- Opowiadanie: Piotrek77 - Ślad po świecie

Ślad po świecie

Oceny

Ślad po świecie

Niektóre światy nie gasną od razu. Trwają jeszcze chwilę, jakby nie wiedziały, że decyzja już zapadła.

Dziś mam kolejne wezwanie. Szybka odprawa w hubie na Świętym Krzyżu, mgła – i już jestem na dobrze znanej platformie, w miejscu poza czasem, oświetlonej bladym, rozproszonym światłem.

Dziwne. Tym razem jestem pierwszy. Rzadko się to zdarza. Zwykle spotykam tu kogoś z zespołu: najczęściej Anię i Rafała, czasem Pawła, a sporadycznie moją żonę, Kasię. W miejscu poza czasem pochodzimy z różnych światów, ale z Kasią najczęściej jesteśmy małżeństwem. To się po prostu czuje – w spojrzeniu, w sposobie, w jaki pojawia się obok.

Profesor Filip Terrier zjawił się po chwili i jak zwykle przeszedł od razu do misji.

Ten świat miał numer, którego nigdy nie zapamiętałem. W dokumentach figurował jako stabilny. Prognozy dawały mu dziewięćdziesiąt siedem procent szans na przetrwanie. Dla Filipa to było wystarczająco dużo, by nie wysyłać pełnego zespołu.

Dla mnie – wystarczająco mało.

– Adaś. Zadanie jest proste – powiedział spokojnie. – Jedna decyzja polityczna. Jedno wystąpienie na żywo. Jedno zdanie, które wypowiedziane w odpowiednim momencie może odsunąć konflikt o kilka lat. Wystarczająco długo, by linia się ustabilizowała. Masz być doradcą. Tłem.

Zadania określane przez Filipa jako „proste” nigdy takie nie były. Każde wymagało precyzji. Rutyna była największym wrogiem – to ona najczęściej wszystko psuła.

Na ekranie utkanym z mgły Filip pokazał mi dwie postacie: polityka, którego znałem również z mojego wariantu, oraz kobietę, dzięki której mogłem się do niego zbliżyć.

 

Transfer świadomości przebiegł sprawnie. Skafandrem okazał się młody mężczyzna. Ocknąłem się na schodach w starej kamienicy. Beton był chłodny i popękany. Na poręczy ktoś wydrapał imię i datę. Przetarłem je palcem – został biały pył.

Tak bywało w światach granicznych. Jeszcze istniały. Ale już wiedziały.

W takich misjach najtrudniejsze było nie zrobić za dużo. Strażnik musiał działać jak chirurg – jeden ruch, jedno cięcie.

Wstałem i rozejrzałem się. Marcin wybrał dobre miejsce na wejście: cisza, odludzie. Wiedziałem jednak, że muszę dostać się do centrum, a jak na Warszawę było to daleko.

Unikałem prywatnego transportu. Taksówka zawsze niosła ryzyko ingerencji w cudze kontinuum. Jeśli musiałem się przemieszczać, wybierałem komunikację miejską. Ryzyko było minimalne.

Skafander był studentem i miał bilet miesięczny. Dojazd nie niósł żadnych konsekwencji.

Pojawił się przebłysk. Zawsze przychodził w trakcie misji – szybki napływ informacji: gdzie i kiedy znajdę wskazaną kobietę.

Spotkałem ją w windzie.

Miała płaszcz i torbę przewieszoną przez ramię. Spojrzała krótko, bez ciekawości. W różnych wariantach była kimś innym: naukowcem, matką, czasem ofiarą.

Tutaj była znaną dziennikarką. Zerknąłem na identyfikator: Marlena Wydra.

– Piętro czwarte – powiedziała.

Skinąłem głową.

– Dziś będzie się działo – dodała tonem, jakby mówiła o pogodzie.

– Zawsze się dzieje – odparłem.

Uśmiechnęła się lekko.

Wysiadła. Drzwi windy otwierały się powoli, jakby nie chciały jej wypuścić. Poszedłem za nią.

Plan zakładał brak interakcji. Żadnych rozmów. Żadnych impulsów. A jednak ochroniarz przed salą konferencyjną uznał nas za parę. Może pomyślał, że Marlena prowadzi studenta dziennikarstwa. Przy dużym ruchu zdał się na jej autorytet.

Gdy wszedłem na salę, pojawił się kolejny przebłysk. Coś się przesunęło. Nie wiedziałem, co spowodowało zmianę, ale musiałem działać szybko. Mężczyzna przy mównicy był blady. Ręce mu drżały. Tego nie zakładały symulacje. To było mikropęknięcie: moment, w którym człowiek jeszcze może, ale już nie potrafi.

Pomyślałem o Filipie. O tym, co zawsze powtarzał: że świat nie pęka naraz. Zaczyna się od ludzi.

I wtedy zrobiłem coś, czego nie było w planie.

Podszedłem. Położyłem mu dłoń na ramieniu. Tylko na sekundę.

– Nie musi pan dziś wszystkiego mówić – powiedziałem cicho. – Czasem wystarczy jedno zdanie.

Spojrzał na mnie. W jego oczach zobaczyłem ulgę… i strach. Skinął lekko głową, jakby próbował sobie przypomnieć, kim jestem.

Zapadła cisza. Transmisja ruszyła.

Polityk zaczął mówić. Stres powoli z niego opadał. W pewnym momencie spojrzał w moją stronę. Padło kluczowe zdanie – to, którego miałem dopilnować.

Ale wypowiedział je inaczej. Zbyt miękko. Zbyt ostrożnie.

Nie czekałem na koniec konferencji. Kolejny przebłysk dał mi odpowiedź.

Zawaliłem.

 

Konflikt nie wybuchł od razu, ale wiedziałem, że świat nie ma czasu na stabilizację.

Zrobiło mi się duszno. Wychodząc, zabrałem ze stolika butelkę wody i opróżniłem ją na korytarzu.

Wszędzie kręcili się ludzie. Ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś gestykulował. Dwie młode kobiety głośno śmiały się przy automacie z kawą, gdy obok przechodził jakiś chłopak.

Każdy miał plany. Marzenia. Nadzieję.

A ja miałem w sobie żal.

W tramwaju zamknąłem oczy, udając sen. Wysiadłem i niemal biegiem wróciłem na klatkę schodową, w której przyjąłem skafander.

Marcin już czekał. Widział, że jestem wściekły, więc nic nie mówił. Wskazał tylko, żebym podszedł.

– Ile jeszcze mają czasu? – zapytałem.

– Pięć lat – odpowiedział spokojnie. – We względnym spokoju może trzy i pół. Dalej nie chcesz wiedzieć.

Nie dopytywałem.

Mgła przyszła zbyt szybko. Czułem ból – nie fizyczny, lecz w mojej świadomości. Jakby coś we mnie zostało w tamtym świecie, ale bez miejsca, do którego mogłoby wrócić.

Filip czekał.

Nie patrzył na mnie od razu. Bałem się jego reakcji, ale wiedziałem, że muszę się z tym zmierzyć.

W końcu się odwrócił.

– Zmieniłeś trajektorię.

– Wiem.

– Nie miałeś prawa.

– Miałem coś gorszego niż prawo. Miałem wybór.

Patrzył długo.

– Ten wariant nie ma już szans – powiedział. – Ale w innych równoległych misjach opóźniłeś trzy… może cztery inne. Tamci prawdopodobnie mają szansę.

– To wystarczy?

Filip milczał chwilę.

– Światy nie liczą się jak punkty – odparł.

Odwrócił się.

– Zostanie po tym wariancie ślad – dodał cicho. – W tobie zostanie na pewno.

Zniknął bez pożegnania.

Od tamtej pory czasem czuję ten wariant we śnie. Miasto bez przyszłości. Kobietę z windy. Dziewczyny przy automacie z kawą. A nawet mój skafander.

Ten ciężar odpowiedzialności jest jak blizna. Marcin mówi, że to normalne – świadomość musi gdzieś przechować stratę. Ale wiem jedno: nie każdy świat da się uratować. Ale każdy zostawia ślad. I ktoś musi go pamiętać.

 

 

To, że Adaś czuł we śnie wariant świata, było bardziej realne, niż przypuszczał.

Ślad nie został tylko w pamięci. Zostawił otwarte połączenie.

Strażnicy nazywali je nicią. Naturalnym odruchem po nieudanej misji było jej odcięcie. Tak naturalnym, że nikt nawet nie wspomniał o tym Adasiowi.

Tymczasem nić trwała.

A dokładniej – była powiązana z jego skafandrem.

Grzegorz Kryk, w którego ciele przez kilka godzin gościła świadomość Adasia, był studentem historii. Od pewnego czasu miał wrażenie, że świat biegnie nie z nim, lecz obok. Jakby się spóźniał względem wydarzeń.

Nie w sprawach ważnych – na autobus, wykłady, spotkania przychodził punktualnie. Chodziło o coś innego. O uczucie, że jakaś rozmowa już się wydarzyła. Że decyzja zapadła wcześniej. Bez niego.

Pierwszy raz zauważył to w czytelni, przeglądając mikrofilmy. Szukał konkretnej daty. Kiedy przewijał taśmę, przez moment zobaczył artykuł, którego nie powinno tam być.

Nagłówek przedstawiał polityka i jedno zdanie uznane za kluczowe w ratowaniu gospodarki.

Data wskazywała na kilka tygodni wstecz, a jednak nie potrafił sobie przypomnieć, by takie słowa padły.

Mrugnął. Artykuł zniknął. W jego miejsce pojawiła się mało ważna informacja. Próbował przewinąć taśmę, ale fragmentu nie znalazł. Uznał, że to zmęczenie.

Dorabiał jako archiwista. Porządkował cudze historie – daty, nazwiska, fakty. Przeszłość była stabilna.

A jednak czasem miał wrażenie, że brakuje w niej czegoś, co pamiętał.

W snach bywało gorzej. Wracała mgła, platforma i głosy mówiące o nim, choć nie widział twarzy.

Budził się z poczuciem winy, nie wiedząc, skąd się brało.

Pewnego dnia zobaczył kobietę stojącą po drugiej stronie ulicy. Nie znał jej. A jednak serce zabiło szybciej, jakby rozpoznał kogoś bliskiego. Ich wzrok spotkał się na ułamek sekundy. I wtedy poczuł coś dziwnego. Jakby świat wstrzymał oddech.

Przebłysk. Obca myśl: „Gdyby ten wariant przetrwał, byłaby moją żoną.”

Kobieta odwróciła głowę. Zapaliło się zielone światło. Przeszła przez pasy i zniknęła w tłumie.

Od tamtej pory uczucie „spóźnienia” narastało. Czasem, stojąc w kolejce, miał wrażenie, że ktoś powinien stać obok. Że jakaś wersja jego samego już tu była. I odeszła.

Zaczął zapisywać sny. Daty. Godziny. Krótkie zdania, które zostawały po przebudzeniu:

„Nie ingerować.”

„Punkt niestabilny.”

„Obserwować.”

Brzmiało to jak fragmenty raportów, które czytał w archiwum.

Miał wrażenie, że jest połączony z czymś innym. Z czymś niewytłumaczalnym.

Przez kilka dni chodził jak w transie. Świat był jednocześnie zbyt realny i zbyt kruchy. Ludzie w tramwaju. Dzieci na placu zabaw. Rozmowy o niczym.

Zastanawiał się, kim byłby w innych wariantach.

Czy miałby te same odczucia?

Czy to dar – czy choroba?

W snach pojawiały się inne wersje jego samego. Wiedział, że są bezpieczne.

Nie widział tam jednak siebie takiego, jakim był teraz.

 

Kilka miesięcy później w mediach pojawiły się pierwsze napięcia. Zapowiedzi demonstracji. Decyzje odkładane „na później”. Media mówiły o stabilności, ale on widział pęknięcia. Takie same jak w snach.

Świat nie gasł od razu. Jeszcze działały kawiarnie. Jeszcze ludzie planowali wakacje. Jeszcze nikt nie mówił „koniec”.

A on miał coraz silniejsze poczucie, że powinien być gdzie indziej. Że nieobecność, którą czuł, nie była nieobecnością jego w świecie – ale świata w nim.

W noc, gdy po raz ostatni śniła mu się platforma, nie słyszał już rozmów. Zobaczył tylko jedną postać, stojącą bokiem.

– Przepraszam – powiedział głos. – Musiałeś zostać w tym wariancie.

– To znaczy, że…? – próbował zapytać.

– To znaczy, że świat jeszcze oddycha. Ale dla twojego wariantu nie ma już ratunku.

Postać skinęła głową. Mgła zgęstniała.

– Będę cię pamiętał – te słowa zostały mu po przebudzeniu.

Nazajutrz poszedł do archiwum jak zwykle. Usiadł przy biurku. Otworzył teczkę. Na marginesie jednej z kart zobaczył ołówkowy dopisek, którego nie pamiętał, by zrobił: „pamiętam”.

Świat wokół trwał. Nie wiedział, jak długo.

Nie rozumiał tego, co go czeka. Ale wiedział jedno: jeśli kiedyś wszystko zgaśnie, on nie zniknie bez śladu.

Bo ktoś to pamiętał.

A czasem – to wystarczało.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Zdecydowanie nadużywasz czasownika „być” w rozmaitych formach – cała powyższa część Twojej opowieści jest nimi nasycona; bywa nawet, że są użyte w jednym zdaniu; tu tylko przykłady:

Szybka odprawa w hubie na Świętym Krzyżu, mgła – i już jestem na platformie w miejscu poza czasem. Dziwne. Dziś jestem pierwszy.

Zadania określane przez Filipa jako „proste” nigdy takimi nie były. Każde było trudne. Każde wymagało precyzji i planu. Rutyna była największym wrogiem – to ona najczęściej wszystko psuła.

Moim skafandrem był młody mężczyzna. Ocknąłem się, siedząc na schodach w jakiejś kamienicy. Beton był chłodny i popękany, jakby budynek od dawna nie był pewien, czy jeszcze stoi.

Ryzyko było wtedy minimalne. Tak było i tym razem. Okazało się, że mój skafander jest studentem i ma bilet miesięczny.

Mężczyzna stojący przy mównicy był blady. Ręce mu drżały. Nie było tak, jak zakładały symulacje Filipa.

A jednak czasem miał wrażenie, że brakuje w niej czegoś, co pamiętał, że tam było. W snach bywało gorzej.

Myśl, która nie była jego: „Gdyby ten wariant przetrwał, byłaby moją żoną.”

 

Inne przykłady usterek językowych (do przemyślenia):

Okazało się, że mój skafander jest studentem i ma bilet miesięczny. Dojazd do centrum nie niósł więc żadnych konsekwencji. Pojawił się przebłysk w moim umyśle. – powtórzenie?

Nie czekałem na koniec konferencji. Kolejny przebłysk dał mi odpowiedź. – aliteracja?

 

Czemu jest rozdzielona wypowiedź Filipa?:

– Zostanie po tym wariancie ślad – dodał cicho:

– W tobie.

 

Od tamtej pory uczucie „spóźnienia” stało się silniejsze. – aliteracja?

 

Zdarzają się też zdania z błędną konstrukcją, np.:

W takich misjach najtrudniejsze było nie zrobić nic za dużo.

Nagłówek przedstawiał polityka i jedno zdanie, jedna decyzja, która miała być uznana za kluczową w ratowaniu gospodarki.

 

Mimo że nadal nazywasz części swego dzieła „opowiadaniami”, podczas lektury czuje się, że to jedynie fragmenty i trzeba znać przynajmniej część z pozostałych, aby się „połapać” w dość zawiłej fabule. :) Padają tu pojęcia i opisy sytuacji, niezbędne do zrozumienia całości, wyjaśnione i omawiane szczegółowo w innych częściach. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

 

Pecunia non olet

Witaj Bruce. :)

 

Jak zwykle dziękuję za cenne wskazówki. Wprowadziłem odpowiednie korekty w tekście. :)

 

Jeśli chodzi o Twoje uwagi dotyczące tego, czy jest to opowiadanie, czy fragment – tworzę serię opowiadań osadzonych w jednym uniwersum. W tym projekcie spróbowałem osiągnąć dwie rzeczy.

Po pierwsze: teksty mają być czytelne jako osobne opowiadania, bez znajomości całego uniwersum. Pomimo braku wyjaśnień szczegółów technicznych Czytelnik ma szansę poznać kompletną historię.

Po drugie: możliwe jest również czytanie ich jako ciągłej, powiązanej narracji. Każde opowiadanie wnosi coś nowego do opisywanej historii i rozwija uniwersum.

Zgodnie z sugestiami (Twoją oraz z komentarzy pod innymi tekstami) zmieniłem oznaczenie cyklu z „Opowiadania” na „Fragment”, choć uważam to za krzywdzące wobec założenia samodzielnych tekstów. Szkoda, że nie istnieje kategoria w rodzaju „Opowiadania powiązane”.

Z drugiej strony dodawanie do nagłówka każdego opowiadania tej samej, encyklopedycznej treści wyjaśniającej uniwersum tylko po to, by przedstawić osobną historię, mija się z celem.

 

Dziękuje za pomoc i pozdrawiam serdecznie. :)

 

 

 

 

 

Zgodnie z sugestiami (Twoją oraz z komentarzy pod innymi tekstami) zmieniłem oznaczenie cyklu z „Opowiadania” na „Fragment”, choć uważam to za krzywdzące wobec założenia samodzielnych tekstów. 

Rozumiem, dziękuję, pamiętaj, że moje uwagi to tylko sugestie, a jednie Ty, jako Autor, podejmujesz ostateczną decyzję. Jeśli czujesz się z tym źle, zmień na opowiadanie. :) Przemyśl to jeszcze na spokojnie. :)

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Dziękuje za komentarz :)

 

Ten cykl ciągle powstaje. Na chwilę obecną jest spin-offem do tego co już mam w uniwersum.

 

To forum jest super do komentarzy warsztatowych i poznania opinii.

To jest pierwsze spotkanie tekstu z Odbiorcą. 

Wszelkie uwagi są dla mnie cenne. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

 

 

Szanowny Autorze, wszystko ok i rozumiem, lecz pamiętaj, że od czasu do czasu dobrze by też było wpaść do kogoś innego (dodatkowo – zachęcić go pewnie w ten sposób do rewizyty wink) i ocenić jego opko, napisać swoje przemyślenia oraz opinię. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka