- Opowiadanie: cezary_cezary - Prawo należności nocy, czyli krótka rzecz o niebezpieczeństwach płynących z życia w zupełnej ciemności, alternatywie, od której cierpną włosy na plecach, a także o złu skrytym w człowieku

Prawo należności nocy, czyli krótka rzecz o niebezpieczeństwach płynących z życia w zupełnej ciemności, alternatywie, od której cierpną włosy na plecach, a także o złu skrytym w człowieku

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

GalicyjskiZakapior, HollyHell91

Oceny

Prawo należności nocy, czyli krótka rzecz o niebezpieczeństwach płynących z życia w zupełnej ciemności, alternatywie, od której cierpną włosy na plecach, a także o złu skrytym w człowieku

Tomek spo­glą­dał ner­wo­wo na ana­lo­go­wy ze­ga­rek umiej­sco­wio­ny w cen­tral­nej czę­ści deski roz­dziel­czej wy­słu­żo­ne­go Pas­sa­ta. Było późno, nie­dłu­go miało zmierz­chać. Męż­czy­zna wie­dział do­sko­na­le, że jazda przez las w kom­plet­nej ciem­no­ści to wyrok śmier­ci.

– Szyb­ciej, stary rum­plu – wark­nął do sa­mo­cho­du i wbił pedał gazu w pod­ło­gę.

Słoń­ce za­czy­na­ło zni­kać za ho­ry­zon­tem, a wraz z nim po­wo­li, ale nie­uchron­nie drogę za­czę­ła spo­wi­jać ciem­ność. Tomek wró­cił my­śla­mi do cza­sów, gdy na nie­bo­skło­nie ja­śnia­ły gwiaz­dy, nad któ­ry­mi ma­je­sta­tycz­nie gó­ro­wał księ­życ. Wtedy dzia­ła­ły także sztucz­ne źró­dła świa­tła, ale i je utra­ci­li­śmy bez­pow­rot­nie. Ile to już lat mi­nę­ło? Kilka? Kil­ka­na­ście? Za­baw­ne, jak lu­dzie szyb­ko ad­ap­tu­ją się do nie­wy­go­dy.

– Kurwa mać, nie zdążę… Za żadną cho­le­rę nie zdążę – wy­szep­tał do sie­bie, w my­ślach prze­kli­na­jąc się za lek­ko­myśl­ny wy­jazd. – Co do…?

Na drogę wy­bie­gło oszo­ło­mio­ne zwie­rzę przy­po­mi­na­ją­ce ogrom­ne­go je­le­nia po­kry­te­go bru­nat­ną mazią. Tomek wy­ko­nał gwał­tow­ny skręt kie­row­ni­cą, jed­nak miał zbyt mało czasu, a w do­dat­ku je­chał sta­now­czo za szyb­ko, by opa­no­wać po­jazd.

Sa­mo­chód z im­pe­tem ude­rzył w drze­wo.

 

***

Gdy Tomek od­zy­skał przy­tom­ność, nie­zdar­nym ru­chem od­piął pas i z nie­ma­łym tru­dem wy­czoł­gał się z po­jaz­du. Oczy za­szły mu krwią, ale mimo tego zdo­łał do­strzec nie­wy­raź­ny kształt w od­le­gło­ści kilku me­trów. Ów kształt pod­szedł bli­żej i oka­zał się przy­stoj­nym męż­czy­zną w pstro­ka­tym gar­ni­tu­rze o ele­ganc­kim kroju.

No­wo­przy­by­ły otak­so­wał miej­sce wy­pad­ku. W oczach pło­nę­ły mu ogni­ki, a twarz wy­krzy­wiał pa­skud­ny gry­mas, który wy­łącz­nie kur­tu­azyj­nie można by uznać za uśmiech.

– Ja jestem Krzysztof, a ty masz teraz dwie moż­li­wo­ści – po­wie­dział, barwa głosu męż­czy­zny była nie­spo­dzie­wa­nie słod­ka i ko­ją­ca. – Mo­żesz zgi­nąć na miej­scu, czego oso­bi­ście nie po­chwa­lam.

– A… Albo…?

– Al­ter­na­ty­wą jest sko­rzy­sta­nie z prawa na­leż­no­ści nocy.

– C… Co…?

– Spie­szę wy­ja­śnić! – od­po­wie­dział męż­czy­zna. – Prze­ży­jesz, ale w za­mian bę­dziesz mu­siał do­ko­nać plu­ga­we­go uczyn­ku. Hej, nie umie­raj mi tutaj, zanim wy­tłu­ma­czę co i jak! – Po przy­ja­ciel­sku klep­nął Tomka w twarz.

– Mów.

– To jest wła­ści­we po­dej­ście, po­do­basz mi się, ko­le­go! Zatem ów plu­ga­wy czyn wy­bie­rzesz sam, spo­śród dwóch opcji. Muszę dodać, że obie cze­ka­ją­ce na cie­bie al­ter­na­ty­wy są rów­nie obu­rza­ją­ce, ale tylko jedna koń­czy się czy­jąś śmier­cią. – W tym miej­scu zro­bił te­atral­ną pauzę. – Zatem, ceną za twoje życie jest Mo­ni­ka, albo cześć Ewy.

– Skąd znasz imio­na…? – za­czął Tomek, ale bru­tal­nie mu prze­rwa­no.

– To bez zna­cze­nia! Zegar tyka, sły­szysz? Tik-tak, tik-tak, tik-tak. To teraz ro­zej­rzyj się wo­ko­ło. Słoń­ce chowa się za linią ho­ry­zon­tu, a wkrót­ce zu­peł­nie znik­nie. Może bę­dziesz żył wy­star­cza­ją­co długo, by usły­szeć kroki do­cho­dzą­ce z ciem­no­ści, kto wie? A może wy­dasz ostat­nie tchnie­nie do­słow­nie kilka se­kund wcze­śniej? Wi­dzisz, ja mam cały czas tego świa­ta, ty nie – za­chi­cho­tał Krzysz­tof.

– Do­brze już, do­brze… Po­wie­dzia­łeś… Po­wie­dzia­łeś, że ceną jest Mo­ni­ka, albo część…? Ewy?

– Wszyst­ko po­krę­ci­łeś, głup­ta­sie! – za­chi­cho­tał. – Nie część, tylko cześć. Zna­czy się, dobre imię, cnota. Mó­wiąc nieco pre­cy­zyj­niej, twoje opcje są na­stę­pu­ją­ce. Do­bro­wol­nie wy­dasz na śmierć żonę albo po­zwo­lisz mi zgwał­cić twoją córkę – wy­ja­śnił. – Ach, był­bym za­po­mniał! Je­że­li po­sta­no­wisz zro­bić mnie w konia, to zgi­nie cała wasza trój­ka! No, to jak bę­dzie?

Tomek wpa­try­wał się w Krzysz­to­fa, jakby ocze­ku­jąc, że ten wy­buch­nie śmie­chem i powie, że je­dy­nie żar­to­wał. Gdy jed­nak nic ta­kie­go nie na­stą­pi­ło, wy­ce­dził:

– Pier­dol się…

– Wiel­ka szko­da! Cóż za stra­ta… No, ale osta­tecz­nie, to prze­cież twój wybór! Skoro nie za­le­ży ci na wła­snym życiu, to pro­szę bar­dzo. Mnie wła­ści­wie nie robi żad­nej róż­ni­cy, czy prze­ży­jesz, więc śmia­ło. Zdy­chaj sobie tutaj. – Męż­czy­zna wzru­szył ra­mio­na­mi i za­czął się od­da­lać od miej­sca wy­pad­ku.

– Spło­niesz za to w pie­kle! – krzyk­nął jesz­cze Tomek.

Na te słowa męż­czy­zna je­dy­nie uśmiech­nął się pod nosem, ale nie zwol­nił kroku. Po chwi­li las po­grą­żył się w zu­peł­nej ciem­no­ści.

 

***

– Nigdy się nie na­uczy­cie, co? – sko­men­to­wał czło­wiek w gar­ni­tu­rze.

– Le­piej mi pomóż, czło­wie­ku, prze­cież mnie na­pa­dli! – wy­sa­pał Woj­tek. – A tak w ogóle, co ty masz na sobie? Z cyrku się urwa­łeś, czy ki dia­beł? – za­py­tał, wska­zu­jąc ko­lo­ro­we odzie­nie.

– Aj, aj, jak nie­grzecz­nie!

– Dobra, już dobra. Nie chcia­łem pana ura­zić, ale pro­szę mnie zro­zu­mieć, ja tu cier­pię… – Głos męż­czy­zny mo­men­tal­nie prze­szedł w bła­gal­ne tony.

– Ależ pro­szę się zu­peł­nie nie przej­mo­wać! – za­chi­cho­tał. – Taki ma­lut­ki, a w do­dat­ku… ciem­ny czło­wie­czek nie mógł­by mnie ob­ra­zić! No, ale gdzie się po­dzia­ły moje ma­nie­ry? Mam na imię Krzysz­tof. Bar­dzo mi miło. – Po tych sło­wach skło­nił się lekko i wy­ko­nał gest, jakby zdej­mo­wał z głowy nie­wi­dzial­ny cy­lin­der.

– Wo… Woj­tek, do usług… Kurwa! Po­mo­żesz mi wresz­cie?

– Jaki nie­cier­pli­wy! Ale niech bę­dzie, cóż my tu mamy? – po­wie­dział Krzysz­tof, po czym okrą­żył po­szko­do­wa­ne­go i obej­rzał do­kład­nie po­zo­sta­wio­ny nie­opo­dal nóż – Nie mam dla cie­bie, drogi ko­le­go, do­brych wia­do­mo­ści. Rany wy­glą­da­ją pa­skud­nie, a pa­trząc po dłu­go­ści ostrza, zga­du­ję, że na­ru­szo­ne zo­sta­ły nerwy. Naj­pew­niej stra­cisz obie nogi.

– Boże…

– No, chyba że…

– Chyba, że co? – do­py­ty­wał Woj­tek.

– Tak, myślę, że mogę to od­krę­cić. Mogę ci za­pro­po­no­wać sko­rzy­sta­nie z prawa na­leż­no­ści nocy. – Wi­dząc py­ta­ją­ce spoj­rze­nie, kon­ty­nu­ował: – W grun­cie rze­czy, to bar­dzo pro­ste. Tro­chę jak z za­cho­wa­niem masy. Wiesz, oddaj ce­sa­rzo­wi, co ce­sar­skie i te spra­wy.

– Mo­żesz mówić ja­śniej?

– Co za czasy…! – wes­tchnął. – Niech już bę­dzie, ja ura­tu­ję twoje nogi, a w ra­mach re­wan­żu ty do­ko­nasz plu­ga­we­go czynu. Mając na uwa­dze cha­rak­ter two­je­go… przy­pad­ku, pro­po­nu­ję dwa wa­rian­ty. Mo­żesz uciąć mę­skość swo­je­go syna… Antka, do­brze za­pa­mię­ta­łem? Jako al­ter­na­ty­wę pro­po­nu­ję od­rą­ba­nie głowy two­je­mu ojcu. Sie­kie­rą. No, ale to już zro­bię sam. Osta­tecz­nie nie je­stem po­two­rem… – dumał. – To jak bę­dzie? Do­ga­da­li­śmy się, czy wo­lisz stra­cić nogi?

– To jakiś chory żart?! – sap­nął Woj­tek. – Ty je­steś chory psy­chicz­nie!

Do­tych­czas po­god­ne ob­li­cze Krzysz­to­fa mo­men­tal­nie po­ciem­nia­ło.

– Oj, tak nie bę­dzie­my roz­ma­wiać – wy­ce­dził.

Nie­ca­ły kwa­drans póź­niej cał­ko­wi­ta, nie­prze­nik­nio­na ciem­ność spo­wi­ła park. Woj­tek dy­go­tał, za­rów­no z zimna, jak i bólu spo­wo­do­wa­ne­go ob­umie­ra­niem koń­czyn. Nie­spo­dzie­wa­nie usły­szał od­głos przy­wo­dzą­cy na myśl cho­cho­li śmiech. Męż­czy­zna w od­po­wie­dzi usi­ło­wał splu­nąć, ale je­dy­nie po­draż­nił gar­dło. Był od­wod­nio­ny, a śli­nian­ki prze­sta­ły pra­co­wać.

Woj­tek za­klął nie­zdar­nie pod nosem, co wy­wo­ła­ło jesz­cze więk­sze roz­ba­wie­nie Krzysz­to­fa. Śmiech męż­czy­zny zda­wał się nie mieć końca, w do­dat­ku z każdą se­kun­dą przy­bie­rał na mocy. Gdy osią­gnął apo­geum, pstro­ka­ty gar­ni­tur roz­bły­snął pa­lą­cym w oczy świa­tłem.

– Co do…? – wy­sa­pał Woj­tek. – Jak to w ogóle moż­li­we?

– Ciem­no. Jasno. To tylko puste słowa, po­zba­wio­ne zna­cze­nia – od­parł Krzysz­tof, lek­ce­wa­żą­co ma­cha­jąc dło­nią. – Liczy się coś zu­peł­nie in­ne­go.

– O czym ty mó­wisz?

– Pod­ją­łeś złą de­cy­zję, a to są jej kon­se­kwen­cje.

Woj­tek nie krzy­czał, gdy jego głowa zo­sta­ła od­dzie­lo­na od resz­ty ciała.

 

***

Krzysz­tof, jak za­wsze wy­stro­jo­ny w pstro­ka­ty gar­ni­tur o ele­ganc­kim kroju, spo­koj­nym kro­kiem prze­mie­rzał ulice mia­sta otu­lo­ne­go ciem­no­ścią. Isto­ty nocy mi­ja­ły go, ale nie ata­ko­wa­ły. Szep­ta­ły groź­by, jed­nak puste i nie­szko­dli­we.

Uwagę męż­czy­zny przy­kuł stłu­mio­ny szloch do­bie­ga­ją­cy z czer­wo­nej budki te­le­fo­nicz­nej. Re­lik­tu mi­nio­nej epoki w takim samym stop­niu, jak bez­u­ży­tecz­ne la­tar­nie dro­go­we. Krzysz­tof wsłu­chał się w dźwięk, po czym wy­szcze­rzył zęby w ka­ry­ka­tu­ral­nej imi­ta­cji uśmie­chu. Pod­szedł bli­żej, stuk­nął w drzwicz­ki i za­py­tał:

– Jest tam ktoś?

– Po­trzeb­na mi pomoc…

– Od razu do in­te­re­sów?! Wy­pa­da­ło­by naj­pierw się przed­sta­wić, tego wy­ma­ga kul­tu­ra oso­bi­sta i ety­kie­ta.

– Prze­mek, mam na imię Prze­mek… Po­mo­żesz mi teraz?

– Po­my­śli­my, po­my­śli­my! – od­po­wie­dział Krzysz­tof. – Ale po­wiedz mi, pro­szę, dla­cze­go w ogóle wy­ła­zi­łeś pro­sto w noc? Prze­cież mu­sia­łeś wie­dzieć, jakie isto­ty wy­ła­nia­ją się z ciem­no­ści. I co z tobą zro­bią, jak już cię wy­czu­ją.

– Ow­szem, wie­dzia­łem – od­po­wie­dział Prze­mek po chwi­li wa­ha­nia, z oczu ciekł stru­mień łez. – Jed­nak czu­łem, że muszę to skoń­czyć…

– Ale już nie czu­jesz…?

– Nie, bar­dzo chciał­bym wró­cić do domu, do ro­dzi­ny – za­łkał. – Po­mo­żesz mi?

– Gdy­bym nie mógł ci pomóc, to byśmy wła­śnie nie roz­ma­wia­li. Jed­nak teo­re­tycz­na moż­li­wość, to jedno. A fak­tycz­ny akt, to już zu­peł­nie inna para ka­lo­szy. Złożę ci teraz pro­po­zy­cję, roz­waż ją spo­koj­nie, a na­stęp­nie udziel mi od­po­wie­dzi.

– Zzza… Za­mie­niam się w słuch.

– Mo­żesz sko­rzy­stać z prawa na­leż­no­ści nocy. Ura­tu­ję cię, ale w za­mian bę­dziesz mu­siał do­pu­ścić się ohyd­ne­go wy­stęp­ku. – Krzysz­tof zro­bił pauzę, jakby wy­cze­ku­jąc re­ak­cji roz­mów­cy, ale jego wzrok na­po­tkał je­dy­nie obo­jęt­ność. – W każ­dym razie… Prawo na­leż­no­ści nocy, tak. Ja po­mo­gę ci, a ty zjesz swoje nowo na­ro­dzo­ne dziec­ko, albo…

– Na­tu­ral­nie, zro­bię to – wtrą­cił Prze­mek, w jego oczach po­ja­wił się nie­po­ko­ją­cy błysk.

– To wspa­nia­le! Zaraz… co ty po­wie­dzia­łeś…?

– Chcesz, żebym zjadł moją Agu­się, jako za­pła­tę za ura­to­wa­nie mi życia. Zga­dzam się, nie ma pro­ble­mu.

– Mo­ment, jest jesz­cze druga…

– Nie ma ta­kiej po­trze­by, zjem có­recz­kę – od­parł Prze­mek. W gło­sie męż­czy­zny było sta­now­czo zbyt dużo en­tu­zja­zmu.

– Je­że­li to jakiś pod­stęp… Za­bi­ję cię i całą twoją ro­dzi­nę, ro­zu­miesz? – gro­ził Krzysz­tof.

– Oczy­wi­ście, mam to zro­bić od razu, czy będę miał naj­pierw oka­zję wy­tłu­ma­czyć żonie i po­że­gnać się z małą?

– Co jest z tobą nie tak, czło­wie­ku? – za­py­tał, po czym pod­szedł bli­żej i wy­mie­rzył roz­mów­cy siar­czy­ste­go pla­ska­cza. Z sa­tys­fak­cją spo­strzegł, że na­sta­ła zu­peł­na ciem­ność, a wtedy dodał: – Zaraz wszyst­kie­go się do­wiem.

Umysł Krzysz­to­fa wy­peł­ni­ły mi­gaw­ki z życia Prze­mka. Cięż­kie dzie­ciń­stwo, na­zna­czo­ne prze­mo­cą i upo­ko­rze­niem. Pierw­sza mi­łość, któ­rej efek­tem było od­rzu­ce­nie i nie­uda­na próba sa­mo­bój­cza. Praca w szko­le za­koń­czo­na skan­da­lem i pro­ce­sem. Becz­ki z…

Do­tych­czas pełen wi­go­ru Krzysz­tof, mo­men­tal­nie opadł z sił. Zro­bił nie­pew­nie kilka kro­ków w tył, po czym spu­ścił głowę i upadł na zie­mię. Przez wiele ude­rzeń serca sie­dział bez ruchu i wpa­try­wał się bez­na­mięt­nie we wszech­ogar­nia­ją­cą ciem­ność. W jed­nej chwi­li zo­bo­jęt­niał na wszyst­ko i wszyst­kich, jakby pękło w nim coś, czego ist­nie­nia nigdy by nie po­dej­rze­wał.

– Mam dość – wy­du­kał i ucie­kło z niego życie. Tak po pro­stu.

Jakby w ocze­ki­wa­niu na te słowa, ar­cha­icz­na lampa za­mi­go­ta­ła, a na­stęp­nie roz­bły­sła nie­wy­raź­nym świa­tłem.

Koniec

Komentarze

Tekst ma ciekawy, mroczny klimat i spójny pomysł na postać Krzysztofa, ale wymaga jeszcze solidnej redakcji. Znalazłem kilka potknięć językowych i stylistycznych. Warto też uważać na ekspozycję okrucieństwa – bywa dosłowna i traci przez to siłę sugestii.

Największy problem mam jednak z zakończeniem. Scena z Przemkiem zapowiada jakąś puentę lub przełom, ale jej sens pozostaje dla mnie nieczytelny. Nie do końca rozumiem, dlaczego to właśnie ta postać „łamie” Krzysztofa ani co dokładnie symbolizuje jego nagła śmierć i zapalenie się lampy. Czuję, że miało to być domknięcie całości, ale brakuje mi wyraźnego znaczeniowego akcentu, który spiąłby wcześniejsze epizody w jedną myśl.

https://www.wattpad.com/user/Pankovski

A w tytule nie miało być “złu”? O “złu”?

Jakby co, to wołaj.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

d.pankovski

 

Dziękuję za wizytę. Doceniam wszelkie uwagi, także te wygenerowane przy pomocy AI.

 

Tarnino

 

Oczywiście! Uparłem się, że opublikuję tekst od razu i mi wskoczył chochlik w tytule (plus kilka innych, które wyłapałem w treści, ale to już przeszłość…)

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Cześć, cezary_cezary

Nie interesowałem się walorami technicznymi języka. Inne kwestie zajmowały mój umysł podczas lektury. Jak to? Chłop jechał przez las w zupełnych ciemnościach? Po pierwsze: przecież Słońce jeszcze nie zaszło, a gdyby nawet, to co ze światłami samochodu? Zupełną ciemność wyobrażam sobie inaczej :-)

Pomysł na psikusa pojawił się u S. Kinga w Sklepiku z marzeniami – wygenerowało to mnóstwo problemów i pokazało, w jak zręczny sposób Stefek połączył wątki. 

Kim był Krzysztof? Diabłem? 

Pozdrawiam

Klik

cezary_cezary

Dziękuję za wizytę. Doceniam wszelkie uwagi, także te wygenerowane przy pomocy AI.

Mógłbyś to wyjaśnić? Czy drobna uwaga rzeczywiście okazała się na tyle dotkliwa, że poczułeś potrzebę zrekompensowania jej w ten sposób?

https://www.wattpad.com/user/Pankovski

Heskecie

 

Dziękuję za odwiedziny!

 

Przez las nie jechał w zupełnych ciemnościach, dopiero zachodziło słońce. Światła samochodu, jak i jakiekolwiek inne formy sztucznego oświetlenia, nie działają. Starałem się to wprost przekazać tutaj:

 

Tomek wrócił myślami do czasów, gdy jeszcze działały sztuczne źródła światła.

Natomiast po zmroku, jest już całkiem ciemno.

 

d.pankovski

 

Nic z tych rzeczy, przyjmuję wszelką krytykę z pokorą. Natomiast konstrukcja Twojego posta i wykorzystane słownictwo jest bardzo podobne do recenzji generowanych przez AI (nawet sprawdziłem to, przed skomentowaniem), stąd moja uwaga. Jeżeli się pomyliłem, a Ty poczułeś się dotknięty, to oczywiście przepraszam, bo nie taką miałem intencję.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

A co z gwiazdami? Księżycem? 

Słuszna uwaga! Dodam zdanie, że ich też nie ma

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

cezary_cezary

 

Z ciekawości wrzuciłem zarówno swój komentarz, jak i Twój tekst do GPT.

 

Komentarz:

Co może sugerować udział AI (choć niczego nie dowodzi):

– bardzo uporządkowana struktura (wstęp → problem → rozwinięcie → wniosek),

– neutralny, wyważony ton, bez wyraźnych emocjonalnych odchyleń.

 

Co równie dobrze wskazuje na autora-człowieka:

– konkretne odniesienia do sensu zakończenia i symboliki (Przemek, Krzysztof, lampa),

– jasne, czytelne stanowisko krytyczne zamiast ogólników,

– brak typowych dla AI nadętych fraz i schematycznych powtórzeń,

– naturalny język krytyki, bez sztucznej gładkości.

 

Twój tekst:

Co może sprawiać wrażenie „AI-opodobne”, ale nie jest żadnym dowodem:

– powtarzalna konstrukcja scen (bohater → wypadek → propozycja → wybór → konsekwencja),

– podobny rytm dialogów Krzysztofa w kolejnych historiach,

– momentami zbyt „ładnie domknięte” frazy narracyjne.

 

Co nie wskazuje jednoznacznie na AI:

– tekst ma konsekwentny ton i wyraźny temat,

– pojawiają się ryzykowne i kontrowersyjne decyzje fabularne (dosłowność okrucieństwa, gwałt, dzieci), których AI zwykle unika lub łagodzi,

– występują nierówności stylistyczne i drobne potknięcia, dalekie od „modelowej” gładkości.

 

Mógłbym po prostu przyklasnąć, żeby pokazać, że jestem aktywnym użytkownikiem, i na tym poprzestać. To była jedynie moja subiektywna opinia, która nie oznacza, że tekst jest zły. Najgorsze jest bowiem nie kilka uwag, lecz sytuacja, w której nikt tekstu nie zauważa, to znacznie gorsze niż jakakolwiek drobna krytyka.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

https://www.wattpad.com/user/Pankovski

To była jedynie moja subiektywna opinia, która nie oznacza, że tekst jest zły. Najgorsze jest bowiem nie kilka uwag, lecz sytuacja, w której nikt tekstu nie zauważa, to znacznie gorsze niż jakakolwiek drobna krytyka.

Pójdę krok dalej, osobiście zdecydowanie wolę komentarze krytyczne, bo dzięki nim mam realną informację zwrotną na przyszłość, które aspekty tekstu wymagają większej uwagi.

 

Także ucinając nasze małe nieporozumienie, raz jeszcze dziękuję Ci serdecznie za komentarz.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Witam Cezarze :]

 

Hmm nie powiem, że tekst mi się nie podobał, bo się podobał, ale miałem wrażenie pewnego dysonansu. Z początku odbierałem ten tekst jako pisany lekkim piórem, ale jednocześnie w bardzo realny sposób mroczny – mamy pobudzające wyobraźnię pseudo-postapo, a w tym spowitym ciemnością świecie między śmiertelnikami przechadza się diabeł (???), co prawda obdarzony poczuciem humoru, ale stawiający przed ofiarami sporej wagi trylematy. Bardzo do mnie ten klimat trafiał.

 

Natomiast samo zakończenie, w którym Krzysztof siada i umiera odebrałem jako wyraźniej bardziej komediowe, niż reszta tekstu – i to jest właśnie ten dysonans. Dlaczego siewca wyjątkowo ohydnego zła miałby umrzeć skonfrontowany ze złem? Może czegoś nie zrozumiałem.

 

W każdym razie kliczek się należy


jazda przez las w kompletnej ciemności, to wyrok śmierci.

Bez przecinka moim zdaniem.

 

iś chory żart?!- sap

Zjadło spację i skróciło kreskę.

 

Dotychczas pogodne oblicze Krzysztofa, momentalnie pociemniało.

Tu też przecinek nielegalny, moim zdaniem.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Ave, Zakapiorze!

 

Dzięki za wizytę, rzeczowy komentarz oraz mini-łapankę (usterki naprawione)!

 

Natomiast samo zakończenie, w którym Krzysztof siada i umiera odebrałem jako wyraźniej bardziej komediowe, niż reszta tekstu – i to jest właśnie ten dysonans. Dlaczego siewca wyjątkowo ohydnego zła miałby umrzeć skonfrontowany ze złem? Może czegoś nie zrozumiałem.

Cóż, komediowy wydźwięk nie był zamierzony, to bardziej kwestia mojego stylu pisania (chyba). Odnośnie zakończenia, nie chcę go zbyt mocno tłumaczyć, chciałem żeby miało pewien wymiar uniwersalny. Niemniej, poza oczywistą kwestią nieudzielenia pomocy, czy mamy dowody na to, że Krzysztof rzeczywiście popełnił jakiekolwiek złe uczynki?

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Niemniej, poza oczywistą kwestią nieudzielenia pomocy, czy mamy dowody na to, że Krzysztof rzeczywiście popełnił jakiekolwiek złe uczynki?

Jeśli gdzieś była sugestia, że cele Krzysztofa są inne, niż nakłanianie do złego, to mi zupełnie umknęła :( Chyba że właśnie tak końcówka miała nią być? Hmm

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Ujmę to następująco: zarówno wypowiedzi Krzysztofa, jak i opisy jego zachowań były przeze mnie dość mocno przemyślane i nie mają charakteru przypadkowego. Do rozważenia jeszcze jedna kwestia: czy on do czegoś faktycznie nakłania? Zależało mi na tym, żeby po wnikliwym przeczytaniu nie było to takie pewne.

 

Ale oczywiście, najwyraźniej (jak to mi się zdarza regularnie) dość mocno przekombinowałem i wyszło bez sensu i nieczytelnie. Tak to niestety bywa z eksperymentami ze słowem.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Dziń dybry,

 

Zabawne jak ludzie szybko adaptują się do niewygody.

→ Zabawne, jak ludzie szybko adaptują się do niewygody.

 

Po przyjacielsku klepnął Tomka w twarz.

Hm, a jak to się robi po przyjacielsku? Bo on go spoliczkował, to raczej nie jest możliwe, żeby zrobić to po przyjacielsku.

 

– To jest właściwe podejście, podobasz mi się, kolego! Zatem – kontynuował – ów plugawy czyn

Zbędne, przerywa tylko niepotrzebnie wypowiedź, tym bardziej że nie ma tam doprecyzowania kto to mówi, bo też nie ma takiej potrzeby.

 

zachichotał Krzysztof.

Narracja jest prowadzona co prawda w trzeciej osobie, ale nadal oczami bohatera. Więc pierwsza wzmianka imienia tajemniczego pana w garniturze występująca dopiero w didaskaliach wypada mało naturalnie i wprowadza lekki zamęt.

 

Tomek wpatrywał się w Krzysztofa

I tu to samo. Skąd Tomek nagle wie, jak nazywa się tajemniczy typ?

 

– No, chyba, że…

chyba że

 

Jako alternatywę proponuję odrąbanie głowy twojemu ojcu. Siekierą. No, ale to już zrobię sam. Ostatecznie nie jestem potworem…

Nie jest? ;p

 

– Oj, tak nie będziemy ze sobą rozmawiać – wycedził.

 

Niespodziewanie usłyszał odgłos przywodzący na myśl chocholi śmiech.

A jak się śmieje chochoł?

 

a w dodatku z każdą sekundą przybierał na mocy.

a jest zbędne, wybija z rytmiki.

 

Wojtek nie krzyczał, gdy jego głowa została oddzielona od reszty ciała.

Bo trudno krzyczeć z odciętą głową.

 

Podszedł bliżej, stuknął w drzwiczki i zapytał:

– Jest tam ktoś?

Nie widzi przez szybę, że ktoś tam jest?

 

 

Hm. Chyba nie zrozumiałam ;p

Sama otoczka, tj. niedziałające lampy i klimat mroku zainteresowały mnie bardziej niż fabuła. Chętnie bym coś poczytała w takim uniwersum.

Dlaczego tu musiało być zawsze prawo należności nocy (czy tam pierwszej nocy, już nie pamiętam, jak się ta barbarzyńska reguła nazywała)? Tego nie rozumiem.

Spodobała mi się też sama końcówka, bo mnie zaskoczyła. Ludzie potrafią być bardziej mroczni niż Mrok w czarnym garniturze we własnej postaci.

Jest sprawnie napisane, długość tekstu odpowiednia jak na taką historię (choć zachęcam Cię do stworzenia dłuższego tekstu w tym uniwersum) i zaskakujący twist na końcu, więc klik do Biblio jak najbardziej się należy.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Uparłem się, że opublikuję tekst od razu

Jak się człowiek spieszy, to Terminator :)

Dlaczego tu musiało być zawsze prawo należności nocy (czy tam pierwszej nocy, już nie pamiętam, jak się ta barbarzyńska reguła nazywała)?

Pewnie prawo pierwszej nocy (o tym drugim nie słyszałam ETA: a teraz spojrzałam na tytuł blush też mam już dziury w polu widzenia), ale z tego, co wiem (podobnie jak pasy cnoty) było ono wytworem zboczonej wyobraźni czasów wiktoriańskich. Nie podaję się, oczywiście, za eksperta.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Hej, Holly!

 

Dzięki serdeczne za solidną porcję łapanki i rozbudowany komentarz! Większość babolków poprawiłem, a co do reszty:

 

Hm, a jak to się robi po przyjacielsku? Bo on go spoliczkował, to raczej nie jest możliwe, żeby zrobić to po przyjacielsku.

Naoglądałem się sporo Rodziny Soprano i wydaje mi się, że można kogoś plasnąć po przyjacielsku, z serdecznością (i groźbą).

 

Narracja jest prowadzona co prawda w trzeciej osobie, ale nadal oczami bohatera. Więc pierwsza wzmianka imienia tajemniczego pana w garniturze występująca dopiero w didaskaliach wypada mało naturalnie i wprowadza lekki zamęt.

Słusznie, dodałem fragment, w którym się przedstawił.

 

Nie jest? ;p

No właśnie nie jest… Chyba zabrakło mi warsztatu, żeby to należycie pokazać. Krzysztof uprawia grę pozorów, ale w gruncie rzeczy wcale nie jest zły.

 

A jak się śmieje chochoł?

Wiemy jak tańczy, pewnie śmieje się analogicznie.

 

Bo trudno krzyczeć z odciętą głową.

Ale w trakcie ucinania można.

 

Nie widzi przez szybę, że ktoś tam jest?

Panuje ciemność.

 

 

Hm. Chyba nie zrozumiałam ;p

Biorę to na klatę i przyznaję się do porażki. Chciałem pokazać różnicę między złem pozornym, a prawdziwym, co dodatkowo miała podkreślać “zabawa” zasadami światła i ubiór Krzysztofa. Najwyraźniej poległem na całej linii.

 

Dlaczego tu musiało być zawsze prawo należności nocy (czy tam pierwszej nocy, już nie pamiętam, jak się ta barbarzyńska reguła nazywała)? Tego nie rozumiem.

Element gry Krzysztofa.

 

choć zachęcam Cię do stworzenia dłuższego tekstu w tym uniwersum

Do przemyślenia.

 

Dziękuję raz jeszcze!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Nowa Fantastyka