć, ani co zrobić. Paula w końcu wstała, nie mogła tak siedzieć bez końca
– Sara mi powiedziała.
– Miała nikomu nie mówić.
– Mnie powiedziała.
– Nic nie mów. Proszę.
Osobiście mnie to trochę razi, ale w zasadzie to rozmowa i w ten sposób wygląda mimo wszystko naturalnie.
Na świecie panowała noc. Wicher dął, unosząc tumany śniegu. Wokół bazy nie było niczego oprócz lodowej pustyni.
Na całym świecie, to raczej nie.
Wprowadził go na orbitę skalistej planety, krążącej wokół pomarańczowego karła, znajdującego się w układzie podwójnym z czerwonym karłem.
Ruszyli, brodząc wśród szczątków robotów, wszędzie leżały ręce, głowy, nogi, korpusy.
To bym podzielił na dwa zdania.
– profesorze, niech pan wstanie!
O, znowu ten profesor, przez małe „P”. Zaczynam się zastanawiać, czy to nie celowy zabieg hihi
profesor wychynął spod kołdry. Jimmy mu nie odpowiedział.
Chyba jednak celowy. Masz awersję to profesorków, czy ten konkretny jest taki żałosny? ;-p Wiesz, to wszystko jest początek zdania, niezależnie od tego, czy lubisz to stanowisko, czy nie :D
Podoba mi się sposób, w jaki budujesz świat. Dozujesz informacje, czuć ponury klimat. Może nie dławiąco ciężki (a szkoda, bo jesteś bardzo blisko porządnego dreszczowca), ale jest tam moc. Całość ponura, obciążona poczuciem nieuchronności, czy ostateczność. Bardzo to miłe. Dobrze zbudowane i klimatyczne. Mniam!
Czytając pomyślałem sobie, że fajnie byłoby, gdyby tych rozkwitniętych grzebano, aż kilku ostatnich, wciąż zakażonych, nie miało na to siły i położyło się umrzeć gdzie popadło. To byłby fajny horror psychologiczny, gdyby się potem okazało, że po rozkwitnięciu budzą się i wciąż żyją, nieco tylko zmienieni. Czy więc ukochani pogrzebani dawno temu, zostali pogrzebani żywcem? Ktoś może chcieć ekshumować bliskiego w nadziei na powrót do życia, ktoś inny wręcz przeciwnie. Powodów do napięcia mnóstwo.
Taki tam luźny pomysł. Ja go nie wykorzystam, może ktoś :-) Inspirujące opowiadanie :-)
Ciężko mi sobie wyobrazić jak Ingrid wróciła, skoro była w tak ciężkim stanie, że mogła się nie obudzić, do tego nieprzytomna. Domyślam się, że ledwie doczłapała i padła, ale pierwsze wrażenie było dość irracjonalne. Potem doczytałem o auto-noszach :D
Zgodzę się z Ambush – historia siadła po zakwitnięciu głównej bohaterki. A szkoda. Wolałbym zobaczyć, jak walczy. Może we własnej głowie, może inaczej? Może targuje się z liskiem, a może rzuca w niego co najmniej inwektywy ;-p. Tymczasem mamy finał o akceptacji (Bo nie uważam ucieczki do jeziora, zamiast alternatywnego mauzoleum, za walkę).
Dziękuję i pozdawiam!
reg: Dzięki! Zawsze jestem taka dumna, kiedy napiszę opowiadanie, które ci się podoba
Pusiu, życzę Tobie i sobie, aby moje zadowolenie z lektury Twoich opowiadań dostarczało Ci nieustannej dumy. :)
A skoro dokonałaś poprawek, mogę iść do klikarni. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
bruce:
Klikasz edycję, jedziesz kursorem lub myszką na sam dół i enterami podnosisz się ciągle o wers wyżej.
– nie działa
kurojatka: Cieszę się, że znalazłeś w sobie dość cierpliwości, żeby przeczytać mój tekst. Dzięki za wartościowe uwagi!
reg: Dzięki!
No bardzo ładne, nastrojowe sci-fi. Atmosfera tego dogorywającego statku pokoleniowego daje się mocno odczuć. Tajemnicze kwiaty intrygują, sytuację wyjaśniasz po troszku, więc chce się to czytać. Zakończenie, w którym Paula tak zwyczajnie umiera kopie mocno, bo spodziewałem się jednak czegoś innego.
Bardzo, bardzo ładnie.
Klikam i pozdrawiam
Niespokojne oddechy, jęki, westchnienia zakłócają nocną ciszę. Inni też mają koszmary. ,,Ale przynajmniej śpią”, myślisz sobie, czekając na rozpoczęcie dziennej zmiany. Kolejny dzień. Kolejny krok w stronę przepaści.
A czego czas teraźniejszy i druga osoba?
od lat chyba na stacji nikt się nie uśmiechał
Chyba od lat, moim zdaniem, ale nie umiem tego dobrze uzasadnić.
Jednak tamten ziemski las wyglądał bardzo mizernie: zmarniałe drzewa, niszczone przez choroby i kwaśne deszcze, niebo zasnute mgłą, wyschnięta ściółka.
To… wyglądało zupełnie inaczej.
– profesorze, niech pan wstanie!
profesor wyjątkowo był trzeźwy.
Wielką.
Może to dlatego, że mieli to we krwi?
Dwuznaczne ciut.
Nie wiem, czy to tak specjalnie? Czy się źle wkleiło?
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
– nie działa
Hmmm… Pusiu, nie wiem, jak pomóc, mnie zawsze ta metoda pomagała i była niezawodna. 
Pecunia non olet
Hej,
to chyba czwarte Twoje opowiadanie, które przeczytałam. Lubię Twój styl i pomysły, a najbardziej to, że z każdym kolejnym tekstem widać jak Twój warsztat się rozwija!
Historia kolonistów z Arystofanesa była wciągająca. Do końca trzymałam kciuki za główną bohaterkę i miałam nadzieję, że jednak uda jej się wygrać z tajemniczą chorobą. Mam wrażenie, że jej śmierć ma wymiar głównie emocjonalny i symboliczny, domyka jej historię, ale nie pełni funkcji fabularnego punktu zwrotnego. Może gdyby świadoma nieuchronnego końca, zdecydowała się wyruszyć na ryzykowną ekspedycję i coś odkryć (np. co się wydarzyło z poprzednią wyprawą), a następnie przekazać tę wiedzę dalej przez komunikator na nadgarstku, to wtedy bardziej można było się z jej śmiercią pogodzić.
Uczynienie z niej kolejnej ofiary tajemniczego rozkwitu oczywiście też ma sens, bo podkreśla bezradność bohaterów i wpisuje się w mroczny i przyłączający nastrój opowiadania o wymierającej kolonii.
Kilka notatek, które sobie robiłam podczas czytania.
Paula wstała z łóżka, zmęczona bezsennością.
O, moja imienniczka. Już ją lubię! xD
Spojrzała na umieszczony na nadgarstku komunikator. Jedna nieodczytana wiadomość – od Jimmy’ego:
– Hej. Śpisz?
– Nie. Ale zaraz zasnę. Wzięłam tabletkę. Masz dyżur?
– Tak. Trochę tu nudno. Nic się nie dzieje.
(…)
Tu brakuje mi informacji jak jest prowadzona ta rozmowa. Czy te wiadomości piszą, nagrywają, a może następuje jakiś przesył myśli.
Ada była miłą dziewczyną. Przed rokiem rozkwit zabrał jej rodziców oraz brata, Ada została sama.
– Hej. Kiepsko wyglądasz.
– Dzięki. To jest to, co chciałam usłyszeć z samego rana.
Brakuje mi czasami informacji kto to mówi.
Duszkiem wypiła gorący płyn.
Nie powinien stać przysłówek po orzeczeniu? Czyli „Wypiła duszkiem gorący płyn.”?
Nagle – alarm. Paula błyskawicznie narzuciła uniform i pobiegła do szpitala. Zmęczenie zniknęło.
Niektóre fragmenty brzmią trochę sprawozdaniowo.
W korytarzu niemal wpadła na Jimmy’ego.
– Słyszałaś? (Jimmy?)
– Ingrid wróciła! (powinna być Paula, ale nie pasuje?)
– Ingrid… Ktoś jeszcze? (powinien być Jimmy, ale też nie pasuje?)
Jimmy zaprzeczył.
Tu się chyba coś sknociło?
Ingrid uczestniczyła w ekspedycji mającej zbadać tereny na południe od bazy.
Wróciła sama…
Chyba niepotrzebne. Dowiadujemy się tego z dialogu
Znowu zadzwonił. Jego wysiłek został nagrodzony. Gospodarz otworzył drzwi.
Wydaje mi się, że naciskanie na dzwonek to nie jest duży wysiłek. :D
Może lepiej jego upór albo nieustępliwość?
Wtedy zobaczyła przed sobą białego lisa. Patrzył na nią intensywnie.
– Cześć. Chcesz mi coś powiedzieć?
Z jakiegoś powodu uznała to pytanie za całkiem sensowne. Lis jednak uparcie milczał.
Myślałam, że to powiedział lis. :D
Odwiedzał czasem rodziców w Mauzoleum. Kiedy ich czas nadszedł, wspięli się po ścianie, przywarli do niej i trwali – martwi pośród innych martwych, makabryczne czarne kwiaty. Ogród śmierci.
O, bardzo obrazowe. Jednocześnie przerażające i piękne.
Paula powiedziała Sarze o plamce. Sara potwierdziła diagnozę. Siedziały w gabinecie Sary, po obu stronach biurka, z głowami opartymi na rękach, przypominały jakąś dziwną rzeźbę.
Jimmy’emu już nie wypadało, schował więc ręce w do kieszeni, udawał odważnego.
– profesorze, niech pan wstanie!
profesor wyjątkowo był trzeźwy.
Klikam i pozdrawiam!
GalicyjskiZakapior: Dzięki.
Nie wiem, czy to tak specjalnie? Czy się źle wkleiło?
– Nie wiem, dlaczego tak się porobiło
bruce: Nie wiem, czemu u mnie nie działa. 
Marszawa: Dzięki!
bruce: Nie wiem, czemu u mnie nie działa. 


Pecunia non olet

od Jimmy’ego:
– Hej. Śpisz? – napisała.
Jimmy to kobieta?
– Cholera, źle to wygląda. Myślisz, że żyją?
– Chciałbym.
Aha, czyli Jimmy jest mężczyzną i wcześniej zaplątała się literówka :)
– To inhibitor biosyntezy filmu

Byłoby cudowne, gdyby się udało.
cudownie
Kolejne niepotrzebne śmierci.
Śmierć nie ma liczby mnogiej. Może zamiast tego zgony, ofiary?
Zrobię, co w mojej mocy dla Ingrid. ,,Ale nie spodziewajcie się cudów” – dodała w myślach.
Te zdania powinny być rozdzielone akapitem.
– Profesor chyba nic nie wie. Powiem mu.
Nie wiadomo, kto to mówi, dowiadujemy się dopiero kilka linijek później.
ona nie poddawała się jednak
Zmieniłabym szyk:
→ ona jednak się nie poddawała
Gospodarz otworzył drzwi.
W ciasnym pokoju panował nieład, na podłodze oraz nielicznych meblach leżały porozrzucane ubrania, w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach, który Jimmy od razu rozpoznał.
Bimber.
Jimmy podniósł leżącą na podłodze pustą butelkę i postawił ją na stole.
– Wiesz, że to nielegalne?
– No to mnie zamknijcie – odpowiedział spod kołdry zachrypnięty głos.
Gospodarz po otwarciu drzwi teleportował się do łóżka?
Z barłogu wynurzył się rozczochrany, wymizerowany starzec. Patrzył na Jimmy’ego półprzytomnym wzrokiem.
– Poznajesz mnie w ogóle?
Domyślam się, że to pytanie zadał Jimmy, ale z zapisu wynika starzec.
Paula powiedziała Sarze o plamce, a ona potwierdziła diagnozę. Siedziały w gabinecie biotechnolożki, po obu stronach biurka, z głowami opartymi na rękach, przypominały jakąś dziwną rzeźbę.
Wydaje mi się, że ta scena jest dość ważna i zyskałaby na tym, gdyby ją przybliżyć i zwolnić.
Milczały jeszcze chwilę, mając pojęcia, co powiedzieć, ani co zrobić.
Zjadłaś nie.
Drzwi otworzyły się. Ktoś wszedł do środka. Ciemna sylwetka pochyliła się nad Paulą, która poczuła przykry zapach przetrawionego alkoholu.
– Moje dziecko! Mmmoje… biedne dziecko…
– Zostaw mnie! Słyszysz? Nie dotykaj mnie!
– Paula, tak bardzo mi przykro…
Odepchnęła rękę profesora, odsuwając się pod ścianę.
– Wynoś się! Wyjdź! Nie chcę cię widzieć, rozumiesz?
– Prze… praszam…
– Wyjdź!
Profesor jakby zwiotczał, skulił się i zmniejszył. Chwilę stał, kołysząc się w miejscu, nie rozumiejąc. Wreszcie wyszedł powoli, łkając.
– Paula…
– Jak mogłeś mu powiedzieć? Dlaczego to zrobiłeś? Nie prosiłam cię o to!
– Przepraszam…
– Odejdź. Chcę zostać sama.
– Ja…
– Proszę.
Jimmy wyszedł. Paula została sama w ciemności.
Hę? Przecież do środka wszedł starzec, a nie Jimmy.
Kiedy oczy przywykły to światła
do światła
W jakiś tajemniczy sposób wyczuwało się, że ktoś rozkwita. Może to dlatego, że mieli to we krwi?
W sensie, mieli chorobę we krwi?
Tylko, że Rada się nie zgodzi.
Tylko że
https://www.ortograf.pl/zasady-pisowni/przecinek-przed-tylko-ze
Czasem słowa wydają się zbędne, czasem po prostu nie mogą oddać naciskającej zewsząd na człowieka grozy.
→ Czasem słowa wydają się zbędne, czasem po prostu nie mogą oddać obezwładniającej grozy.
Czasem słowa wydają się zbędne, czasem po prostu nie mogą oddać naciskającej zewsząd na człowieka grozy. Ciążyło im poczucie całkowitej bezbronności
Ciążyło słowom?
Czas nieubłaganie kroczył do przodu.
Brzmi niezgrabnie. Może zwykłe: Czas mijał nieubłaganie?
Czas nieubłaganie kroczył do przodu.
Dni mijały. Pomarańczowy karzeł rósł na niebie
→ Czas mijał nieubłaganie.
Pomarańczowy karzeł rósł na niebie…
– Mój dziadek był operatorem maszyn górniczych w Pasie Planetoid. Oddychał cuchnącym powietrzem. Prawie nie widywał żony i dzieci mieszkających na Ziemi – ohydnej, brudnej, nękanej klęskami żywiołowymi i wojnami. Pewnego dnia wygrał w loterii bilet na Arystofanesa. Wyruszył w drogę, bo wierzył, że to szansa na lepsze życie dla jego rodziny. Wierzył, że w kosmosie można znaleźć dom. A my wylądowaliśmy tu. Przez terrorystów, zamiast do Ziemi Obiecanej, dotarliśmy na to przeklęte pustkowie. Uczyłem się całe życie. Zostałem nauczycielem, żeby dać dzieciakom siłę, wiedzę, szanse na zbudowanie czegoś dobrego. A teraz wszyscy umrzemy tutaj. Daleko od celu podróży.
– Na trzeźwo… jeszcze bardziej marudzisz niż po pijaku… wiesz?
Na samym początku wypowiedzi należałoby napisać w didaskaliach, kto to mówi, bo wypowiedź jest długa, a ja cały czas nie wiedziałam, komu ją w głowie przypisać.
– Pójdę już. Żegnajcie.
Ruszyła chwiejnym krokiem.
Kto to mówi? Domyślam się, że Paula, ale dobrze byłoby doprecyzować, by czytelnik nie musiał ciągle zgadywać i się domyślać.
Sara, Jimmy i profesor wrócili do ślizgacza. Pojechali na południe.
Usunęłabym to ostatnie zdanie, jest zbędne i burzy efekt końcowy.
Możesz usunąć tę wielką enterową przerwę na końcu.
Tekst mocno stoi dialogami, opisy są znikome. Tym bardziej dziwi mnie, że jednego z kluczowych momentów, jak przyznanie się Sarze do zarażenia, nie przybliżyłaś, tylko zdawkowo opisałaś. Ogólnie miałam wrażenie, że się spieszysz, biegniesz. Gdyby historię zwolnić, nabrałyby atrakcyjniejszego i bardziej emocjonalnego wydźwięku. Przez ten pośpiech i zdawkowe opisy nie wczułam się należycie w losy bohaterów.
Irytowały mnie też niedopowiedzenia w kwestii wypowiedzi bohaterów. Często musiałam zgadywać, do kogo należy wypowiedź, co wybijało mnie z tzw. “wczuty”. Nie bój się doprecyzować kto co mówi.
Pomysł na fabułę nie należy do oryginalnych, skojarzenia z Obcym i demigorgonem ze Stranger Things były bardzo silne. Ktoś może powiedzieć, że przecież wszystko już było i chyba niemożliwym jest, żeby napisać coś naprawdę oryginalnego, jednak odniosłam wrażenie, że czytam jakiś fanfik wspomnianych przeze mnie filmów tudzież seriali.
Tak czy siak, życzę wszystkiego dobrego i satysfakcjonującego rozwoju warsztatu. Pozdrawiam serdecznie! :)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Możesz usunąć tę wielką enterową przerwę na końcu.
Holly, właśnie Pusia pisała, że próbowała według moich rad i – nie umie. 
Pecunia non olet
Hm, to dziwne. Przecież to zwykłe entery… A jeśli nie?
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Otóż to. Też mnie to dziwi.
Pecunia non olet
Interesujący pomysł na chorobę. Ciekawe, skąd się bierze.
Najwyraźniej postawiłaś na dialogi. OK, ciekawy zabieg, ale opisy pewnie by nie zaszkodziły.
Bardzo dużo postaci, z żadną nie zdążyłam się zżyć.
Możesz mi napisać, jak zmniejszyć ilość pustych wersów na końcu?
Najprostszy sposób: edytować, ustawić się na końcu tekstu (na przykład ctrl+end) i wciskać backspace aż skrócisz białą przestrzeń.
Jeśli to nie działa, możesz spróbować wejść w tryb edycji, skopiować cały tekst do edytora, tam usunąć zbędne entery i skopiować z powrotem do okienka portalowego.
Babska logika rządzi!
bruce: Udało się! ![]()
HollyHell91: Dzięki. Postaram się tak nie pędzić następnym razem.
Finkla: Dzięki!
bruce: Udało się!

Finkla: Dzięki!
I ja dziękuję.
Pecunia non olet
Ave, Pusia!
Ciekawy, dość klimatyczny tekst, który mocno stoi dialogami. Może odrobinę zbyt mocno, bo trochę ucierpiał na tym świat przedstawiony. Fabuła gna do przodu z szybkością błyskawicy i aż prosi się o delikatne spowolnienie.
W zasadzie mogłaś Pauli nie zabijać, pod względem fabularnym chyba nie było to konieczne.
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
cezary_cezary: Ave, cezary! Dzięki za komentarz!