Na smartfonie wyświetlił się nagłówek tekstu w serwisie informacyjnym: "Narodziny Atomowego Surfera"
– Atomowy Surfer, dobra ksywka, takie dziennikarstwo to ja lubię! – krzyknął donośnie Surfferheimer i dalej przeglądał artykuły na swój temat. Poniżej pojawił się komentarz – Gratuluję, wierzyłem, że dasz radę. Oglądałem twoją próbę w internecie, trzymała w napięciu do samego końca – podpisane jako mnich Surfi Tao.
– Dobry mnich, zaraz mu coś odpiszę, tylko…. co to ma być? Kolejny artykuł nosił tytuł "Surfferfeimer w Bikini", a poniżej znajdowała się zrobiona przez sztuczną inteligencję grafika, na której surfer leży na plaży, odziany w skąpy, dwuczęściowy strój kąpielowy, który okrywa jego dorodny, kobiecy biust. Surrferheimerowi zrzedła mina. Wyciągnął telefon i zadzwonił do autora tekstu. Przez piętnaście minut rzucał przekleństwami i obelgami. Gdy w końcu dał mu dojść do głosu, ten przepraszał, obiecywał skasowanie tekstu oraz paskudnej grafiki, opublikowanie przeprosin i gratulował jego wyczynu. O jakim wyczynie jednak w ogóle mowa? Wszystko zaczęło się dwa miesiące wcześniej.
* * *
Surfferheimer znany był na całym świecie jako najlepszy surfer wszechczasów. Pływał wszędzie i na wszystkim, czym się dało. Niestraszne mu były fale na Hawajach, Kalifornii czy rodzimej Australii. W Biarritz surfował z zamkniętymi oczami, a Supertubos pokonywał z zawiązanymi rękami. Surfował na desce surfingowej, desce do prasowania i desce szalunkowej. Mówiło się nawet, że potrafi surfować, gdy nie ma fal. Gdy przybywał na Igrzyska Olimpijskie, to zdarzało się, że dostawał medal już podczas ceremonii otwarcia, bo było pewne, że nikt nie będzie w stanie go pokonać. Inni surferzy walczyli o mini-złoty medal, gdyż zajęcie drugiego miejsca traktowano, jak zwycięstwo. A podium w surfingu powiększono do czterech miejsc, aby i trzeci najlepszy zawodnik niebędący Surfferheimerem został uhonorowany. Kiedyś nawet rozważano wykluczenie Australijczyka z zawodów, ale był zbyt popularny. Nie ma co ukrywać, że za tak wielkim i utalentowanym zawodnikiem idą także utalentowani biznesmeni i sponsorzy, a jego udział w rywalizacji przynosił wszystkim niebotyczne sumy pieniędzy.
Dla Surfferheimera to wciąż było jednak za mało. Chciał dokonać czegoś, czego nie dokonał nikt inny. Dlatego zdecydował się na to, na co się zdecydował. I konsekwentnie dążył do celu. Był najlepszy, a to dzięki pokorze. Nigdy nie uważał, że wszystko wie i wszystko potrafi. Nie spoczywał na laurach. Czerpał wiedzę z każdego źródła, nie bał się pytać innych o radę. A kiedy wpadł na pomysł, który miał dać mu nieśmiertelność, choć nie była to nieśmiertelność per se, chciał go skonsultować z największymi gwiazdami sportu. Umówił się zatem na audiencję do Króla Hanale – legendy surfingu asfaltowego. I co prawda Surfferheimer surfował głównie po falach, a Hanale rządził na bitumicie, to samo przygotowanie fizyczne do tych odmiennych dyscyplin było podobne. Panowie znali się od lat i audiencja miała luźny charakter, choć obaj zawodnicy traktowali się z należytym mistrzowi szacunkiem.
– Królu, zamierzam udać się na Atol Bikini. Tam Amerykanie przeprowadzają testy bomby atomowej. Wskoczę na deskę i złapię falę po wybuchu. Powiedz mi, jak mogę przygotować się do tego wyzwania?
Król Hanale dobrze rozumiał surferów. Mimo iż swoje największe sukcesy odnosił na desce z kółkami, to sporo czasu spędzał także w wodzie. Dla niego surfing był formą treningu, tak, jak Surfferheimer trenował na desce z kółkami. Światy obydwu zawodników przenikały się zatem niejednokrotnie.
– Zrobisz tak. Weźmiesz swoją deskę i popłyniesz do Bangladeszu. Potem czeka cię marsz w góry Tybetu. Gdy pokonasz północną przełęcz, wespniesz się na najwyższą z gór przed twoimi oczami. Na szczycie medytuje mnich Surfi Tao. On ci opowie, jak ujarzmić atomowe tsunami. Ale Surfi Tao nie udziela rad za darmo. Dlatego weźmiesz dwudziesto-litrowy baniak czerwonego, półsłodkiego Bułgarskiego wina. I postaraj się go nie stłuc, bo z rady nici.
Surfferheimer potraktował radę śmiertelnie poważnie. – Surfi Tao powie mi, jak ujarzmić atomową falę! – z radością mówił do siebie surfer. Przygotowania do wyprawy zajęły trochę czasu. Zdobycie czerwonego, półsłodkiego Bułgarskiego wina w Australii było pewną trudnością. Są jednak sklepy z alkoholami, gdzie można kupić wszystko, choć nie wszystkich na to stać. Surfferheimer do biednych jednak nie należał, więc zakup wina był dla niego drobnostką. Większym problemem było zdobycie zimowej czapki. Okazało się, że na całych antypodach nie ma ciepłych nakryć głowy. Surfferheimer głowę na szczęście miał i choć nie miał czym ją okryć, to potrafił z niej korzystać. Zaczaił się na bagnach, wśród węży i jadowitych krokodyli, spędzając tam trzy dni i trzy noce. Gdy w końcu do wodopoju podszedł wombat, surfer wyskoczył na niego z zaskoczenia. Najważniejsze, to do wombata należy podchodzić od przodu, czyli odwrotnie, niż do Yeti. W innym przypadku wombat zacznie twerkować w samoobronie, czego żaden atakujący nie chce oglądać. Surfferheimer dorwał zatem bez problemu swoją ofiarę, rzucił się na nią z maszynką do golenia i pozyskał futro wombata. Kolejny krok był już łatwizną – uszyć czapkę z wełny przesympatycznego torbacza.
Surfer był już gotowy. Wziął swoją deskę, by rozpocząć podróż do mnicha Surfi Tao. Udał się na plażę, gdzie przywitały go tłumy fanów, rzecz nieunikniona, gdy jest się znanym na cały świat surferem. Horda plażowiczów wzięła go na ręce wraz z jego deską. Surfferheimer nabierał powoli rozpędu wiosłując rękami po morzu utworzonym przez ludzi, a gdy ci utworzyli meksykańską falę, stanął na swej desce, by na niej popłynąć. Odczucia z płynięcia po fali meksykańskiej nie różniły się zbytnio od jego rodzimej fali australijskiej. Czuł nawet bryzę – to łzy wzruszonych spotkaniem z legendą kibiców leciały mu na twarz. W końcu jednak dopłynął do krańca tego morza, które wpadało to oceanu. Ten nie okazywał jednak już takiego entuzjazmu, nie utworzył specjalnie dla niego fali, dlatego też Surfeheimmer musiał wiosłować swoimi dłońmi, co surferzy nazywają padlowaniem. Po trzech dniach nawet tak wprawiony surfer zaczął odczuwać ból rąk, nie poddawał się jednak.
Z założenia deska miała być jego samowystarczalnym okrętem. Pił rosę skraplającą się na brodzie, a w chwilach odpoczynku łowił ryby. Niestety, nikt nie jest mistrzem wszystkiego, a Surffeheimer, mimo, iż był wybitnym surferem, to okazał się być raczej marnym wędkarzem. Dlatego też nieco przymierał głodem, przechodząc na dietę wodorostową. Czasem, gdy miał szczęście, zdarzało mu się przekąsić zaplątane w plątaninę morskiej roślinności żyjątka.
Jednak na głębokich wodach wodorosty były już niedostępne. A nic nie motywuje do działania tak, jak głód. Surffeheimer po trzech dniach bez strawy w ustach zamienił się w morderczego drapieżnika, prawdziwego króla tych wód. W akcie desperacji ugryzł się w palec. W ustach poczuł metaliczny posmak krwi. Zanurzył ranny palec w słonej, morskiej wodzie. Wydał kilka niecenzuralnych okrzyków. Gdy szczypanie powoli ustępowało, pozostało mu jedynie cierpliwie czekać.
W końcu ujrzał to, na co liczył. Jedzenie samo przypłynęło do niego. Trójkątna płetwa wynurzyła się dziesięć metrów przed nim, po czym zniknęła pod wodą. W uszach Surfferheimera zabrzmiała muzyka z filmu "Szczęki". Przez chwilę miał nawet wrażenie, że w wodzie widzi odbicie Stevena Spielberga, później jednak zorientował się, że patrzy na swoją sylwetkę. Rekinowi surferojadowi wydawało się natomiast, że ma przed sobą łatwą i zdrową przekąskę. Jakże on się jednak mylił. Suffeiheimer zanurkował i dając z siebie wszystko rozpędził się wprost na rekina. Ryba szybko pożałowała tego spotkania. Najpierw był cios pod skrzela, potem chwyt na płetwę, a na koniec kopniak w ogon. Oszołomiony rekin w końcu pozwolił wsadzić sobie rękę do najeżonego ostrymi zębami pyska. Wewnątrz surfer znalazł prawdziwe rarytasy: szynka konserwowa, opakowania serków i paprykarz Szczeciński, choć akurat za szczeciną nasz bohater nie przepadał. Widać było, że rekin lubi sobie dobrze pojeść, choć nie ma otwieracza do konserw. Surffeiheimer natrafił tam także na zbiór czasopism. Sądząc po wyjątkowo skromnych strojach pań na okładkach, ostatnią ofiarą rekina musiał być mężczyzna. Surfer wyciągnął jeszcze parę niepotrzebnych urządzeń, których działania nawet nie rozumiał i w końcu dał rekinowi spokój. Liczył, że znajdzie jakąś bułeczkę do konserwy, ale w tym sklepie nie można być zbyt wybrednym. Trzeba brać to, co jest. Biedny rekin, gdy odzyskał wolność, odpłynął w stronę wschodzącego słońca z podkulonym ogonem.
Surffeiheimer natomiast żywił się konserwami i serkami przez kilka kolejnych dni, aż w końcu dopłynął do wybrzeży Bangladeszu. Na kilka sekund złapał nawet tutejszą falę, ta się jednak wkrótce załamała i zamieniła w pianę, a Surffeiheimer znów musiał padlować. Mogłoby się wydawać, że najtrudniejsze ma już za sobą, nic jednak bardziej mylnego. Teraz sportowiec musiał wiosłować w górę rzeki, pokonując nurt Meghny, by potem skręcić w Padmę i Brahmaputrę. Wszędzie, gdzie się zjawił, witał go jednak tłum kibiców, co dodawało mu sił. Wiwatowali na jego widok, bili brawa, sypali płatki róż. A on wiosłował, ile sił w rękach.
W końcu znalazł się w Indiach. Dalej musiał już iść pieszo. Poprawił czapkę z wełny wombata, plecak z dwudziestolitrowym baniakiem wina zarzucił na plecy, deskę wziął pod pachę i ruszył przed siebie. Plus był taki, że ręce mogły w końcu nieco odpocząć. Za to zastane nogi ledwo co wiodły Surfferheimera pod górę. Gdy sukcesywnie parł naprzód i zbliżał się do granicy z Tybetem, rosła pokrywa śniegu. Najpierw sięgał do kostek, potem do kolan, a w końcu aż po pas. Jak iść w takich warunkach? Ale może by tak popłynąć? Surfer położył deskę na śniegu i zaczął wiosłować. Zadziałało! Płynął zatem po śniegu niczym po wodach oceanu arktycznego, niestety śnieg mroził dłonie bardziej, niż morska woda. Jednak spotkanie z mnichem Surfi Tao było warte poświęcenia. W końcu znalazł się u podnóży góry Ngadi Chuli. To na jej szczycie miał mieszkać mnich. Teraz pozostało wiosłować na jej szczyt.
