- Opowiadanie: d.pankovski - Kroniki Eidonu: Herezje (Pieśń)

Kroniki Eidonu: Herezje (Pieśń)

Cześć wszyst­kim,

wrzu­cam dziś opo­wia­da­nie „He­re­zje Ke­th­ryn: Pieśń” z linii po­bocz­nej Kro­ni­ki Eido­nu: He­re­zje — i ce­lo­wo nie jest to ko­lej­ny od­ci­nek z głów­nej osi Kro­ni­ki Eido­nu: Kon­wer­gen­cja.

W „Kon­wer­gen­cji” idzie­my sze­ro­ko: kilka świa­tów, różne po­rząd­ki (magia/tech­no­lo­gia), węzły, mapy, in­sty­tu­cje, na­ra­sta­ją­ca staw­ka. To jest oś, która ma spi­nać całą serię i pro­wa­dzić do po­wie­ścio­wych tomów (m.in. „Ko­rek­ta”). Na­to­miast zanim pod­bi­ję tempo i eska­lu­ję „wiel­ką hi­sto­rię”, chcę zro­bić coś, co uwa­żam za klu­czo­we dla tego uni­wer­sum: po­ka­zać Eidon nie jako hasło, tylko jako do­świad­cze­nie.

Dla­te­go po­wsta­ły He­re­zje — opo­wie­ści po­bocz­ne, lo­kal­ne, czę­sto ka­me­ral­ne, bez „dru­ży­ny” i bez ra­to­wa­nia świa­ta.

Mimo że akcja dzie­je się w karcz­mie (z tego, co za­uwa­ży­łem, macie jej już dość), mam na­dzie­ję, że ta hi­sto­ria Was miło za­sko­czy.
Jed­no­cze­śnie prze­pra­szam, że pu­bli­ku­ję ko­lej­ne opo­wia­da­nie w tak krót­kim od­stę­pie czasu. Za­pew­niam, że po­sta­ram się za­miesz­czać mak­sy­mal­nie jedno ty­go­dnio­wo, z sza­cun­ku do in­nych au­to­rów i ich twór­czo­ści.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy V

Oceny

Kroniki Eidonu: Herezje (Pieśń)

Ke­th­ryn o tej porze roku pach­nia­ło mo­krym ka­mie­niem, dymem z wil­got­ne­go drew­na i tym szcze­gól­nym stra­chem, który nie ma w sobie pa­ni­ki, tylko przy­zwy­cza­je­nie; stra­chem tak oswo­jo­nym, że wcho­dzi w ja­dło­spis, w mowę, w mo­dli­twy, nawet w spo­sób, w jaki czło­wiek od­wra­ca głowę, gdy mija runy na mu­rach. Mia­sto miało mury stare ni­czym grzech i rów­nie upar­te, a na tych mu­rach – znaki, które wedle teo­frak­cji były pie­czę­cią ładu, a wedle resz­ty miesz­kań­ców po pro­stu gwoź­dzia­mi, któ­ry­mi przy­bi­to Ke­th­ryn do świa­ta, żeby nie znio­sło go w noc. Pod murem, tam gdzie ka­mień robił się niż­szy, bo nikt nie pil­no­wał go z taką gor­li­wo­ścią jak w Gór­nym Kręgu, stała karcz­ma „Pod Że­brem Muru”, wci­śnię­ta mię­dzy ma­ga­zyn soli a warsz­tat garn­ca­rza. Belki miała ciem­ne od lat, okna małe, żeby cie­pło nie ucie­ka­ło i żeby z ze­wnątrz nie było widać, kto sie­dzi w środ­ku, a nad drzwia­mi wi­siał szyld z na­ma­lo­wa­ną że­bro­wą ko­ścią – żart, który prze­stał być żar­tem w chwi­li, gdy pierw­szy raz ktoś wniósł tu ciało owi­nię­te w płót­no, bo nie było gdzie in­dziej po­ło­żyć umar­łe­go.

Ja­ro­mir Wydra, karcz­marz i zwany cza­sem z prze­ką­sem bar­dem od ta­nich strun, pa­trzył na to wszyst­ko od pięt­na­stu lat z mie­sza­ni­ną gnie­wu i re­zy­gna­cji: gnie­wem, bo Ke­th­ryn ka­za­ło żyć w cie­niu murów, i re­zy­gna­cją, bo mury przy­naj­mniej były – w prze­ci­wień­stwie do obiet­nic Krę­gów, które przy­cho­dzi­ły w for­mie de­kre­tów i zni­ka­ły, gdy trze­ba było sprzą­tać krew. Ja­ro­mir znał mia­sto od stro­ny, któ­rej ka­pła­ni nie wi­du­ją: od stro­ny garn­ków, brud­nych sto­łów, kłót­ni o dług, że­bra­nia o miskę zupy, i od stro­ny pie­śni, która co noc – zanim świat cał­kiem za­snął – prze­cho­dzi­ła przez izbę ni­czym cie­pły od­dech. Pie­śni kar­czem­nej nikt nie na­zy­wał ry­tu­ałem, bo ry­tu­ały mają w Ke­th­ryn swoje świą­ty­nie, swoje pie­czę­cie i swoje kary, ale Ja­ro­mir wie­dział, że są rze­czy, które dzia­ła­ją tylko dla­te­go, że lu­dzie udają, iż to zwy­czaj.

W środ­ku „Pod Że­brem Muru” było dusz­no od pary, dymu i ludz­kich hi­sto­rii. Przy jed­nym stole sie­dzie­li tra­ga­rze z sol­nych ma­ga­zy­nów, z rę­ka­mi po­pę­ka­ny­mi od cię­ża­ru; przy dru­gim garn­carz i jego uczniak, któ­rzy kłó­ci­li się o glinę jak o honor; przy trze­cim dwóch straż­ni­ków z bramy Pół­noc­nej, wy­raź­nie po służ­bie, bo mieli w oczach tę pustą ostroż­ność, którą czło­wiek nosi, kiedy cały dzień wy­pa­try­wał cze­goś, co nie chce zo­stać na­zwa­ne. W kącie, tam gdzie zwy­kle trzy­ma­ło się becz­ki, le­że­li dwaj przy­by­sze z ze­wnątrz – uchodź­cy albo piel­grzy­mi, dziś trud­no roz­róż­nić – przy­kry­ci płasz­cza­mi, a obok nich sie­dzia­ła córka Ja­ro­mi­ra, Nira, z miską cie­płej kaszy i łyżką; po­da­wa­ła ją z cier­pli­wo­ścią ka­płan­ki łaski.

Ja­ro­mir od­su­nął za­sło­nę nad pa­le­ni­skiem i do­rzu­cił drew­na; pło­mień buch­nął, a na bel­kach nad ogniem na mo­ment za­tań­czy­ły cie­nie, wśród nich cie­nie zna­ków wy­żło­bio­nych płyt­ko w drew­nie. To były stare runy, pry­mi­tyw­ne, brud­ne, takie, ja­kich w świą­ty­ni by nie uzna­no; nie miały wy­ra­fi­no­wa­nej geo­me­trii ani bło­go­sła­wio­nych pro­por­cji, tylko pro­stą in­ten­cję: cie­pło, cisza, po­wrót. Nikt nie rzeź­bił ich dla pięk­na. Rzeź­bił je ktoś, kto chciał prze­żyć noc.

– Dzi­siaj też bę­dziesz śpie­wał? – za­py­tał straż­nik z bramy, ten młod­szy, z wąsem jesz­cze nie­pew­nym; nie był pe­wien, czy w ta­kich cza­sach w ogóle wy­pa­da mu ro­snąć. Mówił z uda­wa­ną lek­ko­ścią, ale Ja­ro­mir sły­szał w tym py­ta­niu proś­bę: żeby wszyst­ko było choć przez chwi­lę nor­mal­ne.

– A kiedy nie śpie­wa­łem? – od­burk­nął Ja­ro­mir, wy­cie­ra­jąc dło­nie w far­tuch. – Gdy prze­sta­nę, roz­le­zie mi się tu nie tylko izba, ale i lu­dzie. A lu­dzie są droż­si niż becz­ki.

– Lu­dzie są też gło­śniej­si – mruk­nął drugi straż­nik, star­szy, z twa­rzą, która pa­mię­ta­ła już kilka zim i kilka roz­ka­zów. – I bar­dziej kło­po­tli­wi. Zwłasz­cza kiedy za­czy­na­ją mówić o tym, o czym nie po­win­ni.

Ja­ro­mir chciał od­po­wie­dzieć czymś cię­tym, bo takie roz­mo­wy zwy­kle pro­wa­dzi­ło się w Ke­th­ryn: pół żar­tem, pół ostrzem, żeby nie dać się zła­mać po­wa­dze. Ale w drzwiach sta­nął ktoś, kto po­wa­gę przy­no­sił ze sobą – i wraz z nim wlał się do izby odór ka­dzi­dła. Wy­so­ki męż­czy­zna w sza­rej opoń­czy, z wąską twa­rzą i ocza­mi spo­koj­ny­mi ni­czym zimna woda; za nim dwóch mło­dych w iden­tycz­nych kap­tu­rach. Na pier­si miał blasz­kę z wy­bi­tym zna­kiem teo­frak­cji – nie naj­więk­szej, nie tej, która bu­do­wa­ła mury, ale tej, która pil­no­wa­ła, by mury były „pra­wi­dło­wo opo­wia­da­ne”.

Ja­ro­mir znał ten znak: Trze­ci Krąg Li­te­ry, skry­bo­wie od pie­śni i mo­dlitw, lu­dzie, któ­rzy po­tra­fi­li znisz­czyć czło­wie­ka nie mie­czem, tylko sło­wem, wy­kre­śla­jąc go z listy. W karcz­mie uci­chło. Nawet gar­nek prze­stał bul­go­tać tak gło­śno, a ogień w pa­le­ni­sku jakby przy­jął ten sam rygor, co go­ście – przy­gasł na mo­ment, stłu­mio­ny cudzą obec­no­ścią.

– Ja­ro­mi­rze Wydro – po­wie­dział przy­bysz, nie py­ta­jąc, bo imio­na w Ke­th­ryn są jak ad­re­sy: jeśli ktoś je zna, zna­czy, że ma powód. – Przy­cho­dzę z po­le­ce­niem.

– U mnie po­le­ce­nia stoją w ko­lej­ce, brat­ku – od­parł Ja­ro­mir, uda­jąc swo­bo­dę. – Naj­pierw muszą od­stać swoje przy la­dzie, potem za­pła­cić. Czego się na­pi­jesz?

– Nie piję w miej­scach, gdzie śpie­wa się bez pie­czę­ci – od­ciął się męż­czy­zna. – Brat Enoz. Trze­ci Krąg Li­te­ry. Karcz­ma „Pod Że­brem Muru” zo­sta­ła wska­za­na do kon­tro­li pie­śni.

To zda­nie za­brzmia­ło jak wyrok, choć for­mal­nie było tylko zda­niem, a Ja­ro­mir po­czuł, że w izbie robi się chłod­niej, mimo że ogień w pa­le­ni­sku pło­nął mocno. Ktoś od­su­nął kubek, ktoś po­pra­wił płaszcz, ktoś wbił wzrok w pod­ło­gę, szu­ka­jąc ra­tun­ku tam, gdzie zwy­kle go nie ma. Nira unio­sła głowę – w oczach miała py­ta­nie i gniew – ale Ja­ro­mir lek­kim ru­chem dłoni kazał jej sie­dzieć. Wie­dział, że z teo­frak­cją roz­ma­wia się z ostroż­no­ścią na­leż­ną wil­ko­wi: spo­koj­nie, bez gwał­tow­nych ge­stów, bo wilk nie musi mieć racji, żeby ugryźć.

– Kon­tro­li pie­śni? – po­wtó­rzył Ja­ro­mir. – Ja tu mam kon­tro­lę kaszy i piwa. Pieśń to jest zwy­czaj. Lu­dzie śpie­wa­ją, bo tak było, odkąd pa­mię­tam.

– Wła­śnie dla­te­go – po­wie­dział Enoz, a jego głos był tak równy, że aż draż­nił. – „Tak było” to naj­częst­sze kłam­stwo. Zwy­czaj bez pie­czę­ci bywa szcze­li­ną. Szcze­li­ny rodzą he­re­zje.

Słowo „he­re­zje” za­wi­sło w po­wie­trzu cięż­kie jakby mokra płach­ta. Ja­ro­mir po­czuł, że część gości chcia­ła­by wstać i wyjść, ale nie wsta­li, bo na ze­wnątrz była noc, a noc w Ke­th­ryn miała swoje ka­pry­sy: by­wa­ła gęsta, po­zba­wio­na księ­ży­ca, i wtedy czło­wiek sły­szał pod mu­ra­mi coś, czego nie po­win­no się sły­szeć – cichą, upar­tą pust­kę; ktoś, kto stał długo w ciem­no­ści, mógł przy­siąc, że pod mia­stem ist­nie­je dru­gie mia­sto, bez gło­sów. Ja­ro­mir nie umiał tego na­zwać, ale wie­dział, że to się na­si­la.

Dwa ty­go­dnie temu są­siad przy­szedł do karcz­my i po­wie­dział, że w jego domu „coś zga­sło”; że ścia­ny stały, lecz nie pa­mię­ta­ły już, po co stoją; że żona mó­wi­ła do niego, a on nie mógł uchwy­cić sensu słów – język był jak wy­drą­żo­ny, zo­sta­ły same kości. Ka­pła­ni na­zy­wa­li to „krót­kim od­chy­le­niem” i ka­za­li palić ka­dzi­dło. Ja­ro­mir na­zwał­by to po pro­stu dłu­giem, któ­re­go nikt nie chce spła­cać.

– A jeśli to jest szcze­li­na, to może wła­śnie do­brze, że jest – po­wie­dział Ja­ro­mir ostroż­nie, czu­jąc, jak jego słowa ocie­ra­ją się o kra­wędź cze­goś nie­bez­piecz­ne­go. – Bo przez szcze­li­nę cza­sem wpada po­wie­trze. Tu lu­dzie przy­cho­dzą od­dy­chać.

Enoz spoj­rzał na niego, jak na czło­wie­ka, który wła­śnie za­pro­po­no­wał, by mury ozdo­bić bło­tem.

– Od­dy­chać można w ciszy – rzekł. – Pieśń jest formą. Forma wy­ma­ga nad­zo­ru. Nad­zór wy­ma­ga pie­czę­ci. Ke­th­ryn nie może sobie po­zwo­lić na swo­bo­dę w cza­sach, gdy ra­chu­nek świa­ta jest roz­chwia­ny.

Ja­ro­mir usły­szał w tym zda­niu coś, co brzmia­ło nie­mal jak praw­da, i to było naj­gor­sze. Bo naj­gor­sze w Ke­th­ryn nie były bru­tal­ne roz­ka­zy, tylko te, które przy­cho­dzi­ły w opa­ko­wa­niu roz­sąd­ku.

– Co chcesz zro­bić? – za­py­tał wprost.

Enoz wyjął z rę­ka­wa zwi­tek per­ga­mi­nu. Roz­wi­nął go na la­dzie ru­chem czło­wie­ka, który robi to czę­sto i wie, że pa­pier bywa ostrzej­szy niż nóż. Na górze wid­niał tytuł za­pi­sa­ny pięk­ną, równo ciętą ręką: „Pieśń Pod Że­brem Muru – wer­sja za­twier­dzo­na”. Ja­ro­mir po­czuł, jakby ktoś przy­niósł mu do domu cudzą po­ściel i kazał w niej spać, bo jest „hi­gie­nicz­na”.

– Za­twier­dza­my tekst pie­śni kar­czem­nej do użyt­ku pu­blicz­ne­go – oznaj­mił Enoz. – Odtąd śpie­wa się wer­sję sko­ry­go­wa­ną. Dwie zwrot­ki. Jeden re­fren. Bez wa­rian­tów. Bez im­pro­wi­za­cji. Bez tej… trze­ciej.

Ja­ro­mir po­czuł, jak Nira obok pa­le­ni­ska ze­sztyw­nia­ła. Trze­cia zwrot­ka była tym, co czy­ni­ło pieśń pie­śnią, a nie tylko pio­sen­ką do piwa. Trze­cia zwrot­ka była stara jak karcz­ma, a może star­sza; była szep­tem o tym, że mury nie są wiecz­ne, że świę­ci nie są czy­ści, a czło­wiek bywa je­dy­ną ko­twi­cą dla czło­wie­ka. Trze­ciej zwrot­ki nie śpie­wa­no za­wsze; śpie­wa­ło się ją wtedy, gdy noc była szcze­gól­nie cięż­ka, gdy na bra­mach wi­sia­ły nowe ciała, gdy ktoś wra­cał z murów z pu­stym spoj­rze­niem. Trze­cia zwrot­ka nie była pięk­na. Była po­trzeb­na.

– Bez trze­ciej – po­wtó­rzył Ja­ro­mir. – A co wam trze­cia prze­szka­dza? Za dużo praw­dy? Czy za mało ka­dzi­dła?

– Trze­cia zwrot­ka jest nie­au­to­ry­zo­wa­na i za­wie­ra ele­men­ty wią­żą­ce pa­mięć – po­wie­dział Enoz sucho, tonem, któ­rym mówi się o sple­śnia­łej becz­ce. – W cza­sach roz­chwia­nia pa­mięć jest ma­te­ria­łem wy­bu­cho­wym. Zbyt wiele pa­mię­ci pro­wa­dzi do bun­tów. Zbyt mało pa­mię­ci pro­wa­dzi do od­chy­leń. My wy­bie­ra­my rów­no­wa­gę.

Ja­ro­mir oparł dło­nie o ladę. Drew­no pod pal­ca­mi było cie­płe, ale on czuł chłód. Słowo „rów­no­wa­ga” brzmia­ło pięk­nie, jak więk­szość słów, któ­ry­mi sys­te­my uspra­wie­dli­wia­ją prze­moc.

– A kto wy­bie­ra koszt? – za­py­tał, zanim zdą­żył ugryźć się w język.

Enoz uniósł brwi mi­ni­mal­nie.

– Koszt jest pra­wem, nie wy­bo­rem – od­parł. – Otrzy­mu­je­cie za­twier­dzo­ny tekst. Pie­częć zo­sta­nie przy­bi­ta jutro. Dzi­siaj ostrze­gam. Jeśli dziś w nocy pad­nie trze­cia zwrot­ka, Trze­ci Krąg Li­te­ry uzna to za świa­do­mą ob­ra­zę. A świa­do­ma ob­ra­za wy­ma­ga od­po­wie­dzi.

Zwi­nął per­ga­min, zo­sta­wił go na la­dzie jak mar­twą rybę i wy­szedł. Dwaj mło­dzi po­szli za nim. Drzwi za­mknę­ły się, a do izby wró­ci­ło po­wie­trze – cięż­kie, brud­ne, takie, które nie przy­no­si ulgi. Ja­ro­mir pa­trzył na per­ga­min, na równe li­te­ry i równe prze­rwy mię­dzy wer­sa­mi, i czuł, że to nie jest tylko tekst. To była próba za­wład­nię­cia czymś, co dotąd na­le­ża­ło do wszyst­kich.

Nira po­de­szła do lady, wzię­ła per­ga­min do ręki bez po­zwo­le­nia – a to samo w sobie było już małym bun­tem – i prze­bie­gła wzro­kiem po tek­ście z mło­dzień­czą umie­jęt­no­ścią szyb­kie­go czy­ta­nia rze­czy, które star­szym wcho­dzą do głowy jak ka­mień do stud­ni.

– Oni nawet re­fren uła­dzi­li – po­wie­dzia­ła cicho, jakby mó­wi­ła o zbez­czesz­czo­nym gro­bie. – Zo­bacz, ojcze… tu nie ma zgrzy­tu. Tu nie ma nic, co by się za­cze­pia­ło o serce.

Ja­ro­mir spoj­rzał i zo­ba­czył, że fak­tycz­nie: wer­sja za­twier­dzo­na była pro­sta, czy­sta, wy­god­na. Dwie zwrot­ki i re­fren, który brzmiał jak obiet­ni­ca spo­ko­ju. A Ja­ro­mir wie­dział z do­świad­cze­nia, że spo­kój bywa na­rzę­dziem.

– Nie mo­żesz im oddać trze­ciej – po­wie­dzia­ła Nira, tym razem twar­dziej.

– Mogę – od­parł Ja­ro­mir, choć słowo ugrzę­zło mu w gar­dle. – Mogę też oddać karcz­mę, oddać becz­ki, oddać miski. Wszyst­ko można oddać, gdy czło­wiek jest zmę­czo­ny.

– A potem zo­sta­je tylko cisza – do­da­ła Nira. – A cisza w Ke­th­ryn… to nie jest od­po­czy­nek. To jest wyrok bez pod­pi­su.

Ja­ro­mir wie­dział jesz­cze coś: trze­cia zwrot­ka nie była tylko sło­wa­mi. Była klu­czem do sta­rych zna­ków w bel­kach, do run, któ­rych nie rzeź­bił żaden ka­płan. Gdy śpie­wa­no ją wła­ści­wie, gdy głosy ukła­da­ły się w od­po­wied­ni rytm, a dym w pa­le­ni­sku krę­cił się we wła­ści­wy spo­sób, te runy od­po­wia­da­ły. Nie świe­ci­ły jak świą­tyn­ne pie­czę­cie, nie da­wa­ły cudu. Da­wa­ły coś prost­sze­go: cie­pło, które utrzy­mu­je się chwi­lę dłu­żej, ciszę, która jest od­po­czyn­kiem, a nie wy­ro­kiem, i tę dziw­ną mięk­kość w po­wie­trzu, dzię­ki któ­rej czło­wiek nie sły­szy noc­nych „pu­stek” tak wy­raź­nie.

Ja­ro­mir na­uczył się tego od sta­rej Hedy, która kie­dyś po­ma­ga­ła mu w karcz­mie, zanim ode­szła do izby przy murze i za­czę­ła mówić do ścian, bo ścia­ny przy­naj­mniej słu­cha­ły. Heda po­wta­rza­ła mu: „Nie ma dar­mo­wych cudów, Jaro. Kiedy coś do­sta­jesz, to coś pła­cisz. Py­ta­nie tylko, czy pła­cisz ty, czy płacą ci, co przy­cho­dzą po miskę.”

Tego wie­czo­ru przy­szło ich wię­cej niż zwy­kle. Lu­dzie z Pół­noc­ne­go Przed­mie­ścia, gdzie po­dob­no „zga­sły” dwie ulice; ko­bie­ty z dzieć­mi, które nie pła­ka­ły, bo płacz w ta­kich cza­sach bywał luk­su­sem; trzech żoł­nie­rzy, któ­rzy nie mieli już mun­du­rów, tylko brud­ne ko­szu­le i spoj­rze­nie wy­tar­te do go­łe­go. Ja­ro­mir na­le­wał piwo, wy­da­wał chleb, do­glą­dał pa­le­ni­ska, a w środ­ku na­ra­sta­ła mu świa­do­mość, że tej nocy pieśń bę­dzie mu­sia­ła paść. Nie dla­te­go, że lu­dzie jej chcie­li. Dla­te­go, że coś na ze­wnątrz ro­bi­ło się zbyt ciche.

Późno, kiedy ktoś otwo­rzył drzwi na chwi­lę i wpu­ścił wiatr, Ja­ro­mir po­czuł w tym wie­trze brak za­pa­chu. Wiatr bez za­pa­chu jest jak opo­wieść bez sensu: wy­glą­da jak wiatr, ale nie daje pew­no­ści. Nira spoj­rza­ła wtedy na niego, a w jej oczach nie było już gnie­wu, tylko de­cy­zja – ta sama, którą Ja­ro­mir wi­dy­wał u ludzi idą­cych na mury: bez ro­man­ty­zmu, bez dumy, z pro­stym „albo to, albo noc”.

Gdy przy­szła pora pie­śni, lu­dzie sami uci­chli. Nie z roz­ka­zu, nie z po­boż­no­ści, tylko z tej zbio­ro­wej umowy, która rodzi się w miej­scach, gdzie czło­wiek chce wie­rzyć, że jest jesz­cze coś wspól­ne­go. Ja­ro­mir wy­szedł zza lady z lut­nią – starą, po­szczer­bio­ną, z gry­fem owi­nię­tym skórą, w któ­rej ktoś kie­dyś wy­żło­bił małe znaki. Nira sta­nę­ła obok, bo miała czy­sty głos i umia­ła utrzy­mać me­lo­dię, gdy Ja­ro­mir się za­ci­nał. Ktoś z tra­ga­rzy stuk­nął ku­flem w stół, na­da­jąc rytm; ktoś inny przy­tup­nął jak na po­kła­dzie stat­ku, choć je­dy­ne fale, jakie znali, to fale nocy roz­bi­ja­ją­ce się o mur.

Ja­ro­mir spoj­rzał na per­ga­min za­twier­dzo­ny, le­żą­cy na la­dzie jak równo zło­żo­ny całun, po czym od­wró­cił wzrok i za­czął śpie­wać w spo­sób znany tu od lat – pro­sto, chro­pa­wo, wspól­nie. Pierw­sze dwa wersy brzmia­ły nie­win­nie; nawet Enoz mógł­by po­ki­wać głową, bo to była pieśń o chle­bie, o ogniu i o tym, że „jakoś bę­dzie”. A potem przy­cho­dził re­fren, za­wsze ten sam, jak linia węzła: spi­na­ją­ca ludzi w jedno, choć­by tylko na czas zwrot­ki.

I wtedy – w samym środ­ku nocy, pod mu­ra­mi Ke­th­ryn – za­brzmia­ła pieśń, któ­rej słowa każdy znał, nawet jeśli uda­wał, że zna tylko dwa pierw­sze ka­wał­ki.

 

PIEŚŃ POD ŻE­BREM MURU

(szan­ta kar­czem­na, wer­sja pełna – z trze­cią zwrot­ką)

 

Zwrot­ka I

Gdy wiatr pod murem dmu­cha w kurz i sadzę,

a w gar­dle sie­dzi suchy pył od dróg,

to wlej mi w kufel, daj mi pajdę w garść,

niech ogień huczy, niech od­pły­nie trud.

 

Re­fren

Hej, pod Że­brem Muru, hej – niech pły­nie głos!

Niech nie­sie nas przez noc, gdy cięż­ki los.

Hej, pod Że­brem Muru, póki żar się tli,

jutro przyj­dzie samo – dziś niech ży­je­my my!

 

Zwrot­ka II

Straż stoi sztyw­no, mur jest jak okrę­tu burta,

a brama skrzy­pi, gdy ją pcha zły czas,

lecz tu przy ogniu każdy jest jak druh,

jeden stół, jeden chleb, w ręku kufel full.

 

Re­fren

Hej, pod Że­brem Muru, hej – niech pły­nie głos!

Niech nie­sie nas przez noc, gdy cięż­ki los.

Hej, pod Że­brem Muru, póki żar się tli,

jutro przyj­dzie samo – dziś niech ży­je­my my!

 

Zwrot­ka III (za­ka­za­na)

A jeśli po­wiesz: "za­po­mnij", by ła­twiej było iść,

to ja ci po­wiem: "nie chcę" – niech zo­sta­nie w nas.

Niech imię wróci, niech wróci twarz i wstyd,

bo bez pa­mię­ci czło­wiek jest jak mur – bez pęk­nięć.

 

Re­fren

Hej, pod Że­brem Muru, hej – niech pły­nie głos!

Niech nie­sie nas przez noc, gdy cięż­ki los.

Hej, pod Że­brem Muru, póki żar się tli,

jutro przyj­dzie samo – dziś niech ży­je­my my!

 

Ja­ro­mir po­pro­wa­dził pierw­szą zwrot­kę ostroż­nie, równo, tak, jak pro­wa­dzi się ludzi po wą­skiej kład­ce nad stud­nią – bez szarp­nięć, żeby nikt nie wy­padł. Re­fren pod­chwy­ci­li wszy­scy, nawet ci, któ­rzy przy­szli pierw­szy raz, bo re­fre­ny mają to do sie­bie, że są ła­twiej­sze niż życie. Druga zwrot­ka po­szła gład­ko, choć w gło­sach był już ten spe­cy­ficz­ny drżaj, który ozna­cza, że pieśń nie jest tylko za­ba­wą: jest wspól­ną pracą – pod­no­sze­niem belki, pcha­niem wozu, czymś, co robi się ra­mie­niem w ramię.

Rytm kufli i stóp spra­wił, że karcz­ma na mo­ment na­praw­dę za­czę­ła przy­po­mi­nać okręt przy­ci­śnię­ty do ka­mien­ne­go brze­gu muru, wal­czą­cy nie z wodą, tylko z nocą. Ogień w pa­le­ni­sku po­ru­szył się, jak na znak, a cie­nie zna­ków na bel­kach za­drża­ły mi­ni­mal­nie, jak od­dech śpią­ce­go.

Na końcu dru­giej zwrot­ki za­padł spo­kój; wszy­scy na raz wstrzy­ma­li od­dech. Ja­ro­mir po­czuł cię­żar de­cy­zji na ję­zy­ku, cię­żar nie z ro­dza­ju bo­ha­ter­skie­go, tylko tego, który przy­po­mi­na ka­mień w kie­sze­ni: wiesz, że jest, i wiesz, że jeśli go nie wy­rzu­cisz, utopi cię w końcu. Nira spoj­rza­ła na niego. W jej oczach nie było py­ta­nia. Było tylko „tak musi być” – ale nie w wer­sji Kręgu, tylko w wer­sji czło­wie­ka, który widzi, że bez tej pie­śni coś się roz­pad­nie.

Ja­ro­mir otwo­rzył usta do trze­ciej zwrot­ki i przez mo­ment po­my­ślał o Eno­zie, o pie­czę­ci, o karze. Po­my­ślał o tym, że sys­te­my nie mają po­czu­cia hu­mo­ru. Po­my­ślał też o He­dzie i jej ra­chun­kach. A potem po­my­ślał o twa­rzach w izbie – o tych, co leżą w kącie, o tych, co trzy­ma­ją dzie­ci, o tych, co wró­ci­li z murów z pust­ką w oczach – i zro­zu­miał, że jeśli teraz nie za­pła­ci, to za­pła­cą oni. Tylko nie od razu, tylko po cichu: w domu, w nocy, gdy cisza wej­dzie pod drzwi.

To była jego he­re­zja: pa­mięć ponad pie­częć. Nie pięk­na, nie bo­ha­ter­ska. Ko­niecz­na.

Więc za­śpie­wał trze­cią.

Na sło­wach „niech imię wróci” coś w karcz­mie za­drża­ło; nie świa­tło, nie dźwięk, ra­czej gę­stość po­wie­trza. Dym nagle przy­po­mniał sobie, że jest dymem z kon­kret­ne­go drew­na, z kon­kret­nej ulicy, z kon­kret­ne­go życia. Ogień prze­stał trza­skać. Stał się równy. Dym za­krę­cił się w spi­ra­li i na chwi­lę w izbie po­czu­ło się coś, czego Ja­ro­mir dawno nie czuł: za­pach chle­ba pie­czo­ne­go w domu, za­pach wło­sów żony, któ­rej już nie było, za­pach lata.

Runa nad pa­le­ni­skiem, ta pry­mi­tyw­na, brud­na, wy­żło­bio­na nożem w drew­no, od­po­wie­dzia­ła – nie świe­cąc jak świą­tyn­ne pie­czę­cie, nie ro­biąc cudu dla ga­wie­dzi, tylko dając cie­pło, które nie jest tylko tem­pe­ra­tu­rą, ale obiet­ni­cą, że jesz­cze można od­dy­chać. W po­wie­trzu roz­luź­nił się ucisk. Cisza na ze­wnątrz od­su­nę­ła się o krok, nie dla­te­go, że zo­sta­ła po­ko­na­na, tylko dla­te­go, że karcz­ma prze­sta­ła być dla niej ła­twym ką­skiem.

Ja­ro­mir po­czuł ulgę tak gwał­tow­ną, że aż za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. I wtedy – do­kład­nie wtedy, gdy ulga przy­szła – po­czuł ra­chu­nek.

Ra­chu­nek Eido­nu nie jest jak pio­run. Ra­chu­nek nie krzy­czy „za­płać”, nie wy­świe­tla się na nie­bie, nie przy­cho­dzi w for­mie kary, którą można wska­zać pal­cem. Ra­chu­nek jest prze­su­nię­ciem w czło­wie­ku. Naj­pierw my­ślisz, że to nic. Potem ro­zu­miesz, że to wszyst­ko.

Ja­ro­mir śpie­wał dalej, ale nagle usły­szał w gło­sach ludzi nie tylko me­lo­dię, lecz też szcze­gó­ły: drże­nie w gar­dle mło­de­go straż­ni­ka, który wła­śnie przy­po­mniał sobie pierw­szy raz, kiedy kogoś ude­rzył pałką „dla po­rząd­ku”; chryp­kę w gło­sie tra­ga­rza, który pa­mię­tał smak krwi w ustach, gdy spadł z muru; cichy ton ko­bie­ty, która przy­po­mnia­ła sobie, że kie­dyś zo­sta­wi­ła sio­strę na ulicy, bo bała się za­ra­zy. Te rze­czy wra­ca­ły nie jako ob­ra­zy, tylko jako ostre, na­tych­mia­sto­we fakty. Ktoś wy­pchnął je spod dy­wa­nu na śro­dek izby i kazał pa­trzeć.

Lu­dzie prze­sta­li śpie­wać „pie­śni”. Za­czę­li śpie­wać wła­sne wspo­mnie­nia, choć nie wy­po­wia­da­li ich sło­wa­mi.

I Ja­ro­mir zro­zu­miał: trze­cia zwrot­ka nie za­bie­ra pa­mię­ci. Trze­cia zwrot­ka za­bie­ra za­po­mi­na­nie. Za­bie­ra tę łaskę, która po­zwa­la czło­wie­ko­wi prze­żyć na­stęp­ny dzień, nie dźwi­ga­jąc ca­łe­go wczo­raj na ple­cach jak worek ka­mie­ni. Pieśń ocali noc, ale za­pła­ci za to tym, że rana bę­dzie świe­ża za­wsze.

Pieśń skoń­czy­ła się nagle, prze­cię­ta nożem. Nikt nie kla­skał. Nikt się nie śmiał. Nikt nie po­wie­dział „pięk­nie”. Przez długą chwi­lę w izbie było sły­chać tylko od­de­chy – i te od­de­chy brzmia­ły ni­czym przy­zna­nie się do winy. Potem ktoś z tyłu, stary żoł­nierz o twa­rzy za­ro­śnię­tej i oczach wy­pło­wia­łych, po­wie­dział gło­śno:

– Ja pa­mię­tam. Wszyst­ko pa­mię­tam.

To zda­nie nie było la­men­tem. Było stwier­dze­niem faktu. A fakty w Ke­th­ryn by­wa­ją bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce niż prze­kleń­stwa.

Nira po­de­szła do stołu, gdzie sie­dzia­ła ko­bie­ta z dziec­kiem. Ko­bie­ta pa­trzy­ła w pust­kę. Dziec­ko nie pła­ka­ło. Miało sze­ro­ko otwar­te oczy, jakby płacz też był formą za­po­mi­na­nia, któ­rej jesz­cze nie umia­ło użyć.

– Do­brze jest – wy­szep­ta­ła ko­bie­ta, jakby pró­bo­wa­ła sama sie­bie uspo­ko­ić. – Do­brze, bo wresz­cie pa­mię­tam jego twarz. Męża. Już się roz­my­wa­ła. Już my­śla­łam, że to ze mną coś nie tak. A teraz… teraz ją mam. Jakby stał tu przede mną.

– I co z tym zro­bisz? – za­py­ta­ła Nira, nie ostro, tylko z tą ła­god­no­ścią, którą ma ktoś, kto jesz­cze wie­rzy, że py­ta­nia mają sens.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na nią i w jej oczach była roz­pacz tak czy­sta, że aż spo­koj­na.

– Nie wiem – po­wie­dzia­ła. – Bo gdy za­mknę oczy, on stoi. Gdy otwo­rzę, też. Ja już nie umiem odło­żyć.

Ja­ro­mir stał przy pa­le­ni­sku i pa­trzył na dło­nie, spraw­dza­jąc od­ru­cho­wo, czy ma na nich krew. Nie miał. Ra­chu­nek rzad­ko zo­sta­wia krew. Zo­sta­wia brak łaski.

Po chwi­li w izbie za­czę­ły się roz­mo­wy, ale nie były to roz­mo­wy jak za­wsze. Lu­dzie mó­wi­li długo, gęsto; coś w nich pękło i mu­sia­ło się wylać. Tra­garz nagle opo­wie­dział, jak ukradł kie­dyś worek soli i wsty­dził się tego całe lata, choć nikt go nie zła­pał. Straż­nik po­wie­dział, że raz nie otwo­rzył bramy, choć wie­dział, że za bramą jest czło­wiek, i że ten czło­wiek umarł w desz­czu. Ktoś przy­znał się do zdra­dy, ktoś do tchó­rzo­stwa, ktoś do tego, że w głębi duszy cie­szył się, kiedy są­sia­do­wi spło­nął dom, bo wtedy nie był naj­bied­niej­szy.

To były rze­czy, które zwy­kle chowa się w środ­ku i po­zwa­la im gnić po cichu. Teraz nie dało się ich scho­wać. A kiedy nie da się scho­wać brudu, czło­wiek ma dwa wyj­ścia: myć albo roz­sma­ro­wać.

Pierw­sza bójka wy­bu­chła przed świ­tem. Nie o pie­nią­dze. O stare zda­nie sprzed lat, które nagle wró­ci­ło z całą tem­pe­ra­tu­rą tam­te­go dnia. Dwóch męż­czyzn rzu­ci­ło się na sie­bie, bo jeden przy­po­mniał sobie, że drugi kie­dyś po­wie­dział o nim „tchórz”, i to słowo stało się świe­że, jakby do­pie­ro co padło. Ja­ro­mir roz­dzie­lił ich, obe­rwał w szczę­kę, po­czuł smak krwi, i ten smak też był zbyt ostry, zbyt pełny, jakby świat do­pra­wił mu język na złość. Nira krzy­cza­ła, żeby prze­sta­li, ale jej krzyk nie był już tylko emo­cją; był praw­dą, a praw­da w tłu­mie rani.

Ktoś prze­wró­cił stół, ktoś roz­lał piwo, ktoś upadł na ko­la­na i za­czął szep­tać imię matki, któ­rej nie pa­mię­tał od de­ka­dy, a teraz pa­mię­tał zbyt do­brze. Ja­ro­mi­ro­wi prze­mknę­ła przez głowę myśl, że to jest wła­śnie powód, dla któ­re­go Kręgi boją się pa­mię­ci: pa­mięć czyni czło­wie­ka nie­wy­god­nym, bo czło­wiek, który pa­mię­ta, nie daje się łatwo pro­wa­dzić.

Rano karcz­ma stała. Runa w belce wciąż da­wa­ła cie­pło. Po­wie­trze w izbie było mięk­kie; miej­sce wzię­ło na sie­bie nocny napór pust­ki i od­su­nę­ło go od ludzi. Na ze­wnątrz wiatr znów miał za­pach, co było ni­czym ulga po kosz­ma­rze.

Ke­th­ryn bu­dzi­ło się do dnia, w któ­rym mury wciąż stały i teo­frak­cje wciąż miały swoje pie­czę­cie. Tyle że lu­dzie, któ­rzy wy­szli z „Pod Że­brem Muru”, wy­cho­dzi­li ina­czej. Szli po­wo­li; każdy krok był roz­wa­ża­ny w świe­tle tego, co pa­mię­ta­li. Jedni pła­ka­li, inni za­ci­ska­li usta, jesz­cze inni pa­trzy­li na mia­sto z gnie­wem, jakby do­pie­ro teraz zo­ba­czy­li, w czym żyją. Ja­ro­mir pa­trzył za nimi i czuł, że karcz­ma ura­to­wa­ła noc, ale ode­bra­ła coś, co jest po­trzeb­ne do życia w dłu­gim cza­sie: za­po­mi­na­nie jako li­tość.

Tego sa­me­go dnia, póź­nym po­po­łu­dniem, przy­szła do karcz­my Heda. Nie po­win­na była przyjść, bo dawno już pra­wie nie wy­cho­dzi­ła, a jeśli wy­cho­dzi­ła, to tylko po wodę i ka­dzi­dło, jakby ka­dzi­dło miało łatać pęk­nię­cia w gło­wie. We­szła po­wo­li, o lasce, z wło­sa­mi bia­ły­mi jakby po­piół, i sta­nę­ła przy pa­le­ni­sku tak, jak u sie­bie – choć wró­ci­ła do domu, któ­re­go już nie było.

– Za­śpie­wa­łeś trze­cią – stwier­dzi­ła, nie py­ta­jąc.

Ja­ro­mir ski­nął głową.

– Mu­sia­łem.

Heda prych­nę­ła.

– „Mu­sia­łem” to słowo Krę­gów – po­wie­dzia­ła. – Ty mia­łeś „chcia­łem”. Mia­łeś „wy­bie­ram”. Nie od­bie­raj sobie od­po­wie­dzial­no­ści, bo od­po­wie­dzial­ność jest je­dy­ną rze­czą, któ­rej nie da się zło­żyć w ar­chi­wum.

Ja­ro­mir po­czuł, że to ude­rza go moc­niej niż pięść w bójce.

– Do­brze – po­wie­dział cicho. – Wy­bra­łem.

Heda spoj­rza­ła na niego z czymś, co mogło być dumą, ale nie było. Było ra­czej zmę­czo­nym uzna­niem.

– Wybór ma ra­chu­nek – mruk­nę­ła. – Co za­bra­ło?

Ja­ro­mir otwo­rzył usta i przez mo­ment nie mógł po­wie­dzieć. Bo po­wie­dze­nie na głos „za­bra­ło za­po­mi­na­nie” brzmia­ło ni­czym bluź­nier­stwo wobec ludzi, któ­rzy całe życie uczą się za­po­mi­nać w od­po­wied­nich mo­men­tach, żeby prze­trwać.

– Za­bie­ra ulgę – wy­szep­tał w końcu. – Za­bra­ło tę łaskę, że rano czło­wiek może wstać i być tylko zmę­czo­ny, a nie zgnie­cio­ny wszyst­kim, co pa­mię­ta.

Heda ski­nę­ła. Dla niej było to oczy­wi­ste.

– To dzia­ła – po­wie­dzia­ła. – I dla­te­go jest nie­bez­piecz­ne.

W po­łu­dnie wró­cił Enoz. Tym razem nie sam. Za nim szli dwaj skry­bo­wie z de­ska­mi i atra­men­tem, a obok nich straż miej­ska, nie­zbyt licz­na, ale wy­star­cza­ją­co wi­docz­na, by nikt nie miał złu­dzeń. Enoz sta­nął w drzwiach, ro­zej­rzał się po izbie, po twa­rzach ludzi, któ­rzy jesz­cze zo­sta­li – bo wielu zo­sta­ło, jakby bali się wyjść na ulice z wła­sny­mi wspo­mnie­nia­mi – i wcią­gnął po­wie­trze. Na chwi­lę w jego spoj­rze­niu po­ja­wi­ło się coś, co Ja­ro­mir mógł­by na­zwać za­sko­cze­niem. Może nawet nie­po­ko­jem. Może Enoz też po­czuł, że w karcz­mie jest za dużo praw­dy.

– Śpie­wa­li­ście – stwier­dził.

– Śpie­wa­li­śmy – od­parł Ja­ro­mir. Nie pró­bo­wał uda­wać. Po nocy trze­ciej zwrot­ki uda­wa­nie wy­da­wa­ło się czymś obrzy­dli­wie ła­twym.

Enoz pod­szedł do belki nad pa­le­ni­skiem, przyj­rzał się zna­kom w drew­nie, po czym do­tknął ich pal­cem, spraw­dza­jąc, czy to nie jest tylko rysa.

– To są runy nie­au­to­ry­zo­wa­ne – po­wie­dział chłod­no. – Zgod­nie z de­kre­tem Trze­cie­go Kręgu Li­te­ry po­win­ny zo­stać wy­ga­szo­ne.

– A zgod­nie z ży­ciem po­win­ny zo­stać, bo ina­czej noc wej­dzie lu­dziom do gar­deł – od­parł Ja­ro­mir. – Jeśli chcesz je wy­ga­sić, to wy­ga­szaj. Tylko miej od­wa­gę po­wie­dzieć tym lu­dziom, że wy­ga­si­łeś im cie­pło dla pie­czę­ci.

Enoz spoj­rzał na niego długo. Ja­ro­mir miał wra­że­nie, że skry­ba waży słowa – nie dla­te­go, że chce być spra­wie­dli­wy, tylko dla­te­go, że boi się kosz­tu słów. W Ke­th­ryn nawet ka­pła­ni cza­sem boją się ra­chun­ku, choć udają, że pa­nu­ją nad świa­tem.

– Nie ro­zu­miesz – po­wie­dział wresz­cie Enoz wol­niej niż wcze­śniej. – Trze­cia zwrot­ka jest za­ka­za­na nie dla­te­go, że mówi praw­dę o świę­tych. Jest za­ka­za­na, bo wiąże pa­mięć. A pa­mięć, gdy jest zbyt żywa, roz­sa­dza po­rzą­dek. Jeśli w mie­ście każdy za­cznie pa­mię­tać wszyst­ko, nikt nie bę­dzie umiał wy­ko­ny­wać roz­ka­zów. Nikt nie bę­dzie umiał iść dalej. To do­pro­wa­dzi do ruiny.

Ja­ro­mir ro­ze­śmiał się krót­ko, bez ra­do­ści.

– Ruina? My tu ży­je­my na ru­inie od lat. Tylko ją przy­kry­wa­cie pie­czę­cia­mi, żeby wy­glą­da­ła jak po­rzą­dek. A teraz bo­icie się, że lu­dzie zo­ba­czą pęk­nię­cia, bo pa­mię­ta­ją, gdzie są.

Enoz za­ci­snął usta. Skry­bo­wie z tyłu już ma­cza­li pióra w atra­men­cie, go­to­wi pisać wy­ka­zy i wy­kre­śle­nia. Straż miej­ska stała nie­ru­cho­mo.

– Zo­sta­wiam pie­częć – po­wie­dział Enoz w końcu, wyj­mu­jąc z rę­ka­wa mały me­ta­lo­wy znak. – Nie dla­te­go, że za­twier­dzam waszą he­re­zję. Dla­te­go, że jeśli teraz was uka­rzę, wy­le­je się to poza karcz­mę, a my nie je­ste­śmy go­to­wi na falę pa­mię­ci. Pie­częć jest środ­kiem bez­pie­czeń­stwa. Za­bez­pie­cze­niem. Do­pó­ki nie zde­cy­du­je­my, co z wami zro­bić.

Ja­ro­mir pa­trzył na pie­częć i ro­zu­miał iro­nię: sys­tem dał mu „ochro­nę” nie z łaski, tylko z obawy przed kon­se­kwen­cją. Pie­częć zo­sta­ła przy­bi­ta do belki obok runy, z wy­raź­ną in­ten­cją przy­kry­cia jej zna­cze­nia. Runa jed­nak nie zga­sła. Nie dla­te­go, że była sil­niej­sza. Dla­te­go, że koszt już zo­stał za­pła­co­ny, a ra­chun­ki – gdy są spła­co­ne – nie co­fa­ją się dla wy­go­dy urzęd­ni­ków.

Enoz od­szedł, zo­sta­wia­jąc karcz­mę z pie­czę­cią i z pro­ble­mem. Lu­dzie znów przy­szli wie­czo­rem, choć wielu przy­szło nie po piwo, tylko po to, żeby usiąść i pa­trzeć w ogień, bo ogień wy­da­wał się je­dy­ną rze­czą, która jesz­cze jest pro­sta. Ja­ro­mir wziął lut­nię do ręki i pró­bo­wał za­grać wer­sję za­twier­dzo­ną: dwie zwrot­ki, re­fren, spo­koj­ne „jutro przyj­dzie samo”. Stru­ny za­brzmia­ły, ale głos mu ugrzązł. Nie w gar­dle fi­zycz­nie – w sen­sie. Pieśń, raz wy­po­wie­dzia­na w trze­ciej zwrot­ce, nie da­wa­ła się już cof­nąć do dwóch grzecz­nych wer­sów. Karcz­ma pa­mię­ta­ła, co za­śpie­wa­no, i nie chcia­ła uda­wać, że było ina­czej.

Tej nocy Ja­ro­mir nie za­snął. Leżał w izbie nad karcz­mą, sły­sząc z dołu stłu­mio­ne od­gło­sy roz­mów, a w gło­wie miał obraz twa­rzy żony Marii, tak ostry, jak dotyk palca. Pró­bo­wał od­su­nąć wspo­mnie­nie, ni­czym od­su­wa się za­sło­nę, ale za­sło­na nie dzia­ła­ła. Wstał, napił się wody. Nic. Usiadł na łóżku i po­czuł, że jest zmę­czo­ny, a jed­no­cze­śnie świe­ży. To był koszt, który nie daje od­po­czyn­ku.

I wtedy zro­zu­miał de­fi­ni­cję he­re­zji w Ke­th­ryn: to nie jest sprze­ciw wobec bogów. To jest sprze­ciw wobec spo­so­bu, w jaki wła­dza za­rzą­dza pa­mię­cią. Kręgi chcia­ły, by czło­wiek pa­mię­tał tyle, ile trze­ba do po­słu­szeń­stwa, i za­po­mi­nał tyle, ile trze­ba do spo­ko­ju. Pieśń ode­bra­ła spo­kój. Zo­sta­wi­ła pa­mięć.

Na­za­jutrz rano Heda sie­dzia­ła już przy pa­le­ni­sku, jakby noc nie była dla niej róż­ni­cą.

– Będą przy­cho­dzić – po­wie­dzia­ła, nie pa­trząc na niego. – Będą chcie­li, żebyś śpie­wał, żebyś ich ra­to­wał przed pust­ką. A potem będą cię nie­na­wi­dzić, bo pa­mięć boli.

Ja­ro­mir wziął w dło­nie ka­wa­łek drew­na i po­czuł pod pal­ca­mi runę. Pod pie­czę­cią Kręgu drew­no było cie­plej­sze; dwa po­rząd­ki – nie­au­to­ry­zo­wa­ny i au­to­ry­zo­wa­ny – stały obok sie­bie w jed­nym miej­scu, uda­jąc, że nie widzą wła­snej sprzecz­no­ści.

– To było warte? – za­py­tał, nie dla­te­go, że szu­kał po­cie­sze­nia, tylko dla­te­go, że czło­wiek cza­sem musi na­zwać wła­sny wybór, żeby nie zwa­rio­wać.

Heda uśmiech­nę­ła się krzy­wo.

– Nie wiem – od­par­ła. – Ja tylko wiem, że to dzia­ła. A rze­czy, które dzia­ła­ją, za­wsze znaj­dą sobie wła­ści­cie­la.

Ja­ro­mir pa­trzył na belkę i na pie­częć, na runę i na metal, i po­czuł, że stoi mię­dzy dwoma po­rząd­ka­mi: jed­nym, który chce ciszy i pie­czę­ci, i dru­gim, który chce praw­dy, nawet jeśli praw­da za­bi­ja sen. I wtedy, w tej ci­chej go­dzi­nie przed wie­czo­rem, zro­zu­miał koń­co­wy pa­ra­doks ra­chun­ku Eido­nu: karcz­ma oca­li­ła noc przed pust­ką, ale ode­bra­ła lu­dziom mięk­kie za­po­mi­na­nie, które było je­dy­nym amor­ty­za­to­rem w tym świe­cie. Oca­lił świat na kilka go­dzin, psu­jąc życie na lata. To nie był mo­ral­ny wyrok. To był bi­lans.

Jeśli kie­dyś przyj­dziesz pod mur Ke­th­ryn i zo­ba­czysz szyld z że­bro­wą ko­ścią, nie wchodź tam po za­po­mnie­nie. Za­po­mnie­nie jest darem, któ­re­go Eidon cza­sem nie za­bie­ra, tylko za­bra­nia. Wcho­dząc, weź ze sobą coś prost­sze­go niż od­wa­ga: go­to­wość na to, że to, co w tobie ukry­te, prze­sta­nie być ukry­te. Bo karcz­ma stoi do dziś, cie­pła i pełna ludzi, a jej pieśń nadal krąży w bel­kach jak dym, któ­re­go nie da się wy­wie­trzyć, i szep­cze wszyst­kim to samo, bez mo­ra­li­zo­wa­nia, bez groź­by, bez kary – jak fakt, któ­re­go nie da się do­mknąć pie­czę­cią:

To dzia­ła. Ale coś jest nie tak.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

W tym opowiadaniu dużo bardziej czuję, że to “kolejna część całości”. :) Schemat wielu zdań jest podobny do tych z poprzedniego opowiadania tworzonego przez Ciebie cyklu: “nie tak…, nie tak…, tylko tak”, “jak/jakby…”. :) Świetnie podkreśliłeś rolę tytułowej pieśni. :) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Wyłapałam kilka powtórzeń. Pewnie gdyby nie były tak blisko siebie nie zwróciłabym uwagi.

 

“…i w jadłospis, w mowę, w modlitwy, nawet w sposób, w jaki człowiek odwraca głowę, kiedy mija runy na murach. Miasto miało mury stare jak grzech i równie uparte, a na tych murach – znaki…” 

 

Dwa pierwsze akapity, są słabsze w porównaniu z resztą, wyglądają trochę tak naprędce pisane. Od rozmowy ze strażnikiem jest lepiej.

 

 “… zapytał strażnik z bramy, ten młodszy, z wąsem jeszcze niepewnym, jakby nie wiedział, czy wypada mu rosnąć w takich czasach.” – Bardzo ładne. Podoba mi się.

 

 

“Runa nad paleniskiem, ta prymitywna, brudna, wyżłobiona nożem w drewno, odpowiedziała – nie świecąc jak świątynne pieczęcie, nie robiąc cudu dla gawiedzi, tylko dając ciepło, które nie jest tylko temperaturą, ale obietnicą, że jeszcze można oddychać.” – to też jest ładne.

 

 

Piszesz w sposób, który wciąga czytelnika i nie pozwala się oderwać. Mówisz o rzeczach, które są ciężkie i trudne do zaakceptowania. O takiej cichej odwadze bez względu na wszystko, bo nie sądzę żeby Jaromir przestał śpiewać. I pod tym względem Jaromir lepiej do mnie trafił, niż Kartograf. Moim zdaniem jest też lepiej skonstruowany.

Świat też wydaje się być dobrze zrobiony.

 

 

bruce

Chcę Cię bardzo przeprosić. Przez ostatnie dwa dni pracowałem nad poprawkami tekstu, sugerując się Twoją wcześniejszą opinią o poprzednim opowiadaniu, bo zrozumiałem, że było w niej dużo trafnych uwag. Mimo to popełniłem błąd i opublikowałem wersję tylko częściowo zredagowaną. Być może zawiniły też problemy z serwerem – kilka razy próbowałem wgrać tekst i mogłem omyłkowo wybrać niewłaściwy plik. Przepraszam, że musiałaś czytać coś, co nie było jeszcze dopracowane do końca.

Być może nadal uznasz, że w tekście wciąż pojawia się zbyt dużo „jak”, „jakby” czy „niczym”, ale taki jest mój sposób pisania – oparty na porównaniach i obrazowaniu. Jednocześnie staram się ten styl stopniowo wygładzać i wypracować jego bardziej przystępną, czytelniejszą formę.

Mam nadzieję, że znajdziesz chwilę, żeby zajrzeć do już w pełni zredagowanej wersji. Tym razem powinna być przyjemniejsza w odbiorze.

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za Twój cenny czas.

 

Czarna2,

dziękuję za zwrócenie uwagi. To naprawdę pomaga mi lepiej dopracowywać teksty, które publikuję.

Co do samej historii: wydaje mi się, że jest łatwiejsza w odbiorze, bo to opowiadanie zamknięte. Jest w nim charakterystyka postaci i domknięta fabuła z początkiem oraz końcem… przynajmniej ja tak to widzę.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Ależ na spokojnie, Szanowny Autorze, wszystko jest ok i nie ma za co przepraszać, dziękuję. :) Zwracam zawsze uwagę na te fragmenty, które mnie zatrzymują przy czytaniu, lecz dopytuję bardziej na zasadzie wątpliwości, bo to Autor wie najlepiej, jak chciał stworzyć dany tekst i – czy konkretne zdania bądź wyrażenia zawarł tam celowo. :) Powtórzenia oraz aliteracje często służą podkreśleniu wymowy zdania i to absolutnie nie jest błąd, lecz – celowy zamysł Autora. ;) 

Treść jest nadal wciągająca, a narracja – interesująca i dobrze poprowadzona. ;) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

Dziękuję. Oczywiście autor wie najlepiej, ale jednak pięćdziesiąt osiem użyć słowa „jakby” w jednym utworze to było zdecydowanie zbyt wiele. Redakcja pozwoliła nie tylko ograniczyć te powtórzenia, lecz także znaleźć bardziej zróżnicowane słownictwo i wprowadzić drobne, ale istotne korekty, które poprawiły płynność i czytelność całości.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Wiesz, Twoje części mają swój specyficzny, niepowtarzalny urok, tworzony m. in. także dzięki podobnym fragmentom. :)

Klik biblioteczny. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w dalszej twórczości. :) 

Pecunia non olet

Całkiem oryginalny styl. To, co mi się gryzło to te powtarzane w opisach zdania typu “To się stało nie dlatego, że coś tam, tylko dlatego, że coś tam – mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi. Klimat gęsty, duszny. Plus za przesłanie, bo faktycznie zostaje w pamięci chwilę po przeczytaniu.

bogjelen

Najmocniej kupiło mnie to, że „magia” nie jest tu prezentem, tylko procedurą z rachunkiem: trzecia zwrotka ratuje przed pustką, ale kradnie ulgę zapominania. To jest pięknie okrutne i logiczne. Jaromir i Nira mają ten właściwy ciężar – żadnej heroicznej pozy, tylko „albo to, albo noc”, a Heda wbija szpilę tam, gdzie trzeba („musiałem” vs „wybrałem”) i nagle cały tekst robi się jeszcze bardziej odpowiedzialny.

 

Jeśli mam się do czegoś przyczepić (delikatnie): pod koniec zaczynasz już dopowiadać morał tak gęsto, że proza, która wcześniej ufała czytelnikowi, robi się odrobinę „esejowa”. Ale to jest kosmetyka, bo całość działa jak dobrze ułożona pieśń: najpierw klimat, potem konflikt, a potem konsekwencja, która nie pyta, czy ją lubisz. I finalne „To działa. Ale coś jest nie tak.” – bardzo ładna klamra. Chętnie przeczytam coś jeszcze z tego świata, bo tu jest potencjał na większą historię niż tylko jedna karczma pod murem.

 

To opowiadanie mi weszło. Kliknąć jeszcze nie mogę, ale niedługo będę mógł:)

Melendur88

Serwus,

 

Bardzo dobre i ładne opowiadanie.

Historia dziejąca się w jednym miejscu i czasie, bez walk, pościgów i dynamicznej akcji, a mimo to wciągająca i ciekawa. Bardzo przypadł mi do gustu wykreowany świat.

 

Faktycznie da się tu odczuć sporo (a nawet nadmiar) „jak” i „jakby” oraz zapewne celowych powtórzeń. Skoro jednak piszesz, że taki masz „sposób pisania – oparty na porównaniach i obrazowaniu” – to OK, przyjmuję to. Jest to jednak styl dość ryzykowny, bo gdy autor pisze (za często), że coś jest „jakby”, sprawia to wrażenie, jakby sam nie do końca wiedział, jak to coś wygląda, a co dopiero czytelnik.

Jedyna rzecz, która nie do końca mi zagrała (to nie zarzut, raczej mój osobisty żal), to szanta karczemna. Dopóki nie poznałem jej treści, działała na mnie jako tajemnicza, nieokreślona pieśń. Po jej przytoczeniu straciła dla mnie część tej niedopowiedzianej magii. To oczywiście kwestia gustu – ja po prostu chętniej zostawiłbym ją w sferze wyobrażeń.

 

Niemniej opowiadanie i całe uniwersum bardzo mi się podobają. Gratuluję pomysłu i wykonania.

 

Widzę po tytułach, że świat się rozrasta – pojawiają się poboczne linie itd. – i trochę gubię się w tym, co jest czym, jaka jest kolejność i co dokładnie wchodzi w jego zakres.

 

Pozdrawiam i zdecydowanie klikam do biblioteki.

Dziękuję za wszystkie komentarze.

Sam jestem chwilami zagubiony jak ćma barowa :)

A tak na poważnie – jeśli chodzi o kolejność i strukturę, wyróżniam trzy linie narracyjne:

Kroniki Eidonu: Konwergencja – zbiór opowiadań wprowadzających głównych bohaterów serii.

Kroniki Eidonu: Herezje – zbiór opowiadań niezależnych od głównego wątku. To zamknięte historie osadzone w uniwersum Eidonu, których bohaterami są zwykli mieszkańcy świata – postacie, które nie pojawiają się w głównej linii fabularnej.

Kroniki Eidonu: Korekta – pierwszy tom właściwej serii; pełnowymiarowa powieść.

 

Staram się przedstawiać ten świat możliwie klarownie, korzystając z krótszych form, niezależnych opowiadań i eksperymentów narracyjnych. Chcę pokazać, jak działa to uniwersum, w jaki sposób łączy fantasy z science fiction, jaki wpływ mają na nie bohaterowie i jaki jest ich cel.

Nie chcę spamować forum wrzucaniem kolejnych fragmentów jednej historii (na dziś to już ponad 400 stron maszynopisu). Zamiast tego wybieram motywy i epizody z głównej linii narracyjnej i zamieniam je na samodzielne opowiadania i inne formy, by w barwny i przystępny sposób pokazać różnorodność świata Eidonu.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Nowa Fantastyka