- Opowiadanie: Młody pisarz - Obrońca

Obrońca

Po­dob­no kie­dyś w końcu trze­ba wrzu­cić jakiś tekst, żeby po­su­nąć się do przo­du. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Obrońca

Ciem­ność za­ci­ska­ła się wokół niego coraz cia­śniej, jakby pró­bu­jąc go zgnieść. A było po­łu­dnie, po­win­no być jasno, cie­plut­ko i w ogóle. Tylko że głu­pie słoń­ce po­sta­no­wi­ło znik­nąć za chmu­ra­mi dymu.

Nie miał siły, by wstać. W Pan­ce­rzu po­psuł się sys­tem fil­tra­cji i teraz w środ­ku za­gnieź­dzi­ły się go­rą­co i gry­zą­cy dym.

Na­than kaszl­nął gło­śno i spoj­rzał na me­ta­lo­we rę­ka­wi­ce. Po­gła­dził pla­zmo­wy ka­ra­bin. Dopóki miał go w rękach, mógł jeszcze trochę postrzelać. Wstał więc bardzo powoli, z wielkim trudem. Ru­szył wzdłuż jed­nej ze ścian, któ­rej gro­zi­ło za­wa­le­nie. Nie było to mądre, ale przy­zwy­cza­ił się już do swo­jej głu­po­ty.

Minął bu­dy­nek i w tym samym mo­men­cie usły­szał za sobą od­głos wa­lą­ce­go się be­to­nu. Ha, do­brze to wy­li­czył, miało się te zdol­no­ści ma­te­ma­tycz­ne. Nie od­wró­cił się, przy­śpie­szył tylko kroku. Do­tarł do mu­zeum i wbiegł do środ­ka.

Na par­te­rze le­ża­ły ciała mar­twych ludzi, a wszę­dzie wokół wa­la­ły się pa­pie­ry, książ­ki i to­reb­ki. Zaraz przy scho­dach do­pa­la­ła się be­stia wiel­ko­ści konia, zę­bi­ska ostre i jesz­cze nie­daw­no pew­nie brud­ne od krwi, teraz cał­kiem czar­ne, wy­sta­wa­ły z usma­żo­nej skóry. Po­czuł uderzający smród. Głupi filtr, musiał się zepsuć akurat teraz.

Na­than minął obrzy­dli­we ciel­sko i wbiegł na pierw­sze pię­tro. Ro­zej­rzał się wo­ko­ło. Śre­dnio­wiecz­ne zbro­je, mie­cze i zdo­bio­ne dy­wa­ny wa­la­ły się po pod­ło­dze wśród ka­wał­ków szkła. Wszędzie leżały zwłoki. 

Przy­mknął oczy i ru­szył po scho­dach na dru­gie pię­tro. Mu­siał przejść nad dwoma tru­pa­mi; chłop­cy, nie star­si niż pięt­na­ście lat, jeden z opa­da­ją­cą na oczy grzyw­ką. Taką samą nosił jego brat. Naj­wi­docz­niej nadal była w mo­dzie. Spró­bo­wał się uśmiech­nąć.

Za­gryzł wargę. Krew spły­nę­ła mu po brodzie. Prze­sko­czył kilka ostat­nich stop­ni i do­tarł na miej­sce. Po­biegł ko­ry­ta­rzem, aż zna­lazł się przy za­trza­śnię­tym oknie i wyjrzał na drugą część miasta położonego za rzeką. Tam jesz­cze nic się nie dy­mi­ło, nie widać było też ognia ani ście­lą­cych ulice tru­pów. Kar­ko­na­zy miały swoją dziw­ną, ale sys­te­ma­tycz­ną stra­te­gię, którą stosowały, odkąd tylko opuściły ogromne podziemne laboratoria. Naukowcy powinni się zająć badaniami kwiatków, a nie mutacjami. 

Na­than ude­rzył w szybę. Zi­gno­ro­wał deszcz odłam­ków od­bi­ja­ją­cych się od Pan­ce­rza i wy­chy­lił głowę przez okno. Most był jesz­cze wolny od be­stii. I wolny od ludzi. Za to przed wej­ściem trup ście­lił się gęsto. Kar­ko­na­zy zwy­czaj­nie od­cię­ły drogę uciecz­ki i wy­ci­na­ły po­zo­sta­łych przy życiu miesz­kań­ców.

Na­than wście­kle za­klął. Zwal­czył po­ku­sę ze­sko­cze­nia na zie­mię. Pan­cerz mógł­by nie wy­trzy­mać. Zbiegł po scho­dach i nie­mal wy­strze­lił z bu­dyn­ku, zo­sta­wia­jąc za sobą martwych ludzi, któ­rych nie uratował. 

Rzu­cił się pro­stą ulicą. Zdo­łał tak po­ko­nać kil­ka­set me­trów; dal­szą drogę za­gra­dzał kon­wój roz­bi­tych sa­mo­cho­dów. Skrę­cił w prawo i po­biegł wzdłuż rzeki. Sta­rał się nie pa­trzeć w jej stro­nę. Ale ciała, su­ną­ce wolno po za­czer­wie­nio­nej wo­dzie, mi­ga­ły mu w polu wi­dze­nia.

Mu­siał jesz­cze chwi­lę po­cze­kać, zanim bę­dzie mógł strze­lić do tych prze­klę­tych… Z lewej mi­gnął mu kształt. La­ta­ją­cy stwór roz­to­czył skrzy­dła, by wy­ha­mo­wać pęd i roz­sze­rzył pasz­czę, z któ­rej wy­su­nę­ły się zę­bi­ska. Pre­zent od losu. Na­than nie mar­no­wał amu­ni­cji.

Wy­su­nął rękę. Po­cze­kał, aż wróg się zbli­ży i uru­cho­mił ostrze. Wy­sko­czy­ło do przo­du, za­głę­bia­jąc się w gło­wie stwo­ra. Po­trzą­snął dło­nią.

Ani na chwi­lę nie zwol­nił biegu. Most był już bli­sko. Prze­biegł obok placu dla dzie­ci i zna­lazł się na­prze­ciw­ko stada po­two­rów, kar­mią­cych się tru­pa­mi. Już nie było kogo ratować. Spóź­nił się.

To nie jego wina. Nie mógł po­ja­wić się tu tak wcze­śnie. A może? A może mógł? Gdyby nie ka­słał jak idio­ta, gdyby tak długo nie wsta­wał z ziemi…

Przy­ło­żył broń do ra­mie­nia w wy­uczo­nym przez wiele lat ruchu i strze­lił pla­zmą w pierw­sze­go gru­be­go po­two­ra, który wła­śnie prze­ły­kał po­si­łek.

Smacz­ne­go.

Prze­su­nął ce­low­nik i wy­pa­lił po raz ko­lej­ny. Tra­fił. Długi stwór, poruszający się na kilkunastu odnóżach, runął, by już nigdy się nie podnieść.

Na­than zi­gno­ro­wał kur­czą­cy się pasek ener­gii. Strze­lał tak szyb­ko, jak po­tra­fił. Be­stie rzu­ci­ły się w jego kie­run­ku, ale nie zdą­ży­ły zajść da­le­ko. Pa­da­ły, cza­sem z ci­chym ry­kiem, cza­sem w wy­mu­szo­nym mil­cze­niu.

Droga na drugą stro­nę stała otwo­rem. Z mia­sta su­nę­ły nowe po­two­ry. Na­than spoj­rzał na pasek wska­zu­ją­cy pięć pro­cent i z nie­za­do­wo­le­niem ru­szył mo­stem. W sta­rej czę­ści mia­sta nie było już kogo ra­to­wać, tam, gdzie szedł, mógł jesz­cze pomóc. Ochro­na oby­wa­te­li była naj­waż­niej­sza. Tak sta­no­wił ko­deks plu­to­nu Alfa. Plu­to­nu, który od­le­ciał.

Na­than zo­stał. Jakoś nie spie­szy­ło mu się na ko­lej­ną pa­ra­dę, gdzie razem z ko­leż­ka­mi zgry­wa­li­by bo­ha­te­rów. I tak już pra­wie nie miał kto tych parad oglą­dać. 

Obej­rzał się, będąc już w po­ło­wie mostu. Be­stie za­trzy­ma­ły się przed wej­ściem. Coś mu­sia­ło nimi kie­ro­wać i mieć nad nimi pełną wła­dzę. Wie­dział, że nie po­wstrzy­ma ich sam. Te, które zabił, były i tak słabe w sto­sun­ku do in­nych. Spoj­rzał na pasek. Nadal pięć pro­cent. Broń ła­do­wa­ła się sa­mo­ist­nie, ale był to pro­ces po­wol­ny. Do wie­czo­ra bę­dzie miał może czter­dzie­ści, może pięć­dzie­siąt pro­cent. A be­stie przyj­dą wcze­śniej, na pewno przyj­dą wcze­śniej. Z tam­tej czę­ści mia­sta już pra­wie nic nie zo­sta­ło.

Zbiegł z mostu. Tutaj przy­naj­mniej nie wi­dział żad­nych ciał, ale nie wi­dział też ży­wych ludzi, pew­nie ucie­ki­nie­rzy znaj­do­wa­li się gdzieś w po­ło­wie drogi, bo ra­czej nie byli dość szyb­cy, by już opu­ścić mia­sto, a może byli? Cóż, wtedy be­stie zła­pa­ły­by ich na ze­wnątrz, wśród pól i drzew. No tak, uciecz­ka je­dy­nie od­kła­da­ła w cza­sie śmierć. Więc, co wła­ści­wie za­mie­rzał zro­bić? Jak pomóc?

Prych­nął. Nigdy nie miał planu. Za­wsze uśmie­chał się do losu i li­czył, że uśmiech bę­dzie wy­star­cza­ją­co za­raź­li­wy. Pot coraz ob­fi­ciej spły­wał mu po czole, awa­ria kli­ma­ty­za­cji w Pan­ce­rzu była po­waż­na. Trud­no, mu­siał to jakoś wy­trzy­mać.

Dłu­gi­mi su­sa­mi po­ko­nał kilka ko­lej­nych ulic. W końcu do­strzegł pierw­szych, spóź­nio­nych ludzi, niewielu z nich miało ze sobą jakiś do­by­tek, więk­szość ucie­ka­ła, trzy­ma­jąc co naj­wy­żej ple­cak lub małą torbę. Jakiś męż­czy­zna pró­bo­wał prze­bić się sa­mo­cho­dem, ale trasę blo­ko­wa­ło mu kilka skle­jo­nych ze sobą aut. W jed­nym z nich ktoś wciąż sie­dział.

Na­than zmu­sił się do jesz­cze więk­sze­go wy­sił­ku i do­sko­czył do sa­mo­cho­du. Me­ta­lo­wą rę­ka­wi­cą prze­bił się przez szybę i wy­rwał drzwi. Spoj­rzał na męż­czy­znę sie­dzą­ce­go w środ­ku. W tym Pan­ce­rzu nie miał nawet jak mu pomóc. Zresz­tą, czy ten czło­wiek w ogóle nadal od­dy­chał? Na­than przez chwi­lę ob­ser­wo­wał jego klat­kę pier­sio­wą. Nie po­ru­szy­ła się. Prze­łknął ślinę, za­mknął oczy. Czuł, jak drży mu pięść.

Usłyszał kroki za plecami. 

– Pro­szę pana! Pro­szę… – Malec za­nie­mó­wił, gdy Na­than ob­ró­cił się w jego stro­nę.

Dzie­ci za­wsze pa­trzy­ły z uwiel­bie­niem na ogrom­ny Pan­cerz ze świe­cą­cy­mi wi­zje­ra­mi, po­ka­zy­wa­ły ro­dzi­com ich jed­nost­kę… To było na pa­ra­dach. Jesz­cze wtedy lu­dzie wie­rzy­li, że oni za­pew­nią im ochro­nę… Po­my­li­li się.

– Jak się na­zy­wasz, młody?

Chło­piec sku­lił się, ale oczy miał prze­peł­nio­ne na­dzie­ją.

– Jack, pro­szę pana…

Na­than przy­gryzł wargę.

– Mów mi Nat. – Nie wie­dział do końca, czemu wła­śnie tak po­pro­sił sie­bie na­zy­wać. Tak prze­cież nikt do niego nie mówił. Poza bra­tem, ale to było dawno temu. Dawno temu i… Tamto już nie ist­nia­ło.

Chło­piec kiw­nął głową i nagle z oczu po­le­cia­ły mu łzy.

– Moja bab­cia… Tam zo­sta­ła.

– Gdzie?

– Za­pro­wa­dzę.

Ru­szył bie­giem, a Na­than po­dą­żył za nim. Mi­nę­li dwie ulice i za­trzy­ma­li się przed sta­rym blo­kiem. Mu­siał uwa­żać, wcho­dząc do bu­dyn­ku, ale jakoś sobie z tym po­ra­dził, pro­blem miał rów­nież ze scho­da­mi, szczę­śli­wie cel znaj­do­wał się na pierw­szym pię­trze.

– Zmie­ści się pan?

Na­than po­wstrzy­mał się od prze­kleń­stwa. Drzwi pro­wa­dzą­ce do miesz­ka­nia były małe, za małe na wej­ście w Pan­ce­rzu. Po­krę­cił głową.

Jack wzdrygnął się, pchnął klam­kę i wbiegł do jed­ne­go z pokoi. Na­than usły­szał ko­bie­cy, prze­peł­nio­ny tro­ską głos. Wci­snął przy­cisk. Pan­cerz za­czął się roz­su­wać. Pro­ces był po­wol­ny. Wście­kle po­wol­ny. Ale miał prze­cież jesz­cze sporo czasu, po­two­ry nie po­win­ny się teraz prze­do­stać przez most. „Nie po­win­ny” oczy­wi­ście nie zna­czy­ło, że tego nie zro­bią, jed­nak nie mógł być na wszyst­ko przy­go­to­wa­ny, pewne spra­wy trze­ba było po­zo­sta­wić szczę­ściu. Takie życie Obroń­cy. Skrzy­wił się na myśl o tym ty­tu­le, który nie­wie­le miał wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią. Je­że­li co­kol­wiek.

Jack wy­szedł na ko­ry­tarz, a potem krzyk­nął ra­do­śnie.

– Po­mo­że pan, po­mo­że! Bab­ciu! – Znów znik­nął w po­ko­ju.

Na­than mi­mo­wol­nie się uśmiech­nął.

– Byleś nie za­wiódł tego chło­pa­ka – szep­nął sam do sie­bie. – Zro­bi­łeś to już zbyt wielu lu­dziom.

Pan­cerz w końcu się otwo­rzył. Na­than po­wo­li wy­szedł na ze­wnątrz, spraw­dza­jąc, czy wszyst­ko do­brze dzia­ła. Spoj­rzał jesz­cze w dół scho­dów, czy nie idzie nikt, kto mógł­by mu za­gro­zić, a potem wbiegł do po­ko­ju.

Bab­cia le­ża­ła na łóżku, po jej twa­rzy błą­kał się pół­u­śmiech. Jack klę­czał obok i obej­mo­wał po­marsz­czo­ną dłoń.

– To miło z pana stro­ny, że przy­szedł pomóc – odezwała się za­chryp­nię­tym gło­sem. – Ale… – Wska­za­ła na wózek w po­ko­ju. – Mój śro­dek trans­por­tu umarł… A ja my­śla­łam, iż mnie prze­ży­je. – Po­krę­ci­ła głową. – Na sta­rość się naj­wy­raź­niej źle myśli.

Na­than za­prze­czył dło­nią. Nie wy­glą­da­ło to naj­le­piej, ale miał Pan­cerz, w Pan­ce­rzu mógł ją prze­cież nieść. Tyle po­tra­fił zro­bić, więc tyle mu­siał zro­bić.

– Nat… Może mi tak pani mówić.

Pod­szedł do łóżka i de­li­kat­nie ją pod­niósł. Wciąż czuł na sobie wzrok Jacka, nieważne, co by się teraz stało, nie od­mó­wił­by im po­mo­cy. Przez krót­ką chwi­lę doświadczył tego przelotnego szczę­ścia. Re­ali­zo­wał to, do czego zo­stał stwo­rzo­ny, był Obroń­cą. Praw­dzi­wym.

Nie. Głu­pio było się tak oszu­ki­wać.

Prze­szedł ostroż­nie przez drzwi i wy­szedł na klat­kę. Ro­zej­rzał się wo­ko­ło.

– Może pani oprzeć się o ścia­nę? W po­zy­cji sie­dzą­cej?

– Dam radę – po­wie­dzia­ła twar­do.

Odło­żył ją de­li­kat­nie na pod­ło­gę.

– Muszę się znowu za­pa­ko­wać w tę kupę złomu. Jack?

Chło­piec ski­nął głową.

– Będę strzec babci, do­wód­co.

Na­than chciał się szcze­rze uśmiech­nąć, ale czuł, że mu nie wy­szło. Wszedł w Pan­cerz i wci­snął przy­cisk. Naj­pierw za­pię­cia przy­ci­snę­ły się do jego nóg, a póź­niej wszyst­ko naraz za­czę­ło wcho­dzić na swoje miej­sce. Mi­nę­ła jesz­cze długa chwi­la, zanim mógł ste­ro­wać ca­ło­ścią, ale w końcu po­czuł pełną kon­tro­lę.

Odło­żył ka­ra­bin na plecy. Ma­gnes za­dzia­łał i broń przy­lgnę­ła do Pan­ce­rza. Potem ob­ró­cił się w stro­nę babci.

– Jak pani na imię? – za­py­tał i skło­nił głowę.

– Eli­za­beth, przy­ja­cie­lu.

Zmarsz­czył brwi.

– Brzmi, jakby pani po­cho­dzi­ła z ja­kie­goś ary­sto­kra­tycz­ne­go rodu.

Uśmiech­nę­ła się.

– Nie mu­sia­łeś, Nat, aż tak pod­kre­ślać mo­je­go wieku.

Prze­pro­sił ge­stem, pod­szedł i de­li­kat­nie spró­bo­wał ją unieść. Za pierw­szym razem po­szło słabo. Musiał znaleźć dobre ułożenie, tak, by nie uciskać starszej pani i jednocześnie zmieścić się w drzwiach. Ująwszy babcię Jacka pod kolanami i plecami, udało mu się powoli ją podnieść.

– Wy­god­nie pani?

– Spa­łam na wy­god­niej­szych łóż­kach, ale na uciecz­kę przed po­two­ra­mi chyba wy­star­czy.

Kiw­nął głową.

– Dasz radę otwo­rzyć drzwi? – zwró­cił się do Jacka.

Chło­pak przy­tak­nął i bły­ska­wicz­nie zna­lazł się na dole.

– Ma złote serce malec, mó­wi­łam mu, żeby sam ucie­kał, żeby mnie zo­sta­wił, ale… – Nagle głos jej się za­ła­mał i już nic wię­cej nie do­da­ła.

Na­than chciał coś od­po­wie­dzieć, co­kol­wiek, ale jakoś nie po­tra­fił zna­leźć od­po­wied­nich słów. W mil­cze­niu zszedł na dół.

Bo­kiem prze­ci­snął się przez drzwi. Jack trzymał palce na klam­ce, ner­wo­wo roz­glą­da­jąc się wo­ko­ło.

– Coś wi­dzia­łeś? – spy­tał Na­than.

– Ni­ko­go tu już nie ma.

Kiw­nął chłop­cu głową. Ru­szy­li szyb­kim kro­kiem pro­sto, Na­than obej­rzał się jesz­cze kil­ku­krot­nie, czy za ple­ca­mi nie ma be­stii, ale wy­glą­da­ło na to, że nadal tu nie do­tar­ły.

– Jack?

– Je­stem – po­wie­dział chło­piec.

– Patrz, czy nic nas nie goni, do­brze?

– Tak jest!

Ulice wy­glą­da­ły strasz­nie. Co chwi­la mu­sie­li omi­jać po­roz­bi­ja­ne sa­mo­cho­dy. W przy­pad­ku uciecz­ki przed Kar­ko­na­za­mi był to czę­sty widok; strach spra­wiał, że lu­dzie nie przestrzegali prze­pi­sów ruchu dro­go­we­go, każdy chciał uciec jak naj­szyb­ciej i w kon­se­kwen­cji pra­wie nikt nie ucie­kał.

Ulice szyb­ko za­le­wa­ła wów­czas fala bie­gną­cych ucie­ki­nie­rów. Łatwy cel dla be­stii. Może przy­naj­mniej tym miesz­kań­com uda się gdzieś schro­nić, tylko gdzie? Wyj­ście poza mia­sto nie­wie­le zmie­nia­ło.

Na­than wes­tchnął. Ten świat był prze­zna­czo­ny na stra­ce­nie, każda jego część. Nie wszy­scy jesz­cze o tym wie­dzie­li i może tak było po pro­stu le­piej. Nie. Tak mó­wi­li ci u góry. A ci u góry już się o sie­bie za­trosz­czy­li. I nie mieli racji. Lu­dzie po­win­ni wie­dzieć, każdy z nich, nie­za­leż­nie od tego, jak wy­so­ko stał w hie­rar­chii. Mieli do tego prawo.

Szedł naj­szyb­ciej, jak po­tra­fił, Jack dziel­nie do­trzy­my­wał mu kroku, wciąż roz­glą­da­jąc się wo­ko­ło. Na­than za­ufał chło­pa­ko­wi i nie od­wra­cał głowy. Całą uwagę po­świę­cał znaj­do­wa­niu no­wych dróg i omi­ja­niu prze­szkód.

Po­ru­sza­li się i tak wolno, ale mieli szan­sę do­go­nić grupę ucie­ka­ją­cych. Byle nie było za późno. Mu­siał ura­to­wać tę bab­cię i jej chłop­ca. Co­kol­wiek to zna­czy­ło. Nie wie­dział jak, ale jakoś mu­siał. Do­go­nie­nie po­zo­sta­łych ucie­ki­nie­rów było pierw­szym kro­kiem.

 

***

 

Mi­nę­ło kil­ka­na­ście minut, zanim zo­ba­czy­li pierw­sze­go ucie­ka­ją­ce­go czło­wie­ka. Wła­ści­wie męż­czy­zna nie ucie­kał. Stał opar­ty na lasce. Dy­szał cięż­ko. Nikt wcze­śniej nie za­trzy­mał się, by mu pomóc. Zresz­tą, jak kto­kol­wiek miał­by to zro­bić?

Na­than czuł, że będą spo­ty­kać coraz wię­cej ta­kich osób, sta­rych, ledwo się po­ru­sza­ją­cych albo też nie­peł­no­spraw­nych. Tacy siłą rze­czy zo­sta­wa­li na końcu. Jak miał im pomóc? No, jak? Za­dy­go­tał z wście­kło­ści. Co miał zro­bić, do ja­snej…

Prze­szedł obok, nie za­trzy­mu­jąc się. Nie od­wró­cił głowy, gdy usły­szał rozpaczliwe wołanie. Nie po­tra­fił­by znieść tego wi­do­ku. Nie mógł prze­cież pomóc każ­de­mu. Praw­da?

Praw­da?

Oczy zaszły mu łzami. Za­ci­snął po­wie­ki. Gdy je otwo­rzył, w ostat­nim mo­men­cie wy­mi­nął nie­wy­raź­ny sa­mo­chód.

Z przo­du wi­dział ko­lej­ne­go ledwo po­ru­sza­ją­ce­go się star­ca, który na wózku wiózł star­szą ko­bie­tę. Za­pew­ne swoją żonę. Ich też minął.

Nie był Obroń­cą. Był głu­pim nie­udacz­ni­kiem. Ale co miał zro­bić, no co? Brat by coś wy­my­ślił. Ale brata nie było.

Uni­kał wzro­kiem twa­rzy Eli­za­beth i Jacka. Czuł, że nie bę­dzie już po­tra­fił na nich spoj­rzeć. Prze­szli przez ko­lej­ne skrzy­żo­wa­nie, tu ucie­ki­nie­rów za sła­bych, by na­dą­żyć za tłu­mem, było jesz­cze wię­cej.

Ich też zo­sta­wił.

 

***

 

Z bloku wy­sko­czył męż­czy­zna w pi­ża­mie i po­gnał ulicą, do­łą­cza­jąc się do wart­kiej rzeki. Prze­krój ludzi był coraz szer­szy. Ucie­ka­ły całe ro­dzi­ny.

– Czemu wy­sła­li cię tu sa­me­go? – za­py­ta­ła Eli­za­beth.

Wsty­dził się na nią spoj­rzeć.

– Nie wy­sła­li.

– To zna­czy?

– Przy­by­łem razem z plu­to­nem.

– Zgi­nę­li? – W jej gło­sie sły­chać było wy­raź­ne zmar­twie­nie.

Wahał się nad od­po­wie­dzią.

– Od­le­cie­li – po­wie­dział cicho, z bólem. Głos wy­do­by­wa­ją­cy się z Pan­ce­rza pew­nie i tak nie oddał emo­cji.

– I zo­sta­wi­li cię?

– Nie po­zwo­li­łem im się za­brać.

Usły­szał sze­lest z boku. Spoj­rzał w tamtą stro­nę. Kilku na­sto­lat­ków wy­sko­czy­ło ze skle­pu, nio­sąc pacz­ki chrup­ków i ja­kieś ba­to­ny. W biegu za­czę­li jeść.

Zer­k­nął kątem oka na Jacka. Chło­piec nadal się roz­glą­dał, ale głowa mu opa­da­ła, a po­licz­ki miał mokre od łez.

Nathan za to odpowiadał. Do­sta­ł Pan­cerz i… Może po­wi­nien za­wró­cić? Ale nie mógł prze­cież pomóc im wszyst­kim. A może po­wi­nien zgi­nąć z bro­nią w ręku, ku­pu­jąc im czas? Tylko, co wtedy z chłop­cem i jego bab­cią?

Uniósł głowę ku niebu, jakby stamtąd miała przyjść jakaś pomoc.

Lu­dzie też tak ro­bi­li, za­wsze, gdy przy­la­ty­wał śmi­gło­wiec Obroń­ców, krzy­cze­li ra­do­śnie, a potem gi­nę­li sa­mot­nie, zo­sta­wie­ni z głu­pią na­dzie­ją.

Teraz w górze nie było nawet śmi­głow­ca. Tylko jasne, bez­chmur­ne niebo, które nie­dłu­go miał za­snuć dym z wa­lą­cych się bu­dyn­ków i wy­bu­cha­ją­cych aut. Nie­któ­re Kar­ko­na­zy były małe, inne miały po trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści me­trów wy­so­ko­ści i choć te dru­gie po­ru­sza­ły się wol­niej, to nisz­czy­ły ze znacz­nie więk­szą sku­tecz­no­ścią.

– Czemu zo­sta­łeś? – za­py­ta­ła.

Roz­chy­lił usta. Nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć. Szedł dalej, słu­cha­jąc me­ta­lo­wych stóp, ryt­micz­ne­go kroku, jakby to miało przy­nieść od­po­wiedź. Nie czuł wia­tru, który pew­nie teraz sma­gał ludzi po twa­rzach, ani za­pa­chu obec­ne­go wszę­dzie prze­ra­że­nia.

– Bo nie po­tra­fi­łem wró­cić.

Ro­ze­śmia­ła się, ale tak jakby smut­no. Nadal nie pa­trzył jej w oczy. Wsty­dził się.

– A czemu nie po­tra­fi­łeś wró­cić?

Znów długą chwi­lę nie od­po­wia­dał.

– Nie chcia­łem się zgo­dzić na to, że Zie­mia jest prze­zna­czo­na na stra­ty, nie chcia­łem się zgo­dzić na śmierć mi­liar­dów ludzi. Tak minął rok. Misja za misją, zo­sta­wia­nie ko­lej­nych miast. To było ostat­nie, do któ­re­go zo­sta­li­śmy wy­sła­ni. Już nie bę­dzie obro­ny. – Prze­rwał. Wi­dział, że Jack go słu­cha. Każdy miał prawo znać praw­dę, zwłasz­cza jeśli nie­dłu­go mógł zgi­nąć. – Ucie­ka­ją w inną część ko­smo­su, zo­sta­wia­ją Zie­mię, bo nie po­tra­fią sobie po­ra­dzić z czymś, co sami stwo­rzy­li. Mój plu­ton po­le­ci razem z nimi jako ochro­na.

Mil­cze­li, idąc teraz nieco wol­niej. Prze­bie­gło obok nich kilku ludzi. Zmę­czo­nych, zdy­sza­nych i prze­ra­żo­nych.

– Więc to tak – po­wie­dzia­ła Eli­za­beth. Głos miała nadal spo­koj­ny, ale po­ja­wi­ła się w nim jakby fał­szy­wa nuta.

Na­than od­wa­żył się na nią spoj­rzeć. Pa­trzy­ła za­szklo­ny­mi ocza­mi na chłop­ca. Na­tych­miast od­wró­cił wzrok.

Mu­siał ich ura­to­wać. Mu­siał.

– Dzię­ku­ję – usły­szał.

Coś ści­snę­ło go w sercu. Nie miała za co mu dzię­ko­wać, zbyt wiele rze­czy zro­bił nie tak, jak po­wi­nien. Zo­sta­wił za sobą tylu ludzi…

– Mo­głeś z nimi po­le­cieć, ura­to­wać swoje życie, a jed­nak zo­sta­łeś, by pomóc – szep­nę­ła.

Nie było w tym nic bo­ha­ter­skie­go. Nie po­tra­fił­by żyć w innej czę­ści ko­smo­su z ludź­mi, któ­rych nie ro­zu­miał, nie po­tra­fił­by bu­dzić się każ­dej nocy z kosz­ma­rów, które nigdy by nie znik­nę­ły, nie po­tra­fił­by za­po­mnieć o bra­cie, który po­świę­cił wła­sne życie, by on mógł dalej od­dy­chać.

– Nic in­ne­go… – Nie do­koń­czył. Ale chyba zro­zu­mia­ła.

Usły­szał krzy­ki do­cho­dzą­ce z na­prze­ciw­ka. Nie, krzy­ki to złe okre­śle­nie. Wrza­ski prze­ci­na­ją­ce po­wie­trze. Wy­cią­gnął głowę, jakby to miało mu pomóc zo­ba­czyć coś wię­cej. Lu­dzie bie­gli z na­prze­ciw­ka w jego stro­nę, ma­cha­jąc rę­ka­mi w po­wie­trzu. Niebo ubru­dzi­ła wstę­ga dymu.

Jesz­cze przez chwi­lę nie ro­zu­miał. Nie była to długa chwi­la. Nie­mal osu­nął się na ko­la­na, czu­jąc przy­tła­cza­ją­cą go bez­sil­ność. Jak to się stało? Jak?

Zza bloku, ki­lo­metr dalej, wy­chy­li­ła się ogrom­na czer­wo­na głowa pełna nie­rów­no­mier­nie roz­ło­żo­nych zębów. Obok wy­sko­czy­ła bru­nat­no­sza­ra ży­la­sta be­stia i na ośmiu od­nó­żach za­czę­ła prze­mie­rzać ulice. Do­pa­dła do naj­bliż­sze­go czło­wie­ka i po­wa­li­ła go na as­falt.

Na­than chciał wyć. Po­wstrzy­mał się od krzy­ku peł­ne­go bez­rad­no­ści. Do­strzegł, jak jakaś młoda matka chwy­ta dziec­ko na ręce i chowa się za plecami Pancerza. Jakby to miało jakoś pomóc.

Spoj­rzał w prawo. Stała tam ga­le­ria han­dlo­wa. Mógł­by spró­bo­wać scho­wać Jacka i Eli­za­beth w jej podziemiach. Ale nie. Po­two­ry wcze­śniej czy póź­niej by tam do­tar­ły, a oni po pro­stu dłu­żej cze­ka­li­by na śmierć, pełni prze­ra­że­nia. Taki los był jesz­cze gor­szy.

Jack przy­kle­ił się do jego nogi. Na­than za­drżał.

– Spo­koj­nie, mały, bę­dzie do­brze.

Co on w ogóle mówił? Pod­szedł do ścia­ny bu­dyn­ku i odło­żył Eli­za­beth w po­zy­cji sie­dzą­cej. Nie pa­trzy­ła na niego. Całą uwagę sku­pi­ła na Jacku. I pła­ka­ła.

Od­wró­cił się.

– Jack?

Chło­piec nic nie od­po­wie­dział. Pod­biegł do babci i wtu­lił się w jej ra­mio­na. Na­than stał tak jesz­cze przez chwi­lę, nie mając po­ję­cia, na co czeka.

Ru­szył po­wo­li w stro­nę nad­cią­ga­ją­cych po­two­rów. Zdjął ka­ra­bin z ple­ców i przy­ło­żył do ra­mie­nia. Nie wie­dział, co chciał zro­bić. Może jesz­cze w tym głu­pim po­ry­wie udo­wod­nić bratu, że jego po­świę­ce­nie nie po­szło na marne, a może chciał dać tym lu­dziom tro­chę czasu, by mogli po­że­gnać się z bli­skim. Czasu, któ­re­go on nigdy nie do­stał.

Ostat­ni raz się od­wró­cił. Eli­za­beth ki­wa­ła mia­ro­wo głową, przy­ci­ska­jąc do pier­si wnuka. Był sam. I ni­ko­go nie ura­to­wał.

– No i los nie od­po­wie­dział ci uśmie­chem, Nat – szep­nął sam do sie­bie.

A potem ro­ze­śmiał się dziw­nie, ru­szył do przo­du. Strze­lił raz i drugi, a czer­wo­na be­stia po­tknę­ła się raz i drugi, i już nie wsta­ła. Za­baw­nie tak wy­glą­da­ła, skrę­co­na jak ogrom­ny ru­lo­nik na as­fal­cie. Ha, tra­fił ide­al­nie, miało się te zdol­no­ści ce­low­ni­cze…

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Kwestie językowe i nasuwające się w związku z nimi wątpliwości oraz sugestie (tylko do przeanalizowania):

Nie wiem, czy pojawiający się już na początku wyraz „P/pancerz” ma tu jakieś znaczenie, w opowiadaniu pada kilkanaście razy, lecz jest pisany różnorodnie, co niestety skutkuje kilkunastoma niepotrzebnymi błędami ortograficznymi i rzeczowymi.

Ale ciała (przecinek?) sunące wolno po zaczerwienionej wodzie, migały mu w polu widzenia.

W starej części miasta nie było już kogo ratować, tam, gdzie szedł, mógł jeszcze pomóc. – dokąd?

Taki stanowił kodeks plutonu Alfa. – literówka („tak”)?

Cóż (przecinek?) wtedy bestie złapałyby ich na zewnątrz, wśród pól i drzew.

Więc (i tu?) co właściwie zamierzał zrobić?

 

Fragment niejasny, skąd tam nagle jakiś malec?:

Jakiś mężczyzna próbował przebić się samochodem, ale trasę blokowało mu kilka sklejonych ze sobą aut. W jednym z nich ktoś wciąż siedział.

Nathan zmusił się do jeszcze większego wysiłku i doskoczył do samochodu. Metalową rękawicą przebił się przez szybę i wyrwał drzwi. Spojrzał na mężczyznę siedzącego w środku. W tym pancerzu nie miał nawet jak mu pomóc. Zresztą, czy ten człowiek w ogóle nadal oddychał? Nathan przez chwilę obserwował jego klatkę piersiową. Nie poruszyła się. Przełknął ślinę, zamknął oczy. Czuł, jak drży mu pięść.

– Proszę pana! Proszę… – Malec zaniemówił, gdy Nathan obrócił się w jego stronę.

Dzieci zawsze patrzyły z uwielbieniem na ogromny Pancerz ze świecącymi wizjerami, pokazywały rodzicom ich jednostkę… To było na paradach. Jeszcze wtedy ludzie wierzyli, że oni zapewnią im ochronę… Pomylili się.

– Jak się nazywasz, młody?

Chłopiec skulił się, ale oczy miał przepełnione nadzieją.

 

Dalsza część tego fragment także niejasna – gdzie się podział mężczyzna, który nie oddychał, a także ten, który próbował tamtędy przejechać (czy nie brakuje tam części tekstu?)?:

– Jack, proszę pana…

Nathan przygryzł wargę.

– Mów mi Nat. – Nie wiedział do końca, czemu właśnie tak poprosił siebie nazywać. Tak przecież nikt do niego nie mówił. Poza bratem, ale to było dawno temu. Dawno temu i… Tamto już nie istniało.

Chłopiec kiwnął głową i nagle z oczu poleciały mu łzy.

– Moja babcia… Tam została.

– Gdzie?

– Zaprowadzę.

Ruszył biegiem, a Nathan podążył za nim. Minęli dwie ulice i zatrzymali się przed starym blokiem. Musiał uważać, wchodząc do budynku, ale jakoś sobie z tym poradził, problem miał również ze schodami, szczęśliwie cel znajdował się na pierwszym piętrze.

 

 

Pomoże, pan, pomoże! Babciu! – pierwszy przecinek zbędny? – aliteracja?

– To miło z pana strony, że przyszedł pomóc – powiedziała zachrypniętym głosem. – aliteracja?

Wciąż czuł na sobie ten wzrok Jacka, nie ważne, co by się teraz stało, nie odmówiłby im pomocy. – ortograficzny?

Wciąż czuł na sobie ten wzrok Jacka, nie ważne, co by się teraz stało, nie odmówiłby im pomocy. Przez krótką chwilę poczuł to przelotne szczęście. Realizował to, do czego został stworzony, był Obrońcą. – powtórzenia?

Musiał znaleźć dobre ułożenie, tak by nie naciskać na żadną część ciała i by jednocześnie sposób rozstawienia ramion nie przeszkadzał przy zejściu po schodach, a potem przy przejściu przez drzwi. – aliteracja?

– Wygodnie, pani? – zbędny przecinek?

– Ma złote serce malec, mówiłam mu, żeby sam uciekał, żeby mnie zostawił, ale… – aliteracja?

Bokiem przecisnął się przez drzwi. Jack zaciskał palce na klamce, nerwowo rozglądając się wokoło. – powtórzenie/styl?

W przypadku ucieczki przed Karkonazami był to częsty widok; strach sprawiał, że ludzie przestawali przestrzegać przepisów ruchu drogowego, każdy chciał uciec jak najszybciej i w konsekwencji prawie nikt nie uciekał. – kolejna?

No (przecinek lub myślnik?) jak?

Zadygotał ze wściekłości. – bez „e”?

Co miał zrobić (przecinek?) do jasnej…

Przeszli przez kolejne skrzyżowanie, tu, (zbędny przecinek?) uciekinierów za słabych, by nadążyć za tłumem (przecinek?) było jeszcze więcej.

 

Fragment niejasny – czemu nagle przy opisie akcji jest wtrącenie w Wołaczu? – kto je mówi i do kogo? – czy Nathan do siebie?; zatem to powinien być wydzielony zapis myśli?:

Zerknął kątem oka na Jacka. Chłopiec nadal się rozglądał, ale głowa mu opadała, a policzki miał umazane od łez.

Ty też za to odpowiadasz, Nathan. Ty też. Dostałeś pancerz i… Może powinien zawrócić. Ale nie mógł przecież pomóc im wszystkim. A może powinien zginąć z bronią w ręku, kupując im czas? Tylko co wtedy z chłopcem i jego babcią?

 

Może powinien zawrócić.– czy to nie zdanie pytające?

Tylko (przecinek?) co wtedy z chłopcem i jego babcią?

Uniósł głowę ku niebu, jakby z tamtą miała przyjść jakaś pomoc. – ortograficzny?

Nie czuł wiatru, który pewnie teraz smagał ludzi po twarzach (przecinek?) ani zapachu obecnego wszędzie przerażenia.

Nie miała za co mu dziękować, tak wiele rzeczy zrobił nie tak, jak powinien. – powtórzenie?

Stała tam galeria handlowa. Mógłby tam spróbować schować Jacka i Elizabeth. – i tu?

 

Bardzo fajny pomysł na fantastyczny świat apokaliptyczny, świetne dozujesz napięcie, dialogi też wiarogodne, sam bohater oraz jego rozterki sumienia – również na plus. :) Zakończenie – mocne i bolesne. Brakuje mi dopowiedzenia czegoś więcej o tym świecie – skąd się właściwie wzięły bestie, co oznacza zdanie: „Uciekają w inną część kosmosu, zostawiają Ziemię, bo nie potrafią sobie poradzić z czymś, co sami stworzyli”, czemu ludzie masowo tu giną, padając ofiarą dziwacznych stworów?

Klik, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Cześć, bruce

Na wstępie przepraszam za tak słaby poziom techniczny tekstu. W ogóle chyba niedobrze mi zrobiła ta przerwa od wrzucania opowiadań, bo o wielu zasadach zapomniałem. A za głupie błędy biję się jeszcze mocniej w pierś. 

Cieszę się, że przynajmniej fabuła przypadła Ci do gustu. Co do niedopowiedzeń, właśnie zastanawiałem się, czy nie jest ich za dużo i jak się okazuje, obawy były najprawdopodobniej słuszne. Jeśli chodzi o stwory, to zostały stworzone przez naukowców w wypadku eksperymentów i ludzie dość szybko przestali sobie z nimi radzić. Dość schematyczny trop w fantastyczne. Można powiedzieć, że poszedłem na łatwiznę, ale zasadniczo Karkonazy miały stanowić tło historii i tutaj pojawia się kwestia bohatera, bo poszedłem w… dość nietypową kreację? Do której nie jestem przekonany. Właśnie byłem ciekaw odbioru, czy wypadnie w miarę realistycznie, czy jednak sporo elementów nie będzie pasować. 

Dzięki za pochylenie się nad opowiadaniem i wyłapanie tylu błędów. I za opinię. Obiecuję postarać się jeszcze bardziej. 

Pozdrawiam. 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

I ja dziękuję; usterek nie jest zbyt dużo, to przecież długi tekst; bohater jest w porzo, tylko moim zdaniem brakuje więcej info o tych stworach, może dodać choć to, co odpisałeś w komentarzu? :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

tylko moim zdaniem brakuje więcej info o tych stworach, może dodać choć to, co odpisałeś w komentarzu? :)

Dodałem coś takiego:

Karkonazy miały swoją dziwną, ale systematyczną strategię, którą stosowały, odkąd tylko opuściły ogromne podziemne laboratoria. Naukowcy powinni się zająć badaniami kwiatków, a nie mutacjami.

Tyle myślisz, że wystarczy? 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Myślę, że ten dopisek rozwiewa wiele nasuwających się przy czytaniu wątpliwości. :) 

Pecunia non olet

Gutyn Morgyn,

 

No i wrócił on! Gdzieś Ty się podziewał? Opowiadania same się nie napiszą! 

 

Tyle mu zostało, ale nie było to aż tak niewiele

Tyle czyli ile? Nie widzimy tego.

 

Więc wstał. Z trudem i bardzo powoli, ale wstał.

Mmmm…

→ Wstał więc bardzo powoli, z wielkim trudem.

 

I ruszył wzdłuż jednej ze ścian

Ruszył wzdłuż jednej ze ścian

 

Poczuł wredny smród.

Smród nie może być wredny.

Proponuję: uderzający, obezwładniający.

 

Głupi filtr, jakby nie mógł sobie wybrać lepszego momentu na zepsucie się.

→ Głupi filtr, musiał się zepsuć akurat teraz.

Mam alergię na zdania zakończone “się”. Poza tym warto skracać zdania tam, gdzie to możliwe.

 

Średniowieczne zbroje, miecze i zdobione dywany walały się po podłodze wśród kawałków szkła. Tutaj też widział ciała.

→ Średniowieczne zbroje, miecze i zdobione dywany walały się po podłodze wśród kawałków szkła. Wszędzie leżały zwłoki.

 

Spróbował się uśmiechnąć, spróbował.

Ja bym całkiem usunęła to zdanie, ale jeśli koniecznie chcesz je zostawić, to chociaż usuń powtórzenie, jest całkowicie zbędne.

 

Zacisnął zęby. Krew spłynęła mu po wardze.

To jak on to zrobił. Zacisnął zęby i od tego po wardze spłynęła krew? Chyba chciałeś napisać, że zagryzł wargę?

 

wyjrzał na drugą część miasta, znajdującą się za rzeką.

Wydaje mi się, że tylko miasto może znajdować się za rzeką, a nie część, więc powinno być: znajdującego się za rzeką…? Ale nie jestem pewna. Może ktoś inny mądrzejszy ode mnie się na ten temat wypowie.

Poza tym bym uprościła:

→ wyjrzał na drugą część miasta położonego za rzeką.

 

Zbiegł po schodach i niemal wystrzelił z budynku, zostawiając za sobą ludzi, których nie udało mu się uratować.

Aha, czyli te ciała to nie były zwłoki tylko jeszcze żyjący ludzie? W takim razie trzeba to doprecyzować, bo to nie jest oczywiste.

 

Już nie było tu nikogo do ratowania.

→ Już nie było kogo ratować.

 

A może? A może mógł? Gdyby nie kasłał jak idiota

Ładnie przedstawiona irytacja bohatera.

 

Przyłożył broń do ramienia w wyuczonym przez tyle lat ruchu

Tyle – czyli ile?

Proponuję: wiele

 

Długi stwór, poruszający się na kilkunastu odnóżach runął, by już nigdy się nie podnieść.

→ Długi stwór, poruszający się na kilkunastu odnóżach, runął, by już nigdy się nie podnieść.

 

Bo martwym raczej brakowało telewizji.

Dziwne jest to zdanie.

No bo martwym na pewno nie brakuje telewizji, ponieważ już nie żyją i mają wszystko gdzieś… :P

 

Bez sensu się zastanawiać. I tak niebawem pewnie się dowie.

Nie ma sensu teraz się nad tym zastanawiać. I tak się dowie, prędzej czy później.

 

Zawsze uśmiechał się do losu i liczył, że uśmiech będzie wystarczająco zaraźliwy.

O, bardzo ładne.

 

W końcu dostrzegł pierwszych, spóźnionych ludzi, mało który z nich miał ze sobą jakiś dobytek

niewielu z nich

 

– Zmieści się, pan?

→ – Zmieści się pan?

 

Jack zatrząsł się, pchnął klamkę

Hę? W sensie, że się wzdrygnął?

 

Wciąż czuł na sobie ten wzrok Jacka

 

delikatnie spróbował unieść ją w górę.

Trudno cokolwiek unieść w dół.

→ delikatnie spróbował ją unieść.

 

tak by nie naciskać na żadną część ciała

→ tak, by nie naciskać na żadną część ciała

 

Musiał znaleźć dobre ułożenie, tak by nie naciskać na żadną część ciała i by jednocześnie sposób rozstawienia ramion nie przeszkadzał przy zejściu po schodach, a potem przy przechodzeniu przez drzwi. W końcu jedną rękę ułożył pod kolanami, a drugą pod plecami i udało mu się powoli podnieść babcię Jacka.

Taki szczegółowy opis jest zbędny i potrafi zanudzić.

→ Musiał znaleźć dobre ułożenie, tak, by nie uciskać starszej pani i jednocześnie zmieścić się w drzwiach. Ująwszy babcię Jacka pod kolanami i plecami, udało mu się powoli ją podnieść.

 

Nie odwrócił głowy, gdy usłyszał wołający go krzyk.

Sam krzyk nie może wołać.

 

Łzy zaatakowały jego oczy.

Mmm, przesadna personifikacja.

Może zwykłe:

→ Oczy zaszły mu łzami.

?

 

Brat by coś wymyślił. Brata nie było.

→ Brat by coś wymyślił. Ale brata nie było.

 

a policzki miał umazane od łez.

Nie wydaje mi się, żeby można było cokolwiek umazać łzami… Umazać można tylko czymś brudzącym.

Napisałabym zwykłe: mokre.

 

Wrzaski, przecinające powietrze.

→ Wrzaski przecinające powietrze.

 

Dostrzegł, jak jakaś młoda matka chwyta dziecko na ręce i chowa się za jego plecami.

Za plecami dziecka?

 

Strzelił raz i drugi, a czerwona bestia potknęła się raz i drugi, i już nie wstała.

To celowe powtórzenia?

 

 

Hm, hm, hm.

Troszkę jestem rozdarta. Niestety fabuła nie wciągnęła mnie tak, jakbym tego chciała. Sama nie wiem, co zawiniło, bo tekst jest dość przyzwoicie napisany. Może dlatego, że… w sumie niewiele się zadziało? Tekst stoi raczej napięciem niż akcją, którego nie odczułam zbyt wiele.

Zgadzam się z bruce, że za mało wiemy o bestiach. To też mogło wpłynąć na mój mało entuzjastyczny odbiór tekstu.

 

Podobały mi się za to niektóre opisy, które wyszczególniłam wcześniej. Jak na pisarza, który miał dosyć długą przerwę, (i to jeszcze Młodego Pisarza, hehe) piszesz nadal wprawnie. Jednak jest to moim zdaniem za mało, by kliknąć do Biblioteki. Mam nadzieję, że się nie zniechęcisz – jestem pewna, że gdy znów rzucisz się w wir pisania, będzie tylko lepiej i lepiej. Zawsze chętnie Ci posłużę betą – następnym razem zapraszaj mnie śmiało do bety, chętnie pomogę.

 

Pozdrawiam serdecznie i witamy z powrotem na Portalu! 

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Gutyn Abynd. 

No i wrócił on! Gdzieś Ty się podziewał? Opowiadania same się nie napiszą! 

No właśnie jakoś tak zniknąłem. Coś tam pisałem do szuflady, ale mam wrażenie, że mało się przez ten czas nauczyłem. 

Aha, czyli te ciała to nie były zwłoki tylko jeszcze żyjący ludzie? W takim razie trzeba to doprecyzować, bo to nie jest oczywiste.

Cholibka, nawet nie wiedziałem, że aż tak to pokręciłem. Jak coś byli martwi. 

Dziwne jest to zdanie.

No bo martwym na pewno nie brakuje telewizji, ponieważ już nie żyją i mają wszystko gdzieś… :P

Faktycznie, to brzmi trochę, jak zdanie z cyklu “Co autor miał na myśli?”. Tylko że na to pytanie nie ma w tym wypadku logicznej odpowiedzi. 

Trudno cokolwiek unieść w dół.

Niesamowite, że po tylu latach na portalu nadal popełniam ten sam błąd. 

Strzelił raz i drugi, a czerwona bestia potknęła się raz i drugi, i już nie wstała.

To celowe powtórzenia?

Tak, chciałem je wpleść w narrację, żeby łączyły się z podejściem bohatera do ostatnich wydarzeń. Nie wiem, na ile to wyszło. 

 

Co do fabuły trudno się nie zgodzić, zasadniczo jest prosta jak budowa cepa. Albo jeszcze prostsza. Jakoś jak tak zaczynałem pisać, wydawała się lepsza. Cieszę się, że opisy do ciebie trafiły, zawsze to jakiś sukces ;)

Chętnie przyjmę ofertę związaną z betowaniem. Mam właśnie napisany średniowieczny tekst fantasy 47k znaków z chyba lepszą fabułą i chyba lepszymi bohaterami. Na razie jest na etapie poprawiania, co może trochę jeszcze zająć, ale jak uporam się z tą częścią, to… Beta by się przydała :D

Dzięki wielkie za wyłapanie błędów, opinię i miłe powitanie. 

Pozdrawiam. 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Jak na mój gust – trochę zbyt otwarte zakończenie. W końcu uratował babcię z wnuczkiem, czy zza węgła wypełzł następny potwór i wszystkich zeżarł?

Dość schematyczne opowiadanie, bohater bardzo idealistyczny.

Ale niech Ci będzie.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finkla

Właśnie zakończenie miał tak wyglądać, że dla bohatera już nie ma żadnych szans, bo potwory otoczyły miasto i jest ich tam wiele, ale nie opisałem tego wystraczająco jasno. Poprawię :)

Dzięki za opinię. 

Pozdrawiam. 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Moje uszanowanie!

 

Przeczytałem początek, ale już zasypiam (spokojnie, nie od nudy!). Zapowiada się ciekawie. Wrócę jutro i zrecenzuję!!!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Nowa Fantastyka