- Opowiadanie: d.pankovski - Konwergencja: Aeren Voss

Konwergencja: Aeren Voss

Cześć wszystkim,

wrzucam dziś pierwsze opowiadanie z cyklu „Kroniki Eidonu: Konwergencja” – to otwarcie całego uniwersum science‑fantasy, w którym magia i technologia nie rywalizują, tylko są dwoma językami opisującymi ten sam problem: każda ingerencja w rzeczywistość ma koszt.

W „Konwergencji” zaczynamy od historii, która wygląda jak lokalna sprawa – miasto, procedury, dziwne ślady po „korekcie” świata, ludzie próbujący przetrwać kolejną noc – ale bardzo szybko okazuje się, że to tylko wierzch. Pod spodem jest coś większego: Eidon, rachunek, którego nie da się oszukać, oraz siły, które próbują go ujarzmić albo wykorzystać.

Jeśli lubicie klimat gęstego fantasy z ostrymi dialogami, a jednocześnie kręci Was twarda logika zasad (procedury, konsekwencje, polityka porządku i „naprawy” świata), to może być coś dla Was. To nie jest historia o „wybrańcu ratującym wszystko” – raczej o tym, co dzieje się, kiedy świat zaczyna pękać i ktoś próbuje te pęknięcia domknąć… niekoniecznie z dobrych pobudek.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Ambush

Oceny

Konwergencja: Aeren Voss

Varynth miało tę cechę, że nigdy nie pachniało tak samo dwa dni z rzędu. Raz czuć było smołę, rozgrzany metal i kwaśny pot tłumu, raz wilgoć starego kamienia, wodorosty i ozon po burzy, której nikt nie widział, ale wszyscy czuli ją w zębach. Miasto stało na przecięciu, jakby ktoś wbił nóż w mapę i zostawił go tam na zawsze, a przez szczelinę wyciekały odłamki innych światów: języki, mody, przesądy, choroby i drobne prawa fizyki, które w jednym miejscu trzymały się dzielnie, w innym – puszczały jak zgniła lina. Uchodźcy i kupcy mówili o nim „Węzeł”, strażnicy „Rynsztok”, kapłani „Próg”, a Kartografowie – ci, którzy mieli odwagę, głupotę albo dług nie do spłacenia – nazywali Varynth po prostu „robotą”. Bo w Varynth człowiek albo robił, albo znikał; a znikanie, choć powszechne, było sprawą wstydliwą, jak choroba, o której się nie mówi, dopóki nie dotknie rodziny.

Aeren Voss nie nazywał miasta wcale, jeśli tylko mógł. Kiedy musiał, mówił „miasto” i tyle. Imię w Varynth potrafiło się przykleić do człowieka, przykleić do niego tak, że potem już go nie zdrapał ani brud, ani modlitwa, ani ból. Aeren widział takich: jeden przyjechał tu z Kethryn, gdzie ludzie rodzą się w cieniu świątyń, a umierają w cieniu własnych klątw; drugi z Neoterry Prime, gdzie nawet deszcz spada według harmonogramu, a wspomnienia mają numer wersji i pieczęć audytu. Każdy z nich przywiózł swoje słowa, swoje lęki i swoje pewniki. Po pół roku byli tutejsi: mówili półzdaniami, jakby resztę dopowiadał za nich bruk, i śmiali się w tych miejscach, gdzie normalny człowiek powinien splunąć i odejść.

Aeren szedł dolnym traktem, pod kładkami i wiszącymi domami, wzdłuż kanału, który czasem był wodą, czasem mgłą, a czasem niczym. W dłoni trzymał kompas pęknięć. Nie był to kompas, jakim uczą się posługiwać dzieci w szkołach – jeśli gdziekolwiek jeszcze uczono dzieci czegokolwiek. Ten miał igłę z cienkiej stopionej stali i wtrąceń, których Aeren nie nazywał głośno, bo Kartografowie mieli przesąd, że nazwanie materiału daje mu prawo do odwetu. Igła nie wskazywała północy. Wskazywała sprzeczność: drżała, kiedy gdzieś w pobliżu Eidon dociskał rzeczywistość od spodu, próbując wyrównać rachunek. Kompas miał też drugą cechę: kiedy drżał, Aerenowi drżały palce. A kiedy palce drżały, wspomnienia robiły się podejrzanie miękkie, jakby ktoś gotował je w wodzie i sprawdzał, które wypłyną.

– Spokojnie – mruknął do siebie, nie dlatego, że spodziewał się odpowiedzi, ale dlatego, że słowa lubią mieć świadków. – Spokojnie, Voss. Procedura. Oznacz, odczytaj, odciąż. I nie udawaj bohatera.

Procedury Kartografów brzmiały jak mantra, bo mantra miała sens: w świecie, gdzie „opis” potrafił być pierwszym krokiem do zmiany, Kartograf musiał pamiętać, że jest nie tyle śledczym, co rachmistrzem. W ich żargonie nazywało się to Prawem Kosztu: każda ingerencja w Eidon ma kompensację, a kompensacja lubi wybierać to, co osobiste – twarz, imię, zapach, obietnicę.

Obok, przy ścianie z mokrych cegieł, siedziała kobieta w płaszczu zszytym z trzech różnych płaszczy. Zobaczyła kompas, zobaczyła znak Kartografów na skórzanej torbie i splunęła w bok, jakby chciała nie tyle okazać pogardę, co odpędzić złe oko.

– Kartograf. – Jej głos był chropawy od dymu i taniego alkoholu. – Idziesz do Szarej?

Aeren nie przystanął, ale zwolnił. W Varynth zwolnienie bywało równie ryzykowne jak zatrzymanie.

– A powinienem?

– Powinieneś, jeśli chcesz dożyć wieczora. Albo jeśli nie chcesz, to też powinieneś. – Uśmiechnęła się krzywo. – Tam dzisiaj dzieje się coś… nienaturalnego. A u nas, panie Kartografie, to już znaczy dużo.

– U nas wszystko jest nienaturalne – odparł. – To nasza specjalność.

Kobieta chrząknęła, jakby to była odpowiedź, której się spodziewała i której się bała. Pochyliła się.

– Zniknęła ulica.

Aeren zatrzymał się. Kompas w dłoni zadrżał mocniej, jakby słowo „zniknęła” miało ciężar większy niż kamień.

– Ulica? Jak?

– Normalnie. Była i nie ma. Jak facet, co obiecał mi małżeństwo. – Kobieta prychnęła, ale zaraz spoważniała. – Tylko że to nie jest śmieszne. Tam ludzie mieszkali. Rozumiesz? Drzwi, schody, dzieciaki. Teraz jest ściana. I wszyscy mówią, że ta ściana zawsze tu była. Straż, ewidencja, nawet ci od targu. Jakby im ktoś przestawił języki w ustach.

– Gdzie?

Wskazała brodą.

– Dzielnica uchodźców. Szara. Za magazynami. Tam, gdzie wisi ten stary most, co zawsze skrzypi. Tylko uważaj, bo teraz skrzypi… równo. Jak metronom. A jak tu coś robi się równe, to znaczy, że ktoś pcha w to technikę.

Aeren poczuł w karku chłód. Równość w Varynth była jak obcy akcent: nie pasowała, zdradzała.

– Dzięki.

– Nie dziękuj. – Zmrużyła oczy. – Jak już tam będziesz… jak zobaczysz moje drzwi, to powiedz im, że wrócę.

Aeren nie odpowiedział. Nie dlatego, że nie umiał, tylko dlatego, że nagle zrozumiał, iż nie jest pewien, czy to, co słyszy, jest głupotą. W Varynth głupota bywała ostatnią deską ratunku.

Szara dzielnica była jak rana. Nie świeża, nie krwawiąca, tylko taka, która przyschła i pali przy dotyku. Domy złożone z byle czego: blachy, drewna, płacht tworzywa, kamieni pochodzących z trzech planet i dwóch epok. Ludzie kręcili się tu zawsze, choć nigdy nie wiadomo było, czy kręcą się z biedy, z handlu, czy z samego faktu, że życie musi się gdzieś kręcić, żeby nie stać się martwe. Aeren przeszedł obok straganu z pieczonymi korzeniami, obok chłopaka sprzedającego talizmany przeciw pęknięciom – cynowa blacha, tani grawer, cud w promocji – i szedł za drżeniem kompasu, które teraz stało się pulsowaniem.

Zobaczył zbiegowisko przy ścianie. Ściana była nowa, choć udawała starą. Miała kolor sadzy i wilgoci, jak wszystkie ściany w Varynth, ale jej cegły były zbyt równe, zbyt posłuszne. Na fugach nie było przypadkowych pęknięć, nie było śladów po gwoździach, nawet graffiti wyglądało, jakby zostało zamazane precyzyjnie, warstwa po warstwie, w tej samej odległości od krawędzi. Taki ślad Kartografowie nazywali „śladem Korekty”: porządek, który nie wynika z historii, tylko z polecenia.

– Mówię wam, że tu było przejście! – krzyczał mężczyzna, szarpiąc się z dwoma strażnikami. – Mój brat tam mieszkał! Ja do niego chodziłem!

– Uspokój się – warczał strażnik. – Nie było żadnego przejścia. Nie było żadnej ulicy. To ściana magazynu. Zawsze była.

– Zawsze! – Drugi strażnik podchwycił zaciętość człowieka, który musi wierzyć w kłamstwo, bo inaczej pęknie mu świat w głowie. – Zawsze była!

Aeren wcisnął się między ludzi, pokazując znak Kartografów. Ktoś mruknął coś nieprzyjemnego, ktoś inny zrobił krok w tył, jakby sam znak mógł przynieść pecha. Strażnicy spojrzeli na niego podejrzliwie, ale nie zatrzymali; Kartografów nikt nie lubił, lecz każdy wolał, żeby to oni dotykali anomalii, a nie ciekawski sąsiad.

– Aeren Voss – przedstawił się. Imię czasem otwierało drzwi, których nie było. – Kto zgłosił?

Mężczyzna przestał się szarpać i spojrzał na Aeren’a z nadzieją tak ostrą, że aż bolała.

– Ja. Ja! Tu była ulica. Wąska. Na końcu studnia, dzieciaki rzucały kamienie… Rozumiesz? To było. To było!

– Jak się nazywała? – zapytał Aeren.

Mężczyzna otworzył usta. Zamknął. Zmarszczył czoło, jakby próbował sobie przypomnieć słowo z dzieciństwa.

– No… no jak… – kilka sylab nie składało się w nic. – Nie pamiętam.

– A brat?

– Jorin. Jorin Kest. – To przyszło łatwo. Za łatwo. – Mieszkał tu, przysięgam.

Strażnik prychnął.

– Jorin Kest nie istnieje. Sprawdziliśmy ewidencję. W Szarej nie ma takiego. Nie było.

– Ewidencję? – powtórzył Aeren i poczuł, jak drżenie kompasu wchodzi mu aż w nadgarstek. – W Varynth ewidencja jest opowieścią, nie dowodem.

– Mamy listy – burknął strażnik. – Jak się pojawiasz, to cię wpisują. Jak znikasz, to…

– …to ktoś robi Korektę i mówi, że zawsze tak było – dokończył Aeren, patrząc na ścianę.

Słowo „Korekta” zawisło w powietrzu jak przekleństwo. Strażnik skrzywił się.

– Nie rzucaj takich słów, Kartografie. Tu ludzie się boją.

– Właśnie dlatego je rzucam – odparł Aeren sucho. – Żeby bali się właściwej rzeczy.

Dotknął cegły. Była zimna. Zbyt zimna. Jak metal. I pachniała ozonem, ale nie tym „varyańskim” po burzy, tylko ozonem laboratoryjnym, suchym, sterylnym – takim, jaki zostawiały pola stabilizacji Konklawy Zapisu, kiedy nakładały na Eidon swój „jedyny poprawny stan”. Kompas w dłoni wpadł w drganie tak silne, że prawie wypadł. Aeren zacisnął palce. Przez moment miał wrażenie, że przypomina sobie twarz, której nie zna: młoda kobieta o jasnych oczach, śmiejąca się w miejscu, gdzie nie powinno być śmiechu. Pojawiła się i zniknęła, jakby ktoś przewrócił kartkę w książce, której tytuł zdążył zapomnieć.

– Odsuńcie ludzi – powiedział do strażników. – I wy też. To może pęknąć.

– Ta ściana? – Strażnik skrzywił się. – Tu nic nie ma.

– Właśnie dlatego – odparł Aeren.

Tłum cofnął się niechętnie. Aeren wyjął z torby arkusz izopapieru – cienki, szarawy, pozornie zwykły, ale gdy trzymało się go pod światło, widać było włókna układające się w delikatną siatkę. Kartografowie mówili, że izopapier „pamięta stan odniesienia”: nie zapisuje tego, co widzisz, tylko to, co jest sprzeczne z tym, co powinno być. Do tego wyjął kredę pamięci – mieszaninę soli, węgla i czegoś, co Aeren nazywał w myślach „okruchami cudzych historii”, bo łatwiej było tak myśleć, niż przyznać, skąd naprawdę biorą się składniki.

Wykonał pierwszy krok procedury.

Oznacz.

Wbił w fugę kotwicę odniesienia: cienki metalowy trzpień z wyrytym znakiem Kartografów. Kotwica nie zatrzymywała pęknięcia. Nie stabilizowała Eidonu jak glify Konklawy. Była tylko gwoździem w deskach świata: „tu było tu”, punkt, do którego można wrócić, jeśli reszta zacznie się rozjeżdżać.

Drugi krok.

Odczytaj.

Przyłożył izopapier do cegieł i zaczął rysować. Nie znak mocy. Zapis obserwacji. Linie napięcia, miejsca, gdzie powietrze stawiało opór jak gęsta woda. Kreda skrzypnęła. Arkusz zadrżał. Aeren poczuł, jak w jego głowie coś się przesuwa, jakby pamięć robiła miejsce czemuś innemu. W tym samym momencie ściana… westchnęła. Tak, to było najlepsze słowo: westchnęła ciężko, jak stary człowiek, któremu ktoś kazał stać prosto.

– Widzicie? – odezwał się ktoś z tłumu.

Aeren nie odpowiedział. W ścianie pojawił się ledwie widoczny kontur, jak ślad po drzwiach zamurowanych dawno temu, ale jednocześnie tak świeży, jakby ktoś zrobił to przed chwilą i od razu kazał wszystkim zapomnieć.

– To przejście – wyszeptał mężczyzna od Jorina. – To było przejście.

– Nikt nie wchodzi bez świadka – powiedział Aeren twardo i spojrzał na strażników. – I bez decyzji, kto ponosi koszt.

– Jaki koszt? – prychnął strażnik, ale głos mu się załamał.

– Taki, jaki zawsze – odparł Aeren. – Pamięć, czas, tożsamość. Eidon nie jest miły.

W tym momencie obok pojawił się Kael Ren – jak pojawiają się ludzie, którzy całe życie uczą się wchodzić w kadr w odpowiednim momencie. Wysoki, twarz człowieka, który nie sypia dobrze, i blizna na brodzie wyglądająca jak podpis.

– Widzę, że znowu jest robota, której nikt nie chce dotykać – mruknął, patrząc na kontur drzwi. – To ja będę tym, co stoi za tobą i pilnuje, żebyś nie zniknął w ciszy.

– To nie jest oferta – odparł Aeren. – To jest ryzyko.

– Bohaterstwo to luksus. Ja jestem biedny – Kael uśmiechnął się krótko. – Idę.

Aeren mógł go odesłać. Mógł użyć autorytetu. Ale samotność w pęknięciu bywała śmiercią. Kartografowie mieli na to własne powiedzenie: „świadek jest liną, której nie widzisz”. Aeren skinął.

– Trzymasz się za mną. Jak mówię „wychodzimy”, wychodzimy. Bez dyskusji. I bez ratowania świata.

Trzeci krok procedury miał przyjść później.

Odciąż.

To znaczy: zostaw coś, co świat może zabrać, zamiast sięgać po ciebie. Kartografowie nosili do tego drobiazgi: monety z obcych światów, imiona zapisane na skrawkach, pamiątki bez wartości. Płacili „drobniakiem”, żeby nie płacić sercem. Aeren miał swój drobiazg, ale jeszcze nie wiedział, czy wystarczy.

Przyłożył dłoń do konturu. Powietrze zadrżało. Cegły zniknęły jak iluzja, która przestaje być potrzebna. Otwór był wąski, czarny, pachniał suchym kurzem i starym drewnem – jak dom. Jak biblioteka. Jak coś, co ma prawo istnieć.

Aeren wszedł pierwszy. Kompas nagle przestał drżeć. To było najgorsze. Cisza w Eidonie nigdy nie oznaczała spokoju. Oznaczała, że ktoś słucha.

Za progiem nie było ulicy, jakiej spodziewałby się człowiek: brudnej, posklejanej sznurami i krzykami. Był korytarz prosty jak w Neoterrze, ale zrobiony z drewna jak w Kethryn. Na listwach ktoś wyrył znaki: nie runy, nie glify, tylko coś pomiędzy – hybrydę języków. Tak wyglądał „węzeł”: miejsce, gdzie Eidon próbował pogodzić sprzeczne narracje, zanim jedna z nich zostanie wygaszona.

– Co to jest? – szepnął Kael.

– Miejsce, które nie powinno istnieć – odparł Aeren. – Albo miejsce, które istnieje wbrew temu, co ktoś wpisał w system.

Na końcu korytarza było światło: nie lampa, nie pochodnia, tylko światło domowe, ciepłe i zwyczajne. Aerenowi ścisnęło się gardło, bo poczuł coś absurdalnego: tęsknotę. I natychmiast zrozumiał, że to nie jest jego tęsknota. To jest tęsknota miejsca, które broni się przed byciem „błędem”.

Wyszli na uliczkę. Czystą. Równą. Domy stały w szeregu, każdy z małym ogródkiem, a w ogródkach rosły rośliny, których Aeren nie umiał nazwać nie dlatego, że nie miał wiedzy, lecz dlatego, że nazwy uciekły. Na końcu stała studnia. Obok leżał kamień. Krawędź studni była wytarta, jakby czyjaś dłoń dotykała jej codziennie.

Z jednego domu wyszedł chłopiec, może dziesięcioletni. Spojrzał na nich bez strachu, jakby ich znał.

– Pan Voss? – zapytał.

Aeren zamarł.

– Skąd znasz moje imię?

Chłopiec wzruszył ramionami.

– Pani mówiła, że pan przyjdzie. Czekałem.

– Jaka pani?

Chłopiec wskazał dom trzeci od studni. Drzwi były uchylone. W środku widać było cień kogoś, kto stał i patrzył, i w tym cieniu było coś niepokojąco… prawdziwego.

Kael stanął pół kroku z tyłu, jak człowiek, który zna smak pułapek.

– Nie podoba mi się to.

– Mnie też – odparł Aeren. – Ale to nie znaczy, że tego nie ma.

Weszli.

W środku było ciepło. Pachniało zupą i tym, czym pachną wspomnienia, kiedy jeszcze są uczciwe. Kobieta stała przy stole. Jasne oczy, spokojny uśmiech, jakby ich odwiedziny były normalne.

– Aeren – powiedziała, wymawiając jego imię tak, jakby nosiła je w ustach od lat. – Jednak przyszedłeś.

Aeren otworzył usta, ale nie znalazł słów. W głowie miał pustkę, jak po wyrwaniu kartki z księgi.

– Kim jesteś? – spytał w końcu.

– Kiedyś byłam dla ciebie kimś. Usiądź. Wiem, że nie pamiętasz. Tutaj wszyscy zapominają, ale nie wszyscy tak samo.

Kael nie usiadł.

– Nie znamy pani. A jeśli pani zna nas, to tym gorzej.

Kobieta spojrzała na niego bez gniewu.

– Ty jesteś Kael Ren. Straciłeś rodzinę w pęknięciu. Od tego czasu chcesz, żeby ktoś zapłacił. A najbardziej chcesz, żeby świat przyznał, że to się wydarzyło.

Kael pobladł.

– Skąd…?

– Eidon pamięta – odparła. – A tu pamięć ma geografię. Ten fragment Szarej miał zostać wygaszony. W języku Konklawy nazywa się to Korektą Zerową: Protokół, który usuwa z obiegu nie tylko ludzi, ale i ich ślady – imiona w ewidencji, wspomnienia sąsiadów, sens opowieści. Nie zabija. Robi coś gorszego. Sprawia, że nikt nie ma nawet prawa powiedzieć „zabili”.

Aeren poczuł, jak gniew podchodzi mu pod gardło.

– Czyli to nie ulica zniknęła – powiedział powoli. – To ją skasowano.

– Próbowano – poprawiła. – Ale Eidon nie lubi, kiedy mu się mówi, że coś „nie istnieje”. Wtedy szuka kompromisu. Ukrywa. Zostawia kieszeń. Taką jak ta.

Drzwi skrzypnęły. Do domu wszedł mężczyzna od Jorina. Stał w progu z twarzą człowieka, który nie wie, czy patrzy na cud, czy na kłamstwo.

– A mój brat? – wydusił.

– Jorin żyje – powiedziała kobieta. – Ale jeśli go zobaczysz, możesz go stracić.

– Co to znaczy?

– To miejsce trzyma się, bo jest zapomniane. Jeśli wyniesiesz je na zewnątrz – jeśli nazwiesz, wpiszesz, udowodnisz – stanie się częścią świata, który już zdecydował, że tego nie ma. Rozumiesz? W Eidonie nie zawsze można mieć i pamięć, i obecność.

Mężczyzna zaszlochał, ale nie odwrócił się. Wszedł dalej, jak człowiek wchodzący do grobu.

Aeren zrobił krok do kobiety.

– Dlaczego ja? – zapytał. – Dlaczego to ja tu trafiłem?

Kobieta spojrzała na niego uważnie.

– Bo ty potrafisz nosić sprzeczności. Kartografowie nie naprawiają. Kartografowie pilnują, żeby świat nie oszukał sam siebie zbyt łatwo. A ty… ty pamiętasz mapy, zapominając twarze. Jesteś kompromisem. Jak ta ulica.

Aeren poczuł nagle ciężar w kieszeni płaszcza. Sięgnął. Wyciągnął złożony arkusz izopapieru. Był zapisany gęściej niż przed chwilą. Zapisany jego pismem – ale nie tym dzisiejszym, tylko pewniejszym, ostrzejszym, jakby należało do człowieka, który jeszcze nie zdążył się zgubić.

Kael pochylił się.

– Co to?

Aeren rozłożył arkusz. Była na nim mapa – sieć węzłów, linie napięcia, punkty odniesienia. W centrum znak, który wyglądał jak podpis.

W rogu: „Nie niszcz tej mapy. Jeśli to czytasz, znaczy, że znowu zapomniałeś.”

Kael przeczytał na głos, powoli.

– To ty?

Aeren patrzył na pismo i czuł, jak w głowie drga pustka.

– Tak – powiedział. – To ja. Kiedyś.

Kobieta podeszła bliżej.

– Aeren, jeśli zabierzesz mapę, będziesz celem. Jeśli jej nie zabierzesz, wrócisz tu i znowu zapomnisz. To jest twoja granica. Wybór.

Aeren schował mapę do torby z ostrożnością, jakby wkładał tam żar.

– Zabieram.

Kael uniósł brwi.

– A mówiłeś, że nie zmieniasz biegu świata.

– Nie zmieniam – odparł Aeren. – Przestaję udawać, że mnie to nie dotyczy.

Kobieta dotknęła jego dłoni. Przez moment Aeren poczuł na krawędzi języka jej imię – gotowe wyskoczyć. Zgasło, zanim zdążyło zabrzmieć.

– Powiesz mi je? – spytał, wiedząc, że to prośba bez sensu.

– Jeśli ci powiem, zapomnisz – odparła. – Jeśli nie powiem, będziesz szukał. A szukanie jest czasem jedyną formą pamięci.

Wtedy dom zadrżał. Nie jak budynek podczas burzy, tylko jak obraz, który ktoś próbuje zdrapać. Z zewnątrz dobiegł dźwięk metaliczny i rytmiczny, równy jak metronom. Nie krok strażnika. Krok procedury.

Kael od razu napiął się.

– Co to?

Kobieta spojrzała w stronę ściany, jakby słyszała coś, czego inni nie słyszą.

– Korekta domyka błąd – powiedziała spokojnie. – Ktoś zauważył, że ta kieszeń wciąż istnieje. Teraz spróbuje ją zamknąć. A kiedy Konklawa domyka, nie zostawia śladów. Zostawia ciszę.

Aeren poczuł, jak w jego głowie coś się rozluźnia. Jakby ktoś próbował rozsupłać węzeł pamięci siłą.

– Wychodzimy – powiedział do Kaela. – Teraz.

Wybiegli na uliczkę. Chłopiec stał przy studni i patrzył na nich jak na ludzi, którzy wychodzą z domu i wiedzą, że już nie wrócą.

– Powiedz im… – zaczął.

– Powiem – odparł Aeren, choć nie wiedział komu i co.

Korytarz falował. Kontury drzwi były niepewne. To miejsce próbowało się schować, udawać, że nigdy nie istniało. Aeren przypomniał sobie trzeci krok procedury – Odciąż – i zrozumiał, że jeszcze go nie wykonał. Sięgnął do kieszeni. Wyjął drobiazg: starą monetę z obcego świata, bez wartości, ale z historią. Położył ją na progu.

– Co robisz? – syknął Kael.

– Płacę drobnym – warknął Aeren. – Żeby nie zapłacić tobą.

Wypadli na Szarą. Ściana stała. Była znów ścianą, gładką i pewną siebie. Tłum krzyczał. Strażnicy przeklinali. Mężczyzna od Jorina stał na kolanach, wpatrzony w cegły jak w grób. W powietrzu unosił się suchy ozon Korekty, a w uchu Aeren’a dudniła ta równomierna regularność, której nie powinno być w Varynth.

Aeren potknął się. Kael złapał go.

– Hej. Żyjesz?

Aeren patrzył na ścianę i czuł, że coś mu ucieka. Coś wielkiego. Coś ważnego.

– Ulica… – wyszeptał. – Była…

– Była – potwierdził Kael twardo. – Ja widziałem. Nie próbuj mi teraz mówić, że nie.

Aeren odwrócił się do niego i poczuł zimno w żołądku, bo w tej sekundzie nie był pewien, kim jest człowiek, który trzyma go za ramię.

– Kim ty jesteś? – zapytał Aeren.

Kael zamarł. Potem w jego oczach pojawił się gniew czysty jak ostrze.

– Jestem tym, kto nie pozwoli ci udawać, że to się nie stało – powiedział powoli. – Jestem tym, kto cię wyciągnął z progu. I jeśli znowu zapomnisz, to ja ci przypomnę. Choćby pięścią.

Aeren chciał się uśmiechnąć, ale nie potrafił. Sięgnął do torby. Dotknął mapy. Była. Ciepła. Jakby żywa.

– Dobrze – powiedział cicho. – To przypominaj.

Kompas pęknięć w kieszeni znów zaczął drżeć, tym razem nie w stronę ściany, lecz w głąb miasta. Jakby mówił: „to dopiero początek”. Jakby w Varynth nie chodziło o jedną ulicę, tylko o coś, co ma zostać wygaszone z całej historii.

Aeren Voss ruszył przed siebie, czując na plecach spojrzenia tłumu i ciężar mapy, a w ustach smak słowa, którego nie potrafił wypowiedzieć. W Varynth to był smak przyszłości.

A przyszłość, jak każdy Kartograf wiedział, jest najdroższą walutą.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Co do spraw technicznych, czasem dialogi wydały mi się niekonsekwentnie zapisane (np. :

– Powinieneś, jeśli chcesz dożyć wieczora. Albo jeśli nie chcesz, to też powinieneś. – Uśmiechnęła się krzywo. (…) 

– Bohaterstwo to luksus. Ja jestem biedny – Kael uśmiechnął się krótko. – Idę),

pojawiają się też aliteracje (pewnie celowe?), dużo jest charakterystycznych konstrukcji zdań z porównaniami (jakby, jak) oraz z zaprzeczeniami: to nie to, nie to, nie to, lecz to…

Eidon, wspomniany w Przedmowie, pojawia się w opowiadaniu nagle i dość niespodziewanie, zaskakując czytelnika, bombardowanego już i tak mnóstwem wprowadzonych przez Ciebie innych, nowych pojęć własnych. 

Niemniej, cały pomysł na fantastykę, Kartografów i ich właściwości/moce/działanie, oryginalny świat oraz reguły nim rządzące wprawiają w niemały zachwyt. :) Treść jest wciągająca, niczego tu nie można być pewnym, tajemniczość działa na wyobraźnię i z tego powodu pełna zagadek fabuła nie pozwala o sobie zapomnieć. ;) 

Na wszelki wypadek zatem, aby zwrócić uwagę na tę oryginalność komuś bardziej doświadczonemu ode mnie, daję Ci podwójny klik: do Biblioteki i Piórka. ;) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

Aeren szedł dolnym traktem, pod kładkami i wiszącymi domami, wzdłuż kanału, który czasem był wodą, czasem mgłą, a czasem niczym, i trzymał w dłoni kompas pęknięć.

Zawiłe zdania budują ciekawy klimat, ale sprawiają, że czytelnik się gubi, a jeśli jest ich dużo czytanie może być trudne. A w tym wychodzi na to, że kanał trzymał w dłoni kompas.

 

Nie był to kompas, jakiego uczą dzieci w szkołach – jeśli gdziekolwiek jeszcze uczono dzieci czegokolwiek.

Chyba raczej o jakim, albo nawet posługiwania się jakim?

 

słowa lubią mieć świadków

Śliczne!

 

– Zawsze! – drugi strażnik podchwycił zaciętość człowieka, który musi wierzyć w kłamstwo, bo inaczej pęknie mu świat w głowie.

Drugi z dużej.

 

 

Fajna opowieść i intrygujący świat. Oczywiście złożoność świata nieco utrudnia wejście, ale z buduje się w głowie świat, który chce się poznawać, więc chyba warto. 

Na pewno będę czytać kolejne opowiadania. 

 

delulu managment

Obawiałam się tej długości tekstu, którą widziałam, ale zadziwiłam się, widząc " koniec". Tekst bardzo wciągający, momentami, kojarzył się z historiami Pratcheta, chociaż absurdu tu nie było. ( Kłótnia przy ścianie, czy jest czy jej niema, tak mi zaleciała nim) Parę razy zauważyłam jakieś powtórzenia, ale to szczegół. Świat wydaje się rozległy, mroczny i ciekawy. Z pewnością przeczytam coś więcej z tego uniwersum.

Bardzo fajne i udano opowiadanie. Fajny pomysł. Przeczytam następne ;)

Melendur88

Cześć,

bardzo dobre opowiadanie. Podobało mi się.

 

„Oryginalny świat oraz reguły nim rządzące wprawiają w niemały zachwyt” – zgadzam się i podpisuję pod słowami Bruce. Gratuluję pomysłu na tak oryginalne uniwersum.

 

Kartograf jako bohater, izopapier, kreda pamięci, pamiątki do pozostawienia i podobne elementy to bardzo ciekawe koncepty.

„słowa lubią mieć świadków” – Również zwróciłem uwagę na zdanie, naprawdę ładne.

Podobnie jak: „Była i nie ma. Jak facet, co obiecał mi małżeństwo.”

 

Mam nadzieję, że masz pomysł na dalsze rozwijanie tego świata, bo zapowiada się bardzo dobrze i chętnie zagłębiłbym się w niego bardziej.

 

Klikam do biblioteki i – za oryginalny pomysł na świat oraz bohatera – do piórka.

 

Pozdrawiam

rr

Bardzo dziękuję za uważną lekturę, zwrócenie uwagi na pewne nieścisłości oraz za dobre słowo. Takie uwagi są dla mnie naprawdę cenne, bo pozwalają spojrzeć na tekst z innej perspektywy i realnie go wzmocnić.

Traktuję je jako zobowiązanie na przyszłość. Poprzeczka została wyraźnie podniesiona, więc kolejne opowiadania z Kronik Eidonu będą musiały utrzymać ten poziom pod względem jakości, spójności świata i świeżości narracyjnej, a jeśli się uda, nawet go przebić.

Dzięki za motywację i konstruktywny feedback. Obiecuję, że Eidon jeszcze nie raz pokaże, jaki koszt muszę za to ponieść ????

https://www.wattpad.com/user/Pankovski

Powodzenia, pozdrawiam i także dziękuję. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka