Kethryn o tej porze roku pachniało mokrym kamieniem, dymem z wilgotnego drewna i tym szczególnym strachem, który nie ma w sobie paniki, tylko przyzwyczajenie; strachem tak oswojonym, że wchodzi w jadłospis, w mowę, w modlitwy, nawet w sposób, w jaki człowiek odwraca głowę, gdy mija runy na murach. Miasto miało mury stare niczym grzech i równie uparte, a na tych murach – znaki, które wedle teofrakcji były pieczęcią ładu, a wedle reszty mieszkańców po prostu gwoździami, którymi przybito Kethryn do świata, żeby nie zniosło go w noc. Pod murem, tam gdzie kamień robił się niższy, bo nikt nie pilnował go z taką gorliwością jak w Górnym Kręgu, stała karczma „Pod Żebrem Muru”, wciśnięta między magazyn soli a warsztat garncarza. Belki miała ciemne od lat, okna małe, żeby ciepło nie uciekało i żeby z zewnątrz nie było widać, kto siedzi w środku, a nad drzwiami wisiał szyld z namalowaną żebrową kością – żart, który przestał być żartem w chwili, gdy pierwszy raz ktoś wniósł tu ciało owinięte w płótno, bo nie było gdzie indziej położyć umarłego.
Jaromir Wydra, karczmarz i zwany czasem z przekąsem bardem od tanich strun, patrzył na to wszystko od piętnastu lat z mieszaniną gniewu i rezygnacji: gniewem, bo Kethryn kazało żyć w cieniu murów, i rezygnacją, bo mury przynajmniej były – w przeciwieństwie do obietnic Kręgów, które przychodziły w formie dekretów i znikały, gdy trzeba było sprzątać krew. Jaromir znał miasto od strony, której kapłani nie widują: od strony garnków, brudnych stołów, kłótni o dług, żebrania o miskę zupy, i od strony pieśni, która co noc – zanim świat całkiem zasnął – przechodziła przez izbę niczym ciepły oddech. Pieśni karczemnej nikt nie nazywał rytuałem, bo rytuały mają w Kethryn swoje świątynie, swoje pieczęcie i swoje kary, ale Jaromir wiedział, że są rzeczy, które działają tylko dlatego, że ludzie udają, iż to zwyczaj.
W środku „Pod Żebrem Muru” było duszno od pary, dymu i ludzkich historii. Przy jednym stole siedzieli tragarze z solnych magazynów, z rękami popękanymi od ciężaru; przy drugim garncarz i jego uczniak, którzy kłócili się o glinę jak o honor; przy trzecim dwóch strażników z bramy Północnej, wyraźnie po służbie, bo mieli w oczach tę pustą ostrożność, którą człowiek nosi, kiedy cały dzień wypatrywał czegoś, co nie chce zostać nazwane. W kącie, tam gdzie zwykle trzymało się beczki, leżeli dwaj przybysze z zewnątrz – uchodźcy albo pielgrzymi, dziś trudno rozróżnić – przykryci płaszczami, a obok nich siedziała córka Jaromira, Nira, z miską ciepłej kaszy i łyżką; podawała ją z cierpliwością kapłanki łaski.
Jaromir odsunął zasłonę nad paleniskiem i dorzucił drewna; płomień buchnął, a na belkach nad ogniem na moment zatańczyły cienie, wśród nich cienie znaków wyżłobionych płytko w drewnie. To były stare runy, prymitywne, brudne, takie, jakich w świątyni by nie uznano; nie miały wyrafinowanej geometrii ani błogosławionych proporcji, tylko prostą intencję: ciepło, cisza, powrót. Nikt nie rzeźbił ich dla piękna. Rzeźbił je ktoś, kto chciał przeżyć noc.
– Dzisiaj też będziesz śpiewał? – zapytał strażnik z bramy, ten młodszy, z wąsem jeszcze niepewnym; nie był pewien, czy w takich czasach w ogóle wypada mu rosnąć. Mówił z udawaną lekkością, ale Jaromir słyszał w tym pytaniu prośbę: żeby wszystko było choć przez chwilę normalne.
– A kiedy nie śpiewałem? – odburknął Jaromir, wycierając dłonie w fartuch. – Gdy przestanę, rozlezie mi się tu nie tylko izba, ale i ludzie. A ludzie są drożsi niż beczki.
– Ludzie są też głośniejsi – mruknął drugi strażnik, starszy, z twarzą, która pamiętała już kilka zim i kilka rozkazów. – I bardziej kłopotliwi. Zwłaszcza kiedy zaczynają mówić o tym, o czym nie powinni.
Jaromir chciał odpowiedzieć czymś ciętym, bo takie rozmowy zwykle prowadziło się w Kethryn: pół żartem, pół ostrzem, żeby nie dać się złamać powadze. Ale w drzwiach stanął ktoś, kto powagę przynosił ze sobą – i wraz z nim wlał się do izby odór kadzidła. Wysoki mężczyzna w szarej opończy, z wąską twarzą i oczami spokojnymi niczym zimna woda; za nim dwóch młodych w identycznych kapturach. Na piersi miał blaszkę z wybitym znakiem teofrakcji – nie największej, nie tej, która budowała mury, ale tej, która pilnowała, by mury były „prawidłowo opowiadane”.
Jaromir znał ten znak: Trzeci Krąg Litery, skrybowie od pieśni i modlitw, ludzie, którzy potrafili zniszczyć człowieka nie mieczem, tylko słowem, wykreślając go z listy. W karczmie ucichło. Nawet garnek przestał bulgotać tak głośno, a ogień w palenisku jakby przyjął ten sam rygor, co goście – przygasł na moment, stłumiony cudzą obecnością.
– Jaromirze Wydro – powiedział przybysz, nie pytając, bo imiona w Kethryn są jak adresy: jeśli ktoś je zna, znaczy, że ma powód. – Przychodzę z poleceniem.
– U mnie polecenia stoją w kolejce, bratku – odparł Jaromir, udając swobodę. – Najpierw muszą odstać swoje przy ladzie, potem zapłacić. Czego się napijesz?
– Nie piję w miejscach, gdzie śpiewa się bez pieczęci – odciął się mężczyzna. – Brat Enoz. Trzeci Krąg Litery. Karczma „Pod Żebrem Muru” została wskazana do kontroli pieśni.
To zdanie zabrzmiało jak wyrok, choć formalnie było tylko zdaniem, a Jaromir poczuł, że w izbie robi się chłodniej, mimo że ogień w palenisku płonął mocno. Ktoś odsunął kubek, ktoś poprawił płaszcz, ktoś wbił wzrok w podłogę, szukając ratunku tam, gdzie zwykle go nie ma. Nira uniosła głowę – w oczach miała pytanie i gniew – ale Jaromir lekkim ruchem dłoni kazał jej siedzieć. Wiedział, że z teofrakcją rozmawia się z ostrożnością należną wilkowi: spokojnie, bez gwałtownych gestów, bo wilk nie musi mieć racji, żeby ugryźć.
– Kontroli pieśni? – powtórzył Jaromir. – Ja tu mam kontrolę kaszy i piwa. Pieśń to jest zwyczaj. Ludzie śpiewają, bo tak było, odkąd pamiętam.
– Właśnie dlatego – powiedział Enoz, a jego głos był tak równy, że aż drażnił. – „Tak było” to najczęstsze kłamstwo. Zwyczaj bez pieczęci bywa szczeliną. Szczeliny rodzą herezje.
Słowo „herezje” zawisło w powietrzu ciężkie jakby mokra płachta. Jaromir poczuł, że część gości chciałaby wstać i wyjść, ale nie wstali, bo na zewnątrz była noc, a noc w Kethryn miała swoje kaprysy: bywała gęsta, pozbawiona księżyca, i wtedy człowiek słyszał pod murami coś, czego nie powinno się słyszeć – cichą, upartą pustkę; ktoś, kto stał długo w ciemności, mógł przysiąc, że pod miastem istnieje drugie miasto, bez głosów. Jaromir nie umiał tego nazwać, ale wiedział, że to się nasila.
Dwa tygodnie temu sąsiad przyszedł do karczmy i powiedział, że w jego domu „coś zgasło”; że ściany stały, lecz nie pamiętały już, po co stoją; że żona mówiła do niego, a on nie mógł uchwycić sensu słów – język był jak wydrążony, zostały same kości. Kapłani nazywali to „krótkim odchyleniem” i kazali palić kadzidło. Jaromir nazwałby to po prostu długiem, którego nikt nie chce spłacać.
– A jeśli to jest szczelina, to może właśnie dobrze, że jest – powiedział Jaromir ostrożnie, czując, jak jego słowa ocierają się o krawędź czegoś niebezpiecznego. – Bo przez szczelinę czasem wpada powietrze. Tu ludzie przychodzą oddychać.
Enoz spojrzał na niego, jak na człowieka, który właśnie zaproponował, by mury ozdobić błotem.
– Oddychać można w ciszy – rzekł. – Pieśń jest formą. Forma wymaga nadzoru. Nadzór wymaga pieczęci. Kethryn nie może sobie pozwolić na swobodę w czasach, gdy rachunek świata jest rozchwiany.
Jaromir usłyszał w tym zdaniu coś, co brzmiało niemal jak prawda, i to było najgorsze. Bo najgorsze w Kethryn nie były brutalne rozkazy, tylko te, które przychodziły w opakowaniu rozsądku.
– Co chcesz zrobić? – zapytał wprost.
Enoz wyjął z rękawa zwitek pergaminu. Rozwinął go na ladzie ruchem człowieka, który robi to często i wie, że papier bywa ostrzejszy niż nóż. Na górze widniał tytuł zapisany piękną, równo ciętą ręką: „Pieśń Pod Żebrem Muru – wersja zatwierdzona”. Jaromir poczuł, jakby ktoś przyniósł mu do domu cudzą pościel i kazał w niej spać, bo jest „higieniczna”.
– Zatwierdzamy tekst pieśni karczemnej do użytku publicznego – oznajmił Enoz. – Odtąd śpiewa się wersję skorygowaną. Dwie zwrotki. Jeden refren. Bez wariantów. Bez improwizacji. Bez tej… trzeciej.
Jaromir poczuł, jak Nira obok paleniska zesztywniała. Trzecia zwrotka była tym, co czyniło pieśń pieśnią, a nie tylko piosenką do piwa. Trzecia zwrotka była stara jak karczma, a może starsza; była szeptem o tym, że mury nie są wieczne, że święci nie są czyści, a człowiek bywa jedyną kotwicą dla człowieka. Trzeciej zwrotki nie śpiewano zawsze; śpiewało się ją wtedy, gdy noc była szczególnie ciężka, gdy na bramach wisiały nowe ciała, gdy ktoś wracał z murów z pustym spojrzeniem. Trzecia zwrotka nie była piękna. Była potrzebna.
– Bez trzeciej – powtórzył Jaromir. – A co wam trzecia przeszkadza? Za dużo prawdy? Czy za mało kadzidła?
– Trzecia zwrotka jest nieautoryzowana i zawiera elementy wiążące pamięć – powiedział Enoz sucho, tonem, którym mówi się o spleśniałej beczce. – W czasach rozchwiania pamięć jest materiałem wybuchowym. Zbyt wiele pamięci prowadzi do buntów. Zbyt mało pamięci prowadzi do odchyleń. My wybieramy równowagę.
Jaromir oparł dłonie o ladę. Drewno pod palcami było ciepłe, ale on czuł chłód. Słowo „równowaga” brzmiało pięknie, jak większość słów, którymi systemy usprawiedliwiają przemoc.
– A kto wybiera koszt? – zapytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
Enoz uniósł brwi minimalnie.
– Koszt jest prawem, nie wyborem – odparł. – Otrzymujecie zatwierdzony tekst. Pieczęć zostanie przybita jutro. Dzisiaj ostrzegam. Jeśli dziś w nocy padnie trzecia zwrotka, Trzeci Krąg Litery uzna to za świadomą obrazę. A świadoma obraza wymaga odpowiedzi.
Zwinął pergamin, zostawił go na ladzie jak martwą rybę i wyszedł. Dwaj młodzi poszli za nim. Drzwi zamknęły się, a do izby wróciło powietrze – ciężkie, brudne, takie, które nie przynosi ulgi. Jaromir patrzył na pergamin, na równe litery i równe przerwy między wersami, i czuł, że to nie jest tylko tekst. To była próba zawładnięcia czymś, co dotąd należało do wszystkich.
Nira podeszła do lady, wzięła pergamin do ręki bez pozwolenia – a to samo w sobie było już małym buntem – i przebiegła wzrokiem po tekście z młodzieńczą umiejętnością szybkiego czytania rzeczy, które starszym wchodzą do głowy jak kamień do studni.
– Oni nawet refren uładzili – powiedziała cicho, jakby mówiła o zbezczeszczonym grobie. – Zobacz, ojcze… tu nie ma zgrzytu. Tu nie ma nic, co by się zaczepiało o serce.
Jaromir spojrzał i zobaczył, że faktycznie: wersja zatwierdzona była prosta, czysta, wygodna. Dwie zwrotki i refren, który brzmiał jak obietnica spokoju. A Jaromir wiedział z doświadczenia, że spokój bywa narzędziem.
– Nie możesz im oddać trzeciej – powiedziała Nira, tym razem twardziej.
– Mogę – odparł Jaromir, choć słowo ugrzęzło mu w gardle. – Mogę też oddać karczmę, oddać beczki, oddać miski. Wszystko można oddać, gdy człowiek jest zmęczony.
– A potem zostaje tylko cisza – dodała Nira. – A cisza w Kethryn… to nie jest odpoczynek. To jest wyrok bez podpisu.
Jaromir wiedział jeszcze coś: trzecia zwrotka nie była tylko słowami. Była kluczem do starych znaków w belkach, do run, których nie rzeźbił żaden kapłan. Gdy śpiewano ją właściwie, gdy głosy układały się w odpowiedni rytm, a dym w palenisku kręcił się we właściwy sposób, te runy odpowiadały. Nie świeciły jak świątynne pieczęcie, nie dawały cudu. Dawały coś prostszego: ciepło, które utrzymuje się chwilę dłużej, ciszę, która jest odpoczynkiem, a nie wyrokiem, i tę dziwną miękkość w powietrzu, dzięki której człowiek nie słyszy nocnych „pustek” tak wyraźnie.
Jaromir nauczył się tego od starej Hedy, która kiedyś pomagała mu w karczmie, zanim odeszła do izby przy murze i zaczęła mówić do ścian, bo ściany przynajmniej słuchały. Heda powtarzała mu: „Nie ma darmowych cudów, Jaro. Kiedy coś dostajesz, to coś płacisz. Pytanie tylko, czy płacisz ty, czy płacą ci, co przychodzą po miskę.”
Tego wieczoru przyszło ich więcej niż zwykle. Ludzie z Północnego Przedmieścia, gdzie podobno „zgasły” dwie ulice; kobiety z dziećmi, które nie płakały, bo płacz w takich czasach bywał luksusem; trzech żołnierzy, którzy nie mieli już mundurów, tylko brudne koszule i spojrzenie wytarte do gołego. Jaromir nalewał piwo, wydawał chleb, doglądał paleniska, a w środku narastała mu świadomość, że tej nocy pieśń będzie musiała paść. Nie dlatego, że ludzie jej chcieli. Dlatego, że coś na zewnątrz robiło się zbyt ciche.
Późno, kiedy ktoś otworzył drzwi na chwilę i wpuścił wiatr, Jaromir poczuł w tym wietrze brak zapachu. Wiatr bez zapachu jest jak opowieść bez sensu: wygląda jak wiatr, ale nie daje pewności. Nira spojrzała wtedy na niego, a w jej oczach nie było już gniewu, tylko decyzja – ta sama, którą Jaromir widywał u ludzi idących na mury: bez romantyzmu, bez dumy, z prostym „albo to, albo noc”.
Gdy przyszła pora pieśni, ludzie sami ucichli. Nie z rozkazu, nie z pobożności, tylko z tej zbiorowej umowy, która rodzi się w miejscach, gdzie człowiek chce wierzyć, że jest jeszcze coś wspólnego. Jaromir wyszedł zza lady z lutnią – starą, poszczerbioną, z gryfem owiniętym skórą, w której ktoś kiedyś wyżłobił małe znaki. Nira stanęła obok, bo miała czysty głos i umiała utrzymać melodię, gdy Jaromir się zacinał. Ktoś z tragarzy stuknął kuflem w stół, nadając rytm; ktoś inny przytupnął jak na pokładzie statku, choć jedyne fale, jakie znali, to fale nocy rozbijające się o mur.
Jaromir spojrzał na pergamin zatwierdzony, leżący na ladzie jak równo złożony całun, po czym odwrócił wzrok i zaczął śpiewać w sposób znany tu od lat – prosto, chropawo, wspólnie. Pierwsze dwa wersy brzmiały niewinnie; nawet Enoz mógłby pokiwać głową, bo to była pieśń o chlebie, o ogniu i o tym, że „jakoś będzie”. A potem przychodził refren, zawsze ten sam, jak linia węzła: spinająca ludzi w jedno, choćby tylko na czas zwrotki.
I wtedy – w samym środku nocy, pod murami Kethryn – zabrzmiała pieśń, której słowa każdy znał, nawet jeśli udawał, że zna tylko dwa pierwsze kawałki.
PIEŚŃ POD ŻEBREM MURU
(szanta karczemna, wersja pełna – z trzecią zwrotką)
Zwrotka I
Gdy wiatr pod murem dmucha w kurz i sadzę,
a w gardle siedzi suchy pył od dróg,
to wlej mi w kufel, daj mi pajdę w garść,
niech ogień huczy, niech odpłynie trud.
Refren
Hej, pod Żebrem Muru, hej – niech płynie głos!
Niech niesie nas przez noc, gdy ciężki los.
Hej, pod Żebrem Muru, póki żar się tli,
jutro przyjdzie samo – dziś niech żyjemy my!
Zwrotka II
Straż stoi sztywno, mur jest jak okrętu burta,
a brama skrzypi, gdy ją pcha zły czas,
lecz tu przy ogniu każdy jest jak druh,
jeden stół, jeden chleb, w ręku kufel full.
Refren
Hej, pod Żebrem Muru, hej – niech płynie głos!
Niech niesie nas przez noc, gdy ciężki los.
Hej, pod Żebrem Muru, póki żar się tli,
jutro przyjdzie samo – dziś niech żyjemy my!
Zwrotka III (zakazana)
A jeśli powiesz: "zapomnij", by łatwiej było iść,
to ja ci powiem: "nie chcę" – niech zostanie w nas.
Niech imię wróci, niech wróci twarz i wstyd,
bo bez pamięci człowiek jest jak mur – bez pęknięć.
Refren
Hej, pod Żebrem Muru, hej – niech płynie głos!
Niech niesie nas przez noc, gdy ciężki los.
Hej, pod Żebrem Muru, póki żar się tli,
jutro przyjdzie samo – dziś niech żyjemy my!
Jaromir poprowadził pierwszą zwrotkę ostrożnie, równo, tak, jak prowadzi się ludzi po wąskiej kładce nad studnią – bez szarpnięć, żeby nikt nie wypadł. Refren podchwycili wszyscy, nawet ci, którzy przyszli pierwszy raz, bo refreny mają to do siebie, że są łatwiejsze niż życie. Druga zwrotka poszła gładko, choć w głosach był już ten specyficzny drżaj, który oznacza, że pieśń nie jest tylko zabawą: jest wspólną pracą – podnoszeniem belki, pchaniem wozu, czymś, co robi się ramieniem w ramię.
Rytm kufli i stóp sprawił, że karczma na moment naprawdę zaczęła przypominać okręt przyciśnięty do kamiennego brzegu muru, walczący nie z wodą, tylko z nocą. Ogień w palenisku poruszył się, jak na znak, a cienie znaków na belkach zadrżały minimalnie, jak oddech śpiącego.
Na końcu drugiej zwrotki zapadł spokój; wszyscy na raz wstrzymali oddech. Jaromir poczuł ciężar decyzji na języku, ciężar nie z rodzaju bohaterskiego, tylko tego, który przypomina kamień w kieszeni: wiesz, że jest, i wiesz, że jeśli go nie wyrzucisz, utopi cię w końcu. Nira spojrzała na niego. W jej oczach nie było pytania. Było tylko „tak musi być” – ale nie w wersji Kręgu, tylko w wersji człowieka, który widzi, że bez tej pieśni coś się rozpadnie.
Jaromir otworzył usta do trzeciej zwrotki i przez moment pomyślał o Enozie, o pieczęci, o karze. Pomyślał o tym, że systemy nie mają poczucia humoru. Pomyślał też o Hedzie i jej rachunkach. A potem pomyślał o twarzach w izbie – o tych, co leżą w kącie, o tych, co trzymają dzieci, o tych, co wrócili z murów z pustką w oczach – i zrozumiał, że jeśli teraz nie zapłaci, to zapłacą oni. Tylko nie od razu, tylko po cichu: w domu, w nocy, gdy cisza wejdzie pod drzwi.
To była jego herezja: pamięć ponad pieczęć. Nie piękna, nie bohaterska. Konieczna.
Więc zaśpiewał trzecią.
Na słowach „niech imię wróci” coś w karczmie zadrżało; nie światło, nie dźwięk, raczej gęstość powietrza. Dym nagle przypomniał sobie, że jest dymem z konkretnego drewna, z konkretnej ulicy, z konkretnego życia. Ogień przestał trzaskać. Stał się równy. Dym zakręcił się w spirali i na chwilę w izbie poczuło się coś, czego Jaromir dawno nie czuł: zapach chleba pieczonego w domu, zapach włosów żony, której już nie było, zapach lata.
Runa nad paleniskiem, ta prymitywna, brudna, wyżłobiona nożem w drewno, odpowiedziała – nie świecąc jak świątynne pieczęcie, nie robiąc cudu dla gawiedzi, tylko dając ciepło, które nie jest tylko temperaturą, ale obietnicą, że jeszcze można oddychać. W powietrzu rozluźnił się ucisk. Cisza na zewnątrz odsunęła się o krok, nie dlatego, że została pokonana, tylko dlatego, że karczma przestała być dla niej łatwym kąskiem.
Jaromir poczuł ulgę tak gwałtowną, że aż zakręciło mu się w głowie. I wtedy – dokładnie wtedy, gdy ulga przyszła – poczuł rachunek.
Rachunek Eidonu nie jest jak piorun. Rachunek nie krzyczy „zapłać”, nie wyświetla się na niebie, nie przychodzi w formie kary, którą można wskazać palcem. Rachunek jest przesunięciem w człowieku. Najpierw myślisz, że to nic. Potem rozumiesz, że to wszystko.
Jaromir śpiewał dalej, ale nagle usłyszał w głosach ludzi nie tylko melodię, lecz też szczegóły: drżenie w gardle młodego strażnika, który właśnie przypomniał sobie pierwszy raz, kiedy kogoś uderzył pałką „dla porządku”; chrypkę w głosie tragarza, który pamiętał smak krwi w ustach, gdy spadł z muru; cichy ton kobiety, która przypomniała sobie, że kiedyś zostawiła siostrę na ulicy, bo bała się zarazy. Te rzeczy wracały nie jako obrazy, tylko jako ostre, natychmiastowe fakty. Ktoś wypchnął je spod dywanu na środek izby i kazał patrzeć.
Ludzie przestali śpiewać „pieśni”. Zaczęli śpiewać własne wspomnienia, choć nie wypowiadali ich słowami.
I Jaromir zrozumiał: trzecia zwrotka nie zabiera pamięci. Trzecia zwrotka zabiera zapominanie. Zabiera tę łaskę, która pozwala człowiekowi przeżyć następny dzień, nie dźwigając całego wczoraj na plecach jak worek kamieni. Pieśń ocali noc, ale zapłaci za to tym, że rana będzie świeża zawsze.
Pieśń skończyła się nagle, przecięta nożem. Nikt nie klaskał. Nikt się nie śmiał. Nikt nie powiedział „pięknie”. Przez długą chwilę w izbie było słychać tylko oddechy – i te oddechy brzmiały niczym przyznanie się do winy. Potem ktoś z tyłu, stary żołnierz o twarzy zarośniętej i oczach wypłowiałych, powiedział głośno:
– Ja pamiętam. Wszystko pamiętam.
To zdanie nie było lamentem. Było stwierdzeniem faktu. A fakty w Kethryn bywają bardziej przerażające niż przekleństwa.
Nira podeszła do stołu, gdzie siedziała kobieta z dzieckiem. Kobieta patrzyła w pustkę. Dziecko nie płakało. Miało szeroko otwarte oczy, jakby płacz też był formą zapominania, której jeszcze nie umiało użyć.
– Dobrze jest – wyszeptała kobieta, jakby próbowała sama siebie uspokoić. – Dobrze, bo wreszcie pamiętam jego twarz. Męża. Już się rozmywała. Już myślałam, że to ze mną coś nie tak. A teraz… teraz ją mam. Jakby stał tu przede mną.
– I co z tym zrobisz? – zapytała Nira, nie ostro, tylko z tą łagodnością, którą ma ktoś, kto jeszcze wierzy, że pytania mają sens.
Kobieta spojrzała na nią i w jej oczach była rozpacz tak czysta, że aż spokojna.
– Nie wiem – powiedziała. – Bo gdy zamknę oczy, on stoi. Gdy otworzę, też. Ja już nie umiem odłożyć.
Jaromir stał przy palenisku i patrzył na dłonie, sprawdzając odruchowo, czy ma na nich krew. Nie miał. Rachunek rzadko zostawia krew. Zostawia brak łaski.
Po chwili w izbie zaczęły się rozmowy, ale nie były to rozmowy jak zawsze. Ludzie mówili długo, gęsto; coś w nich pękło i musiało się wylać. Tragarz nagle opowiedział, jak ukradł kiedyś worek soli i wstydził się tego całe lata, choć nikt go nie złapał. Strażnik powiedział, że raz nie otworzył bramy, choć wiedział, że za bramą jest człowiek, i że ten człowiek umarł w deszczu. Ktoś przyznał się do zdrady, ktoś do tchórzostwa, ktoś do tego, że w głębi duszy cieszył się, kiedy sąsiadowi spłonął dom, bo wtedy nie był najbiedniejszy.
To były rzeczy, które zwykle chowa się w środku i pozwala im gnić po cichu. Teraz nie dało się ich schować. A kiedy nie da się schować brudu, człowiek ma dwa wyjścia: myć albo rozsmarować.
Pierwsza bójka wybuchła przed świtem. Nie o pieniądze. O stare zdanie sprzed lat, które nagle wróciło z całą temperaturą tamtego dnia. Dwóch mężczyzn rzuciło się na siebie, bo jeden przypomniał sobie, że drugi kiedyś powiedział o nim „tchórz”, i to słowo stało się świeże, jakby dopiero co padło. Jaromir rozdzielił ich, oberwał w szczękę, poczuł smak krwi, i ten smak też był zbyt ostry, zbyt pełny, jakby świat doprawił mu język na złość. Nira krzyczała, żeby przestali, ale jej krzyk nie był już tylko emocją; był prawdą, a prawda w tłumie rani.
Ktoś przewrócił stół, ktoś rozlał piwo, ktoś upadł na kolana i zaczął szeptać imię matki, której nie pamiętał od dekady, a teraz pamiętał zbyt dobrze. Jaromirowi przemknęła przez głowę myśl, że to jest właśnie powód, dla którego Kręgi boją się pamięci: pamięć czyni człowieka niewygodnym, bo człowiek, który pamięta, nie daje się łatwo prowadzić.
Rano karczma stała. Runa w belce wciąż dawała ciepło. Powietrze w izbie było miękkie; miejsce wzięło na siebie nocny napór pustki i odsunęło go od ludzi. Na zewnątrz wiatr znów miał zapach, co było niczym ulga po koszmarze.
Kethryn budziło się do dnia, w którym mury wciąż stały i teofrakcje wciąż miały swoje pieczęcie. Tyle że ludzie, którzy wyszli z „Pod Żebrem Muru”, wychodzili inaczej. Szli powoli; każdy krok był rozważany w świetle tego, co pamiętali. Jedni płakali, inni zaciskali usta, jeszcze inni patrzyli na miasto z gniewem, jakby dopiero teraz zobaczyli, w czym żyją. Jaromir patrzył za nimi i czuł, że karczma uratowała noc, ale odebrała coś, co jest potrzebne do życia w długim czasie: zapominanie jako litość.
Tego samego dnia, późnym popołudniem, przyszła do karczmy Heda. Nie powinna była przyjść, bo dawno już prawie nie wychodziła, a jeśli wychodziła, to tylko po wodę i kadzidło, jakby kadzidło miało łatać pęknięcia w głowie. Weszła powoli, o lasce, z włosami białymi jakby popiół, i stanęła przy palenisku tak, jak u siebie – choć wróciła do domu, którego już nie było.
– Zaśpiewałeś trzecią – stwierdziła, nie pytając.
Jaromir skinął głową.
– Musiałem.
Heda prychnęła.
– „Musiałem” to słowo Kręgów – powiedziała. – Ty miałeś „chciałem”. Miałeś „wybieram”. Nie odbieraj sobie odpowiedzialności, bo odpowiedzialność jest jedyną rzeczą, której nie da się złożyć w archiwum.
Jaromir poczuł, że to uderza go mocniej niż pięść w bójce.
– Dobrze – powiedział cicho. – Wybrałem.
Heda spojrzała na niego z czymś, co mogło być dumą, ale nie było. Było raczej zmęczonym uznaniem.
– Wybór ma rachunek – mruknęła. – Co zabrało?
Jaromir otworzył usta i przez moment nie mógł powiedzieć. Bo powiedzenie na głos „zabrało zapominanie” brzmiało niczym bluźnierstwo wobec ludzi, którzy całe życie uczą się zapominać w odpowiednich momentach, żeby przetrwać.
– Zabiera ulgę – wyszeptał w końcu. – Zabrało tę łaskę, że rano człowiek może wstać i być tylko zmęczony, a nie zgnieciony wszystkim, co pamięta.
Heda skinęła. Dla niej było to oczywiste.
– To działa – powiedziała. – I dlatego jest niebezpieczne.
W południe wrócił Enoz. Tym razem nie sam. Za nim szli dwaj skrybowie z deskami i atramentem, a obok nich straż miejska, niezbyt liczna, ale wystarczająco widoczna, by nikt nie miał złudzeń. Enoz stanął w drzwiach, rozejrzał się po izbie, po twarzach ludzi, którzy jeszcze zostali – bo wielu zostało, jakby bali się wyjść na ulice z własnymi wspomnieniami – i wciągnął powietrze. Na chwilę w jego spojrzeniu pojawiło się coś, co Jaromir mógłby nazwać zaskoczeniem. Może nawet niepokojem. Może Enoz też poczuł, że w karczmie jest za dużo prawdy.
– Śpiewaliście – stwierdził.
– Śpiewaliśmy – odparł Jaromir. Nie próbował udawać. Po nocy trzeciej zwrotki udawanie wydawało się czymś obrzydliwie łatwym.
Enoz podszedł do belki nad paleniskiem, przyjrzał się znakom w drewnie, po czym dotknął ich palcem, sprawdzając, czy to nie jest tylko rysa.
– To są runy nieautoryzowane – powiedział chłodno. – Zgodnie z dekretem Trzeciego Kręgu Litery powinny zostać wygaszone.
– A zgodnie z życiem powinny zostać, bo inaczej noc wejdzie ludziom do gardeł – odparł Jaromir. – Jeśli chcesz je wygasić, to wygaszaj. Tylko miej odwagę powiedzieć tym ludziom, że wygasiłeś im ciepło dla pieczęci.
Enoz spojrzał na niego długo. Jaromir miał wrażenie, że skryba waży słowa – nie dlatego, że chce być sprawiedliwy, tylko dlatego, że boi się kosztu słów. W Kethryn nawet kapłani czasem boją się rachunku, choć udają, że panują nad światem.
– Nie rozumiesz – powiedział wreszcie Enoz wolniej niż wcześniej. – Trzecia zwrotka jest zakazana nie dlatego, że mówi prawdę o świętych. Jest zakazana, bo wiąże pamięć. A pamięć, gdy jest zbyt żywa, rozsadza porządek. Jeśli w mieście każdy zacznie pamiętać wszystko, nikt nie będzie umiał wykonywać rozkazów. Nikt nie będzie umiał iść dalej. To doprowadzi do ruiny.
Jaromir roześmiał się krótko, bez radości.
– Ruina? My tu żyjemy na ruinie od lat. Tylko ją przykrywacie pieczęciami, żeby wyglądała jak porządek. A teraz boicie się, że ludzie zobaczą pęknięcia, bo pamiętają, gdzie są.
Enoz zacisnął usta. Skrybowie z tyłu już maczali pióra w atramencie, gotowi pisać wykazy i wykreślenia. Straż miejska stała nieruchomo.
– Zostawiam pieczęć – powiedział Enoz w końcu, wyjmując z rękawa mały metalowy znak. – Nie dlatego, że zatwierdzam waszą herezję. Dlatego, że jeśli teraz was ukarzę, wyleje się to poza karczmę, a my nie jesteśmy gotowi na falę pamięci. Pieczęć jest środkiem bezpieczeństwa. Zabezpieczeniem. Dopóki nie zdecydujemy, co z wami zrobić.
Jaromir patrzył na pieczęć i rozumiał ironię: system dał mu „ochronę” nie z łaski, tylko z obawy przed konsekwencją. Pieczęć została przybita do belki obok runy, z wyraźną intencją przykrycia jej znaczenia. Runa jednak nie zgasła. Nie dlatego, że była silniejsza. Dlatego, że koszt już został zapłacony, a rachunki – gdy są spłacone – nie cofają się dla wygody urzędników.
Enoz odszedł, zostawiając karczmę z pieczęcią i z problemem. Ludzie znów przyszli wieczorem, choć wielu przyszło nie po piwo, tylko po to, żeby usiąść i patrzeć w ogień, bo ogień wydawał się jedyną rzeczą, która jeszcze jest prosta. Jaromir wziął lutnię do ręki i próbował zagrać wersję zatwierdzoną: dwie zwrotki, refren, spokojne „jutro przyjdzie samo”. Struny zabrzmiały, ale głos mu ugrzązł. Nie w gardle fizycznie – w sensie. Pieśń, raz wypowiedziana w trzeciej zwrotce, nie dawała się już cofnąć do dwóch grzecznych wersów. Karczma pamiętała, co zaśpiewano, i nie chciała udawać, że było inaczej.
Tej nocy Jaromir nie zasnął. Leżał w izbie nad karczmą, słysząc z dołu stłumione odgłosy rozmów, a w głowie miał obraz twarzy żony Marii, tak ostry, jak dotyk palca. Próbował odsunąć wspomnienie, niczym odsuwa się zasłonę, ale zasłona nie działała. Wstał, napił się wody. Nic. Usiadł na łóżku i poczuł, że jest zmęczony, a jednocześnie świeży. To był koszt, który nie daje odpoczynku.
I wtedy zrozumiał definicję herezji w Kethryn: to nie jest sprzeciw wobec bogów. To jest sprzeciw wobec sposobu, w jaki władza zarządza pamięcią. Kręgi chciały, by człowiek pamiętał tyle, ile trzeba do posłuszeństwa, i zapominał tyle, ile trzeba do spokoju. Pieśń odebrała spokój. Zostawiła pamięć.
Nazajutrz rano Heda siedziała już przy palenisku, jakby noc nie była dla niej różnicą.
– Będą przychodzić – powiedziała, nie patrząc na niego. – Będą chcieli, żebyś śpiewał, żebyś ich ratował przed pustką. A potem będą cię nienawidzić, bo pamięć boli.
Jaromir wziął w dłonie kawałek drewna i poczuł pod palcami runę. Pod pieczęcią Kręgu drewno było cieplejsze; dwa porządki – nieautoryzowany i autoryzowany – stały obok siebie w jednym miejscu, udając, że nie widzą własnej sprzeczności.
– To było warte? – zapytał, nie dlatego, że szukał pocieszenia, tylko dlatego, że człowiek czasem musi nazwać własny wybór, żeby nie zwariować.
Heda uśmiechnęła się krzywo.
– Nie wiem – odparła. – Ja tylko wiem, że to działa. A rzeczy, które działają, zawsze znajdą sobie właściciela.
Jaromir patrzył na belkę i na pieczęć, na runę i na metal, i poczuł, że stoi między dwoma porządkami: jednym, który chce ciszy i pieczęci, i drugim, który chce prawdy, nawet jeśli prawda zabija sen. I wtedy, w tej cichej godzinie przed wieczorem, zrozumiał końcowy paradoks rachunku Eidonu: karczma ocaliła noc przed pustką, ale odebrała ludziom miękkie zapominanie, które było jedynym amortyzatorem w tym świecie. Ocalił świat na kilka godzin, psując życie na lata. To nie był moralny wyrok. To był bilans.
Jeśli kiedyś przyjdziesz pod mur Kethryn i zobaczysz szyld z żebrową kością, nie wchodź tam po zapomnienie. Zapomnienie jest darem, którego Eidon czasem nie zabiera, tylko zabrania. Wchodząc, weź ze sobą coś prostszego niż odwaga: gotowość na to, że to, co w tobie ukryte, przestanie być ukryte. Bo karczma stoi do dziś, ciepła i pełna ludzi, a jej pieśń nadal krąży w belkach jak dym, którego nie da się wywietrzyć, i szepcze wszystkim to samo, bez moralizowania, bez groźby, bez kary – jak fakt, którego nie da się domknąć pieczęcią:
To działa. Ale coś jest nie tak.