Podobno kiedyś w końcu trzeba wrzucić jakiś tekst, żeby posunąć się do przodu.
Podobno kiedyś w końcu trzeba wrzucić jakiś tekst, żeby posunąć się do przodu.
Ciemność zaciskała się wokół niego coraz ciaśniej, jakby próbując go zgnieść. A było południe, powinno być jasno, cieplutko i w ogóle. Tylko że głupie słońce postanowiło zniknąć za chmurami dymu.
Nie miał siły, by wstać. W Pancerzu popsuł się system filtracji i teraz w środku zagnieździły się gorąco i gryzący dym.
Nathan kaszlnął głośno i spojrzał na metalowe rękawice. Pogładził plazmowy karabin. Dopóki miał go w rękach, mógł jeszcze trochę postrzelać. Wstał więc bardzo powoli, z wielkim trudem. Ruszył wzdłuż jednej ze ścian, której groziło zawalenie. Nie było to mądre, ale przyzwyczaił się już do swojej głupoty.
Minął budynek i w tym samym momencie usłyszał za sobą odgłos walącego się betonu. Ha, dobrze to wyliczył, miało się te zdolności matematyczne. Nie odwrócił się, przyśpieszył tylko kroku. Dotarł do muzeum i wbiegł do środka.
Na parterze leżały ciała martwych ludzi, a wszędzie wokół walały się papiery, książki i torebki. Zaraz przy schodach dopalała się bestia wielkości konia, zębiska ostre i jeszcze niedawno pewnie brudne od krwi, teraz całkiem czarne, wystawały z usmażonej skóry. Poczuł uderzający smród. Głupi filtr, musiał się zepsuć akurat teraz.
Nathan minął obrzydliwe cielsko i wbiegł na pierwsze piętro. Rozejrzał się wokoło. Średniowieczne zbroje, miecze i zdobione dywany walały się po podłodze wśród kawałków szkła. Wszędzie leżały zwłoki.
Przymknął oczy i ruszył po schodach na drugie piętro. Musiał przejść nad dwoma trupami; chłopcy, nie starsi niż piętnaście lat, jeden z opadającą na oczy grzywką. Taką samą nosił jego brat. Najwidoczniej nadal była w modzie. Spróbował się uśmiechnąć.
Zagryzł wargę. Krew spłynęła mu po brodzie. Przeskoczył kilka ostatnich stopni i dotarł na miejsce. Pobiegł korytarzem, aż znalazł się przy zatrzaśniętym oknie i wyjrzał na drugą część miasta położonego za rzeką. Tam jeszcze nic się nie dymiło, nie widać było też ognia ani ścielących ulice trupów. Karkonazy miały swoją dziwną, ale systematyczną strategię, którą stosowały, odkąd tylko opuściły ogromne podziemne laboratoria. Naukowcy powinni się zająć badaniami kwiatków, a nie mutacjami.
Nathan uderzył w szybę. Zignorował deszcz odłamków odbijających się od Pancerza i wychylił głowę przez okno. Most był jeszcze wolny od bestii. I wolny od ludzi. Za to przed wejściem trup ścielił się gęsto. Karkonazy zwyczajnie odcięły drogę ucieczki i wycinały pozostałych przy życiu mieszkańców.
Nathan wściekle zaklął. Zwalczył pokusę zeskoczenia na ziemię. Pancerz mógłby nie wytrzymać. Zbiegł po schodach i niemal wystrzelił z budynku, zostawiając za sobą martwych ludzi, których nie uratował.
Rzucił się prostą ulicą. Zdołał tak pokonać kilkaset metrów; dalszą drogę zagradzał konwój rozbitych samochodów. Skręcił w prawo i pobiegł wzdłuż rzeki. Starał się nie patrzeć w jej stronę. Ale ciała, sunące wolno po zaczerwienionej wodzie, migały mu w polu widzenia.
Musiał jeszcze chwilę poczekać, zanim będzie mógł strzelić do tych przeklętych… Z lewej mignął mu kształt. Latający stwór roztoczył skrzydła, by wyhamować pęd i rozszerzył paszczę, z której wysunęły się zębiska. Prezent od losu. Nathan nie marnował amunicji.
Wysunął rękę. Poczekał, aż wróg się zbliży i uruchomił ostrze. Wyskoczyło do przodu, zagłębiając się w głowie stwora. Potrząsnął dłonią.
Ani na chwilę nie zwolnił biegu. Most był już blisko. Przebiegł obok placu dla dzieci i znalazł się naprzeciwko stada potworów, karmiących się trupami. Już nie było kogo ratować. Spóźnił się.
To nie jego wina. Nie mógł pojawić się tu tak wcześnie. A może? A może mógł? Gdyby nie kasłał jak idiota, gdyby tak długo nie wstawał z ziemi…
Przyłożył broń do ramienia w wyuczonym przez wiele lat ruchu i strzelił plazmą w pierwszego grubego potwora, który właśnie przełykał posiłek.
Smacznego.
Przesunął celownik i wypalił po raz kolejny. Trafił. Długi stwór, poruszający się na kilkunastu odnóżach, runął, by już nigdy się nie podnieść.
Nathan zignorował kurczący się pasek energii. Strzelał tak szybko, jak potrafił. Bestie rzuciły się w jego kierunku, ale nie zdążyły zajść daleko. Padały, czasem z cichym rykiem, czasem w wymuszonym milczeniu.
Droga na drugą stronę stała otworem. Z miasta sunęły nowe potwory. Nathan spojrzał na pasek wskazujący pięć procent i z niezadowoleniem ruszył mostem. W starej części miasta nie było już kogo ratować, tam, gdzie szedł, mógł jeszcze pomóc. Ochrona obywateli była najważniejsza. Tak stanowił kodeks plutonu Alfa. Plutonu, który odleciał.
Nathan został. Jakoś nie spieszyło mu się na kolejną paradę, gdzie razem z koleżkami zgrywaliby bohaterów. I tak już prawie nie miał kto tych parad oglądać.
Obejrzał się, będąc już w połowie mostu. Bestie zatrzymały się przed wejściem. Coś musiało nimi kierować i mieć nad nimi pełną władzę. Wiedział, że nie powstrzyma ich sam. Te, które zabił, były i tak słabe w stosunku do innych. Spojrzał na pasek. Nadal pięć procent. Broń ładowała się samoistnie, ale był to proces powolny. Do wieczora będzie miał może czterdzieści, może pięćdziesiąt procent. A bestie przyjdą wcześniej, na pewno przyjdą wcześniej. Z tamtej części miasta już prawie nic nie zostało.
Zbiegł z mostu. Tutaj przynajmniej nie widział żadnych ciał, ale nie widział też żywych ludzi, pewnie uciekinierzy znajdowali się gdzieś w połowie drogi, bo raczej nie byli dość szybcy, by już opuścić miasto, a może byli? Cóż, wtedy bestie złapałyby ich na zewnątrz, wśród pól i drzew. No tak, ucieczka jedynie odkładała w czasie śmierć. Więc, co właściwie zamierzał zrobić? Jak pomóc?
Prychnął. Nigdy nie miał planu. Zawsze uśmiechał się do losu i liczył, że uśmiech będzie wystarczająco zaraźliwy. Pot coraz obficiej spływał mu po czole, awaria klimatyzacji w Pancerzu była poważna. Trudno, musiał to jakoś wytrzymać.
Długimi susami pokonał kilka kolejnych ulic. W końcu dostrzegł pierwszych, spóźnionych ludzi, niewielu z nich miało ze sobą jakiś dobytek, większość uciekała, trzymając co najwyżej plecak lub małą torbę. Jakiś mężczyzna próbował przebić się samochodem, ale trasę blokowało mu kilka sklejonych ze sobą aut. W jednym z nich ktoś wciąż siedział.
Nathan zmusił się do jeszcze większego wysiłku i doskoczył do samochodu. Metalową rękawicą przebił się przez szybę i wyrwał drzwi. Spojrzał na mężczyznę siedzącego w środku. W tym Pancerzu nie miał nawet jak mu pomóc. Zresztą, czy ten człowiek w ogóle nadal oddychał? Nathan przez chwilę obserwował jego klatkę piersiową. Nie poruszyła się. Przełknął ślinę, zamknął oczy. Czuł, jak drży mu pięść.
Usłyszał kroki za plecami.
– Proszę pana! Proszę… – Malec zaniemówił, gdy Nathan obrócił się w jego stronę.
Dzieci zawsze patrzyły z uwielbieniem na ogromny Pancerz ze świecącymi wizjerami, pokazywały rodzicom ich jednostkę… To było na paradach. Jeszcze wtedy ludzie wierzyli, że oni zapewnią im ochronę… Pomylili się.
– Jak się nazywasz, młody?
Chłopiec skulił się, ale oczy miał przepełnione nadzieją.
– Jack, proszę pana…
Nathan przygryzł wargę.
– Mów mi Nat. – Nie wiedział do końca, czemu właśnie tak poprosił siebie nazywać. Tak przecież nikt do niego nie mówił. Poza bratem, ale to było dawno temu. Dawno temu i… Tamto już nie istniało.
Chłopiec kiwnął głową i nagle z oczu poleciały mu łzy.
– Moja babcia… Tam została.
– Gdzie?
– Zaprowadzę.
Ruszył biegiem, a Nathan podążył za nim. Minęli dwie ulice i zatrzymali się przed starym blokiem. Musiał uważać, wchodząc do budynku, ale jakoś sobie z tym poradził, problem miał również ze schodami, szczęśliwie cel znajdował się na pierwszym piętrze.
– Zmieści się pan?
Nathan powstrzymał się od przekleństwa. Drzwi prowadzące do mieszkania były małe, za małe na wejście w Pancerzu. Pokręcił głową.
Jack wzdrygnął się, pchnął klamkę i wbiegł do jednego z pokoi. Nathan usłyszał kobiecy, przepełniony troską głos. Wcisnął przycisk. Pancerz zaczął się rozsuwać. Proces był powolny. Wściekle powolny. Ale miał przecież jeszcze sporo czasu, potwory nie powinny się teraz przedostać przez most. „Nie powinny” oczywiście nie znaczyło, że tego nie zrobią, jednak nie mógł być na wszystko przygotowany, pewne sprawy trzeba było pozostawić szczęściu. Takie życie Obrońcy. Skrzywił się na myśl o tym tytule, który niewiele miał wspólnego z rzeczywistością. Jeżeli cokolwiek.
Jack wyszedł na korytarz, a potem krzyknął radośnie.
– Pomoże pan, pomoże! Babciu! – Znów zniknął w pokoju.
Nathan mimowolnie się uśmiechnął.
– Byleś nie zawiódł tego chłopaka – szepnął sam do siebie. – Zrobiłeś to już zbyt wielu ludziom.
Pancerz w końcu się otworzył. Nathan powoli wyszedł na zewnątrz, sprawdzając, czy wszystko dobrze działa. Spojrzał jeszcze w dół schodów, czy nie idzie nikt, kto mógłby mu zagrozić, a potem wbiegł do pokoju.
Babcia leżała na łóżku, po jej twarzy błąkał się półuśmiech. Jack klęczał obok i obejmował pomarszczoną dłoń.
– To miło z pana strony, że przyszedł pomóc – odezwała się zachrypniętym głosem. – Ale… – Wskazała na wózek w pokoju. – Mój środek transportu umarł… A ja myślałam, iż mnie przeżyje. – Pokręciła głową. – Na starość się najwyraźniej źle myśli.
Nathan zaprzeczył dłonią. Nie wyglądało to najlepiej, ale miał Pancerz, w Pancerzu mógł ją przecież nieść. Tyle potrafił zrobić, więc tyle musiał zrobić.
– Nat… Może mi tak pani mówić.
Podszedł do łóżka i delikatnie ją podniósł. Wciąż czuł na sobie wzrok Jacka, nieważne, co by się teraz stało, nie odmówiłby im pomocy. Przez krótką chwilę doświadczył tego przelotnego szczęścia. Realizował to, do czego został stworzony, był Obrońcą. Prawdziwym.
Nie. Głupio było się tak oszukiwać.
Przeszedł ostrożnie przez drzwi i wyszedł na klatkę. Rozejrzał się wokoło.
– Może pani oprzeć się o ścianę? W pozycji siedzącej?
– Dam radę – powiedziała twardo.
Odłożył ją delikatnie na podłogę.
– Muszę się znowu zapakować w tę kupę złomu. Jack?
Chłopiec skinął głową.
– Będę strzec babci, dowódco.
Nathan chciał się szczerze uśmiechnąć, ale czuł, że mu nie wyszło. Wszedł w Pancerz i wcisnął przycisk. Najpierw zapięcia przycisnęły się do jego nóg, a później wszystko naraz zaczęło wchodzić na swoje miejsce. Minęła jeszcze długa chwila, zanim mógł sterować całością, ale w końcu poczuł pełną kontrolę.
Odłożył karabin na plecy. Magnes zadziałał i broń przylgnęła do Pancerza. Potem obrócił się w stronę babci.
– Jak pani na imię? – zapytał i skłonił głowę.
– Elizabeth, przyjacielu.
Zmarszczył brwi.
– Brzmi, jakby pani pochodziła z jakiegoś arystokratycznego rodu.
Uśmiechnęła się.
– Nie musiałeś, Nat, aż tak podkreślać mojego wieku.
Przeprosił gestem, podszedł i delikatnie spróbował ją unieść. Za pierwszym razem poszło słabo. Musiał znaleźć dobre ułożenie, tak, by nie uciskać starszej pani i jednocześnie zmieścić się w drzwiach. Ująwszy babcię Jacka pod kolanami i plecami, udało mu się powoli ją podnieść.
– Wygodnie pani?
– Spałam na wygodniejszych łóżkach, ale na ucieczkę przed potworami chyba wystarczy.
Kiwnął głową.
– Dasz radę otworzyć drzwi? – zwrócił się do Jacka.
Chłopak przytaknął i błyskawicznie znalazł się na dole.
– Ma złote serce malec, mówiłam mu, żeby sam uciekał, żeby mnie zostawił, ale… – Nagle głos jej się załamał i już nic więcej nie dodała.
Nathan chciał coś odpowiedzieć, cokolwiek, ale jakoś nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. W milczeniu zszedł na dół.
Bokiem przecisnął się przez drzwi. Jack trzymał palce na klamce, nerwowo rozglądając się wokoło.
– Coś widziałeś? – spytał Nathan.
– Nikogo tu już nie ma.
Kiwnął chłopcu głową. Ruszyli szybkim krokiem prosto, Nathan obejrzał się jeszcze kilkukrotnie, czy za plecami nie ma bestii, ale wyglądało na to, że nadal tu nie dotarły.
– Jack?
– Jestem – powiedział chłopiec.
– Patrz, czy nic nas nie goni, dobrze?
– Tak jest!
Ulice wyglądały strasznie. Co chwila musieli omijać porozbijane samochody. W przypadku ucieczki przed Karkonazami był to częsty widok; strach sprawiał, że ludzie nie przestrzegali przepisów ruchu drogowego, każdy chciał uciec jak najszybciej i w konsekwencji prawie nikt nie uciekał.
Ulice szybko zalewała wówczas fala biegnących uciekinierów. Łatwy cel dla bestii. Może przynajmniej tym mieszkańcom uda się gdzieś schronić, tylko gdzie? Wyjście poza miasto niewiele zmieniało.
Nathan westchnął. Ten świat był przeznaczony na stracenie, każda jego część. Nie wszyscy jeszcze o tym wiedzieli i może tak było po prostu lepiej. Nie. Tak mówili ci u góry. A ci u góry już się o siebie zatroszczyli. I nie mieli racji. Ludzie powinni wiedzieć, każdy z nich, niezależnie od tego, jak wysoko stał w hierarchii. Mieli do tego prawo.
Szedł najszybciej, jak potrafił, Jack dzielnie dotrzymywał mu kroku, wciąż rozglądając się wokoło. Nathan zaufał chłopakowi i nie odwracał głowy. Całą uwagę poświęcał znajdowaniu nowych dróg i omijaniu przeszkód.
Poruszali się i tak wolno, ale mieli szansę dogonić grupę uciekających. Byle nie było za późno. Musiał uratować tę babcię i jej chłopca. Cokolwiek to znaczyło. Nie wiedział jak, ale jakoś musiał. Dogonienie pozostałych uciekinierów było pierwszym krokiem.
***
Minęło kilkanaście minut, zanim zobaczyli pierwszego uciekającego człowieka. Właściwie mężczyzna nie uciekał. Stał oparty na lasce. Dyszał ciężko. Nikt wcześniej nie zatrzymał się, by mu pomóc. Zresztą, jak ktokolwiek miałby to zrobić?
Nathan czuł, że będą spotykać coraz więcej takich osób, starych, ledwo się poruszających albo też niepełnosprawnych. Tacy siłą rzeczy zostawali na końcu. Jak miał im pomóc? No, jak? Zadygotał z wściekłości. Co miał zrobić, do jasnej…
Przeszedł obok, nie zatrzymując się. Nie odwrócił głowy, gdy usłyszał rozpaczliwe wołanie. Nie potrafiłby znieść tego widoku. Nie mógł przecież pomóc każdemu. Prawda?
Prawda?
Oczy zaszły mu łzami. Zacisnął powieki. Gdy je otworzył, w ostatnim momencie wyminął niewyraźny samochód.
Z przodu widział kolejnego ledwo poruszającego się starca, który na wózku wiózł starszą kobietę. Zapewne swoją żonę. Ich też minął.
Nie był Obrońcą. Był głupim nieudacznikiem. Ale co miał zrobić, no co? Brat by coś wymyślił. Ale brata nie było.
Unikał wzrokiem twarzy Elizabeth i Jacka. Czuł, że nie będzie już potrafił na nich spojrzeć. Przeszli przez kolejne skrzyżowanie, tu uciekinierów za słabych, by nadążyć za tłumem, było jeszcze więcej.
Ich też zostawił.
***
Z bloku wyskoczył mężczyzna w piżamie i pognał ulicą, dołączając się do wartkiej rzeki. Przekrój ludzi był coraz szerszy. Uciekały całe rodziny.
– Czemu wysłali cię tu samego? – zapytała Elizabeth.
Wstydził się na nią spojrzeć.
– Nie wysłali.
– To znaczy?
– Przybyłem razem z plutonem.
– Zginęli? – W jej głosie słychać było wyraźne zmartwienie.
Wahał się nad odpowiedzią.
– Odlecieli – powiedział cicho, z bólem. Głos wydobywający się z Pancerza pewnie i tak nie oddał emocji.
– I zostawili cię?
– Nie pozwoliłem im się zabrać.
Usłyszał szelest z boku. Spojrzał w tamtą stronę. Kilku nastolatków wyskoczyło ze sklepu, niosąc paczki chrupków i jakieś batony. W biegu zaczęli jeść.
Zerknął kątem oka na Jacka. Chłopiec nadal się rozglądał, ale głowa mu opadała, a policzki miał mokre od łez.
Nathan za to odpowiadał. Dostał Pancerz i… Może powinien zawrócić? Ale nie mógł przecież pomóc im wszystkim. A może powinien zginąć z bronią w ręku, kupując im czas? Tylko, co wtedy z chłopcem i jego babcią?
Uniósł głowę ku niebu, jakby stamtąd miała przyjść jakaś pomoc.
Ludzie też tak robili, zawsze, gdy przylatywał śmigłowiec Obrońców, krzyczeli radośnie, a potem ginęli samotnie, zostawieni z głupią nadzieją.
Teraz w górze nie było nawet śmigłowca. Tylko jasne, bezchmurne niebo, które niedługo miał zasnuć dym z walących się budynków i wybuchających aut. Niektóre Karkonazy były małe, inne miały po trzydzieści, czterdzieści metrów wysokości i choć te drugie poruszały się wolniej, to niszczyły ze znacznie większą skutecznością.
– Czemu zostałeś? – zapytała.
Rozchylił usta. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Szedł dalej, słuchając metalowych stóp, rytmicznego kroku, jakby to miało przynieść odpowiedź. Nie czuł wiatru, który pewnie teraz smagał ludzi po twarzach, ani zapachu obecnego wszędzie przerażenia.
– Bo nie potrafiłem wrócić.
Roześmiała się, ale tak jakby smutno. Nadal nie patrzył jej w oczy. Wstydził się.
– A czemu nie potrafiłeś wrócić?
Znów długą chwilę nie odpowiadał.
– Nie chciałem się zgodzić na to, że Ziemia jest przeznaczona na straty, nie chciałem się zgodzić na śmierć miliardów ludzi. Tak minął rok. Misja za misją, zostawianie kolejnych miast. To było ostatnie, do którego zostaliśmy wysłani. Już nie będzie obrony. – Przerwał. Widział, że Jack go słucha. Każdy miał prawo znać prawdę, zwłaszcza jeśli niedługo mógł zginąć. – Uciekają w inną część kosmosu, zostawiają Ziemię, bo nie potrafią sobie poradzić z czymś, co sami stworzyli. Mój pluton poleci razem z nimi jako ochrona.
Milczeli, idąc teraz nieco wolniej. Przebiegło obok nich kilku ludzi. Zmęczonych, zdyszanych i przerażonych.
– Więc to tak – powiedziała Elizabeth. Głos miała nadal spokojny, ale pojawiła się w nim jakby fałszywa nuta.
Nathan odważył się na nią spojrzeć. Patrzyła zaszklonymi oczami na chłopca. Natychmiast odwrócił wzrok.
Musiał ich uratować. Musiał.
– Dziękuję – usłyszał.
Coś ścisnęło go w sercu. Nie miała za co mu dziękować, zbyt wiele rzeczy zrobił nie tak, jak powinien. Zostawił za sobą tylu ludzi…
– Mogłeś z nimi polecieć, uratować swoje życie, a jednak zostałeś, by pomóc – szepnęła.
Nie było w tym nic bohaterskiego. Nie potrafiłby żyć w innej części kosmosu z ludźmi, których nie rozumiał, nie potrafiłby budzić się każdej nocy z koszmarów, które nigdy by nie zniknęły, nie potrafiłby zapomnieć o bracie, który poświęcił własne życie, by on mógł dalej oddychać.
– Nic innego… – Nie dokończył. Ale chyba zrozumiała.
Usłyszał krzyki dochodzące z naprzeciwka. Nie, krzyki to złe określenie. Wrzaski przecinające powietrze. Wyciągnął głowę, jakby to miało mu pomóc zobaczyć coś więcej. Ludzie biegli z naprzeciwka w jego stronę, machając rękami w powietrzu. Niebo ubrudziła wstęga dymu.
Jeszcze przez chwilę nie rozumiał. Nie była to długa chwila. Niemal osunął się na kolana, czując przytłaczającą go bezsilność. Jak to się stało? Jak?
Zza bloku, kilometr dalej, wychyliła się ogromna czerwona głowa pełna nierównomiernie rozłożonych zębów. Obok wyskoczyła brunatnoszara żylasta bestia i na ośmiu odnóżach zaczęła przemierzać ulice. Dopadła do najbliższego człowieka i powaliła go na asfalt.
Nathan chciał wyć. Powstrzymał się od krzyku pełnego bezradności. Dostrzegł, jak jakaś młoda matka chwyta dziecko na ręce i chowa się za plecami Pancerza. Jakby to miało jakoś pomóc.
Spojrzał w prawo. Stała tam galeria handlowa. Mógłby spróbować schować Jacka i Elizabeth w jej podziemiach. Ale nie. Potwory wcześniej czy później by tam dotarły, a oni po prostu dłużej czekaliby na śmierć, pełni przerażenia. Taki los był jeszcze gorszy.
Jack przykleił się do jego nogi. Nathan zadrżał.
– Spokojnie, mały, będzie dobrze.
Co on w ogóle mówił? Podszedł do ściany budynku i odłożył Elizabeth w pozycji siedzącej. Nie patrzyła na niego. Całą uwagę skupiła na Jacku. I płakała.
Odwrócił się.
– Jack?
Chłopiec nic nie odpowiedział. Podbiegł do babci i wtulił się w jej ramiona. Nathan stał tak jeszcze przez chwilę, nie mając pojęcia, na co czeka.
Ruszył powoli w stronę nadciągających potworów. Zdjął karabin z pleców i przyłożył do ramienia. Nie wiedział, co chciał zrobić. Może jeszcze w tym głupim porywie udowodnić bratu, że jego poświęcenie nie poszło na marne, a może chciał dać tym ludziom trochę czasu, by mogli pożegnać się z bliskim. Czasu, którego on nigdy nie dostał.
Ostatni raz się odwrócił. Elizabeth kiwała miarowo głową, przyciskając do piersi wnuka. Był sam. I nikogo nie uratował.
– No i los nie odpowiedział ci uśmiechem, Nat – szepnął sam do siebie.
A potem roześmiał się dziwnie, ruszył do przodu. Strzelił raz i drugi, a czerwona bestia potknęła się raz i drugi, i już nie wstała. Zabawnie tak wyglądała, skręcona jak ogromny rulonik na asfalcie. Ha, trafił idealnie, miało się te zdolności celownicze…
Witaj. :)
Kwestie językowe i nasuwające się w związku z nimi wątpliwości oraz sugestie (tylko do przeanalizowania):
Nie wiem, czy pojawiający się już na początku wyraz „P/pancerz” ma tu jakieś znaczenie, w opowiadaniu pada kilkanaście razy, lecz jest pisany różnorodnie, co niestety skutkuje kilkunastoma niepotrzebnymi błędami ortograficznymi i rzeczowymi.
Ale ciała (przecinek?) sunące wolno po zaczerwienionej wodzie, migały mu w polu widzenia.
W starej części miasta nie było już kogo ratować, tam, gdzie szedł, mógł jeszcze pomóc. – dokąd?
Taki stanowił kodeks plutonu Alfa. – literówka („tak”)?
Cóż (przecinek?) wtedy bestie złapałyby ich na zewnątrz, wśród pól i drzew.
Więc (i tu?) co właściwie zamierzał zrobić?
Fragment niejasny, skąd tam nagle jakiś malec?:
Jakiś mężczyzna próbował przebić się samochodem, ale trasę blokowało mu kilka sklejonych ze sobą aut. W jednym z nich ktoś wciąż siedział.
Nathan zmusił się do jeszcze większego wysiłku i doskoczył do samochodu. Metalową rękawicą przebił się przez szybę i wyrwał drzwi. Spojrzał na mężczyznę siedzącego w środku. W tym pancerzu nie miał nawet jak mu pomóc. Zresztą, czy ten człowiek w ogóle nadal oddychał? Nathan przez chwilę obserwował jego klatkę piersiową. Nie poruszyła się. Przełknął ślinę, zamknął oczy. Czuł, jak drży mu pięść.
– Proszę pana! Proszę… – Malec zaniemówił, gdy Nathan obrócił się w jego stronę.
Dzieci zawsze patrzyły z uwielbieniem na ogromny Pancerz ze świecącymi wizjerami, pokazywały rodzicom ich jednostkę… To było na paradach. Jeszcze wtedy ludzie wierzyli, że oni zapewnią im ochronę… Pomylili się.
– Jak się nazywasz, młody?
Chłopiec skulił się, ale oczy miał przepełnione nadzieją.
Dalsza część tego fragment także niejasna – gdzie się podział mężczyzna, który nie oddychał, a także ten, który próbował tamtędy przejechać (czy nie brakuje tam części tekstu?)?:
– Jack, proszę pana…
Nathan przygryzł wargę.
– Mów mi Nat. – Nie wiedział do końca, czemu właśnie tak poprosił siebie nazywać. Tak przecież nikt do niego nie mówił. Poza bratem, ale to było dawno temu. Dawno temu i… Tamto już nie istniało.
Chłopiec kiwnął głową i nagle z oczu poleciały mu łzy.
– Moja babcia… Tam została.
– Gdzie?
– Zaprowadzę.
Ruszył biegiem, a Nathan podążył za nim. Minęli dwie ulice i zatrzymali się przed starym blokiem. Musiał uważać, wchodząc do budynku, ale jakoś sobie z tym poradził, problem miał również ze schodami, szczęśliwie cel znajdował się na pierwszym piętrze.
– Pomoże, pan, pomoże! Babciu! – pierwszy przecinek zbędny? – aliteracja?
– To miło z pana strony, że przyszedł pomóc – powiedziała zachrypniętym głosem. – aliteracja?
Wciąż czuł na sobie ten wzrok Jacka, nie ważne, co by się teraz stało, nie odmówiłby im pomocy. – ortograficzny?
Wciąż czuł na sobie ten wzrok Jacka, nie ważne, co by się teraz stało, nie odmówiłby im pomocy. Przez krótką chwilę poczuł to przelotne szczęście. Realizował to, do czego został stworzony, był Obrońcą. – powtórzenia?
Musiał znaleźć dobre ułożenie, tak by nie naciskać na żadną część ciała i by jednocześnie sposób rozstawienia ramion nie przeszkadzał przy zejściu po schodach, a potem przy przejściu przez drzwi. – aliteracja?
– Wygodnie, pani? – zbędny przecinek?
– Ma złote serce malec, mówiłam mu, żeby sam uciekał, żeby mnie zostawił, ale… – aliteracja?
Bokiem przecisnął się przez drzwi. Jack zaciskał palce na klamce, nerwowo rozglądając się wokoło. – powtórzenie/styl?
W przypadku ucieczki przed Karkonazami był to częsty widok; strach sprawiał, że ludzie przestawali przestrzegać przepisów ruchu drogowego, każdy chciał uciec jak najszybciej i w konsekwencji prawie nikt nie uciekał. – kolejna?
No (przecinek lub myślnik?) jak?
Zadygotał ze wściekłości. – bez „e”?
Co miał zrobić (przecinek?) do jasnej…
Przeszli przez kolejne skrzyżowanie, tu, (zbędny przecinek?) uciekinierów za słabych, by nadążyć za tłumem (przecinek?) było jeszcze więcej.
Fragment niejasny – czemu nagle przy opisie akcji jest wtrącenie w Wołaczu? – kto je mówi i do kogo? – czy Nathan do siebie?; zatem to powinien być wydzielony zapis myśli?:
Zerknął kątem oka na Jacka. Chłopiec nadal się rozglądał, ale głowa mu opadała, a policzki miał umazane od łez.
Ty też za to odpowiadasz, Nathan. Ty też. Dostałeś pancerz i… Może powinien zawrócić. Ale nie mógł przecież pomóc im wszystkim. A może powinien zginąć z bronią w ręku, kupując im czas? Tylko co wtedy z chłopcem i jego babcią?
Może powinien zawrócić.– czy to nie zdanie pytające?
Tylko (przecinek?) co wtedy z chłopcem i jego babcią?
Uniósł głowę ku niebu, jakby z tamtą miała przyjść jakaś pomoc. – ortograficzny?
Nie czuł wiatru, który pewnie teraz smagał ludzi po twarzach (przecinek?) ani zapachu obecnego wszędzie przerażenia.
Nie miała za co mu dziękować, tak wiele rzeczy zrobił nie tak, jak powinien. – powtórzenie?
Stała tam galeria handlowa. Mógłby tam spróbować schować Jacka i Elizabeth. – i tu?
Bardzo fajny pomysł na fantastyczny świat apokaliptyczny, świetne dozujesz napięcie, dialogi też wiarogodne, sam bohater oraz jego rozterki sumienia – również na plus. :) Zakończenie – mocne i bolesne. Brakuje mi dopowiedzenia czegoś więcej o tym świecie – skąd się właściwie wzięły bestie, co oznacza zdanie: „Uciekają w inną część kosmosu, zostawiają Ziemię, bo nie potrafią sobie poradzić z czymś, co sami stworzyli”, czemu ludzie masowo tu giną, padając ofiarą dziwacznych stworów?
Klik, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Cześć, bruce.
Na wstępie przepraszam za tak słaby poziom techniczny tekstu. W ogóle chyba niedobrze mi zrobiła ta przerwa od wrzucania opowiadań, bo o wielu zasadach zapomniałem. A za głupie błędy biję się jeszcze mocniej w pierś.
Cieszę się, że przynajmniej fabuła przypadła Ci do gustu. Co do niedopowiedzeń, właśnie zastanawiałem się, czy nie jest ich za dużo i jak się okazuje, obawy były najprawdopodobniej słuszne. Jeśli chodzi o stwory, to zostały stworzone przez naukowców w wypadku eksperymentów i ludzie dość szybko przestali sobie z nimi radzić. Dość schematyczny trop w fantastyczne. Można powiedzieć, że poszedłem na łatwiznę, ale zasadniczo Karkonazy miały stanowić tło historii i tutaj pojawia się kwestia bohatera, bo poszedłem w… dość nietypową kreację? Do której nie jestem przekonany. Właśnie byłem ciekaw odbioru, czy wypadnie w miarę realistycznie, czy jednak sporo elementów nie będzie pasować.
Dzięki za pochylenie się nad opowiadaniem i wyłapanie tylu błędów. I za opinię. Obiecuję postarać się jeszcze bardziej.
Pozdrawiam.
Sen jest dobry, ale książki są lepsze
I ja dziękuję; usterek nie jest zbyt dużo, to przecież długi tekst; bohater jest w porzo, tylko moim zdaniem brakuje więcej info o tych stworach, może dodać choć to, co odpisałeś w komentarzu? :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)
Pecunia non olet
tylko moim zdaniem brakuje więcej info o tych stworach, może dodać choć to, co odpisałeś w komentarzu? :)
Dodałem coś takiego:
Karkonazy miały swoją dziwną, ale systematyczną strategię, którą stosowały, odkąd tylko opuściły ogromne podziemne laboratoria. Naukowcy powinni się zająć badaniami kwiatków, a nie mutacjami.
Tyle myślisz, że wystarczy?
Sen jest dobry, ale książki są lepsze
Myślę, że ten dopisek rozwiewa wiele nasuwających się przy czytaniu wątpliwości. :)
Pecunia non olet
Gutyn Morgyn,
No i wrócił on! Gdzieś Ty się podziewał? Opowiadania same się nie napiszą!
Tyle mu zostało, ale nie było to aż tak niewiele
Tyle czyli ile? Nie widzimy tego.
Więc wstał. Z trudem i bardzo powoli, ale wstał.
Mmmm…
→ Wstał więc bardzo powoli, z wielkim trudem.
Iruszył wzdłuż jednej ze ścian
→ Ruszył wzdłuż jednej ze ścian
Poczuł wredny smród.
Smród nie może być wredny.
Proponuję: uderzający, obezwładniający.
Głupi filtr, jakby nie mógł sobie wybrać lepszego momentu na zepsucie się.
→ Głupi filtr, musiał się zepsuć akurat teraz.
Mam alergię na zdania zakończone “się”. Poza tym warto skracać zdania tam, gdzie to możliwe.
Średniowieczne zbroje, miecze i zdobione dywany walały się po podłodze wśród kawałków szkła. Tutaj też widział ciała.
→ Średniowieczne zbroje, miecze i zdobione dywany walały się po podłodze wśród kawałków szkła. Wszędzie leżały zwłoki.
Spróbował się uśmiechnąć
, spróbował.
Ja bym całkiem usunęła to zdanie, ale jeśli koniecznie chcesz je zostawić, to chociaż usuń powtórzenie, jest całkowicie zbędne.
Zacisnął zęby. Krew spłynęła mu po wardze.
To jak on to zrobił. Zacisnął zęby i od tego po wardze spłynęła krew? Chyba chciałeś napisać, że zagryzł wargę?
wyjrzał na drugą część miasta, znajdującą się za rzeką.
Wydaje mi się, że tylko miasto może znajdować się za rzeką, a nie część, więc powinno być: znajdującego się za rzeką…? Ale nie jestem pewna. Może ktoś inny mądrzejszy ode mnie się na ten temat wypowie.
Poza tym bym uprościła:
→ wyjrzał na drugą część miasta położonego za rzeką.
Zbiegł po schodach i niemal wystrzelił z budynku, zostawiając za sobą ludzi, których nie udało mu się uratować.
Aha, czyli te ciała to nie były zwłoki tylko jeszcze żyjący ludzie? W takim razie trzeba to doprecyzować, bo to nie jest oczywiste.
Już nie było tu nikogo do ratowania.
→ Już nie było kogo ratować.
A może? A może mógł? Gdyby nie kasłał jak idiota
Ładnie przedstawiona irytacja bohatera.
Przyłożył broń do ramienia w wyuczonym przez tyle lat ruchu
Tyle – czyli ile?
Proponuję: wiele
Długi stwór, poruszający się na kilkunastu odnóżach runął, by już nigdy się nie podnieść.
→ Długi stwór, poruszający się na kilkunastu odnóżach, runął, by już nigdy się nie podnieść.
Bo martwym raczej brakowało telewizji.
Dziwne jest to zdanie.
No bo martwym na pewno nie brakuje telewizji, ponieważ już nie żyją i mają wszystko gdzieś… :P
Bez sensu się zastanawiać. I tak niebawem pewnie się dowie.
→ Nie ma sensu teraz się nad tym zastanawiać. I tak się dowie, prędzej czy później.
Zawsze uśmiechał się do losu i liczył, że uśmiech będzie wystarczająco zaraźliwy.
O, bardzo ładne.
W końcu dostrzegł pierwszych, spóźnionych ludzi, mało który z nich miał ze sobą jakiś dobytek
niewielu z nich
– Zmieści się, pan?
→ – Zmieści się pan?
Jack zatrząsł się, pchnął klamkę
Hę? W sensie, że się wzdrygnął?
Wciąż czuł na sobie
tenwzrok Jacka
delikatnie spróbował unieść ją
w górę.
Trudno cokolwiek unieść w dół.
→ delikatnie spróbował ją unieść.
tak by nie naciskać na żadną część ciała
→ tak, by nie naciskać na żadną część ciała
Musiał znaleźć dobre ułożenie, tak by nie naciskać na żadną część ciała i by jednocześnie sposób rozstawienia ramion nie przeszkadzał przy zejściu po schodach, a potem przy przechodzeniu przez drzwi. W końcu jedną rękę ułożył pod kolanami, a drugą pod plecami i udało mu się powoli podnieść babcię Jacka.
Taki szczegółowy opis jest zbędny i potrafi zanudzić.
→ Musiał znaleźć dobre ułożenie, tak, by nie uciskać starszej pani i jednocześnie zmieścić się w drzwiach. Ująwszy babcię Jacka pod kolanami i plecami, udało mu się powoli ją podnieść.
Nie odwrócił głowy, gdy usłyszał
wołający gokrzyk.
Sam krzyk nie może wołać.
Łzy zaatakowały jego oczy.
Mmm, przesadna personifikacja.
Może zwykłe:
→ Oczy zaszły mu łzami.
?
Brat by coś wymyślił. Brata nie było.
→ Brat by coś wymyślił. Ale brata nie było.
a policzki miał umazane od łez.
Nie wydaje mi się, żeby można było cokolwiek umazać łzami… Umazać można tylko czymś brudzącym.
Napisałabym zwykłe: mokre.
Wrzaski, przecinające powietrze.
→ Wrzaski przecinające powietrze.
Dostrzegł, jak jakaś młoda matka chwyta dziecko na ręce i chowa się za jego plecami.
Za plecami dziecka?
Strzelił raz i drugi, a czerwona bestia potknęła się raz i drugi, i już nie wstała.
To celowe powtórzenia?
Hm, hm, hm.
Troszkę jestem rozdarta. Niestety fabuła nie wciągnęła mnie tak, jakbym tego chciała. Sama nie wiem, co zawiniło, bo tekst jest dość przyzwoicie napisany. Może dlatego, że… w sumie niewiele się zadziało? Tekst stoi raczej napięciem niż akcją, którego nie odczułam zbyt wiele.
Zgadzam się z bruce, że za mało wiemy o bestiach. To też mogło wpłynąć na mój mało entuzjastyczny odbiór tekstu.
Podobały mi się za to niektóre opisy, które wyszczególniłam wcześniej. Jak na pisarza, który miał dosyć długą przerwę, (i to jeszcze Młodego Pisarza, hehe) piszesz nadal wprawnie. Jednak jest to moim zdaniem za mało, by kliknąć do Biblioteki. Mam nadzieję, że się nie zniechęcisz – jestem pewna, że gdy znów rzucisz się w wir pisania, będzie tylko lepiej i lepiej. Zawsze chętnie Ci posłużę betą – następnym razem zapraszaj mnie śmiało do bety, chętnie pomogę.
Pozdrawiam serdecznie i witamy z powrotem na Portalu!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Gutyn Abynd.
No i wrócił on! Gdzieś Ty się podziewał? Opowiadania same się nie napiszą!
No właśnie jakoś tak zniknąłem. Coś tam pisałem do szuflady, ale mam wrażenie, że mało się przez ten czas nauczyłem.
Aha, czyli te ciała to nie były zwłoki tylko jeszcze żyjący ludzie? W takim razie trzeba to doprecyzować, bo to nie jest oczywiste.
Cholibka, nawet nie wiedziałem, że aż tak to pokręciłem. Jak coś byli martwi.
Dziwne jest to zdanie.
No bo martwym na pewno nie brakuje telewizji, ponieważ już nie żyją i mają wszystko gdzieś… :P
Faktycznie, to brzmi trochę, jak zdanie z cyklu “Co autor miał na myśli?”. Tylko że na to pytanie nie ma w tym wypadku logicznej odpowiedzi.
Trudno cokolwiek unieść w dół.
Niesamowite, że po tylu latach na portalu nadal popełniam ten sam błąd.
Strzelił raz i drugi, a czerwona bestia potknęła się raz i drugi, i już nie wstała.
To celowe powtórzenia?
Tak, chciałem je wpleść w narrację, żeby łączyły się z podejściem bohatera do ostatnich wydarzeń. Nie wiem, na ile to wyszło.
Co do fabuły trudno się nie zgodzić, zasadniczo jest prosta jak budowa cepa. Albo jeszcze prostsza. Jakoś jak tak zaczynałem pisać, wydawała się lepsza. Cieszę się, że opisy do ciebie trafiły, zawsze to jakiś sukces ;)
Chętnie przyjmę ofertę związaną z betowaniem. Mam właśnie napisany średniowieczny tekst fantasy 47k znaków z chyba lepszą fabułą i chyba lepszymi bohaterami. Na razie jest na etapie poprawiania, co może trochę jeszcze zająć, ale jak uporam się z tą częścią, to… Beta by się przydała :D
Dzięki wielkie za wyłapanie błędów, opinię i miłe powitanie.
Pozdrawiam.
Sen jest dobry, ale książki są lepsze
Jak na mój gust – trochę zbyt otwarte zakończenie. W końcu uratował babcię z wnuczkiem, czy zza węgła wypełzł następny potwór i wszystkich zeżarł?
Dość schematyczne opowiadanie, bohater bardzo idealistyczny.
Ale niech Ci będzie.
Babska logika rządzi!
Cześć, Finkla.
Właśnie zakończenie miał tak wyglądać, że dla bohatera już nie ma żadnych szans, bo potwory otoczyły miasto i jest ich tam wiele, ale nie opisałem tego wystraczająco jasno. Poprawię :)
Dzięki za opinię.
Pozdrawiam.
Sen jest dobry, ale książki są lepsze
Moje uszanowanie!
Przeczytałem początek, ale już zasypiam (spokojnie, nie od nudy!). Zapowiada się ciekawie. Wrócę jutro i zrecenzuję!!!
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!