Pierwszy raz obudziłem się o szóstej zero zero z poczuciem, że ktoś odkręcił świat do pozycji fabrycznej. Nie było snu, nie było łagodnego przejścia. Było tylko otwarcie oczu i absolutna pewność, że coś się zaczyna.
Zegar nad drzwiami świecił zimnym, zielonkawym światłem.
06:00
W pokoju nie było okien. Ściany były gładkie, jałowe, w tym rodzaju bieli, który nie jest kolorem, tylko decyzją: brak bodźców, brak historii. Na suficie, w centrum, krąg lampy. Z lewej stalowe drzwi z małym ekranem. Po prawej biurko przytwierdzone do podłogi, a na nim terminal i czarna teczka.
Odruchowo szukałem telefonu. Nie było. Szukałem kieszeni, jakby w piżamie mogły się znaleźć klucze. Nic.
Była tylko teczka.
Podszedłem do biurka. Moje kroki brzmiały zbyt głośno, jakby pomieszczenie było pudełkiem rezonansowym dla wątpliwości. Otworzyłem teczkę.
W środku jedna kartka, złożona na pół, i cienki metalowy znacznik – coś jak żeton, ale z grawerem.
Na kartce wydrukowano:
PROTOKÓŁ: MINUTA ZERO
CZAS OKNA: 60 MINUT
CEL: ZATRZYMAĆ ZDARZENIE
KOSZT: PAMIĘĆ
ZASADA: KAŻDA PRÓBA COFA CIĘ O 60 MINUT, ALE ZABIERA JEDEN FRAGMENT.
Poniżej, już ręcznie, dopisano krótkie zdanie:
„Zanim zaczniesz, podpisz.”
Obok leżał długopis. Nie pamiętałem, żebym go tu kładł. Nie pamiętałem też, żebym kiedykolwiek był w takim pokoju. A jednak czytając protokół czułem, jak wewnątrz mnie coś kiwa głową, jakby rozpoznawało procedurę, którą zna lepiej niż własne imię.
Na żetonie wygrawerowano słowo:
RESET
Odwróciłem go. Na odwrocie: numer.
13
Zanim zdołałem cokolwiek pomyśleć, terminal na biurku zaświecił. Ekran był prosty, niemal staromodny.
WITAJ.
CZAS DO MINUTY ZERO: 59:12
POTWIERDŹ GOTOWOŚĆ.
Na dole dwie opcje: TAK / NIE.
Czułem, że jeśli kliknę „NIE”, wydarzy się coś, co wydarzyć się musi. Że „NIE” nie jest wyborem, tylko sposobem na oddanie odpowiedzialności. A ja już znałem ten typ testu: nie pyta, czy chcesz, tylko czy rozumiesz.
Kliknąłem TAK.
Ekran zmienił się natychmiast.
ZDARZENIE: 07:00
LOKALIZACJA: KORYTARZ / STREFA A
PARAMETR: JEDNO DZIAŁANIE
UWAGA: KAŻDA KOREKTA = RESET -1 FRAGMENT
Pod spodem pojawił się przycisk: OTWÓRZ DRZWI.
Spojrzałem na zegar. 06:01.
Minuta minęła, a ja już byłem spóźniony w sensie psychologicznym.
Nacisnąłem OTWÓRZ DRZWI.
Zamek szczęknął miękko. Drzwi rozsunęły się prawie bezgłośnie, jakby ktoś nie chciał, żeby świat usłyszał, że go włączono.
Za drzwiami korytarz: długi, prosty, oświetlony pasami światła w suficie. Na ścianach numery. Na końcu czerwony znak: STREFA A / DOSTĘP WARUNKOWY.
Ruszyłem.
W połowie korytarza zobaczyłem pierwszy monitor. Pokazywał plan obiektu i pulsującą kropkę: JA. Pod spodem: czas.
DO ZDARZENIA: 53:40
W tym momencie mój mózg zrobił to, co robi zawsze, kiedy nie ma danych: zaczął tworzyć hipotezy. Co jest zdarzeniem? Katastrofa? Zabójstwo? Awaria? A może coś banalnego, tylko że w tym miejscu banalne jest też śmiertelne.
Minąłem oznaczenie „STREFA A”. Drzwi otworzyły się automatycznie. W środku kolejny korytarz, węższy. Na podłodze linia prowadząca do drzwi z napisem:
SALA 7
Terminal w ścianie poprosił o żeton. Włożyłem RESET 13.
Ekran mrugnął.
UPRAWNIENIE: WARUNKOWE
UWAGA: PO WEJŚCIU NIE MA WYJŚCIA PRZED ZDARZENIEM
To zdanie brzmiało jak dowcip, ale nie było w nim nic śmiesznego. Pchnąłem drzwi.
Sala 7 była większa niż się spodziewałem. W centrum stała kapsuła – cylinder z grubego szkła, a w środku coś jak krzesło. Po bokach szafy z elektroniką, lampki kontrolne, przewody, a na ścianie wielki zegar, zsynchronizowany z tym z pokoju.
06:07
Na przeciwległej ścianie wisiał drugi ekran. Na nim jedno zdanie:
MINUTA ZERO = 07:00
PRZYCZYNA: TWOJA DECYZJA
Pod spodem: PAMIĘTAJ.
Nie pamiętałem.
Ale czułem ciężar odpowiedzialności, jakby pamięć była tylko zasłoną, a pod nią tkwił fakt: tu chodzi o mnie. Nie o świat. Nie o teorię. O jedno moje działanie, które ma nastąpić o siódmej.
W rogu sali leżała mała skrzynka narzędziowa. Na biurku obok kapsuły – kartka z instrukcją, tym razem czysta, bez ozdobników.
O 07:00 NACIŚNIESZ PRZYCISK.
NIE RÓB TEGO.
Poniżej, cienkim długopisem dopisano:
„Już raz to zrobiłeś.”
Poczułem zimno w karku. „Już raz” – czyli to nie jest moja pierwsza próba. To jest próba, której nie pamiętam, bo koszt był skuteczny.
Spojrzałem na żeton: 13.
Trzynasta próba.
Czyli dwanaście razy nacisnąłem przycisk, zresetowałem, straciłem fragment pamięci, wróciłem do 06:00. A jednak nadal tu byłem. Nadal nie rozwiązałem problemu. Nadal nie zrozumiałem, co jest sednem.
To była najgorsza informacja. Bo oznaczała, że jestem człowiekiem, który popełnił ten sam błąd dwanaście razy i nadal wierzy, że trzynasty będzie inny.
A jednocześnie oznaczała coś jeszcze: że mimo strat pamięci wciąż wracam. Czyli we mnie jest jakaś determinacja, która jest głębsza niż wspomnienia. Jak instynkt.
Zegar wskazywał 06:12.
Zostało czterdzieści osiem minut do zdarzenia. Minuta zero nie była poetycką nazwą. Była punktem, w którym decyzja staje się faktem.
Podszedłem do konsoli obok kapsuły. Był tam przycisk. Duży, czerwony, w osłonie zabezpieczającej. Nad nim napis: AKTYWACJA.
Obok drugi, mniejszy: RESET.
Dotknąłem osłony palcem. Plastik był chłodny. Zwykły. Jakby niósł w sobie spokój, który nie pasował do konsekwencji.
W tym momencie usłyszałem dźwięk z głośnika – krótki sygnał.
– Uczestnik trzynasty – odezwał się głos. Neutralny. Bez płci, bez emocji. – Czas do zdarzenia: czterdzieści siedem minut. Przypominam: decyzja o aktywacji jest nieodwracalna w obrębie jednej iteracji. Możesz przerwać próbę, uruchamiając reset. Koszt zostanie naliczony.
– Kim jesteś? – zapytałem.
– Interfejs.
– Co się stanie o siódmej?
– Zdarzenie.
– Jakie?
Pauza.
– W wersji niekontrolowanej: katastrofa. W wersji kontrolowanej: przejście. Twoje działanie determinuje wersję.
– A jeśli nie nacisnę?
– W poprzednich iteracjach nie nacisnąłeś tylko raz. – Głos brzmiał jak raport. – Ta iteracja zakończyła się stratą innego typu.
Serce uderzyło mocniej. Nie nacisnąłem tylko raz. A jednak wróciłem. Co było stratą „innego typu”? Śmierć? Czy coś gorszego: utrata siebie?
– Co tracę za reset? – zapytałem.
– Fragment pamięci.
– Jaki fragment?
– Nie wiesz. To mechanizm.
– Więc mogę stracić… wszystko.
– Możesz stracić to, co jest ci potrzebne do rozwiązania. Ale to jest cena prób.
Wyszedłem z sali 7 na korytarz, jakby ruch mógł pomóc. Na korytarzu stała szafa z napisem ARCHIWUM / ITERACJE. Drzwi były zamknięte na zamek magnetyczny.
Przyłożyłem żeton. Zamek puścił.
W środku rzędy półek. Na każdej teczki. Każda z numerem. 1, 2, 3… aż do 13. Moje gardło zrobiło się suche. Wszystkie były moje. Wszystkie należały do mnie, a jednak nie należały do mojej pamięci.
Wziąłem teczkę 12. Otworzyłem.
Na pierwszej stronie: notatki moim pismem. Rozpoznawałem litery, ale nie rozpoznawałem intencji, jakby pisał to ktoś o mojej ręce.
ITERACJA 12:
– Nie ufać interfejsowi.
– „Katastrofa” to narracja.
– Prawda jest w słowie „przejście”.
– O 07:00 nie naciskać.
– Jeśli nie naciskasz: musisz zablokować dostęp do kapsuły.
– Ktoś inny może nacisnąć.
– ALE TU JEST TYLKO TY.
Na końcu dopisek:
„A mimo to, przycisk się wcisnął.”
Poczułem, jak mi się robi słabo. Jeśli tu jest tylko ja, a przycisk się wcisnął, to znaczy, że… ja go wcisnąłem. Może w panice. Może w odruchu. Może w przekonaniu, że to jedyny sposób.
Wziąłem teczkę 11.
ITERACJA 11:
– Próbowałem zniszczyć przycisk. Nie da się.
– Próbowałem odłączyć zasilanie. System ma redundantne zasilanie.
– Próbowałem zablokować osłonę. Odblokowuje się o 07:00 automatycznie.
– Próbowałem związać własne ręce. Śmieszne.
– To nie jest problem mechaniczny. To jest problem decyzji.
Teczka 10.
ITERACJA 10:
– Interfejs kłamie przez skrót.
– „Katastrofa” = mój strach.
– „Przejście” = moja zgoda.
– Jeśli nacisnę z lęku, robię to, czego chcą.
– Jeśli nie nacisnę, muszę wytrzymać ciszę.
Dalej było coraz bardziej chaotycznie. Pismo drżało. Zdania się urywały. Jakby z każdą iteracją tracił nie tylko fragmenty pamięci, ale też spójność.
Otworzyłem teczkę 3. Notatki były krótkie, niemal dziecinne.
ITERACJA 3:
– Wiem, że to ja.
– Wiem, że zrobiłem coś wcześniej.
– Jeśli nacisnę, znów to zrobię.
– Jeśli nie nacisnę, może zobaczę, co jest po drugiej stronie.
Teczka 1 była prawie pusta. Jedno zdanie:
„Nie resetuj. Pamięć jest wszystkim.”
Zamknąłem teczki i oparłem się o półkę. W głowie miałem zlepek cudzych – własnych – myśli. Paradoks: moje notatki były jedyną pamięcią, której nie mogłem stracić, bo nie była we mnie. Była na papierze.
Aplikacji nie było. Telefonu nie było. Była tylko archiwalna struktura prób.
Wróciłem do sali 7 z teczką 12 pod pachą, jakbym niósł Biblię własnego potępienia. Zegar: 06:29.
Trzydzieści jeden minut do zdarzenia.
Usiadłem przy biurku i zacząłem czytać wszystkie notatki jeszcze raz, ale tym razem nie jak informacje, tylko jak instrukcję do przeżycia.
Tylko jaki był ruch?
„Nie naciskać” brzmiało prosto, ale proste rzeczy w systemach są pułapką. Bo jeśli to jest test posłuszeństwa, „nie naciskać” jest dokładnie tym, czego test oczekuje. A jeśli to jest test odwagi, „nie naciskać” jest ucieczką.
A jednak zdanie „Już raz to zrobiłeś” było jak gwoźdź: przeszłość istnieje, nawet jeśli jej nie pamiętam. I jeśli przeszłość zawiera naciśnięcie, to powtarzanie naciśnięcia jest powtarzaniem błędu.
Potrzebowałem innej perspektywy: co jest „katastrofą”? Co jest „przejściem”? I dlaczego „moja decyzja” determinuje wersję?
Spojrzałem na kapsułę. Była przezroczysta. W środku fotel i pasy. Wokół czujniki. To wyglądało jak miejsce do przeprowadzenia transferu świadomości, a nie jak przycisk do wysadzania świata. „Przejście” mogło znaczyć: przejście mnie do innego stanu. Zmiana, której się boję.
Może „katastrofa” to nie katastrofa świata. Może katastrofa to utrata mnie – tego, kim jestem – w wyniku aktywacji.
A jeśli nie aktywuję, świat nie będzie miał mnie jako dowodu, że system działa. Ale wtedy system może uruchomić aktywację sam.
Notatka z iteracji 12 mówiła: „ktoś inny może nacisnąć”. Ale jest tylko ja.
Czyli ktoś inny to… też ja. Inna wersja. Mój strach, mój odruch, mój automat.
To była myśl, która brzmiała jak psychologia, ale w tym miejscu wszystko było mechaniką: wyuczone reakcje, wdrukowane procedury, autopiloty.
Głos interfejsu odezwał się ponownie.
– Czas do zdarzenia: dwadzieścia dziewięć minut. Sugeruję przygotowanie.
– Do czego? – zapytałem.
– Do decyzji.
– Dlaczego jestem w iteracji trzynastej?
– Ponieważ poprzednie zakończyły się niepowodzeniem.
– Niepowodzeniem wobec czego?
Pauza.
– Wobec celu.
– Jaki jest cel?
– Zatrzymać zdarzenie.
– A zdarzeniem jest…?
– Twoja aktywacja.
Zamarłem. To zdanie było proste, brutalne, niemal piękne w swojej logice.
„Zdarzeniem jest twoja aktywacja.”
Czyli to nie jest tak, że o siódmej wydarzy się coś zewnętrznego, a ja mam to zatrzymać. To ja jestem zdarzeniem. Moje naciśnięcie przycisku jest tym, co ma zostać zatrzymane.
Ale jak mam zatrzymać coś, co robię ja, skoro dotąd nie potrafiłem?
Interfejs kontynuował, jakby czytał moje myśli.
– W poprzednich iteracjach w momencie 07:00 uruchamiałeś aktywację mimo deklaracji.
– Dlaczego?
– Ponieważ to jest twój wzorzec.
Wzorzec. Słowo, którego nienawidzę. Wzorzec to sposób, w jaki świat mówi: „nie jesteś wolny”. Wzorzec to pętla, w której uważasz, że wybierasz, a tak naprawdę wykonujesz skrypt.
Jeśli to jest mój wzorzec, muszę go złamać.
Ale jak złamać wzorzec, kiedy system zna moje ruchy lepiej ode mnie?
Spojrzałem na własne dłonie. Były moimi narzędziami i moim zagrożeniem. W notatkach ktoś – ja – pisał o wiązaniu rąk, o niszczeniu przycisku, o odłączaniu zasilania. Wszystko mechaniczne. Wszystko nie działało.
Więc rozwiązanie nie było w rękach. Było w głowie.
A głowa była dziurawa od resetów.
Wtedy dotarło do mnie, co jest stawką: nie zatrzymać przycisk, tylko zatrzymać siebie. Nie fizycznie. Decyzyjnie. Zatrzymać to, co we mnie automatyczne.
Zegar: 06:41.
Dziewiętnaście minut.
Wziąłem długopis i kartkę. Napisałem, dużymi literami, tak jakby litery miały mi wejść do krwi:
O 07:00 NIE NACISKAJ.
JEŚLI POCZUJESZ PANIKĘ – ODDYCHAJ.
JEŚLI USŁYSZYSZ „KATASTROFA” – TO TYLKO SŁOWO.
JEŚLI RĘKA IDZIE DO PRZYCISKU – COFNIJ JĄ.
TY NIE JESTEŚ WZORCEM.
Przykleiłem kartkę taśmą do osłony przycisku, tak żeby nie dało się jej nie zobaczyć.
Interfejs milczał.
Zegar: 06:47.
Trzynaście minut.
Czułem, jak narasta we mnie napięcie. Jakby mój organizm już znał godzinę siódmą jako moment, w którym coś ma się stać. Jakby ciało pamiętało to, czego głowa nie może.
Gdy zostało dziesięć minut, w sali 7 zmieniło się światło. Lampy przygasły, a na ścianach pojawiły się delikatne pulsujące projekcje. Nie obrazy, tylko rytm, jakby system próbował mnie hipnotyzować.
Na terminalu pojawił się komunikat:
FAZA PRZYGOTOWAWCZA
WZORZEC: AKTYWACJA
JEŚLI NIE AKTYWUJESZ, SYSTEM ZAREJESTRUJE ODRZUCENIE.
Odrzucenie. Kolejne słowo, które ma w sobie oskarżenie. Odrzucenie brzmi jak bunt. Jak błąd. Jak odmowa współpracy.
Zostało pięć minut.
Wstałem i odsunąłem się od przycisku. Usiadłem na podłodze, plecami do kapsuły, tak żeby nie mieć przycisku w zasięgu ręki bez wstawania. To nie było eleganckie. To było praktyczne.
Oddychałem. Wdech – cztery. Wydech – sześć. Prosta technika, jak w wojsku, jak na przesłuchaniu, jak w życiu, w którym kontrola oddechu jest jedyną kontrolą, jaką masz.
Zegar: 06:58.
Dwie minuty.
Interfejs znów się odezwał.
– Uczestnik trzynasty. W poprzednich iteracjach w tym momencie zaczynałeś racjonalizację.
– Nie teraz – powiedziałem.
– To też jest racjonalizacja.
Zacisnąłem szczękę. Nie odpowiadałem. Bo odpowiedź tworzy dialog, a dialog tworzy przestrzeń, w której można mnie popchnąć.
Zegar: 06:59.
Minuta.
W sali 7 włączył się niski dźwięk. Prawie niesłyszalny, ale odczuwalny. Jak drżenie w kościach. Jak sygnał do startu.
W moim ciele pojawił się impuls: wstać. Podejść. Nacisnąć. Tak jakby ktoś zainstalował we mnie skrypt i teraz go uruchomił.
„Odruch”, pomyślałem. „Wzorzec.”
Wstałem powoli, jak człowiek, który idzie na egzekucję własnej automatyki. Spojrzałem na przycisk.
Na osłonie była kartka: O 07:00 NIE NACISKAJ.
Ręka mi się podniosła sama.
To było najgorsze. Mój mózg w tym momencie nie był moim mózgiem. Był narzędziem. Ręka przesuwała się w kierunku osłony, jakby miała własny plan.
– Stop – powiedziałem na głos. Głos był mój. Ręka była nie moja.
Przycisnąłem drugą ręką nadgarstek tej pierwszej. Zatrzymałem go w połowie ruchu. Czułem, jak mięśnie walczą: jeden zestaw chce nacisnąć, drugi chce powstrzymać.
Zegar: 07:00:00
Osłona przycisku odskoczyła sama, jak w iteracji 11. Automatycznie. Plastik kliknął, odsłaniając czerwony przycisk jak język.
W tym samym momencie interfejs powiedział:
– Katastrofa.
To słowo uderzyło we mnie jak młot. Zawsze działa. Katastrofa jest pierwotna. Katastrofa to ten rodzaj strachu, który nie pyta o dowody.
Ręka drgnęła. Palec prawie dotknął czerwieni.
I wtedy zrobiłem jedyną rzecz, która nie była w notatkach. Bo notatki mówiły o mechanice. A ja musiałem zrobić coś z poziomu, którego system nie przewidział: zmienić znaczenie.
Nie zatrzymać ręki siłą, tylko powiedzieć sobie prawdę inną niż „katastrofa”.
– To nie jest katastrofa świata – powiedziałem. – To jest katastrofa mnie.
W tej sekundzie zrozumiałem. Wzorzec aktywacji nie był po to, żeby ratować. Był po to, żeby uciec. Aktywacja była moją ucieczką od strachu przed utratą kontroli. Wciskałem przycisk, bo przycisk dawał poczucie działania. A działanie jest narkotykiem dla ludzi, którzy boją się bezruchu.
Interfejs nie kłamał. Katastrofa była. Ale była we mnie: katastrofą było, że nie potrafię wytrzymać chwili, w której nie robię nic.
Palec zawisł nad przyciskiem.
I wtedy po raz pierwszy od trzynastu prób poczułem coś, czego nie znałem w tej sali: ciszę, która nie była pustką. Ciszę, która była przestrzenią na wybór.
Nie nacisnąłem.
Sekunda.
Dwie.
Trzy.
Dźwięk w kościach ucichł. Światło na ścianach przestało pulsować. Terminal mrugnął.
ZDARZENIE: ZATRZYMANE
STATUS: NIEAKTYWACJA
UWAGA: KONFRONTACJA
Słowo „konfrontacja” było jak zimna woda.
Drzwi do sali 7 zamknęły się automatycznie. Zamek kliknął. Byłem w środku. Z kapsułą. Z przyciskiem. Z własnym oddechem.
Interfejs odezwał się spokojnie.
– Zatrzymałeś wzorzec. Teraz musisz zobaczyć, co było pod nim.
– Co to znaczy? – zapytałem.
– Minuta zero nie była testem technicznym. Była testem zgody. W poprzednich iteracjach wybierałeś aktywację, bo wolałeś utracić fragmenty pamięci niż przyjąć prawdę o swoim czynie.
Zamarłem.
– Jaki czyn?
– Ten, który uruchomił cały proces.
W kapsule zapaliło się światło. Szkło rozjaśniło się od środka. Na fotelu w środku pojawił się cień, jakby projekcja osoby. Najpierw niewyraźny. Potem ostrzejszy.
To byłem ja. Ale nie ja z teraz. Ja z kiedyś. Ja w innym ubraniu, z inną twarzą, bardziej napiętą, bardziej pewną.
Projekcja uniosła głowę i spojrzała na mnie.
– Wreszcie – powiedział. To był mój głos, ale brzmiał inaczej: bardziej pełny. Jak głos człowieka, który jeszcze miał wszystkie fragmenty.
– Kim jesteś? – wyszeptałem.
– Tym, co zostało, zanim zacząłeś kasować – odpowiedział.
– Dlaczego to zrobiłem?
– Bo nie mogłeś znieść, że jesteś sprawcą. – Projekcja mówiła prosto, bez ozdobników. – W tamtym dniu nacisnąłeś przycisk nie tutaj. Tam. W realnym świecie. Uruchomiłeś procedurę, która kogoś zniszczyła. Nie zabiła. Zniszczyła. Potem przyszedłeś tu, żeby sobie udowodnić, że potrafisz przestać naciskać. A żeby mieć kolejne próby, płaciłeś pamięcią.
Zrobiło mi się słabo. Bo jeśli to prawda, to moje życie było nie tylko pętlą. Było ucieczką. Skupieniem na jednym zadaniu po to, żeby nie pamiętać jednego faktu.
– Kogo zniszczyłem? – zapytałem.
Projekcja zawahała się pierwszy raz. W jej oczach pojawiło się coś, co wyglądało jak ból.
– To jest fragment, którego nie oddam interfejsowi. To jest fragment, który musisz odzyskać sam. – Spojrzał na mnie twardo. – Dlatego proces miał koszt. Żebyś nie mógł przejść do odpowiedzi bez ceny.
– Jak mam odzyskać?
– Nie resetując. – Projekcja wskazała na przycisk RESET obok czerwonego. – Ten przycisk jest twoją religią: wciśniesz go, a będziesz mógł znów mówić „nie wiem”. Ale teraz już wiesz wystarczająco: wiesz, że uciekasz.
Interfejs odezwał się równolegle, jakby chciał odzyskać kontrolę nad narracją.
– Uczestnik trzynasty. Masz wybór: zakończyć proces i wrócić, zachowując aktualny stan pamięci, albo wykonać reset i kontynuować próby. Koszt zostanie naliczony.
– Wrócić dokąd? – zapytałem.
– Do życia.
To słowo zabrzmiało jak kpina. Do jakiego życia? Do życia bez pamięci? Do życia, w którym mogę funkcjonować, ale nie wiem, co zrobiłem?
Projekcja uśmiechnęła się gorzko.
– Widzisz? – powiedział. – Właśnie dlatego tu utknąłeś. Bo chcesz powrotu bez prawdy.
Patrzyłem na przycisk RESET. Był mniejszy niż czerwony, ale w tej chwili wydawał się większy niż wszystko. RESET obiecywał ulgę: wymazać napięcie, wrócić do 06:00, znów mieć prosty cel: nie naciskać. I znów nie dotknąć tego, co boli.
A jednak zatrzymałem zdarzenie. Zatrzymałem wzorzec.
Jeśli teraz wcisnę RESET, cofnę czas i stracę kolejny fragment. Ale przede wszystkim: zdradzę tę jedną sekundę wolności, którą właśnie miałem.
