- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Prequel. 001. Na Ziemię.

Cuiavia. Prequel. 001. Na Ziemię.

Jest to prolog do głównej części, surwiwalowej.

Dla pary naukowców, to miał być ich wkład w początek nowej ery dla ludzkości.

Jednak podczas jednego z przełomowych eksperymentów dochodzi do katastrofy, która wywraca ich życie.

Wyrzuceni tysiąc lat w przeszłość, trafiają do surowego świata, gdzie historia właśnie przyspiesza. W krainie, gdzie ich wiedza jest postrzegana jako magia, a nauka może być śmiertelnym zagrożeniem, muszą walczyć o przetrwanie.

Ich jedynym atutem jest to, co mają w głowach. Pytanie tylko, czy ta wiedza okaże się dla nich błogosławieństwem... czy przekleństwem?

Chcieli zmienić przyszłość. Teraz muszą zmienić przeszłość, by wrócić do teraźniejszości.

Oceny

Cuiavia. Prequel. 001. Na Ziemię.

Na Ziemię.

Unieruchomiona w fotelu, z dłońmi zaciśniętymi na podłokietnikach, lękliwie wyczekiwałam uderzenia. Wstrząs nie nadszedł. „Swaróg” wystartował absurdalnie łagodnie. Brak ryku, przeciążenia wbijającego w oparcie czy wibracji niszczących kręgosłup. Rakieta opuściła powierzchnię Księżyca z płynnością bańki mydlanej. Jedynie widok za pancerną szybą bulaja przeczył wrażeniu, że wciąż stoimy na płycie startowej.

Obca, niema lewitacja wypchnęła myśli ku wspomnieniom. Przywołałam w pamięci start z Ziemi, starej rakiety chemicznej. Tamten start stanowił brutalny akt siły, eksplozję ognia i wściekłości. Wibracje targały organizmem bez litości. Przez kilka minut rozedrgane tkanki kreśliły mapę anatomii. Każdy organ na moment zyskał autonomię, stając się obcym bytem wewnątrz mnie.

Podczas mojego lotu na Księżyc silniki jonowe stanowiły jedynie technologiczną ciekawostkę. Napędzały sondy, wymagające wyniesienia na orbitę siłą chemicznego ognia. Problem tkwi nie w konstrukcji silnika, lecz w jego potwornym apetycie na energię. Brakowało źródła zasilania łączącego niewielkie gabaryty z mocą.

Sukces nadszedł z dziedziny pozornie obcej technice rakietowej. Osiągnąwszy stabilizację plazmy w reaktorach fuzyjnych, inżynierowie opracowali metodę niemal bezstratnego, szerokopasmowego przesyłu energii.

„Swaróg” nie posiadał własnej elektrowni. Stanowił jedynie wydmuszkę uzbrojoną w potężne silniki „Raróg”. Źródło zasilania – gigantyczny reaktor fuzyjny – spoczywało bezpiecznie w porcie kosmicznym, pompując moc niewidzialnym strumieniem mikrofal.

Transmisja mocy otwierała jedynie technologiczne domino. O ile sam przesył stanowił wyzwanie, o tyle dystrybucja energii od odbiornika do silników oznaczała kolejną rewolucję. Ciemne, matowe pasy oplatały ściany kabiny. Miejsce miedzi zajęły przewody topologiczne, wywodzące się z badań nad komputerami kwantowymi. Zaprojektowane do ochrony stanów kwantowych, dzięki unikalnej strukturze gwarantowały niemal stuprocentową sprawność przesyłu energii.

Stanowiłam element technologicznego arcydzieła, marionetkę uwiązaną do niewidzialnych strun energii płynącej prosto z księżycowej tarczy.

Elegancja połączeń wykraczająca poza dotychczasowe koncepcje definiowała piękno nauki.

Jako biochemiczka, optymalizowałam ziemskie odmiany szpinaku i soi pod kątem wegetacji na księżycowym regolicie. Moja praca oznaczała brudną, biologiczną walkę. Żmudne sekwencjonowanie genów i tysiące nieudanych prób służyły wyizolowaniu pojedynczej mutacji gwarantującej przeżycie roślin i kolonistów. Zestawiając to z precyzją fizyki, postrzegałam swoją dziedzinę jako prymitywne grzebanie w błocie.

Podjęłam wtedy decyzję: koniec z błądzeniem. Koniec z brutalnym bombardowaniem genów w nadziei na przypadkowy sukces. Postanowiłam zaadaptować ich sposób myślenia i przeniknąć do obcych dotąd dziedzin. Szukać nieoczywistych pomostów między fizyką kwantową a genetyką, teorią informacji a metabolizmem komórkowym. Zakładam istnienie fundamentalnej zasady wymykającej się mojemu obecnemu poznaniu.

Przeniosłam wzrok na panoramę za bulajem. Jedynie oddalający się krajobraz potwierdzał ruch statku ponad powierzchnię Księżyca. Na kurczącej się, szarej płaszczyźnie wzrok śledził cichy spektakl. Wstęga bladoniebieskiej plazmy ciągnęła się za kadłubem, destabilizując regolit i elektryzując pył w pulsującą aureolę.

Jony rzeźbiły w pyle fantasmagoryczne wzory. Księżycowy pył zastygał w kształtach odwzorowujących graficzne rozwiązania równań pola elektromagnetycznego. Stanowił ich fizyczną inkarnację.

Kabinę wypełniał jedynie cichy, monotonny szum systemów podtrzymywania życia. Próżnia nie przenosi fal akustycznych, lecz w mojej czaszce pulsowały ciche trzaski, wysoki pisk i szum – synestetyczne echo natężenia pola elektrycznego. Rozumiałam naturę tego fantomu; mózg rozpaczliwie interpretował nienaturalne bodźce. Zjawisko to budziło naukową fascynację splecioną ze śmiertelnym lękiem.

Zakończywszy precyzyjny manewr wejścia na trajektorię ku Ziemi, „Swaróg” ostatecznie umilkł. W kabinie nastała cisza tak absolutna, że słyszałam jedynie tętno w uszach. Chwilę później rozległ się dźwięk niosący wybawienie i zapowiedź udręki: seria ostrych, zsynchronizowanych kliknięć. Pasy bezpieczeństwa puściły nas wolno. Z głośników popłynął syntetyczny głos, zezwalający na przejście do kajut.

Nadeszła chwila, której nienawidzę. Ironia sytuacji niemal wywołała uśmiech na moich ustach. Analizuję własny lęk z pewnością weterana lotów orbitalnych, choć w rzeczywistości zaliczam dopiero drugi kontakt z mikrograwitacją.

Wokół rozegrała się niema, absurdalna pantomima. Uwolnione od przyciągania ciała łagodnie opuściły fotele, dryfując z całkowicie zwodniczą gracją. Pierwsze sekundy oferowały czystą magię. Kilkadziesiąt osób zawieszonych w bezruchu utworzyło trójwymiarowy, żywy kadr. Ta iluzja trwałości prysła niemal natychmiast.

Weterani, rozpoznawalni po nonszalanckim spokoju, natychmiast podjęli działanie. Biznesmen w nienagannym garniturze – zdradzanym jedynie przez kołnierzyk wystający spod kombinezonu – odepchnął się od podłokietnika opuszkami palców. Żadnych zbędnych gestów. Ciało sunęło ku korytarzowi w idealnie wymierzonym, chirurgicznym ruchu. W oczach kilku pasażerów odnotowałam czystą zazdrość.

Reszcie pasażerów zabrakło tego szczęścia. Zapanował chaos – czysty newtonowski koszmar w praktyce. Każda akcja wywoływała natychmiastową i przeciwną reakcję, co w zamkniętej przestrzeni skutkowało ludzkim dominem. Sąsiadka, najwyraźniej turystka, machnęła rękami z radości. Gwałtowny ruch wprawił ją w niekontrolowany obrót, posyłając kobietę prosto na milczącego biznesmena i niszcząc jego idealną trajektorię. Grymas na jego twarzy stanowił wymowne podsumowanie sytuacji.

Zasiliłam masę bilardowego rozbicia. Nieznajomy, usiłując pochwycić reling nad głową, odepchnął się niefortunnie od mojego oparcia. Wypchnął mnie w powolny dryf ku centrum kabiny. Zderzyłam się delikatnie z czyimiś plecami, odnotowałam stłumione „przepraszam”. Brak punktu podparcia uniemożliwiał zerwanie tego wymuszonego związku. Przestrzeń wypełnił zgiełk: zduszone śmiechy, okrzyki zaskoczenia, szelest tkanin i rytmiczne dudnienie ciał uderzających o grodzie. Trudno było rozstrzygnąć, czy wszechobecny śmiech pełnił funkcję wentyla dla zażenowania, czy stanowił autentyczny przejaw radości w tym cyrku ludzkich balonów.

Kto w ogóle wpadł na tak idiotyczny pomysł, by dopuścić do czegoś takiego? Kto stworzył cud techniki zdolny do międzyplanetarnych skoków, ignorując przy tym elementarną logistykę? Tak właśnie kończy się sytuacja, gdy zdanie designerów bierze górę nad głosem inżynierów. Problem sprawnego transportu kilkudziesięciu worków z kośćmi i wodą z punktu A do punktu B w warunkach braku ciążenia.

Dryfując bezradnie, ponownie doświadczyłam tego samego paradoksu: naukowej fascynacji i instynktownego lęku. Podziwu dla czystej fizyki i strachu przed kolejną kolizją.

Nie dostrzegałam w tym nic zabawnego. Podlegałam czystej fizyce w jej najbardziej upokarzającej formie: bezwładności, pędowi i absolutnemu brakowi kontroli. Wizja wypracowanego rytmu i ucieczki z chaosu prysła niemal natychmiast. Wykonałam przemyślany ruch, odpychając się od ściany w stronę wyjścia. Wtedy kolejna dryfująca postać przecięła mój tor. Wpadłam na kogoś, ktoś uderzył w nas. Kończyny splotły się w kłopotliwym, spowolnionym uścisku.

Niezręczność przewyższała ból zderzenia. Przymusowa bliskość z obcym ciałem i konieczność odplątania nogi od jego ramienia bez nadawania mu pędu rotacyjnego potęgowały frustrację. Twarz zapłonęła rumieńcem. Stałam się niezdarną ofiarą defektu koordynacji, tracącą władzę nad własną anatomią.

Fala gorąca ustąpiła miejsca chłodnej determinacji. Zaklasyfikowałam chaos jako wyzwanie. Jestem inżynierem, do cholery. Opanuję to.

Tożsamość pasażerów nie miała znaczenia. Nawet jeśli tłum skrywał noblistów z fizyki, na tym poziomie złożoności rozumiałam zasady gry. Rozumiałam mechanikę transferu pędu i wyznaczanie optymalnej trajektorii w chaosie dryfujących ciał. Koniec z rolą biernej ofiary; nadszedł moment na chłodną, naukową perspektywę.

Wzrok skanował otoczenie. Chaos ciał zmienił się w skomplikowany diagram wektorów i punktów kolizji. Wystarczy jeden precyzyjny impuls, jedno odepchnięcie pod odpowiednim kątem… Przecież to prosta fizyka.

Niemal parsknęłam śmiechem, uderzona kuriozalnością własnego wniosku. Prosta fizyka? Czy ja właśnie nazwałam chaotyczny, nieprzewidywalny taniec kilkudziesięciu ciał w zamkniętej przestrzeni „prostą fizyką”? Sytuacja stanowiła problem trzech ciał podniesiony do potęgi n-tej, kwintesencję chaosu deterministycznego. Równanie komplikowały nieobliczalne zmienne. Obecność pasażerów o znacznej masie sprowokowała absurdalne pytanie: czy ich własna grawitacja dodatkowo zakłóca układ?

Odrzuciwszy złośliwą myśl, skupiłam się. Wyłowiłam wzrokiem szansę – wąski korytarz pomiędzy dwiema dryfującymi sylwetkami. Dostrzegłam jedyną drogę. Pozwoliłam, by minął mnie dryfujący mężczyzna. Zaczerpnąwszy tchu, odepchnęłam się od grodzi, celując precyzyjnie w powstałą lukę.

Płynęłam. Przez moment przypominałam strzałę – liniowy pęd, absolutna celność. Idealnie. Jednak plan, wzorem każdej strategii rzuconej w chaos, natrafił na przeszkodę. Jedna z sylwetek nieoczekiwanie wyciągnęła rękę, zmieniając swój środek ciężkości i tor. Gwałtownie skurczyłam nogi, unikając kolejnej kolizji. Mimo utraty idealnego wektora, wciąż zbliżałam się do celu. Wyciągniętą dłonią wycelowałam w krawędź wejścia do korytarza.

Zacisnęłam palce na zimnym metalu. Sukces.

Podciągnąwszy się, wpłynęłam w wąską, spokojną przestrzeń korytarza. Dłoń spoczęła na gładkim, chłodnym relingu. Oparłam się o grodź, a oddech wreszcie zwolnił.

Pierwszy odruch stanowiła czysta irytacja: skoro tutaj przewidziano relingi, to dlaczego zabrakło ich w głównej kabinie? Czy nikt nie przewidział tego upokarzającego chaosu?

Gdy poziom adrenaliny opadł, ustępując miejsca głębszej refleksji, rozejrzałam się uważnie. Korytarz emanował spokojem i niemal sterylnym porządkiem. Wzrok ponownie spoczął na ciemnych, matowych pasach przewodów topologicznych. Tutaj wykraczały poza sferę czystej utylitarności. Projektant wplótł je w strukturę wnętrza, wydobywając ich kształt delikatnym, mlecznym światłem. Spoczywały za panelem chroniącym ich strukturę i jednocześnie eksponującym techniczne piękno. Brak tu przypadkowości; każdy detal zdradzał świadomy zamysł projektanta.

Nagle pojęłam ten fundamentalny kontrast. Kabina oferowała chaos i niedoskonałość – nieunikniony na tym etapie kompromis projektowy. Surowa, nieokiełznana fizyka. A tutaj – wizytówka przyszłości. Manifestacja nowej filozofii, oswajającej najnowocześniejszą technologię, zamiast jedynie ją stosować. Eksponowanie nauki czyni ją piękną i zrozumiałą, budując zaufanie i podziw użytkownika. Czysta inżynieria ustąpiła miejsca sztuce użytkowej na kosmiczną skalę.

Konstatacja przyniosła spokój. Irytacja i poczucie niezdarności przestały obciążać wyłącznie moje konto. Stanowiły element systemu, wpisany w przejście od chaosu do porządku. Omiotłam wzrokiem korytarz, dyskretnie zliczając sylwetki pasażerów przybyłych tu przede mną. Uzyskany wynik na zawsze pozostanie moją małą, wstydliwą tajemnicą.

Ledwie puls odzyskał stabilność, nastąpiło coś nieoczekiwanego. Matowa ściana przed moją twarzą rozbłysła delikatną, zieloną strzałką. Grot wyznaczył kierunek w głąb korytarza. Puściwszy reling, odepchnęłam się lekko zgodnie z instrukcją. Zaciśnięcie palców na kolejnym uchwycie wygasiło pierwszy sygnał; kolejny rozświetlił się przy następnym zakręcie.

System nawigacji osobistej. Labirynt rozgałęzień, skrzyżowań i alternatywnych dróg w trójwymiarowej strukturze statku gwarantował dezorientację. Rozwiązanie uderzało prostotą i kunsztem. Designerzy, kolejny punkt dla was – odnotowałam z uznaniem.

Dopracowanie rozwiązania sprowokowało natychmiastowe pytanie: w jaki sposób system identyfikuje użytkownika i cel podróży? Analiza linii papilarnych przez relingi – wykluczone; baza danych nie zawiera moich rekordów. Hipoteza ograniczała się do dwóch wariantów: pasywnej identyfikacji twarzy przez sieć kamer lub precyzyjnego skanowania tęczówki. Drugi wariant cechowała większa finezja oraz – co kluczowe – podatność na weryfikację.

Przy kolejnym uchwycie zaczerpnęłam tchu i odepchnęłam się zgodnie z ostatnim wskazaniem, zaciskając powieki. Wyciągnięta dłoń po kilku sekundach ślepego dryfu bezbłędnie odnalazła następny reling. Sukces. Nadeszła decydująca faza testu. Uniosłam powieki jedynie na milimetr, obserwując ścianę przez gęstą barierę rzęs. Usiłowałam osłonić unikalny wzór tęczówki przed ewentualnym skanerem.

Zadziałało. Zielona strzałka rozbłysła bez najmniejszego wahania.

A zatem rozpoznawanie twarzy – skonkludowałam. System identyfikował pasażerów na podstawie samej struktury kostnej. Odkrycie wywołało kolejny, absurdalny impuls. Przecież nie noszę pod skórą żadnego czipa, prawda?

Paranoiczna wizja brzmiała tak niedorzecznie, że parsknęłam cicho śmiechem. W idealnej ciszy korytarza dźwięk ten nabrał nienaturalnej siły.

Wciąż rozbawiona, podążyłam za ostatnią strzałką. Przy drzwiach z moim numerem piktogram ewoluował w ikonę uniesionego kciuka. Cel osiągnięty. Tu poznałam ostateczną odpowiedź. Gładka powierzchnia drzwi ożyła; uaktywniony czytnik zażądał precyzyjnego, bliskiego skanu tęczówki.

Uśmiechnęłam się szeroko. System dualny. Logiczny. Pasywna identyfikacja twarzy do ogólnej nawigacji gwarantowała płynność, natomiast aktywny skan tęczówki autoryzował dostęp do stref prywatnych. Rozwiązanie cechował nienaganny, inżynieryjny sens.

– Witaj, Agnieszko – odezwał się głos, gdy skaner potwierdził moją tożsamość. Drzwi bezszelestnie wsunęły się w ścianę.

Wpłynęłam do wnętrza. Kajuta oferowała przytulny ascetyzm, przywodząc na myśl funkcjonalną celę zamiast pokoju hotelowego. Jedną ścianę zajmowało łóżko z systemem pasów, drugą kilka szafek. Zaskoczył mnie widok bagażu. Standardowa, sześcienna walizka lewitowała nad podłogą, stabilizowana słabym polem magnetycznym.

Zrodzone nagle pytanie: „Ale jak?” natychmiast stłumiła chłodna logika: wewnętrzny system transportu. Najwyraźniej przeoczyłam ten detal w instrukcji dla pasażerów. Zautomatyzowane korytarze serwisowe przemieszczające zunifikowane kontenery bagażowe gwarantowały wydajność nieosiągalną dla ludzkiej krzątaniny.

Walizka przypominała o bezlitosnej ekonomii podróży kosmicznych. Rygorystyczne normy sprowadziły bagaż podręczny do absolutnego minimum – kilku kilogramów na przedmioty osobiste. Koszt transportu każdej dodatkowej masy na Księżyc opiewał na tak astronomiczne sumy, że wykształcił fascynującą, obiegową kulturę. Większość przedmiotów – odzieży, narzędzi czy sprzętów codziennego użytku – pasażerowie nabywali lub wypożyczali na miejscu, by po zakończeniu kontraktu przekazać je kolejnym przybyszom.

W pierwszej chwili wizja noszenia cudzych ubrań czy korzystania z cudzego tabletu budziła dyskomfort, ocierając się o niepożądaną intymność. Szybko jednak ustąpiła miejsca naukowej aprobacie. Antyseptyczne materiały oraz cykle głębokiej sterylizacji plazmowej i promieniami UV gwarantowały czystość nieosiągalną w ziemskich warunkach. Opór miał podłoże wyłącznie psychologiczne i błyskawicznie kruszał w starciu z pragmatyzmem.

Chwilę później nawiedziła mnie kolejna, znacznie przyjemniejsza refleksja. Omiotłam wzrokiem prywatną przestrzeń: niewielką, lecz własną. Przyznany grant naukowy z trudem pokrył koszty podróży w obie strony. Pierwotny bilet, opłacony wiele miesięcy temu, przewidywał jedynie miejsce w wieloosobowym, pozbawionym okien habitacie w ładowni starej rakiety chemicznej.

Technologiczny przełom oraz wdrożenie tańszych w eksploatacji jednostek drastycznie obniżyły koszty transportu. Mój opłacony z góry bilet nagle zyskał na wartości. Za tę samą, starą cenę otrzymałam nieoczekiwany luksus: prywatną kajutę z własnym iluminatorem.

Podpłynęłam do iluminatora, owładnięta falą niemal dziecięcej radości. Zyskałam prywatny portal do nieskończoności. Widok gwiazd, pozbawiony filtracji atmosferycznej, kłuł w oczy nieludzką ostrością. Aksamitną czerń kosmosu upstrzył diamentowy pył; każdy punkt świetlny stanowił obietnicę obcych światów i nieznanych historii.

Przytłaczający ogrom prowokował do filozoficznych rozważań, kojąc zmysły po niedawnym chaosie. Rekompensował każdą niedogodność podróży.

Przycisnęłam czoło do chłodnego szkła portalu. W jednej chwili dorosła, zmęczona biochemiczka ustąpiła miejsca dziewczynce, która w mroźne noce zadzierała głowę, stojąc w ogrodzie rodziców.

Cień wspomnienia wywołał uśmiech. Szeptem, z niemal religijnym nabożeństwem, zaczęłam odmawiać gwiezdną litanię. – Wielka Niedźwiedzica… Mała… – Palec wodził po szybie, łącząc punkty. – Pas Oriona. Syriusz. – Głos mi zadrżał. – I błękitna perła. Ziemia. Mój dom.

Obrazy napłynęły z niekontrolowaną siłą. Sztywne z zimna dłonie taty rozstawiającego teleskop. Zapach herbaty z termosu i cichy śmiech mamy, gdy mój aparat produkował jedynie rozmazane, białe plamy zamiast kraterów Księżyca.

Głos ojca powrócił z zadziwiającą klarownością, niosąc ze sobą chłód nocnego powietrza. Ponownie składałam w całość kosmiczną mapę jego opowieści. Dostrzegłam Kasjopeję, pyszną królową uwięzioną w kształcie litery „W”, i przykutą do skał Andromedę. Cała rodzinna saga zamrożona w wiecznym, niebiańskim teatrze.

Wzrok powędrował dalej, ku Orionowi. Wyobraziłam sobie czającego się po drugiej stronie nieboskłonu Skorpiona, odwiecznego wroga myśliwego. Gdzieś obok Herakles klękał po swoich dwunastu pracach, a Smok leniwie strzegł osi nieba. Wśród milionów świateł lśnili Bliźniacy – Kastor i Polluks, symbol braterskiej miłości przeniesiony między gwiazdy.

Mitologia taty karmiła wyobraźnię, lecz pozostawiała głód wiedzy nienasyconym. Jako dziecko dysponowałam skromnym zasobem informacji, nadrabiając braki chorobliwą wręcz ciekawością. Tuż po wysłuchaniu legendy zasypywałam go gradem pytań, brutalnie sprowadzając naszą dwójkę z niebios na ziemię.

– Tato, dlaczego Księżyc miewa rogi? Gdzie znika reszta? – Dlaczego Orion latem szoruje po horyzoncie, a zimą góruje nad nami? Gdzie uciekają gwiazdy nieobecne w wakacje?

Ojciec, z anielską cierpliwością naukowca, podejmował wyzwanie. Używając latarki i pomarańczy, obrazował grę światłocienia na księżycowej tarczy. Nazywał Błękitną Planetę gigantyczną karuzelą. W rocznym biegu dookoła Słońca Ziemia każdej nocy odsłaniała przed nami inny wycinek kosmicznego pejzażu.

Proste analogie budziły zachwyt, lecz licealny kurs astrofizyki szybko przekuł go w pokorę graniczącą z przerażeniem. Równania opisujące ruch ciał niebieskich wypełniły tablicę, ostatecznie grzebiąc wizję prostej karuzeli. Miejsce zabawy zajął taniec rozpisany na język wyższej matematyki: rachunek różniczkowy i teorię względności. Dotarła do mnie skala intelektualnego wysiłku Newtona, Keplera i Einsteina, ukryta za jednym kliknięciem w aplikacji wyliczającej datę zaćmienia Słońca. Wiedza potrzebna do zaprogramowania tego cudu przytłaczała i budziła bezbrzeżny szacunek dla tych, którzy rozumieją to od podstaw.

Wówczas ostatecznie wytyczyłam własną ścieżkę. Pasja lokowała się gdzie indziej. Astrofizyka uderzała bezlitosną, matematyczną abstrakcją.

Biochemia oferowała coś innego: trudniejszą doświadczalnie, pełną kapryśnej i „brudnej” złożoności życia strukturę, opartą jednak na instynktownie wyczuwalnej logice. Zamiast analizy tensora metrycznego, narzucała rygor nieskończonej cierpliwości w laboratorium.

Dziś światy mitu, dziecięcej ciekawości i skomplikowanej nauki stopiły się w jedność. Nawiedziło mnie nagłe olśnienie, od którego zakręciło mi się w głowie mocniej niż od braku grawitacji. Mitologiczne postaci przestały przypominać płaskie ilustracje na odległej kopule. Znalazłam się tutaj. W ich przestrzeni. W trójwymiarze. Porzuciłam rolę obserwatorki na rzecz statusu sąsiadki. Dryfowałam w tym samym bezkresnym pokoju co herosi, boginie i potwory. Odwiedzałam ich progi. Ta przytłaczająca, intymna świadomość odebrała mi dech.

Uśmiechnęłam się do własnych myśli. Dziś zbliżyłam się do odpowiedzi bardziej niż kiedykolwiek.

Niesiona tą refleksją, podpłynęłam do koi. Zrezygnowałam z pasów. Zwinęłam się w kłębek, z twarzą zwróconą ku diamentowej otchłani – w lęku, że wszechświat zniknie, gdy tylko odwrócę wzrok. Świadomość pędu kłóciła się z odbiorem zmysłowym. Wzrok nie rejestrował ruchu. Kosmos trwał w idealnym bezruchu, niczym fotografia w najwyższej rozdzielczości. Wieczny i niezmienny.

Otulona kosmiczną bliskością i ciszą pełną niesłyszalnych opowieści, uległam ciężarowi powiek. Świadomość odpłynęła w głęboki, pozbawiony wizji niebyt.

Melodyjny dzwonek i znajomy ton interfejsu przerwały sen – stan absolutnej nieważkości, nieporównywalny z niczym ziemskim.

– Agnieszko, czas na śniadanie. Posiłek zostanie dostarczony za dwie minuty.

Po otwarciu oczu przez moment brakowało mi punktów orientacyjnych. Górę zajmowała ściana z szafkami, dół zaś koja – miejsce mojego spoczynku. Mózg po kilku sekundach przetworzył absurd sytuacji: brak pasów bezpieczeństwa skutkował dryfem. Ciało, oderwane od łóżka, unosiło się pośrodku kajuty, wykonując powolny obrót wokół własnej osi.

No pięknie. I co teraz?

Instynktowne ruchy kończynami, mające nadać ciału pęd i pozwolić na kontakt z czymkolwiek stałym, przyniosły natychmiastowy, komiczny skutek. Tempo rotacji wzrosło, a bezradne machanie rękami w próżni potęgowało poczucie absurdu. Brak świadków stanowił jedyne pocieszenie; mimo to policzki zapłonęły zażenowaniem. Zapewne przypominałam żabę z eksperymentu nad lewitacją magnetyczną. Półprzytomny mózg podsunął ironiczną konstatację: „Walczysz z pierwszym prawem Newtona i właśnie przegrywasz”.

Wtem uwagę przykuł inny detal. Pod walizką, wciąż lewitującą przy podłodze, zamigotało czerwone światło. Z panelu podłogowego dobiegł cichy zgrzyt; zablokowana klapa siłowała się z przeszkodą. Wniosek nasunął się natychmiast: bagaż blokował dostawę śniadania.

Mimowolny uśmiech skwitował kolejny przejaw genialnego designu: wykorzystanie tych samych kanałów do transportu bagażu i dystrybucji posiłków. Wizja wspólnej jadalni i porannego chaosu kilkudziesięciu osób w mikrograwitacji budziła dreszcz odrazy. Docenienie projektu wymagało jednak dotarcia do walizki. A śniadanie stanowiło priorytetowy punkt poranka.

Wstrzymałam chaotyczne ruchy. Panika to fatalny doradca; czas na chłodną analizę.

– W porządku, panie Newton – rzuciłam z przekąsem. – Skoro uwięziło mnie pana pierwsze prawo, poszukam klucza w trzecim.

Zasada akcji i reakcji wymagała odrzucenia masy w celu nadania ciału pożądanego pędu.

Proste, choć nieco upokarzające rozwiązanie nasunęło się samo.

Zaczerpnąwszy tchu do granic pojemności płuc, wycelowałam usta w stronę szafek. Wypuściłam powietrze gwałtownym, skontrolowanym strumieniem. Nieuchwytny początkowo efekt wreszcie przyniósł rezultat. Ciało – z irytującą powolnością – dryfowało we właściwym kierunku. Dystans dwóch metrów urósł do rangi niebotycznego wyzwania.

Czas rozciągnął się ponad miarę, zanim palce napotkały chłodną, metalową powierzchnię. Sukces. To było to! Wreszcie! Solidne oparcie pod palcami stanowiło najprzyjemniejsze doznanie poranka. Wykorzystując kolejne punkty podparcia, sprawnie manewrowałam w stronę grodzi podłogowej.

Przesunięcie kuferka wygasiło alarm; czerwień natychmiast ustąpiła miejsca zieleni. Panel podłogowy rozsunął się bezszelestnie, eksponując… standardowy kuferek.

Przyjęłam pozycję siedzącą ze skrzyżowanymi nogami, dryfując tuż nad grodzią. Posiłek lewitował na wysokości klatki piersiowej. Brak talerzy czy sztućców nie zaskakiwał. Zestaw składał się z trzech przezroczystych, elastycznych tub o ergonomicznych profilach. Pierwsza zawierała gęstą, beżową substancję – prawdopodobnie owsiankę proteinową. Druga – zielonkawym musem z alg i szpinaku. Trzecia – kawą.

Westchnęłam. Zaskoczenie, choć nieuzasadnione, trwało chwilę. Niska grawitacja Księżyca dopuszczała tradycyjną zastawę, lecz stan mikrograwitacji wykluczał podobną swobodę. Płynna lub półpłynna forma posiłku stanowiła konieczność, nie wybór. Lepkość i napięcie powierzchniowe czyniły musy jedynym rozsądnym rozwiązaniem.

– Trudno. Sięgnęłam po beżową tubę. – Tyle przetrwam.

Skojarzenie uruchomiło reakcję łańcuchową: potężną, niemal bolesną tęsknotę za pokarmem w jego najbardziej niedoskonałej, ziemskiej formie. Złożyłam sobie solenną obietnicę: po powrocie, gdy żołądek odzyska normalną objętość, porzucę wszelką wstrzemięźliwość. Pochłonę wszystko, co zakazane i niezdrowe. Ociekającego sosem hamburgera. Chrupiące, nasiąknięte tłuszczem frytki. Plaster pizzy z serem ciągnącym się w gorące nitki przy każdym kęsie.

Wyssałam pierwszy łyk proteinowej papki. Smakowała… funkcjonalnie. Przymknęłam powieki, przywołując smak soli i chrupkość frytki. Z tą wizją kontynuowałam sterylne, kosmiczne śniadanie.

Po jałowym śniadaniu wezbrał we mnie głód innego rodzaju: pragnienie ciszy, przestrzeni i refleksji. Opuściłam rejony grodzi, dryfując ku centrum kajuty. Przyjęłam pozycję kwiatu lotosu – na Ziemi wymagającą sporej elastyczności, tutaj naturalną. Zabezpieczyłam się karabińczykiem, łącząc pas z uchwytem w podłodze; stabilizacja gwarantowała niezakłóconą medytację. Przymknęłam powieki.

Skupiłam się na oddechu. Wdech – dostarczanie do płuc sterylnego, recyrkulowanego powietrza. Wydech – transfer ciepła mojego ciała, do Wszechświata. W idealnej ciszy statku świadomość uległa rozszerzeniu.

Czas nie istnieje kiedy oddycha się razem z kosmosem.

Uwaga powędrowała najpierw na zewnątrz, śladem trajektorii wyznaczonej przez komputery i antyczną myśl Greków. Ich filozofia stanowiła wektor ciekawości skierowany w stronę materii; nienasycona potrzeba mierzenia i rozumienia świata po wiekach doprowadziła nas tutaj.

Wraz z pogłębiającym się oddechem wektor uwagi zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni, uderzając w drugi, równie nieskończony kosmos: własny umysł. W nieważkości uderzył mnie paradoks: w nieważkości tylko samotność ma ciężar. Stanowi jedyny balast, którego nie sposób zostawić na Ziemi; niewidzialną kotwicę duszy.

Tu odnalazłam drugą ścieżkę – mądrość Wschodu. Ona nie pytała o naturę gwiazd, lecz o naturę „ja” badającego je. Zamiast budować teleskopy, doskonaliła techniki badania świadomości. Uczyła, że zrozumienie rzeczywistości wymaga uprzedniego obnażenia iluzji ego – źródła wszelkiego oddzielenia.

Zawieszona między tymi wszechświatami, dostrzegłam brak konfliktu. Pozornie przeciwstawne drogi w rzeczywistości domykały wspólny obieg. Grecka ciekawość zbudowała ten statek, lecz buddyjska mądrość dostarczyła narzędzi, by podróż przetrwać i zrozumieć. Pozwoliła samotności rozpłynąć się w jedności z otoczeniem. Jedna droga bez drugiej pozostawała niekompletna.

Koncentracja prysła, ustępując miejsca narastającej irytacji. Wentylatory? Drgania czułam w zębach wyraźniej niż w uszach. Szum pozbawiony cykliczności drażnił ziarnistą strukturą. Potężniał. Czy przybliżałam się do źródła? Szmer gęstniał z każdą sekundą. Deszcz? Szelest kropel bębniących o liście? Podpłynęłam do iluminatora. Krótki pisk wyżłobił rysę na wysokości moich oczu. Reakcja obronna nastąpiła z opóźnieniem; odskoczyłam, gdy niebezpieczeństwo już minęło.

Mikrometeoryt? Poziom bezpieczeństwa?

Skaza pozwoliła ocenić grubość bariery oddzielającej mnie od próżni. Umysł wszedł w tryb panicznej analizy. Przy kwadracie ogromnej prędkości cała szansa na ocalenie tkwiła w minimalnej masie pocisku.

Gdy myśl okrzepła, z głośników popłynął ten sam spokojny, syntetyczny komunikat: – Uwaga pasażerowie. Po lewej burcie nastąpi bliski przelot komety C/2058 S3 Żmij. Zachęcamy do obserwacji.

Kometa. Nazwa wyrwała mnie z medytacji z siłą potężniejszą niż jakikolwiek alarm.

Obserwowali ją od miesięcy, by ostatecznie pchnąć nas w sam środek piaskowej burzy. Ktoś przeprowadził chłodną kalkulację: bezpieczeństwo pasażerów kontra cele misji. Wybrano misję.

Odpięłam karabińczyk i podpłynęłam do iluminatora.

Początkowo przypominała rozmytą gwiazdę, lecz z każdą sekundą rosła, przeobrażając się w świetlistą kulę – jądro z lodu i skał otulone zielonkawą poświatą. Za nią ciągnęły się dwa widmowe ogony: szary welon pyłu lśniący w świetle Słońca oraz idealnie prosty, jadowicie zielony pióropusz gazu pchanego wiatrem słonecznym.

Patrząc na nią, czułam ciężar czegoś starszego niż pamięć. Komety – siewcy i niszczyciele.

Dotknęłam szyby. Węgiel w moich komórkach, żelazo we krwi, wapń w kościach – wszystko to powstało w sercu gwiazdy zmarłej eony temu. Ten lodowy podróżnik to posłaniec z tamtych czasów, zbudowany z tej samej pierwotnej materii. Wspólna historia nas wszystkich zapisana w gwiezdnym pyle.

Rozważałam jej podwójną naturę. Miliardy lat temu takie lodowe pociski bombardowały młodą Ziemię, dostarczając wodę i aminokwasy – prototypy życia gotowe do montażu. Kosmiczne arki roznoszące potencjał istnienia. Jednak ten sam dar mógł stać się wyrokiem. Jeden celny cios kończy całą erę.

Czy to jednak destrukcja, czy bezlitosne, kosmiczne ogrodnictwo? Uderzenie, które zmiotło dinozaury, otworzyło przestrzeń dla naszych przodków. Przycięcie dominujących gałęzi, by słabsze pędy wreszcie sięgnęły światła.

Choć racjonalny umysł biochemiczki widział jedynie ślepą grę chemii i grawitacji, cisza kajuty prowokowała pytania. Czy życie to statystyczna anomalia, czy fundamentalny imperatyw Wszechświata? Nieznana zasada fizyki sprawiająca, że istnienie staje się nieuchronnością? Ktoś lub coś, kto przez miliardy lat wysyła te lodowe zarodniki w pustkę, czekając, aż trafią na podatny grunt?

Wobec takich zjawisk równania milkną. Patrząc na majestatyczny, milczący obiekt, poczułam religijną pokorę wobec skali i piękna mechanizmu, którego dopiero zaczynamy się uczyć.

Kosmiczną pokorę i zawieszenie w rozważaniach przerwał syntetyczny, beznamiętny głos płynący z głośników.

Uwaga pasażerowie. Za dziesięć minut rozpoczynamy procedurę wejścia na orbitę okołoziemską i przygotowanie do lądowania. Prosimy o założenie osobistych skafandrów ciśnieniowych i powrót na wyznaczone miejsca.

Kres podróży przez pustkę. Wydobyłam z szafki skafander. Zamiast ciężkiego pancerza do spacerów kosmicznych, trzymałam w dłoniach lekki, dopasowany kombinezon. Jego zadanie ograniczało się do podtrzymania tlenu i ciśnienia przez kilka minut w razie dekompresji. Wsunęłam się w materiał, ryglując uszczelki na nadgarstkach i szyi. Analiza przydatności stroju w obliczu katastrofy dawała marny wynik: prawdopodobnie zero. Bardziej techniczne placebo i symbol procedur niż realna gwarancja ocalenia. Przepisy jednak nie podlegały dyskusji, nawet w próżni.

Prosimy o umieszczenie bagażu podręcznego na polach transportowych – powtórzył interfejs.

Przed opuszczeniem kajuty chwyciłam walizkę i skierowałam ją ku świecącej na podłodze zielonej ramce. Bagaż bezgłośnie zatonął w otworze, przejęty przez automatykę luku.

Ostatni raz zbliżyłam się do iluminatora. Ziemia wypełniała już całą ramę okna – hipnotyzujący, żywy klejnot, przecięty na pół ostrą linią terminatora.

Wpatrzona w drżącą, błękitną sferę, dostrzegłam splot mitów, technologii i samotności. Wszystkie wątki zbiegły się w jeden węzeł: cały sens istnienia zawarty w małej, wrażliwej kropli.

Umysł natychmiast podjął próbę racjonalizacji. To tylko słaba zasada antropiczna, Agnieszko – podpowiedział wewnętrzny głos. Świat jawił się jako idealny wyłącznie dlatego, że przy innych parametrach zabrakłoby obserwatora zdolnego do zachwytu. Zwykły błąd selekcji.

Wyjaśnienie wydawało się jednak zbyt jałowe, by udźwignąć ciężar tego widoku. Precyzyjne dostrojenie parametrów fizycznych – od stałej grawitacji po oddziaływania silne – zakrawało na cud. Minimalna korekta sił jądrowych uniemożliwiłaby syntezę węgla, grzebiąc szansę na powstanie struktur białkowych, roślin i ludzi. Wszechświat balansował na ostrzu noża, a nasza obecność stanowiła dowód na trwałość tej równowagi.

To prowadziło ku silnej zasadzie antropicznej: czy kosmos przez miliardy lat ewolucji rodzi świadomość tylko po to, by wreszcie spojrzeć na samego siebie? Czy inteligentne gatunki pełnią funkcję zmysłów, przez które nieświadoma materia zyskuje zdolność autoanalizy? W tym ujęciu świadomość stawała się nieuchronnym celem, a nie przypadkowym produktem ubocznym.

Chłodniejsza alternatywa pozbawiona była jednak mistycyzmu. Skala makro – miliardy galaktyk z miliardami gwiazd a wokół nich miliardy planet i nieskończona liczba wszechświatów, z których każdy dysponuje własnym, losowym zestawem praw fizyki.

W takim modelu zasada antropiczna sprowadzała się do prawa wielkich liczb. Przy nieskończonej liczbie prób zaistnienie życia stawało się statystyczną koniecznością, nie aktem woli. Nasz Wszechświat nie był „wybrany”; stanowił po prostu wygrany los w kosmicznej loterii, nieświadomy istnienia miliardów martwych, zimnych wszechświatów pozbawionych obserwatora.

Cel czy przypadek? Jedyny, nastrojony instrument czy jeden z nieskończonej puli losowych dźwięków?

Zawieszenie między dwiema równie przytłaczającymi i wspaniałymi wizjami przyniosło nieoczekiwaną ulgę: na obecnym poziomie poznania odpowiedź traciła znaczenie.

– Miliony świateł… A ja szukam tych, które nazywam domem – wyszeptałam. Słowa nabrały nowej wagi. Dom przestał definiować konkretną lokalizację; stał się cudem, niezależnie od swojej genezy.

Z tym przekonaniem, odbiłam się od iluminatora i wpłynęłam do korytarza. Zielone strzałki, rozbłyskujące przy każdym kontakcie dłoni z relingiem, straciły status zagadki, stając się cichym, znajomym przewodnikiem. Poprowadziły mnie prosto do głównej kabiny pasażerskiej.

Atmosfera w kabinie drastycznie odbiegała od nastroju z początku podróży. Chaos i śmiech wyparowały. Pasażerowie w identycznych, białych skafandrach w ciszy osiadali na swoich miejscach. Ekscytację zastąpiły napięcie i chłodne oczekiwanie.

Mój fotel, skonfigurowany teraz do pozycji leżącej, przyjął mnie anatomicznymi wgłębieniami, które idealnie otuliły ciało. Automatyczne pasy wysunęły się z oparcia, ryglując klamry z cichym sykiem. Zostałam unieruchomiona w bezpiecznym kokonie.

Przymknęłam powieki. Pozostało wyczekiwanie na pierwsze uderzenie grawitacji.

Skafander ciśnieniowy opinał ciało, a pasy gwarantowały stabilność bez zbędnego ucisku. Za iluminatorem czerń kosmosu płynnie przechodziła w głęboki granat, by po chwili rozjaśnić się błękitem. „Swaróg” rozpoczął swój taniec z ziemską atmosferą.

Proces hamowania przebiegał absurdalnie łagodnie. Ledwie wyczuwalne drgnienie i subtelny nacisk oparcia sygnalizowały zmianę wektora prędkości, zamiast ją brutalnie narzucać. O postępach deorbitacji informował głównie widok za oknem; przeciążenia pozostawały niemal nieodczuwalne.

Niebo pocięły perłowe smugi chmur pierzastych – rozmazane pociągnięcia pędzla na błękitnym płótnie. Chwilę później statek zanurzył się w gęstsze, kłębiaste formacje, zamieniając widok za oknem w mlecznobiałą, pulsującą mgłę.

Wtedy nastąpiło uderzenie dźwięku. Najpierw cichy, narastający syk, jakby tysiące niewidzialnych węży tarło o kadłub. Stopniowo dołączyły do niego wysokie, wibrujące piski i suche, elektryczne trzaski. Poświata silników wezbrała, aż statek utonął w zielonkawo-fioletowej aurze. Po powierzchni kadłuba tańczyły drobne, zygzakowate wyładowania – miniaturowe błyskawice. Oto muzyka tarcia: symfonia jonów zderzających się z cząsteczkami powietrza.

Przymknęłam powieki, chłonąc tę niezwykłą kakofonię. Rozpoznałam je natychmiast. Identyczne dźwięki mój mózg uparcie generował podczas sterylnej ciszy startu z Księżyca. Szum, trzaski, przenikliwe piski. Podświadomość okazała się kompetentnym fizykiem; bezbłędnie przewidziała akustyczne efekty interakcji plazmy z gęstniejącą atmosferą. Uśmiechnęłam się do siebie. Mój wewnętrzny generator fantomów zdał egzamin.

Gdy „Swaróg” przebił ostatnią warstwę chmur, powierzchnia planety uderzyła mnie swoją realnością. Z wysokości Ziemia przypominała żywą, patchworkową mapę: zielone i brązowe plamy pól, ciemne nitki rzek, srebrzyste tafle jezior. Dystans malał z każdą sekundą.

Hamowanie przebiegło tak płynnie, że zmysły przegrały z technologią. Trwałam w złudzeniu dalszego opadu, gdy tymczasem subtelne drgnienie kadłuba i nagła stabilność zasygnalizowały koniec drogi. Żadnego szarpnięcia; jedynie delikatne muśnięcie, którego niemal nie zarejestrował mój błędnik.

W idealnej ciszy po wygaszeniu silników z głośników popłynął triumfalny komunikat: – Swaróg wylądował. Witamy na Ziemi, w Kujawskim Porcie Kosmicznym. Właśnie dokonaliśmy pierwszego, historycznego lądowania pasażerskiego jednostki tego typu. Gratulujemy wszystkim pionierskim podróżnikom! Interfejs kontynuował rutynową formułkę: – Mamy nadzieję, że podróż przebiegła komfortowo. Prosimy o pozostanie na miejscach do momentu wyłączenia sygnalizacji i otwarcia głównego wyjścia.

Wypuściłam powietrze z płuc, nieświadoma dotąd jego wstrzymywania. Udało się. Dotarłam do domu.

Po zwolnieniu klamer próba wstania obnażyła brutalną prawdę: każdy gram ciała zyskał sześciokrotnie na wadze. Zamiast paraliżującego szoku, poczułam przytłaczający opór, jak przy brodzeniu w gęstej, niewidzialnej mazi.

Wzrok spoczął na pasażerach, którzy na Księżycu chełpili się tuszą – tym ostentacyjnym symbolem statusu i nieograniczonego dostępu do ziemskich delikatesów. Teraz… teraz przeobrażali się w coś innego. Ich ciała, dotąd jedynie masywne, teraz poddawały się grawitacji. Rozlewały się na fotelach niczym topniejący wosk. Zapadały się w sobie, tworząc bezkształtne masy mięsa.

Szkielety, przez miesiące niosące te nadmiernie rozbudowane tkanki, trzeszczały pod sześciokrotnie większym naporem. Masa własna stała się barierą nie do pokonania. Jeden z mężczyzn usiłował unieść ramię – dłoń drgnęła konwulsyjnie, po czym rymnęła bezwładnie na podłokietnik. Siedząca obok kobieta otworzyła usta, lecz zamiast słów z jej krtani wydobył się jedynie nieartykułowany bulgot.

Tłuszcz, na Księżycu będący tylko defektem, tutaj miażdżył krtań. Każdy haust powietrza wymagał teraz nieludzkiego wysiłku. Na twarzach zastygł niemy grymas paniki.

Zimny pot spłynął mi po plecach, wywołując falę mdłości. Oto ostateczny paradoks powrotu: ludzie uwięzieni w nadmiarze własnej materii, miażdżeni przez grawitację planety, która powinna być ich bezpiecznym domem.

Przez szok i przerażenie przedarło się inne, cyniczne spostrzeżenie: oto ofiary zbyt słabych układów. Ludzie, którym zabrakło wpływowych protektorów. Ich pozycja w korporacyjnej hierarchii nie wystarczyła, by wykupić „księżycową emeryturę w kaloriach”. Przymusowy powrót oznaczał egzekucję; wszyscy – oni sami przede wszystkim – znali wydolność tych ciał. Skazani.

Głowę nawiedziła banalna myśl: „Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy”. Zaraz po niej uderzyło jednak pytanie o skrajnej ostrości: czy przymiotnik „dobre” kiedykolwiek przystawał do ich księżycowej egzystencji? Czy życie ufundowane na systematycznym samozniszczeniu, choćby oprawione w luksus i poczucie wyższości, zasługiwało na takie miano?

Kabinę wypełniły przytłumione okrzyki. Stewardzi ruszyli ku rzędom foteli, wyrywając z uchwytów butle z tlenem. Ich twarze, wyćwiczone w profesjonalnych uśmiechach, teraz zastygły na widok bezwładnych ciał, które nie mieściły się na noszach.

Musiałam odwrócić wzrok. Walcząc z odzyskanym ciężarem, centymetr po centymetrze przesuwałam się wzdłuż rzędów foteli, kurczowo chwytając oparć. Kierunek: przebieralnia. Obraz bezradnych, rozlewających się postaci – ofiar grawitacji, cynicznych kalkulacji i własnej pychy – osiadł pod moimi powiekami niczym powidok po zbyt jasnym błysku.

Szybki rachunek szans dawał wynik bliski zeru. Czekało ich życie na oddziałach intensywnej terapii, o ile w ogóle przetrwają transport. Czy cena powrotu nie okazała się zbyt wysoka? I kto ostatecznie pokryje koszty tego upadku?

Pozostali pasażerowie z trudem opuszczali fotele. Poruszali się z przesadną ostrożnością.

Ludzki strumień płynął ku przebieralniom. Protokół nakazywał zwrot kombinezonów i powrót do prywatnej odzieży.

W przebieralni panował zaduch; ramiona ocierały się o siebie w walce o kawałek wolnej ławki. Z trudem, wbrew protestującym mięśniom, zsunęłam z siebie kombinezony. Polimerowy materiał, przesiąknięty ozonem i sterylnością, szeleścił sucho, uwalniając skórę. Z podręcznego worka wydobyłam ubrania.

Kontakt z bawełną, pozostawioną w schowku miesiące temu, przyniósł niemal fizyczną ulgę. Zanurzyłam twarz w chropowatej bawełnie, a nozdrza wypełnił zapach. T-shirt – miękki, lekko chropowaty – pachniał Ziemią. Nie kwiatami, lecz specyficzną wonią domowego proszku do prania i resztkami perfum użytych przed wylotem. Fala wspomnień, niesiona zapachem, uderzyła mocno.

Wciągnęłam koszulkę. Bawełna opięła piersi, które odzyskały swój ziemski ciężar. Czerwono-niebieska krata uderzała jaskrawością; jej agresywna barwa, skontrastowana z księżycową szarością. Przy wiązaniu sznurówek białych trampków palce drżały nie tylko z wysiłku.

Policzki piekły od nagłego dopływu krwi. Metaliczny odblask szafki ukazał nową sylwetkę: szczuplejszą, o zaostrzonych rysach, z piegami przypominającymi ciemne konstelacje na bladym nosie. Jasny sygnał. Powrót do kolorów, zapachów i – przede wszystkim – do niego. 

Stanęłam profilem, krytycznie lustrując sylwetkę. Brzuch pozostał płaski – może nawet zbyt płaski po miesiącach precyzyjnie odmierzanych racji żywnościowych. Przesunęłam palcami po wystających obojczykach i żebrach, które pod cienką skórą wydawały się nienaturalnie ostre. Czy walka o każdy gram masy mięśniowej nie zostawiła na mnie zbyt niepokojącego śladu?

Wzięłam głęboki wdech, by zebrać myśli i wymusić pewność siebie. Piersi uniosły się nieznacznie. Cień ironii przemknął przez usta. No cóż, przynajmniej tutaj wszystko zostało po staremu. Ta wstydliwa ulga przemknęła przez głowę, rozładowując napięcie.

Absurd. Przeżyłam próżnię Księżyca i lot w obie strony, a teraz drżały mi dłonie na myśl o tym jak zostanę przyjęta. Czy on…

Miałam nadzieję, że ten zestaw – tak radykalnie różny od wszystkiego, co nosiłam ostatnio – stanie się jasnym sygnałem. Powrotem do życia, kolorów i do niego.

Odetchnęłam głęboko, próbując uciszyć trzepotanie w żołądku, które nie miało nic wspólnego z grawitacją. Gotowa. Albo przynajmniej tak sobie wmawiałam.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Twój profil ma nietypową datę rejestracji, a tyko jedno opowiadanie i brak komentarzy, domyślam się zatem, że jesteś Nowym Użytkownikiem i to Twój debiut, którego Ci przy okazji serdecznie gratuluję. :)

Zachęcam do zapoznania się z działem Publicystyka i zamieszczonymi tam Poradnikami: Drakainy – dla Nowicjuszy, a także literackimi (n. o zapisie dialogów, myśli, interpunkcyjnym itp.). :)

 

Co do kwestii językowych – wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

Jego źródło zasilania – gigantyczny reaktor fuzyjny – stało teraz bezpiecznie przy porcie kosmicznym na Ziemi i Księżycu i pompowało w nas moc przez niewidzialny strumień mikrofal. – tu dopytam: sen wielki reaktor stał jednocześnie i na Ziemi, i na Księżycu, tak?

Byłam więc pasażerką w statku, który był jednocześnie cudem techniki i… marionetką tańczącą na niewidzialnych strunach energii, pociąganych z powierzchni Księżyca. To było piękno nauki w czystej postaci – elegancja połączeń, o których nikt wcześniej nie pomyślał. – powtórzenia?

Muszę szukać tych nieoczywistych mostów, które łączą fizykę kwantową z genetyką, a teorię informacji z metabolizmem komórkowym. Musi istnieć jakaś fundamentalna zasada, jakaś elegancja, której wciąż nie dostrzegam. – tu znowu dopytam: czy na pewno chodziło o wyraz „elegancja” (sjp: „elegancja – dobry smak w ubiorze i wytworność w sposobie bycia”)?

Żadnego ryku, żadnego wciskania w fotel. – czy tu celowo powtarzasz to samo, co już raz napisałeś na początku?

Rozpoczął się chaos, którego się spodziewałam – czysty (przecinek?) newtonowski koszmar w praktyce.

By zaprojektować cud techniki (i tu?) zdolny podróżować między światami, a jednocześnie zignorować najbardziej podstawowy problem logistyczny?

Dla mnie nie było w tym nic zabawnego. To była czysta fizyka w najbardziej upokarzającej formie – bezwładność, pęd i absolutny brak kontroli. – powtórzenie?

Zobaczyłam swoją szansę – wąski korytarz pomiędzy dwoma dryfującymi powoli sylwetkami. – gramatyczny? – „sylwetka” jest rodzaju żeńskiego

Pierwsza myśl była pełna czystej irytacji: skoro tutaj mogą być relingi, to dlaczego, na litość boską, nie ma ich tam, w głównej kabinie? – powtórzenia form „być”?

Gdy moja druga dłoń dotknęła kolejnego uchwytu, pierwsza strzałka zgasła, a nowa zapaliła się przy następnym zakręcie. – aliteracja (są i inne, być może celowe)?

Przy kolejnym uchwycie wzięłam głęboki wdech i odepchnęłam się w kierunku, który wskazała ostatnia strzałka, celowo trzymający oczy mocno zamknięte. – literówka?

Moja wyciągnięta ręka (przecinek?) po kilku sekundach lotu w nieznane (i tu?) bezbłędnie trafiła w następny reling.

 

System musiał być na tyle zaawansowany, by zidentyfikować mnie po samej strukturze kości. Ta myśl była na tyle odkrywcza, że zaraz za nią pojawiła się kolejna, absurdalna. No bo chyba nie mam przy sobie żadnego wszczepionego czipa, prawda?

Ta paranoiczna myśl była tak niedorzeczna, że parsknęłam cicho śmiechem do samej siebie, a dźwięk ten w idealnej ciszy korytarza zabrzmiał nienaturalnie głośno.

Rozbawiona własnymi myślami, podążyłam za ostatnią strzałką, która przy drzwiach z moim numerem zmieniła się w ikonę dłoni z kciukiem uniesionym w górę. – kolejne powtórzenia?

To było znacznie bardziej wydajne niż ludzka krzątanina.

Sama walizka była przypomnieniem o surowej ekonomii lotów kosmicznych. Bagaż podręczny był ograniczony do absolutnego minimum – kilku kilogramów na rzeczy najbardziej osobiste. Transport każdej dodatkowej masy na Księżyc był tak astronomicznie drogi, że wytworzyła się tam fascynująca, obiegowa kultura. – i kolejne? (ja już reszty nie wypisuję, a tylko sygnalizuję takie powtórzenia, bo to błędy stylistyczne, a jest ich naprawdę bardzo dużo – szczególnie rozmaitych form czasownika „być” oraz zaimka „mój/moja”, lecz – możliwe, że są one celowe – ?)

"Tato, ale dlaczego Księżyc czasem ma rogi? Gdzie chowa się reszta?" – pytałam, marszcząc brwi w wysiłku, by pojąć jego fazy. "I dlaczego Orion jest latem tak nisko nad horyzontem, a zimą widać go idealnie? Gdzie się chowają te wszystkie gwiazdy, których nie widać w wakacje?" – brak kropki na końcu?

Dryfowałam w tym samym (przecinek?) bezkresnym pokoju (i tu?) co herosi, boginie i potwory.

Zwinęłam się w kłębek przy iluminatorze. – czemu tu powtarzasz informację, zamieszczoną kilka zdań wcześniej?

Nade mną była ściana z szafkami, a pode mną koją, do której byłam pewna, że się położyłam. – literówka?

Po kilkunastu sekundach, które wydawały się wiecznością, koniuszki moich palców wreszcie musnęły chłodnej, metalowej powierzchni szafki. – mocno mi zgrzyta to zdanie (?); czy „musnąć” nie łączy się z innym przypadkiem?

Na Księżycu, w warunkach niskiej grawitacji, można było zjeść posiłek z talerza (przecinek?) ale tutaj, w stanie mikrograwitacji, to nie był wybór, to była konieczność.

Zjem wszystko, co zakazane (i tu?) czyli niezdrowe.

Zaczepiłam mały karabińczyk do siebie i o uchwyt na podłodze, by nie odpłynąć w trakcie medytacji. – i znowu mi zgrzyta (?) – czy można coś „zaczepić do siebie”?

Uczyła, że (przecinek?) aby zrozumieć rzeczywistość, trzeba najpierw zrozumieć iluzję własnego ego – źródło wszelkiego poczucia oddzielenia.

– Uwaga wszyscy pasażerowie. – przecinek przy Wołaczu?

Był bardziej technicznym placebo, symbolem bezpieczeństwa (przecinek?) niż realną gwarancją.

No (i tu?) ale przepisy (i tu?) to przepisy, nawet w kosmosie.

Gdyby oddziaływanie silne było o ułamek procenta inne, nie powstałby węgiel – pierwiastek, z którego jestem zbudowana ja, roślina, którą badam, i każdy żywy organizm na tej błękitnej kuli. – nieco zgrzyta mi tu składnia, może drugi wyraz zamienić kolejnością z trzecim?

„W/wszechświat” piszesz dwojako (co niepotrzebnie stwarza kilkanaście błędów ortograficznych) – czy celowo?

Jeden, celowy wszechświat (przecinek?) czy jeden z nieskończonej puli losowych światów?

I zrozumiałam, że na moim poziomie poznania, odpowiedź nie ma znaczenia. – zbędny ostatni przecinek?

Za oknem, błękitna poświata silników "Raróg" stała się bardziej intensywna, niemal oślepiająca, otaczając statek pulsującą, zielonkawo–fioletową aurą. – tu zbędny pierwszy?

Z trudem, czując, jak każdy mięsień protestuje, ściągnęłam z siebie kombinezon. (dwa zdania odstępu) Wyprostowałam się, czując każdy, protestujący mięsień. – tu znowu powtarzająca się informacja w tak krótkim odstępie, czemu? – czy to celowe?

 

Opisy gwiazdozbiorów (odnoszące się do mitologii) we wspomnieniach bohaterki – ujmujące i wspaniale. :)

Bardzo ciekawe przemyślenia naukowe Agnieszki, świadczące o jej sporej wiedzy i inteligencji. :)

Cóż, doczytane do końca, lecz czuję pewien niedosyt, bo nie znalazłam tu nic z opisu, zawartego w Przedmowie:

„Jest to prolog do głównej części, surwiwalowej.

Dla pary naukowców, to miał być ich wkład w początek nowej ery dla ludzkości.

Jednak podczas jednego z przełomowych eksperymentów dochodzi do katastrofy, która wywraca ich życie.

Wyrzuceni tysiąc lat w przeszłość, trafiają do surowego świata, gdzie historia właśnie przyspiesza. W krainie, gdzie ich wiedza jest postrzegana jako magia, a nauka może być śmiertelnym zagrożeniem, muszą walczyć o przetrwanie.

Ich jedynym atutem jest to, co mają w głowach. Pytanie tylko, czy ta wiedza okaże się dla nich błogosławieństwem… czy przekleństwem?

Chcieli zmienić przyszłość. Teraz muszą zmienić przeszłość, by wrócić do teraźniejszości”.

 

Skoro to tylko fragment, czemu nie jest tak oznaczony? I gdzie tu są, oznaczeni w jednym z dwóch tagów, “Słowianie”? “Hard sf” to drugi tag, a nie ma tak ważnych, pozostałych (choćby kosmos, Grecja, naukowcy itp.)… Fragmenty i opowiadania rządzą się tu na Portalu odmiennymi prawami (więcej – wskazany poradnik Drakainy). :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Ojej, dziękuję za poświęcenie mi tyle czasu.

 

Tak, konto musiałem założyć dawno temu. Przypomniałem sobie o tym dopiero, kiedy chciałem założyć nowe, ale e-mail był zajęty.

 

Tak. Są dwa reaktory.

 

„Powtórzenia” – teraz je widzę. Pomyślę nad przeredagowaniem.

 

„Elegancja” – ale mówi się również o eleganckich rozwiązaniach technicznych, eleganckich (ładnie wyglądających, prostych) równaniach. Tak chciałem tego użyć.

 

„Zaczepiłam mały karabińczyk do siebie” – domyślnie do części ubrania, nie wiem, czy „do majtek” albo „do koszulki” byłoby lepiej.

 

„W/wszechświat” piszesz dwojako. Tak, celowo. Nasz jeden Wszechświat i jeden z wszechświatów w hipotezie wieloświatów. Przejrzę, czy używam tego konsekwentnie.

 

Interpunkcja… no cóż, w szkole nie byłem prymasem…

 

„Cóż, doczytane do końca, lecz czuję pewien niedosyt” – zarumieniłem się. :-)

 

To pierwszy wpis, tak trochę na próbę, na poddanie się publicznej krytyce – czy brnąć w temat, czy wrócić do machania łopatą.

 

Tagi. Zacząłem pisać od tego fragmentu, ale szybko doszedłem do wniosku (albo historia i bohaterowie sami mnie pociągnęli w inną stronę), że tagi opisują główną treść.

 

Czy mogę publikować kolejne fragmenty, zaznaczając, że to kontynuacja?

 

Ostatecznie podjąłem decyzję, że te fragmenty umieszczę jako retrospekcję w głównej części, ale z trzeciej strony było mi ich trochę szkoda jako całości…

 

Przejrzę kolejne części pod kontem Twoich uwag i wkleję.

 

Jeszcze raz dziękuję za Twoje uwagi.

Na spokojnie. :)

Tyle emocji – niepotrzebnie. :) Zaraz wszystko wyjaśnię. ;) 

A zatem – po kolei. :)

 

Ojej, dziękuję za poświęcenie mi tyle czasu.

I ja dziękuję. :) Przyczepienie, elegancja i reaktory są zrozumiałe, ok. :) Wolałam dopytać i teraz mam jasność. :)

„W/wszechświat” piszesz dwojako. Tak, celowo. Nasz jeden Wszechświat i jeden z wszechświatów w hipotezie wieloświatów. 

Ok, też tak uważałam, ale – w takim razie – czemu masz?:

Co, jeśli nasz Wszechświat jest tylko jednym z miliardów, bilionów, a może nieskończonej liczby wszechświatów, z których każdy rodzi się z własnym, losowym zestawem praw fizyki? (…)

Nasz wszechświat nie jest więc "wybrany" ani "celowy" ???

 

 

Interpunkcja… no cóż, w szkole nie byłem prymasem…

Ba! A kto z nas był prymasem? laugh Tu każdy jest amatorem. Ileż ja mam błędów (i to dużo poważniejszych, zapewniam) w swoich tekstach – wstyd dla mnie, ale taka prawda! :) Każdy tu każdemu stara się pomóc w komentarzu. :) 

 

„Cóż, doczytane do końca, lecz czuję pewien niedosyt” – zarumieniłem się. :-)

O sobie nie wspomnę… :))

 

To pierwszy wpis, tak trochę na próbę, na poddanie się publicznej krytyce – czy brnąć w temat, czy wrócić do machania łopatą.

Chciałoby się zacytować dawny, stary żart Masztalskiego, który mimowolnie się nasuwa – odłóż łopatę, oprzyj się o miotłę. :) Nie, nie, spokojnie – łopatę i miotłę posyłamy w kąt! – Opko jest w rzeczywistości świetne, tylko – za krótkie! :) Zasygnalizowałeś tyyyyle treści, a tu – nic… :)

 

Tagi. Zacząłem pisać od tego fragmentu, ale szybko doszedłem do wniosku (albo historia i bohaterowie sami mnie pociągnęli w inną stronę), że tagi opisują główną treść.

Czytelnik nie wie, co opisują tagi oraz Przedmowa. Wierzy, że to, co zaraz go czeka w opowiadaniu. :) Czyta najpierw, że to o parze bohaterów, cofających się w przeszłość i o Słowianach, a ma – głównie opisy wrażeń z kosmicznej podróży… :) I stąd rozczarowanie. :) 

 

Czy mogę publikować kolejne fragmenty, zaznaczając, że to kontynuacja?

Ależ oczywiście! :) Zerknij na inne fragmenty Portalu – zazwyczaj Autorzy w Przedmowie podają linki do poprzednich części, a daną, publikowaną właśnie, nazywają znowu “fragmentem”. ;) I koniecznie przejrzyj Poradnik Drakainy! :) 

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)

 

Pecunia non olet

przeredagowałem całość i czekam na wyrok :-)

Przebiegłam szybko oczami, powinno być ok. :)

Nadal nie uważasz, że to fragment, tylko – opowiadanie?

Dobrze, że tagów więcej. yes

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

Jest to prolog do głównej części, surwiwalowej.

The Guru, skoro to tylko prolog, w dodatku bardzo obszerny, jest zapewne wstępem do powieści, a nie skończonym opowiadaniem. Dlatego bardzo proszę: bądź uprzejmy zastosować się do zwyczajów panujących na tym portalu i zmień oznaczenie na FRAGMENT

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę, że posłuchałeś Regulatorzy, zmieniając na fragment, i bardzo dobrze. :) 

Natomiast zerknij do podanego Ci przeze mnie Poradnika Drakainy – nie jest dobrze widziane wstawianie tylu tekstów (w dodatku – fragmentów) równocześnie… Mało kto je przeczyta… 

Pozdrawiam, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

ok. wstawiłem kilka bo pytałaś gdzie resztalaugh

jak jest odbierane wstawianie obrazków do tekstu? wstawiłem na próbę do pierwszej części (dwa na początek ale mam sporodevil)

będę wstawiał… wolniej.

 

w poradniku czytam, że nie lubicie fragmentów. to dla mnie kłopot bo mam tych “fragmentów” kilkadziesiątcryingbroken heart

TheGuru

ok. wstawiłem kilka bo pytałaś gdzie resztalaugh

Nie zrozumiałeś mnie. :) Ja nie pytałam, gdzie reszta fragmentów, bo – domyślam się – że w Twojej “szufladzie”. :) Pytałam, gdzie są opisane w Przedmowie i w tagu elementy fabuły TEGO fragmentu – skoro piszesz o Słowianach czy dwójce naukowców, te rzeczy muszą znaleźć się w TYM tekście. :) 

 

jak jest odbierane wstawianie obrazków do tekstu? wstawiłem na próbę do pierwszej części (dwa na początek ale mam sporodevil)

Jest ok, choć – bez przesady. :) 

 

będę wstawiał… wolniej

To bardzo rozsądne podejście. yes

 

 

w poradniku czytam, że nie lubicie fragmentów. to dla mnie kłopot bo mam tych “fragmentów” kilkadziesiątcryingbroken heart

Oj, nie, nie. :) Już teraz nie ma “wy nie lubicie”. :) A Ty lubisz? Ile ich przeczytałeś? Ile przeczytałeś fragmentów, należących do tego samego uniwersum? :) A innych opek na Portalu? :) Sam widzisz. :) Fragmenty trzeba śledzić, uważać na każdy, podążać za fabułą… Jeśli zaczniesz czytać i komentować teksty innych Użytkowników, na pewno przybędą do Ciebie z tzw. rewizytą, aby poznać Twoje dzieła. ;) Znalazłszy grono wiernych Czytelników, będziesz zadowolony z Ich odzewu, lecz – trzeba też dać coś od siebie. ;) My tu zazwyczaj i piszemy, i czytamy, bardzo rzadko ktoś tylko pisze, licząc na czytanie przez innych. :) 

 

Pozdrawiam serdecznie. :) 

 

Pecunia non olet

Ja jednak lubię długie formy, takie w które można się na dłużej zatopić. Krótkie formy różnych autorów nie dają tego. Tym nie mniej nigdy nie wiesz na jaką perełkę trafisz.

 

będę wklejał krótkie formy, jakieś wątki poboczne z mojej powieści, ale proszę je traktować jako reklamę całości.

 

A główną powieść będę kontynuował w tygodniowych cyklach.

 

ps. 

liczę na Twoje krytyczne uwagi (poprzednimi dałaś mi solidnego kopaheart)

Cześć TheGuru !!

 

Tekst mi się bardzo podobał. Wygląda na to, że masz niezłą wprawę w pisaniu. Dla mnie to jest nie do pomyślenia, że tekst ma 50k znaków, a tak naprawdę to tylko podróż bohaterki z księżyca na Ziemię :) Ja tak nie potrafię.

Bardzo dobrze się czytało. Zauważyłem też obszerną wiedzę z różnych dziedzin, którą tu wykorzystałeś.

 

Ogólnie więc; “super sprawa” :D

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

Jestem niepełnosprawny...

dziękuję.

mam nadzieję, że kolejne części również ciebie zadowolą i podzielisz się swoją opinią.

Dziękuję, TheGuru, choć – z uwagi na trzy dni dyżurowania – nie jest łatwo… Fragmenty nie są w grafiku. :) 

My tu też liczymy na Twoje czytanie innych tekstów. ;) 

Pecunia non olet

Moje uszanowanie! 

 

 

Witamy na Ziemi w Kujawskim Porcie Kosmicznym.

I to jest dopiero nazwa!heart

 

No i przeczytałem. Zacznę najpierw od kilku spraw, które przykuły moją uwagę, póki je pamiętam. A właściwie to zadam kilka pytań.

1. Bohaterka wspomina, że lot będzie trwał półtorej dnia. A sytuacja wygląda tak, że startują, leci do kajuty, ogląda gwiazdy i zasypia. Wstaje, je śniadanie, chwilę medytuje i już są na Ziemi. Na moje trochę przyspieszyłeś akcję.

2. Wątek komety bardzo piękny, ale zaprezentowany tutaj obraz przelotu trochę kłóci się z wiedzą jaką posiadam na temat komet. Oczywiście mogę się mylić, ale czy kometa nie powinna być raczej w pełni statyczna w oczach pasażerów? W końcu to niemałe ciało niebieskie, a jej lot przez okolice słońca trwa dłuższy okres czasu. Tutaj została przedstawiona trochę jak asteroida, kosmiczny kamyk, który akurat przefrunął obok statku. 

3. Sprawa (chorobliwej) otyłości pasażerów i jej domyślna atrakcyjność/poprawność jest mocno zaakcentowana i przedstawiona dość turpistycznie. Nie mamy jednak żadnych wyjaśnień względem tego tematu, toteż na ten moment rysuje się on przede mną nielogicznie. O co z tym chodzi? Czy będzie to wyjaśnione później?

 

Przejdźmy teraz do spraw technicznych i zacznijmy od wad. Zgodzę się z Bruce w kwestii powtórzeń. Jest ich cała masa. I to nie tylko w przypadku pojedynczych słów, ale wręcz całych zdań. Powtarzają się niemalże bliźniaczo frazy takie jak na przykład “i wtedy kolejna myśl”. Opis głosu z głośników jest chyba powtórzony ze trzy razy jako “syntetyczny i spokojny”. Przez to ruminacje bohaterki wypadają dosyć monotonnie. Nie podoba mi się również zabieg pogrubiania niektórych fragmentów. Jest to działanie na skróty i jest ono niezgodne ze sztuką (choć tutaj mogę się mylić). Jeśli jakieś zdanie chcesz wyróżnić i zwrócić na nie szczególną uwagę czytelników, to jest na to wiele innych sposobów. Ot, choćby najprostszy, czyli wyróżnienie go osobnym akapitem. Jeśli chodzi o warsztatowe zalety, to wyróżnić należy Twój bogaty język i wyraźną wprawę, dzięki której tekst czyta się płynnie. Czuję, że nie męczysz się pisaniem i przychodzi Ci to wszystko łatwo, i wręcz momentami mógłbyś ugryźć się w język, bo czasami lałeś wodę (ale o tym później). Kolejną rzeczą, którą osobiście bardzo cenię, i która wystąpiła w Twym opowiadaniu to dywersyfikacja zdań. Są one bardzo zróżnicowane, od bezokoliczników i pojedynczych haseł aż po piękne zdania złożone. Dialogów nie ocenię, bo te nie wystąpiły. Ocenie natomiast opisy, do których niewątpliwie masz smykałkę, i które to potrafią rozbudzić wyobraźnię, a przede wszystkim, oddać to, co chciałeś przed nami zarysować. 

 

Jeśli chodzi o warstwę fabularną, to szczerze ciężko mi cokolwiek ważkiego powiedzieć. Stworzyłeś bardzo, bardzo długi wstęp, w którym jednak, mimo kart pełnych słów, niewiele się dzieje. Samą podróż odhaczam jako udaną, jest to motyw tak oklepany w gatunku, że ciężko się do niego zarówno przyczepić, jak i się nim zachwycać. Wszystko ma ręce i nogi, ale nie są to żadne muskuły. Pochwalę na pewno zaś Twoje rozeznanie w naukach ścisłych i bogate słownictwo. Narracja pierwszoosobowa nie jestem moją ulubioną, więc biorę na to poprawkę, jednak, no, przepraszam, rozbudowane opisy przemyśleń (mimo iż, broń Boże, nie pozbawione sensu) trochę mnie już męczyły. Nic odkrywczego się tam nie znalazło, a do tego ciągnięcie każdej możliwej nitki z kłębka tych ruminacji nie wypadło najlepiej. Jest to jednak tylko moja opinia, może innym się ten format jak najbardziej spodobać. 

 

Podsumujmy. Zarówno nazwa serii (pochodzę z Kujaw południowych i mam na punkcie naszej krainy obsesję), jak i Twoja przedmowa względem całościowej fabuły oraz samo opowiadanie niezmiernie mnie zaciekawiło. Może nie porwało, może nie urzekło, ale na pewno zaciekawiło. Sprawy o których mówiłem wcześniej powodują, iż w moich oczach opowiadanie wypada jako średnie/dobre, ale na pewno nie jako złe. Dałbym czwórkę z minusem. Ale sięgnę po następną część, gdyż na pewno jestem akcją co najmniej zaaferowany.

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Witam krajana!

 

Dziękuję za twój czas i cenne uwagi.

  1. “Bohaterka wspomina, że lot będzie trwał półtorej dnia. […] Na moje trochę przyspieszyłeś akcję.” – brakujący czas możesz zmieścić w trakcie snu lub medytacji… a pod koniec piszesz o dłużyźnie ;-)
  2. ”ale czy kometa nie powinna być raczej w pełni statyczna w oczach pasażerów?” – powiedzmy, że kometa i rakieta była na kursie kolizyjnym ;-)
  3. “Sprawa (chorobliwej) otyłości pasażerów” – tak rozwinę wątek

“pogrubienia” – masz rację, to trochę narzucanie się czytelnikowi.

“powtórzenia” – przejrzę jeszcze raz

“Stworzyłeś bardzo, bardzo długi wstęp, w którym jednak, mimo kart pełnych słów, niewiele się dzieje.” to może krótkie making of. Zacząłem od tego, miało być krótkie opowiadanie z silnym wątkiem filozoficznym ale historia potoczyła się zupełnie nie w tą stronę, w którą planowałem. Rozrastała się o kolejne wątki. Dlatego, kiedy skończyłem i zacząłem pisać główną część to postanowiłem usunąć te części i wracać do nich tylko jako retrospekcje. Włożyłem w to dużo pracy i szkoda mi było ją stracić, dlatego podzieliłem się nią jako osobnym opowiadaniem. Wasze uwagi pozwalają mi dopieścić formę, za co jestem BARDZO wdzięczny.

zapraszam, licząc na kolejną krytykę, do kolejnych fragmentów i głównego opowiadania, jako Kujawiak z pewnością znajdziesz odniesienia naszego regionu.

 

TheGuru

 

rakujący czas możesz zmieścić w trakcie snu lub medytacji… a pod koniec piszesz o dłużyźnie ;-)

Kurczę, coś w tym jest. Zwracam honor!

 

powiedzmy, że kometa i rakieta była na kursie kolizyjnym ;-)

Hmm, sprytnie, sprytnie. Ale wtedy przydałoby się większe show, jakieś barwy, jakieś spalanie, jakieś odpryski. Może i nawet kosmiczne turbulencje? 

 

– tak rozwinę wątek

Właśnie planuje się zabrać wkrótce za Twoje następne dzieła, które już widziałem w poczekalni. Sesja co prawda, mnie dręczy, ciężko z czasem, ale, jak już wspomniałem, seria “Cuiavia” całkiem, całkiem mnie zaintrygowała.

 

Zacząłem od tego, miało być krótkie opowiadanie z silnym wątkiem filozoficznym ale historia potoczyła się zupełnie nie w tą stronę, w którą planowałem. Rozrastała się o kolejne wątki.

Takie właśnie odniosłem wrażenie.

 

Włożyłem w to dużo pracy i szkoda mi było ją stracić, dlatego podzieliłem się nią jako osobnym opowiadaniem. Wasze uwagi pozwalają mi dopieścić formę, za co jestem BARDZO wdzięczny.

Masz rację, a ogrom pracy doceniam!

 

zapraszam, licząc na kolejną krytykę, do kolejnych fragmentów i głównego opowiadania, jako Kujawiak z pewnością znajdziesz odniesienia naszego regionu.

Po takim zaproszeniu, nie sposób odmówić!

 

Do zobaczenia! Pozdrawiam serdecznie!!!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

“Może i nawet kosmiczne turbulencje? ” turbulencje? chyba tylko grawitacyjne ale to nie przy masie komety. może uderzenia mikrometeorów w rakietę, ale skoro ich nie było to najwyraźniej tor nie przecinał ogonu pyłowego ;-)

może uderzenia mikrometeorów w rakietę, ale skoro ich nie było to najwyraźniej tor nie przecinał ogonu pyłowego ;-)

O właśnie! O to chodziło! 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

taka propozycja. wkleję to po medytacji, powolny powrót do świadomości. przed zapowiedzią przelotu komety, jako jej zmysłowa zapowiedź.

 

Traciłam koncentrację, coś mnie drażniło. Wentylatory utrzymują temperaturę? Czułam to bardziej w zębach niż słyszałam. Szum nie był cykliczny, był… ziarnisty. Narastał. Zbliżam się źródła? Coraz gęstszy szmer. Deszcz? Szelest drobnych kropel uderzających o liście? Podpłynęłam do okna. Krótki pisk pozostawił rysę przed moimi oczami. Nie zdążyłam się przestraszyć, odskoczyłam z opóźnieniem. Mikrometeoryt? Czy jesteśmy bezpieczni? Rysa dawała możliwość oceny grubości. Paniczna analiza. Kwadrat ogromnej prędkości, cała nadzieja w minimalnej masie…

Piszesz bardzo sprawnie i dobrze się to czyta.

Zabrakło mi tu pewnego balansu pomiędzy opisami i rozważaniami bohaterki a akcją. Tekst jest długi, a niewiele się w nim dzieje, trochę miałam wrażenie, że chcesz całą swoją wiedzę wrzucić w ten fragment opowieści: tu jest i Newton, i astronomia, kosmologia, filozofia – przez co, moim zdaniem, ucierpiała fabuła. 

Zerknę jednak do kolejnych części w wolnym czasie, bo historia może być ciekawa, kiedy już się rozkręci.

Tekst jest długi

tak. dużo osób mi to powiedziało. pracuję nad skróceniem

Zerknę jednak do kolejnych

zapraszam, będę wdzięczny za ocenę

To tylko prequel “Cuiavia”

 

dzięki za opinię

The­Gu­ru – Powiem Ci, że czytało mi się to rewelacyjnie – wciągnęło mnie to tak, jakbym czytał  jakieś zaginione opowiadanie, w którym technologiczny rozmach C. Clarke'a spotyka się z biologicznym mrokiem i cynizmem Lema. yes

 

Kilka elementów pod rozwagę:

 

1. Skala zjawiska 

W tekście pojawia się zdanie: „Kto stworzył cud techniki zdolny do międzyplanetarnych skoków…”.

 

Ziemia i Księżyc to układ cislunarny, odległość to “zaledwie” ~400 tys. km. Gdyby „Swaróg” latał na inne planety (np. Marsa – dziesiątki milionów kilometrów), Twój koncept zasilania wiązką (WPT) z Księżyca stałby się fizycznie niemożliwy z powodu dyfrakcji (rozproszenia) fal elektromagnetycznych.

 

Może „translunarnych” lub „orbitalnych”?

 

2. Brak przeciążenia przy lądowaniu 

Statek cudownie, płynnie hamuje, a bohaterka czuje tylko „subtelny nacisk”. Jednocześnie mamy opis wejścia w atmosferę z ogromnym tarciem i powstawaniem plazmy („zielonkawo-fioletowa aura”).

 

Nie można mieć obu tych rzeczy naraz. Plazma i tarcie powstają tylko wtedy, gdy statek uderza w atmosferę z prędkością hiperdźwiękową (orbitalną). Jeśli statek wchodzi w atmosferę z taką prędkością i zatrzymuje się na powierzchni Ziemi w kilka minut, fizyka wymusza potężne przeciążenie. Gwałtowna utrata prędkości to ogromne ujemne przyspieszenie, które generuje siłę “wgniatającą w fotel”. Brak szarpania to zasługa płynnych silników, ale inercji ciał pasażerów nie da się oszukać.

