- Opowiadanie: Adexx - Jedzcie jeżyny

Jedzcie jeżyny

Krótka bajka. Zapraszam do czytania. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Jedzcie jeżyny

Głęboko w mrocznym lesie, w domu utkanym z cierni jeżyn, żył samotnie potwór. Choć jego sylwetka zdradzała młodość, czas obchodził się z nim inaczej niż z ludźmi – trwał w tym miejscu dłużej, niż niejeden z nich zdążył przeżyć całe swoje życie. Samotność jeżynowego domostwa towarzyszyła mu od zawsze, odkąd pamiętał siebie jako małą, drżącą istotę ukrytą pośród ostrych kolców.

Z biegiem lat jego pasją stała się hodowla jeżyn, jakich świat nigdy wcześniej nie widział. Wielkie, pulchne owoce o głębokiej, niemal królewskiej purpurze obciążały kolczaste gałęzie krzewów, aż te uginały się pod własnym ciężarem. Nikt inny nie posiadał podobnego bogactwa. Nawet władcy Nowego Świata mogliby mu pozazdrościć, choć oni sami przedkładali połysk martwego złota nad żywą obfitość.

Praca wśród krzewów koiła jego potworne, skołatane serce, a czas rozpływał się przy niej bezszelestnie i łagodnie. Wkrótce odkrył, że jeżyny nie tylko przynoszą ulgę chorym ciałom, lecz także mogą zostać wymienione na dziwne, ludzkie pieniądze, za które zdobywał rzeczy niezbędne do życia. Co drugą pełnię księżyca wyruszał więc do miasta, niosąc koszyk wypełniony owocami aż po same brzegi.

Z utęsknieniem wypatrywał bladej tarczy księżyca, ledwie przebijającej się przez trujące opary wznoszące się nad ziemią – wytwór ludzkich rąk i nienasyconych ambicji. Gdy przekraczał granice metalowego, lodowatego miasta, mimowolnie przyśpieszał kroku. Nie znosił spojrzeń przepełnionych strachem. Dwunogi bały się go z powodów, których nigdy nie potrafił pojąć, choć nie wyrządził im żadnej krzywdy.

Mieszkańcy nazywali go Włochaczem, Diabłem – z powodu gęstego futra i dwóch potężnych rogów wyrastających z jego głowy. Zagłębiał się w miasto, unosząc wzrok ku żelaznym ptakom ludzi, przelatującym tuż nad jego rogami.

– Mamo, patrz! – krzyknęło dziecko, podchodząc bliżej.

– Nie zbliżaj się do niego! – wrzasnęła matka, szarpnąwszy je za rękę. – Jak tylko go dotkniesz, zło przejdzie na ciebie! Ktoś kiedyś go dotknął, a jego ręka pokryła się strupami!

– Chodzą słuchy, że ktoś umarł po samym dotyku – dorzucił jeden z gapiów.

Gdy tylko mijał kolejne sklepy, metalowe wrota zasuwały się z głuchym hukiem. Widział ludzi kryjących się w szczelinach drzwi, podglądających go zza szyb wieżowców z mieszaniną lęku i fascynacji. W mieście nie cieszył się dobrą reputacją.

Nagle tuż obok niego przeleciał motyl. Chciał go ocalić, lecz było już za późno. Owad wpadł w trujące opary, opadł na ziemię i znieruchomiał.

– Widziałeś?

– Nawet jego oddech niesie zło – szepnął ktoś.

Zabłądziłeś, maleńki? – pomyślał, unosząc martwego motyla w ogromnych dłoniach, po czym delikatnie schował go do koszyka. Rozejrzał się dookoła.

Dla takich jak on w mieście metalu nie było miejsca. Nienawidził zimnego kruszcu, z którego wzniesiono tu wszystko. Wolał świat zieleni, który z każdym rokiem kurczył się pod naporem ludzkiej ekspansji.

– Uciekajmy, bo my też padniemy trupem! – wrzasnęły dzieci w maskach gazowych, rzucając się do panicznej ucieczki.

Każda jego wizyta kończyła się szeptami i ukradkowymi spojrzeniami. Przywykł do tego. Taki się urodził. Taki był. Tak było od zawsze – jeszcze w czasach, gdy ludzie nie latali jak ptaki, a poruszali się hałaśliwymi, czterokołowymi maszynami.

Gdy dotarł do drzwi sklepu, zapukał palcem w zimny metal. Następnie usiadł ciężko na progu, wywołując głuchy łoskot i wzbijając w powietrze tumany kurzu. Po chwili wyszedł bogato odziany kupiec.

– Czekałem na ciebie! – W jego głosie pobrzmiewała szczera satysfakcja.

Potwór postawił koszyk. Wkrótce pojawiła się trójka ludzi, by rozładować ładunek.

– Nareszcie. Już myślałem, że znów będę musiał jeść to gówno. Te tabletki, którymi nas karmią. „Zaspokajają wszystkie potrzeby organizmu”, psia ich mać.

Kupiec podszedł bliżej, kładąc ciężki woreczek z pieniędzmi. Był jednym z nielicznych, którzy odnosili się do Diabła z życzliwością, mimo że nigdy nie wchodził z nim w głębsze rozmowy.

W tej zatłoczonej, metalowej klatce istniało jedno miejsce, do którego potwór wracał z niezmienną chęcią. Zapukał w wąskie drzwiczki księgarni – ostatniej, jaka jeszcze się ostała.

Ludzie rzadko sięgali już po książki. Często znajdował je porzucone w śmietnikach, z podartymi okładkami i wyrwanymi stronami. Tutaj jednak wciąż panował wybór – staranny, niemal nabożny.

– W mieście zrobiła się wrzawa. Wiedziałem, że nadchodzisz – odezwał się stary mężczyzna, wychodząc zza progu księgarni. – Wczoraj znalazłem kilka tytułów… bliskich twojemu gustowi.

Książki. To one jako jedyne powstrzymywały Diabła przed całkowitą nienawiścią do ludzi. Czasami potrafili stworzyć coś pięknego. Zamknąć sens, emocję, a nawet prawdę w kruchych kartkach papieru.

Idąc dalej, natknął się na parę zakochanych. Zatrzymał się i obserwował, jak splatają się ich dłonie, jak odnajdują siebie w pocałunkach. Nigdy nie rozumiał tej nadmiernej czułości.

– Patrz, Diabeł się gapi! – zawołała speszona kobieta.

– Oślepiło go twoje piękno – odpowiedział chłopak i bez wahania wrócił do całowania.

Potwór odwrócił wzrok i ruszył dalej, w stronę głównego placu. Właśnie tam przeprowadzano egzekucję – jedną z wielu, które stały się codziennością.

– Oni są inni niż my, ludzie! – krzyczał kapłan. – Ludzie są tylko dobrzy, a te wynaturzenia mogą być jedynie złe!

Takie widowiska urządzano co jakiś czas ku uciesze tłumu. Mordowano słabsze potwory, często bez powodu, dla przykładu. Tacy byli dobrzy ludzie.

Diabeł nie zatrzymał się ani na chwilę. Ominął plac, pozostawiając za sobą krzyki i zapach krwi, po czym ruszył w stronę lasu – tam, gdzie metal nie miał już żadnej władzy.

*

Drobna dziewczyna szła metalowym chodnikiem, co chwila rytmicznie stukając laską. Każde uderzenie odbijało się echem w zimnej przestrzeni miasta. Wracała obolała z pracy do domu. Trasę znała na pamięć – w końcu przemierzała ją setki razy.

– Patrz, ślepa Luna! – krzyknęło dziecko, wskazując ją palcem.

– Już, już do domu, bo się zarazisz – skarciła je matka, odciągając w pośpiechu.

Tak wyglądał dzień Luny, niewidomej dziewczyny. Zawsze bawiło ją – gorzko, bez śmiechu – to, jak traktowali ją ludzie. Przecież ślepotą nie dało się zarazić. Nikogo nie interesowało, że pracuje ponad siły, odkładając każdy grosz na protezę, która pozwoliłaby jej znów zobaczyć świat. Zamiast tego woleli powtarzać plotki: że to choroba, że ślepota jest zaraźliwa, że Luna nie chce widzieć, bo tak jest jej wygodniej.

Prawda była prostsza i bardziej okrutna. Nie było jej stać na operację. Ale to również nie miało znaczenia. Społeczeństwo Nowego Świata w chorobie widziało zło, a w ułomności – winę.

Nie zwracając uwagi na nieprzychylne szepty, które słyszała wyraźniej dzięki wyostrzonemu słuchowi, otworzyła drzwi swojego domu. A raczej pokoju – bo tak wyglądały domy współczesnych ludzi. Jedno pomieszczenie: łóżko, telewizor, prysznic i sedes.

Szczytem bogactwa było mieć cokolwiek więcej. Zwykły robotnik czy Kowalski musiał zadowolić się klitką – i to na kredyt, ciągnący się przez całe życie.

Opadła ciężko na fotel i zjadła swój obiad. Odkręciła słoiczek z tabletkami i połknęła trzy. Tylko one utrzymywały ją przy życiu. Restauracje? Gotowanie? Nie – kategorycznie nie. To było zarezerwowane dla bogatych, nie dla zwykłych pożeraczy pigułek.

Włączyła telewizor. Jak zawsze płynęły z niego ogłupiające programy, z roku na rok coraz płytsze, coraz bardziej jałowe.

– Chcesz być piękna? Marzy ci się wygląd modelki? Kup szampon firmy Shampoo i dogonisz standardy współczesnego piękna! – wrzeszczał telewizor.

Po krótkiej chwili wyłączyła to bełkotliwe widowisko. Wstała i ruszyła do jedynego miejsca, w którym naprawdę mogła odpocząć.

*

– Spoczywaj w pokoju, bracie – wyszeptał potwór, siedząc nad niewielkim kopcem usypanym nad grobem motyla.

Jak zawsze wziął głęboki oddech. Powietrze w jego lesie było inne niż w metalowym mieście – czyste, miękkie, pozbawione trującej woni. Ludzie nie lubili tu przychodzić. Woleli swoje cztery ściany.

Wstał i podszedł do stosu książek, zaczynając je przeglądać. Z niewyjaśnionych przyczyn szczególnie upodobał sobie romanse. Księżniczki, książęta, walki ze smokami – tak, to był jego świat. Otworzył jedną z ksiąg na ilustracji, na której książę tańczył z księżniczką.

Podniósł się.

– Czy mogę prosić do tańca? – zaryczał na cały głos, wykonując teatralny ukłon.

Po chwili zaczął nucić i tańczyć między krzewami jeżyn. Raz wolno, raz szybko – jego kroki rozbrzmiewały echem po lesie, splatając się z cichym nuceniem. W wyobraźni trzymał w ramionach piękną kobietę w długiej sukni.

Za każdym razem, gdy czytał książki, czuł coś dziwnego. Delikatne szczypanie w okolicach serca, ciepło pod futrem, jakby rumieńce lekko drapały skórę. Uśmiech nie schodził mu z pyska.

Pogrążony w wyobraźni, z zamkniętymi oczami, odgrywał sceny miłosne pośród kolczastych krzewów i stert książek, doświadczając uczuć, których dotąd nie znał.

Dzięki księgom poznawał świat poza lasem. Lubił się uczyć. Nowa wiedza dawała mu poczucie spełnienia. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego dwunogi gardzą tak pięknymi książkami.

Wyczerpany tańcem ruszył w głąb lasu. Położył się wygodnie na miękkim mchu i zasnął, śniąc o walkach ze smokami i księżniczkach z kart książek. Jeszcze przed snem pomyślał, że musi rozstawić nowy żywopłot z cierni jeżyn – ostatnimi czasy jakieś szkodniki podjadały jego owoce.

Obudziło go ciche mlaskanie.

Uniósł głowę i podążył w stronę dźwięku. Wśród krzewów dostrzegł klęczącą dziewczynę o długich, jasnych włosach. Jej twarz była cała umazana sokiem z jeżyn, których owoce miały rozmiar niemal jej głowy. Drobny człowieczek zajadał się nimi bez opamiętania.

– Kim jesteś i czemu jesz moje jeżyny? – zaryczał potwór.

– Nie wiedziałam, że są twoje – odpowiedziała, ocierając kapiący sok z twarzy rękawem. – Wybacz, proszę… nie mogłam się oprzeć. Są takie pyszne.

To był pierwszy raz, gdy człowiek nie zareagował na Diabła strachem ani obrzydzeniem. Dziewczyna po prostu patrzyła w jego stronę – spokojnie, bez drżenia.

– Jestem Luna. A ty?

Zawahał się.

– Nie wiem. Nie mam imienia. Wołają na mnie Diabeł.

– To ty jesteś tym sławnym potworem? – zaśmiała się cicho Luna. – Masz ciepły głos. Nie wydajesz się straszny.

Pierwszy raz słyszał coś takiego od człowieka.

– Ludzie się mnie boją.

– Mogę zobaczyć twoją twarz? – zaproponowała, wyciągając dłonie przed siebie.

– Widzisz rękami?

– Jestem ślepa. Ale potrafię wyobrazić sobie, jak ktoś wygląda, po dotyku.

Potwór pochylił pysk w jej stronę. Luna ostrożnie zaczęła gładzić jego twarz. Było to uczucie nowe, nieznane – a zarazem przyjemne, podobne do tego, gdy motyl lub wiewiórka wtulały się w jego futro.

– Jesteś… wielki – dodała, dotykając jego policzka.

– Często tu chodzisz? – zapytał, siadając obok niej.

– Codziennie. Odpoczywam tu po pracy.

– Czym jest praca?

– To coś, co robisz, żeby móc żyć.

– Też mam pracę. Uprawiam jeżyny.

– Są pyszne.

– Wiem.

Zapadła chwila ciszy.

– Ta rozmowa jest niezręczna – powiedziała w końcu Luna. – Chyba nie rozmawiasz często z innymi.

– Ty chyba też nie – odparł.

I po raz pierwszy cisza między nimi nie była samotnością.

Od tej pory potwór z niecierpliwością wyczekiwał kolejnych spotkań ze ślepą Luną. Siedzieli godzinami, rozmawiając o życiu – o tym, czym jest świat, kim są ludzie i potwory oraz dlaczego los bywa tak niesprawiedliwy.

*

– I żyli długo i szczęśliwie… – zakończył czytanie potwór, zamykając książkę.

– Naprawdę ciekawią cię takie rzeczy? – zaśmiała się Luna. – To przecież fikcja.

– W każdej bajce jest ziarnko prawdy – zaprzeczył spokojnie.

– Życie to nie bajka – westchnęła. – Całe je spędzę na ciężkiej pracy. Żaden książę po mnie nie przyjdzie, bo ludzie traktują mnie jak zarazę.

– Dlaczego?

– Bo jestem inna niż oni.

Potwór zamyślił się.

– Myślałem, że wszyscy ludzie są dobrzy.

– To bajki opowiadane przez kapłanów – odparła cicho. – Tak samo jak u was, są dobre i złe istoty… choć ostatnio tych dobrych jest coraz mniej.

– Jesteś piękna – powiedział po chwili. – Jak na ludzkie standardy.

– Dzięki – zaśmiała się Luna, ziewając. Ułożyła się wygodnie w jego futrze i niemal natychmiast zasnęła.

– Ja mógłbym być twoją bajką – wyszeptał potwór.

Luna jednak już tego nie usłyszała.

Diabeł siedział przez całą noc, obserwując toksyczne chmury sunące po niebie. Palcem rysował w powietrzu ich kształty, zgadując, czym mogłyby być – smokiem, zamkiem, a może skrzydłami anioła, o którym czytał w jednej z książek.

I po raz pierwszy od bardzo dawna nie czuł się samotny.

*

– Krok w tył, krok w bok, utrzymaj tempo – powiedział potwór, trzymając Lunę za ręce.

– Haha, to pierwszy raz, kiedy tańczę! – zaśmiała się Luna, próbując przebić się przez nucenie potwora.

– Dobrze ci idzie – zaryczał Diabeł.

Diabeł przekazywał jej swoją wiedzę o uprawie jeżyn – wiedzę starą jak ziemia, cichą i cierpliwą. Luna chłonęła ją z zachwytem, ucząc się uważnie, z sercem otwartym na każde słowo. Nie mogła wyjść z podziwu, jak głęboko sięgało jego rozumienie roślin: znał ich potrzeby, kaprysy, sny ukryte w korzeniach. Każdy liść zdawał się z nim rozmawiać, a on potrafił słuchać.

Dni mijały im na pracy i tańcu. W miękkiej glebie splatały się ich dłonie, a w ruchu ciał odnajdywali rytm wspólnego oddechu. Gdy słońce chyliło się ku ziemi, wracali do tańca, stawiając kroki ostrożnie, jakby bali się spłoszyć samą chwilę. Luna wydawała się szczęśliwa – spokojna, zanurzona w prostocie tych dni, jakby odnalazła miejsce, które od dawna na nią czekało.

Tańczyli razem, aż brakowało im tchu. W końcu potwór położył się na mchu wraz ze swoją przyjaciółką.

– Wiesz co? – zapytał.

– Co?

– Mogłabyś tu zostać. Jedzenia mamy pod dostatkiem…

– Nie mogę. Bez obrazy, potworze, ale ja potrzebuję czegoś więcej.

To był pierwszy raz, gdy Diabeł nie potrafił jej zrozumieć. Co mogło być lepsze: metalowe pudło pełne wygód czy jego las, w którym było ciepło, bezpiecznie i gdzie nigdy nie brakowało pożywienia? A może istniało coś jeszcze, czego Luna pragnęła bardziej?

– Czego chcesz jeszcze? – spytał.

– Sama nie wiem… Ludzie nie mieszkają w lesie.

– Ale ty nie jesteś jak inni ludzie.

– Czemu? Bo jestem ślepa?

– Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli – odparł potwór.

Luna wstała gwałtownie, zdenerwowana, i ruszyła w stronę wyjścia.

– Co robisz?

– Nie jestem taka jak ty, potworze, i dobrze o tym wiesz.

– Jesteśmy podobni.

– Nie! I nigdy nie będziemy. Ja jestem człowiekiem, a ty bestią.

Słowa Luny zabolały potwora. Przecież nigdy nie zrobił jej krzywdy – w czym zawinił? Nie rozumiał ludzkiego postępowania. Przez kolejne dni Luna nie przychodziła, a jej nieobecność wypełniała go przykrą pustką. Dał jej wszystko, czego chciała, był zawsze łagodny… a ona go odrzuciła.

Siedział w swoim domku z jeżyn, obwiniając samego siebie. Czuł dziwne kłucie w klatce piersiowej, a z oczu płynęły mu łzy.

– Chyba nigdy nie zrozumiem natury ludzi – westchnął, kładąc się spać.

*

Przez kolejne dni Luna zajmowała się wyłącznie monotonną pracą, narzekając, że każdy dzień jest taki sam. Po ciężkich godzinach wracała do domu – do swojego bezpiecznego, metalowego pudełka.

Kilka razy potwór próbował ją odwiedzić. Stawał pod jej drzwiami i pukał – nieśmiało, jakby bał się własnego istnienia. Drewno drżało pod jego dłonią, lecz w środku panowała cisza. Nie odpowiadała. Sama nie wiedziała, czego pragnie; nie rozumiała, dlaczego odtrąciła kogoś, kto był jej tak bliski w odrzuceniu. A jednak wierzyła, że milczenie jest słuszne. Trwała więc w nim, zamykając drzwi i serce.

Przestała odwiedzać las. Skupiła się wyłącznie na swoim życiu – ciasnym i codziennym – jakby ucieczka w rutynę mogła zagłuszyć brak. Ludzie wciąż patrzyli na nią jak na trędowatą: z dystansem, niechęcią i lękiem. Praca nie przybliżała jej do spełnienia marzeń; dni mijały, a ona wciąż pozostawała sama. Pragnęła być jak inni – wreszcie mieć kogoś dla siebie, przestać czuć pustkę obok własnego oddechu. Lecz nie potrafiła się otworzyć przed potworem, który – tak jak ona – został odrzucony przez świat.

*

Potwór siedział samotnie pośród lasu, gdzie drzewa splatały swe konary niczym żebra dawno martwego świata. Cisza była gęsta, niemal dusząca, a jednak to nie ona sprawiała ból. Dopiero wtedy uświadomił sobie istnienie uczucia, którego nigdy wcześniej nie znał – ciężkiego jak wilgoć w piersi, drżącego jak liść na wietrze. Serce biło niespokojnie, jakby próbowało wyrwać się z klatki, a oczy zaszły łzami, obcymi i wstydliwymi. Zrozumiał, że tęskni za Luną.

Jej imię brzmiało w jego myślach jak szept uwięziony w korze drzew, jak echo dawnego światła. Dni mijały, a brak jej obecności rósł w nim niczym cichy rozkład.

Aż pewnego dnia, grzebiąc w stercie zapomnianych ksiąg – pożółkłych, przesiąkniętych kurzem i zapachem śmierci – natrafił na opowieść o Lalkarzu, który poruszał pacynkami za pomocą cienkich sznurków. A jednak nie były one niewolne – czyniły to, czego zapragnęły, jakby posiadały własną wolę.

Lalkarz miał pluszowych przyjaciół: miękkich, cichych, wiernych. Nigdy go nie ranili i kochali ponad wszystko.

On sam zapragnął jeszcze jednego cudu – lalki w jeżynowym gaju, która kochałaby go i tańczyła w blasku księżyca.

Strony skrzypiały pod palcami, a słowa, zimne i beznamiętne, rozpaliły w nim myśl, od której nie było już odwrotu. Wtedy narodził się pomysł. Cichy. Ostateczny.

Jeśli świat nie pozwalał im być razem za życia, on znajdzie sposób, by już nigdy nie musieli się rozdzielić.

Pewnego dnia Luna, wychodząc do pracy, usłyszała nagły huk i przeszywający powietrze świst. To były jej ostatnie wspomnienia.

Była gwiezdna noc, a trujące opary chmur nie zasłaniały księżyca. Jego srebrzysta tarcza rzucała chłodne światło na korony drzew, a mgła powoli wiła się wśród cierni jeżyn, nadając lasowi niemal nadprzyrodzoną aurę. W tym mroku rozbrzmiewało ciche nucenie potwora – rytmiczne, melancholijne, przesiąknięte samotnością i obsesją.

Tańczył pośród cieni, obejmując ramionami bezwładną postać – zimną, kruchą jak porcelanowa lalka. Jego ruchy były gwałtowne i poszarpane, jakby próbował narzucić martwemu ciału rytm melodii, którą słyszał tylko on. Szarpał ją raz po raz, a jednak dotykał ostrożnie, niemal czule, starając się nie uszkodzić swojej nowej zabawki.

Każdy krok, każdy gest niósł w sobie echo jego rozpaczy – lat samotności, tęsknoty i desperackiej potrzeby bliskości, której nigdy nie otrzymał od ludzi. Taniec był modlitwą i przekleństwem zarazem, aktem miłości wypaczonej przez odrzucenie.

– Teraz… na zawsze będziemy razem – wyszeptał, a w jego głosie splatały się triumf i żałoba. – Ocaliłem cię od życia, moja księżniczko…

W jego oczach drgały refleksy księżycowego światła, jakby same nie mogły zdecydować, czy są łzami, czy blaskiem obłędu. W sercu rodziła się osobliwa mieszanina ulgi i grozy. Las wokół zdawał się wstrzymać oddech, przysłuchując się tej pieśni samotności i obsesji. Gałęzie i ciernie drżały w rytmie jego tańca, jakby natura sama stała się niemym świadkiem – a może wspólnikiem – tego mrocznego widowiska.

Zakonserwował zwłoki swojej lalki w alkoholu z jeżyn, który sam przyrządził. I tak tańczyli wiecznie – aż po kres życia potwora.

*

Pewnie czekasz na morał, bo przecież każda bajka powinna go mieć. Ale życie nie jest bajką ani prostą opowieścią o dobru i złu. Nie składa się z dwóch czystych barw. To przestrzeń pełna odcieni, w których światło i mrok przenikają się bez wyraźnych granic. Coś może być jednocześnie białe i czarne, a podział, do którego tak chętnie się odwołujemy, jest wyłącznie ludzkim wynalazkiem – w przyrodzie on nie istnieje.

Dlatego, mój drogi Czytelniku, nie daj się zwieść słodkim obietnicom szarości. Kusi ona wygodą i pozornym spokojem, lecz prowadzi do obojętności. Szarości mamy wokół siebie pod dostatkiem. Niech więc nasze życie będzie bielsze – nie w znaczeniu bezgrzesznym, lecz świadomym i odważnym. Żyj bielą tak, jak tylko potrafisz, nawet jeśli oznacza to wybór trudniejszej drogi.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Kwestie językowe, które zatrzymały mnie przy czytaniu i sugestie oraz wątpliwości (jak zawsze – tylko do przeanalizowania):

Choć jego sylwetka zdradzała młodość, czas obchodził się z nim inaczej niż z ludźmi – trwał w tym miejscu dłużej, niż niejeden z nich zdążył przeżyć całe swoje życie. – zdanie do przebudowy, bo ma niepoprawna konstrukcję i do tego powtórzenie?

Co drugą pełnię księżyca wyruszał więc do miasta, niosąc koszyk wypełniony owocami aż po same brzegi. Z utęsknieniem wypatrywał bladej tarczy księżyca, ledwie przebijającej się przez trujące opary wznoszące się nad ziemią – wytwór ludzkich rąk i nienasyconych ambicji. – powtórzenie?

Jak tylko go dotkniesz, zło przejdzie na ciebie! Ktoś kiedyś go dotknął, a jego ręka pokryła się strupami!

– Chodzą słuchy, że ktoś umarł po samym dotyku – dorzucił jeden z gapiów. – powtórzenia?

Gdy dotarł do drzwi sklepu, zapukał palcem w zimny metal. – aliteracja (są i kolejne, może celowe)?

Zawsze bawiło – gorzko, bez śmiechu – to, jak traktowali ludzie. – powtórzenie?

Zwykły robotnik czy kowalski musiał zadowolić się klitką – i to na kredyt, ciągnący się przez całe życie. – czy na pewno małą literą?

Żaden książę po mnie nie przyjdzie, bo ludzie traktują mnie jak zarazę. – powtórzenie?

 

Tu tylko dopytam – czy dobrze rozumiem, że jej drzwi były drewniane?:

Przez kolejne dni Luna zajmowała się wyłącznie monotonną pracą, narzekając, że każdy dzień jest taki sam. Po ciężkich godzinach wracała do domu – do swojego bezpiecznego, metalowego pudełka. Kilka razy potwór próbował ją odwiedzić. Stawał pod jej drzwiami i pukał – nieśmiało, jakby bał się własnego istnienia. Drewno drżało pod jego dłonią, lecz w środku panowała cisza.

 

 

On sam zapragnął jeszcze jednego cudu – lalki w jarzynowym gaju, która kochałaby go i tańczyła w blasku księżyca. – hmmm… – czy nie chodziło przypadkiem o JEŻYNOWY gaj?

Zakonserwował zwłoki swojej lalki w alkoholu z jarzyn, który sam przyrządził. – tu podobnie?

To były jej ostatnie wspomnienia. Była gwiezdna noc, a trujące opary chmur nie zasłaniały księżyca. – powtórzenie?

 

Dość nietypowo poprowadzona wersja opowieści o Pięknej i Bestii. ;) Oczywiście niewidoma dziewczyna, „widząca” tylko za pomocą rąk straszliwą twarz przyjaciela, błyskawicznie skojarzyła mi się z makabrycznym dramatem amerykańskim „Maska”, opartym na wydarzeniach autentycznych, ze znakomitą rolą Cher jako matki nieuleczalnie chorego chłopaka – postaci tytułowej. Wykreowałeś niezwykle poruszający świat fantasy. :) Osobne brawa za pomysł – uwielbiam jeżyny, ich zbieranie i niepowtarzalny smak. :) 

Fajna ilustracja, działa na wyobraźnię. :)

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Pecunia non olet

Dzięki. Pozdrawiam. :)

Nowa Fantastyka