Gdy Surfferheimeir był już w połowie góry, usłyszał huk. Spojrzał przed siebie. Ujrzał potężną lawinę, która schodziła prosto na niego. Na czole lawiny znajdował się natomiast surfer! I to nie byle jaki. Biało-rudawa sierść, jakieś dwa metry wzrostu, tylko jeden zwierz pasował do tego opisu. To musiało być yeti. Stwór sprawnie wykorzystywał osuwisko, by surfować ze zbocza, wielokrotnie zmieniając kierunek, by jak najlepiej wykorzystywać lawinę. Surfferheimeir musiał być ostrożny. W końcu żaden surfer nie lubi, gdy ktoś wchodzi na "jego" spot. Niektórzy gotowi są do użycia krzyków, obelg i pięści do obrony swojej miejscówki. A trzeba było przyznać, że yeti miało duże pięści. Co gorsza, lawina i surfujący na niej małpolud sunęli akurat w kierunku Surfferheimera. Nie pozostawało nic, tylko uciekać. Jednak kto miał doczynienia z górami, ten wie, że uciec przed osuwającym się śniegiem jest równie trudno, co wykąpać kota. W końcu lawina dopadła Surfferheimera, który miał do wyboru albo ją ujarzmić, albo zginąć. Stanął zatem na desce i złapał śnieżną falę. Było to złamanie surferskiej etykiety obowiązującej na całym świecie. Jeśli ktoś już ujeżdża falę, inny surfer nie ma prawa wchodzić mu w drogę. Jednakże Surfferheimer stanął przed łatwym wyborem: złamanie zasad albo śmierć. Nie było jednak pewne, czy obydwie opcje nie przyniosą identycznego rezultatu. Yeti znajdował się po prawej stronie Surfferheimera i nie wyglądał na zadowolonego. Szybki zwrot i ich deski płynęły obok siebie. Yeti zaczął rzucać śnieżkami w swojego rywala jednocześnie głośno rycząc. Australijczyk robił sprytne zwroty, unikając śniegowych pocisków. Jednak w tej krainie to Yeti był królem. W końcu wskoczył na jego deskę, która mocno zakołysała się na śniegowej fali i Surfferheimer omal nie stracił równowagi. Yeti wykorzystało ten moment niepewności, by wrzucić mu garść śniegu za kołnierz. Surfer poczuł lód na swoich plecach. Tak go zmroziło, że stracił równowagę i spadł z deski w kotłującą się masę śniegu. Sytuacja była śmiertelnie niebezpieczna. Sportowiec robił wszystko, by utrzymać się na powierzchni i dzięki temu uratował swoje życie. Widział tylko oddalającego się na jego desce śnieżnego stwora i słyszał jego rechoczący śmiech, odbijający się echem od skał. Drogę na szczyt musiał pokonać pieszo.
Śnieg był zimny i mroził stopy. Dla Australijczyka było to doświadczenie niesamowite i zaskakujące. Do tej pory znał tylko parzenie w stopy, kłucie w stopy, gryzienie w stopy, ale z mrożeniem nigdy nie miał doczynienia. Szybko zorientował się, że jest to wyjątkowo nieprzyjemne. Idąc tak na szczyt tęsknił za słoneczną Australią, za ciepłym oceanem, falującym w rytmie bicia serca. Brakowało mu nawet tych drobnych niedogodności, typowych dla interioru, jak rekiny, skorpiony w butach i pająki w owocach. Tutejsze warunki nie były odpowiednie dla całego jadowitego inwentarza. Ani dla Australijskiego surfera. Surfferheimer miał jednak jasny cel i dążył na przód, aby go zrealizować. Pokonywanie trudności czyniło go silniejszym, dzięki temu osiągnął tyle sukcesów. A klucz do kolejnego kryje się na szczycie góry, w słowach mnicha Surfi Tao.
W końcu, pod wieczór Surrfferheimer zbliżył się do szczytu. Widział już sylwetkę człowieka siedzącego na szczycie góry. Otaczała go niebieska poświata. Jeszcze kilkanaście kroków i Australijczyk stanął przed obliczem legendarnego mnicha. Ten siedział przy jakimś urządzeniu. Surfer nawet mu się nie przyjrzał, tylko od razu pokłonił się po sam pas i nie unosząc wzroku rzekł:
– Witaj czcigodny mnichu Surfi Tao. Przynoszę Ci dwudziestolitrowy baniak Bułgarskiego wina.
– Wyprostuj się młodzieńcze, bo Ci dysk wypadnie – rzekł mnich. Surfer powoli powrócił do pionu i spojrzał w oczy mnichowi, który siedział przed laptopem – powiedz, skąd przybywasz?
– Przypłynąłem do ciebie z Australii.
– To ta śmieszna kraina, gdzie wszyscy chodzą do góry nogami i robią czapki z wełny wombatów?
– U nas nie nosi się czapek. Jest tam dużo cieplej niż tutaj.
– Tak, tak. Czytałem już co nieco o Australii. Powiedz, co cię do mnie sprowadza?
– Chcę ujarzmić największą z możliwych fal – falę atomową. Słyszałem wielki mnichu Surfi Tao, że jesteś specjalistą od surfingu. Może możesz mi coś doradzić?
– Tak, jestem specjalistą od surfowania. Ale surfuję po internecie. Widziałem na youtubie, że ładnie pływasz. Szacun. Tak to się mówi w środowisku surferów? – Surfferheimer był wściekły. Jego najlepszy przyjaciel, Król Hanale wprowadził go w maliny. Czas, który mógłby poświęcić na treningi i przygotowania do wyzwania, zmarnował na bezsensowną wyprawę. Co więcej, czasu było już nie wiele i nie miał czasu na powrót do domu. Musiał płynąć już prosto na Atol Bikini.
– Gdzie masz swoją deskę Surfferheimerze? – mnich zdawał się czytać w jego myślach
– Niestety, ukradł mi ją Yeti.
– Zaraz coś zamówi w necie – rzekł nie odrywając oczu od monitora – Czacie Surfiti, znajdź mi deskę do surfowania po atomowej fali. Nic się nie martw dzienny Australijczyku, zaraz ogarniemy Ci deskę. Jak dojdziesz na plażę, będzie czekał na Ciebie kurier. I powodzenia! Nie zapomnij o kombinezonie radiacyjnym. A teraz zobacz. Czy widziałeś już kota, który ma wąsa, jak Adolf Hitler?
***
Spacer w dół góry paradoksalnie wydawał się być jeszcze trudniejszy, niż wspinaczka na nią. Cała droga była stroma, śliska i wymagała nie lada ostrożności i równowagi. W końcu jednak Surfferheimer zszedł ze szczytu Ngadi Chuli i kierował się ku brzegom Oceanu Indyjskiego. Opuścił Himalaje, przekroczył granicę Indii. Potem było już całkiem łatwo. Wskoczył do rzeki Meghny, gdzie płynąc z nurtem szybko trafił do Padmy i ostatecznie do Brahmaputry. Gdy dopłynął do wybrzeża, opuścił rzekę i rozsiadł się na plaży. Położył się na wznak i pozwolił sobie na chwilę odpoczynku. Bez deski i tak nie mógł płynąć dalej. Przymknął oczy i delektował się promieniami ciepłego słońca, jakże to była miła odmiana po spowitych śniegiem górskich szczytach. Wkrótce jednak jego opalanie zakłócił jakiś cień. Był to kurier:
– Panie Surfferheimer, przesyłka dla pana
– oo, dziękuję. Ile płacę?
