- Opowiadanie: Piotrek77 - Czyściciel światów

Czyściciel światów

Opowiadanie należy do rozwijanego cyklu „Strażnicy Kontinuum”, ale można je czytać całkowicie samodzielnie. Mam nadzieję, że zanurzycie się w tej historii i spędzicie z nią miło czas.

Będę wdzięczny za uwagi – zarówno ogólne wrażenia, jak i komentarze warsztatowe.  

 

Pozostałe opowiadania z tego cyklu:

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Wezwanie poza czas

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Ci, którzy zostali

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Ślad po świecie

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Strażniczka Anna

Oceny

Czyściciel światów

Paweł Kwiecień wiedział od dawna, że jego rola jako Strażnika Kontinuum nie będzie taka jak rola pozostałych.

Adaś, Ania, Olga, Dorota, Rafał – oni byli powoływani do misji naprawczych, do stabilizowania wariantów, do ratowania tych światów, które miały jeszcze szansę.

On – nie.

Jego przeznaczenie było inne. Mroczniejsze. Starsze niż sami Strażnicy.

Dziadek Pawła był mistrzem zakonu paladynów – nie tych z legend, lecz prawdziwych, którzy od pokoleń strzegli równowagi. Uczył go od dziecka, że czasem przyjdzie podjąć decyzje, na które zdolni są tylko nieliczni.

– To nie jest dar, lecz ciężar – powtarzał. – Ty będziesz zamykał to, co nie ma prawa trwać.

Przedwczesna śmierć dziadka sprawiła, że Paweł nie rozumiał wówczas, co ten próbował mu przekazać. Jednak we krwi Pawła było coś więcej. Dyscyplina. Odporność. Umiejętność odcinania emocji. I zdolność dostrzegania anomalii, których zwykli ludzie nigdy nie widzieli.

 

Kiedy Paweł po raz pierwszy trafił do miejsca poza czasem, profesor Filip Terrier spojrzał na niego inaczej niż na pozostałych. Nie jak na uczestnika misji. Nie jak na ucznia.

Traktował go jak narzędzie, które wreszcie wróciło na swoje miejsce. W jego spojrzeniu było coś jeszcze – cień zmęczenia, jakby od dawna czekał na kogoś, kto zdejmie z niego część ciężaru.

– Wiedziałem, że w końcu cię znajdziemy – powiedział Filip. – W innym wariancie pracujemy razem i znamy się dobrze, ale tutaj jesteś mi potrzebny taki, jakim chciałby cię widzieć twój dziadek.

Paweł spojrzał na Filipa z zaskoczeniem. Informacja o tym, że profesor zna jego i dziadka, wydała mu się dziwna. A jednak w chwili, gdy Filip to powiedział, Paweł poczuł coś na kształt flesza – krótkiego przebłysku.

W jego głowie pojawił się obraz sugerujący, że z osobami stojącymi obok łączy go coś więcej niż tylko wspólna wycieczka na Święty Krzyż.

Filip skinął głową i kontynuował:

– Twój ród był częścią Strażników, zanim ktokolwiek z nas zrozumiał, czym Kontinuum naprawdę jest.

Głos Filipa na moment zadrżał, choć natychmiast to ukrył – jakby wspomnienie o dawnych czasach było dla niego bardziej osobiste, niż chciałby przyznać.

Paweł nic nie odpowiedział. Wiedział, że jego rola nie polega na zadawaniu pytań.

Wszyscy Strażnicy znali pojęcie światów bliźniaczych. Wyglądały niemal identycznie. Różnił je drobiazg – detal tak mały, że historia nawet go nie zauważała.

 

Dla profesora Terriera takie światy działały jak kopie zapasowe, które nigdy nie zostaną użyte, albo jak odbicia w lustrze, które nie mają własnego cienia.

A wszechświat – choć nieskończony – miał swoje limity. Filip nazywał to „przepełnieniem pamięci dysku Wszechświata”. Dziadek Pawła ujmował to prościej:

– Kiedy jest za dużo wersji tego samego, wszystko zaczyna się psuć.

Strażnicy typowali więc światy z drobnym defektem. Takie, które nie wnosiły nic nowego. Takie, które mogły się rozpaść same – ale zanim by do tego doszło, mogły pociągnąć za sobą inne.

I wtedy wzywano Pawła.

Nie był bohaterem.

Nie był katem.

Robił to, czego nikt inny nie chciał nazwać.

Tego dnia Paweł został wezwany na platformę poza czasem. Mgła unosiła się jak zawsze, a platformę oświetlało blade, białe światło.

Nie czekał długo na profesora Terriera. Ten, gdy tylko się pojawił, od razu przeszedł do konkretów.

– Mamy wariant do wymazania – powiedział bez wstępu. – Zbyt bliski innemu. Różnica kosmetyczna. Defekt niewielki, ale wystarczający, by uzasadnić czyszczenie.

Obok profesora stał Marcin – ten sam, który oprowadzał grupy po Świętym Krzyżu, a jednocześnie istniał w setkach wariantów jako przewodnik, mentor, obserwator i klucz do powrotu z ciała skafandra ponownie do miejsca poza czasem.

– Ten świat jest słaby – dodał Marcin. – Jeśli go nie zamkniemy, zacznie destabilizować sąsiednie warianty. Tylko pamiętaj by zabrać mój wariant. Nie chcę zostać, kiedy to wszystko zgaśnie.

Marcin unikał wzroku Pawła, jakby sam nie był pewien, czy słowa, które wypowiada, są jeszcze jego własnymi przekonaniami, czy tylko powtarzaną procedurą.

Paweł, jak zwykle, nic nie odpowiedział. Skinął jedynie głową. Nie pytał o szczegóły. Nie pytał o ludzi, którzy tam żyli. Nie pytał, czy ktoś będzie za nimi tęsknił. Znał zasady.

 

Na ekranie z mgły zobaczył postać swojego skafandra. Zerknął tylko na chwilę – nie interesowało go to. Przecież zaraz ten wariant i tak przestanie istnieć. Nie było czasu na emocjonalne przywiązanie.

Przejście trwało chwilę. Paweł znalazł się w świecie, który wyglądał jak każdy inny: zwykłe ulice, zwykli ludzie, zwykłe życie. Ale widział więcej. Pęknięcia w powietrzu. Światło, które przesuwało się o ułamek sekundy za późno. Przestrzeń, która ledwie zauważalnie drżała. Defekt wyglądał na oczywisty. Jakby świat, do którego przyszedł, sam objawiał mu swoje niedoskonałości, licząc na to, że Paweł jeszcze zmieni zdanie.

Nie chodziło o zło, przemoc czy nienawiść. To istniało w każdym wariancie, a w wielu nawet w większym natężeniu.

Paweł poczuł przebłysk wskazujący miejsce spotkania z Marcinem. Skręcił w boczną uliczkę i wszedł na podwórko jednej z kamienic. Marcin stał w oknie mieszkania na parterze.

– Paweł, tutaj – skinął ręką.

Paweł wszedł po schodach i usłyszał, jak Marcin otwiera drzwi.

– A więc przyszedłeś po ten świat – zapytał retorycznie.

Paweł skinął głową i sucho powiedział:

– Szykuj się.

Wiedział, że postać przewodnika występuje w każdym świecie. To byli Strażnicy Kontinuum – podobnie jak paladyni przywiązani do wariantu. W Polsce najczęściej taką rolę pełnił właśnie Marcin.

Strażnicy mieli jedną ważną zasadę. Nigdy nie zostawiali swoich. Wymazanie świata musiało być zatwierdzone ponad profesorem Terrierem, a w momencie podjęcia decyzji obecni w wariancie Strażnicy byli zabierani. Nie fizycznie, lecz poprzez przeniesienie ich świadomości do innych wariantów, które miały więcej szczęścia.

Marcin bez słowa skinął głową. Cofnął się do mieszkania i wrócił z małą metalową płytką pokrytą runami. Trzymał ją z ostrożnością kogoś, kto zna jej historię lepiej, niż powinien.

Paweł znał to urządzenie – należało do paladynów. Jego dziadek zawsze nosił takie przy sobie.

Przewodnik nacisnął kombinację run. Mgła zaczęła się pojawiać dokoła nich. Paweł wiedział, co zaraz nastąpi. Widział to wiele razy, ale tym razem zamknął oczy.

Growlingiem wypowiedział słowa, których nauczył się z księgi pozostawionej przez dziadka – brzmiały jak modlitwa. W rzeczywistości stanowiło to kod, rozkaz skierowany do świata, uruchamiający procedurę destrukcyjną.

Powietrze zgęstniało. Kolory zaczęły blaknąć. Dźwięki gasły jeden po drugim.

A potem zapadła cisza.

Świat zniknął.

Nie było krzyku. Nie było bólu. Nie było nawet chwili, by ktokolwiek zauważył, że coś się dzieje. Świat po prostu przestał istnieć.

Filip nazywał to rozwiązanie humanitarnym. Uważał, że istoty, które zamieszkiwały wymazany wariant, i tak żyły dalej w innych wariantach – najczęściej niemal identycznych. Nie potrzeba katastrof ani wojen. Wszystko odbywało się w ciszy, jak usunięcie jednego katalogu kopii z dysku.

 

Paweł i Marcin wrócili na platformę poza czasem. Marcin nerwowo się rozglądał. Paweł go rozumiał – zazwyczaj tylko odprowadzał Strażników z ciała skafandra, a nie sam trafiał w to miejsce.

Profesor Terrier skinął głową.

– Dobrze wykonane. Zrobiliśmy miejsce dla silniejszych wariantów.

Poprawił mankiet płaszcza, gest drobny, ale nerwowy – rzadko pozwalał sobie na takie oznaki napięcia. Wskazał ręką Marcina.

– Dziękuję za wzorową służbę. Właśnie pojawił się dla ciebie nowy etat w kolejnym wariancie.

Marcin skinął głową najpierw w stronę Filipa, potem Pawła – i rozpłynął się w mgle.

Filip spojrzał na Pawła, lecz ten odwrócił wzrok.

– Do następnego wezwania – powiedział profesor i również zniknął.

Po raz pierwszy od dawna Paweł poczuł coś, czego nie powinien.

Nie była to wątpliwość.

Ani bunt.

Była to ciekawość.

Co się stanie, gdy pewnego dnia wariant, który ma wymazać… będzie zbyt podobny do jego własnego?

A może – co gorsza – będzie to właśnie jego świat?

To pytanie nie dawało mu spokoju, gdy odchodził w mgłę.

Bo każdy Czyściciel wie, że prędzej czy później nadejdzie dzień, w którym będzie musiał spojrzeć w oczy światu, który mógłby być jego.

I wtedy okaże się, czy jest tylko narzędziem.

Czy jednak wciąż człowiekiem.

 

Kilka dni później Paweł dostał kolejne wezwanie. Mgła na Świętym Krzyżu była tego dnia cięższa niż zwykle – gęsta, lepka, jakby nie chciała go przepuścić. Paweł poczuł to od razu. Platforma poza czasem pulsowała bladym światłem, zamiast – jak zwykle – świecić jednostajnie.

Filip pojawił się później niż zazwyczaj. To samo w sobie było niepokojące.

– Paweł – zaczął bez wstępu. – Mamy wariant do zamknięcia.

– Jaki defekt? – zapytał Paweł, choć wiedział, że to pytanie jest zbędne.

– Minimalny. Prawie niezauważalny. Ale konsekwencje… nieprzewidywalne.

Na ekranie z mgły pojawił się obraz. Zwykłe miasto. Centrum. Ruchliwy deptak. Boczne ulice pełne samochodów.

A jednak Paweł poczuł coś, czego nie powinien poczuć.

Coś jak… znajomość.

Rozpoznał Kielce. Ulicę Sienkiewicza. Często spacerował tamtędy ze swoją żoną Anią i synami bliźniakami – Piotrusiem i Pawełkiem.

– Ten wariant jest zbyt bliski innemu – kontynuował Filip. – Zbyt podobny.

– Rozumiem – odparł Paweł chłodno.

– I jeszcze jedno – dodał Filip. – W tym świecie żyje ktoś, kogo możesz rozpoznać. Nie pozwól, by to wpłynęło na procedurę.

Paweł nie odpowiedział. Ale w środku coś drgnęło.

Przejście do skafandra było szybkie. Zbyt szybkie. Paweł znalazł się na deptaku. Mimowolnie rozejrzał się jakby coś wewnątrz niego zrobiło ten gest. Zwykłe rozmowy. Zwykłe życie.

I wtedy ją zobaczył.

Anię. Swoją żonę.

Prowadziła za ręce ich synków. Piotruś miał owiniętą prawą nogę tuż pod kolanem. Paweł wiedział, że wczoraj się skaleczył i że jeszcze dziś rano sam zmieniał mu opatrunek.

Serce Pawła zabiło mocniej.

Nie powinno.

Nie wolno mu było.

Wiedział przecież, że to nie jego żona. Że to nie jego dzieci.

A jednak byli… zbyt bliscy.

Zbyt podobni.

Przebłysk uderzył go jak cios.

W tym wariancie… miał ich wymazać.

 

Marcin czekał w bramie starej kamienicy. Wyglądał inaczej niż zwykle. Jego ramiona były lekko przygarbione, jakby ciężar decyzji, które miał podjąć, spadł na niego wcześniej niż na Pawła.

– Paweł – powiedział cicho. – Ten świat jest gotowy. Defekt został potwierdzony.

– Wiem.

– Musimy to zrobić.

– Wiem.

Ale Paweł nie ruszył się z miejsca.

Chłopcy głośno coś śpiewali. Nie znał tej piosenki. Melodia była znana, ale słowa obce. Nie pamiętał, by Ania kiedykolwiek śpiewała z nimi tę piosenkę.

 

 

Widział, jak uzupełnia im brakujące słowa, powoli tłumaczy, co ma być dalej. Po chwili chłopcy znów zaczęli śpiewać. Wszyscy byli szczęśliwi. Głos Ani brzmiał jak echo.

– Paweł – powtórzył Marcin spoglądając na zegarek. – Czas.

Paweł zamknął oczy.

Wziął głęboki oddech.

Przywołał w pamięci słowa z księgi dziadka.

Ale nic nie wyszło.

Głos ugrzązł mu w gardle.

Marcin wybrał odpowiednią kombinację run. Mgła zaczęła pojawiać się wokół nich. Rozejrzał się niespokojnie.

Świat nie drżał.

Nie blakł.

Nie znikał.

Spojrzał na Pawła szeroko otwartymi oczami i krzyknął:

– Paweł! Co ty robisz?!

– Nic – odparł spokojnie.

– To jest procedura. Musisz ją wykonać.

– Nie mogę.

Głos Pawła wciąż był spokojny.

Marcin zamarł. Wyciągnął rękę, jakby chciał zatrzymać Pawła, ale cofnął ją w ostatniej chwili – nie miał prawa ingerować, choć bardzo chciał.

– Dlaczego?

– Bo ten świat… jest zbyt bliski.

– Wszystkie są bliskie.

– Nie tak.

Paweł otworzył oczy i spojrzał na oddalającą się Anię i chłopców.

– W innym wariancie to moja rodzina – powiedział cicho. – A ja nie będę tym, który ją wymaże. Nie mogę tego im zrobić.

Marcin cofnął się o krok.

– Paweł… jeśli tego nie zrobisz, destabilizacja przejdzie na sąsiednie światy.

W jego głosie pojawiła się nuta desperacji – nie o świat się bał, lecz o to, co stanie się z nimi oboma.

– Wiem.

– Filip cię za to zniszczy.

– Wiem.

– Więc dlaczego?

– Bo jestem człowiekiem.

– Jesteś paladynem. Powinieneś stosować kodeks.

– Być może. Ale dziś… to nie wystarczy.

 

Mgła objęła go całego. Po chwili Paweł zorientował się, że znów stoi na platformie poza czasem.

Filip czekał.

– Wariantu nie zamknięto – powiedział chłodno.

– Nie mogłem – odparł Paweł.

– Nie miałeś prawa odmówić.

– A jednak odmówiłem.

 

Filip patrzył na niego długo.

W jego oczach pojawił się błysk czegoś, co mogło być gniewem… albo lękiem.

– Wiesz, co to oznacza?

– Tak.

– Ten świat i tak zgaśnie.

– Wiem.

– I pociągnie za sobą inne.

– Wiem.

 

Filip zrobił krok w jego stronę.

– Dlaczego to zrobiłeś?

– Bo w tym świecie była moja rodzina.

– Twoja rodzina istnieje w nieskończonej liczbie wariantów.

– Ale w tym… była zbyt bliska… a może to ja byłem za blisko jej.

 

Filip zamknął oczy, jakby coś w nim pękło.

– Paweł…

– Tak?

– To pierwszy raz, kiedy zawiodłeś.

Nie brzmiał jak przełożony – brzmiał jak ktoś, kto właśnie stracił wiarę w fundament, na którym budował całe życie.

– Wiem.

– I ostatni, jeśli chcesz pozostać Strażnikiem.

Paweł nie odpowiedział.

Bo wiedział, że to nieprawda.

Wiedział, że to dopiero początek.

 

Gdy mgła zaczęła go pochłaniać, Paweł pomyślał tylko o jednym:

„Jeśli kiedyś przyjdzie mi wybrać między światem a człowiekiem…

wybiorę człowieka”.

I to moment, w którym Czyściciel Światów przestał być narzędziem.

A zaczął być zagrożeniem.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Przykładowe sugestie i wątpliwości co do strony językowej (zawsze – tylko do przemyślenia):

Przebiegłam jeszcze szybciutko podane w Przedmowie pozostałe cztery części i – o ile dobrze widzę – nigdzie (prócz jednego Twojego zapowiadającego komentarza) nie ma wyrażenia „zakon paladynów”, dlatego też, skoro go tu wprowadzasz, trzeba by nieco dokładniej ten termin wyjaśnić, bo informacje w zdaniu są zbyt ogólne:

Dziadek Pawła był mistrzem zakonu paladynów – nie tych z legend, lecz prawdziwych, którzy od pokoleń strzegli równowagi.

 

Uczył go od dziecka, że czasem przyjdzie podjąć decyzje, na które zdolni są tylko nieliczni. – to zdanie trzeba przebudować, bo ma błędną konstrukcję?

To nie jest dar, lecz ciężar – powtarzał. – Ty będziesz zamykał to, co nie ma prawa trwać.

Przedwczesna śmierć dziadka sprawiła, że Paweł nie rozumiał wówczas, co ten próbował mu przekazać. – powtórzenia?

 

„W/wszechświat” piszesz różnorako i trzeba to ujednolicić.

 

Marcin skinął głową najpierw w stronę Filipa, potem Pawła – i rozpłynął się w mgle. – we?

 

Tu jest błąd w zapisie dialogu:

– Paweł, tutaj – skinął ręką.

 

Jak na tak krótki fragment, masz sporo wyrażeń: „powiedział/odpowiedział”.

 

Ciekawa sytuacja i reakcja Pawła oraz jej konsekwencje, dobre to było! :) Stworzony świat fajnie wciąga w fabułę, a usterek jest coraz mniej. ;)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka