- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Na Ziemię.

Cuiavia. Na Ziemię.

Jest to prolog do głównej części, surwiwalowej.

Dla pary naukowców, to miał być ich wkład w początek nowej ery dla ludzkości.

Jednak podczas jednego z przełomowych eksperymentów dochodzi do katastrofy, która wywraca ich życie.

Wyrzuceni tysiąc lat w przeszłość, trafiają do surowego świata, gdzie historia właśnie przyspiesza. W krainie, gdzie ich wiedza jest postrzegana jako magia, a nauka może być śmiertelnym zagrożeniem, muszą walczyć o przetrwanie.

Ich jedynym atutem jest to, co mają w głowach. Pytanie tylko, czy ta wiedza okaże się dla nich błogosławieństwem... czy przekleństwem?

Chcieli zmienić przyszłość. Teraz muszą zmienić przeszłość, by wrócić do teraźniejszości.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Cuiavia. Na Ziemię.

Przypięta do fotela pasażerskiego, z dłońmi zaciśniętymi na podłokietnikach, z lękiem czekałam na wstrząs, który poruszy każdy element mojego ciała, na wstrząs, który nie nadszedł. Start "Swaroga" był absurdalnie łagodny. Żadnego ryku, żadnego wciskania w fotel, żadnych wibracji rozrywających kręgosłup. Nasza rakieta uniosła się nad powierzchnię Księżyca z płynnością i gracją bańki mydlanej. Gdyby nie widok za pancerną szybą bulaja, byłabym przekonana, że wciąż stoimy na płycie startowej księżycowego kosmodromu.

Ta niema lewitacja była tak obca, że aż zmusiła mój umysł do ucieczki we wspomnienia. Kontrast uderzył z siłą fizycznego ciosu. Przypomniałam sobie start z Ziemi kilka miesięcy temu, w starej rakiecie z napędem chemicznym. To był brutalny akt siły, festiwal ognia i wściekłości. Pamiętam, jak potworne wibracje wstrząsały całym moim jestestwem. Przez te kilka minut rozedrgane ciało stało się dla mnie mapą anatomii. Czułam wyraźnie każdy organ z osobna – drżącą wątrobę, pulsujące płuca, ciężki żołądek. Każdy z nich zdawał się być przez moment osobnym, obcym bytem wewnątrz mnie. Przez głowę przemknęła mi wtedy absurdalna myśl: a co, gdyby to była metoda diagnozy? Gdybyśmy mogli "osłuchiwać" organy przez ich reakcję na drgania mechaniczne… Szybko jednak uświadomiłam sobie, że to nie jest żadna fantazja. To w gruncie rzeczy zasada działania USG – diagnoza przez badanie, jak tkanki reagują na fale mechaniczne.

Zabawne, że ta myśl wróciła do mnie właśnie teraz, w pojeździe, który był ucieleśnieniem technologicznego cudu, o którym jeszcze pół roku temu nikt nie śmiał marzyć.

Kiedy leciałam na Księżyc, silniki jonowe wciąż były ciekawostką. Miały tak znikomy ciąg, że nadawały się jedynie do powolnego napędzania sond kosmicznych, które i tak musiały zostać wyniesione na orbitę siłą chemicznego ognia. Wszyscy wiedzieli, że problemem nie jest sam silnik, ale jego potworny apetyt na energię. Nikt nie potrafił zbudować źródła zasilania, które byłoby jednocześnie wystarczająco małe, by zmieścić się na statku, i wystarczająco potężne, by go unieść.

Ale podczas mojego pobytu w bazie, na Ziemi dokonano przełomu. Nie w inżynierii rakietowej, ale w dziedzinie, która pozornie nie miała z nią nic wspólnego. Pracując nad stabilizacją plazmy w reaktorach fuzyjnych, ktoś odkrył metodę niemal bezstratnego, szerokopasmowego przesyłu energii.

Nasz "Swaróg" nie miał na pokładzie własnej elektrowni. Był tylko wydmuszką z potężnymi silnikami. Jego źródło zasilania – gigantyczny reaktor fuzyjny – stało teraz bezpiecznie przy porcie kosmicznym na Ziemi i Księżycu i pompowało w nas moc przez niewidzialny strumień mikrofal.

A to nawet nie był koniec łańcucha cudów. Sama transmisja mocy to jedno, ale jej dystrybucja na pokładzie, od odbiornika do silników "Raróg"… To była kolejna rewolucja. Spojrzałam na ciemne, matowe pasy biegnące wzdłuż ścian kabiny. To nie były zwykłe kable. To były przewody topologiczne, kolejny owoc przełomu, tym razem zrodzony z badań nad komputerami kwantowymi. Z tego, co czytałam, ich odkrycie było efektem ubocznym poszukiwań materiału, który mógłby chronić delikatne stany kwantowe. Okazało się, że jego unikalna struktura topologiczna nie tylko chroni informację, ale pozwala też na przepływ energii z niemal stuprocentową sprawnością.

Byłam więc pasażerką w statku, który był jednocześnie cudem techniki i… marionetką tańczącą na niewidzialnych strunach energii, pociąganych z powierzchni Księżyca.

To było piękno nauki w czystej postaci – elegancja połączeń, o których nikt wcześniej nie pomyślał. Symfonia fizyki.

I właśnie wtedy, w obliczu tej fizycznej perfekcji, poczułam bolesne ukłucie bezsilności. Ja, biochemiczka, od miesięcy próbowałam zmusić ziemskie odmiany szpinaku i soi do życia na księżycowym regolicie. Moja praca to była brudna, biologiczna walka. Powolne sekwencjonowanie genów, żmudne testy, tysiące nieudanych prób, by znaleźć tę jedną mutację, która pozwoli roślinie przetrwać i dać korzyść kolonistom. W porównaniu z elegancją fizyki, moja dziedzina wydawała mi się prymitywnym grzebaniem w błocie.

I obiecałam sobie w tamtej chwili jedno: koniec z szukaniem po omacku. Koniec z brutalnym bombardowaniem genów w nadziei, że któryś przypadkiem zadziała. Muszę zacząć myśleć tak jak oni. Muszę zacząć studiować inne dziedziny. Muszę szukać tych nieoczywistych mostów, które łączą fizykę kwantową z genetyką, a teorię informacji z metabolizmem komórkowym. Musi istnieć jakaś fundamentalna zasada, jakaś elegancja, której wciąż nie dostrzegam.

Wróciłam spojrzeniem do widoku za oknem. Oddalający się krajobraz był jedynym dowodem na to, że statek unosi się ponad powierzchnię Księżyca. I to właśnie tam, na tej powoli kurczącej się, szarej płaszczyźnie, nie mogłam oderwać wzroku od cichego spektaklu. Za statkiem rozciągała się bladoniebieska stróżka plazmy, która w kontakcie z regolitem wywoływała chaos w mikroskali, elektryzując pył w pulsującą aureolę.

Na moich oczach linie pola siłowego rzeźbiły w nim fantasmagoryczne wzory. Pył księżycowy układał się w kształty, które mogłyby być wykresami rozwiązania równań pola elektromagnetycznego i… chyba nawet nimi były.

W kabinie panował jedynie cichy, monotonny szum systemów podtrzymywania życia. Żadnego ryku, żadnego wciskania w fotel. Próżnia na zewnątrz nie przenosi dźwięku, a jednak w mojej głowie rozbrzmiewały dźwięki – ciche trzaski, wysoki pisk, szum, sprzężenie elektryczne, które zdawały się być słyszalnym echem natężenia pola elektrycznego dookoła mnie. Wiedziałam, że to fantom, sensoryczne oszustwo mojego mózgu, który podświadomie próbuje mi wytłumaczyć to, czego jestem świadkiem. A to budziło we mnie równocześnie naukową fascynację i śmiertelny lęk.

Kiedy "Swaróg" ostatecznie umilkł, kończąc swój precyzyjny manewr wejścia na trajektorię ku Ziemi, w kabinie zapadła cisza tak absolutna, że słyszałam jedynie szum krwi w uszach. A potem rozległ się dźwięk, który był jednocześnie wybawieniem i sygnałem nadchodzącej udręki: seria ostrych, zsynchronizowanych kliknięć. Pasy bezpieczeństwa puściły nas wolno. Z głośników popłynął spokojny, syntetyczny głos informujący, że możemy udać się do swoich kajut.

To jest ten moment, którego nie znoszę – pomyślałam, a ironia tej myśli niemal mnie rozbawiła. Mówię, jakbym miała karnet na loty kosmiczne i miliardy kilometrów na koncie, a to przecież dopiero mój drugi raz w stanie mikrograwitacji.

Wokół mnie rozpoczęła się niema, absurdalna pantomima. Uwolnione od przyciągania foteli ciała zaczęły łagodnie oddzielać się od swoich miejsc, unosząc się z powolnością i gracją, która była całkowicie zwodnicza. Pierwsze kilka sekund to stan czystej magii – kilkadziesiąt osób zawieszonych w idealnym bezruchu, jak trójwymiarowa fotografia zatrzymana w czasie. Ale ta chwila nigdy nie trwa długo.

Weterani, których można było poznać po nonszalanckim spokoju, od razu zaczęli działać. Mężczyzna prawdopodobnie w idealnie skrojonym garniturze, o czym mógł świadczyć wystający poza kombinezon kołnierzyk, który zapewne do ostatniej chwili finalizował jakiś kontrakt, z precyzją chirurga odepchnął się opuszkami palców od podłokietnika, wprawiając swoje ciało w powolny, kontrolowany ruch w stronę korytarza. Żadnych zbędnych gestów. Zobaczyłam w oczach kilku osób czystą zazdrość.

Reszta z nas nie miała tyle szczęścia. Rozpoczął się chaos, którego się spodziewałam – czysty newtonowski koszmar w praktyce. Każde działanie miało swoją natychmiastową i przeciwną reakcję, a w zamkniętej przestrzeni oznaczało to tylko jedno: ludzkie domino. Młoda kobieta obok mnie, najwyraźniej turystka, zachichotała i machnęła rękami z radości, co natychmiast wprawiło ją w niekontrolowany obrót i posłało prosto na milczącego biznesmena, psując jego idealną trajektorię. Jego mina wyrażała więcej niż tysiąc słów.

Czułam się jak kula bilardowa w samym środku rozbicia. Ktoś, próbując złapać uchwyt nad głową, przez pomyłkę odepchnął się od mojego fotela, posyłając mnie w powolnym dryfie na środek kabiny. Zderzyłam się delikatnie z czyimiś plecami, usłyszałam stłumione "przepraszam", i siła uderzenia skleiła nas tak, że nie mieliśmy pomysłu, jak się od siebie oderwać. Otoczyły mnie dźwięki: zduszone śmiechy, krótkie okrzyki zaskoczenia, szelest kombinezonów i regularne, głuche uderzenia ciał o ściany. Nie wiedziałam już, czy ten wszechobecny śmiech służył rozładowaniu napięcia i zażenowania, czy był szczerym przejawem dobrej zabawy w tym cyrku z ludzkimi balonami.

 

Kto w ogóle wpadł na tak idiotyczny pomysł, by dopuścić do czegoś takiego? By zaprojektować cud techniki zdolny podróżować między światami, a jednocześnie zignorować najbardziej podstawowy problem logistyczny? Tak właśnie kończy się sytuacja, gdy zdanie designerów bierze górę nad głosem inżynierów: jak sprawić, by kilkadziesiąt worków z kośćmi i wodą mogło z godnością przemieścić się z punktu A do punktu B w warunkach zerowej grawitacji.

W tej absurdalnej chwili, dryfując bezradnie po kabinie, czułam równocześnie naukową fascynację i śmiertelny lęk. Fascynację prawami fizyki – i lęk przed tym, że zaraz znów na kogoś wpadnę.

Dla mnie nie było w tym nic zabawnego. To była czysta fizyka w najbardziej upokarzającej formie – bezwładność, pęd i absolutny brak kontroli. Już, już mi się wydawało, że złapałam rytm, że jestem na dobrej drodze do opuszczenia tego chaosu. Wykonałam przemyślany ruch, odpychając się od ściany w stronę wyjścia. I wtedy, znikąd, pojawiła się dryfująca osoba wybijająca mnie z zaplanowanego toru. Wpadłam prosto na kogoś, ktoś na nas. Nasze kończyny splątały się w kłopotliwym, spowolnionym uścisku.

I to było gorsze niż samo zderzenie. Ta niezręczna bliskość z obcym człowiekiem, ten moment, w którym musisz odplątać swoją nogę od jego ramienia, starając się przy tym nie posłać go w kolejny niekontrolowany piruet. Czułam, jak na moją twarz wpełza rumieniec. Czułam się niezdarna, wybrakowana. Jak ktoś z defektem koordynacji, kto nie panuje nad własnym ciałem.

Ale zaraz po tej fali gorąca przyszło coś innego. Chłodna determinacja. Postanowiłam potraktować to jak wyzwanie. Jestem inżynierem, do cholery. Dam sobie radę.

Nie znałam osobiście nikogo z pasażerów. Może byli wśród nich nobliści z fizyki, ale na tym poziomie złożoności ja również wiedziałam, jak to działa. Jak powinien działać transfer pędu, jak znaleźć optymalną trajektorię w chaosie dryfujących ciał. Wystarczyło tylko przestać być bierną ofiarą i zacząć myśleć jak naukowiec. Zaczęłam skanować wzrokiem całą scenę jak skomplikowany diagram. Wystarczy jeden precyzyjny impuls, jedno odepchnięcie pod odpowiednim kątem… no przecież to jest prosta fizyka…

I w tym momencie niemal parsknęłam śmiechem, uświadamiając sobie absurd własnej myśli. Prosta fizyka? Czy ja właśnie nazwałam chaotyczny, nieprzewidywalny taniec kilkudziesięciu ciał w zamkniętej przestrzeni "prostą fizyką"? To był problem trzech ciał podniesiony do potęgi n–tej, kwintesencja chaosu deterministycznego. A do tego dochodziły dodatkowe, nieobliczalne zmienne, jak te kilka osób tak otyłych, że przez ułamek sekundy zastanawiałam się, czy ich własna, znikoma grawitacja nie zakłóca dodatkowo całego układu.

Odrzuciłam tę złośliwą myśl. Skupiłam się. Zobaczyłam swoją szansę – wąski korytarz pomiędzy dwoma dryfującymi powoli sylwetkami. To była moja jedyna droga. Odczekałam, aż minie mnie swobodnie płynący mężczyzna. Wzięłam wdech i odepchnęłam się od najbliższej ściany, celując dokładnie w powstałą lukę.

Płynęłam. Przez moment czułam się jak strzała wypuszczona z łuku. Idealnie. Ale mój idealny plan, jak każdy plan w chaosie, musiał natrafić na przeszkodę. Jedna z sylwetek nieoczekiwanie wyciągnęła rękę, zmieniając swój środek ciężkości i tor lotu. Musiałam gwałtownie skurczyć nogi, by uniknąć kolejnej kolizji. Straciłam idealną linię, ale wciąż zbliżałam się do celu. Wyciągnęłam rękę, ostatkiem sił celując w krawędź wejścia do korytarza.

Moje palce zacisnęły się na zimnym metalu.

Jest! Nareszcie się udało. Podciągnęłam się i wpłynęłam do wąskiej, spokojnej przestrzeni korytarza. Moja dłoń spoczęła na gładkim, chłodnym relingu, a ja oparłam się o ścianę, pozwalając, by mój oddech wreszcie zwolnił.

Pierwsza myśl była pełna czystej irytacji: skoro tutaj mogą być relingi, to dlaczego, na litość boską, nie ma ich tam, w głównej kabinie? Czy nikt nie przewidział tego upokarzającego chaosu?

Ale zaraz potem, gdy adrenalina opadła, przyszła druga, głębsza refleksja. Rozejrzałam się uważnie po korytarzu. Tutaj wszystko było inne. Spokojne, uporządkowane, przemyślane. I wtedy zobaczyłam je ponownie – te ciemne, matowe pasy przewodów topologicznych. Tylko że tutaj nie biegły po prostu wzdłuż ściany jak utylitarny element. Były wkomponowane w design. Podświetlone delikatnym, mlecznym światłem z dołu, umieszczone za panelem z lekko dymionego, pancernego szkła, który chronił je, a jednocześnie pozwalał je podziwiać. To nie był przypadek. To była świadoma decyzja projektanta.

I nagle zrozumiałam ten fundamentalny kontrast. Tam, w kabinie – chaos, niedoskonałość, być może projektowy kompromis, którego na tym etapie nie dało się uniknąć. Surowa, nieokiełznana fizyka. A tutaj – wizytówka przyszłości. Manifestacja nowej filozofii, w której najnowocześniejszą technologię nie tylko się stosuje, ale też się ją oswaja. Pokazuje się ją ludziom, czyni piękną i zrozumiałą, by nauczyli się jej ufać i ją podziwiać. To nie była już tylko inżynieria, to była sztuka użytkowa na kosmiczną skalę.

Ta myśl przyniosła mi dziwny spokój. Moja irytacja i poczucie niezdarności nie były tylko moją winą. Były wpisane w ten system, w to przejście od chaosu do porządku. Spojrzałam wzdłuż korytarza, w dyskretny sposób licząc sylwetki, które dotarły tu przede mną. Ta liczba na zawsze pozostanie moją małą, wstydliwą tajemnicą.

Ale zaraz potem, gdy adrenalina opadła, stało się coś nieoczekiwanego. Na matowej ścianie tuż przed moją twarzą rozbłysła delikatna, zielona strzałka, wskazując kierunek w głąb korytarza. Puściłam reling i odepchnęłam się lekko w tamtą stronę. Gdy moja druga dłoń dotknęła kolejnego uchwytu, pierwsza strzałka zgasła, a nowa zapaliła się przy następnym zakręcie.

System nawigacji osobistej. Mnogość rozgałęzień, skrzyżowań i alternatywnych dróg w trójwymiarowym labiryncie statku mogła zdezorientować każdego. To było genialne w swojej prostocie i elegancji. Designerzy, kolejny punkt dla was – pomyślałam z uznaniem.

Ta elegancja natychmiast zrodziła w mojej głowie pytanie: skąd system wie, kim jestem i dokąd płynę? Odciski palców w relingach – wykluczone, moich nie ma w bazie danych. Pozostawały dwie logiczne możliwości: pasywne rozpoznawanie twarzy przez dyskretne, wszechobecne kamery albo bardziej precyzyjne skanery tęczówki. Ta druga opcja wydawała się bardziej elegancka i, co ważniejsze, łatwiejsza do przetestowania.

Przy kolejnym uchwycie wzięłam głęboki wdech i odepchnęłam się w kierunku, który wskazała ostatnia strzałka, celowo trzymający oczy mocno zamknięte. Moja wyciągnięta ręka po kilku sekundach lotu w nieznane bezbłędnie trafiła w następny reling. Sukces. Teraz kluczowa część eksperymentu. Otworzyłam oczy tylko na tyle, by przez gęstą siatkę rzęs widzieć ścianę przed sobą. Zmrużyłam je najmocniej jak potrafiłam, próbując ukryć przed ewentualnym skanerem unikalny wzór mojej tęczówki.

I była! Zielona strzałka rozbłysła bez najmniejszego wahania.

A więc jednak rozpoznawanie twarzy – skonkludowałam w myślach. System musiał być na tyle zaawansowany, by zidentyfikować mnie po samej strukturze kości. Ta myśl była na tyle odkrywcza, że zaraz za nią pojawiła się kolejna, absurdalna. No bo chyba nie mam przy sobie żadnego wszczepionego czipa, prawda?

Ta paranoiczna myśl była tak niedorzeczna, że parsknęłam cicho śmiechem do samej siebie, a dźwięk ten w idealnej ciszy korytarza zabrzmiał nienaturalnie głośno.

Rozbawiona własnymi myślami, podążyłam za ostatnią strzałką, która przy drzwiach z moim numerem zmieniła się w ikonę dłoni z kciukiem uniesionym w górę. Dotarłam. I tu czekała mnie ostateczna odpowiedź. Gładka powierzchnia drzwi ożyła, a niewielki skaner, który się na nich uaktywnił, zażądał precyzyjnego, bliskiego skanu mojej tęczówki.

Uśmiechnęłam się szeroko. System dualny. Oczywiście. Pasywne rozpoznawanie twarzy do ogólnej nawigacji – dla wygody i płynności. Oraz aktywny skan tęczówki do autoryzacji dostępu do stref prywatnych – dla bezpieczeństwa. To miało doskonały, inżynieryjny sens.

– Witaj, Agnieszko – odezwał się głos, gdy skaner potwierdził moją tożsamość. Drzwi bezszelestnie wsunęły się w ścianę.

Wpłynęłam do swojej kajuty. Była to przytulna, ascetyczna przestrzeń – bardziej funkcjonalna cela niż pokój hotelowy. Jedną ścianę zajmowało łóżko z systemem pasów, drugą kilka zamykanych, magnetycznych szafek. I wtedy, zdziwiona, zauważyłam mój bagaż. Standardowa, sześcienna walizka z kompozytów, unosiła się delikatnie nad podłogą, przytrzymywana słabym polem magnetycznym.

Pierwsza myśl: Ale jak? Druga przyszła natychmiast, logiczna i chłodna: No tak, wewnętrzny system transportu. Musiałam przeoczyć ten detal w instrukcji dla pasażerów. Małe, zautomatyzowane korytarze serwisowe, przemieszczające zunifikowane kontenery bagażowe. To było znacznie bardziej wydajne niż ludzka krzątanina.

Sama walizka była przypomnieniem o surowej ekonomii lotów kosmicznych. Bagaż podręczny był ograniczony do absolutnego minimum – kilku kilogramów na rzeczy najbardziej osobiste. Transport każdej dodatkowej masy na Księżyc był tak astronomicznie drogi, że wytworzyła się tam fascynująca, obiegowa kultura. Większość rzeczy – ubrań, narzędzi, prostych przedmiotów codziennego użytku – kupowało się lub wypożyczało na miejscu, a potem zostawiało dla kolejnych przybyszów.

W pierwszej chwili myśl o chodzeniu w używanej odzieży czy korzystaniu z czyjegoś tabletu wydawała się nieprzyjemna, zbyt intymna. Ale szybko zastąpiła ją naukowa aprobata. Wszystkie materiały były antyseptyczne, a każda rzecz przechodziła cykl głębokiej sterylizacji plazmowej i promieniami UV, co czyniło ją czystszą niż cokolwiek na Ziemi. Dyskomfort był czysto psychologiczny i szybko znikał w obliczu pragmatyzmu.

I wtedy dotarła do mnie kolejna, znacznie przyjemniejsza myśl. Rozejrzałam się po swojej prywatnej przestrzeni. Po niewielkim, ale własnym pokoju. Grant naukowy, który otrzymałam, z trudem wystarczył na opłacenie podróży w dwie strony. Bilet, który kupiono mi wiele miesięcy temu, gwarantował mi jedynie miejsce w wieloosobowym, pozbawionym okien habitacie w ładowni starej rakiety chemicznej.

Jednak dzięki przełomowi i nowym, znacznie tańszym w eksploatacji rakietom, cena podróży drastycznie spadła. Mój opłacony z góry bilet nagle zyskał na wartości. Za tę samą, starą cenę otrzymałam nieoczekiwany luksus: prywatną kajutę z własnym iluminatorem.

Podpłynęłam do okna, czując falę czystej, dziecięcej niemal radości. To był mój prywatny portal do nieskończoności. Widok gwiazd, niezmącony przez atmosferę, był tak ostry i wyraźny, że kłuł w oczy. Aksamitna czerń kosmosu była upstrzona diamentowym pyłem, a każdy punkt światła obiecywał inne światy, inne historie. Ten zachwycający, przytłaczający ogrom nastrajał do filozoficznych przemyśleń i uspokajał duszę po niedawnym chaosie. Był wart więcej niż wszystkie niewygody tego świata.

Podpłynęłam do iluminatora, przycisnęłam czoło do chłodnej, pancernej szyby i spojrzałam w bezkres. I w jednej chwili dorosła, zmęczona biochemiczka zniknęła. Zastąpiła ją mała dziewczynka, która dawno temu, w mroźne, bezchmurne noce, stała z rodzicami w ogrodzie, zadzierając głowę do góry.

Poczułam, jak na moich ustach pojawia się uśmiech. I szeptem, sama do siebie, z nabożeństwem, zaczęłam odmawiać tę prastarą, gwiezdną litanię. – A to jest Wielki Wóz… a tam Mały Wóz… Wielka Niedźwiedzica i Mała Niedźwiedzica. – Mój palec delikatnie dotknął wewnętrznej strony szyby, wodząc po niewidzialnych liniach. – A tam, o tam… pas Oriona. I Syriusz, najjaśniejszy. A to… – Głos mi zadrżał. – To jest Księżyc, z którego właśnie uciekłam. A ta cudowna, błękitna perła… to Ziemia. Mój dom.

Wspomnienia napłynęły z siłą, której nie potrafiłam się oprzeć. Pamiętam, jak tata rozstawiał swój amatorski teleskop, a jego dłonie sztywniały z zimna. Pamiętam zapach gorącej herbaty z termosu, który przynosiła mama, i jej cichy śmiech, gdy próbowałam zrobić aparatem zdjęcie Księżyca, które zawsze wychodziło jako rozmazana, biała plama.

Głos taty powrócił do mnie z zadziwiającą klarownością, jakby stał tuż obok, a chłód nocnego powietrza znów owiał moje policzki. Opowiadał mi te historie tak dawno temu, a ja teraz, z wysiłkiem, próbowałam je sobie przypomnieć, poskładać w całość ich kosmiczną mapę.

O, tam, ten dumny kształt litery "W" – Kasjopeja, pyszna królowa, na zawsze ukarana za swoją arogancję. A tuż obok jej mąż, spokojny Cefeusz… i ich córka, Andromeda, przykuta do niewidzialnej skały. Pamiętałam ten dreszcz emocji, gdy tata opowiadał, jak czekała na potwora, ale zamiast niego pojawił się bohater. Perseusz, na skrzydlatym Pegazie… Cała rodzinna saga, zamrożona w wiecznym teatrze na niebie.

Mój wzrok powędrował dalej, szukając kolejnych znajomych. Znalazłam Oriona, wielkiego myśliwego z jego lśniącym pasem, i pomyślałam o jego odwiecznym wrogu, Skorpionie, który na pewno czaił się teraz po drugiej stronie nieboskłonu, czekając na swoją kolej w tej kosmicznej grze w chowanego. A tamten olbrzym… Herakles. Ukląkł na jedno kolano, jakby zmęczony po swoich dwunastu pracach. Czy właśnie walczył ze Smokiem, który wije się teraz leniwie wokół bieguna, strzegąc już nie jabłek, a samej osi nieba?

Gdzieś tam, wśród milionów gwiazd, wyobraziłam sobie statek Argo, niosący Argonautów po złote runo. A na jego pokładzie lśnili Bliźniacy – Kastor i Polluks, nierozłączni bracia, umieszczeni na niebie jako symbol braterskiej miłości.

Jednak opowieści taty, choć karmiły moją wyobraźnię, nigdy w pełni nie zaspokajały mojego głodu wiedzy. Byłam małą dziewczynką, która bardzo niewiele jeszcze wiedziała, ale była nieznośnie ambitna w swojej ciekawości. Pamiętam, jak zaraz po wysłuchaniu mitu, zasypywałam go gradem pytań, które sprowadzały nas z niebios z powrotem na ziemię.

"Tato, ale dlaczego Księżyc czasem ma rogi? Gdzie chowa się reszta?" – pytałam, marszcząc brwi w wysiłku, by pojąć jego fazy. "I dlaczego Orion jest latem tak nisko nad horyzontem, a zimą widać go idealnie? Gdzie się chowają te wszystkie gwiazdy, których nie widać w wakacje?"

A on, jak cierpliwy naukowiec, uśmiechał się i próbował mi to tłumaczyć. Brał latarkę i pomarańczę, by pokazać grę światła i cienia na księżycowej tarczy. Mówił, że Ziemia jest jak wielka karuzela, która w trakcie swojej rocznej podróży dookoła Słońca, każdej nocy pokazuje nam inny fragment kosmicznego pejzażu.

Pamiętam, jak te proste analogie taty napełniały mnie zachwytem. Ale kilka lat później, w liceum, na pierwszej prawdziwej lekcji astrofizyki, ten zachwyt zamienił się w pokorę graniczącą z przerażeniem. Nauczyciel pokazał nam na tablicy równania opisujące ruch ciał niebieskich. To już nie była prosta karuzela. To był taniec opisany językiem wyższej matematyki, rachunku różniczkowego, teorii względności… Zrozumiałam wtedy, ile wieków myśli, ile geniuszu Newtona, Keplera i Einsteina kryje się za jednym, prostym kliknięciem w aplikacji, która pokazuje datę następnego zaćmienia Słońca. Wiedza potrzebna do zaprogramowania tego cudu przytłaczała i budziła bezbrzeżny szacunek dla tych, którzy rozumieją to od podstaw.

I myślę, że to był też moment, w którym ostatecznie wybrałam swoją ścieżkę. Zrozumiałam, że moja pasja leży gdzie indziej. Astrofizyka była elegancka, ale bezlitosna w swojej matematycznej abstrakcji. Biochemia, którą pokochałam, była inna. Trudniejsza doświadczalnie, pełna kapryśnej, "brudnej" złożoności życia, ale oparta na logice, którą czułam instynktownie. Nie wymagała ode mnie rozumienia tensora metrycznego, ale nieskończonej cierpliwości w laboratorium.

Dziś te wszystkie światy – świat mitu, świat dziecięcej ciekawości i świat skomplikowanej nauki – połączyły się w jedno. Uderzyła mnie myśl, od której zakręciło mi się w głowie mocniej niż od braku grawitacji. Te wszystkie postacie z mitów… one nie były już tylko obrazkami na płaskiej, dalekiej kopule. Ja byłam tutaj. W ich przestrzeni. W trójwymiarze. Przestałam być obserwatorką. Stałam się sąsiadką. Dryfowałam w tym samym bezkresnym pokoju co herosi, boginie i potwory. Byłam u nich w gościach. Ta świadomość była tak przytłaczająca, tak niewiarygodnie intymna, że odebrała mi dech i siły.

Uśmiechnęłam się do tych myśli. Dziś byłam bliżej odpowiedzi niż kiedykolwiek.

Z tą refleksją odepchnęłam się delikatnie od okna i podpłynęłam do koi. Nie wpięłam się w pasy. Po prostu zwinęłam się w kłębek w stanie nieważkości, z głową zwróconą w stronę iluminatora, jakbym bała się, że wszechświat zniknie, gdy tylko odwrócę wzrok. Wiedziałam, że pędzimy z niewyobrażalną prędkością, pokonując kilka kilometrów na sekundę. Ale moje oczy nie widziały żadnego ruchu. Obraz kosmosu był idealnie statyczny, jak fotografia w najwyższej rozdzielczości. Wieczny i niezmienny.

Zwinęłam się w kłębek przy iluminatorze. Otulona tą kosmiczną bliskością i ciszą pełną niesłyszalnych opowieści, nawet nie poczułam, kiedy powieki stały się zbyt ciężkie, a świadomość odpłynęła w głęboki, pozbawiony snów sen.

Delikatny, melodyjny dzwonek, po którym nastąpił ten sam syntetyczny głos co wczoraj, wyrwał mnie z najgłębszego, najbardziej pozbawionego ciężaru snu, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. – Agnieszko, czas na śniadanie. Posiłek zostanie dostarczony za dwie minuty.

Otworzyłam oczy i przez chwilę nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Nade mną była ściana z szafkami, a pode mną koją, do której byłam pewna, że się położyłam. Mój mózg potrzebował kilku sekund, by zrozumieć absurdalną sytuację: ponieważ nie przypięłam się pasami na noc, moje ciało odpłynęło z łóżka i teraz dryfowało swobodnie pośrodku kajuty, powoli obracając się wokół własnej osi.

No pięknie. I co teraz?

Instynktownie poruszyłam rękami i nogami, starając się nadać swojemu ciału jakiś pęd i dotknąć czegokolwiek stałego. Efekt był natychmiastowy i komiczny. Zaczęłam się obracać jeszcze szybciej, bezradnie machając kończynami w pustce. To dobrze, że nikt mnie nie widzi – pomyślałam z zażenowaniem. Muszę wyglądać jak żaba w eksperymencie z lewitacją magnetyczną. Mój mózg, na wpół śpiący, rzucił mi ironiczną myśl: "Walczysz z pierwszym prawem Newtona, i przegrywasz".

Wtem moją uwagę przykuło coś innego. Pod moją walizką podróżną, która wciąż lewitowała przy podłodze, zaczęło migotać czerwone światło. Z panelu podłogowego dobiegł cichy zgrzyt, jakby niewielki otwór próbował się otworzyć, ale coś go blokowało. Zrozumiałam natychmiast: moja walizka blokuje dostawę śniadania.

Uśmiechnęłam się mimo woli. To był kolejny przejaw genialnego designu. Używanie tych samych tuneli do transportu bagaży i żywności bezpośrednio do kajut. Gdyby na statku była jedna, wspólna jadalnia, chaos kilkudziesięciu osób przemieszczających się w mikrograwitacji o poranku doprowadziłby mnie do szału. Ale teraz, aby docenić ten projekt, musiałam najpierw dostać się do mojej walizki. A śniadanie było dokładnie tym, na co czekałam.

Przestałam się szamotać. Panika to najgorszy doradca. Zamiast tego zaczęłam myśleć.

W porządku, panie Newton – pomyślałam z przekąsem. – Skoro zamknął mnie pan w więzieniu swojego pierwszego prawa, to ja znajdę klucz do tego więzienia w pańskim trzecim prawie.

Potrzebowałam akcji, by wywołać reakcję. Musiałam odrzucić od siebie jakąś masę, by nadać pęd mojemu ciału.

Rozwiązanie było proste i nieco upokarzające.

Wzięłam najgłębszy możliwy wdech, napełniając płuca do granic możliwości. Następnie, celując ustami w kierunku przeciwnym do ściany z szafkami, wypuściłam całe powietrze w jednym, gwałtownym, skontrolowanym strumieniu. Efekt był ledwo zauważalny, ale był. Moje ciało, nieskończenie powoli, zaczęło dryfować we właściwym kierunku. To była najdłuższa podróż na odległość dwóch metrów w moim życiu.

Po kilkunastu sekundach, które wydawały się wiecznością, koniuszki moich palców wreszcie musnęły chłodnej, metalowej powierzchni szafki. To było to! Uczucie solidnego oparcia pod palcami było jednym z najprzyjemniejszych doznań tego poranka. Z ulgą zacisnęłam na niej dłoń, zatrzymując swój powolny dryf. Stamtąd, przyciągając się i odpychając od kolejnych uchwytów, sprawnie dopłynęłam do podłogi.

Chwyciłam mój kuferek, przesunęłam w bok, a czerwone światło natychmiast zmieniło się na zielone. Panel podłogowy otworzył się bezszelestnie, a z jego wnętrza wysunęła się niewielka, podgrzewana taca z moim śniadaniem.

Z ulgą usiadłam po turecku, dryfując tuż nad podłogą, a taca ze śniadaniem unosiła się przede mną. Nie było talerza, nie było sztućców. Zamiast tego, na tacy stały trzy przezroczyste, elastyczne tuby z szerokimi, ergonomicznymi dzióbkami. Jedna wypełniona była gęstą, beżową masą – pewnie owsianka proteinowa. Druga – zielonkawym musem z alg i szpinaku. Trzecia – kawą.

Westchnęłam cicho. Byłam zaskoczona, choć nie powinnam. Na Księżycu, w warunkach niskiej grawitacji, można było zjeść posiłek z talerza ale tutaj, w stanie mikrograwitacji, to nie był wybór, to była konieczność. Jedzenie w formie płynnej lub półpłynnej było jedynym rozsądnym rozwiązaniem.

No trudno – pomyślałam, biorąc do ręki beżową tubę. – Przeżyję te półtora dnia na musach i cienkich zupkach.

Ale ta myśl natychmiast wywołała reakcję łańcuchową. Potężną, niemal bolesną tęsknotę za jedzeniem w jego najbardziej niedoskonałej, ziemskiej formie. Obiecałam sobie solennie, że jak tylko wrócę na Ziemię, jak tylko mój żołądek wróci do normalnych rozmiarów, nie będę się powstrzymywała. Zjem wszystko, co zakazane czyli niezdrowe. Ociekającego sosem hamburgera. Chrupiące, ociekające tłuszczem frytki. Kawałek pizzy z ciągnącym się serem, który tworzy gorące nitki przy każdym kęsie.

Wyssałam pierwszy łyk proteinowej papki. Smakowała… funkcjonalnie. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie smak soli i chrupkość frytki, i z tą myślą kontynuowałam swoje sterylne, kosmiczne śniadanie.

Po pozbawionym smaku śniadaniu poczułam głód innego rodzaju. Głód ciszy, przestrzeni i myśli. Wypłynęłam na środek mojej małej kajuty, z dala od ścian i przedmiotów. Przyjęłam pozycję, która na Ziemi wymagała elastyczności, a tutaj przychodziła bez wysiłku – kwiat lotosu. Zaczepiłam mały karabińczyk do siebie i o uchwyt na podłodze, by nie odpłynąć w trakcie medytacji. Zamknęłam oczy.

Skupiłam się na oddechu. Wdech, wypełniający płuca sterylnym, recyrkulowanym powietrzem. Wydech, oddający wszechświatowi ciepło mojego ciała. W idealnej ciszy statku moja świadomość zaczęła się rozszerzać. Znikały godziny, minuty i sekundy. Czas nie istnieje, kiedy oddycha się razem z kosmosem.

Moje myśli najpierw podążyły na zewnątrz, za statkiem, w ślad za trajektorią wyznaczoną przez komputery. Podążyły ścieżką myśli, którą tysiące lat temu wytyczyli starożytni Grecy. Ich filozofia była wektorem ciekawości skierowanym na zewnątrz. Ich nienasycona potrzeba zadawania pytań, mierzenia i rozumienia świata materialnego w końcu, po wiekach, doprowadziła nas tutaj.

Ale gdy mój oddech stawał się coraz głębszy, wektor mojej uwagi odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Skierował się do wewnątrz, w drugi, równie nieskończony kosmos – kosmos mojego własnego umysłu. Pomyślałam o paradoksie tej podróży: w nieważkości tylko samotność ma ciężar. To był jedyny balast, którego nie dało się zostawić na Ziemi; niewidzialna kotwica duszy.

I tu odnalazłam drugą wielką ścieżkę. Filozofię Wschodu, filozofię buddyjską. Ona nie pytała "czym są gwiazdy?", ale "czym jest 'ja', które odczuwa ten ciężar samotności?". Zamiast budować teleskopy, budowała techniki medytacyjne do badania natury samej świadomości. Uczyła, że aby zrozumieć rzeczywistość, trzeba najpierw zrozumieć iluzję własnego ego – źródło wszelkiego poczucia oddzielenia.

I wtedy, zawieszona w idealnej równowadze między tymi dwoma wszechświatami, zrozumiałam coś z olśniewającą jasnością. Te dwie, pozornie całkowicie przeciwstawne filozofie, wcale nie były w konflikcie. One tak doskonale się uzupełniały.

Grecka ciekawość zbudowała ten statek. Ale to buddyjska mądrość dawała mi narzędzia, by tę podróż w pełni przeżyć i zrozumieć. By nie czuć się samotną w nieskończoności, ale poczuć jedność ze wszystkim i pozwolić, by ciężar samotności rozpłynął się w tej jedności. Potrzebowaliśmy obu tych dróg. Jedna bez drugiej była niekompletna.

Otworzyłam oczy. Za oknem wciąż wisiała ta sama, nieruchoma, diamentowa czerń. Ale ja widziałam ją już inaczej. To nie był tylko zewnętrzny pejzaż. To było również lustro.

I właśnie wtedy, gdy ta myśl okrzepła w mojej głowie, z głośników w kajucie popłynął ten sam spokojny, syntetyczny głos: – Uwaga wszyscy pasażerowie. Za trzy minuty po lewej burcie statku nastąpi bliski przelot komety C/2058 S3 Żmij. Zapraszamy do obserwacji przez iluminatory.

Kometa. Słowo to wyrwało mnie ze stanu medytacyjnego z siłą, jakiej nie był w stanie wywołać żaden alarm. Odpięłam karabińczyk i podpłynęłam do okna, przywierając do niego całym ciałem, jakbym chciała przeniknąć przez pancerną szybę.

Najpierw była tylko kolejną, nieco jaśniejszą i bardziej rozmytą gwiazdą. Ale rosła z każdą sekundą. Po chwili była już wyraźną, świetlistą kulą – jądrem z lodu i skał, otoczonym zielonkawą poświatą. A za nią ciągnęły się dwa majestatyczne, widmowe ogony. Pierwszy, szeroki i delikatnie zakrzywiony, był szarym welonem pyłu, lśniącym w odbitym świetle odległego Słońca. Drugi, węższy i idealnie prosty, świecił niesamowitą, zieloną barwą – to był ogon jonowy, gaz wyrzucany z jądra i pchany wiatrem słonecznym.

Patrzę na kometę i czuję, że jestem częścią czegoś starszego niż pamięć. Komety – siewcy życia i jego niszczyciele.

Ta myśl uderzyła mnie z nową siłą. Dotknęłam chłodnej szyby. Węgiel w moich komórkach, żelazo w mojej krwi, wapń w moich kościach – wszystko to powstało w ognistym sercu gwiazdy, która umarła eony temu. Ta kometa, ten brudny, lodowy podróżnik, jest posłańcem z tamtych czasów, zbudowanym z tej samej pierwotnej materii. Patrząc na nią, patrzyłam na wspólną historię nas wszystkich: gwiazd, planet i istot żywych. Byliśmy jedną, kosmiczną rodziną, zrodzoną z tego samego gwiezdnego pyłu.

Pomyślałam o jej podwójnej naturze. O tym, jak miliardy lat temu takie komety, bombardując młodą Ziemię, mogły przynieść na nią wodę i aminokwasy – proste cegiełki, z których powstało życie. Kosmiczni siewcy, podróżujący od ogrodu do ogrodu, roznoszący potencjał istnienia. Ale ta sama kometa, która mogła przynieść dar życia, mogła go też z łatwością odebrać. Jeden cios w planetę mógłby zakończyć całą erę.

Ale czy na pewno "zniszczyć"? Czy raczej… przyspieszyć ewolucję? Tak jak na Ziemi, gdzie uderzenie asteroidy zmiotło z powierzchni dinozaury, robiąc miejsce dla małych, nieśmiałych ssaków, z których kiedyś powstaliśmy. To nie był akt zniszczenia, ale bezlitosnego, kosmicznego ogrodnictwa – przycinania starych, dominujących gałęzi, by nowe, słabsze pędy mogły wreszcie dosięgnąć światła.

I choć mój racjonalny umysł, umysł biochemika, widział w tym tylko ślepą grę chemii, grawitacji i przypadku, to w tej chwili, w tej ciszy, nie mogłam powstrzymać pytania. Czy to wszystko jest tylko dziełem przypadku? A może istnieje jakiś fundamentalny imperatyw wszechświata, jakaś nieznana zasada fizyki, która sprawia, że życie jest nieuchronnością, a nie statystyczną anomalią? Coś lub Ktoś, kto cierpliwie, przez miliardy lat, wysyła te lodowe arki z zarodnikami życia w pustkę, wiedząc, że niektóre z nich trafią na podatny grunt?

Są zjawiska, wobec których milkną wszelkie równania. Patrząc na ten majestatyczny, milczący obiekt, poczułam coś na kształt religijnej pokory. Pokory wobec skali, złożoności i niewyobrażalnego piękna wszechświata, którego wciąż dopiero zaczynamy się uczyć.

Byłam zawieszona w tej myśli, w tej kosmicznej pokorze, gdy z głośników w kajucie ponownie popłynął syntetyczny, spokojny głos, wyrywając mnie z zadumy.

– Uwaga wszyscy pasażerowie. Za dziesięć minut rozpoczynamy procedurę wejścia na orbitę okołoziemską i przygotowanie do lądowania. Prosimy o założenie osobistych skafandrów ciśnieniowych i powrót na wyznaczone miejsca.

To był koniec. Koniec podróży przez pustkę. Wróciłam do swojej kajuty i z jednej z szafek wyjęłam skafander. Nie był to ciężki, nieporęczny pancerz do spacerów kosmicznych, ale lekki, dopasowany do ciała kombinezon, który miał zapewnić kilka minut tlenu i ciśnienia w razie nagłej dekompresji. Wsunęłam się w niego, zapinając hermetyczne uszczelki na nadgarstkach i szyi. Zastanawiałam się, co tak naprawdę dałby w przypadku poważnej katastrofy. Prawdopodobnie nic. Był bardziej technicznym placebo, symbolem bezpieczeństwa niż realną gwarancją. No ale przepisy to przepisy, nawet w kosmosie.

– Prosimy o umieszczenie bagażu podręcznego na wyznaczonych polach transportowych – dodał głos.

Zanim wyszłam, chwyciłam swoją sześcienną walizkę, podpłynęłam z nią do niewielkiej, zielonej ramki świecącej na podłodze i postawiłam ją w środku. Kufer bezgłośnie zapadł się w głąb konstrukcji, odtransportowany do luku bagażowego.

Ostatni raz podpłynęłam do iluminatora, by rzucić okiem na cel naszej podróży. Ziemia wypełniała już całą ramę okna. Była hipnotyzującym, żywym klejnotem, przeciętym na pół przez terminator.

Patrzyłam na tę drżącą, błękitną sferę i poczułam, jak wszystkie moje myśli z ostatnich godzin – o mitach, o technologii, o samotności – zbiegają się w jednym, potężnym uczuciu. Cały sens istnienia wszechświata zawarty w tej małej, wrażliwej kropelce.

Mój umysł natychmiast próbował zracjonalizować to doznanie. To tylko słaba zasada antropiczna, Agnieszko, powiedział mi. Oczywiście, że ten świat jest dla ciebie idealny. Gdyby był inny, nie byłoby cię tutaj, by go podziwiać. To zwykły błąd selekcji.

Ale to było zbyt proste. To nie tłumaczyło tego cudu.

Przypomniały mi się wykłady z kosmologii. To niesamowite, precyzyjne dostrojenie wszechświata. Gdyby siła grawitacji była odrobinę inna, gwiazdy albo by nie powstały, albo wypaliłyby się w mgnieniu oka. Gdyby oddziaływanie silne było o ułamek procenta inne, nie powstałby węgiel – pierwiastek, z którego jestem zbudowana ja, roślina, którą badam, i każdy żywy organizm na tej błękitnej kuli. Wszechświat balansuje na ostrzu noża, a my jesteśmy dowodem na to, że ten balans istnieje.

To prowadziło do znacznie głębszej, bardziej niepokojącej myśli. Do silnej zasady antropicznej.

Czy wszechświat, przez miliardy lat ewolucji, rodzi świadome istoty tylko po to, by wreszcie móc spojrzeć sam na siebie? Czy my, i być może inne inteligentne gatunki gdzieś tam w kosmosie, jesteśmy oczami wszechświata? Zmysłami, przez które bezkresna, nieświadoma materia może wreszcie doświadczyć i pojąć samą siebie?

To nie była już myśl o genialnym inżynierze. To było pytanie o to, czy świadomość nie jest ostatecznym, nieuchronnym celem ewolucji kosmosu. Czy nie jesteśmy po prostu sposobem, w jaki wszechświat poznaje swoje własne piękno.

A jednak… mój umysł natychmiast podsunął mi alternatywę. Równie oszałamiającą, ale chłodniejszą, pozbawioną mistycyzmu.

Pomyślałam o skali. Jedna planeta z życiem w układzie jednej gwiazdy. Miliardy gwiazd w naszej galaktyce. Miliardy galaktyk w obserwowalnym wszechświecie… A co, jeśli ten schemat się powtarza? Co, jeśli nasz Wszechświat jest tylko jednym z miliardów, bilionów, a może nieskończonej liczby wszechświatów, z których każdy rodzi się z własnym, losowym zestawem praw fizyki?

W takim scenariuszu zasada antropiczna staje się po prostu prawem wielkich liczb. Nawet przy nieprawdopodobnie małym prawdopodobieństwie powstania życia, w nieskończonej liczbie prób, życie nie tylko ma szansę zaistnieć – ono musi gdzieś zaistnieć. Nasz wszechświat nie jest więc "wybrany" ani "celowy". Jest po prostu statystyczną nieuchronnością. Wygraliśmy na kosmicznej loterii, nie zdając sobie nawet sprawy z istnienia miliardów pustych losów, wszechświatów martwych, zimnych i pozbawionych obserwatora.

Cel czy przypadek? Jeden, celowy wszechświat czy jeden z nieskończonej puli losowych światów?

Stałam zawieszona między dwiema myślami, z których każda była równie przytłaczająca i wspaniała. I zrozumiałam, że na moim poziomie poznania, odpowiedź nie ma znaczenia.

Miliony świateł… A ja szukam tych, które nazywam domem – wyszeptałam, a słowa te nabrały teraz zupełnie nowego znaczenia. Dom nie był już tylko miejscem. Był cudem. Niezależnie od jego genezy.

Z tą myślą, która była cięższa i cenniejsza niż wszystko, co przywiozłam z Księżyca, odwróciłam się i wpłynęłam do korytarza. Tym razem zielone strzałki, które zapalały się na ścianach przy każdym moim dotknięciu relingu, nie były już zagadką, a cichym, znajomym przewodnikiem. Poprowadziły mnie z powrotem do głównej kabiny pasażerskiej.

Panowała tu zupełnie inna atmosfera niż na początku podróży. Zniknął chaos i śmiech. Wszyscy pasażerowie, ubrani w identyczne, białe skafandry, w ciszy i skupieniu zajmowali swoje miejsca. Nastrój podekscytowania ustąpił miejsca napięciu i oczekiwaniu.

Odnalazłam swój fotel, który teraz ustawiony był w pozycji leżącej. Położyłam się, a ergonomiczne wgłębienia idealnie dopasowały się do mojego ciała. Pasy bezpieczeństwa wysunęły się automatycznie i zapięły z cichym sykiem, unieruchamiając mnie w bezpiecznym kokonie.

Zamknęłam oczy. Pozostało już tylko czekać.

Leżałam w fotelu, skafander ciśnieniowy przyjemnie opinał ciało, a pasy trzymały mnie mocno, choć bez nadmiernego ucisku. Obok, przez pancerny iluminator, czerń kosmosu zaczynała ustępować miejsca najpierw granatowi, a potem coraz jaśniejszemu błękitowi. Statek "Swaróg", duma nowej ery podróży kosmicznych, rozpoczął swój taniec z ziemską atmosferą.

Hamowanie było absurdalnie łagodne. Ledwie wyczuwalne drgnienie, delikatne wciskanie w oparcie, które bardziej sugerowało zmianę niż ją narzucało. Więcej informacji o tym, co się dzieje, dostarczał widok za oknem niż jakiekolwiek odczucia związane z przeciążeniami.

Najpierw były to tylko perłowe smugi najwyższych chmur pierzastych, jak rozmazane pociągnięcia pędzla na błękitnym płótnie. Potem statek zanurzył się w gęstsze, bardziej kłębiaste formacje, a widok za oknem stał się mlecznobiałą, pulsującą mgłą.

I wtedy się zaczęło. Najpierw cichy, narastający syk, jakby tysiące niewidzialnych węży tarło o kadłub. Stopniowo dołączyły do niego wysokie, wibrujące piski i suche, elektryczne trzaski. Za oknem, błękitna poświata silników "Raróg" stała się bardziej intensywna, niemal oślepiająca, otaczając statek pulsującą, zielonkawo–fioletową aurą. Przez iluminator widziałam, jak drobne, zygzakowate wyładowania, niczym miniaturowe błyskawice, tańczyły po powierzchni statku. To była muzyka tarcia, symfonia jonów zderzających się z cząsteczkami powietrza.

Zamknęłam oczy, wsłuchując się w tę niezwykłą kakofonię. Tak! To były one. Te same dźwięki, które mój mózg tak uparcie generował podczas idealnie cichego startu z Księżyca. Ten szum, te trzaski, te przenikliwe piski. Okazało się, że moja podświadomość była całkiem niezłym fizykiem, przewidując akustyczne efekty interakcji rozgrzanej plazmy z gęstniejącą atmosferą. Uśmiechnęłam się do siebie. Mój wewnętrzny "generator fantomów" zdał egzamin.

Gdy "Swaróg" przebił się przez ostatnią, grubą warstwę chmur, moim oczom ukazała się powierzchnia Ziemi. Z tej wysokości wyglądała jak żywa, patchworkowa mapa – zielone i brązowe plamy pól, ciemne linie rzek, srebrzyste jeziora. Zbliżaliśmy się.

Hamowanie było tak płynne, tak pozbawione wstrząsów, że przez moment myślałam, że wciąż opadamy. Dopiero cichy, niemal nieuchwytny kontakt z podłożem, delikatne jak pocałunek muśnięcie, dał znać, że podróż dobiegła końca. Żadnego szarpnięcia, żadnego uderzenia.

A potem, w idealnej ciszy, która zapadła po wyłączeniu silników "Raróg", rozległ się głos z głośników. Brzmiał triumfalnie: – Swaróg wylądował. Witamy na Ziemi w Kujawskim Porcie Kosmicznym. To było pierwsze, historyczne lądowanie pasażerskie tego typu statku. Gratulujemy wszystkim naszym pionierskim podróżnikom!

Głos kontynuował: – Dziękujemy za wybór naszych linii. Mamy nadzieję, że podróż była komfortowa. Zapraszamy do pozostania na miejscach do momentu wyłączenia sygnalizacji "zapiąć pasy" i otwarcia głównego wyjścia. Zapraszamy również ponownie na pokład naszych statków w przyszłości.

Wypuściłam powietrze z płuc, o którym nawet nie wiedziałam, że je wstrzymuję. Udało się. Byłam w domu.

Sygnał "odpiąć pasy" rozbłysnął na zielono nad każdym fotelem. Głos z głośników poinformował o zakończeniu procedury lądowania i możliwości opuszczenia miejsc.

Odpięłam klamry. Gdy spróbowałam się unieść, poczułam, jak każdy gram mojego ciała zyskał nagle sześciokrotną wagę. To nie był paraliżujący szok, raczej przytłaczające uczucie brodzenia w gęstej, niewidzialnej mazi.

I wtedy ich zobaczyłam. Kilka postaci, tych, które na Księżycu chełpiły się swoją tuszą jako symbolem statusu i dostępu do ziemskich delikatesów. Teraz… teraz byli czymś innym. Z przerażeniem obserwowałam, jak ich ciała, niegdyś jedynie masywne w lekkiej grawitacji Księżyca, teraz poddawały się sile przyciągania Ziemi z przerażającą biernością. Rozlewały się na fotelach jak wosk topniejący w upale, ich tkanki, które na Księżycu utrzymywały się dzięki słabemu przyciąganiu, tutaj, na Ziemi, ciążyły ku dołowi z nieubłaganą, miażdżącą siłą. Jakby się topiły, zapadały w siebie.

Kości, które przez miesiące dźwigały te nadmiernie rozbudowane, księżycowe ciała, teraz trzeszczały i uginały się pod ciężarem, który stał się nagle sześciokrotnie większy. Nie były w stanie ich unieść. Widziałam, jak jeden z mężczyzn próbuje podnieść rękę – drgnęła tylko nieznacznie, konwulsyjnie, po czym opadła bezwładnie. Inna kobieta otworzyła usta, jakby chciała wezwać pomocy, ale z jej gardła wydobył się tylko cichy, nieartykułowany charkot, bulgot. Ogromna masa tłuszczu, która na Księżycu była tylko estetycznym problemem, tutaj, na Ziemi, uciskała krtań i struny głosowe, uniemożliwiając mowę, a może nawet oddech. Ich twarze wykrzywiał niemy grymas paniki i bólu.

Poczułam falę mdłości i zimny pot na plecach. Ludzie uwięzieni we własnych ciałach, miażdżeni przez planetę, na którą tak bardzo nie chcieli wrócić.

I wtedy, przez mój szok i narastające przerażenie, przebiła się inna, gorzka i cyniczna myśl. To pewnie ci, którzy nie mieli wystarczająco silnych pleców. Ci, których koneksje polityczne lub pozycja w korporacji okazały się zbyt słabe, by zapewnić im tę osławioną "księżycową emeryturę w kaloriach". Zostali zmuszeni do powrotu, choć wszyscy wiedzieli – a oni sami musieli wiedzieć najlepiej – że ich ciała tego nie wytrzymają. Skazani.

Mimowolnie przemknęła mi przez głowę banalna prawda: "Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy". Tyle że zaraz potem pojawiło się pytanie, które zakłuło mnie swoją ostrością: czy słowo "dobre" naprawdę kiedykolwiek adekwatnie opisywało ich życie tam, na Księżycu? Czy istnienie oparte na takim samozniszczeniu, nawet jeśli przeżywane w luksusie i poczuciu wyższości, można było nazwać dobrym?

Wokół rozległy się przytłumione okrzyki, a personel pokładowy dyskretnie, ale pospiesznie ruszył w ich kierunku z jakimś sprzętem medycznym, próbując zachować pozory kontroli nad sytuacją, która wymknęła się spod wszelkiej kontroli.

Oderwałam wzrok. Musiałam. Resztką sił, walcząc z własnym, odzyskanym ciężarem, powoli, chwytając się oparć foteli, ruszyłam w stronę wyjścia do przebieralni. Ale ten obraz – tych bezradnych, rozlewających się postaci, ofiar nie tylko grawitacji, ale i bezdusznych kalkulacji i własnych wyborów – pozostał ze mną, wypalony pod powiekami.

Gdy szłam korytarzem, cały czas zastanawiałam się, jakie życie na Ziemi czeka na te osoby. Czy w ogóle jakiekolwiek życie, poza specjalistycznym oddziałem intensywnej terapii, jeśli w ogóle tam dotrą? Czy ich powrót był tego wart? I kto za to wszystko zapłaci?

Wszyscy pasażerowie opuszczali swoje miejsca z podobnym wysiłkiem malującym się na twarzach. Ruchy były powolne, ostrożne, jakby każdy bał się nagłego upadku pod własnym, odzyskanym ciężarem.

Strumień ludzi powoli przesuwał się w kierunku przebieralni. To był standardowy protokół – zdjąć kombinezony linii kosmicznej i przebrać się w prywatne ubrania.

Obszerna przebieralnia była pełna ludzi zrzucających białe, bezkształtne kombinezony. Wyjęłam z podręcznego worka swój zestaw ubrań. Z trudem, czując, jak każdy mięsień protestuje, ściągnęłam z siebie kombinezon.

Obcisły, biały T–shirt z krótkimi rękawkami i krótka, plisowana spódniczka mini w żywą, czerwono–niebieską kratę, na koniec białe, lekkie trampki. Zawiązałam sznurówki z precyzją, na jaką tylko mogłam się zdobyć.

Wyprostowałam się, czując każdy, protestujący mięsień. W wypolerowanych, metalowych drzwiach najbliższej szafki zobaczyłam swoje niewyraźne, lekko zniekształcone odbicie. Podeszłam bliżej, niemal stykając się z chłodną powierzchnią.

Moje kręcone, rude włosy, uwolnione wreszcie z hełmu i ciasnych upięć, opadały teraz swobodnie na ramiona, bardziej niesforne i napuszone wilgotnym, ziemskim powietrzem, niż pamiętałam. Głęboko brązowe oczy, okolone gęstymi rzęsami, patrzyły na mnie z odbicia z jakąś nową, niepokojącą intensywnością. Nawet piegi na nosie i policzkach, które na Księżycu jakby przybladły, tutaj, w ziemskim świetle, zdawały się niemal migotać.

Stanęłam profilem, krytycznie lustrując swoją sylwetkę. Brzucha już nie musiałam wciągać; był płaski, może nawet zbyt płaski po tych wszystkich miesiącach precyzyjnie odmierzanych racji żywnościowych. Przez chwilę poczułam ukłucie lęku – czy nie jestem zbyt chuda? Czy miesiące walki o każdy gram masy mięśniowej nie zostawiły na mnie zbyt widocznego, może nawet niepokojącego śladu?

Wzięłam głęboki, niemal teatralny wdech, próbując zebrać myśli i dodać sobie odrobinę pewności. Moje piersi, opięte białym materiałem T–shirtu, uniosły się nieznacznie. Spojrzałam na swój profil w metalicznym odbiciu. Moje usta drgnęły w ledwo zauważalnym, ironicznym uśmieszku. No cóż, pomyślałam, przynajmniej tutaj wszystko jest po staremu. Mała, niemal wstydliwa ulga przemknęła przez moje myśli.

To było absurdalne. Przeżyłam Księżyc, lot w obie strony, a teraz największą moją obawą było to, jak… jak zostanę przyjęta. Czy on…

Miałam nadzieję, że ten zestaw, tak radykalnie różny od wszystkiego, co nosiłam przez ostatnie miesiące, będzie jak… jak jasny sygnał. Powrót. Do życia, do kolorów, do niego.

Odetchnęłam głęboko, próbując uspokoić to nerwowe trzepotanie w żołądku, które nie miało nic wspólnego z grawitacją. Byłam gotowa. Albo przynajmniej tak sobie wmawiałam.

Koniec
Nowa Fantastyka