 

Masz dwa wyjścia. Albo rezygnujesz z plazmy (statek hamuje powoli wysoko w kosmosie i wchodzi w atmosferę powolutku – ale szkoda tego pięknego opisu!), ALBO zostawiasz plazmę, ale dodajesz jedno zdanie o tym, że pasażerów wcisnęło w fotele. Niech Agnieszka czuje ogromny, narastający ciężar własnego ciała, gdy statek wytraca kosmiczny pęd. To będzie też świetnym wstępem do tego, co grawitacja robi z otyłymi ciałami chwilę później.

 

3. Oś czasu a biologia („Miesiące” kontra „Lata”)

Agnieszka wspomina o bilecie kupionym „wiele miesięcy temu”, a na końcu mówi o szkieletach, które „przez miesiące” niosły rozbudowaną tkankę tłuszczową.

 

W grawitacji Księżyca (1/6 G) kości faktycznie tracą wapń, a mięśnie wiotczeją. Jednak dorosły ludzki szkielet nie zdegeneruje się do punktu, w którym dosłownie łamie się pod własnym ciężarem w zaledwie kilkanaście miesięcy. Aby własny tłuszcz udusił człowieka na Ziemi, proces ten musi trwać znacznie dłużej. Co więcej, wybudowanie infrastruktury potężnych reaktorów i przejście ze starych rakiet na nowe to zmiany, które zajmują gospodarce dekady, a nie miesiące.

 

Podmień „miesiące” na „lata” („kupiony przed laty”, „przez lata niosące…”). To od razu uwiarygodni biologiczną degenerację pasażerów i doda Agnieszce statusu prawdziwej weteranki nauki.

 

4. Źródło ciągu statku 

Silnik jonowy/plazmowy zasilany z zewnątrz miękko i bez wibracji podnosi potężny statek z powierzchni Księżyca.

 

Zgodnie z zasadą zachowania pędu, ciąg to wyrzucana masa pomnożona przez jej prędkość. Współczesne silniki jonowe wyrzucają śladowe ilości cząsteczek, więc ich ciąg to ułamki niutona (siła nacisku kartki papieru na dłoń). Zewnętrzna energia z Księżyca to za mało – statek wciąż potrzebuje czegoś, co fizycznie wyrzuci z dyszy, żeby polecieć do góry.

 

„Swaróg” musi mieć na pokładzie dużo masy wyrzutowej (tzw. propelantu). Wystarczy, że Agnieszka pomyśli przez sekundę, jak statek bezszelestnie pompuje setki litrów Helu-3 (wydobywanego z księżycowego regolitu. To tanie, lokalne i genialnie spójne z faktem, że port ma reaktor fuzyjny na He-3) w komory, gdzie mikrofale z Księżyca błyskawicznie zamieniają go w potężnie ekspandującą plazmę. Tworzy to termiczną rakietę mikrofalową.

 

5. Plazma a mikrofale 

Wchodząc w atmosferę, statek otacza się plazmą (trzeszczenie w czaszce Agnieszki), ale wciąż potrzebuje zasilania mikrofalowego do wyhamowania przed lądowiskiem.

 

Plazma to “zupa” naładowanych cząstek, która działa jak klatka Faradaya (tzw. plasma blackout). Dosłownie odbiłaby główną wiązkę napędową lecącą z Księżyca, pozbawiając statek zasilania w kluczowym momencie.

 

Twoje opisy świetnie to bronią, trzeba to tylko doprecyzować. Niech Agnieszka zda sobie sprawę z „hybrydowego” profilu lądowania: w wyższych warstwach atmosfery zasilanie z Księżyca nie jest potrzebne, bo hamują o powietrze (aerohamowanie). Z kolei w ostatniej, łagodnej fazie tuż nad Ziemią zasilanie przejmuje ogromna antena nadawcza z samego Kujawskiego Portu Kosmicznego (wiązka strzela z dołu, by przejąć statek).

 

6. Fizyka napędu i lądowania: Hybrydowy system napędu „Raróg” 

Statek wchodzi w atmosferę, wyhamowuje tarciem, ale na samym końcu musi wykonać miękkie lądowanie w Kujawskim Porcie Kosmicznym. Stosujesz silniki jonowe/plazmowe, ale te mają zbyt słaby ciąg, by utrzymać masę statku w ziemskim 1G.  Klasyczny silnik jonowy (wyrzucający np. argon) działa świetnie w próżni, ale w gęstej atmosferze Ziemi jest bezużyteczny do generowania dużego ciągu. Aby „Swaróg” nie rozbił się o płytę kosmodromu, musiałby dźwigać z Księżyca tysiące ton gazu pędnego tylko na ostatnie 30 sekund lądowania. To zabiłoby ekonomię lotu.

 

Zdefiniuj silniki „Raróg” jako system hybrydowy, który dostosowuje się do otoczenia:

Tryb Próżniowy (Start z Księżyca): Brak atmosfery wymusza użycie zabranego ze sobą He-3. Mikrofale zamieniają go w plazmę, dając odrzut. 

Tryb Atmosferyczny (Lądowanie na Ziemi): Tu dzieje się “magia”. Statek otwiera wloty powietrza i zaczyna „oddychać” ziemską atmosferą. Potężna wiązka mikrofal z Kujawskiego Portu (strzelająca z dołu) błyskawicznie podgrzewa to wessane, darmowe powietrze do stanu plazmy. Gwałtownie rozprężający się gaz wylatuje z dysz, dając potężny ciąg potrzebny do miękkiego osadzenia statku.

 

Dzięki temu „Swaróg” to inżynieryjna hybryda: w kosmosie jest rakietą, a nad Ziemią staje się potężnym mikrofalowym silnikiem odrzutowym. Wykorzystanie darmowej masy z atmosfery i darmowej energii z portu lądowania to według mnie jedyny sposób, by taki lot był ekonomicznie opłacalny.

 

7. Logika wizerunkowa („Pierwsze historyczne lądowanie”)

System z pompą ogłasza „pierwsze, historyczne lądowanie pasażerskie”.

 

“Swaróg” przewozi na pokładzie umierających w agonii otyłych ludzi, których grawitacja zaraz zmiażdży. Historyczny, pierwszy lot to globalne wydarzenie pełne kamer, inwestorów i polityków. Duszący się z otyłości bogacze to absolutna katastrofa PR-owa i koniec akcji na giełdzie. Korporacje robią takie rzeczy dyskretnie.

 

Pozbądź się „historycznego” lotu. Przerób to na bezduszną rutynę typu: „Kolejny lot statku naszej floty dobiegł końca”

 

8. Księgowość i prawo 

Skoro powrót tych otyłych ludzi to wyrok, to po co korporacja wydaje pieniądze na ich transport? Z punktu widzenia czystej ekonomii taniej byłoby ich eutanazjować lub zostawić na Księżycu.

 

Jednak Księżyc to układ zamknięty. Powietrze, woda, miejsce w habitacie – wszystko generuje olbrzymie koszty. Ktoś bez kontraktu i oszczędności staje się po prostu "obciążeniem systemu". Eutanazja na Księżycu to problemy sanitarne, ryzyko buntu innych pracowników i procesy sądowe. Bilety powrotne kupiono dawno temu.

 

Dodaj cyniczną refleksję w myślach Agnieszki: Wsadzając ich w statek, korporacja umywa ręce i tnie koszty. Dowiozła ich żywych do portu docelowego. Jeśli umrą na płycie lotniska, bo ich ciała nie “wytrzymały Ziemi” – to wina grawitacji i ich własnych zaniedbań. Korporacja skutecznie zrzuca odpowiedzialność medyczną i finansową na ziemskie szpitale.

 

Takie tam przemyślenia… wink

 

1. Skala zjawiska

 

zgoda. mówiła to w naukowym zachwycie.

Twój koncept zasilania wiązką (WPT) z Księżyca stałby się fizycznie niemożliwy z powodu dyfrakcji (rozproszenia) fal elektromagnetycznych.

 

w części “W mieszkaniu” rozwiązuję ten problem.

 

2. Brak przeciążenia przy lądowaniu

Statek cudownie, płynnie hamuje, a bohaterka czuje tylko „subtelny nacisk”. Jednocześnie mamy opis wejścia w atmosferę z ogromnym tarciem i powstawaniem plazmy

 

plazma pochodziła z silników jonowych, nie piszę o tarciu.

Niech Agnieszka czuje ogromny, narastający ciężar własnego ciała, gdy statek wytraca kosmiczny pęd.

 

ale wtedy utracę ten technologiczy przełom.

3. Oś czasu a biologia („Miesiące” kontra „Lata”)

Jej pobyt był krótszy niż tych otyłych

Co więcej, wybudowanie infrastruktury potężnych reaktorów i przejście ze starych rakiet na nowe to zmiany, które zajmują gospodarce dekady, a nie miesiące.

 

Elektrownia zasilająca kolonię już istniała. postawiono tylko emiter energii.

 

4. Źródło ciągu statku 

Współczesne silniki jonowe wyrzucają śladowe ilości cząsteczek, więc ich ciąg to ułamki niutona

dlatego piszę, i tłumaczę, ten przełom.

 

„Swaróg” musi mieć na pokładzie dużo masy wyrzutowej

pęd = masa * prędkość

jeśli v jest ogromne to masa może być mała

5. Plazma a mikrofale 

Twoje opisy świetnie to bronią, trzeba to tylko doprecyzować.

 

zrobiłby się z tego podręcznik

 

6. Fizyka napędu i lądowania: Hybrydowy system napędu „Raróg” 

Stosujesz silniki jonowe/plazmowe, ale te mają zbyt słaby ciąg, by utrzymać masę statku w ziemskim 1G.

 

to jest ten przełom technologiczny. Jesteśmy na początku przemian. Silniki mają moc wystarczającą by startować i lądować na Księżycu i lądować na Ziemii ale są jeszcze zbyt słabe by unieść rakietę z Ziemii. Pokazuje to w kolejnej części.

7. Logika wizerunkowa („Pierwsze historyczne lądowanie”)

Duszący się z otyłości bogacze to absolutna katastrofa PR-owa i koniec akcji na giełdzie. Korporacje robią takie rzeczy dyskretnie.

 

stewardzi ich dyskretnie wyprowadzą ;-)

Przerób to na bezduszną rutynę typu

przez zachwyt nad nowinką łatwiej pokazać i tłumaczyć postęp. jedna nieistotna zmiana wywołałaby konieczność przeredagowania dużej części.

 

8. Księgowość i prawo 

 

rysuję ten świat w kolejnej części

 

Powiem Ci, że czytało mi się to rewelacyjnie – wciągnęło mnie to tak, jakbym czytał  jakieś zaginione opowiadanie, w którym technologiczny rozmach C. Clarke'a spotyka się z biologicznym mrokiem i cynizmem Lema. yes

 

Bardzo dziękuję. Na tym mi najbardziej zależy. Tekst może nie podejść komuś przez temat ale niechciałbym tracić miłośników gatunku przez formę. Dlatego napisałem Tobie byś poprosił zawodowego redaktora o opinię. Zobacz pierwsze komentarze od tym tekstem, Dały mi niesamowitego kopa!

 

Cześć.

Gdybym zaczęła od tego fragmentu, na pewno nie czytałabym kolejnych. Nie przeszkadza mi długość i brak akcji, tylko technika i fizyka, których i nie lubię, i nie rozumiem. Niemniej będę czytać dalej, bo zachęcił mnie dalszy fragment.

Pozdrawiam.

to jest Prequel. Tłumaczę w nim jak to się stało, że małżeństwo z XXI wieku trafiło do wieku X , buduje rys teoretyczny pod cały cykl, który mam w głowie. Możesz ominąć resztę.

Nowa Fantastyka