Tekst powstał, bo tak zechciałem.
Tekst powstał, bo tak zechciałem.
Jechałem na psie Jonasza. W tym momencie zapewne myślicie sobie, że bredzę, albo, co gorsza, chcę was oszukać, ale mówię prawdę. To, czy uwierzycie, nie ma najmniejszego znaczenia. Zaprzeczanie faktom, niestety, lub może i stety, nie zmieni tychże w żaden sposób, nie sprawi, że staną się niebyłe.
Wpadłem na ten pomysł przy śniadaniu. Flegmatycznie przeżuwałem tost i popijałem kawą, wpatrując się tępo w ekran telewizora. Leciał właśnie jakiś nudny program poranny. Uśmiechnięta prezenterka siedziała na kanapie obok faceta, który chwalił się, jakoby dosiadał cietrzewia. Nawijał o tym doświadczeniu z taką pasją i ekspresją, że ciężko byłoby mu zarzucić fałsz. Niemniej z tego co wiem, ptaki te są mocno płochliwe, dlatego tak średnio mi się ta jego historia widziała. Czy cietrzew przeżyłby coś takiego? Nie umarłby ze strachu?
Wtedy właśnie do głowy wskoczyła mi myśl, że skoro teoretycznie da się na cietrzewiu, to dlaczego ja nie miałbym na ten przykład pojeździć na psie Jonasza? A kto mi zabroni? No chyba tylko sam Jonasz. Kultura wymagała, by go najpierw zapytać. Ubrałem się więc naprędce i wyruszyłem w drogę.
Jonasz mieszkał kawałek za miastem. Czterdzieści minut spacerem. Do jego domu prowadziła leśna przecinka, można tu było dojechać jedynie rowerem. Żaden samochód nie dałby rady. Albo cisnąć z buta, jak ja. Pogwizdując i podskakując radośnie przemierzałem kolejne kilometry, podziwiając piękno przyrody. To motyl spoczął na kwiatku, to dzięcioł zastukał w drzewo w poszukiwaniu korników albo sarna wybiegła mi naprzeciw, zatrzymała się, pochyliła głowę, zastrzygła uszami i pierzchła w gęstwinę.
Chata Jonasza ukazała się mym oczom dokładnie w momencie, kiedy słońce stanęło w zenicie. Zbudowana z pordzewiałej blachy falistej, plastikowych butelek oraz trudnego do zidentyfikowania złomu, w skład którego wchodziły części różnych maszyn niewiadomego pochodzenia, okolona plątaniną rur, przypominała nie budynek mieszkalny, a jakąś futurystyczna konstrukcję rodem z koszmaru szalonego cyberpunkowca. Stała na środku rozległej polany z każdej strony odciętej od cywilizacji tysiącem drzew. Taka samotnia, enklawa wolna od miejskiego zgiełku, od pogoni za karierą, pieniędzmi czy kobietami.
Jej właściciel siedział na skleconej z odpadów ławeczce i ćmił fajkę. W tym momencie pewnie spodziewacie się, że opiszę Jonasza. Niestety, jest to niemożliwe z przyczyn ode mnie niezależnych. Na pocieszenie powiem tylko, że w ramach zadośćuczynienia możecie go sobie wyobrazić jak chcecie. Popuśćcie wodze fantazji, śmiało.
Tuż obok ławeczki leżał pies. Mała szara kuleczka o migdałowych oczach na mój widok uniosła łeb i zaczekała radośnie. W ruch poszedł ogon.
Podszedłem i przywitałem się. Podrapałem pieska za uchem i usiadłem obok Jonasza. Zaproponował mi fajkę. Odmówiłem. Nie lubię. Kilka razy spróbowałem i dość, że nie smakowało, to na dodatek po dwóch solidniejszych machach dostawałem zawrotów głowy i mdłości. Ale kielicha napić się lubię, co też uczyniłem, gdy Jonasz wyciągnął skądś butelkę samogonu i polał.
Jonasz to w ogóle jest bardzo w porządku facet. Każdy z moich znajomych go lubi. Jeśli ktoś potrzebuje pomocy, on pierwszy śpieszy na ratunek. Czy chodzi o pożyczenie szklanki cukru, podładowanie padniętego akumulatora albo tak poważną sprawę jak zostanie chrzestnym dla czyjegoś dziecka. Pewnie i to wyda wam się bujdą, ale Jonasz ma prawie stu chrześniaków i chrześnic!
Kiedyś zapytałem Jonasza co tutaj w ogóle robi. Odparł smutno, że to za karę.
– Widzisz, bo ja kiedyś byłem bardzo złym człowiekiem – opowiadał, wypuszczając nosem kolejne kłęby dymu. – I trafiłem do piekła. Ale tam mnie nie chcieli, więc odesłali tutaj. No i tak jestem. Zmądrzałem. Dojrzałem. Stałem się inny. Lepszy. Jednak odpokutować trzeba. Tak dla przyzwoitości.
Nigdy więcej nie drążyłem tego tematu. Dobrze jest, jak jest. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że czasem nie warto roztrząsać przeszłości.
– Co cię sprowadza? – zapytał Jonasz, strzepując opróżniony kieliszek.
– Mam taka nietypową sprawę – mruknąłem, nie wiedząc, jak zacząć.
– Wal śmiało – powiedział, klepiąc mnie po ramieniu.
– Chciałbym się przejechać na twoim psie – wypaliłem bez ogródek.
Jonasz uśmiechnął się szeroko.
– On tylko na to czeka, zobacz – odparł, wskazując na pieska, który z podekscytowania podskakiwał na tylnych łapkach. – Będziemy musieli cię zmniejszyć ale damy radę – dodał.
Jak powiedział, tak zrobił. Nie minął kwadrans, a galopowałem przez leśne ostępy na grzbiecie Jonaszowego psa. Aby nie spaść trzymałem się sierści, bo siodła w Jonaszowym burdeliku nie udało się znaleźć. Zwiedziliśmy naprawdę konkretny obszar, a każdy, kto nas widział, otwierał usta ze zdumienia. Bo nie codziennie ogląda się człowieka podróżującego na psie.
Wróciliśmy gdy słońce chyliło się już ku zachodowi. Po niebie rozlała się pomarańczowa łuna. Ptaki ćwierkały, lecz wkrótce miały iść spać. Pies, zmęczony, ale szczęśliwy, zaległ na boku i zwiesił jęzor. Zaraz odpłynął w objęcia Morfeusza.
Jonasz nie pytał, jak było. Po prostu polał. Wychyliliśmy. Potem jeszcze raz i kolejny. Po czwartej kolejce postanowiłem wracać. Pożegnaliśmy się serdecznie, a Jonasz towarzyszył mi do linii drzew. Dalej pójść nie mógł. Choć to smutne, to wiem, że czasem tak bywa.
W domu od razu położyłem się do łóżka. Zanim usnąłem, pomyślałem sobie, że jednak nie uwierzyliście w ani jedno moje słowo. I macie rację. Bo ta historia, to gówno prawda. Niemniej jest jeden plus. Skoro dobrnęliście aż tutaj, to chyba nie była taka zła…
Tekst powstał, bo tak zechciałem.
Cieszę się i zabieram do czytania. Wrócę z dłuższym komentarzem. Jak to mówią, zrobiłeś mi dzień. :)
Tekst ma lekki styl i kilka udanych obserwacji, ale ciąży mu nadmiar dygresji i autoreferencyjnych wtrętów. Narrator zbyt często tłumaczy się czytelnikowi, uprzedza reakcje i komentuje własną historię, co osłabia tempo i wybija z immersji. Pomysł z jazdą na psie, zamiast eskalować w coś ciekawszego, zostaje potraktowany dość płasko i szybko się wypala.
Największym problemem jest jednak finał, otwarte przyznanie, że „to gówno prawda”, brzmi jak wycofanie się z własnej opowieści i unieważnia wcześniejsze budowanie świata. Zamiast puenty zostaje mrugnięcie okiem, które bardziej rozczarowuje niż zamyka tekst. Całość sprawia wrażenie szkicu z dobrym punktem wyjścia, ale bez zdecydowania, dokąd ta historia właściwie ma prowadzić.
Mam nadzieję, że autor nie poczuje się urażony – to jedynie mój punkt widzenia.
https://www.wattpad.com/user/Pankovski
Witaj. :)
Mignęły mi tam gdzieś przecinki, literówki i powielona spacja, ale – przy TAKIEJ treści wydają się całkiem nieistotne. :) Jestem absolutnie zachwycona Twoim szortem! :) Lekki, z cudnym humorem, masz bardzo fajny kontakt z Czytelnikami, potrafisz naprawdę super rozbawić. :) Wyobraziłam sobie to wszystko, scenę po scenie. GENIALNE! :)
Klikam za ten humor i za opowieść Jonasza, którą traktuję jako (śladową wprawdzie, ale zawsze) fantastykę). :)
Jego hojne polewanie skojarzyło mi się mimowolnie z moimi, wspominanymi tu na Portalu, nalewkami, swego czasu robionymi wręcz masowo w celu obczęstowywania potem Bliskich i Znajomych. :) Stare, dobre czasy… :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w dalszej twórczości. :)
Pecunia non olet
Hej, Fasoletti
Bardzo luźny i przyjemny tekst. Dobrze się czytało. Ostatni akapit – szacun ;)
Mini łapanka:
tak poważną sprawę[przecinek] jak zostanie chrzestnym dla czyjegoś dziecka
podskakując radośnie[przecinek] przemierzałem kolejne kilometry
przypominała nie budynek mieszkalny, a jakąś futurystyczna[Ą?] konstrukcję
Aby nie spaść[przecinek] trzymałem się sierści,
Pozdrawiam ;)