- Opowiadanie: Mr Pisadelek - Słuchowiska

Słuchowiska

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Słuchowiska

Czy gdyby odpowiedź unosiła się na wietrze, jak wielu z nas by się zatrzymało, aby jej posłuchać?

To samo pytanie zadawał sobie Nauch, kiedy przystępował do uruchamiania kolejnej maszyny. Gdyby wiatraki na dachu jego budynku miały oczy, przewróciłyby nimi przez zażenowanie. A gdyby miały też usta, westchnęłyby żałośnie:

Znowu to samo”.

Lecz nieme i niewidome nie miały prawa się sprzeciwiać, gdy siła wiatru ponownie pchnęła je w ruch. Kręcące się urządzenia przechwytywały nadawany przekaz do szczelnie zamkniętych rur. Następnie przechwycona nie-materia wpadała na coś, co fachowo nazywało się „przesiewnik” i oddzielało szumy od skarbów, jakie się między nimi kryły. Po tym zabiegu, szum uchodził boczną wypustnicą a pozostała reszta ze złapanego wiatru, uderzała do „podmuchomównika” aby wydać z siebie brzmienie zakodowanej wiadomości.

Nauch stanął tuż przy ustrojstwie, przygotowany na najcichszy nawet dźwięk. Wszystkie muchy w jego domu zostały wyłapane, przedmioty unieruchomione, by żadnemu z nich nie przyśniło się upaść na podłogę i zakłócić przekaz maszyny. Okna miał zatrzaśnięte, ściany wygłuszone. Już tylko złośliwość świata była w stanie mu przeszkodzić, posyłając piorun prosto w dach budynku.

Taka okropność się oczywiście nie wydarzyła. Ale jak to w życiu bywa, pojawił się inny powód do rozczarowania. Otóż z „podmuchomównika” nie wydobył się żaden dźwięk. Zaledwie tylko podmuch, który drgnął słomianymi wąsami wynalazcy.

Nauch nie był nawet zły na brak efektu. Gniew zastąpiło mu zwyczajne rozczarowanie. Szybko się jednak uspokoił. Przecież nie było powodów do nerwów. Skoro i ten wynalazek nie działa, to wystarczy sprawdzić „podmuchomównik” i ocenić co w nim nie zadziałało. Lecz jak się tak chwilę zastanowił, to mogła być również sprawka „przesiewnika”. Mógł zwyczajnie dokonać błędnego podziału nie-materii. Choć jak tak teraz o tym pomyślał, wiatraki również mogły coś źle przechwycić. Co jeżeli się zbuntowały i pomimo braku ust oraz oczu, zasygnalizowały swój protest?

– No nic. Będę musiał sprawdzić wszystko. – Zakomunikował sam sobie, po czym przystąpił do powolnego, przytłaczającego, demontażu.

 

***

Wyjątkowo mu się poszczęściło, ponieważ rozebranie, obejrzenie i ponowne złożenie całego mechanizmu, zajęło mu jedynie osiemnaście godzin. Był to stosunkowo szybki czas na wykonanie wszystkich tych czynności. Być może dlatego, że miał już w tym wszystkim wprawę.

Jak się okazało, nie był to „przesiewnik”, nad którym ślęczał od wieczora do nocy, ani wiatraki, które oglądał od południa do wieczora. Powodem zmartwień było to, co sprawdził jako pierwsze (zajęło mu to od poranka do południa). Problemem mechanizmu, okazał się być „podmuchomównik”. Więc właściwie rozbieranie całej reszty mechanizmu było niepotrzebne, jednak Nauch zawsze wolał się upewnić, że dowie się o każdej istniejącej niedogodności.

Zatem pozostaje odpowiedzieć na pytanie, które zapewne zaprząta twoją głowę, mój Drogi Czytelniku: „Dlaczego podmuchomównik nie zadziałał”? Otóż, ja bym ci odpowiedział, że za każdą porażką kryje się nauka, która buduje nasze przyszłe sukcesy. Ale Nauch, jako specjalista i twórca tej machiny, określiłby to tak:

– Brakuje mi czegoś do odtworzenia tego dźwięku. – Znów odezwał się do samego siebie, z powodu braku jakiegokolwiek towarzystwa. Był jednak zbyt skromny, używając słowa „czegoś”. Jako geniusz, przeklęty był całkowitym przekonaniem i wiedzą na temat tego, CZEGO, potrzebował do poprawnego działania machiny.

Niestety na Słuchowiskach nie było możliwości pójścia do sklepu. Nauchowi nie brakowało elementu, który dałoby się wyciągnąć ze starego radia. Słowa które chciał przechwycić, musiały wydobyć się z czyjegoś gardła, albo ze strun głosowych. A takowych w swoim domu nie posiadał.

Co prawda, mógł udać się w podróż i poszukać dobrze zaopatrzonych, najlepiej zbłąkanych, duszyczek. Gdyby były wystarczająco zabłąkane, a do tego wszystkiego bezbronne, pozyskanie strun głosowych byłoby prostsze od demontażu „podmuchomównika”. Niestety, na drodze do tak łatwego rozwiązania, stała jedna, mała przeszkoda. Nauch nie był zwyrodnialcem. Powiem więcej, wąsaty wynalazca bał się przemocy. Na samą myśl, że miałby pozyskać coś tak ważnego od bezbronnej istoty, zrobiło mu się słabo.

– Co ja teraz pocznę? Nie ma w tej przeklętej krainie jakiegoś zamiennika? – Myślał głośno, klęcząc nad wybrakowanym ustrojstwem. Nie znajdując wtedy odpowiedzi, poskładał je z powrotem i przystąpił do oceny pozostałych elementów. Jak doskonale wiesz, z nimi było już wszystko w porządku.

 

***

Gdy „przesiewnik” został sprawdzony, z pozytywnym rezultatem, Nauch przysiadł do swojego biurka i wrócił myślami do ponurego rozwiązania problemu.

– Żyję w osamotnieniu i nie mam do kogo gęby otworzyć. Może użyję moich strun głosowych? – Tak się zastanawiał. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że samodzielnie wyrywanie sobie czegokolwiek było nie tylko skrajnie nieodpowiedzialne, ale i po prostu głupie.

I gdy tak rozważał. Już nie siedząc, a spacerując z kąta w kąt. U drzwi jego domostwa rozbrzmiało głośne pukanie.

– O tej godzinie? – Wyszeptał do własnych uszu. Nie miał pojęcia czyjego przyjścia powinien się spodziewać. Rozważał zignorowanie sygnału. Może ktoś się pomylił? Zapukał nie do tego domu? Ale pukanie zabrzmiało ponownie, burząc wszelkie nadzieje Naucha na spokojną noc. Wąsacz pewnym, choć powolnym krokiem, udał się do drzwi.

– Kto tam? – Zapytał, w połowie przekręcania klamki. Przed jak i po otwarciu się drzwi, nie padły żadne słowa. U swego progu, Nauch ujrzał mężczyznę o intrygujących deformacjach cielesnych. Nie były one dla niego czymś obcym. W tych czasach, normalnym było to, że ktoś nie miał kończyn, lub miał ich wręcz za dużo. Sam Nauch miał parę gigantycznych uszu, za którymi chowała się jeszcze para mniejszych. Jednak ta istota czymś się od wszystkich innych różniła.

Jego skóra była różowa. W większości ukryta pod słomianym swetrem. O nogach nic złego powiedzieć się nie dało. Były dwie, dość podobne do siebie. Różnice zaczynały się znacznie wyżej. Tak jak jedna jego ręka wyglądała dość zwyczajnie, tak druga była przeraźliwie mała. Zupełnie jak u niemowlęcia. Nie tylko rączka wydawała się tutaj pomylona. Na męskim karku przybysza, tkwiła bowiem dziecięca główka.

Nauch przyglądał się cudakowi z zainteresowaniem. Bywali u niego różni podróżnicy, szukający schronienia na Słuchowiskach. Jednak żaden z nich, nie zaszokował go tak bardzo jak ten.

– Chcesz wejść? – Zapytał niechętnie. Wiedział, że nie ma czym gościa poczęstować.

Specyficzny jegomość nie odpowiedział, nie słowami. Zamrugał swoimi pustymi ślepiami, po czym twierdząco pokiwał malutką główką. Nauch wykonał zapraszający gest i usunął się przybyszowi z drogi, by ten mógł zagrzać miejsce w jego domu.

 

Gość błądził wzrokiem po ścianach, jakby patrzył na wystawione w galerii pejzaże. Każdy element nowego otoczenia go interesował. Naucha wprawiało to w lekki niepokój. Zazwyczaj goście przedstawiali mu cel wizyty, zanim przekroczyli próg domu. Ten tutaj tego nie uczynił, nawet po znalezieniu się pod dachem. Miał głowę dziecka, może tak jak dziecko, trzeba było go przywołać do porządku?

– Przepraszam bardzo. – Odezwał się donośnie, co zwróciło uwagę przybysza. – Jaki jest cel twojej wizyty? Chcesz spać? Jeść? – Ani pierwsza ani druga propozycja nie spotkała się z potwierdzeniem ze strony dzieckogłowego. Natomiast użył on swojej normalnej, oraz malutkiej rączki, by gestami pokazać, że coś pisze.

– Niemowa. – Wyszeptał do siebie gospodarz, kiwając przy tym głową. Nie pamiętał, czy ma w domostwie jakiekolwiek przedmioty do pisania. Wszystkie plany swoich maszyn miał w głowie. Nigdy nie musiał ich zapisywać. Zdążył już zaprosić nieznajomego do stołu i zaparzyć dlań herbatę, gdy nagle go olśniło.

Dwa lata temu, niewielka grupa wędrujących, zajrzała do jego domu. Spędzili tam parę nocy. Była z nimi taka mała, z jednym wyłupiastym okiem. Nosiła ze sobą takie kolorowe patyki, którymi smarowała coś na papierze. O ile dobrze pamiętał, kilku nie wzięła i od dwóch lat tkwiły, w którejś z szuflad jego biurka.

Natychmiast zanurkował między sterty niepotrzebnych gratów. Całkiem sprawie udało mu wygrzebać zielony, pomarańczowy, niebieski oraz różowy patyczek. Choć ten ostatni był niestety połamany. Wszystkie cztery położył na stole przed swoim gościem.

– Wiesz jak z tego korzystać? – Zapytał na co mała główka kiwnęła z aprobatą. – Świetnie, świetnie. Napisz proszę, jak cię zwą? – Różowy ludek chwycił darowany mu przedmiot, po czym zaczął coś kreślić na blacie stołu. Były to trzy litery: „RDŁ”.

– Nazywasz się ER DE EŁ? – Upewnił się, zaskoczony nietypowym imieniem. Lecz nieznajomy ponownie potwierdził wszystko drobnym skinieniem. – No dobrze, to może zdradź mi, jak znalazłeś mój dom i czego potrzebujesz? – Na stole zaczęły pojawiać się kolejne wzory. Lecz tym razem nie były to litery, a obrazki.

Erdeł narysował siebie, co dało się poznać po różowym kolorze. Nauch chwilę się zastanawiał nad resztą rysunku. Po zarządzeniu dorysowania kilku dodatkowych elementów, wynalazca poznał swój dom. Według widocznego szkicu, do budynku miał go zaprowadzić dziwny, niebieski zygzak. Raz to wzlatywał, raz opadał na ziemię. Wreszcie, wpadał w coś, co przymocowane było do dachu budynku.

– Coś ty tu nabazgrał. – Westchnął z zamyśleniem, nachylając się nad stołem. Zdołał wypić dwie wystygnięte herbaty, zanim z jego ust padły w końcu słowa: – Chwila! To przecież mój wiatrak!

Od tej pory malowidło Erdeła zaczynało nabierać sensu. Zygzaki nie były byle tam bazgrołami. Oznaczały dokładnie to, co Nauch starał się pozyskać dzięki maszynie.

– Czy ty też słyszałeś te głosy, zaplątane we wietrze? – Erdeł w odpowiedzi potrząsnął główką, w sposób uznawany za przyznawanie racji. Z każdą chwilą, łączyła go coraz większa więź z nieznajomym. Co prawda, nie miewał wielu gości. Jednak przez lata, nikt mu wcześniej nie opowiadał o głosach. Zaczął z czasem rozważać, czy zasłyszane przez niego hasła, nie były jedynie efektem postępującego w nim szaleństwa. A oto nareszcie był on. Niezdolny do opowiedzenia o tym komukolwiek. Mimo to, żywy, nauszny świadek tego, że nazywanie tych pól „Słuchowiskami” kryje za sobą jakiś sensowny powód.

Zainspirowany tą, wspólnotą doświadczeń, samotny nasłuchiwacz podzielił się opowieścią o swojej machinie. Erdeł chłonął tą wiedzę, z dziecięcą ciekawością, która wymalowała się na jego różowiutkiej twarzy. Jak wyraził gestami i kolejną dawką kolorowych obrazków, sam chciał zrozumieć znaczenie wędrujących z wiatrem słów.

Dowód tej ciekawości, wyraził po poznaniu brakującego elementu maszyny do deszyfracji wiatru. Ku ogromnemu zdziwieniu Naucha, jego gość był gotowy oddać własne struny głosowe. Wynalazca oczywiście od razu się sprzeciwił. Oczywiście widział dobre strony tego rozwiązania. Lecz jego troska o chłopaka, który przekroczył próg jego domu, nie pozwoliła mu na poważne rozważanie takiego wyjścia.

Po tej sprzeczce, podczas której słowa padały tylko z jednej strony, Nauch zamyślił się na moment:

– Czemu ty właściwie nie możesz mówić? – Następnie, za zgodą Erdeła, przystąpił do oceny i obserwacji jego aparatu mowy. Miał nadzieję, że zobaczenie uszkodzonych strun głosowych całkowicie zniechęci ich obu do podjęcia ryzyka. Wtedy jednak na światło wyjrzała dość dziwna prawda. Otóż struny głosowe Różowego Dziecięcego Łba, były w doskonałym stanie. Problemem okazał się brak umiejętności, które powinny zostać nabyte już jakiś czas temu. Milczenie Erdeła nie było spowodowane kolejną mutacją, a zaniedbaniem ze strony tych, którzy powinni o niego zadbać.

 

Poznanie tej prawdy, rozbiło myślenie Naucha na dwie części. Jedna dostrzegała narzędzie zachowane w idealnym stanie, wręcz nieużywane. Właścicielowi jego brak nie zrobi żadnej różnicy. Natomiast druga część, zbudowana była na świadomości, że umiejętność mowy może kiedyś zostać przez niego nabyta.

Nauch mógł oszukać niedoświadczonego przybysza, aby pozyskać jego nietknięty skarb. Lecz nie takim człowiekiem był. Od razu uświadomił Erdeła, że istnieje cień szansy na to, aby kiedyś przemówił.

Erdeła zbytnio nie ucieszyła ta wiadomość. Musiał czekać na cud, który mógł się nawet nigdy nie wydarzyć. Tymczasem potrzebowali takiego rozwiązania, w tym momencie. Oboje zasępili się nad dalszymi losami machiny. Wypite musiały zostać trzy herbaty, aby wynalazca o czymś sobie przypomniał.

Dumny był ze swej własnej wiedzy, aż zdał sobie sprawę, iż był to pomysł szalony, niebezpieczny, a co gorsza niemoralny. Nie chciał go nawet Erdełowi zdradzać. Lecz gość zdołał już się, tym nagłym objawieniem, zainteresować. Nie pozwolił Nauchowi utajać kolejnego rozwiązania, być może ostatniego jakie im zostało.

– Jeśli wierzyć opowieścią nomadów, na Szczękawiskach ukryte są głosy tych którzy już stamtąd nie wrócili. Ale pójście tam jest nie do wykonania. – Wydukał niechętnie. Szczególnie tym ostatnim zdaniem, chciał zdusić temat i nigdy do niego nie wracać. Lecz Erdeł, bez żadnych słów, brnął dalej.

– Nie możemy się tak narażać. – Ale chłopak brnął dalej.

– Sam? W życiu cię nie puszczę samego! – Ale chłopak nadal brnął.

– To sześć mieltrów stąd! Podróż w pierwszą stronę, zajmie ci dobre dwa lata! – Tłumaczył mu ale i ten argument nie przekonał wędrowca do zmiany zdania.

– Masz chociaż coś, co pozwoli ci się obronić? – Zapytał go wreszcie, chcąc udowodnić jak szalony i głupi był to pomysł. Był niemal pewien, że temat się zakończył. Lecz, jak zawsze, do tej pory, Erdeł odpowiedział bezsłownie. A zrobił to nie kwaśną miną, nie walnięciem pięścią w stół. Niespodziewanie wydobył ze swej torby błyszczący, jasny miecz. Widok broni odebrał Nauchowi mowę. Wpatrywał się w nią jak w gwiazdę. Minęła dobra chwila, zanim zachwyt i podziw zamienił się w podejrzliwość i zbulwersowanie:

– Chwila. Wpuściłem cię z tym do mojego domu?

 

***

Następnego ranka, Różowy Dziecięcy Łeb, był już przygotowany do długiej podróży. Cienką, ledwo zauważalną torbę, zamienił na plecak. Nauch zadbał o to, by nie zabrakło w nim jedzenia. Dorzucił tam również papier oraz kolorowe kamyki do komunikowania się z innymi. Do ostatniej chwili, wynalazca nie wiedział czy postępuje dobrze. Natomiast Erdeł nie wahał się przez moment. Wiedział, że to jest zadanie które chce i powinien wykonać. Ruszył.

Domostwo Naucha rozmyło się gdzieś w oddali. Przed pustymi ślepiami wędrowca znów otworzyła się bezkresna przestrzeń Słuchowisk. Przy każdym podmuchu wiatru, cichy głosik sączył coś do jego uszu. Towarzyszący temu szum, uniemożliwił ich zrozumienie. Erdeła pocieszała myśl, że kiedyś będzie mógł wreszcie poznać ich znaczenie. Motywowany tą myślą, wędrował dalej.

Pierwszy rok podróży był spokojny, zbyt spokojny. Nie spotkał na Słuchowiskach ani jednej żywej duszy. Zdarzało mu się, że widział coś, lub kogoś w oddali. Gonił wtedy za nieznanym. Chciał usłyszeć choć jedno słowo, które byłby w stanie zrozumieć. Niestety nigdy do nikogo nie dotarł. Minął rok, a on był zaledwie w połowie drogi na Szczękawiska.

 

***

Drugi rok jego podróży przyniósł mu większe ukojenie. Urozmaiceniem jakie napotkał, okazali się nomadzi. Ugrupowania wędrujących ludzi, którzy to nie mogli znaleźć na świecie swojego miejsca. Jako dziwadło, które również nie mogło nazwać żadnego miejsca domem, poczuł z nimi więź. Niestety oni tego postrzegania nie odwzajemniali.

W ich oczach, Erdeł był widmem. Zbiorową halucynacją. Nikt nie chciał uwierzyć, że ten niemy mutant mógł istnieć naprawdę. Trzymali się więc od niego z daleka, starali ignorować. On był zmęczony samotnością. Lgnął do nich. Słuchał tego co mówią. Niemalże zawsze były to wyzwiska, które miały go odstraszyć. Jednakże on wciąż się wsłuchiwał. Czasem te słowa raniły go tak, że łzy napływały do jego pustych oczu. Ale nawet to było dla niego lepsze od ciszy. Od szeptów, których nigdy nie mógł rozszyfrować.

Zmieniło się to piętnastego miesiąca jego wędrówki. Napotkał kolejnych nomadów, wędrujących z jednego krańca świata na drugi. Oni również nie byli mu przychylni. Woleli trzymać swoje krótkie nogi, nosy i nerki z dala od jego małej głowy i rączki. Tyle, że nie tylko jego starali się unikać. Za tym zgromadzeniem kroczyła jeszcze inna istota. Ona, choć podobna do nich w swej inności, im wydawała się innejsza.

Była to młoda dziewczynka. Ale rysy twarzy miała dorosłe. Jej rączki były malutkie, jak na dziewczęce rączki przystało. Jednakże jej nogi, były wyższe od niejednego dorosłego mężczyzny. Jej sylwetka widniała wysoko nad tłumem nomadów, niczym sztandar niesiony nad armią. Niestety, w przeciwieństwie do tak ważnego, cenionego symbolu, przed nią wszyscy uciekali.

Erdełowi od razu wydała się bliska w swej dziwności. Ona zauważyła go później, gdy jej kolejna próba nawiązania kontaktu skończyła się niepowodzeniem. Co go ogromnie zdziwiło, nie spojrzała na niego ze wstrętem, zaskoczeniem. Sposób, w jaki na niego patrzyła, nie różnił się niczym od tego, w jaki spoglądała na wszystkich innych. Może pogodziła się już z myślą, że nikt nie mógł być dziwniejszy od niej.

Zbliżyła się do niego dwoma krokami, co dla krótkonogich wymagałoby kroków czterech. Pochyliła się nad wędrowcem i przemówiła cienkim, łagodnym głosem:

– Mogę zająć ci chwilę? Widzę, że stoisz w miejscu, zamiast maszerować naprzód. Czyżbyś chciał odpocząć? Może umilę ci postój krótką rozmową? Wiem, że zapewne wolisz pomówić z kimś ze swoich. Ale ja nie mam z kim porozmawiać. Czy mogę cię prosić o chwilę rozmowy? Obiecuję, że do następnego rana zniknę nękać kogoś innego. Ty będziesz mógł wtedy rozmawiać z kimś normalnym.

Z trudem powstrzymała się od kolejnych słów. Musiała nakryć swoje usta rękoma, by przerwać słowotok. Nastała między nimi głucha cisza. Erdeł wbił w nią swoje spojrzenie. Choć brakło w nim źrenic i kolorów, emanowały fascynacją. Tylko dzięki temu spojrzeniu, nieznajoma nie odeszła. Zdusiła w sobie ekscytację, aby i jego nie odstraszyć. Jednakże słowa wylały się z niej niczym górski strumień. Mówiła trochę za szybko, trochę za dużo. Ale jej nowy towarzysz był tym dźwiękiem zachwycony. Gdy przerywała swój wywód, on spoglądał na nią z żalem, domagając się dalszej opowieści. Od tej pory, dalszą wędrówkę przebyli wspólnie.

 

***

Juchyta. Tak ją nazwali i takie też imię sobie przyjęła. Wzięło się ono od jej włosów, które były w kolorze juchy.

– Raz nawet próbowałam je ściąć. Niestety, odrosły mi z powrotem. Mocniejsze niż kiedykolwiek. – Opowiedziała mu jednej nocy. – Inni uciekają na ich widok. Czy ciebie one przerażają? – Chłopak pokręcił przecząco głową. Ta reakcja spotkała się z jej uśmiechem, który szybko przerodził się w przygnębienie.

– Nie mogę się doczekać, aż ty będziesz mógł mi coś opowiedzieć. . – Jednak Erdeł, na swój niemy sposób, dawał jej do zrozumienia, że nie przeszkadzają mu jej ciągłe wywody. Uwielbiał jej słuchać, a ona mu opowiadać. Niestety, dni mijały a drugi rok jego wyprawy na Szczękawiska minął znacznie szybciej, niż ten pierwszy. Już od dłuższego czasu przygotowywał rysunki, które miały jej zdradzić cel jego podróży.

Rozszyfrowywanie rysunków, wychodziło jej znacznie lepiej niż Nauchowi. Dopiero patrząc na nie, zrozumiała że jej towarzysz nie wędrował bez celu. Miał ważną misję, która niebawem miała dobiec końca. A Juchyta nie mogła być jej częścią.

– Chcesz żebym odeszła, ponieważ zmierzasz w niebezpieczne rejony? Czy nie powinnam zostać, właśnie dlatego, żeby nie zostawić cię w niebezpieczeństwie?

Żaden kolejny rysunek nie skłonił jej do zmiany zdania. Różowy Dziecięcy Łeb nie był w stanie jej odstraszyć. Strach nie mógł przełamać jej ducha przygody. Juchyta nie odeszła.

 

***

Z polnych, wietrznych pastwisk, trafili na białą pustynię. Tyle, że to nie piasek szurał pod ich stopami a zęby. Popękane, pokruszone, poczerniałe. Całe stosy siekaczy i kłów. Stopy zaczynały boleć już po kilku krokach.

Częściej napotykali tam jakieś istoty, lecz nie w tak wielkich grupach, jak na Słuchowiskach. Zwierzęta tułały się, szukając pożywienia. Nierzadko, zmuszone były do zjadania zębów spod własnych kopyt lub łap. Było to szczególnie trudne, gdyż one same nie miały swojego uzębienia. Ponadto, po całych Szczękawiskach grasowała specyficzna grupa ludzi. Każdy z nich, nie miał ani szczęki, ani prawego oka. Z agresją traktowali wszystkich, którzy nie dzielili z nimi tych braków.

Juchyta i Erdeł byli ostrożni. Skradali się przez większość dni. Kobieta, przez swoje długie nogi, musiała chodzić na czworaka. Inaczej, dałoby się ją dostrzec z daleka. Jej kolana były strasznie zdarte. Musieli przekradać się przez nieprzyjazne terytorium, aż dostrzegli w oddali, zamczysko zbudowane z zębów.

Wznosiło się ono wysoko w górę. Dobiegało z niego tysiące głosów, które trzęsły całą konstrukcją od środka. Jeśli gdzieś mieli zacząć szukać brakujących elementów „podmuchomównika” to właśnie tam.

Wkradli się do wnętrza. O dziwo, nie było ono strzeżone. Powiem nawet więcej, forteca wydawała się opuszczona. Mimo to, panował tam gwar. Głosy dobiegały zewsząd. Ze ścian, z pokoi. Nigdzie nie było nikogo, a jakby zamknąć oczy, można by poczuć, że jest tu aż nazbyt tłoczno. Te dźwięki były dla nich zagadką. Oczywiście, tylko do czasu. Wszystko stało się jasne, gdy przekroczyli wrota wielkiej sali.

Pomieszczenie to było najgłośniejsze, ze wszystkich. Było tak za sprawą tego, co wisiało na ścianach, oplatało sufit, a czasem nawet rozciągało się na całą szerokość sali, niczym pajęczyny. Były to struny głosowe. Naciągnięte do granic wytrzymałości. Coś na nich wisiało, i bujało się nad ziemią. Istota ta miała dwie pary rąk i nóg. W sumie osiem kończyn. Ciało zaplątane miał we więzadła gardłowe. Wszystkie drgały, wytwarzając przy tym rozmaite dźwięki. Setka głosów, wydobywała się z trzech paszcz, przymocowanych do jednej czaszki. Na nią, niczym dziurawa szmata, naciągnięta była twarz.

Wiele różnych głosów śpiewało, jak jeden chór. Istota przerwała swój śpiew dopiero, gdy zdała sobie sprawę z czyjejś obecności. Jej jedyne oko ujrzało, a jedyne ucho, usłyszało niskiego mężczyznę, z głową dziecka i dziewczynkę z nogami olbrzyma.

– AAANNNKLUUUZZZZ – Przedstawił się, setką różnych barw i tonacji. Następnie, natężył swoje długie ucho, aby ich usłyszeć.

– Jestem Juchyta. Pochodzę z Małego Proporca. Wędruję po Malpleńskich regionach od… – Z ust krwistowłosej padło jeszcze wiele zdań. Ankluz wsłuchiwał się w nie z cierpliwością. Nie obchodziła go sama treść tych słów, a wyłącznie ich brzmienie.

– AAA TYYYYYYYY? – Zaskrzypiał wieloma głosami, gdy kobieta już zamilkła. Pytanie to skierowane było do różowego mężczyzny o dziecięcej główce. Jak się możesz spodziewać, Drogi Czytelniku, Erdeł nie przemówił. Milczał tak jak zawsze. Juchyta chciała go oczywiście usprawiedliwić, lecz dziwaczny gospodarz już jej nie słuchał. Czekał, aż drugi przybysz odpowie na jego wezwanie.

– NIIIIEEEE POOWWIIIEEESZ? TOO BĘDZIEEESZ JĘĘĘCZEEEĆ! – Wtedy, Ankluz zeskoczył z sufitu. Krzyczał każdą ze swoich części ciała. Najmniejsze zgięcie palca, brzmiało jak jęk. Juchyta i Erdeł musieli zatkać sobie uszy. Bestia ruszyła na nich szybkim galopem. Kobieta w porę, chwyciła swojego towarzysza w obie ręce i uniosła wysoko nad głowę. Gdy Ankluz spróbował go sięgnąć, kopnęła go w twarz.

Czaszka cudem przetrwała uderzenie wielkiej stopy Juchyty. Na pewno, zakręciło mu się w głowie. Następnie, znów wciągnął się na górę i zaczął krzyczeć na swoich wrogów. Tysiące, połączonych z nim strun głosowych, zadrgało. Przybysze poczuli jak krzyczy na nich cały zamek. Ziemia pod ich stopami drgała, a uszy pękały.

Gdy stwór zmęczył już swoje trzy gardła, opuścił się ponownie i zaatakował. Erdeł zeskoczył z rąk Juchyty i chwycił do rąk długi, biały miecz. Paroma machnięciami odgonił od siebie krzykacza. Ten jednak ciągle wracał. Przybyszowi udało się go ranić, w jedną z wielu strun głosowych. Wtedy, spanikowany wdrapał się znów na sufit i tam, zastąpił zerwane więzadło innym. Ponownie krzyczał. Uszy ich paliły. Wiedzieli, że lada chwila mogą ogłuchnąć. Po kolejnej morderczej arii, Ankluz znów zeskoczył na ziemię.

Wymachiwał pazurzastymi łapskami, kłapał szczękami, próbował zaplątać Juchytę za pomocą swoich strun. Lecz małe rączki dziewczyny, dały radę je rozplątać. Ankluz warknął i raz jeszcze zaczął wdrapywać się na sufit. Jego przeciwnicy nie mogli mu na to pozwolić. Juchyta stanęła na palcach, a Erdeł wdrapał jej się na głowę i z niej skoczył na wroga. Udało mu się przeciąć parę strun, które go podtrzymywały. Kobieta mogła go wtedy chwycić i zaczęła ciągnąć, próbując całkowicie oderwać od sufitu. Przerażony stwór znów zaczął krzyczeć. Juchyta czuła jak setka donośnych głosów wydziera jej się prosto w twarz. Jej uchwyt zaczął słabnąć. Wtedy, ostatkiem sił, szarpnęła jeden ostatni raz. Szarpnięcie to było tak mocne, że zerwało część sufitu, na której zawieszony był Ankluz. Stwór opadł na ziemię, a na niego część sufitu, zbudowana z trzystu ostrych zębów.

Juchyta leżała na ziemi nieprzytomna. Erdeł przybiegł do niej i czekał aż się obudzi. Położył się na niej i nasłuchiwał bicia jej serca. Otworzyła oczy dopiero po paru godzinach. Miała problem ze słuchem i ciężko jej było utrzymać równowagę. Mimo to, uśmiechała się, bo mogła znów zobaczyć swojego przyjaciela.

Odpoczywali przez kolejne godziny. Dopiero, gdy nabrali sił, zabrali ze szczątek Ankluza struny głosowe. Jego głowa krzyczała coś na nich, jednak przez zerwanie wszystkich swoich połączeń gardłowych, nie mogli jej usłyszeć.

 

***

Opuścili Szczękawiska z całym pękiem strun głosowych. Na całe szczęście, były one bardzo lekkie. Wrócili do całodniowego podróżowania. Ona mówiła, on słuchał. Gdy czekali na zachód słońca, rysował jej swoje myśli ,a dziewczyna zgadywała ich treść. Mijali czasem grupy nomadów, lecz żadnemu z nich nie przyszło na myśl za nimi ganiać. Mieli przecież siebie. Raz udało im się napotkać bardziej przyjazną grupkę, która podarowała im jedzenie. Lecz poza tym, całe dwa lata polegali tylko na sobie. Aż Erdeł powrócił do chaty Naucha.

Wąsaty wynalazca nie próżnował przez te lata. Co prawda, początkowo siedział całe dnie przy oknie, wyglądając swego różowego przyjaciela. Potem próbował naprawiać machinę, wiedząc że i tak mu się nie uda. Dopiero po wielu miesiącach zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo był samotny. Pewnego dnia, przełamał swój strach i wyszedł z domostwa. Błądził przez wiele tygodni, aż poznał wreszcie poznał Laukę. Była nomadką o szarej skórze i błękitnych włosach. Ciężko określić, czy to przez trzecie ucho na jej gardle, czy też fakt, że umiała gwizdać nosem tak, jakby grała na flecie, ale zadurzył się w niej i wzięli ślub.

Pomimo, że zajmowali się głównie budowaniem swojego wspólnego życia, codziennie wieczorem zasiadali do modlitwy i prosili znane im siły stworzenia o to, by Erdeł powrócił z wyprawy i pomógł spełnić marzenie wynalazcy. Tak oto, po ponad czteroletnim oczekiwaniu, rozbrzmiało pukanie do drzwi.

***

Nauch przyjął Erdeła jak zaginionego syna i tak też traktowała go Lauka, mimo że sami doczekali się już sześciu pociech. Wspólnie przygotowali wieczerzę i świętowali przez cały wieczór. Juchyta opowiedziała im o całej wyprawie, chcąc skrócić okres paru lat, do półtora godzinnej opowiastki. Wszyscy słuchali jej z zaintrygowaniem, co jak możesz się domyślić, było dla niej czymś wspaniałym.

Następnego ranka, Nauch i Erdeł przystąpili do pracy. Juchyta pomogła im rozciągnąć zdobyte struny i podłączyć je do „poduchomównika”. Nie trwało to długo, bo tylko dwie godziny. Pozostałe trzy poświęcili na sprawdzanie pozostałych elementów mechanizmu. Wreszcie, nastąpiła chwila prawdy.

Wiatraki znów westchnęły, mimowolnie przystępując do pracy. Następnie nie-materia powędrowała rurami do „przesiewnika” aby nareszcie dostać się do „poduchomównika”. Nauch, jako znak wdzięczności dla Różowego Dziecięcego Łba, oddał mu zaszczyt usłyszenia tego, co szeptał wiatr. Przybysz stanął przy urządzeniu, przytykając swoje malutkie uszko. Wokół niego, zgromadziła się cała rodzina Naucha, wraz z nim i Juchytą. Każdy, z niecierpliwością czekał na to, co wybrzmi z machiny. Wreszcie, nieznany dotąd nikomu szept, który latami wędrował bez celu po Słuchowiskach, dotarł do uszu przybysza. Wtedy, Erdeł opadł na kolana i zalał się łzami. Nikt nie mógł go uspokoić. Juchyta i wzięła go w swoje ramiona.

– Co się stało? – Zapytała. Lecz on jej nie słyszał. Nie słyszał już nawet własnego płaczu. W głowie dudniły mu już tylko słowa, które wydobyły się z maszyny. Kobiecy głos mówiący:

Nigdy nie chciałam, żebyś się urodził”.

 

 

Koniec

Komentarze

Witam i gratuluję debiutu :]

 

No i cóż. Jak to z debiutami czasem bywa, nie mogę powiedzieć, by debiut zachwycał.

 

Po pierwsze, język wymaga wiele pracy. Jest tu sporo niezgrabnych zdań i dużo błędów, każdego właściwie rodzaju. Niektóre z nich przy pewnej dozie dobrej woli można uznać za potknięcia czy technikalia – choć i takie należy poprawiać – ale niektóre utrudnią czytanie nawet mało wybrednemu odbiorcy, bo czytelnik musi się właściwie domyślać, o co autorowi chodziło – jak to “czy gdyby” już w pierwszym zdaniu. Część wypisałem pod kreseczką, ale zdecydowanie nie wszystkie.

 

Fabuła też nie powala. 15k znaków mija, zanim Erdeł w ogóle rozpocznie swoją podróż bohatera. Ten czas upływa nam zasadniczo na przedstawieniu sytuacji. Sama wyprawa, gdy już się rozpocznie, składa się głównie z epizodów tak pozbawionych znaczenia, że sam zdecydowałeś się je streścić. Jak coś masz streszczać, to lepiej całkiem wywalić, chyba że jest konieczne do zrozumienia czegoś innego.

 

Z plusów intrygująca tajemnica głosów i rozczulające nawiązanie przyjaźni z Juchytą. Zakończenie też jest OK, choć nieco niezrozumiałe.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej!


Czy gdyby

Samo gdyby. “Czy gdyby” nijak nie pasuje do zdania po przecinku.

 

przez zażenowanie.

Z zażenowania.

 

pozostała reszta

Pleonazm. Skoro “reszta”, to wiadomo, że “pozostała”.

 

wypustnicą a

Przed takim “a” przecinek.

 

wszystko. – Zakomunikował

Bez kropki i mała litera po myślniku.

 

Wyjątkowo mu się poszczęściło, ponieważ rozebranie, obejrzenie i ponowne złożenie całego mechanizmu, zajęło mu jedynie osiemnaście godzin.

Bez przecinka przed zajęło (jest między podmiotem, a orzeczeniem).

 

szybki czas

Raczej “krótki czas”.

 

Jak się okazało, nie był to „przesiewnik”, nad którym ślęczał od wieczora do nocy, ani wiatraki, które oglądał od południa do wieczora. Powodem zmartwień było to, co sprawdził jako pierwsze (zajęło mu to od poranka do południa). Problemem mechanizmu, okazał się być „podmuchomównik”. Więc właściwie rozbieranie całej reszty mechanizmu było niepotrzebne, jednak Nauch zawsze wolał się upewnić, że dowie się o każdej istniejącej niedogodności.

Cztery zdania z “być”. Takie powtarzanie uchodzi za wadę stylistyczną. Szczególnie w wypadku właśnie tego czasownika.

Był jednak zbyt skromny, używając słowa „czegoś”. Jako geniusz, przeklęty był całkowitym przekonaniem i wiedzą na temat tego, CZEGO, potrzebował do poprawnego działania machiny.

Niestety na Słuchowiskach nie było możliwości pójścia do sklepu

I znów.

 

zamiennika? – Myślał głośno

Skoro myślał na głos, to małą literą. Polecam poradnik Fantazmatów link

 

I gdy tak rozważał. Już nie siedząc, a spacerując z kąta w kąt. U drzwi jego domostwa rozbrzmiało głośne pukanie.

Skoro “i gdy”, to raczej powinno być zdanie złożone, czyli przecinki zamiast kropek.

 

W tych czasach[,] normalnym było to, że ktoś nie miał kończyn, lub miał ich wręcz za dużo.

Nieuzasadniony przecinek.

 

Dwa lata temu[,] niewielka grupa wędrujących, zajrzała do jego domu.

I tu.

 

potrząsnął główką, w sposób uznawany za przyznawanie racji.

Czyli “pokiwał”, albo “kiwnął”.

 

Zainspirowany tą, wspólnotą doświadczeń

Przecinek nieuzasadniony.

 

Dowód tej ciekawości, wyraził po poznaniu

I tu.

 

Natomiast druga część, zbudowana była na świadomości

I tu, znowu między podmiotem a orzeczeniem.

 

Podróż w pierwszą stronę, zajmie ci dobre dwa lata!

jej nogi, były wyższe

J.w.

 

wierzyć opowieścią nomadów

“Opowieściom”.

 

są głosy tych którzy już stamtąd nie wrócili.

Przecinek przed “którzy”.

 

Ale pójście tam jest nie do wykonania.

Po co tak wydziwiasz? “Nie da się tam dotrzeć”.

 

Drugi rok jego podróży przyniósł mu większe ukojenie.

“Jego” zbędne. Wiemy, o czyją podróż chodzi.

 

próbował zaplątać Juchytę za pomocą swoich strun

Jeśli “zaplątać” to raczej “w swoje struny”. Jeśli “za pomocą” to szukałbym innego czasownika, jak “unieruchomić”.

 

Jego głowa krzyczała coś na nich, jednak przez zerwanie wszystkich swoich połączeń gardłowych, nie mogli jej usłyszeć.

Pomijając połączenia gardłowe i zbędne “jego”, “swoich” w tym zdaniu oznacza, że to Juchyta i Erdeł mieli je pozrywane.

 

myśli ,a

Literówka (spacja po przecinku).

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Jakież to dobre! Rewelacja. Surrealizm, abstrakcja, lekkość w budowaniu świata, bohaterowie, do których pomimo dziwności od razu poczułam przypływ czułości. 

Bardzo mi się podobało! 

I jakież okropne zakończenie, czemuś to autorze uczynił. Czy ten głos nie powinien powiedzieć czegoś też dla wynalazcy, który też całe życie chciał odkryć znaczenie szeptu? Spodziewałam się, że usłyszą jakąś odpowiedź, zasugerowaną na początku, na jakieś ważne pytanie dla nich wszystkich. A dostałam rozdzierające oskarżenie dotyczące jedynie Erdeła. No, wzbudziłeś we mnie emocje. 

 

Z technikaliów:

– kilka miejsc, gdzie przydałoby się poprawić słowo, zdanie, była literówka – jak będę miała czas wrócić do tekstu, to postaram się wypunktować

– kiepska interpunkcja, momentami utrudniająca czytanie. Pewnie trzeba by sobie przypomnieć zasady, bo wielu przecinków brakowało, a niektóre były w miejscach, w których być nie powinny. – jak będę miała czas wrócić, to postaram się też to wypunktować, ale nie obiecuję. 

 

Niestety nie mogę głosować, by tekst trafił do biblioteki, bo jestem zbyt świeżym użytkownikiem, ale gdybym mogła, to bym zagłosowała. 

Mam nadzieję, że ktoś umocowany tu przyjdzie i się zachwyci :) 

E tam, mnie zachwycił :) Lubię takie surralistyczne klimaty, powolne historie, które niepokoją i dłubią dziurę w serduszku. Miałam luźne skojarzenia z Beksińskim, postaci i lokacje mogłyby być tematyką jego obrazów – oczywiście moim zdaniem. 

W gust każdego trafić się nie da, więc głowa do góry, autorze :) 

Zrób porządną redakcję, popraw interpunkcję i będzie cacy. 

Nowa Fantastyka