Na północnym morzu, tam gdzie fale wyglądają tak, jakby ktoś pomalował je kolorem mokrej stali z kroplą atramentu, znajdowała się wyspa. Nie miała nazwy. Rybacy z wybrzeża mówili o niej po prostu „wyspa”, marynarze przepływający obok rzucali „może następnym razem”, a mewy nie miały w tej sprawie zdania.
Była tak niegościnna, że nawet lato starało się tam nie zaglądać, a jeśli już się pojawiało, znikało po kilku dniach. Lokalna flora, zmęczona tym stanem rzeczy, poddała się – gdzieniegdzie spod śniegu wystawały tabliczki z napisem „do wynajęcia”. Wyspa nie była miejscem, które ktokolwiek chciałby nazwać domem. A jednak ktoś musiał – głównie dlatego, że nie miał innego wyboru.
Człowiek ten, choć słowo „człowiek” jest tu raczej uprzejmą metaforą, również nie miał imienia. Jego twórca planował go ochrzcić – ponownie metafora – ale żadna propozycja się nie przyjęła. Trudno się dziwić. Doktor – nazwijmy go tak, choć tytułu naukowego nigdy nie zdobył – nigdy wcześniej nie zaszedł tak daleko w swoich próbach ożywienia materii nieożywionej. Presja go zjadła. A właściwie nie tylko presja.
Gdy stworzony przez niego mężczyzna otworzył oczy, wypełnione świeżo nadanym życiem, i wyciągnął rękę, by po raz pierwszy poczuć ludzki dotyk, doktor krzyknął coś niezrozumiale, rozejrzał się nerwowo, po czym z przepraszającym uśmiechem wymamrotał, że „chyba zapomniał papierosów”. Wybiegł na chłód nocy, gdzie na plaży czekała już łódź, a nieco dalej – orka. I tyle go widziano.
***
Pozszywany mężczyzna znalazł się w krępującej sytuacji: leżał zupełnie nagi na stole operacyjnym, w obcym miejscu, z ręką wciąż wyciągniętą w stronę drzwi. Ręka nosiła ślady nieumiejętnych szwów i wyglądała, jakby jej elementy pochodziły z różnych źródeł. Słusznie.
Po odnalezieniu lustra kilka rzeczy stało się jasnych. Był zlepkiem – a może raczej zszywką – części, które w normalnych okolicznościach mogłyby co najwyżej minąć się na ulicy, a nie współistnieć w jednym ciele. Tęczówki oczu miały różne kolory, podobnie jak włosy na niektórych płatach skalpu. Skóra, sina i dopiero zaczynająca się zabarwiać pod wpływem krążącej krwi, również występowała w kilku odcieniach.
Gdyby na wyspie był ktoś jeszcze i chciał być miły, powiedziałby pewnie, że przypomina fascynującą ludzką układankę. Ale nikogo nie było. A on był sam. I było mu z tego powodu bardzo przykro. Bo choć nie urodził się z sercem, tylko je dostał, było ono dobre – dosłownie i w przenośni.
Dni mijały powoli. Odkrył, że lubi siedzieć na kamienistej plaży, obserwując fale i ptaki. Odkrył też, że wachlarz rozrywek na wyspie kończy się dokładnie w tym miejscu, ale nie przeszkadzało mu to. Mógł rozmyślać. A miał o czym – nie codziennie zostaje się poskładanym jak z klocków i ożywionym na stole operacyjnym. Jedynym, co mu naprawdę doskwierało, była samotność. Próbował rozmawiać z mewami, ale to nie to samo. Braki w słownictwie – po obu stronach – były nie do przeskoczenia.
***
Pewnego dnia sztorm, który wyglądał, jakby próbował pobić rekord w kategorii „najbardziej niepotrzebnie dramatyczny”, wyrzucił na brzeg łódź rybacką. W jej wnętrzu, przemoczona i trzęsąca się z zimna, ale żywa, była młoda kobieta. Po dłuższej walce z falami i wiatrem stanęła na mokrym piasku. Błyskawica rozświetliła niebo i w jej świetle dostrzegła budynek. Ruszyła w jego stronę.
Pracownia doktora nie była projektowana z myślą o estetyce. Mroczna, ponura, z burzą w tle wyglądała jak wyjęta z horroru. Ale miała jedną zaletę: w środku nie padało. Gdy tylko weszła i zobaczyła jedynego mieszkańca – który akurat jadł kolację i nie spodziewał się gości – zaczęła kwestionować, czy plaża nie była jednak lepszym wyborem.
Mężczyzna wstał. Słabo widoczne wcześniej szwy stały się wyraźne.
– Eee? – wymruczał, zaskoczony własną elokwencją. – Owsianki? – dodał rozpaczliwie.
Dziewczyna ostrożnie usiadła przy stole, unikając jego wzroku. W końcu spojrzała w jego różnokolorowe oczy i skrzywiła się. Chciała coś powiedzieć, ale jej mózg uznał, że dzień dostarczył już wystarczająco dużo wrażeń i czas je przeanalizować – najlepiej bez udziału świadomości.
***
Obudziła się na pryczy. Burza ucichła, za oknem było jasno. Nad nią – popękany sufit. Obok, na krześle, siedział pozszywany mężczyzna.
– Kim jesteś? – zapytała.
Zaskoczyło go to. W wyobraźni przygotowywał się na krzyki i wymachiwanie rękami, nie na konkretne pytania.
– Jestem… ja. Chyba – odpowiedział najuczciwiej, jak potrafił.
Dziewczyna uznała to za wystarczające.
– Ja jestem Liv – powiedziała, wskazując na siebie.
Powstrzymała pokusę, by sprawdzić, czy na jej rękach nie ma szwów.
– Gdzie jestem?
Nie wiedział, jak odpowiedzieć. Zaczął więc od początku.
***
Przez kilka dni rozmawiali. Liv opowiadała o świecie poza wyspą, o ludziach, którzy nie są zrobieni z części innych ludzi, i o tym, że życie bywa dziwne – choć rzadko aż tak dziwne jak on. Gdy morze się uspokoiło, zaproponowała, że może go zabrać ze sobą.
Spojrzał na nią, potem na swoje dłonie, i znów na nią.
– Świat może nie być gotowy na… mnie. A ja chyba nie jestem gotowy na świat.
Liv skinęła głową. Nie wyglądała na rozczarowaną. Raczej na kogoś, kto zrozumiał, że niektórzy ludzie są jak wyspy – samotne, ale niekoniecznie puste.
– Chciałabym ci coś zostawić – powiedziała. – Czy chciałbyś mieć imię?
Pokiwał głową. Nikt nigdy go o to nie zapytał.
Usiedli przy stole. Liv znalazła kartkę i ołówek, wypisała jak najwięcej imion – część wymyśliła, uznając, że to nie zaszkodzi. Potem zaczęła je czytać.
– Sven?
– Nie.
– Eryk?
– Mmm-mmm.
– Adolf?
– Coś mi w nim nie pasuje.
Przeczytała całą listę. Potem jeszcze raz. I kolejny. Nie chodziło o to, że imiona mu się nie podobały – po prostu czuł, że podejmuje ważną decyzję, a nigdy wcześniej tego nie robił.
– Zastanowię się – powiedział w końcu.
Niedługo potem się pożegnali. Pomógł jej wepchnąć łódź do morza. Pomachała mu i odpłynęła. Stał na plaży, aż zniknęła za horyzontem.
Potem wrócił do domu, usiadł przy stole i spojrzał na kartkę. Postanowił, że sam wybierze. Postanowił też, że fakt, iż nie umie czytać, nie będzie problemem.
Przesuwał palcem po papierze, zatrzymując się przy każdym imieniu. W końcu dotarł do słowa, którego kształt mu się spodobał. Postukał w nie dwa razy, jakby przypieczętowując decyzję.
Nie wiedział, jak brzmi. Ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze, że było jego.
Witaj. :)
Gratuluję debiutu i to już w dniu rejestracji. :) Bardzo oryginaly nick. :)
Zapraszamy do działu Publicystyka, gdzie można znaleźć ciekawe poradniki: językowe, dialogowe, zapisu myśli, interpunkcyjne oraz – autorstwa Drakainy – dla Nowicjuszy. :)
Wątpliwości oraz sugestie co do strony językowej (zawsze – tylko do przemyślenia):
Doktor – nazwijmy go tak, choć tytułu naukowego nigdy nie zdobył – nigdy wcześniej nie zaszedł tak daleko w swoich próbach ożywienia materii nieożywionej. – aliteracja i powtórzenia?
Gdyby na wyspie był ktoś jeszcze i chciał być miły, powiedziałby pewnie, że przypomina fascynującą ludzką układankę. Ale nikogo nie było. A on był sam. I było mu z tego powodu bardzo przykro. Bo choć nie urodził się z sercem, tylko je dostał, było ono dobre – dosłownie i w przenośni. – powtórzenia?
A miał o czym – nie codziennie zostaje się poskładanym jak z klocków i ożywionym na stole operacyjnym. – razem?
Dziewczyna ostrożnie usiadła przy stole, unikając jego wzroku. W końcu spojrzała w jego różnokolorowe oczy i skrzywiła się. – powtórzenie?
Liv opowiadała o świecie poza wyspą, o ludziach, którzy nie są zrobieni z części innych ludzi, i o tym, że życie bywa dziwne – choć rzadko aż tak dziwne (przecinek?) jak on.
Postanowił też, że fakt, iż nie umie czytać, nie będzie problemem. Przesuwał palcem po papierze, zatrzymując się przy każdym imieniu. – aliteracja?
Ciekawa opowiastka z nutą fantastyki i smutnym przesłaniem. :) Wiadomo, że pozszywany człowiek kojarzy się ze znaną od dziesięcioleci postacią sf, stworzoną już dawno temu i pokazywaną bardzo często na ilustracjach oraz w filmach grozy. :)
Klikam do Biblioteki dla zachęty, bo niewątpliwie fantastyka jest, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że powyższy szort to bardziej krótki, zdawkowy wstęp do obszernej, rozbudowanej powieści. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Co tu dużo mówić. Cieszę się, że dołączyłeś w końcu :) Bardzo mi się podobało. Daje ocenę i niestety nie dam klika, bo nie mogę. Ale jakbym mógł, dałbym :)
Melendur88
Presja go zjadła. A właściwie nie tylko presja.”
Druga część brzmi jak zapowiedź czegoś więcej, ale nic nie wynika z niej dalej.
To klasyczny fałszywy suspens – obiecuje, ale nie dowozi.
Orka czekająca przy łodzi
„gdzie na plaży czekała już łódź, a nieco dalej – orka”
Obraz ciekawy, ale niezakotwiczony fabularnie.
Czy to żart? Symbol? Fantastyka? Przypadek?
Bez dalszego kontekstu wygląda jak:
losowy absurd
albo niedopowiedziany element świata, który nigdy nie wraca
Czytelnik zapamięta orkę i będzie czekał na wyjaśnienie – które nie następuje.
https://www.wattpad.com/user/Pankovski
Cześć,
sympatyczny szorcik.
Gorzko-melancholijna miniaturka z nutą ironii na temat dobrze znanej postaci z Dr. Frankensteina (choć nasuwa się też skojarzenie z Wyspą doktora Moreau H.G. Wellsa) – ciekawe ujęcie.
Pozdrawiam i klikam.