- Opowiadanie: beeeecki - Płomienna harmonia

Płomienna harmonia

W końcu wypadałoby wejść tekstowo w 2026 rok. Zapraszam na kolejny tekst z mojego uniwersum, tym razem coś udającego fantasy, kryminał i dramat psychologiczny. Zapewne udaje bez powodzenia, ale Czytelnikowi to osądzić :)

Bruce i Holly serdecznie dziękuję za wspaniałą betę i wierne towarzystwo w edycji opowiadania. Znacznie poprawiły ten tekst.

 

Pozdrawiam i życzę przyjemnej lektury!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Bardjaskier, Użytkownicy III, HollyHell91

Oceny

Płomienna harmonia

Oko­li­ce wzgó­rza ota­cza­ła po­ran­na mgieł­ka, w któ­rej z gra­cją szy­bo­wa­ła grupa ja­skó­łek. Ptaki szyb­ko prze­my­ka­ły nad bie­gną­cym w górę trak­tem, wy­ko­nu­jąc akro­ba­tycz­ne zwro­ty i nic sobie nie ro­biąc z trój­ki wę­drow­ców zmie­rza­ją­cych ku ob­szer­ne­mu dwo­ro­wi, po­ło­żo­ne­mu na wznie­sie­niu. Oprócz niego, w oko­li­cy nie było nic, poza lasem i po­lan­ka­mi. Bu­dy­nek wznie­sio­no z dba­ło­ścią o es­te­ty­kę i pro­por­cje, za­kłó­ca­ne nieco przez pnące się po ścia­nach pędy blusz­czu i wi­cio­krze­wu. Spod ich przy­kry­cia wy­glą­da­ły, miej­sca­mi wy­bla­kłe, złote i srebr­ne zdo­bie­nia. Tam, gdzie krnąbr­na ro­ślin­ność nie do­tar­ła, wi­docz­ne były ja­skół­cze gniaz­da, z któ­rych do­by­wa­ło się nie­ustan­ne świer­go­ta­nie. Nie bez po­wo­du miej­sce od setek lat zwano „Ja­skół­czym Dwo­rem”.

Przed bu­dyn­kiem cze­ka­ła ko­bie­ta w dłu­giej sza­cie, z od­le­gło­ści ob­da­rza­jąc przy­by­szów de­li­kat­nym uśmie­chem.

– De­tek­tyw Kró­lew­ska Fryss, śled­cza Tylis, śled­cza Fi­reth. Niech Las i Niebo sprzy­ja­ją wa­szej wi­zy­cie w Ja­skół­czym Dwo­rze – głos ko­bie­ty był spo­koj­ny i cie­pły.

– Star­sza – od­burk­nę­ła środ­ko­wa po­stać, ścią­ga­jąc kap­tur i po­ka­zu­jąc in­ten­syw­nie fio­le­to­we, dłu­gie włosy. – Star­sza De­tek­tyff Kró­lef­fska Fryss, nie do­rę­czo­no mi jesz­cze de­gra­da­cji.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się ner­wo­wo.

– Wy­bacz, by­naj­mniej nie chcia­łam cię ura­zić, po pro­stu…

– Ffiem, hańba roz­no­si się jak za­ra­za – prze­rwa­ła Fryss. – Zatem, aby unik­nąć ffąt­plif­fo­ści, zffą mnie Śffisz­czą­cą De­tek­tyff, Fryss Podf­fój­nie Zaf­fsty­dzo­ną, lub też Fryss Nie­sku­tecz­ną.

Roz­mów­czy­ni za­mru­ga­ła ślicz­ny­mi ocza­mi, ki­wa­jąc uprzej­mie głową. Trzy­ma­ne przed sobą dło­nie za­ci­ska­ła coraz moc­niej.

– Je­steś tu bar­dzo mile wi­dzia­na. Am­ba­sa­dor Wład­cy Lasu i Nieba z ra­do­ścią ocze­ku­je wa­sze­go przy­by­cia. Pro­szę, po­zwól­cie za mną.

Udały się do środ­ka za ko­bie­tą, a śled­cza Tylis na­chy­li­ła się do Fryss.

– Nie pró­buj swoim nie­tak­tem ni­we­czyć śledz­twa. Ze sta­no­wi­ska De­tek­tyw Kró­lew­skiej jest jesz­cze wiele de­gra­da­cji lub go­rzej – syk­nę­ła szep­tem.

– Na ffszyst­kie do­me­ny magii, to nie ja ffy­bra­łam się do tej spraf­fy, słod­ka Tylis, tylko Pro­ku­ra­tor. Jeśli chcesz mnie upo­ka­rzać, to pro­szę, prze­cież cię nie ugry­zę ff ra­mach ze­msty. – Fryss wy­szcze­rzy­ła zęby, pre­zen­tu­jąc zie­ją­cy brak dwóch gór­nych sie­ka­czy, bu­dzą­cy taki nie­smak wśród elfów z Pro­ku­ra­tu­ry.

– Twoja ka­rie­ra jest skoń­czo­na. A tutaj to po­twier­dzisz, Świsz­czą­ca De­tek­tyw – prych­nę­ła Tylis, kasz­ląc. – Mo­gła­byś skoń­czyć z pa­le­niem tego cho­ler­stwa, cuch­niesz dymem.

Fryss wzru­szy­ła tylko ra­mio­na­mi, stu­ka­jąc pa­znok­cia­mi po wiecz­ku pu­de­łecz­ka na cy­ga­ret­ki, które od ja­kie­goś czasu za­wsze no­si­ła w kie­sze­ni.

– Am­ba­sa­dor gwa­ran­tu­je, że wszyst­ko po­trzeb­ne do śledz­twa bę­dzie za­pew­nio­ne – wtrą­ci­ła za­nie­po­ko­jo­nym gło­sem pro­wa­dzą­ca.

Fryss zmie­rzy­ła ją nie­chęt­nym spoj­rze­niem. Ko­bie­ta miała od­mien­ną urodę od elfek, choć po­zor­nie ni­czym się nie róż­ni­ła. De­li­kat­nie sko­śne oczy, wy­ra­zi­sty ma­ki­jaż, współ­gra­ją­cy z ostry­mi ry­sa­mi twa­rzy, długi nos, pro­ste i białe zęby. Cha­bro­we włosy upię­ła w war­kocz opla­ta­ją­cy głowę. Miała jed­nak w sobie coś eg­zo­tycz­ne­go jak każdy mir­tis.

Fak­tycz­nie, niech te wasze Las i Niebo nam sprzy­ja­ją  ode­zwał się we­wnętrz­ny głos Fryss.

***

– Jest nie­po­kor­na. Może drą­żyć temat.

– Brak po­ko­ry i ostat­nie nie­po­wo­dze­nia znisz­czy­ły jej re­pu­ta­cję. Nie bę­dzie chcia­ła się na­ra­zić.

– A jeśli bę­dzie chcia­ła, to nikt nie uwie­rzy w jej słowa.

– Matka ob­da­ro­wu­je nas spo­ko­jem. Cier­pli­wo­ści…

– Ja­skó­łecz­ka za­ta­cza kó­łecz­ka.

***

We­wnątrz bu­dy­nek bar­dzo wy­raź­nie od­bie­gał od ty­po­wych el­fic­kich gu­stów, przede wszyst­kim dla­te­go, że całą prze­strzeń po­ra­sta­ły ro­śli­ny; sufit i ścia­ny po­kry­wał in­ten­syw­nie zie­lo­ny mech, a w wy­so­kim holu po­sa­dzo­no nie­ma­łe drze­wo, w któ­re­go li­ściach sie­dzia­ły po­ćwier­ku­ją­ce ptaki.

Za­pro­wa­dzo­no je do sze­ro­kiej sali, przy­po­mi­na­ją­cej po­łą­cze­nie oran­że­rii i bi­blio­te­ki, po­ro­śnię­tej, a jakże, kwia­ta­mi oraz mchem, a za­ra­zem peł­nej szaf z księ­ga­mi i zwo­ja­mi. Pod su­fi­tem świer­go­ta­ły ptaki, a w po­wie­trzu wi­ro­wa­ły ko­lo­ro­we mo­ty­le. Fryss do­strze­gła nawet rudą wie­wiór­kę, trzy­ma­ją­cą się ścia­ny.

– Am­ba­sa­dor Wład­cy Lasu i Nieba – za­anon­so­wa­ła pro­wa­dzą­ca, gdy zbli­ży­ły się do ma­syw­ne­go biur­ka. Do­pie­ro wtedy sto­ją­cy za nim męż­czy­zna prze­stał wy­glą­dać przez oszklo­ną ścia­nę i się od­wró­cił.

– Rad je­stem, że tak szyb­ko przy­by­ły­ście. Oby Las i Niebo sprzy­ja­ły wa­szej wi­zy­cie.

– Cała przy­jem­ność po stro­nie moich tof­fa­rzy­szek. Ja oszczę­dzę sobie ra­do­ści i spró­bu­ję rozf­fią­zać spraf­fę – Fryss zdo­ła­ła uprze­dzić od­po­wiedź Tylis, która teraz za­mar­ła w pół­u­kło­nie.

– Star­sza De­tek­tyw Kró­lew­ska, przy­jem­no­ścią dla mir­ti­sa za­wsze bę­dzie ob­co­wa­nie z mą­drym i pięk­nym na­ro­dem elfów. Tej ra­do­ści mi nie od­bie­raj, choć nie­wąt­pli­wie roz­wią­za­nie spra­wy przy­nie­sie nam wszyst­kim naj­wię­cej po­cie­chy. – Am­ba­sa­dor miał ak­sa­mit­ny, słod­ki głos, jak więk­szość jego po­bra­tym­ców.

