Pierwsza część: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34284#koniec
Pierwsza część: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34284#koniec
Razem z innymi pasażerami, poruszającymi się z podobną, nieco komiczną ostrożnością, skierowałam się do wyjścia ze statku. Przeszliśmy przez krótki, hermetyczny rękaw i stanęłam na początku długiego, ruchomego chodnika, który prowadził w głąb terminalu przylotów Kujawskiego Portu Kosmicznego.
Spojrzałam w jego stronę. Nowoczesna, szklano-metalowa konstrukcja lśniła w popołudniowym słońcu. Prawdziwy multimodalny port – widziałam w oddali zarysy peronów kolejowych, niżej wloty do stacji metra, a gdzieś z boku rozległe parkingi i drogi dojazdowe. Na głównej, szklanej elewacji terminalu radośnie machała w moim kierunku kilkumetrowa, holograficzna historyczna hybryda kujawska: z lewej czarny orzeł ze skrzydłem i szponem, z prawej czerwony lew z grzywą i łapą i wspólną złotą koroną. Zamiast dawnych heraldycznych atrybutów, ta sympatyczna, świetlista bestia trzymała w szponie miniaturowy model „Swaroga”. Maskotka portu, lokalna i z głębokimi korzeniami w średniowieczu.
Uśmiechnęłam się do tej myśli. Tak rzadko uświadamiamy sobie, jaka część naszej współczesności, nawet tutaj, na progu podróży międzyplanetarnych, stanowi dziedzictwo dawnych czasów. W nauce, na przykład: pomyślałam o Sumerach i ich systemie sześćdziesiętnym, dzięki któremu do dziś dzielimy okrąg na 360 stopni, a godzinę na 60 minut i minutę na 60 sekund. O Babilończykach, od których przejęliśmy siedmiodniowy tydzień, prawdopodobnie powiązany z kwadrami Księżyca. O Egipcjanach, którzy tak precyzyjnie mierzyli długość roku słonecznego. Tyle fundamentalnych koncepcji, które wrosły w naszą codzienność tak głęboko, że traktujemy je jak oczywistość, zapominając o ich tysiącletnich korzeniach. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Podobnie jest z całym kapitałem kulturowym – językiem, którym mówimy, opowieściami, które tata snuł pod rozgwieżdżonym niebem, a które miały swoje źródła w jeszcze starszych mitach, filozofią, która wciąż kształtuje nasz sposób zadawania pytań. Ta hybryda przede mną stanowiła kolejny, sympatyczny most między zamierzchłą przeszłością a podróżami międzygwiezdnymi.
W tle, za lśniącą bryłą terminalu, majaczyły wieżowce miasta. Zdawało mi się, że dostrzegam okno mojego mieszkania, z którego tyle razy, z kubkiem kawy w dłoni, obserwowałam starty rakiet, marząc o tym, by kiedyś znaleźć się na pokładzie jednej z nich. Ironia losu.
Chodnik poruszał się płynnie, ale po kilku metrach zeszłam z niego. Muszę ćwiczyć w ziemskiej grawitacji – pomyślałam z determinacją. – Żadnych kompromisów. Zrobiłam kilka szybkich kroków po nieruchomej posadzce. Każdy krok przypominał dźwiganie dodatkowego ciężaru. Serce waliło mi jak młot, a płuca domagały się powietrza. Po chwili, zadyszana i lekko zawstydzona własną słabością, wróciłam na ruchomy pas. Czy rzeczywiście kierowała mną chęć ćwiczeń – zastanowiłam się, czując, jak rumieniec wpełza mi na policzki – czy może tylko desperacka próba odwleczenia tego, co nieuniknione?
Wjechałam do ogromnej hali przylotów. I wtedy uderzył we mnie dźwięk. Ogłuszający, wibrujący hałas cywilizacji, bombardujący wszystkie moje zmysły na raz. Suche komunikaty z megafonów o przyjazdach pociągów, odjazdach autobusów, odlotach samolotów i przylotach statków kosmicznych zlewały się w jeden, niezrozumiały szum. Holograficzne reklamy atakowały z każdej strony; choć miały kusić fantastycznymi wakacjami, jedynie irytowały. Bardziej irytowały i zniechęcały swoją namolnością, a do tego refleksy świateł przechodzące przez skomplikowaną geometrię sufitu. Gdzieś w tle grała nijaka, terminalowa muzyka, zagłuszana przez gwar setek rozmów, śmiechów, okrzyków radości witających się ludzi i płaczu zmęczonych dzieci.
Lekko oszołomiona, rozejrzałam się dookoła, mrużąc oczy od nadmiaru bodźców. Szukałam.
I… tak. Zauważyłam go. Stał na krawędzi strefy przylotów, wyższy od większości otaczających go ludzi, i intensywnie rozglądał się po tłumie wychodzącym ze strefy przylotów.
Poczułam gwałtowny, niemal bolesny przypływ adrenaliny, który rozlał się po moim ciele jak fala gorąca. Całe zmęczenie, cała ociężałość zniknęły w jednej chwili. Nie myśląc, nie analizując, po prostu zaczęłam biec w jego stronę. Przebiegłam szybko kilkanaście metrów, czując, jak T-shirt lepi mi się do pleców, a spódniczka podwija przy każdym kroku. I wtedy, równie nagle jak przyszła, energia mnie opuściła. Zgięłam się wpół, by po chwili wyprostować się i odchylić do tyłu, łapczywie chwytając powietrze jak po zbyt długim nurkowaniu. Moje płuca płonęły, a nogi drżały.
Ale on już mnie zauważył. Jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu, który pamiętałam z każdego naszego spotkania i każdej naszej rozłąki. Już do mnie biegł, nie zważając na innych ludzi, zahaczając o nich, wzbudzając ich głośne oburzenie, okazywane wymownymi gestami i stłumionymi okrzykami.
Stałam, zadyszana, niezdolna uspokoić oddechu w oczekiwaniu, kiedy dobiegnie. Emocje wcale mi w tym nie pomagały. Obraz zaczął mi się rozmywać, a oczy wypełniły się gorącymi łzami, które po chwili przelały się przez krawędzie dolnych powiek, spływając strumykami po policzkach i kapiąc z brody na płyty posadzki.
Dobiegł. Stanął tuż przede mną bez jakichkolwiek oznak zmęczenia. Widziałam na jego twarzy to samo wzruszenie, które czułam rozsadzające moją pierś. Milczał. Ja również nie potrafiłam wydusić słowa.
Podszedł ten ostatni krok i objął mnie mocno. Przytuliłam się do niego, nie tyle się wtuliłam, co wtopiłam w jego ramiona, chowając twarz, czując znajomy zapach jego skóry. Staliśmy tak, ściskając się tak mocno, że chyba naprawdę słyszałam cichy trzask naszych własnych chrząstek. A może to tylko nasze serca waliły niczym dwa oszalałe bębny.
A potem odsunął mnie lekko, ujął moją twarz w dłonie i pocałował. Długo, namiętnie, tak jakby chciał w jednym pocałunku zamknąć wszystkie te miesiące rozłąki, wszystkie niewypowiedziane słowa i wszystkie tęsknoty. I w tej chwili zrozumiałam, jak byłam głupia, obawiając się, że długie rozstanie, że te setki tysięcy kilometrów kosmicznej pustki, mogły cokolwiek zmienić w naszej relacji. Nic się nie zmieniło. A może zmieniło się wszystko – na jeszcze lepsze.
Staliśmy tak, wtopieni w siebie, a świat terminalu na chwilę przestał istnieć. Dopiero gdy zabrakło nam tchu, odsunęliśmy się odrobinę, wciąż trzymając się za ręce, jakby każde z nas bało się, że to tylko sen.
– Opowiadaj, jak ci tam upłynął czas… – zaczął cicho; jego głos wciąż był lekko ochrypły od wzruszenia. Jego kciuk delikatnie gładził wierzch mojej dłoni.
Westchnęłam, próbując zebrać myśli. Jak opisać te miesiące? – Na początku zmagałam się z ogromnymi trudnościami. – Spojrzałam mu w oczy, chcąc, by zrozumiał. – Cierpiałam strasznie. Ten wszechobecny, drobny pył, który wdzierał się wszędzie, jedzenie z tubek, które smakowało jak tektura, nieustanne poczucie izolacji… i ten głód. Nie tylko fizyczny, choć ten też dawał się we znaki. Ale przede wszystkim głód normalności. I samotność. Taka, która wgryza się w kości. Ale w końcu się przyzwyczaiłam. Może aż za bardzo. Czasem łapałam się na tym, że rozmawiam z własnym odbiciem w szybie.
Uśmiechnął się smutno. – A wiesz, o czym marzyłam od pierwszego dnia na Księżycu? – zapytałam, próbując rozładować napięcie.
Jego oczy rozbłysły cieplej. – O mnie? – zapytał z udawaną nadzieją.
Zaśmiałam się cicho. – Też. Ale przez cały czas tam… najbardziej, tak fizycznie, niemal boleśnie, marzyłam o zjedzeniu z tobą jakiegoś… ogromnego, ociekającego tłuszczem, piekielnie niezdrowego… obiadu. Takiego, po którym trzeba odpiąć guzik w spodniach.
Udał zranioną minę, kładąc dłoń na sercu. – To niezwykle miłe. Choć, szczerze mówiąc, obstawiałem, przynajmniej przez chwilę, że o mnie w ogóle nie myślałaś, zajęta planowaniem menu.
Pociągnęłam go lekko za rękę. – Chodźmy po mój bagaż, zanim zacznę tu mdleć z głodu i nadmiaru emocji.
Skierowaliśmy się w stronę hali odbioru bagażu. Zamiast tradycyjnych taśmociągów, stały tam rzędy wysokich, przeszklonych regałów, na których spoczywały dziesiątki, jeśli nie setki, identycznych, sześciennych walizek z szarego kompozytu. Zautomatyzowany podajnik właśnie dostawiał kolejne. Stanęliśmy jak wryci. Zszokowani, spojrzeliśmy na siebie, a na naszych twarzach jednocześnie odmalowało się niedowierzanie i rozbawienie absurdem sytuacji. – No i co teraz? – Robert uniósł brwi. – Mamy sprawdzać po zawartości czy brać pierwszą z brzegu i liczyć na szczęście?
Podeszłam bliżej jednego z regałów, mrużąc oczy, licząc, że rozpoznam jakieś charakterystyczne zadrapanie, wgniecenie – cokolwiek, co odróżniałoby mój bagaż od tej armii klonów. Ale po chwili zrezygnowałam. Przecież nie posiadałam żadnego punktu odniesienia – pomyślałam z irytacją. – Wszystkie wyglądały na nowe i identyczne.
Stałam bezradnie przed ścianą identycznych, sześciennych walizek, gdy nagle z wbudowanego w regał głośnika dobiegł znajomy, syntetyczny głos, ten sam, który prowadził mnie przez korytarze „Swaroga”: – Witaj, Agnieszko. Twoja walizka znajduje się na półce numer trzy, w rzędzie G. Jednocześnie niewielka, zielona ramka świetlna podświetliła jeden z sześcianów, wyróżniając go spośród dziesiątek innych.
Robert podszedł do wskazanego miejsca, które dodatkowo przyciągało wzrok pulsującym, zielonym światłem. Już wyciągał rękę, by zdjąć walizkę, ale zatrzymał się gwałtownie, gdy głos z głośnika odezwał się ponownie, tym razem tonem uprzejmego urzędnika: – Czy odbieracie Państwo walizkę osobiście, czy preferujecie automatyczne przesłanie jej na zarejestrowany adres domowy za pośrednictwem systemu Geodukt?
Spojrzeliśmy na siebie z Robertem. Przez ułamek sekundy rozważałam wybór i wygrała ciekawość jak ten Geodukt działa w praktyce. Skinęłam głową i Robert potwierdził wysyłkę na adres powiązany z biletem.
Zielona ramka wokół mojej walizki zamigotała dwukrotnie, po czym walizka cofnęła się wgłąb regału, a miejsce po niej zajęła kolejna. – No proszę. – Pokręcił głową. – Chyba musimy częściej podróżować, bo zachowujemy się jak ten przysłowiowy chłop w biurze, zaskakiwani każdą nowinką.
Parsknęłam śmiechem, który był mieszanką ulgi i rozbawienia. – Skąd ty wytrzasnąłeś to powiedzonko?
Wzruszył ramionami, uśmiechając się zawadiacko. – Sam nie wiem. Mój mózg wyciągnął je z jakichś zapomnianych odmętów pamięci. Chyba moja babcia tak mawiała na osoby niegramotne, które gubiły się w urzędach.
– Niegramotne? – uniosłam brew. – Hej, co jest? Nie rozumiem słów, które do mnie mówisz. Brzmisz jak postać z dziewiętnastowiecznej powieści.
– No wiesz – zaśmiał się Robert – niegramotny, czyli niepisaty i nieczytaty. Analfabeta.
Agnieszka znowu parsknęła, tym razem głośniej, kręcąc głową. – Samotność zdecydowanie tobie nie służy, kochanie. Zaczynasz mówić językiem pradziadków.
Przytuliła się do niego mocno, a on objął ją ramieniem, przyciskając do siebie. Poczuła, jak całe napięcie z niej odpływa. Była zmęczona, jej ciało wciąż walczyło z grawitacją, ale teraz miała oparcie. On to poczuł i podtrzymał ją mocniej, pozwalając jej oprzeć cały ciężar na sobie.
Wyszliśmy z terminalu, kierując się w stronę lśniącej w słońcu stacji taksówek autonomicznych. Drzwi najbliższego pojazdu otworzyły się bezszelestnie, gdy tylko podeszliśmy. Robert pomógł mi wsiąść do środka, podtrzymując mnie pod ramię. Sam obszedł samochód i zajął miejsce obok mnie.
Siedzieliśmy z tyłu, przytuleni do siebie. Wnętrze pojazdu urządzono minimalistycznie – jasna, miękka tapicerka, dyskretne, rozproszone światło sączące się z paneli sufitowych. Pachniało nowością i czymś subtelnie cytrusowym. – Zawieź nas do pierwszej wolnej jadłodajni – rzucił Robert w stronę deski rozdzielczej.
– Zarezerwowano stolik w jadłodajni numer 456. Na miejscu za dziesięć minut – odpowiedział spokojny, syntetyczny głos, a samochód bezszelestnie ruszył w głąb miasta.