Okolice wzgórza otaczała poranna mgiełka, w której z gracją szybowała grupa jaskółek. Ptaki szybko przemykały nad biegnącym w górę traktem, wykonując akrobatyczne zwroty i nic sobie nie robiąc z trójki wędrowców zmierzających ku obszernemu dworowi, położonemu na wzniesieniu. Oprócz niego, w okolicy nie było nic, poza lasem i polankami. Budynek wzniesiono z dbałością o estetykę i proporcje, zakłócane nieco przez pnące się po ścianach pędy bluszczu i wiciokrzewu. Spod ich przykrycia wyglądały, miejscami wyblakłe, złote i srebrne zdobienia. Tam, gdzie krnąbrna roślinność nie dotarła, widoczne były jaskółcze gniazda, z których dobywało się nieustanne świergotanie. Nie bez powodu miejsce od setek lat zwano „Jaskółczym Dworem”.
Przed budynkiem czekała kobieta w długiej szacie, z odległości obdarzając przybyszów delikatnym uśmiechem.
– Detektyw Królewska Fryss, śledcza Tylis, śledcza Fireth. Niech Las i Niebo sprzyjają waszej wizycie w Jaskółczym Dworze – głos kobiety był spokojny i ciepły.
– Starsza – odburknęła środkowa postać, ściągając kaptur i pokazując intensywnie fioletowe, długie włosy. – Starsza Detektyff Króleffska Fryss, nie doręczono mi jeszcze degradacji.
Kobieta uśmiechnęła się nerwowo.
– Wybacz, bynajmniej nie chciałam cię urazić, po prostu…
– Ffiem, hańba roznosi się jak zaraza – przerwała Fryss. – Zatem, aby uniknąć ffątpliffości, zffą mnie Śffiszczącą Detektyff, Fryss Podffójnie Zaffstydzoną, lub też Fryss Nieskuteczną.
Rozmówczyni zamrugała ślicznymi oczami, kiwając uprzejmie głową. Trzymane przed sobą dłonie zaciskała coraz mocniej.
– Jesteś tu bardzo mile widziana. Ambasador Władcy Lasu i Nieba z radością oczekuje waszego przybycia. Proszę, pozwólcie za mną.
Udały się do środka za kobietą, a śledcza Tylis nachyliła się do Fryss.
– Nie próbuj swoim nietaktem niweczyć śledztwa. Ze stanowiska Detektyw Królewskiej jest jeszcze wiele degradacji lub gorzej – syknęła szeptem.
– Na ffszystkie domeny magii, to nie ja ffybrałam się do tej spraffy, słodka Tylis, tylko Prokurator. Jeśli chcesz mnie upokarzać, to proszę, przecież cię nie ugryzę ff ramach zemsty. – Fryss wyszczerzyła zęby, prezentując ziejący brak dwóch górnych siekaczy, budzący taki niesmak wśród elfów z Prokuratury.
– Twoja kariera jest skończona. A tutaj to potwierdzisz, Świszcząca Detektyw – prychnęła Tylis, kaszląc. – Mogłabyś skończyć z paleniem tego cholerstwa, cuchniesz dymem.
Fryss wzruszyła tylko ramionami, stukając paznokciami po wieczku pudełeczka na cygaretki, które od jakiegoś czasu zawsze nosiła w kieszeni.
– Ambasador gwarantuje, że wszystko potrzebne do śledztwa będzie zapewnione – wtrąciła zaniepokojonym głosem prowadząca.
Fryss zmierzyła ją niechętnym spojrzeniem. Kobieta miała odmienną urodę od elfek, choć pozornie niczym się nie różniła. Delikatnie skośne oczy, wyrazisty makijaż, współgrający z ostrymi rysami twarzy, długi nos, proste i białe zęby. Chabrowe włosy upięła w warkocz oplatający głowę. Miała jednak w sobie coś egzotycznego jak każdy mirtis.
Faktycznie, niech te wasze Las i Niebo nam sprzyjają – odezwał się wewnętrzny głos Fryss.
***
– Jest niepokorna. Może drążyć temat.
– Brak pokory i ostatnie niepowodzenia zniszczyły jej reputację. Nie będzie chciała się narazić.
– A jeśli będzie chciała, to nikt nie uwierzy w jej słowa.
– Matka obdarowuje nas spokojem. Cierpliwości…
– Jaskółeczka zatacza kółeczka.
***
Wewnątrz budynek bardzo wyraźnie odbiegał od typowych elfickich gustów, przede wszystkim dlatego, że całą przestrzeń porastały rośliny; sufit i ściany pokrywał intensywnie zielony mech, a w wysokim holu posadzono niemałe drzewo, w którego liściach siedziały poćwierkujące ptaki.
Zaprowadzono je do szerokiej sali, przypominającej połączenie oranżerii i biblioteki, porośniętej, a jakże, kwiatami oraz mchem, a zarazem pełnej szaf z księgami i zwojami. Pod sufitem świergotały ptaki, a w powietrzu wirowały kolorowe motyle. Fryss dostrzegła nawet rudą wiewiórkę, trzymającą się ściany.
– Ambasador Władcy Lasu i Nieba – zaanonsowała prowadząca, gdy zbliżyły się do masywnego biurka. Dopiero wtedy stojący za nim mężczyzna przestał wyglądać przez oszkloną ścianę i się odwrócił.
– Rad jestem, że tak szybko przybyłyście. Oby Las i Niebo sprzyjały waszej wizycie.
– Cała przyjemność po stronie moich toffarzyszek. Ja oszczędzę sobie radości i spróbuję rozffiązać spraffę – Fryss zdołała uprzedzić odpowiedź Tylis, która teraz zamarła w półukłonie.
– Starsza Detektyw Królewska, przyjemnością dla mirtisa zawsze będzie obcowanie z mądrym i pięknym narodem elfów. Tej radości mi nie odbieraj, choć niewątpliwie rozwiązanie sprawy przyniesie nam wszystkim najwięcej pociechy. – Ambasador miał aksamitny, słodki głos, jak większość jego pobratymców.
Mężczyzna był znakomitym przedstawicielem mirtisów, Pierwszej Rasy. Miał już kilkanaście setek lat, a mimo to nie wyglądał staro lub nawet starzejąco. Jego ciało było piękne i atrakcyjne pod każdym względem, a twarz dostojna i szlachetna. Nie aż tak długowieczne elfy mogły jedynie zazdrościć. Sądząc po roślinnym wystroju całego dworu, ambasador miał także umiłowanie dla całej przyrody, czy też, jak woleli mówić mirtisi, darów Matki Natury. Czyli wszystkiego, co przeciętny elf wolał włożyć do probówki, bądź pod szkiełko optyczne, by prowadzić badania naukowe.
Tylis podniosła się z ukłonu.
– Starsza Detektyw Królewska i ja będziemy przewodzić śledztwu, śledcza Firyth wspomoże nas wiedzą świeżej absolwentki Akademii Śledczej. Gwarantujemy zatem najwyższ…
Nie dokończyła, bowiem niespodziewanie na biurko zeskoczyła wiewiórka. Wylądowała cicho na blacie, ocierając pyszczek i wąsiki, zamoczone przez wilgotny mech na ścianie. Ambasador zaśmiał się, wystawiając do niej rękę, po której natychmiast wdrapała się na ramię, gdzie przycupnęła wygodnie.
– Miałeś się zachowywać, prawda, Urti? – zapytał, głaszcząc zwierzę po główce. – I nic nie powiesz?
– Rozmawiałam ostatnio z wiewiórkami, powiedziały, że od dłuższego czasu się nie odzywa – wtrąciła mirtiska z chabrowymi włosami.
– Ciekawe. Kiedyś sporo ze mną rozmawiał, a teraz nic. Hm… Ale dość wywodów o wiewiórkach! Poznaliście już naszą opiekunkę motylarni.
– Wychodzi na to, że jestem opiekunką całego dworu – rzuciła z uśmiechem, ręką pokazując wszechobecne motyle. Towarzyszki Fryss zachichotały. – Motyle tak pięknie wyrażają dary Matki Natury i ich harmonię, a my chcemy w całym dworze prezentować gościom to, co dla nas najcenniejsze.
Wiewiórka z ramienia ambasadora czujnie oglądała motyle, aż wreszcie skoczyła, próbując dosięgnąć jednego łapkami. Chybiła, a ambasador złapał ją w powietrzu i ponownie posadził sobie na ramieniu.
– Choć to może wątpliwe, ze względu na Urtiego. Nie ma przyjaźni między wiewiórkami a motylami! – Pokiwał głową. – Jednak i to, naturalnie, jest elementem harmonii Matki. Nieprzyjaźń, a nawet wrogość, nie wykluczają balansu. Mam nadzieję, że tak samo okaże się z feralnym wydarzeniem, które was sprowadza.
***
– Elfy nie znają harmonii, nie zobaczą też dysharmonii. Nie kontemplują dobrych darów Matki, nie zrozumieją zatem jej pozostałych darów.
– A jeśli? Świszcząca Detektyw jest inna…
– Ale też próżna i pogardliwa, nawet jak na elfa.
– Pogardliwa, ledwie żywa.
***
– Mirtisi pozwolą wiewiórce zjeść motyla, bo to druga strona harmonii, ale nie będą brutalnie mordować, czytałam o tym w „Historii najstarszych ras”. Ostatnie morderstwo… – Firyth zrobiła pauzę, by przejrzeć swoje notatki, choć i tak nikt nie słuchał jej wywodów.
Tylis z niewiadomych przyczyn uznała, że krążenie po saloniku z dłońmi splecionymi za plecami będzie słuszniejsze niż wysłuchiwanie akademickich wykładów młodej śledczej.
Fryss w pełni koncentrowała się na lobeliowej cygaretce – ostatnimi czasy nie mogła się obejść bez palenia. Dręczące ją bóle głowy ustawały jedynie przy lekko duszącym, słodkawym zapachu. Wydychając dym, wyobrażała sobie w nim twarz przełożonego, Prokuratora Okręgowego.
Sukinsyn.
– Ostatnie morderstwo wśród mirtisów miało miejsce prawie dwa tysiące lat temu, a zabójca był doszczętnie chory psychicznie. I wtedy ciało również nie zniknęło. Ale w każdym innym przypadku ciała znikają wraz ze śmiercią – Firyth odnalazła notatkę i nie przestawała mówić, ze wzrokiem wbitym w książkę, na której marginesie skrobała jakiś dopisek. W drugiej ręce trzymała kredę, którą co jakiś czas rysowała dalszy ciąg wykresu na tablicy.
– Tak wiemy, „oddają swe moce Matce” – przedrzeźniła elokwencję Tylis, wciąż krążąc po saloniku.
Fryss w międzyczasie zdążyła wypalić już dwie cygaretki i sięgała po trzecią. W głowie nuciła wesołą melodyjkę z festynu księżycowego, myśląc o tym, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazła. Jej kariera i reputacja miały się jeszcze gorzej niż śledztwo po pierwszym dniu.
– Zbadałam ciało zamordowanego strażnika. Nie ma żadnych śladów ani ran. Oprócz domowników: motylarki, ogrodnika i pozostałych strażników, są jeszcze goście: dygnitarze z naszych królestw i przedstawiciele północnych plemion orków. I oczywiście ambasador. To powinno dać jakieś poszlaki – głos Firyth wybrzmiewał jakby w tle. W międzyczasie schemat na tablicy przybrał wygląd wielokąta foremnego.
– Wyobrażasz to sobie? Orkowski dyplomata przyjeżdża w odwiedziny do mirtisańskiego ambasadora i zabija dowódcę jego warty? Bez motywu, bez potencjalnego zysku? Na wszelką magię, przecież to niedorzeczne! – prychnęła Tylis, kaszląc ciężko i odwracając się do Fryss. – Musisz teraz palić to trujące zielsko? Na wszystkie domeny magii, czy ty w ogóle słuchasz?!
Nad Fryss pojawiła się rozgniewana sylwetka „koleżanki” osnuta dymem z cygaretki. Aż dziw brał, że taka ślicznotka jak Tylis wstąpiła do Prokuratury, a tym większy, że taka karierowiczka potrafiła być wiecznie nadąsana.
– Nie mamy żadnej poszlaki poza ciałem, którego być nie powinno, więc mogłabyś chociaż udawać, że cię to interesuje, zamiast narkotyzować się tym świństwem! – Tylis zaczerwieniła się na policzkach, które teraz przybrały barwę jej włosów.
Fryss wzruszyła ramionami i wyszła z pomieszczenia, po drodze puszczając kłąb dymu na towarzyszkę.
– Jeśli jeszcze nie wiesz, to od mojego raportu o tobie zależy twoja dalsza kariera! Słowa Prokuratora Okręgowego! – zawołała za nią Tylis.
Nie wiem, ale miło, że to mówisz.
Głowa Fryss pękała z bólu, więc nie miała ochoty na kolejną sprzeczkę. Zaciągnęła się dymem, który dawał chwilową ulgę i wyszła na taras.
Jej ciała dotknął przyjemny, wieczorny chłód. Ptaki i motyle poszły już spać, w przeciwieństwie do mirtisańskiego ogrodnika, który w rzeczywistości był zarządcą całej zieleni w dworze. Nie miało to nic wspólnego z umorusanym ziemią człowiekiem, czy nawet badającym w laboratorium największą efektywność uprawy ziarna elfem; mirtisi rozmawiali z roślinami, zawierając z nimi kompromisy co do ich wzrostu i rozwoju, dzięki czemu tak często stanowiły one dominujące elementy architektury. To, co elf wymusiłby nauką na przyrodzie, mirtis wynegocjował.
– Może poffiniśmy przesłuchać rośliny jako śffiadkóff, hmm? – zagadnęła Fryss.
Mirtis podniósł głowę znad liścia, do którego szeptał i posłał jej ten uprzejmy uśmiech, który mieli wszyscy jego pobratymcy.
– Być może okazałoby się to przydatne, choć wątpię. Rośliny mówią innym językiem, który opisuje ich świat. Wiedzą wiele o śmierci, ale nie pojmą morderstwa – wyjaśnił grzecznie.
Nieśpiesznym krokiem podszedł do Fryss, po drodze szepcząc do kilku kwiatów.
– Ffiedzą ffiele o śmierci, hmm? – zapytała, gdy stanął obok niej.
Mirtis nie odpowiedział. Zamiast tego, wyciągnął rękę przed siebie, dotykając palcem pnącza wiciokrzewu i szepcząc coś pod nosem. Roślina zareagowała, płynnym, wolnym ruchem oplatając kolejne kratki ażurowego płotka. Na koniec powstał kwiecisty, pachnący wzór ułożony z zielonych pnączy.
– Darem Matki Natury jest życie. To oczywiste. Jednak niektórzy zapominają, że także śmierć. – Pokazał na uschły krzew w ogrodzie. – Jego czas nadszedł.
– I czas tffojego kolegi róffniesz nadszedł?
– Sądziłem, że przesłuchania będą przeprowadzane pod zaklęciem prawdomówności.
– To nie jest przesłuchanie, tylko rozmoffa.
Mirtis nie wyglądał wcale na zmieszanego, choć w pewnym momencie zamrugał parokrotnie oczami. Fryss nie zwróciła na to większej uwagi, nucąc w głowie melodyjkę.
– Mój spokój i harmonia doprowadziły do tego skutku – powiedział, pokazując na wzór z pnącza. – Tylko wtedy natura zechce mnie wysłuchać. Spokój jest wszystkim, co mogę mieć wobec tego przejmującego morderstwa.
– Spokój może także ffynikać z ffiedzy o tym, co się stało – zauważyła Fryss, dla zabawy przypalając prostym zaklęciem końcówkę roślinnego wzoru. Zaskakująco łatwo zajęła się ogniem.
Mirtis popatrzył na nią z lekką dezaprobatą, ale też irytującą wyrozumiałością, nie reagując, gdy kontrolowany płomień spalił kolejny kwiatek.
– Nauka jest ścieżką do harmonii dla elfów. Łakniecie wiedzy i w każdej możliwej dziedzinie poszerzacie jej horyzonty. Dla mirtisa, mimo doświadczenia i kunsztu, tylko spokój prowadzi do harmonii – odpowiedział, po czym się skłonił. – Odradzałbym przesadzić z zabawą ogniem. O tej porze roku łatwo może się zająć cały dwór.
Mirtis odszedł, a Fryss została sama z chłodnym wieczorem. Bawiła się jeszcze chwilkę przypalaniem pnączy, przyglądając się im uważnie. Idąc za radą, zgasiła ogień, nim zdążył się rozprzestrzenić.
***
– Odpuszcza bez jasnej odpowiedzi. Coś knuje ta fioletowowłosa lalka…
– Spokojnie. Nie dowiedziała się niczego. Wkrótce własne problemy ją przygwożdżą, śledcza Tylis o to zadba.
– A jeśli wpadnie na trop?
– Nie ma żadnego tropu. Ma ciało, którego nie powinno być. I nic poza.
– Motylek pomyka i motylek znika.
***
Dzień później zespół detektywistyczny dalej nie miał żadnych poszlak. Przesłuchiwani byli zgodni, że pokonać wartownika mógłby tylko najwybitniejszy wojownik lub ktoś wyjątkowo podstępny. Po zbadaniu ciała stosownymi czarami nie wykryto, by mirtis został otruty lub by rzucono na niego zaklęcie.
– Nie mamy nic, poza tym, że zaschło mi w gardle – warknęła Tylis, gdy ostatni świadek opuścił pokój przesłuchań.
Zrezygnowana uderzyła w tablicę, przy której stała Firyth, ilustrująca wykresem wszystkie dotychczasowe zeznania, zgodnie z elfickim zwyczajem. Od środkowego punktu, którym było morderstwo, prowadziły proste, opisane parametrami poszczególnych poszlak, motywów i okoliczności.
– Wynik wszędzie wychodzi zero lub jeden – westchnęła świeża absolwentka akademii.
– Czyli albo nikt nie jest winny, albo wszyscy. Drugie jeszcze głupsze od pierwszego – warknęła Tylis, na co Fryss tylko prychnęła. W trakcie całego dnia wielokrotnie miały okazję, by sobie wzajemnie dopiec i jedynie pogrążona w podręcznikach Firyth zdawała się nie zauważać napięcia między nimi.
– Wpiszę to jeszcze w schemat przestrzenny Poirhelda…
– Daruj sobie – rzuciła Tylis, zamykając zaklęciem książkę z teorii śledztwa.
Speszona Firyth odłożyła kredę i przyjrzała się istniejącemu schematowi, równocześnie patrząc na wzór w innym podręczniku.
– Orkowie cały dzień spędzili z ogrodnikiem, od którego uczyli się technik sadzenia roślin. Wśród elfów, dwóch przyjechało bardzo późno w nocy i wtedy towarzyszył im strażnik. Wspólnie spędzali wieczór na grach, służba donosiła im regularnie wino i potwierdza, że wszyscy byli w salce. Każdy zeznawał pod zaklęciem. Żaden z gości nie widział niczego podejrzanego. Z domowników, motylarka była w pobliżu miejsca zbrodni, ale nie mogła tamtędy przejść i nie zostać dostrzeżoną przez ogrodnika. Ogrodnik był za domem, rozmawiał z roślinami. Przez większość czasu widział go drugi strażnik i na odwrót, ogrodnik widział jego. Do tego, brak jakiegokolwiek motywu i narzędzia. Wszyscy zgadzali się, że w walce bezpośredniej nikt nie dałby rady zamordowanemu, musiał to być podstęp – recytowała Firyth, zakładając nogę na nogę i robiąc minę sierotki pasącej owce.
– Czyli, albo ktoś ominął zaklęcia, albo faktycznie nikt nie wie nic – westchnęła Tylis, drapiąc się po brodzie.
– Ffątpię, by ominięto zaklęcia praffdomóffności – przyznała z trudem Fryss, masując skronie. Od palenia bolała ją głowa, ale pulsowanie ustawało tylko, gdy paliła. To akurat dość łatwo byłoby rozrysować na schemacie.
Wyciągnęła cygaretkę i zapaliła za pomocą prostego zaklęcia.
– Przeważnie bywasz niemiła i nieprzydatna, teraz tylko nieprzydatna. Wielkie dzięki. – Tylis ukłoniła się z nadmierną elegancją.
Zdzira.
– Pozffól zatem, że się przydam – warknęła Fryss, wstając. – Jest jeszcze jedna osoba, której nie przesłuchiffałyśmy pod zaklęciem.
***
– Może jednak coś podejrzewa?
– Frustracja ją tu sprowadziła, a my mamy remedium. To tej drugiej się bardziej obawialiśmy, ale jest jeszcze głupsza.
– Ostatni trop mogą drążyć.
– Wtedy podrążymy je.
– Ostatni trop… Ostatni trop. Wiewióreczka robi hop…
***
– Muszę przyznać, że dziwna to pora na dodatkowe pytania.
Fryss spotkała ambasadora w ogrodzie, gdzie wpatrywał się w nocne niebo.
– Mirtisi pochodzą z niezwykłego połączenia pyłu gwiazd i nasion, w które swoje błogosławieństwo pchnęła Matka Natura. W towarzystwie gwiazd każdy mirtis czuje się tak samo dobrze, jak w słońcu. I tak właśnie żegnałem ostatnich z wyjeżdżających gości. Po przesłuchaniach nie chcieli dłużej przebywać w miejscu morderstwa. Wszystko za zgodą śledczej Tylis – wyjaśnił, odpowiadając na pytania, których Fryss i tak nie zamierzała zadać. – Zresztą, w nocy lepiej wychodzić na spacer z Urtim. Nie łapie wtedy motyli – dodał z ciepłym uśmiechem.
Zatem mirtisi są jak motyle. Dobrze czują się nawet w towarzystwie tych, którzy ich mordują.
Ambasadora trudno było nie lubić. Ochoczo wsparł śledztwo, udostępnił swój czas i zaangażował służbę. We wszystkim pozostał uprzejmy i przyjazny, podobnie jak motylarka, ogrodnik i strażnicy. Za to właśnie Fryss ich nie lubiła.
Założyła zaklęcie prawdomówności, ale na niewiele się zdało. Motylarka widziała ambasadora przed zmrokiem w gabinecie, a jeden ze strażników pełnił wartę w holu i nie spostrzegł, by opuścił pokój przed środkiem nocy. Do tego czasu ofiara była już dawno martwa. Wszystko zgadzało się z pozostałymi zeznaniami.
– A to ciało? Dlaczego nie zniknęło? – dopytała.
– Nasze ciała nie znikają w sensie dosłownym. Wy, elfy, macie jasno zdefiniowaną śmierć. My w taki sposób nie umieramy. Gdy mirtis czuje, że nadszedł jego czas, oddaje całą swoją siłę Matce Naturze. Ciało nie ulega rozkładowi, po prostu się rozpływa, a moc rozlewa się na otaczającą go naturę – wyjaśnił ambasador.
Fryss była przekonana, że przedstawiciele elfickich nauk zlinczowaliby ambasadora za użycie pojęć takich jak „oddaje siły Matce Naturze” lub „rozpływa się”.
– Czyli jego moc została ff nim? Nie oddał jej, tak jak ffy to rozumiecie?
Ambasador zatrzymał się i zamyślił na chwilkę, marszcząc szlachetne czoło. Zamrugał kilkakrotnie, a Fryss mogła przysiąc, że barwa jego oczu się zmieniła. Zamyślenie przerwał cichym westchnięciem i nagłym ruchem ręki.
– Urti to urwis. Czasami gryzie – wytłumaczył, pocierając zakrwawiony palec.
Może i zagryzł tego strażnika, co? W to dopiero Prokurator uwierzyłby z radością.
Fryss popatrzyła za wiewiórką, która zdążyła dać susa i zniknąć gdzieś w ogrodzie, a następnie wnikliwiej przyjrzała się ambasadorowi. Mężczyzna wydawał się z trudem utrzymywać pion, a po chwili przewrócił się, jakby był dzieckiem stawiającym pierwsze kroki. Wstał, zanim zdążyła zareagować i otrzepał się zdezorientowany. Na jego nieskazitelnej twarzy pojawiło się kilka zmarszczek oraz strużka potu.
Może to jednak naprawdę mordercza wiewiórka…
Fryss rzuciła mu pytające spojrzenie.
– Potknąłem się – wyjaśnił zmieszany.
Pierwszy raz w tysiącletnim życiu? Więcej pokazujesz niż mówisz.
– Mhm… A zatem? – Fryss potrzebowała odpowiedzi, a swoje podejrzenia postanowiła na ten moment zachować dla siebie. W końcu ugryzienia i potknięcia, mimo dziwnej koincydencji, nie łączyło ze sobą wiele.
– Tak… Jakie było pytanie? – Wzrok ambasadora zabłądził chwilę na nocnym niebie, nim wrócił do Fryss.
– Czy ff takim razie moc została w zamordoffanym strażniku?
– Tak to ujmując, hmmm… Raczej tak. Czytałem kiedyś zakazane traktaty o opętaniach, mówiące o możliwości przejęcia mocy umierającego mirtisa, ale nie wiem, po co ktoś… – Ambasador znów zamrugał roztargniony. – Zresztą i tak były niedorzeczne, a w naszym przypadku moc pozostała w ciele zabitego. Śledcza Tylis mówiła, że nie odkryłyście żadnego motywu.
Fryss pokiwała głową w zamyśleniu.
Och, nie na wszystko potrzebny jest motyw. Zatem to nie wiewiórka.
***
– Ona przeczuwa.
– Każdy by coś przeczuwał. A ze wszystkich Detektywów Królewskich, jej jednej nikt nie będzie słuchał. Dlatego po nią posłaliśmy.
– Zamknie śledztwo i umorzy sprawę albo zda niewiarygodny raport, który ją skończy…
– A ty, dokąd?! Zostaw! Znów nas zdradzisz!
– Niby takie nic, na elfika hyc!
***
– Postradałaś zmysły?! Nie mam pojęcia, co próbujesz tu ugrać, ale oskarżając cały dwór, doprowadzisz do skandalu i zakończysz wszystkie nasze kariery. Dla ciebie to może już nic, ale…
– Ffłaśnie! Zeznania nie pozffalają nikogo ffykluczyć.
– Ani nikogo obciążyć.
– Opętanie pasuje idealnie. Ofiara opętania jest nieśffiadoma, ffięc zezna niepraffdę naffet pod zaklęciem. A strażnik mógł zostać zamordoffany jedynie, jeśli ffszyscy domoffnicy o tym ffiedzieli!
Fryss dawno nie pamiętała, by mówiła z takim entuzjazmem. Dla tego uczucia została detektywem i wciąż, mimo niepowodzeń, oszpecenia i upokorzenia, potrafiło ono ją podniecić. Wszystko to zdążyła wymyślić w drodze od ambasadora do sypialni Tylis, którą wyrwała z głębokiej, nocnej medytacji.
Mimo pulsującego w skroniach bólu i drżącej dłoni, nie sięgnęła po cygaretkę.
– Co za bzdury – mruknęła Tylis, patrząc na Fryss, jak na orka dosiadającego smoka z głową mrówki.
Krążyła po saloniku w nocnym stroju, a za nią podążał tańczący wraz z płomieniem świecy cień. Podłoga wdzięcznie skrzypiała, gdy elfka wykonywała kolejne kółka. Po dłuższej chwili milczenia zatrzymała się, rzucając Fryss niechętne spojrzenie.
– To jest chyba najgłupsza teoria, jaką kiedykolwiek wymyśliłaś – rzuciła gniewnie. – Ale sądzę, że robisz to celowo, chcąc wywołać skandal dyplomatyczny. Tacy nieudacznicy jak ty świetnie odnajdują się w chaosie, prawda?
Fryss zacisnęła pięści. Dała Prokuraturze ostatnią szansę na skorzystanie ze swojego talentu, a oni w zamian obdarowali ją nadzorem Tylis. To tak, jakby szczur miał nauczać profesorów alchemii o właściwościach magicznych pierwiastków.
Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, w dworze rozległ się głuchy krzyk.
Tylis z obawą spojrzała na otwarty, ciemny korytarz. Podeszła do drzwi i je zamknęła.
– Wiewiórka na kogoś znowu naskoczyła – wzruszyła ramionami. – Żaden z domowników nie ma motywu, a twoja teoria o opętaniu jest absurdalna. Jutro umorzymy śledztwo i przedstawimy raport o braku poszlak, wskazując na wypadek.
Fryss nie skupiła się na tym, co mówiła Tylis. Od zdenerwowania bardziej rozbolała ją głowa, a gdy chciała sięgnąć po cygaretkę, pudełeczko okazało się puste. Mimo otępiającego pulsowania wydawało się jej, że słyszy ciche kroki na korytarzu.
Tylis ciaśniej otuliła się szlafrokiem, czekając na odpowiedź. Gdy ta nie nastąpiła, otworzyła usta, ale nie zdążyła nic powiedzieć.
Nagle do środka wbiegła zdyszana Firyth, także w nocnym szlafroku. Podmuch zgasił tlące się świece, a skrzydło drzwi uderzyło Tylis w potylicę.
– Obie jesteście niezrównoważone! – warknęła Tylis, odskakując na bok.
Fryss przypatrzyła się bliżej przyciemnionej sylwetce młodej koleżanki.
– Firyth? To ty krzyczałaś? – zapytała, wstając z fotela. Dłoń wciąż jej drżała, stukając o metalowy pojemniczek na cygaretki.
Firyth wzięła głębszy oddech.
– Ja już chyba wiem… – wydyszała i zamilkła, jakby więcej nie zamierzała mówić.
– Co wiesz, hę? – burknęła Tylis, masując głowę.
Firyth zamrugała i potrząsła głową.
– Analizowałam schemat i poprawiałam go zgodnie z Podręcznikiem Poszlak Nieoczywistych. Tylko jedno rozwiązanie pasuje…
Znów przerwała na głębszy wdech. Zamrugała oczami, które mieniły się turkusowym błyskiem. Jej twarz wygięła się w dziwnym grymasie: jedna połowa wyrażała przerażenie, druga łapczywą agresję, z którą łowca patrzy na ofiarę. Wyglądała, jakby chciała mówić dalej, jednak z ust nie wydobywał się żaden dźwięk.
Materiał dowodowy zaczyna się robić niebezpieczny.
Fryss przygotowała w drżącej dłoni zaklęcie ochronne. Serce zabiło jej szybciej, a każde uderzenie było jak dzwon w otumanionej migreną głowie. Z trudem utrzymała równowagę.
Ciszę przerwał krzyk Tylis. Niewielki kształt spadł na nią ze ściany. Ciemna kulka odbiła się od ramienia i wpadła prosto na Firyth, która wydała z siebie nienaturalny skowyt. Doszło do krótkiej szamotaniny, po której elfka osunęła się bezwładnie na podłogę. Huk z pewnością dało się słyszeć w całym dworze. Z pokoju wymknął się podmuch powietrza, który oddalając się, szeleścił roślinnością na korytarzu.
Fryss miała też wrażenie, że słyszy niezrozumiały szept, ale nie była w stanie skoncentrować zmysłów. Nie ściągając zaklęcia ochronnego, podbiegła do koleżanki, odwracając ją na bok. Z kącika ust Firyth ciekła piana, lecz oblicze znów było spokojne i niewinne, jakby słuchała wykładu na studiach.
Z tym że na zajęciach nie przestałaby oddychać.
– Impuls, taki jak ugryzienie, odbiera kontrolę intruzowi. Waszą towarzyszkę spotkało to samo, co zamordowanego mirtisa, śmierć po opętaniu – wyjaśnił niski baryton zaraz obok ucha Fryss. Odwróciła się gwałtownie, a ruda wiewiórka zręcznie zeskoczyła i wylądowała.
– Urti?
Wiewiór łapkami oczyścił wąsiki oraz wielkie siekacze z krwi i popatrzył świadomym spojrzeniem na Fryss.
– Mirtisi opiekują się nami, a my nimi, na tyle, na ile możemy. Chcemy pomóc, ale wobec tego, co zadomowiło się w dworze, jesteśmy bezradni. Możemy tylko tymczasowo wyrywać ich z opętania. Czasami się to udaje, innym razem nie.
– Co… zadomowiło się w dworze? – Z kąta salonu wybrzmiał głos Tylis.
– Upiory. Ciemne Dzieci Matki. Tak mawiają mirtisi. Zjawy stare jak sam las. Dla nich energia życiowa mirtisów jest jak woda dla roślin. Nie potrafią im jeszcze odebrać całej mocy, ale wystarczy, by tymczasowo wykorzystywać ciała. Do morderstwa albo mylenia śledztwa. A może dla zabawy? Tak jak tu. – Urti wskazał łapką na martwą Firyth.
– Skoro chcą przejmować moc mirtisów, to dlaczego zamordowały tamtego strażnika? – spytała Fryss.
Nie ma to jak wiarygodne rozwiązanie śledztwa. Prokurator Okręgowy uwierzy w tę historię o opętaniu z wielką ochotą, już to widzę.
– Chciały posiąść jego moc, ale jeszcze tego nie potrafią. Mirtis nie przeżył ataku, ale moc w nim została, a ciało nie zniknęło. – Urti skończył higienę pyszczka i wskoczył na omszoną ścianę.
Skoro tak łatwo ci to wyjaśniać, to może złożysz raport do Prokuratury, hę?
Fryss nie mogła się powstrzymać i rzuciła Tylis spojrzenie rodzaju „A nie mówiłam?”. Koleżanka jednak nie wyglądała na skruszoną.
– Zaraz, skąd to wszystko wiesz? – Tylis wyszła z kąta i ponownie zapaliła świece zaklęciem.
– Lubię czytać i nocami przeglądam księgi ambasadora. Zwinąłem mu traktat o opętaniach wśród mirtisów. – Urti wykonał gest, który najprawdopodobniej był wiewiórczym wzruszeniem ramionami. – Upiory rosną w siłę z każdym dniem. Obawiam się, że los tamtego mirtisa i waszej towarzyszki to najlepsze, co może spotkać opętanych – mówił fachowo, głosem godnym elfickiego profesora. Potem wykonał zgrabnie kilka skoków i znalazł się na korytarzu. – Odejdźcie stąd i sprowadźcie swoich czarodziejów. Mirtisów już nie uratują, ale muszą pokonać te zjawy nim one odkryją, jak przejąć moc żywych.
– A ty? – mruknęła Fryss, raczej z ciekawości niż z troski.
– Natura zawsze sobie poradzi.
***
– Wiedzą! Wiedzą! Nie mogliście wytrzymać choć chwili!
– Elfka była przez moment smakowita…
– Ale celem jest mirtis! Mają w sobie błogosławieństwo Matki, którego brak elfom!
– I znów coś wytrąciło nas z kontroli.
– Wystarczy, żeby żadna z elfek nie opuściła dworu.
– Ależ wręcz przeciwnie… Jeden elfik wiosny nie czyni…
***
Fryss miała wrażenie, że każdy dźwięk jest zwiastunem nadciągającego upiora. Ból głowy nasilił się i ledwo pozwalał stawiać kolejne kroki.
– Nie możesz tego konsultoffać z ambasadorem! Przecież słyszałaś, dla opętanych nie ma ratunku! – syknęła. Maszerująca przed nią Tylis, sama wyglądająca w szlafroku jak nocna mara, nawet się nie odwróciła.
Oczywiście, że może, jest wystarczająco głupia, a chodzenie za nią czyni cię jeszcze głupszą.
– Chcesz oprzeć raport na zeznaniach wiewiórki! Nawet jeśli to prawda, ambasador nie jest opętany cały czas, może się podpisać na formularzu i nas uwiarygodnić.
– Stój! – tym razem Fryss krzyknęła i równocześnie postawiła przed Tylis niewidzialną barierę, uniemożliwiając jej przejście. – Przecież ffidziałaś Firyth. To też za mało?
Tylis obróciła się wściekła.
– Za mało to zeznanie wiewiórki poparte opinią zwolnionej z Prokuratury śledczej! A ja nie zamierzam skończyć jak ty, mam choć tyle szacunku do siebie! Mogę sobie wierzyć w cokolwiek, ale muszę przekonać Prokuratora.
Fryss wypuściła z gniewem powietrze. Opanowało ją jedynie to, że próbując zacisnąć zęby, napotkała, jak zawsze, na pustkę z przodu. Powstrzymała w głowie napływ wszystkich zaklęć, które przyszły jej na myśl i odetchnęła głębiej.
– Zffolnionej, poffiadasz? – jej głos wydał się nagle cichy w obrośniętym mchem korytarzu.
– Prokurator podpisał wypowiedzenie jeszcze przed naszym wyruszeniem. Co więcej, przysłał cię tutaj na wyraźną prośbę ambasadora, więc pewnie i ty jesteś wplątana w ten spisek, hę? – uśmiechnęła się złośliwie Tylis, ale po chwili złagodniała, przywracając twarzy śliczny wygląd. – Ale, jeśli pójdziesz ze mną i zdobędziemy podpis ambasadora, to napiszę raport, po którym nie tylko zostaniesz natychmiast przywrócona, ale obejmiesz też stanowisko Starszej Detektyw. Zakończmy śledztwo skutecznie. Albo skończę twoją karierę, a sama i tak domknę tę sprawę.
Zwolniona. Jeśli nie jesteś Detektywem Królewskim, jesteś nikim.
Fryss pogładziła językiem puste dziąsła, najdobitniejszy dowód niegdysiejszej porażki, gdy uznała, że może wygrać pojedynek z orkowskim czarnoksiężnikiem. Nie mogła. Tak samo, gdy uważała, że da radę rozbijać szajki przemytników daleko poza granicami Królestwa. Nie dała rady. Ambicja i wieczne silenie się na odmienność wobec innych elfów sprowadziło ją do momentu, gdzie najwyraźniej nawet upiory lasu przewidywały, jak się zachowa. Była tu na prośbę opętanego ambasadora oraz Prokuratora Generalnego tylko ze względu na swoje poprzednie niepowodzenia.
I najwyższy czas, by przestało mi to przeszkadzać.
– Jesteś niezależną śledczą. Sffoje śledztffo uffażam za skończone, a spraffę za rozffiązaną – powiedziała szorstko, ukłoniła się przesadnie i odwróciła, nie słuchając wykrzykiwanych pogróżek Tylis.
Idąc ciemnym korytarzem, zobaczyła przemykający mały cień.
– Urti! – syknęła, a kształt się zatrzymał. – Przekaż ffszystkim zffierzętom, by natychmiast uciekały z dfforu. Najpotężniejsi elficcy czarodzieje nie będą potrzebni.
Odpowiedziała jej cisza, choć miała wrażenie, że puchaty kształt pokiwał twierdząco głową. Potem skokami oddalił się w głąb korytarza.
Zatem wszystko z głowy. Sprawa, kariera i życie Fryss, Starszej Detektyw Królewskiej.
Wychodziła z dworu, robiąc jedną rzecz, która od utraty zębów wychodziła jej znacznie lepiej – gwiżdżąc. Wesoła melodia piosenki z księżycowego festynu cichutko ulatywała w przestrzeń nocy.
Gdzieś z wnętrza dworu rozległ się rozpaczliwy krzyk Tylis. Fryss nawet się nie zatrzymała.
***
– Może i niewiele w nich mocy, ale są smakowite, te elfickie duszyczki!
– A gdzie Świszcząca Detektyw?
– Opuściła dwór.
– I na pewno nam nie zaszkodzi?
– Da nam czas. Najpierw ją osądzą, potem dopiero zaczną się zastanawiać nad Jaskółczym Dworem. A jeśli porzuci sprawę, to tym lepiej.
– Ona wcale nie odchodzi.
– Co?
– Przeszła dookoła i zastawiła blokadą wschodnie i zachodnie drzwi.
– Zastawia teraz główne.
– Po co ona… Przecież… Nie! Nie! Nie zdążymy uciec z mirtisami!
– Nieee!
– Nieeeeee!
***
Ogrodnik miał rację. Cały dwór mógł zapalić się dość szybko. Płomienie wdzięcznie tańczyły wzdłuż pnączy i bluszczy, bez trudu stawiając w ogniu zewnętrzne ściany. Wnętrze było bardziej odporne, jednak wkrótce i ono zostało zaproszone do destrukcyjnego pląsu, za wcześniejszym okadzeniem trującym dymem. Nikt nie wydostał się z budynku, zaklęcia zabezpieczające były wytrzymałe i karmiły się siłą ognia.
Fryss długo wpatrywała się w widowiskowe płomienie, które w zupełności rozgoniły mrok nocy. Cały dwór wyglądał jak przeniesiony do innego, ognistego świata, w którym nikt, nawet duch, nie ma przyszłości.
U stóp Fryss leżała kupka fioletowych włosów. Ścięła nożem ostatnie kilka kępek z głowy, dorzucając do pozostałych, a następnie wszystkie potraktowała ogniem i starła stopą na proch. Z lekką obawą poklepała się po ogolonej czaszce i zaciągnęła kaptur.
„Urti” to odpowiednio dziwne imię, by zacząć z nim od nowa.
Drzewa, między które odeszła, mogły słyszeć cicho gwizdaną, wesołą melodię o tańcu w świetle księżyca.