Męż­czy­zna był zna­ko­mi­tym przed­sta­wi­cie­lem mir­ti­sów, Pierw­szej Rasy. Miał już kil­ka­na­ście setek lat, a mimo to nie wy­glą­dał staro lub nawet sta­rze­ją­co. Jego ciało było pięk­ne i atrak­cyj­ne pod każ­dym wzglę­dem, a twarz do­stoj­na i szla­chet­na. Nie aż tak dłu­go­wiecz­ne elfy mogły je­dy­nie za­zdro­ścić. Są­dząc po ro­ślin­nym wy­stro­ju ca­łe­go dworu, am­ba­sa­dor miał także umi­ło­wa­nie dla całej przy­ro­dy, czy też, jak wo­le­li mówić mir­ti­si, darów Matki Na­tu­ry. Czyli wszyst­kie­go, co prze­cięt­ny elf wolał wło­żyć do pro­bów­ki, bądź pod szkieł­ko optycz­ne, by pro­wa­dzić ba­da­nia na­uko­we.

Tylis pod­nio­sła się z ukło­nu.

– Star­sza De­tek­tyw Kró­lew­ska i ja bę­dzie­my prze­wo­dzić śledz­twu, śled­cza Fi­ryth wspo­mo­że nas wie­dzą świe­żej ab­sol­went­ki Aka­de­mii Śled­czej. Gwa­ran­tu­je­my zatem naj­wyższ…

Nie do­koń­czy­ła, bo­wiem nie­spo­dzie­wa­nie na biur­ko ze­sko­czy­ła wie­wiór­ka. Wy­lą­do­wa­ła cicho na bla­cie, ocie­ra­jąc pysz­czek i wą­si­ki, za­mo­czo­ne przez wil­got­ny mech na ścia­nie. Am­ba­sa­dor za­śmiał się, wy­sta­wia­jąc do niej rękę, po któ­rej na­tych­miast wdra­pa­ła się na ramię, gdzie przy­cup­nę­ła wy­god­nie.

– Mia­łeś się za­cho­wy­wać, praw­da, Urti? – za­py­tał, głasz­cząc zwie­rzę po głów­ce. – I nic nie po­wiesz?

– Roz­ma­wia­łam ostat­nio z wie­wiór­ka­mi, po­wie­dzia­ły, że od dłuż­sze­go czasu się nie od­zy­wa – wtrą­ci­ła mir­ti­ska z cha­bro­wy­mi wło­sa­mi.

– Cie­ka­we. Kie­dyś sporo ze mną roz­ma­wiał, a teraz nic. Hm… Ale dość wy­wo­dów o wie­wiór­kach! Po­zna­li­ście już naszą opie­kun­kę mo­ty­lar­ni.

– Wy­cho­dzi na to, że je­stem opie­kun­ką ca­łe­go dworu – rzu­ci­ła z uśmie­chem, ręką po­ka­zu­jąc wszech­obec­ne mo­ty­le. To­wa­rzysz­ki Fryss za­chi­cho­ta­ły. – Mo­ty­le tak pięk­nie wy­ra­ża­ją dary Matki Na­tu­ry i ich har­mo­nię, a my chce­my w całym dwo­rze pre­zen­to­wać go­ściom to, co dla nas naj­cen­niej­sze.

Wie­wiór­ka z ra­mie­nia am­ba­sa­do­ra czuj­nie oglą­da­ła mo­ty­le, aż wresz­cie sko­czy­ła, pró­bu­jąc do­się­gnąć jed­ne­go łap­ka­mi. Chy­bi­ła, a am­ba­sa­dor zła­pał ją w po­wie­trzu i po­now­nie po­sa­dził sobie na ra­mie­niu.

– Choć to może wąt­pli­we, ze wzglę­du na Urtie­go. Nie ma przy­jaź­ni mię­dzy wie­wiór­ka­mi a mo­ty­la­mi! – Po­ki­wał głową. – Jed­nak i to, na­tu­ral­nie, jest ele­men­tem har­mo­nii Matki. Nie­przy­jaźń, a nawet wro­gość, nie wy­klu­cza­ją ba­lan­su. Mam na­dzie­ję, że tak samo okaże się z fe­ral­nym wy­da­rze­niem, które was spro­wa­dza.

***

– Elfy nie znają har­mo­nii, nie zo­ba­czą też dys­har­mo­nii. Nie kon­tem­plu­ją do­brych darów Matki, nie zro­zu­mie­ją zatem jej po­zo­sta­łych darów.

– A jeśli? Świsz­czą­ca De­tek­tyw jest inna…

– Ale też próż­na i po­gar­dli­wa, nawet jak na elfa.

– Po­gar­dli­wa, le­d­wie żywa.

***

– Mir­ti­si po­zwo­lą wie­wiór­ce zjeść mo­ty­la, bo to druga stro­na har­mo­nii, ale nie będą bru­tal­nie mor­do­wać, czy­ta­łam o tym w „Hi­sto­rii naj­star­szych ras”. Ostat­nie mor­der­stwo… – Fi­ryth zro­bi­ła pauzę, by przej­rzeć swoje no­tat­ki, choć i tak nikt nie słu­chał jej wy­wo­dów.

Tylis z nie­wia­do­mych przy­czyn uzna­ła, że krą­że­nie po sa­lo­ni­ku z dłoń­mi sple­cio­ny­mi za ple­ca­mi bę­dzie słusz­niej­sze niż wy­słu­chi­wa­nie aka­de­mic­kich wy­kła­dów mło­dej śled­czej.

Fryss w pełni kon­cen­tro­wa­ła się na lo­be­lio­wej cy­ga­ret­ce – ostat­ni­mi czasy nie mogła się obejść bez pa­le­nia. Drę­czą­ce ją bóle głowy usta­wa­ły je­dy­nie przy lekko du­szą­cym, słod­ka­wym za­pa­chu. Wy­dy­cha­jąc dym, wy­obra­ża­ła sobie w nim twarz prze­ło­żo­ne­go, Pro­ku­ra­to­ra Okrę­go­we­go.

Su­kin­syn.

– Ostat­nie mor­der­stwo wśród mir­ti­sów miało miej­sce pra­wie dwa ty­sią­ce lat temu, a za­bój­ca był do­szczęt­nie chory psy­chicz­nie. I wtedy ciało rów­nież nie znik­nę­ło. Ale w każ­dym innym przy­pad­ku ciała zni­ka­ją wraz ze śmier­cią – Fi­ryth od­na­la­zła no­tat­kę i nie prze­sta­wa­ła mówić, ze wzro­kiem wbi­tym w książ­kę, na któ­rej mar­gi­ne­sie skro­ba­ła jakiś do­pi­sek. W dru­giej ręce trzy­ma­ła kredę, którą co jakiś czas ry­so­wa­ła dal­szy ciąg wy­kre­su na ta­bli­cy.

– Tak wiemy, „od­da­ją swe moce Matce” – prze­drzeź­ni­ła elo­kwen­cję Tylis, wciąż krą­żąc po sa­lo­ni­ku.

Fryss w mię­dzy­cza­sie zdą­ży­ła wy­pa­lić już dwie cy­ga­ret­ki i się­ga­ła po trze­cią. W gło­wie nu­ci­ła we­so­łą me­lo­dyj­kę z fe­sty­nu księ­ży­co­we­go, my­śląc o tym, w jak bez­na­dziej­nej sy­tu­acji się zna­la­zła. Jej ka­rie­ra i re­pu­ta­cja miały się jesz­cze go­rzej niż śledz­two po pierw­szym dniu.

– Zba­da­łam ciało za­mor­do­wa­ne­go straż­ni­ka. Nie ma żad­nych śla­dów ani ran. Oprócz do­mow­ni­ków: mo­ty­lar­ki, ogrod­ni­ka i po­zo­sta­łych straż­ni­ków, są jesz­cze go­ście: dy­gni­ta­rze z na­szych kró­lestw i przed­sta­wi­cie­le pół­noc­nych ple­mion orków. I oczy­wi­ście am­ba­sa­dor. To po­win­no dać ja­kieś po­szla­ki – głos Fi­ryth wy­brzmie­wał jakby w tle. W mię­dzy­cza­sie sche­mat na ta­bli­cy przy­brał wy­gląd wie­lo­ką­ta fo­rem­ne­go.

– Wy­obra­żasz to sobie? Or­kow­ski dy­plo­ma­ta przy­jeż­dża w od­wie­dzi­ny do mir­ti­sań­skie­go am­ba­sa­do­ra i za­bi­ja do­wód­cę jego warty? Bez mo­ty­wu, bez po­ten­cjal­ne­go zysku? Na wszel­ką magię, prze­cież to nie­do­rzecz­ne! – prych­nę­ła Tylis, kasz­ląc cięż­ko i od­wra­ca­jąc się do Fryss. – Mu­sisz teraz palić to tru­ją­ce ziel­sko? Na wszyst­kie do­me­ny magii, czy ty w ogóle słu­chasz?!

Nad Fryss po­ja­wi­ła się roz­gnie­wa­na syl­wet­ka „ko­le­żan­ki” osnu­ta dymem z cy­ga­ret­ki. Aż dziw brał, że taka ślicz­not­ka jak Tylis wstą­pi­ła do Pro­ku­ra­tu­ry, a tym więk­szy, że taka ka­rie­ro­wicz­ka po­tra­fi­ła być wiecz­nie na­dą­sa­na.

– Nie mamy żad­nej po­szla­ki poza cia­łem, któ­re­go być nie po­win­no, więc mo­gła­byś cho­ciaż uda­wać, że cię to in­te­re­su­je, za­miast nar­ko­ty­zo­wać się tym świń­stwem! – Tylis za­czer­wie­ni­ła się na po­licz­kach, które teraz przy­bra­ły barwę jej wło­sów.

Fryss wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i wy­szła z po­miesz­cze­nia, po dro­dze pusz­cza­jąc kłąb dymu na to­wa­rzysz­kę.

– Jeśli jesz­cze nie wiesz, to od mo­je­go ra­por­tu o tobie za­le­ży twoja dal­sza ka­rie­ra! Słowa Pro­ku­ra­to­ra Okrę­go­we­go! – za­wo­ła­ła za nią Tylis.

Nie wiem, ale miło, że to mó­wisz.

Głowa Fryss pę­ka­ła z bólu, więc nie miała ocho­ty na ko­lej­ną sprzecz­kę. Za­cią­gnę­ła się dymem, który dawał chwi­lo­wą ulgę i wy­szła na taras.

Jej ciała do­tknął przy­jem­ny, wie­czor­ny chłód. Ptaki i mo­ty­le po­szły już spać, w prze­ci­wień­stwie do mir­ti­sań­skie­go ogrod­ni­ka, który w rze­czy­wi­sto­ści był za­rząd­cą całej zie­le­ni w dwo­rze. Nie miało to nic wspól­ne­go z umo­ru­sa­nym zie­mią czło­wie­kiem, czy nawet ba­da­ją­cym w la­bo­ra­to­rium naj­więk­szą efek­tyw­ność upra­wy ziar­na elfem; mir­ti­si roz­ma­wia­li z ro­śli­na­mi, za­wie­ra­jąc z nimi kom­pro­mi­sy co do ich wzro­stu i roz­wo­ju, dzię­ki czemu tak czę­sto sta­no­wi­ły one do­mi­nu­ją­ce ele­men­ty ar­chi­tek­tu­ry. To, co elf wy­mu­sił­by nauką na przy­ro­dzie, mir­tis wy­ne­go­cjo­wał.

– Może pof­fi­ni­śmy prze­słu­chać ro­śli­ny jako śffiad­kóff, hmm? – za­gad­nę­ła Fryss.

Mir­tis pod­niósł głowę znad li­ścia, do któ­re­go szep­tał i po­słał jej ten uprzej­my uśmiech, który mieli wszy­scy jego po­bra­tym­cy.

– Być może oka­za­ło­by się to przy­dat­ne, choć wąt­pię. Ro­śli­ny mówią innym ję­zy­kiem, który opi­su­je ich świat. Wie­dzą wiele o śmier­ci, ale nie pojmą mor­der­stwa – wy­ja­śnił grzecz­nie.

Nie­śpiesz­nym kro­kiem pod­szedł do Fryss, po dro­dze szep­cząc do kilku kwia­tów.

– Ffie­dzą ffie­le o śmier­ci, hmm? – za­py­ta­ła, gdy sta­nął obok niej.

Mir­tis nie od­po­wie­dział. Za­miast tego, wy­cią­gnął rękę przed sie­bie, do­ty­ka­jąc pal­cem pną­cza wi­cio­krze­wu i szep­cząc coś pod nosem. Ro­śli­na za­re­ago­wa­ła, płyn­nym, wol­nym ru­chem opla­ta­jąc ko­lej­ne krat­ki ażu­ro­we­go płot­ka. Na ko­niec po­wstał kwie­ci­sty, pach­ną­cy wzór uło­żo­ny z zie­lo­nych pną­czy.

– Darem Matki Na­tu­ry jest życie. To oczy­wi­ste. Jed­nak nie­któ­rzy za­po­mi­na­ją, że także śmierć. – Po­ka­zał na uschły krzew w ogro­dzie. – Jego czas nad­szedł.

– I czas tffo­je­go ko­le­gi róf­f­niesz nad­szedł?

– Są­dzi­łem, że prze­słu­cha­nia będą prze­pro­wa­dza­ne pod za­klę­ciem praw­do­mów­no­ści.

– To nie jest prze­słu­cha­nie, tylko roz­mof­fa.

Mir­tis nie wy­glą­dał wcale na zmie­sza­ne­go, choć w pew­nym mo­men­cie za­mru­gał pa­ro­krot­nie ocza­mi. Fryss nie zwró­ci­ła na to więk­szej uwagi, nucąc w gło­wie me­lo­dyj­kę.

– Mój spo­kój i har­mo­nia do­pro­wa­dzi­ły do tego skut­ku – po­wie­dział, po­ka­zu­jąc na wzór z pną­cza. – Tylko wtedy na­tu­ra ze­chce mnie wy­słu­chać. Spo­kój jest wszyst­kim, co mogę mieć wobec tego przej­mu­ją­ce­go mor­der­stwa.

– Spo­kój może także ffy­ni­kać z ffie­dzy o tym, co się stało – za­uwa­ży­ła Fryss, dla za­ba­wy przy­pa­la­jąc pro­stym za­klę­ciem koń­ców­kę ro­ślin­ne­go wzoru. Za­ska­ku­ją­co łatwo za­ję­ła się ogniem.

Mir­tis po­pa­trzył na nią z lekką dez­apro­ba­tą, ale też iry­tu­ją­cą wy­ro­zu­mia­ło­ścią, nie re­agu­jąc, gdy kon­tro­lo­wa­ny pło­mień spa­lił ko­lej­ny kwia­tek.

– Nauka jest ścież­ką do har­mo­nii dla elfów. Łak­nie­cie wie­dzy i w każ­dej moż­li­wej dzie­dzi­nie po­szer­za­cie jej ho­ry­zon­ty. Dla mir­ti­sa, mimo do­świad­cze­nia i kunsz­tu, tylko spo­kój pro­wa­dzi do har­mo­nii – od­po­wie­dział, po czym się skło­nił. – Od­ra­dzał­bym prze­sa­dzić z za­ba­wą ogniem. O tej porze roku łatwo może się zająć cały dwór.

Mir­tis od­szedł, a Fryss zo­sta­ła sama z chłod­nym wie­czo­rem. Ba­wi­ła się jesz­cze chwil­kę przy­pa­la­niem pną­czy, przy­glą­da­jąc się im uważ­nie. Idąc za radą, zga­si­ła ogień, nim zdą­żył się roz­prze­strze­nić.

***

– Od­pusz­cza bez ja­snej od­po­wie­dzi. Coś knuje ta fio­le­to­wo­wło­sa lalka…

– Spo­koj­nie. Nie do­wie­dzia­ła się ni­cze­go. Wkrót­ce wła­sne pro­ble­my ją przy­gwoż­dżą, śled­cza Tylis o to zadba.

– A jeśli wpad­nie na trop?

– Nie ma żad­ne­go tropu. Ma ciało, któ­re­go nie po­win­no być. I nic poza.

– Mo­ty­lek po­my­ka i mo­ty­lek znika.

***

Dzień póź­niej ze­spół de­tek­ty­wi­stycz­ny dalej nie miał żad­nych po­szlak. Prze­słu­chi­wa­ni byli zgod­ni, że po­ko­nać war­tow­ni­ka mógł­by tylko naj­wy­bit­niej­szy wo­jow­nik lub ktoś wy­jąt­ko­wo pod­stęp­ny. Po zba­da­niu ciała sto­sow­ny­mi cza­ra­mi nie wy­kry­to, by mir­tis zo­stał otru­ty lub by rzu­co­no na niego za­klę­cie.

– Nie mamy nic, poza tym, że za­schło mi w gar­dle – wark­nę­ła Tylis, gdy ostat­ni świa­dek opu­ścił pokój prze­słu­chań.

Zre­zy­gno­wa­na ude­rzy­ła w ta­bli­cę, przy któ­rej stała Fi­ryth, ilu­stru­ją­ca wy­kre­sem wszyst­kie do­tych­cza­so­we ze­zna­nia, zgod­nie z el­fic­kim zwy­cza­jem. Od środ­ko­we­go punk­tu, któ­rym było mor­der­stwo, pro­wa­dzi­ły pro­ste, opi­sa­ne pa­ra­me­tra­mi po­szcze­gól­nych po­szlak, mo­ty­wów i oko­licz­no­ści.

– Wynik wszę­dzie wy­cho­dzi zero lub jeden – wes­tchnę­ła świe­ża ab­sol­went­ka aka­de­mii.

– Czyli albo nikt nie jest winny, albo wszy­scy. Dru­gie jesz­cze głup­sze od pierw­sze­go – wark­nę­ła Tylis, na co Fryss tylko prych­nę­ła. W trak­cie ca­łe­go dnia wie­lo­krot­nie miały oka­zję, by sobie wza­jem­nie do­piec i je­dy­nie po­grą­żo­na w pod­ręcz­ni­kach Fi­ryth zda­wa­ła się nie za­uwa­żać na­pię­cia mię­dzy nimi.

– Wpi­szę to jesz­cze w sche­mat prze­strzen­ny Po­ir­hel­da…

– Daruj sobie – rzu­ci­ła Tylis, za­my­ka­jąc za­klę­ciem ksią­żkę z teo­rii śledz­twa.

Spe­szo­na Fi­ryth odło­ży­ła kredę i przyj­rza­ła się ist­nie­ją­ce­mu sche­ma­to­wi, rów­no­cze­śnie pa­trząc na wzór w innym pod­ręcz­ni­ku.

– Or­ko­wie cały dzień spę­dzi­li z ogrod­ni­kiem, od któ­re­go uczy­li się tech­nik sa­dze­nia ro­ślin. Wśród elfów, dwóch przy­je­cha­ło bar­dzo późno w nocy i wtedy to­wa­rzy­szył im straż­nik. Wspól­nie spę­dza­li wie­czór na grach, służ­ba do­no­si­ła im re­gu­lar­nie wino i po­twier­dza, że wszy­scy byli w salce. Każdy ze­zna­wał pod za­klę­ciem. Żaden z gości nie wi­dział ni­cze­go po­dej­rza­ne­go. Z do­mow­ni­ków, mo­ty­lar­ka była w po­bli­żu miej­sca zbrod­ni, ale nie mogła tam­tę­dy przejść i nie zo­stać do­strze­żo­ną przez ogrod­ni­ka. Ogrod­nik był za domem, roz­ma­wiał z ro­śli­na­mi. Przez więk­szość czasu wi­dział go drugi straż­nik i na od­wrót, ogrod­nik wi­dział jego. Do tego, brak ja­kie­go­kol­wiek mo­ty­wu i na­rzę­dzia. Wszy­scy zga­dza­li się, że w walce bez­po­śred­niej nikt nie dałby rady za­mor­do­wa­ne­mu, mu­siał to być pod­stęp – re­cy­to­wa­ła Fi­ryth, za­kła­da­jąc nogę na nogę i ro­biąc minę sie­rot­ki pa­są­cej owce.

– Czyli, albo ktoś omi­nął za­klę­cia, albo fak­tycz­nie nikt nie wie nic – wes­tchnę­ła Tylis, dra­piąc się po bro­dzie.

– Ffąt­pię, by omi­nię­to za­klę­cia praf­fdo­móf­f­no­ści – przy­zna­ła z tru­dem Fryss, ma­su­jąc skro­nie. Od pa­le­nia bo­la­ła ją głowa, ale pul­so­wa­nie usta­wa­ło tylko, gdy pa­li­ła. To aku­rat dość łatwo byłoby roz­ry­so­wać na sche­ma­cie.

Wy­cią­gnę­ła cy­ga­ret­kę i za­pa­li­ła za po­mo­cą pro­ste­go za­klę­cia.

– Prze­waż­nie by­wasz nie­mi­ła i nie­przy­dat­na, teraz tylko nie­przy­dat­na. Wiel­kie dzię­ki. – Tylis ukło­ni­ła się z nad­mier­ną ele­gan­cją.

Zdzi­ra.

– Po­zf­fól zatem, że się przy­dam – wark­nę­ła Fryss, wsta­jąc. – Jest jesz­cze jedna osoba, któ­rej nie prze­słu­chiffa­ły­śmy pod za­klę­ciem.

***

– Może jed­nak coś po­dej­rze­wa?

– Fru­stra­cja ją tu spro­wa­dzi­ła, a my mamy re­me­dium. To tej dru­giej się bar­dziej oba­wia­li­śmy, ale jest jesz­cze głup­sza.

– Ostat­ni trop mogą drą­żyć.

– Wtedy pod­rą­ży­my je.

– Ostat­ni trop… Ostat­ni trop. Wie­wió­recz­ka robi hop…

***

– Muszę przy­znać, że dziw­na to pora na do­dat­ko­we py­ta­nia.

Fryss spo­tka­ła am­ba­sa­do­ra w ogro­dzie, gdzie wpa­try­wał się w nocne niebo.

– Mir­ti­si po­cho­dzą z nie­zwy­kłe­go po­łą­cze­nia pyłu gwiazd i na­sion, w które swoje bło­go­sła­wień­stwo pchnę­ła Matka Na­tu­ra. W to­wa­rzy­stwie gwiazd każdy mir­tis czuje się tak samo do­brze, jak w słoń­cu. I tak wła­śnie że­gna­łem ostat­nich z wy­jeż­dża­ją­cych gości. Po prze­słu­cha­niach nie chcie­li dłu­żej prze­by­wać w miej­scu mor­der­stwa. Wszyst­ko za zgodą śled­czej Tylis – wy­ja­śnił, od­po­wia­da­jąc na py­ta­nia, któ­rych Fryss i tak nie za­mie­rza­ła zadać. – Zresz­tą, w nocy le­piej wy­cho­dzić na spa­cer z Urtim. Nie łapie wtedy mo­ty­li – dodał z cie­płym uśmie­chem.

Zatem mir­ti­si są jak mo­ty­le. Do­brze czują się nawet w to­wa­rzy­stwie tych, któ­rzy ich mor­du­ją.

Am­ba­sa­do­ra trud­no było nie lubić. Ocho­czo wsparł śledz­two, udo­stęp­nił swój czas i za­an­ga­żo­wał służ­bę. We wszyst­kim po­zo­stał uprzej­my i przy­ja­zny, po­dob­nie jak mo­ty­lar­ka, ogrod­nik i straż­ni­cy. Za to wła­śnie Fryss ich nie lu­bi­ła.

Za­ło­ży­ła za­klę­cie praw­do­mów­no­ści, ale na nie­wie­le się zdało. Mo­ty­lar­ka wi­dzia­ła am­ba­sa­do­ra przed zmro­kiem w ga­bi­ne­cie, a jeden ze straż­ni­ków peł­nił wartę w holu i nie spo­strzegł, by opu­ścił pokój przed środ­kiem nocy. Do tego czasu ofia­ra była już dawno mar­twa. Wszyst­ko zga­dza­ło się z po­zo­sta­ły­mi ze­zna­nia­mi.

– A to ciało? Dla­cze­go nie znik­nę­ło? – do­py­ta­ła.

– Nasze ciała nie zni­ka­ją w sen­sie do­słow­nym. Wy, elfy, macie jasno zde­fi­nio­wa­ną śmierć. My w taki spo­sób nie umie­ra­my. Gdy mir­tis czuje, że nad­szedł jego czas, od­da­je całą swoją siłę Matce Na­tu­rze. Ciało nie ulega roz­kła­do­wi, po pro­stu się roz­pły­wa, a moc roz­le­wa się na ota­cza­ją­cą go na­tu­rę – wy­ja­śnił am­ba­sa­dor.

Fryss była prze­ko­na­na, że przed­sta­wi­cie­le el­fic­kich nauk zlin­czo­wa­li­by am­ba­sa­do­ra za uży­cie pojęć ta­kich jak „od­da­je siły Matce Na­tu­rze” lub „roz­pły­wa się”.

– Czyli jego moc zo­sta­ła ff nim? Nie oddał jej, tak jak ffy to ro­zu­mie­cie?

Am­ba­sa­dor za­trzy­mał się i za­my­ślił na chwil­kę, marsz­cząc szla­chet­ne czoło. Za­mru­gał kil­ka­krot­nie, a Fryss mogła przy­siąc, że barwa jego oczu się zmie­ni­ła. Za­my­śle­nie prze­rwał ci­chym wes­tchnię­ciem i na­głym ru­chem ręki.

– Urti to urwis. Cza­sa­mi gry­zie – wy­tłu­ma­czył, po­cie­ra­jąc za­krwa­wio­ny palec.

Może i za­gryzł tego straż­ni­ka, co? W to do­pie­ro Pro­ku­ra­tor uwie­rzył­by z ra­do­ścią.

Fryss po­pa­trzy­ła za wie­wiór­ką, która zdą­ży­ła dać susa i znik­nąć gdzieś w ogro­dzie, a na­stęp­nie wni­kli­wiej przyj­rza­ła się am­ba­sa­do­ro­wi. Męż­czy­zna wy­da­wał się z tru­dem utrzy­my­wać pion, a po chwi­li prze­wró­cił się, jakby był dziec­kiem sta­wia­ją­cym pierw­sze kroki. Wstał, zanim zdą­ży­ła za­re­ago­wać i otrze­pał się zdez­o­rien­to­wa­ny. Na jego nie­ska­zi­tel­nej twa­rzy po­ja­wi­ło się kilka zmarsz­czek oraz struż­ka potu.

Może to jed­nak na­praw­dę mor­der­cza wie­wiór­ka…

Fryss rzu­ci­ła mu py­ta­ją­ce spoj­rze­nie.

– Po­tkną­łem się – wy­ja­śnił zmie­sza­ny.

Pierw­szy raz w ty­siąc­let­nim życiu? Wię­cej po­ka­zu­jesz niż mó­wisz.

– Mhm… A zatem? – Fryss po­trze­bo­wa­ła od­po­wie­dzi, a swoje po­dej­rze­nia po­sta­no­wi­ła na ten mo­ment za­cho­wać dla sie­bie. W końcu ugry­zie­nia i po­tknię­cia, mimo dziw­nej ko­in­cy­den­cji, nie łą­czy­ło ze sobą wiele.

– Tak… Jakie było py­ta­nie? – Wzrok am­ba­sa­do­ra za­błą­dził chwi­lę na noc­nym nie­bie, nim wró­cił do Fryss.

– Czy ff takim razie moc zo­sta­ła w za­mor­dof­fa­nym straż­ni­ku?

– Tak to uj­mu­jąc, hmmm… Ra­czej tak. Czy­ta­łem kie­dyś za­ka­za­ne trak­ta­ty o opę­ta­niach, mó­wią­ce o moż­li­wo­ści prze­ję­cia mocy umie­ra­ją­ce­go mir­ti­sa, ale nie wiem, po co ktoś… – Am­ba­sa­dor znów za­mru­gał roz­tar­gnio­ny. – Zresz­tą i tak były nie­do­rzecz­ne, a w na­szym przy­pad­ku moc po­zo­sta­ła w ciele za­bi­te­go. Śled­cza Tylis mó­wi­ła, że nie od­kry­ły­ście żad­ne­go mo­ty­wu.

Fryss po­ki­wa­ła głową w za­my­śle­niu.

Och, nie na wszyst­ko po­trzeb­ny jest motyw. Zatem to nie wie­wiór­ka.

***

– Ona prze­czu­wa.

– Każdy by coś prze­czu­wał. A ze wszyst­kich De­tek­ty­wów Kró­lew­skich, jej jed­nej nikt nie bę­dzie słu­chał. Dla­te­go po nią po­sła­li­śmy.

– Za­mknie śledz­two i umo­rzy spra­wę albo zda nie­wia­ry­god­ny ra­port, który ją skoń­czy…

– A ty, dokąd?! Zo­staw! Znów nas zdra­dzisz!

– Niby takie nic, na el­fi­ka hyc!

***

– Po­stra­da­łaś zmy­sły?! Nie mam po­ję­cia, co pró­bu­jesz tu ugrać, ale oskar­ża­jąc cały dwór, do­pro­wa­dzisz do skan­da­lu i za­koń­czysz wszyst­kie nasze ka­rie­ry. Dla cie­bie to może już nic, ale…

– Ffła­śnie! Ze­zna­nia nie po­zf­fa­la­ją ni­ko­go ffy­klu­czyć.

– Ani ni­ko­go ob­cią­żyć.

– Opę­ta­nie pa­su­je ide­al­nie. Ofia­ra opę­ta­nia jest nie­śf­fia­do­ma, ffięc zezna nie­praf­fdę naf­fet pod za­klę­ciem. A straż­nik mógł zo­stać za­mor­dof­fa­ny je­dy­nie, jeśli ffszy­scy do­mof­f­ni­cy o tym ffie­dzie­li!

Fryss dawno nie pa­mię­ta­ła, by mó­wi­ła z takim en­tu­zja­zmem. Dla tego uczu­cia zo­sta­ła de­tek­ty­wem i wciąż, mimo nie­po­wo­dzeń, oszpe­ce­nia i upo­ko­rze­nia, po­tra­fi­ło ono ją pod­nie­cić. Wszyst­ko to zdą­ży­ła wy­my­ślić w dro­dze od am­ba­sa­do­ra do sy­pial­ni Tylis, którą wy­rwa­ła z głę­bo­kiej, noc­nej me­dy­ta­cji.

Mimo pul­su­ją­ce­go w skro­niach bó­lu i drżą­cej dłoni, nie się­gnę­ła po cy­ga­ret­kę.

– Co za bzdu­ry – mruk­nę­ła Tylis, pa­trząc na Fryss, jak na orka do­sia­da­ją­ce­go smoka z głową mrów­ki.

Krą­ży­ła po sa­lo­ni­ku w noc­nym stro­ju, a za nią po­dą­żał tań­czą­cy wraz z pło­mie­niem świe­cy cień. Pod­ło­ga wdzięcz­nie skrzy­pia­ła, gdy elfka wy­ko­ny­wa­ła ko­lej­ne kółka. Po dłuż­szej chwi­li mil­cze­nia za­trzy­ma­ła się, rzu­ca­jąc Fryss nie­chęt­ne spoj­rze­nie.

– To jest chyba naj­głup­sza teo­ria, jaką kie­dy­kol­wiek wy­my­śli­łaś – rzu­ci­ła gniew­nie. – Ale sądzę, że ro­bisz to ce­lo­wo, chcąc wy­wo­łać skan­dal dy­plo­ma­tycz­ny. Tacy nie­udacz­ni­cy jak ty świet­nie od­naj­du­ją się w cha­osie, praw­da?

Fryss za­ci­snę­ła pię­ści. Dała Pro­ku­ra­tu­rze ostat­nią szan­sę na sko­rzy­sta­nie ze swo­je­go ta­len­tu, a oni w za­mian ob­da­ro­wa­li ją nad­zo­rem Tylis. To tak, jakby szczur miał na­uczać pro­fe­so­rów al­che­mii o wła­ści­wo­ściach ma­gicz­nych pier­wiast­ków.

Zanim zdą­ży­ła co­kol­wiek zro­bić, w dwo­rze roz­legł się głu­chy krzyk.

Tylis z obawą spoj­rza­ła na otwar­ty, ciem­ny ko­ry­tarz. Po­de­szła do drzwi i je za­mknę­ła.

– Wie­wiór­ka na kogoś znowu na­sko­czy­ła – wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Żaden z do­mow­ni­ków nie ma mo­ty­wu, a twoja teo­ria o opę­ta­niu jest ab­sur­dal­na. Jutro umo­rzy­my śledz­two i przed­sta­wi­my ra­port o braku po­szlak, wska­zu­jąc na wy­pa­dek.

Fryss nie sku­pi­ła się na tym, co mó­wi­ła Tylis. Od zde­ner­wo­wa­nia bar­dziej roz­bo­la­ła ją głowa, a gdy chcia­ła się­gnąć po cy­ga­ret­kę, pu­de­łecz­ko oka­za­ło się puste. Mimo otę­pia­ją­ce­go pul­so­wa­nia wy­da­wa­ło się jej, że sły­szy ciche kroki na ko­ry­ta­rzu.

Tylis cia­śniej otu­li­ła się szla­fro­kiem, cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Gdy ta nie na­stą­pi­ła, otwo­rzy­ła usta, ale nie zdą­ży­ła nic po­wie­dzieć.

Nagle do środ­ka wbie­gła zdy­sza­na Fi­ryth, także w noc­nym szla­fro­ku. Po­dmuch zga­sił tlące się świe­ce, a skrzy­dło drzwi ude­rzy­ło Tylis w po­ty­li­cę.

– Obie je­ste­ście nie­zrów­no­wa­żo­ne! – wark­nę­ła Tylis, od­ska­ku­jąc na bok.

Fryss przy­pa­trzy­ła się bli­żej przy­ciem­nio­nej syl­wet­ce mło­dej ko­le­żan­ki.

– Fi­ryth? To ty krzy­cza­łaś? – za­py­ta­ła, wsta­jąc z fo­te­la. Dłoń wciąż jej drża­ła, stu­ka­jąc o me­ta­lo­wy po­jem­ni­czek na cy­ga­ret­ki.

Fi­ryth wzię­ła głęb­szy od­dech.

– Ja już chyba wiem… – wy­dy­sza­ła i za­mil­kła, jakby wię­cej nie za­mie­rza­ła mówić.

– Co wiesz, hę? – burk­nę­ła Tylis, ma­su­jąc głowę.

Fi­ryth za­mru­ga­ła i po­trzą­sła głową.

– Ana­li­zo­wa­łam sche­mat i po­pra­wia­łam go zgod­nie z Pod­ręcz­ni­kiem Po­szlak Nie­oczy­wi­stych. Tylko jedno roz­wią­za­nie pa­su­je…

Znów prze­rwa­ła na głęb­szy wdech. Za­mru­ga­ła ocza­mi, które mie­ni­ły się tur­ku­so­wym bły­skiem. Jej twarz wy­gię­ła się w dziw­nym gry­ma­sie: jedna po­ło­wa wy­ra­ża­ła prze­ra­że­nie, druga łap­czy­wą agre­sję, z którą łowca pa­trzy na ofia­rę. Wy­glą­da­ła, jakby chcia­ła mówić dalej, jed­nak z ust nie wy­do­by­wał się żaden dźwięk.

Ma­te­riał do­wo­do­wy za­czy­na się robić nie­bez­piecz­ny.

Fryss przy­go­to­wa­ła w drżą­cej dłoni za­klę­cie ochron­ne. Serce za­bi­ło jej szyb­ciej, a każde ude­rze­nie było jak dzwon w otu­ma­nio­nej mi­gre­ną gło­wie. Z tru­dem utrzy­ma­ła rów­no­wa­gę.

Ciszę prze­rwał krzyk Tylis. Nie­wiel­ki kształt spadł na nią ze ścia­ny. Ciem­na kulka od­bi­ła się od ra­mie­nia i wpa­dła pro­sto na Fi­ryth, która wy­da­ła z sie­bie nie­na­tu­ral­ny sko­wyt. Do­szło do krót­kiej sza­mo­ta­ni­ny, po któ­rej elfka osu­nę­ła się bez­wład­nie na pod­ło­gę. Huk z pew­no­ścią dało się sły­szeć w całym dwo­rze. Z po­ko­ju wy­mknął się po­dmuch po­wie­trza, który od­da­la­jąc się, sze­le­ścił ro­ślin­no­ścią na ko­ry­ta­rzu.

Fryss miała też wrażenie, że sły­szy nie­zro­zu­mia­ły szept, ale nie była w sta­nie skon­cen­tro­wać zmy­słów. Nie ścią­ga­jąc za­klę­cia ochron­ne­go, pod­bie­gła do ko­le­żan­ki, od­wra­ca­jąc ją na bok. Z ką­ci­ka ust Fi­ryth cie­kła piana, lecz ob­li­cze znów było spo­koj­ne i nie­win­ne, jakby słu­cha­ła wy­kła­du na stu­diach.

Z tym że na za­ję­ciach nie prze­sta­ła­by od­dy­chać.

– Im­puls, taki jak ugry­zie­nie, od­bie­ra kon­tro­lę in­tru­zo­wi. Waszą to­wa­rzysz­kę spo­tka­ło to samo, co za­mor­do­wa­ne­go mir­ti­sa, śmierć po opę­ta­niu – wy­ja­śnił niski ba­ry­ton zaraz obok ucha Fryss. Od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie, a ruda wie­wiór­ka zręcz­nie ze­sko­czy­ła i wy­lą­do­wa­ła.

– Urti?

Wie­wiór łap­ka­mi oczy­ścił wą­si­ki oraz wiel­kie sie­ka­cze z krwi i po­pa­trzył świa­do­mym spoj­rze­niem na Fryss.

– Mir­ti­si opie­ku­ją się nami, a my nimi, na tyle, na ile mo­że­my. Chce­my pomóc, ale wobec tego, co za­do­mo­wi­ło się w dwo­rze, je­ste­śmy bez­rad­ni. Mo­że­my tylko tym­cza­so­wo wy­ry­wać ich z opę­ta­nia. Cza­sa­mi się to udaje, innym razem nie.

– Co… za­do­mo­wi­ło się w dwo­rze? – Z kąta sa­lo­nu wy­brzmiał głos Tylis.

– Upio­ry. Ciem­ne Dzie­ci Matki. Tak ma­wia­ją mir­ti­si. Zjawy stare jak sam las. Dla nich ener­gia ży­cio­wa mir­ti­sów jest jak woda dla ro­ślin. Nie po­tra­fią im jesz­cze ode­brać całej mocy, ale wy­star­czy, by tym­cza­so­wo wy­ko­rzy­sty­wać ciała. Do morderstwa albo my­le­nia śledz­twa. A może dla za­ba­wy? Tak jak tu. – Urti wska­zał łapką na mar­twą Fi­ryth.

– Skoro chcą przej­mo­wać moc mir­ti­sów, to dla­cze­go za­mor­do­wa­ły tam­te­go straż­ni­ka? – spy­ta­ła Fryss.

Nie ma to jak wia­ry­god­ne roz­wią­za­nie śledz­twa. Pro­ku­ra­tor Okrę­go­wy uwie­rzy w tę hi­sto­rię o opę­ta­niu z wiel­ką ocho­tą, już to widzę.

– Chcia­ły po­siąść jego moc, ale jesz­cze tego nie po­tra­fią. Mir­tis nie prze­żył ataku, ale moc w nim zo­sta­ła, a ciało nie znik­nę­ło. – Urti skoń­czył hi­gie­nę pyszcz­ka i wsko­czył na omszo­ną ścia­nę.

Skoro tak łatwo ci to wy­ja­śniać, to może zło­żysz ra­port do Pro­ku­ra­tu­ry, hę?

Fryss nie mogła się po­wstrzy­mać i rzu­ci­ła Tylis spoj­rze­nie ro­dza­ju „A nie mó­wi­łam?”. Ko­le­żan­ka jed­nak nie wy­glą­da­ła na skru­szo­ną.

– Zaraz, skąd to wszyst­ko wiesz? – Tylis wy­szła z kąta i po­now­nie za­pa­li­ła świe­ce za­klę­ciem.

– Lubię czy­tać i no­ca­mi prze­glą­dam księ­gi am­ba­sa­do­ra. Zwi­ną­łem mu trak­tat o opę­ta­niach wśród mir­ti­sów. – Urti wy­ko­nał gest, który naj­praw­do­po­dob­niej był wie­wiór­czym wzru­sze­niem ra­mio­na­mi. – Upio­ry rosną w siłę z każ­dym dniem. Oba­wiam się, że los tam­te­go mir­ti­sa i wa­szej to­wa­rzysz­ki to naj­lep­sze, co może spo­tkać opę­ta­nych – mówił fa­cho­wo, gło­sem god­nym el­fic­kie­go pro­fe­so­ra. Potem wy­ko­nał zgrab­nie kilka sko­ków i zna­lazł się na ko­ry­ta­rzu. – Odejdź­cie stąd i spro­wadź­cie swo­ich cza­ro­dzie­jów. Mir­ti­sów już nie ura­tu­ją, ale muszą po­ko­nać te zjawy nim one od­kry­ją, jak prze­jąć moc ży­wych.

– A ty? – mruk­nę­ła Fryss, ra­czej z cie­ka­wo­ści niż z tro­ski.

– Na­tu­ra za­wsze sobie po­ra­dzi.

***

– Wie­dzą! Wie­dzą! Nie mo­gli­ście wy­trzy­mać choć chwi­li!

– Elfka była przez mo­ment sma­ko­wi­ta…

– Ale celem jest mir­tis! Mają w sobie bło­go­sła­wień­stwo Matki, któ­re­go brak elfom!

– I znów coś wy­trą­ci­ło nas z kon­tro­li.

– Wy­star­czy, żeby żadna z elfek nie opu­ści­ła dworu.

– Ależ wręcz prze­ciw­nie… Jeden elfik wio­sny nie czyni…

***

Fryss miała wrażenie, że każdy dźwięk jest zwia­stu­nem nad­cią­ga­ją­ce­go upio­ra. Ból głowy na­si­lił się i ledwo po­zwa­lał sta­wiać ko­lej­ne kroki.

– Nie mo­żesz tego kon­sul­tof­fać z am­ba­sa­do­rem! Prze­cież sły­sza­łaś, dla opę­ta­nych nie ma ra­tun­ku! – syk­nę­ła. Ma­sze­ru­ją­ca przed nią Tylis, sama wy­glą­da­ją­ca w szla­fro­ku jak nocna mara, nawet się nie od­wró­ci­ła.

Oczy­wi­ście, że może, jest wy­star­cza­ją­co głu­pia, a cho­dze­nie za nią czyni cię jesz­cze głup­szą.

– Chcesz oprzeć ra­port na ze­zna­niach wie­wiór­ki! Nawet jeśli to praw­da, am­ba­sa­dor nie jest opę­ta­ny cały czas, może się pod­pi­sać na for­mu­la­rzu i nas uwia­ry­god­nić.

– Stój! – tym razem Fryss krzyk­nę­ła i rów­no­cze­śnie po­sta­wi­ła przed Tylis nie­wi­dzial­ną ba­rie­rę, unie­moż­li­wia­jąc jej przej­ście. – Prze­cież ffi­dzia­łaś Fi­ryth. To też za mało?

Tylis ob­ró­ci­ła się wście­kła.

– Za mało to ze­zna­nie wie­wiór­ki po­par­te opi­nią zwol­nio­nej z Pro­ku­ra­tu­ry śled­czej! A ja nie za­mie­rzam skoń­czyć jak ty, mam choć tyle sza­cun­ku do sie­bie! Mogę sobie wie­rzyć w co­kol­wiek, ale muszę prze­ko­nać Pro­ku­ra­to­ra.

Fryss wy­pu­ści­ła z gnie­wem po­wie­trze. Opa­no­wa­ło ją je­dy­nie to, że pró­bu­jąc za­ci­snąć zęby, na­po­tka­ła, jak za­wsze, na pust­kę z przo­du. Po­wstrzy­ma­ła w gło­wie na­pływ wszyst­kich za­klęć, które przy­szły jej na myśl i ode­tchnę­ła głę­biej.

– Zffol­nio­nej, po­ffia­dasz? – jej głos wydał się nagle cichy w ob­ro­śnię­tym mchem ko­ry­ta­rzu.

– Pro­ku­ra­tor pod­pi­sał wy­po­wie­dze­nie jesz­cze przed na­szym wy­ru­sze­niem. Co wię­cej, przy­słał cię tutaj na wy­raź­ną proś­bę am­ba­sa­do­ra, więc pew­nie i ty je­steś wplą­ta­na w ten spi­sek, hę? – uśmiech­nę­ła się zło­śli­wie Tylis, ale po chwi­li zła­god­nia­ła, przy­wra­ca­jąc twa­rzy ślicz­ny wy­gląd. – Ale, jeśli pój­dziesz ze mną i zdo­bę­dzie­my pod­pis am­ba­sa­do­ra, to na­pi­szę ra­port, po któ­rym nie tylko zo­sta­niesz na­tych­miast przy­wró­co­na, ale obej­miesz też sta­no­wi­sko Star­szej De­tek­tyw. Za­kończ­my śledz­two sku­tecz­nie. Albo skoń­czę twoją ka­rie­rę, a sama i tak do­mknę tę spra­wę.

Zwol­nio­na. Jeśli nie je­steś De­tek­ty­wem Kró­lew­skim, je­steś nikim.

Fryss po­gła­dzi­ła ję­zy­kiem puste dzią­sła, naj­do­bit­niej­szy dowód nie­gdy­siej­szej po­raż­ki, gdy uzna­ła, że może wy­grać po­je­dy­nek z or­kow­skim czar­no­księż­ni­kiem. Nie mogła. Tak samo, gdy uwa­ża­ła, że da radę roz­bi­jać szaj­ki prze­myt­ni­ków da­le­ko poza gra­ni­ca­mi Kró­le­stwa. Nie dała rady. Am­bi­cja i wiecz­ne si­le­nie się na od­mien­ność wobec in­nych elfów spro­wa­dzi­ło ją do mo­men­tu, gdzie naj­wy­raź­niej nawet upio­ry lasu prze­wi­dy­wa­ły, jak się za­cho­wa. Była tu na proś­bę opę­ta­ne­go am­ba­sa­do­ra oraz Pro­ku­ra­to­ra Ge­ne­ral­ne­go tylko ze wzglę­du na swoje poprzednie nie­po­wo­dze­nia.

I naj­wyż­szy czas, by prze­sta­ło mi to prze­szka­dzać.

– Je­steś nie­za­leż­ną śled­czą. Sffo­je śledz­tffo uffa­żam za skoń­czo­ne, a spra­ffę za roz­ffią­za­ną – po­wie­dzia­ła szorst­ko, ukło­ni­ła się prze­sad­nie i od­wró­ci­ła, nie słu­cha­jąc wy­krzy­ki­wa­nych po­gró­żek Tylis.

Idąc ciem­nym ko­ry­ta­rzem, zo­ba­czy­ła prze­my­ka­ją­cy mały cień.

– Urti! – syk­nę­ła, a kształt się za­trzy­mał. – Prze­każ ffszyst­kim zffie­rzę­tom, by na­tych­miast ucie­ka­ły z dffo­ru. Naj­po­tęż­niej­si el­fic­cy cza­ro­dzie­je nie będą po­trzeb­ni.