– Przesyłka jest już opłacona. To prezent. Proszę tylko tu podpisać. – Surfferheimer złożył swój autograf w tabelce i odebrał kartonowe pudło. W ramach napiwku obdarzył kuriera czapką z wełny wombata. Nie będzie już w końcu mu dalej potrzebna. Dalsza część podróży była już przyjemnością. Surfferheimer musiał po prostu robić to, co umie najlepiej na świecie – płynąć na desce.
Gdy w końcu dotarł do Atolu Bikini, przygotowania do detonacji bomby atomowej dobiegały końca. Niemal gotowa była także próba ujarzmienia atomowej fali, za którą odpowiadał nie tylko Surfferheimer, ale i cały zespół ludzi. Przybyli już także wszyscy widzowie. Wśród nich były gwiazdy muzyki pop, aktorzy, znani i nieznani sportowcy, prezydenci, premierzy, królowie i papieże, naukowcy i nurkowie, malarze i marzyciele. Przybyła oczywiście także ekipa filmowa. W końcu było to wielkie wydarzenie, transmitowane na żywo przez wielkie telewizje na całym świecie. Pokazywano je nawet w krajach, do których sportowe wydarzenia zachodniego świata raczej nie mają wstępu. Oczywiście opatrzone tam były odpowiednim komentarzem, który mówił o rozrzutności tego świata i chwalił ukochanego sekretarza. W Europie i Ameryce zamiast pochwał dla głównego wodza i męża stanu, były pochwały dla napojów gazowanych, biur podróży i leków na potencje (nie leż jak deska, powstań, jak Surfferheimer). Takie oto różnice kulturowe. Wszystko dało się tu spieniężyć i na wszystkim zarobić. Tak też było i z sukcesem Surrfeiheimera, a nawet z jego porażką. Niektórym telewizjom sprzedano już prawa do transmisji pogrzebu, a na stronach internetowych można było kupić nawet wejściówki na ceremonię pożegnalną, oczywiście w promocyjnej cenie. Wszakże detonacja bomby atomowej to poważna sprawa dla kogoś, kto zamierza być w pobliżu.
Dlatego też Surfferheimer musiał się dobrze przygotować. Założył chroniący przed radiacją kombinezon, oczywiście cały w nazwach sponsorów, którzy chcieli być łączeni z tym wydarzeniem płacąc za to nie małe sumy. Australijczyk wskoczył do wody i czekał.
W tym czasie relacja przeniosła się do kwatery głównej marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych. Trwało tu już odliczanie do detonacji. Nastrój przypominał oczekiwanie na nadejście nowego roku. Dziesięć…dziewięć…osiem…siedem… Cyfry co sekunda zmieniały się na wyświetlaczu przybliżając widzów do potężnej eksplozji. Wybuch miał być największą eksplozją bomby atomowej w historii. Spokojnie zamieniłby wszystkich zgromadzonych w radioaktywną parę, o ile znaleźliby się odrobinę za blisko. Trzy…dwa…jeden… Niebo przeszył niesamowicie jasny błysk. Jeśli ktoś spojrzałby na niego swoimi oczami, to byłby to ostatni widok w jego życiu. Zaraz potem światło nieco przygasło.
Na horyzoncie pojawił się grzyb atomowy. Potężna chmura Willsona – efekt obniżenia ciśnienia i kondensacji pary wodnej otoczyła grzyb, by chwilę później rozpłynąć się w powietrzu. Wybuch wywołał także potężną falę. Surfferheimer czekał. Nie mógł zacząć zbyt blisko miejsca eksplozji. I tu z pewnością dopadnie go opad radioaktywny. Kombinezon ma go jednak ochronić. Miejsce oczekiwania nie było przypadkowe. Surfferheimer czekał unosząc się na wodzie nad dużym wypłyceniem, które miało dodatkowo spiętrzyć falę. Wkrótce ujrzał to, na co czekał. Ogromną falę wywołaną wybuchem. Poruszała się ona znacznie szybciej, niż jakakolwiek fala, jaką ujeżdżał w swoim życiu. Zaczął wiosłować rękami. Robił to mocno i szybko. Musiał uzyskać znaczną prędkość. W końcu poczuł, że fala go niesie. Stanął na desce. Zrobił to! W tym momencie ujeźdzał już atomową falę. Punkt pierwszy – zaliczony. Został punkt drugi – przeżyć. Fala była potężna, poruszała się bardzo szybko i miała przed sobą jeszcze kawał wolnej przestrzeni. Obciążenie fizyczne było spore, tym razem surfer musiał mocno pracować nogami, lecz dawał radę. Poczuł jedność nie tylko z oceanem, ale także z jądrowym wybuchem, z gigantyczną mocą zaklętą w bombie atomowej, uwolnionej przez rozszczepienie wodoru. Płynął niesiony niesamowitą siłą fizyki, którą człowiek zdołał uwolnić w swoim dziele zniszczenia.
Nagle tuż obok pojawił się kolejny surfer. Rzecz niesłychana! Ktoś śmiał zakłócić jego próbę. Co więcej, nie był to surfer typowy. Na desce stała zielona postać, humanoidalna, choć z ogonem zwieńczonym rybią płetwą. Mutant, prawdziwy mutant, jakie to widywali fani serii STALKER. Ten był jednak mutantem morskim i do tego nie mieszkał w strefie wykluczenia wokół elektrowni jądrowej w Czarnobylu, lecz na Atolu Bikini, miejscu dawnych, jak i obecnego testu bomby atomowej. Mutant był dobry w tym, co robił. Stabilnie stał na desce i robił zwinne zwroty. Z każdym skrętem przybliżał się do Surfferheimera. Ten próbował uciec, ale widać było, że dla tego stwora surfowanie na atomowych falach to nie pierwszyzna. Oglądającej całe wydarzenie Pameli Anderson zaparło dech w piersiach. Surfferheimer oddychał natomiast znacznie szybciej, niż zwykle. Nie był w stanie uciec przed stworem. Czekała go bezpośrednia konfrontacja. Patrząc jednak na bicepsy, tricepsy i quadricepsy zielonego surfera, miał marne szanse w tym pojedynku. W końcu ich deski zrównały się ze sobą i mutant dokonał abordażu. Tym razem jednak Australijczyk nie dał się zaskoczyć, jak to miało miejsce przy spotkaniu z Yeti. Zeskoczył z deski i wskoczył na deskę zielonego potwora. Zrobił nagły zwrot i oddalił się od pirata. Mutant zaskoczony rozwojem sytuacji oraz nagłą zmianą balansu deski stracił równowagę i wpadł do wody, gdzie został przekołowany przez potężną falę. Surfferheimer wykorzystał ją natomiast, by płynąć dalej, ku sławnie, chwale i bogactwie. Już widział brzeg, choć najtrudniejsze było dopiero przed nim. W miejscu, gdzie wypłyca się dno morskie, fale rosną, załamują się, robią się chaotyczne i nieprzewidywalne. Atomowy Surfer nie pierwszy raz w życiu znajdował się jednak w takich warunkach, potrafił odnaleźć się w chaosie, przewidzieć nieprzewidziane i reagować na rzeczy niespotykane. Spokojnie, w wielkim stylu, robiąc kilka efektownych zwrotów na szczycie fali dopłynął do brzegu, gdzie czekała na niego rozentuzjazmowana publiczność.
Ludzie bili brawo, wiwatowali i płakali. Surrferheimer zdjął chroniący przed promieniowaniem kombinezon i ruszył w tłum. Pędzili już ku niemu prezydenci, królowie i papieże. On jednak wszystkich zignorował. Wypatrzył już swoją ofiarę. Król Hanale, we własnej osobie czekał na niego na plaży. Poczuł chęć mordu. To ten człowiek wysłał go w mroźne góry Tybetu, na spotkanie z człowiekiem, który całe swoje życie spędził przed ekranem komputera, by zapytał go o radę. Król Hanale uśmiechnął się serdecznie i wyciągnął rękę. Surrferheimerowi nie było jednak do śmiechu.
– ładna deska – zagadał Król.
– Chętnie bym Ci ją połamał na twoim pustym łbie! Ty nicponiu! (tak naprawdę nie nazwał go nicponiem, ale określenie, jakiego użył, nie przejdzie mi przez palce). – Surfferheimer złapał Króla Hanale za gardło i mocno ścisnął. Gdyby cała sytuacja wydarzyła się na Hawajach, w południowej Francji czy Japonii, tłum stanąłby po stronie Króla i właściciele biletów na pogrzeb Surffeheimera mogliby wkrótce z nich skorzystać. Tu jednak publiczność przybyła specjalnie dla Australijczyka.
– Wysłałeś mnie do Tybetu, przepłynąłem na desce osiem tysięcy kilometrów, wspiąłem się na górę, wśród śniegów i mrozów, ryzykowałem swoje życie w lawinie i spotkałem wściekłe Yeti po to tylko, by spotkać gościa, który tylko siedzi cały dzień przed komputerem! A to wyłącznie twoja wina! Mogłem w tym czasie trenować przed pokonaniem tej fali!
Król Hanale powoli zmieniał kolor, najpierw był blady, potem siny, by przejść ostatecznie w zieleń. Tłum zaczął krzyczeć -“UMARŁ KRÓL! NIECH ŻYJE KRÓL! UMARŁ KRÓL! NIECH ŻYJE KRÓL! UMARŁ KRÓL! NIECH ŻYJE KRÓL!
Surfferheimer przeraził się tym, co uczynił. Puścił swojego przyjaciela, a ten nieprzytomny upadł na ziemię. Nie pierwszy raz w różnych sprzeczkach przyduszał ludzi, nigdy jednak nie miało to aż takich konsekwencji. Przystąpił do reanimacji. Po kilku sekundach, które w oczach zgromadzonych wydawały się wiecznością, Król Hanale otworzył oczy.
– Wybacz Królu Hanale , ja nie chciałem….naprawdę……nie myślałem…nigdy tak się nie stało….. po tej wyprawie w Himalaje chyba nabrałem siły w rękach…. – Surfferheimer był wyraźnie zakłopotany. Natomiast na twarzy Króla pojawił się uśmiech.
– Ha ha ha. A mówiłeś, że przez tą wyprawę w Himalaje nie trenowałeś. A tu ręce silne, jak nigdy. Nogi pewnie też niczego sobie. No i wspaniały balans na desce. Czyżby wiosłowanie przez osiem tysięcy kilometrów okazało się być treningiem? I zdobycie szczytu siedem tysięcy metrów nad poziomem morza? I może jeszcze surfowanie w lawinie uciekając przed Yeti? Sprytnie sobie poradziłeś z mutantem nawiasem mówiąc. Ale dajmy temu spokój. Wybrałeś wspaniałą deskę na atomową falę, gdzie ją kupiłeś? – zapytał Król Hanale, choć Surfferheimer był pewien, że zna odpowiedź.
– Czyli to o to chodziło? Nie liczył się cel tej podróży, tylko sama droga? To ona miała mnie przygotować do pokonania atomowej fali! Królu, jesteś genialny! – Surfferheimer ponownie rzucił mu się na szyję, tym razem uściskując go i dając sowitego całusa w policzek, co nie uszło uwadze fotografów. Tłum zaczął natomiast krzyczeć “NIECH ŻYJĄ KRÓLOWIE, NIECH ŻYJĄ KRÓLOWIE, NIECH ŻYJĄ KRÓLOWIE!”
Gdy szli wśród wiwatów i oklasków, Król Hanale zbliżył się Surfferheimera i rzekł mu na uchu – Tak właściwie, to byłem winien mnichowi Surfi Tao dwudziesto-litrowy baniak czerwonego, półsłodkiego Bułgarskiego wina.