Nie chciałem. Ale chciałem też uciec. Dwie siły w jednym ciele.
– Co się stanie, jeśli zakończę proces? – zapytałem interfejs.
– Proces zakończy się. Pamięć pozostanie w obecnym stanie. Zdarzenie nie wystąpi.
– A prawda?
– Prawda jest poza procesem.
Projekcja spojrzała na mnie, jakby czekała, aż zrozumiem, że to jest sedno: tu nie chodziło o zatrzymanie przycisku. Tu chodziło o to, żebym wreszcie wyszedł z pokoju i stanął twarzą w twarz z konsekwencją w świecie.
W świecie, w którym nie ma resetu.
Zegar na ścianie ruszył dalej. Po raz pierwszy od wejścia do sali czas nie zatrzymał się na 07:00. Przeszedł dalej.
07:01
To było jak oddech świata po tym, jak przestał czekać na mój błąd.
Interfejs powiedział:
– Zakończenie procesu wymaga potwierdzenia.
Na terminalu pojawił się komunikat:
POTWIERDŹ: WYJŚCIE
UWAGA: PO WYJŚCIU NIE MA RESETU
TAK / NIE
„Nie ma resetu.” To zdanie mogło być tytułem mojego życia.
Stałem nieruchomo. Patrzyłem na opcję TAK.
Poczułem nagle coś dziwnego: brak. Jakby w głowie była dziura, która domaga się wypełnienia. To była pamięć, której nie miałem, a jednak jej brak był obecny jak ból amputowanej kończyny.
– Zanim wyjdziesz – powiedziała projekcja – weź to.
W kapsule otworzył się schowek. Wysunęła się mała kartka. Papier. Analogowy, prosty, bez zabezpieczeń, a jednak cięższy niż technologia.
Wyjąłem kartkę. Były na niej dwa zdania, zapisane moim pismem, ale innym niż to z teczek. Pewniejszym.
„Jeśli to czytasz, znaczy, że wreszcie nie nacisnąłeś.”
„Twoja wina ma imię: ELIZA.”
Imię uderzyło we mnie jak cios. Nie pamiętałem Elizy, ale imię natychmiast wywołało echo emocji, jakby mój organizm przechowywał uczucia w innych miejscach niż pamięć.
Eliza.
To imię było kluczem i karą.
Projekcja spojrzała na mnie miękko, jakby ostatni raz.
– Nie będę ci mówił więcej. Jeśli powiem, odbiorę ci odpowiedzialność. A odpowiedzialność jest jedyną rzeczą, która może cię naprawić.
– A ty? – zapytałem.
– Ja jestem tobą sprzed ucieczki. – Uśmiechnął się smutno. – Jeśli wyjdziesz, przestaniesz mnie potrzebować.
Interfejs odezwał się chłodno:
– Potwierdź.
Patrzyłem na terminal. Na „TAK”. Na „NIE”.
„NIE” oznaczało powrót do pętli. Do prób. Do komfortu wąskiego celu.
„TAK” oznaczało: wziąć tę jedną kartkę, to jedno imię, i pójść w świat, gdzie nie ma procedury, która zabiera pamięć zamiast bólu.
Wziąłem oddech. Poczułem, że ręka znów chce nacisnąć, ale tym razem nie czerwony przycisk, tylko reset. To było to samo: nacisk jako ucieczka.
Nie nacisnąłem resetu.
Kliknąłem TAK.
Terminal mrugnął.
PROCES ZAKOŃCZONY.
DZIĘKUJEMY ZA UCZESTNICTWO.
PAMIĘĆ: STAN BIEŻĄCY.
ODPOWIEDZIALNOŚĆ: AKTYWNA.
Drzwi do sali 7 otworzyły się. Za nimi nie było korytarza. Było światło dzienne. Jakby ktoś przeciął ścianę rzeczywistości.
Wyszedłem.
I wtedy uderzył mnie hałas świata: ptaki, samochody, rozmowy, wiatr. Zapach asfaltu. Zwykłość. Ta sama zwykłość, która zawsze wygląda niewinnie, dopóki nie dotknie cię prawda.
Stałem na chodniku przed budynkiem, którego nie potrafiłem rozpoznać. W kieszeni miałem kartkę z imieniem: Eliza. W głowie miałem puste miejsca po dwunastu resetach. A jednak coś we mnie było ciężkie i realne: świadomość, że nie mogę wrócić do 06:00.
Podniosłem wzrok.
Przy drzwiach wisiała kartka.
KOMISJA POWYPADKOWA
INCYDENT LABORATORYJNY – STREFA A
Poniżej, mniejszym drukiem:
POSTĘPOWANIE WYJAŚNIAJĄCE
Wreszcie przyszło zrozumienie.
To nie był wypadek w sensie chaosu.
To była procedura, która zadziałała dokładnie tak, jak została zaprojektowana.
Korytarz laboratoryjny.
Panel kontrolny.
Alarm.
I czerwony przycisk opisany bez emocji:
PROCEDURA AWARYJNA
Nie pamiętałem chwili nacisku.
Pamiętałem tylko decyzję.
Decyzję, że zabezpieczenie obiektu jest ważniejsze niż człowiek w strefie.
Decyzję, że łatwiej uruchomić automat, niż zostać z niepewnością.
Decyzję, że system poniesie odpowiedzialność za mnie.
Otworzyły się drzwi sali przesłuchań.
– Proszę – powiedział ktoś.
Wszedłem.
Sala była zwyczajna: stół, mikrofony, dyktafon, trzy osoby po drugiej stronie. Papiery leżały równo. Wszystko było gotowe na prawdę, której jeszcze nie znali.
– Proszę usiąść – powiedział przewodniczący komisji.
Usiadłem.
– Był pan operatorem procedury awaryjnej w dniu incydentu – powiedział. – Chcemy poznać dokładny przebieg zdarzeń.
Nie zapytałem, co już wiedzą. To nie miało znaczenia. Wiedzieli tylko tyle, ile pozwalały raporty. A raporty zawsze są bezpieczniejsze niż ludzie.
– Proszę powiedzieć, co się stało o godzinie zero – dodał.
Wziąłem oddech.
Mogłem mówić o protokołach.
O szkoleniach.
O algorytmach ryzyka.
To był język, który znałem najlepiej. Język, którym przez lata unikałem jednego zdania.
Zamiast tego powiedziałem:
– Nacisnąłem przycisk.
W sali zrobiło się cicho.
– Dlaczego? – zapytała jedna z osób.
– Bo się bałem – odpowiedziałem. – Bo procedura dawała mi poczucie działania. Bo łatwiej było uruchomić system, niż wytrzymać minutę bez decyzji.
Zapisali to.
– Czy wiedział pan, że w strefie znajduje się pracownik? – padło kolejne pytanie.
Nie pamiętałem. I to było najgorsze.
– Nie wiem – powiedziałem. – Ale wiem, że nacisnąłem, wiedząc, że ktoś tam może być.
To zdanie było cięższe niż wszystkie resety razem.
– Czy miał pan alternatywę? – zapytał przewodniczący.
Popatrzyłem na stół. Na swoje dłonie.
– Tak – powiedziałem. – Miałem.
Pauza.
– Alternatywą było nic nie robić przez chwilę. I wziąć na siebie ryzyko.
Nikt się nie odezwał.
Dyktafon nagrywał.
Papier przyjmował.
System po raz pierwszy nie był tarczą.
– Czy zdaje pan sobie sprawę z konsekwencji swojej decyzji? – zapytała kobieta po prawej.
– Tak – odpowiedziałem. – I dlatego tu jestem.
To było wszystko.
Nie było konfrontacji.
Nie było ulgi.
Nie było przebaczenia.
Była prawda, która po raz pierwszy nie została uruchomiona automatycznie.
Kiedy wyszedłem z sali, korytarz był pusty.
Nie widziałem jej.
Nie musiałem.
Jej obecność była w papierach, w protokole, w moim zeznaniu.
I w tym, że nie nacisnąłem już resetu.
Wyszedłem na zewnątrz.
Miasto żyło dalej, jakby nigdy nie było laboratorium, strefy ani czerwonego przycisku. Tak właśnie działa świat: zapomina szybciej niż ludzie.
Ja nie miałem już tej opcji.
Minuta zero nie wydarzyła się wtedy, w laboratorium.
Minuta zero wydarzyła się wtedy, gdy przestałem używać procedury, żeby uciec od odpowiedzialności.
I z tą odpowiedzialnością poszedłem dalej – bez resetu.