Od­po­wie­dzia­ła jej cisza, choć miała wra­że­nie, że pu­cha­ty kształt po­ki­wał twier­dzą­co głową. Potem sko­ka­mi od­da­lił się w głąb ko­ry­ta­rza.

Zatem wszyst­ko z głowy. Spra­wa, ka­rie­ra i życie Fryss, Star­szej De­tek­tyw Kró­lew­skiej.

Wy­cho­dzi­ła z dworu, ro­biąc jedną rzecz, która od utra­ty zębów wy­cho­dzi­ła jej znacz­nie le­piej – gwiż­dżąc. We­so­ła me­lo­dia pio­sen­ki z księ­ży­co­we­go fe­sty­nu ci­chut­ko ula­ty­wa­ła w prze­strzeń nocy.

Gdzieś z wnę­trza dworu roz­legł się roz­pacz­li­wy krzyk Tylis. Fryss nawet się nie za­trzy­ma­ła.

***

– Może i nie­wie­le w nich mocy, ale są sma­ko­wi­te, te el­fic­kie du­szycz­ki!

– A gdzie Świsz­czą­ca De­tek­tyw?

– Opu­ści­ła dwór.

– I na pewno nam nie za­szko­dzi?

– Da nam czas. Naj­pierw ją osą­dzą, potem do­pie­ro za­czną się za­sta­na­wiać nad Ja­skół­czym Dwo­rem. A jeśli po­rzu­ci spra­wę, to tym le­piej.

– Ona wcale nie od­cho­dzi.

– Co?

– Prze­szła do­oko­ła i za­sta­wi­ła blo­ka­dą wschod­nie i za­chod­nie drzwi.

– Za­sta­wia teraz głów­ne.

– Po co ona… Prze­cież… Nie! Nie! Nie zdą­ży­my uciec z mir­ti­sa­mi!

– Nieee!

– Nie­eeeee!

***

Ogrod­nik miał rację. Cały dwór mógł za­pa­lić się dość szyb­ko. Pło­mie­nie wdzięcz­nie tań­czy­ły wzdłuż pną­czy i blusz­czy, bez trudu sta­wia­jąc w ogniu ze­wnętrz­ne ścia­ny. Wnę­trze było bar­dziej od­por­ne, jed­nak wkrót­ce i ono zo­sta­ło za­pro­szo­ne do de­struk­cyj­ne­go pląsu, za wcze­śniej­szym oka­dze­niem tru­ją­cym dymem. Nikt nie wy­do­stał się z bu­dyn­ku, za­klę­cia za­bez­pie­cza­ją­ce były wy­trzy­ma­łe i kar­mi­ły się siłą ognia.

Fryss długo wpa­try­wa­ła się w wi­do­wi­sko­we pło­mie­nie, które w zu­peł­no­ści roz­go­ni­ły mrok nocy. Cały dwór wy­glą­dał jak prze­nie­sio­ny do in­ne­go, ogni­ste­go świa­ta, w któ­rym nikt, nawet duch, nie ma przy­szło­ści.

U stóp Fryss le­ża­ła kupka fio­le­to­wych wło­sów. Ścię­ła nożem ostat­nie kilka kępek z głowy, do­rzu­ca­jąc do po­zo­sta­łych, a na­stęp­nie wszyst­kie po­trak­to­wa­ła ogniem i star­ła stopą na proch. Z lekką obawą po­kle­pa­ła się po ogo­lo­nej czasz­ce i za­cią­gnę­ła kap­tur.

Urti” to od­po­wied­nio dziw­ne imię, by za­cząć z nim od nowa.

Drze­wa, mię­dzy które ode­szła, mogły sły­szeć cicho gwiz­da­ną, we­so­łą me­lo­dię o tańcu w świe­tle księ­ży­ca.

Koniec

Komentarze

Witam ponownie, bardzo dziękuję za zaproszenie i betę. :)

Powtórzę moją opinię po pierwszym czytaniu:

Taki dość upiorny ten tekst. :) Zaskakujące zachowanie świszczącej bohaterki i całe zakończenie. ;) W sumie widać, jak niecny miała plan i jak bardzo nienawidziła „szefowej”. :) Zemsta jest słodka. :)

Wstawki kursywą długo były niezrozumiałe, potem jednak wywnioskowałam, o-co-cho i jak znakomicie służą podrasowaniu klimatu opka, brawa! :)

Kliczek, pozdrawiam serdecznie. ;)

Pecunia non olet

Hej, no nie wiem co napisać. Spodziewałem się śledztwa, a śledztwo rozwiązało się same. Jestem trochę rozczarowany takim obrotem sprawy. Do tego są zaklęcia, które działają jak moc w Gwiezdnych Wojnach – wtedy gdy to pasuje dla fabuły, bez tłumaczenia i choćby próby pokazania – jak to działa. Na plus sprzeczki między śledczymi, te pojedynki słowem fajnie budują charaktery postaci:). Mimo, że jestem rozczarowany finałem, to czytało się dobrze, więc klikam i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

bruce

serdecznie dziękuję! Tekst nie jest łatwy w odbiorze, ale cieszę się, że finalnie wyszedł jako tako i duża w tym Twoja zasługa. Jak zawsze, Twoja beta to zaszczyt.

 

Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

 

bardzie,

w pełni rozumiem Twoją opinię, bo wyraża moje wszystkie obawy co do wad tekstu. Jakiś okazał się trudny, trochę do napisania, a trochę w odbiorze, mimo to zdecydowałem się nim podzielić.

Zgodziłem się nawet z Tobą a priori, pisząc, że tekst “udaje kryminał”.

Co do zaklęć i innych elementów uniwersum – świat oczywiście jest większy, a możliwości jego pokazania w krótkich opowiadaniach ograniczone. Staram się w różnych tekstach pokazywać wybrane kawałki (choć zapewne wielu osobom udałoby się w 30 tys. znakach zrobić to lepiej). Tutaj chciałem się skupić na głównej bohaterce oraz odróżnić elfów od mirtisów. Magia według elfów na pewno wjedzie na rozkład w przyszłości i zostanie odgwiezdnowojniona :)

 

A niewiele jest przyjemniejszych rzeczy niż klik po krytycznej opinii. Jest to wiarygodny, mocny klik i bardzo mnie on cieszy.

 

Pozdrawiam!

Cóż, ilu Czytających, tyle opinii… :)

Moim skromnym zdaniem śledztwo bynajmniej nie rozwiązało się samo, podczas czytania ciągle byłam zaskakiwana (na plus) nagłymi zwrotami akcji, natknęłam się na sporo tajemniczości oraz niedomówień, doskonale budujących klimat, zaś wnikliwość i upór śledczych (szczególnie Fryss) doprowadziły do rozwiązania tak zawiłej sprawy. :)

Pozdrawiam Was! heart

Pecunia non olet

Komentarz pobetowy.

 

O błędach już wspominałam podczas bety, więc teraz wymienię same zalety.

 

Urzekły mnie opisy zarówno wnętrza, jak i ogrodu Dworu, zaskakujący twist, wyróżnienie głównej bohaterki w ciekawy sposób (za pomocą wady wymowy i fioletowych włosów). Ogólnie to opowiadanie moim zdaniem wypada barwnie i kolorowo w porównaniu do większości opowiadań na Portalu. Z tych powodów zasługuje na klika do Biblioteki.

 

Pozdrawiam heart

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Cześć,

podoba mi się.

Fajna historia kryminalna osadzona w świecie fantasy.

Dobrze wykreowałeś postać świszczącej detektyw z wadą wymowy.

Pozdroklik,

rr

Masz tu bardzo sprawny, „baśniowo-śledczy” opener i równie sprawny finał: od pierwszego akapitu czuję, że to nie będzie klasyczne high-fantasy o bohaterach, tylko przypowieść o instytucjach, reputacji i o tym, jak łatwo „harmonia” staje się parawanem dla czegoś żerującego. Najlepiej działa Fryss – jej wada wymowy i autoironia są nie tylko ozdobą, ale mechanizmem obronnym postaci; do tego te przerywniki „chóru” (upiory) dobrze podkręcają paranoję i sugerują, że ktoś tu od początku gra detektywką jak pionkiem. I świat jest konsekwentny: mirtisi jako „negocjatorzy natury”, elfy jako „probówka i wykres”, a między nimi śledztwo, które rozpada się logicznie, zanim zacznie się rozpadać psychicznie.

 

Tam, gdzie tekst traci trochę ostrość, to środkowa partia: długo kręcisz w miejscu w ramach „nie ma poszlak”, przez co czytelnik dostaje więcej atmosfery niż postępu i zaczyna ufać, że rozwiązanie będzie z zewnątrz – i faktycznie wchodzi Urti z ekspozycją. To nie zabija opowiadania (bo finał z podpaleniem jest pięknie bezlitosny i bardzo „czytelniczo satysfakcjonujący”), ale robi z detektywki bardziej tragedię o kozłach ofiarnych niż śledztwo, które wykluwa się z obserwacji. Gdybyś chciał zachować wszystko jak jest, to i tak działa, tylko pamiętaj: najmocniejsze w tym tekście nie jest „kto zabił”, tylko co Fryss robi, kiedy już rozumie, że prawda jej nic nie da :)

 

Ale mimo to bardzo mi się podoba:) I dałbym punkcik, ale niestety nie dostąpiłem jeszcze tego zaszczytu. 

Melendur88

Witajcie,

Moim skromnym zdaniem śledztwo bynajmniej nie rozwiązało się samo, podczas czytania ciągle byłam zaskakiwana (na plus) nagłymi zwrotami akcji, natknęłam się na sporo tajemniczości oraz niedomówień, doskonale budujących klimat, zaś wnikliwość i upór śledczych (szczególnie Fryss) doprowadziły do rozwiązania tak zawiłej sprawy. :)

Miło mi to słyszeć bruce. Kryminał wypada tu jako tło do wizerunku postaci, bo Fryss rozwiązując sprawę niejako rozwiązuje samą siebie. Ale tym lepiej, że troszkę trzymał w napięciu. Klimat, to coś na czym bardzo mi zależy w tekstach. Wydaje mi się, że opowiadanie może mieć wiele wad, ale gdy jest klimatyczne, to i tak czyta się je nieźle.

Dzięki jeszcze raz! laugh

 

Holly,

O błędach już wspominałam podczas bety, więc teraz wymienię same zalety.

Beta to zawsze sprytny ruch, betujący krytykę zostawiają niejawną, a pochwały dla publiczności laugh

Big Brain GIFs | Tenor

 

Ogólnie to opowiadanie moim zdaniem wypada barwnie i kolorowo w porównaniu do większości opowiadań na Portalu.

To bardzo duży komplement i właściwie nie wiem, czy zasłużony. Niemniej, autor bywa najgorszym sędzią własnych tekstów. Osiągnięta odróżnialność to zapewne odrobinę zasługa osadzenia w uniwersum oraz w dużej mierze Twoja i bruce :)

 

Bardzo Ci dziękuję za betę, opinię i tak w ogóle!

 

Robercie,

dziękuję, że wpadłeś, fajno :)

Fajna historia kryminalna osadzona w świecie fantasy.

Właśnie nie takie to częste, nie? Aż byłem zaskoczony. Wątki kryminalne bywają, owszem, ale żeby detektyw był bohaterem itp. to rzadsze.

Pozdroklik

Dziękuję! Jakie fajne powiedzonko. Własne, czy pożyczone? laugh

Własne cheekylaugh

O i witaj Melendurze! 

(dobrze odmieniłem? Kurka, nie zawsze silenie się na wołacz to dobre rozwiązanie laugh)

Chyba się jakoś przecięliśmy komentarzowo, bo Twojego nie widziałem jeszcze przed chwilką, zatem dostaniesz osobą odpowiedź.

 

Dziękuję za szczegółową prezentację swoich odczuć – to bardzo cenne, aż się odniosę, a co.

 

Masz tu bardzo sprawny, „baśniowo-śledczy” opener i równie sprawny finał: od pierwszego akapitu czuję, że to nie będzie klasyczne high-fantasy o bohaterach, tylko przypowieść o instytucjach, reputacji i o tym, jak łatwo „harmonia” staje się parawanem dla czegoś żerującego.

W oryginale uniwersum było high fantasy, ale dojrzewało razem ze mną i się odhighowało laugh. Tutaj nie wpadam w dark przynajmniej.

do tego te przerywniki „chóru” (upiory) dobrze podkręcają paranoję i sugerują, że ktoś tu od początku gra detektywką jak pionkiem. I świat jest konsekwentny: mirtisi jako „negocjatorzy natury”, elfy jako „probówka i wykres”, a między nimi śledztwo, które rozpada się logicznie, zanim zacznie się rozpadać psychicznie.

Amen. Czy też 

Saudi Aramco obniżyło cenę Arab Light OSP na kwiecień do Azji o 40 centów. Cena jest teraz o 3,50 USD/b wyższa od średniej cen Oman i Dubai".

Tam, gdzie tekst traci trochę ostrość, to środkowa partia: długo kręcisz w miejscu w ramach „nie ma poszlak”, przez co czytelnik dostaje więcej atmosfery niż postępu i zaczyna ufać, że rozwiązanie będzie z zewnątrz – i faktycznie wchodzi Urti z ekspozycją. To nie zabija opowiadania (bo finał z podpaleniem jest pięknie bezlitosny i bardzo „czytelniczo satysfakcjonujący”), ale robi z detektywki bardziej tragedię o kozłach ofiarnych niż śledztwo, które wykluwa się z obserwacji. Gdybyś chciał zachować wszystko jak jest, to i tak działa, tylko pamiętaj: najmocniejsze w tym tekście nie jest „kto zabił”, tylko co Fryss robi, kiedy już rozumie, że prawda jej nic nie da :)

Może nie będę odpowiadał szczegółowo, bo wyszedłby mi esej, ale to bardzo trafna diagnoza, poparta przyjemną dla mnie oceną. Rozwiązaniem śledztwa jest tutaj nie tylko odkrycie zagadki, ale sprawczość – powstrzymanie morderców. Dlatego jej działanie ostatecznie to zamyka, a nie moment oświecenia lub logicznej dedukcji. Nie bez powodu jest tu też akurat Prokuratura – jako prowadząca śledztwo ale też aktywny uczestnik procesu ścigania.

Ale mimo to bardzo mi się podoba:) I dałbym punkcik, ale niestety nie dostąpiłem jeszcze tego zaszczytu.

Dziękuję bardzo! I życzę szybkiego dobicia do progu, wielu klików otrzymywanych i dawanych!

Robercie, to powiedzonka gratuluję, bo jest wspaniałe i ma pełne podstawy stać się klasykiem Portalowym laugh

 

"klasyk portalowy" jak to dumnie brzmi laugh

Ot, zwykłe połączenie pozdrawiam i klikam, ale miło mi, że się podoba. 

Już kilka razy wcześniej go użyłem.

Jeśli powiedzinko ci pasuje, to: patent na użycie ogólnodostępny yes

Witam.

Do tego opowiadania, przyciągnął mnie tytuł. I bardzo dobrze, bo jest to historia naprawdę dobrze napisana, taka trochę słodko – mroczna. Choć na mój gust bardziej słodka, niż mroczna.

Opisy są mięsiste i mega soczyste, aż chce się w nie wgryźć. Brakowało mi tylko opisu wyglądu naszych trzech elfich detektywów ale być może umknął mi, bo jeszcze z rana zaczęłam czytać, przed pracą, więc to możliwe.

Dialogi, super. Żywe, bardzo fajnie nakreślają charakter postaci i dynamikę opowiadania. Jest dobrze budowane napięcie, które z każdym wypowiadanym zdaniem jest coraz większe. 

Co mnie najbardziej zaskoczyło to wiewiórka, która mówi. Sama nawet nie wiem dlaczego.

Co do samego zakończenia, to mam wrażenie, że jest pisane tak…naprędce. Wszystko ładnie rozbudowane, a koniec taki sobie. Wszystko zmierzało w kierunku wielkiej bomby, a tu nic. 

Rozumiem, że spalenie wszystkiego i upozorowanie własnej śmierci było konieczne, i to jedyna słuszna decyzja ale brakuje mi tu emocji. Zginęły tam jej dwie koleżanki, coś się dla niej skończyło, a Fryss jedyne co robi, to odchodzi pogwizdując. 

 

 

 

Robercie, a postaram się użyć, jak pozwalasz! laugh

CZARNA2, bardzo fajnie, że wpadłaś!

Do tego opowiadania, przyciągnął mnie tytuł. I bardzo dobrze, bo jest to historia naprawdę dobrze napisana, taka trochę słodko – mroczna. Choć na mój gust bardziej słodka, niż mroczna.

Ciekawe o tyle, że nie uważam tego za bardzo dobry tytuł, ale to może kwestia tego, że lubię, gdy już sam tytuł daje jakieś odesłanie intertekstualne, dla ewentualnej interpretacji. 

Akurat się napisało bardziej czyste fantasy, przeważnie mocniej wybrzmiewa mi dark fantasy.

Opisy są mięsiste i mega soczyste, aż chce się w nie wgryźć. Brakowało mi tylko opisu wyglądu naszych trzech elfich detektywów ale być może umknął mi, bo jeszcze z rana zaczęłam czytać, przed pracą, więc to możliwe.

Absolutnie nie umknął. Faktycznie Fryss zasłużyła na opis wyglądu w tym tekście, za licho tylko nie wiedziałem, gdzie go wsadzić. Nie pasowała mi jakaś typowa “scena przed lustrem”.

Co mnie najbardziej zaskoczyło to wiewiórka, która mówi. Sama nawet nie wiem dlaczego.

Cóż… Wiewiórka to nie jest jakoś ograne literacko zwierzę, może stąd. A taki potencjał w tym stworzonku laugh

Rycerski wiewiór – Joe Monster

Co do samego zakończenia, to mam wrażenie, że jest pisane tak…naprędce. Wszystko ładnie rozbudowane, a koniec taki sobie. Wszystko zmierzało w kierunku wielkiej bomby, a tu nic. 

Rozumiem, że spalenie wszystkiego i upozorowanie własnej śmierci było konieczne, i to jedyna słuszna decyzja ale brakuje mi tu emocji. Zginęły tam jej dwie koleżanki, coś się dla niej skończyło, a Fryss jedyne co robi, to odchodzi pogwizdując. 

Rozumiem Twoje wątpliwości. Naprędce nie było pisane, ale za to zakończeń były z cztery. Chyba cierpi przede wszystkim na niekryminalnym finale – następuje nagle koncentracja na bohaterce, nie na intrydze, która wcześniej jest rozwijana.

Co do braku emocji Fryss, ona jest nihilistką, nie ma być tą dobrą bohaterką, która nie sprawi Czytelnikowi wątpliwości moralnych. Naturalnie, granica między postacią bez wyrazu, a udanie zarysowanym nihilistą jest cienka laugh

 

Dziękuję za komplementy i szerokie podzielenie się swoją opinią, to cenne! Krytykę zapamiętam przy pisaniu następnych tekstów.

 

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka