- Opowiadanie: erwinspiotr - Żmij - Prolog 3/n

Żmij - Prolog 3/n

Kolejna część prologu

Oceny

Żmij - Prolog 3/n

Na wzgórzu widział języki ognia, które to podnosiły się by zaraz opaść. Zanim wdrapał się po zboczu wzgórza Szpunar myślał, że to piorun tak walnął i od tego się zajęło. Ale nie – wyglądało na to, że palenisko było przygotowane przez tych ludzi zawczasu, jakby wiedzieli, że grom spadnie z nieba dokładnie w to miejsce i w tym czasie, co zakrawało na szaleństwo. 

Nierealne, pomyślał, wyrzucając ten pomysł z głowy. 

Ale miał to wszystko przed swoimi oczyma, i ognień i ludzi. Owszem, byli jak najbardziej realni, jak kanister paliwa, który taszczył ze sobą. Ściskał uchwyt coraz mocniej, jakby ta metalowa puszka była jego jedynym kontaktem ze światem rzeczywistym. 

Widział wyraźnie, jak stali oni w okół ognia, wpatrując się w płomienie niczym zahipnotyzowani. I on w takim samym stopniu nie mógł oderwać wzroku, pomimo przemożnej chęci ucieczki nim zostanie zdemaskowany. 

Z początku tylko stali trzymając się za ręce. Drwa strzelały, ogień trzaskał ale w zasadzie nic się nie działo. I tylko podskórnie Szpunar wiedział, że coś stać się musi – bo inaczej po co tyle zachodu. 

I nie pomylił się. 

Przyprowadzono młodą dziewczynę o bardzo jasnych włosach, niemal białych, co wśród tych ludzi raczej się nie zdarzało. Ubraną w czerwony strój, suknie raczej, luźną i zwiewną. Ustawiono ją przed obliczem ognia. Druga, starsza kobieta o rozczochranych siwych włosach podeszła do niej z czymś w dłoni – jakby pucharem czy kielichem – i podała do wypicia. Dziewczyna wpierw rzuciła kilka mięsistych przekleństw najpierw w kierunku starszej kobiety a potem jeszcze do zebranych. Po czym bez namysłu przechyliła czarę, wypiła zawartość do dna i rzuciła ją do ogniska, które wystrzeliło jak po wrzuceniu granatu. 

Po przełknięciu płynu odchyliła głowę do tyłu i zawyła. Ale co to było za wycie – Szpunar poczuł jak jeżą mu się włosy na karku, jak coś zimnego biegnie mu po plecach. 

Zastanawiał się przez chwilę, czym była zawartość tego pucharku. Bo i jemu w życiu zdarzało się przyjmować płyny wątpliwej jakości i pochodzenia. I nie raz nie dwa brakowało mu tchu i chciało się wyć do księżyca. Ale to? To było diaboliczne, pomyślał przyglądając się temu z rozdziawioną gębą.

Ci, co dotąd stali tylko w kręgu trzymając się za ręce, zaczęli maszerować wokół ognia.

Dziewczyna zaś, wydajać z siebie ryk, opadła z sił. Albo straciła przytomność. Jakby z tym rykiem uleciała z niej siła, świadomość a może nawet dusza. 

Dwóch mężczyzn stojących dotychczas za jej plecami, podeszło i złapało ją w pasie jak szmacianą lalkę i bezwładną przeniosło kilka kroków dalej, gdzie przywiązali za dłonie do górnej cześci samotnego drzewa, wyrastającego obok lasku. Stała – raczej wisiała – z rękami w górze, nie stawiając żadnego oporu grawitacji. 

Pomyślał też, że będzie tak jak dziadkowie opowiadali; albo ją wrzucą na żywca do ognia, albo ktoś podejdzie i podetnie jej gardło. Tak czy owak, ofiara będzie złożona. A on – on będzie tego świadkiem.

Do tego czuł w czaszce mocno rozpychającą się łokciami myśl, że ciekawość to rzeczywiście pierwszy stopień do piekła. Ale był tak zafascynowany tym, czego był świadkiem, że gotów był pójść i do piekła byle tylko zobaczyć finał. 

Zresztą był przekonany, że Belzebub ma już dla niego gotowy kąt, więc równie dobrze mógł zostać i zerknąć jeszcze kilka razy aby zebrać materiał badawczy. 

Jednocześnie w myślach szybko kalkulował: uciekać? Czy może zostać – a w razie wpadki – wyłgać się od wszystkiego, jak to miał w zwyczaju. A jeśli się uda, to dać świadectwo prawdy. Tak postąpiłby prawy człowiek, po za próbą interwencji, rzecz jasna. 

Ale Szpunar ani prawy ani odważny nie był. A i tak nikt by mu nie uwierzył. 

Chociaż, sam się wahał czy to przypadkiem nie jest efekt tego paliwa rakietowego, które łyknęli na rozgrzewkę. Może w rzeczywistości stracił wzrok a ostatnie żywe komórki w jego mózgu urządzały sobie dance macabre

Nawet jakby to nagrał. A właśnie, pomyślał, to właściwie nie był głupi pomysł. Tyle że… przecież przezornie telefon zostawił w domu. Żeby nie zgubić. Ani żeby go satelity szpiegowskie nie namierzyły. 

A gdyby tak sprowadzić tu Kuleja albo Pawłowskiego? Nie, za długo by to trwało. Musiałby ich odnaleźć, przekonać a potem jeszcze wrócić na miejsce. Przegapiłby wtedy finał.

Niepokojąco szybko zrodziło się w nim zrozumienie dla wójta i zwierzęcej niemal nienawiści do tych ludzi. 

– Ofiary z ludzi… Chryste Panie – burknął cicho niewierzący przecież. – I to dzisiejszych czasach, w dwudziestym wieku – dodał, myląc się przy tym w rachunkach. 

Tymczasem, do dziewczyny ubranej w czerwień zbliżyła się kolejna postać. Czy raczej… podpełzła. Najpierw był to cień niezdarnie wijący się po ziemi. Wpierw wziął to za iluzje optyczną czy grę świateł i zignorował z początku. Ale reakcja ludzi zebranych wokół ognia była natychmiastowa: szmer, poruszenie. Krąg się zatrzymał. 

Cień przeszedł z czołgania do pełzania na czterech kończynach po czym stanął przed dziewczyną odzianą w czerwoną suknię. Wyprostował się. 

Szpunar widział tylko tył sylwetki oświetlany blaskiem ogniska. Męska, niemal naga, odziana jedynie w przepaskę na biodra. Do tego dłonie o szpiczastych pazurach i coś jakby pancerz na plecach. Na głowie miał kaptur, ale nie był tego taki pewien bo z daleka ciężko mu było rozróżnić szczegóły.  

– Niesamowite – powiedział. – Takie rzeczy tutaj… tyle lat człowiek żyje i…

Stara kobieta o siwych włosach, zbliżyła się do obojga. Znów trzymając w dłoniach czarkę, podała ją bez strachu, bez żadnych emocji w zasadzie, gdy przerażająca postać doskoczyła do niej. Cień jednym szybkim haustem opróżnił naczynie. Jak poprzednio, i owa postać zawyła, jeszcze potężniej. 

Ale nie padła. Przeciwnie – jakby urosła i nabrała wigoru. 

Kobieta wyciągnęła otwartą dłoń, na której coś się świeciło, na zielono czy niebiesko, Szpunar nie mógł stwierdzić z całkowitą pewnością gdyż blask ogniska zniekształcał kolor y jak i szerszy obraz. Postać szybkim ruchem przyjęła dary i połknęła je bez oporu. Zaczęła się trząść, sapać i dyszeć. 

Po chwili zawyła ponownie, tak że Szpunara po raz kolejny przeszły ciarki po plecach. 

Żałował, że nie zabrał ze sobą broni. Niepotrzebnie, z bronią był tylko kłopot, a największy taki, że żadnej nie posiadał. 

Nagle, dziwna postać rozłożyła ręce a jej cień zrobił się jeszcze większy. Szpunar znów dostrzegł szpony na końcach palców dłoni, jakby błysnęły w świetle księżyca. Bestia, jak ją widział, zawyła, jakby gotując się do uderzenia, do zadania ostatecznego ciosu.

– A więc jednak – powiedział do siebie Szpunar. – Boże, miej to biedne dziecko w swojej opiece. 

Gdyby to coś pomogło, to by się w tamtej chwili przeżegnał. Bo oczami wyobraźni widział jak ta łapa spada na gardło i rozrywa je na pół a krew tryska strumieniem.

Nim jednak zdarzył dokończyć swoją myśl, z ognia wyskoczył – jak feniks z popiołu – czarny, smolisty koń, a na nim młodzieniec ubrany – dla kontrastu, cały na biało. Na głowie miał wianek, w prawej ręce trzymał coś – Szpunar miał nadzieję, że tylko przypominało to głowę ludzką – w lewej zaś coś jakby lagę, która na końcu miała doczepione kłosy żyta.

Zwrócił sobą uwagę potwora – cienia, który odwrócił się, dzięki czemu Szpunar miał okazję zobaczyć jego twarz.

Ale nic takiego nie zobaczył. Zamiast twarzy ujrzał wydłużony pysk uzbrojony w szereg ostrych zębów, szeroko rozstawione oczy i coś jakby wgłębienie na czole. A tam świeciło coś jakby… Może kamień? Oko? I przez ułamek sekundy miał wrażenie, że to właśnie coś wypatrzyło go w gąszczu i przygląda uważnie.

Bestia ponownie zawyła, po raz trzeci zadzierając łeb do góry. Szpunar z ulgą wtedy zauważył, że jest to tylko maska. A pod nią – zupełnie ludzką twarz. To tylko przebieraniec, pomyślał. Może to tylko teatr? A to wszytko lipa. Film pewnie kręcą… to w porządku, pokrzepił się, wbrew sobie.

Nic strasznego się nie działo. 

Młodzieniec poskromił swojego konia, który na dźwięk wycia spanikował i niespokojnie kręcił się w kółko. Następnie chłopak zakręcił maczugą w powietrzu kilka razy, krzycząc coś niezrozumiale w obcym dialekcie aż w końcu na potwora spadł cios. 

Co dziwne, pomyślał Szpunar, ten spokojnie mógł ciosu uniknąć. Wystarczył krok w tył, bok lub zwykły unik. Ale zamiast tego podłożył się i padł jak długi. Głupi albo naćpany, pomyślał. Albo jedno i drugie, zazwyczaj idą w parze.

Młodzieniec zsiadł z konia, nadepnął na truchło potwora, dla pewności poprawił kończącym ciosem. Podszedł do drzewa, oswobodził dziewczynę, przerzucił ją sobie przez ramię jak worek kartofli i ułożył na zadzie konia, wciąż nieprzytomną. 

Stara kobieta o siwych, sterczących włosach zaprotestowała głośno i wyraźnie, krzycząc coś również w języku którego Szpunar ani nie znał ani nie rozumiał. Z gestów i ekspresji wywnioskował, że zaszło tutaj coś, co nie powinno i nie była z tego zadowolona. I zasadniczo zgadzał się ze swoimi myślami. 

Protestująca kobieta również otrzymała, na pożegnanie i ku przestrodze jednocześnie, delikatną pieszczotę maczugą. Po czym jej protesty ustały jak ręką odjął. 

Zadowolony z siebie młodzieniec coś tam krzyknął, potem jeszcze raz, zagroził zebranym machnięciem maczugi, krzyknął po raz trzeci, zakręcił koniem dookoła ogniska i – skoczył w ogień. 

I tyle go Szpunar widział. 

– Impreza chyba powoli się wypala – mruknął sam do siebie. – To i na mnie pora. 

Delikatnie się wycofał, wracając w stronę obozu, dokładnie tam gdzie wcześniej rozlał benzynę. Nie miał zamiaru czekać aż się rozejdą. Postanowił odwrócić ich uwagę pożarem a a potem wrócić na wzgórze i tam dokończyć dzieła. Po takim przedstawieniu winnego nikt nie będzie szukał.  

Wpierw jednak wrócił po swoje gumowce, założył je i robiąc śmieszne kroki pomaszerował na miejsce zbrodni. Przechylił kanister z paliwem, i cofając się w kierunku bagien rozlewał zawartość. 

Kiedy uznał, że jest już w bezpiecznej odległości, wyciągnął zapałki, odpalił, rzucił na ziemie i patrząc jak ogień podąża w kierunku obozu, powiedział: 

– Zobaczymy, czy i ten ogień was tak rozpali…

 

 

***

– Widziałeś znak? – spytał zziębnięty Pawłowski na widok Kuleja. Wypił całą zawartość butelki podczas ich nieobecności, więc miał już trochę w czubie, co odbijało się na jego sposobie myślenia. – Czy ty jesteś tym znakiem?

– Jaki znak? – odparł Kulej gniewnie. Zły był do szpiku kości, równie przemoknięty i przemarznięty. Nie zatrzymał się, przeszedł tylko obok kucającego kolegi, który rozmasowywał sobie skostniałe palce dłoni, trąc i chuchając na przemian. 

– Żeby podpalać. Czekam na znak – wybełkotał. 

Kulej zignorował Pawłowskiego. Szedł dalej, sadząc długie kroki w niewygodnych woderach, starając się jak najszybciej opuścić miejsce przyszłej zbrodni. 

Nagle zatrzymał się w pół kroku. Dotarło do niego, że przecież nie jest w stanie przez całą drogę maszerować w tym obuwiu. Do lasu może jeszcze jakoś doczłapie, ale poźniej przydało by się zmienić buty – zanim odciski go wykończą. Po za tym bagna nie oznaczały końca spaceru. Przecież samochód należał do Pawłowskiego, on miał doń kluczyki i w pewnym sensie był na jego łasce.

– Nie będzie żadnego podpalania – powiedział ostro. – Zwijamy się! Już!

Pawłowski wyczekiwał na inny znak, ten mu jednak wystarczył. Miał już po dziurki uszu konspiracji, był przemoczony do suchej nitki, trzęsło nim jak galaretą, nawet zęby mu szczękały. Do tego czuł, że jak amen w pacierzu zakończy się to zapaleniem płuc. Albo gorzej. Ubezpieczony nie był i raczej nie zapowiadało się, by inwestor wypłacił chorobowe.

– A Szpunar? Co z nim? – spytał nerwowo. – Nie czekamy na niego? 

– Niech go piekło pochłonie – odparł Kulej. 

Wrzało w nim jak w czajniku. Gdyby było jaśniej, Pawłowski pewnie dostrzegłby parę buchającą z jego uszu.

Nie zdążył dobrze dokończyć ostatniego zdania gdy z nieba walnęła błyskawica, rozcinając ciemność i na ułamek sekundy oświetlając całą polanę. Pawłowski dostrzegł samochody i namioty porozstawiane na polu. 

Obaj zadrżeli. Nic nie zapowiadało burzy, do tego z piorunami. 

– To ich mieliśmy spalić? – spytał Pawłowski wskazując na obozowisko za krzakami. Widocznie grom go otrzeźwił. 

Kulej nie odpowiedział ale z jego wściekłej twarzy można było wyczytać odpowiedź aż za dobrze.

– Masz rację, niech go piekło pochłonie – zgodził się Pawłowski. 

Z kolei nim on wypowiedział ostatnie słowo, na wzgórzu buchnął ogień. Wystrzelił w powietrze niczym sputnik, by po czym wrócił na ziemię i palił się dalej, mniejszym płomieniem. 

Spojrzeli po sobie, jakby pytająco choć jasnym było, że obaj podjeli już decyzję. 

– W nogi! – krzyknął Pawłowski, rzucając się przez bagna, wcale nie licząc się z zimnem i wilgocią.

Pędzili przez ciemność, nie oglądając się za siebie, jakby ogień był zwiastunem czegoś gorszego, a ręka sprawiedliwości miała ich lada moment chwycić za kark. 

Dopadli w końcu do zaparkowanej Nyski. Kulej dysząc i sapiąc mocował się z woderami, które dały mu się w kość podczas odwrotu, ponaglając przy tym Pawłowskiego wykwintnymi epitetami, by ten odpalił silnik i włączył grzanie. 

Pawłowski myślał o tym samym. Ucieczka kosztowała go sporo wysiłku. Napitek od Kuleja jak i bosa noga wpływały znacząco na jego koordynacje ruchową – co krok gubił rytm, przewracał się, nogi mu się plątały i gdyby Kuleja nie spowalniały wodery, nigdy by go nie dogonił. 

Ale Nyska ani myślała się słuchać i spełniać te życzenia. Jak na złość coś jej się odwidziało, zbuntowała się i nie reagowała ani na prośby, ani tym bardziej na groźby, które Pawłowski z coraz większą pasją i zapalczywością z siebie wyrzucał. 

– Może nie ma paliwa? – spytał Kulej z przekąsem.

– Coś powinno zostać, no chyba że wyciekło. To pewnie świece. 

Wyszedł z szoferki i otwierając maskę trzęsącymi się z zimna dłońmi powykręcał po kolei świece, przeczyścił koszulą i wkręcił z powrotem na miejsce. 

Kulejowi chciało się wyć ze wściekłości. Miał ochotę rzucić się do biegu przez las, boso przez szosę, gotów nawet przepłynąć rzeką. A najbardziej to kusiło go by dać w łeb Szpunarowi, którego akurat nie było pod ręką. Był Pawłowski, który też się prosił, ale to musiało poczekać. 

Pawłowski wrócił do szoferki, przeżegnał się żarliwie i z zamkniętymi oczyma przekręcił kluczyk w stacyjce. Nic. Zero reakcji. 

Kulej aż poderwał się z siedzenia gotów chwycić za klamkę i biec przed siebie, byle dalej, gdy silnik zaskoczył.

– Alleluja! – krzyknął po drugiej próbie Pawłowski i wrzucił bieg. – Zrywka stąd! 

Powoli wyjechali z lasu, wciąż nie ryzykując włączenia świateł. 

– Ale się zajęło… – krzyknął niezdrowo podekscytowany Pawłowski gdy zobaczył po swojej lewej stornie łunę w oddali. – Ubezpieczyciel nawet nie piśnie. Nie ma prawa!

– Zamknij się, idioto! – rzucił mu Kulej. – Skup się lepiej na drodze. 

Fakt, wyszło lepiej niż planowali. A nawet gorzej, dużo gorzej. Efekt końcowy się zgadzał ale wszystko po drodze się rozleciało. I to do tego stopnia, że coś, co z trudem można było uznać za moralnie wątpliwe, nawet dla kogoś z bardzo elastycznym kręgosłupem, jawnie śmierdziało przestępstwem. 

– Co tam się w ogóle stało? – zapytał Pawłowski nie odrywając wzroku od szosy. 

Kulej próbował w myślach poukładać sobie, co tak właściwie się wydarzyło. Wszytko działo się zbyt szybko, że nie był już niczego pewien. 

– Nie wiem – odparł Kulej. – Po tym, jak obeszliśmy pole, mieliśmy się spotkać i razem podłożyć ogień. Ale po drodze zorientowałem się, że to nie żadne pole tylko obozowisko. Coś mnie tknęło, że to nie pomyłka tylko zostaliśmy wrobieni w niezłą kabałe. 

– Mhm – przytaknął Pawłowski zachęcając do dalszych wyjaśnień.

– Spytałem o to Szpunara, nie zaprzeczył, więc nie było mowy o żadnej pomyłce. Od początku chciał ich spalić. Może nie ludzi ale obozowisko. Ale wymyślił to tak głupio, że i ludzie poszli by z dymem. 

– Ale koniec końców… podpaliliście?

– Nie! Ja się wypisałem i wróciłem. A potem… to już sam widziałeś. Więc albo Szpunar sam to zrobił. Albo to ten piorun…  

– Przynajmniej robota zrobiona.

– Ty dalej nic nie rozumiesz, co? Wiesz, jak my za to możemy beknąć? 

– Jakie my? – spytał Pawłowski któremu wraz z temperaturą ciała wracał powoli rozum – Mnie tam nigdy nie było. Szpunar co najwyżej mógł mieć coś z tym wspólnego, jak milicja spyta. Nie żebym miał się komuś zwierzać, ale jak mam do wyboru siebie czy Szpunara…

– Ludzie tam mogli zginąć! A my za współudział pójdziemy…

– Ja się nigdzie nie wybieram – powiedział z determinacją kierowca Nyski. – A już napewno nie za dwie stówy. Szpunar będzie musiał coś dołożyć do portfela jak mam siedzieć cicho.

Jechali coraz szybciej. Pawłowski zrobił się odważniejszy nie tylko w słowach. Księżyc schował się za chmurami, widoczność spadła niemal do zera. 

Łuna rozjaśniająca niebo znajdowała za ich plecami. Świtało już prawie, ale wciąż było na tyle ciemno, że utrudniało to jazdę samochodem.  

– Myślisz, że coś mu się stało? Szpunarowi?

– Gówno mnie to obchodzi. Patrz na drogę – odburknął zły Kulej. 

Wciąż był wściekły, że dał się w to wciągnąć. Od razu powinien się zorientować, że Szpunar nie podejmie się niczego legalnego, to było by wbrew jego naturze. 

Co chwila uderzał dłonią w siedzenie, by rozładować złość, ale niewiele to pomagało.

Pawłowski coraz gorzej panował nad pojazdem, skostniałe ręce z trudem zakleszczały się na kierownicy i od czasu do czasu jechał zygzakiem. Bosa, mokra stopa ślizgała się po pedałach. A ciepłe powietrze, otulające go jak pierzyna zaczęło go usypiać. 

– Idiota! – burknął Kulej ale miał na myśli siebie. 

Pawłowski myślał, że to o niego chodzi już chciał się tłumaczyć, że warunki pogodowe są dalekie od idealnych, ale jego kolega nawet nie miał zamiaru tego słuchać. 

– Cholera jasna, tak to jest pracować z idiotami. 

– Co prawda, to prawda – odparł Pawłowski. – Miało być wypalanie a wyszło, co wyszło. 

Pawłowski znany był ze swojej skłonności do lakoniczności i częstego odpowiadania bez sensu, ewentualnie tego, co mu ślina na język przyniesie i rzadko kiedy w swoich wypowiedziach zahaczał o sedno. Tym razem jednak zwięźle podsumował sprawę.  

– Ludobójstwo! Powiem ci jedno, Maurycy – syknął Kulej – Może i kończyłem studia ale głupi jestem jak but z lewej nogi. Ty nie lepszy, ale ja to jutro rano pierwszą rzecz jak powinienem zrobić, to złożyć dyplom i zawiadomienie o…

Nie dokończył, bo swoim wywodem zwrócił uwagę Pawłowskiego, który spojrzał na niego myśląc, że usłyszy coś ciekawego. Że dowie się czegoś znaczącego o wszechświecie, życiu, lub chociaż otaczającej ich przyrodzie. Że ta obelga musiała być podszyta czymś głębszym, co wniesie coś interesującego do jego i tak smutnego życia. 

Kiedy jego wzrok wrócił na odpowiednie miejsce – było już za późno. 

Z naprzeciwka jechał rowerzysta. Środkiem drogi, choć nieco zbaczając na boki. Pawłowski szarpnął kierownicą w ostatniej chwili, unikając zderzenia. Rowerzysta również zrobił szybki unik, zbyt gwałtownie jednak i jego rower skręcił na pobocze a potem już prosto w las. Kończąc jazdę upadkiem i wiązanką przekleństw.

Nyska miała mniej szczęścia, unikają zderzenia z rowerzystą, samochód również uciekł w bok, i też do lasu, tyle, że po przeciwnej stronie. Z impetem zderzyła się z rosnącym swobodnie drzewem. Obaj – kierowca i pasażer – w wyniku tego zderzenia stracili przytomność. 

Leżeli tak do czasu, aż przypadkiem natknął się na nich przejeżdżający patrol policji.

Dziwnym trafem, wspomnianego rowerzysty nigdy nie odnaleziono. Bo też nie starano się go odnaleźć.

Koniec
Nowa Fantastyka