w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34287
kolejna część: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34291
w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34287
kolejna część: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34291
Rozsunięte drzwi samochodu wpuściły do środka żar tętniącego wieczoru. Holograficzne szyldy bombardowały wzrok barwnymi obietnicami, wywołując pod skórą nagłe mrowienie.
Mrużąc oczy przed blaskiem neonów, spytałam: – To dokąd dziś mnie zabierasz?
Ramię oplotło moją talię, przyciągając mnie do jego boku.
– Skoro tak długo krążyłaś dookoła Ziemi, pomyślałem, że zabiorę cię w podróż dookoła świata. Kulinarną, rzecz jasna.
Wnętrze lokalu ograniczało się do jednego stolika i dwóch kubełkowych foteli. Gładkie, matowe ściany trwały w martwym bezruchu aż do komendy:
– Komputer, wgraj zasób z biblioteki publicznej: „Kolacja z Agnieszką”.
W jednej chwili matowe płaszczyzny ustąpiły panoramicznej dżungli amazońskiej. Pokój przesiąkł śpiewem ptaków i szumem wodospadu, a ciężka wilgoć osiadła na mojej skórze. Dżungla rozpłynęła się, odsłaniając skąpaną w słońcu skałę Uluru, by ostatecznie zastygnąć w arktycznej pustyni, nad którą tańczyła zorza.
Oczy łapały kolejne obrazy. Podniósłszy dłoń do ust, zatrzymałam ją w połowie drogi. Palce drżały.
– To lepsze niż widoki z rakiety. Tam panowała tylko pustka. A tu… tu pulsuje życie. I jesteś ty.
Uśmiech rozjaśnił mu twarz – ten sam, który zawsze witał mój zachwyt.
Gdy usiedliśmy, blat stołu rozbłysnął, uwalniając trójwymiarowe hologramy potraw – miniaturowe, świetliste fantomy jedzenia. Obróciłam jeden z nich gestem dłoni, powiększając opis i składniki.
Świat zawirował. Fascynacja walczyła z mdłościami wywołanymi nadmiarem bodźców.
– Niesamowite. – Palce przeniknęły fantom spaghetti carbonara, wywołując drgnienie obrazu i tabelę kalorii. – Prędkość zmian przeraża. Wystarczy kilka miesięcy nieobecności, by wypaść z obiegu i stać się reliktem.
– Na Księżycu jeszcze ich nie wprowadzili? – zapytał.
Urzeczenie prysnęło, ustępując miejsca praktyce.
– Na Księżycu brakuje miejsca na fanaberie. Sprzęt wyciskamy do granic wytrzymałości. Nikt nie wymienia sprawnej aparatury tylko dlatego, że rynek zalały efektowniejsze nowinki.
– To paradoks. Ziemianie widzą przyszłość, codzienne science fiction. Z twoich słów wyłania się jednak obraz przeszłości – świata, w którym każdą rzecz trzeba oszczędzać i naprawiać bez końca.
– Coś w tym jest. Życie tam oznacza nieustanną walkę z oporem materii, każdym gramem i kilowatem energii. Nad estetyką zawsze góruje przetrwanie.
– Ale właśnie dlatego teraz zamierzam sobie to odbić! – rzuciłam, przesuwając palcami po hologramach z nową, pewną szybkością.
Wybierałam kolejne pozycje z zachłannością kogoś, kto chce poczuć wszystko naraz. Każdy wybór – solidna porcja spaghetti, góra frytek i ociekający sosem burger – kwitowała zabawna animacja kłaniającego się hologramu, lądującego chwilę później na mojej wirtualnej liście. Nie odrywał ode mnie wzroku, w kącikach jego oczu osiadła miękka, czuła uwaga.
– Ja poproszę owoce morza, sushi i rzemieślnicze piwo – dorzucił, a wybory natychmiast uzupełniły listę.
Hologramy zniknęły, a stół znów stał się gładką powierzchnią. Przysunął się bliżej, skupiony na każdym moim słowie. – Opowiedz mi o twoim codziennym życiu tam.
Wypuściłam powietrze w długim wydechu, czując, jak nagle wyparowuje ze mnie cały entuzjazm. Dłoń rozpostarta na blacie szukała oparcia, podczas gdy szare korytarze bazy znów zaciskały się wokół mnie.
– Marzyłam tam o tym burgerze i górze frytek. – Randkowa lekkość prysnęła.
Pokręcił głową. – Trudno to sobie wyobrazić. To dosłownie brzmi jak opowieści z innego świata.
– Nie masz pojęcia, ile wysiłku wymaga zwykłe jedzenie na Księżycu.
Uniósł brwi. – Żartujesz? Sądziłem, że dostajecie prowiant, który rozwiązuje takie problemy.
Bezradnie pokręciłam głową. – Na Ziemi po prostu przełykasz. Grawitacja i perystaltyka wykonują pracę za ciebie. Naturalnie, bez udziału świadomości.
Zamilkłam na chwilę. – Tam każda porcja przypomina ryzykowny eksperyment. Mały, przemielony zębami kęs, dużo śliny i czekanie, aż łaskawie zsunie się w dół. Bardzo powoli. Z lękiem, że utknie w gardle na zawsze.
– Czyli przypomina to jedzenie na leżąco? Albo do góry nogami?
– Trochę. Wyobraź sobie jednak, że tam fizjologia podlega innym prawom. Pokarm opada z niemal senną leniwością.
Sześciokrotnie słabsza grawitacja niweluje siłę wspomagającą przełykanie. Płynna dieta zapewnia bezpieczeństwo, przynajmniej na początku. Minimalizuje ryzyko zadławienia lub, co gorsza, zachłyśnięcia.
Milczał. Położywszy dłoń na mojej, zapytał cicho: – Ale nie cierpiałaś głodu?
Spojrzawszy na nasze splecione dłonie, szepnęłam: – Chodziłam… ale inaczej. Nie z braku jedzenia.
Słowa utknęły mi w gardle. Wahając się chwilę, kontynuowałam: – Zbilansowane posiłki w zupełności wystarczały. Czasem, przynajmniej początkowo, przytłaczały wręcz obfitością.
Wypuściłam z płuc ciężkie, świszczące powietrze, szepnęłam: – Najbardziej przerażała ta pozorna obfitość. Świadomość dostępności jedzenia przy jednoczesnym przymusie dławienia ziemskich przyzwyczajeń.
Obserwowałam ulegających pokusie, pochłaniających porcje bez opamiętania i świadomości skutków. Widziałam ich stopniową utratę kontroli nad własnym ciałem. Przeobraziłam się w Tantala – otoczona dostatkiem, po który nie śmiałam sięgnąć w obawie przed konsekwencjami.
– Co gorsza, niezależnie od objętości posiłku, prawdziwa sytość nie nadchodziła.
Organizm zapominał o własnej zawartości, ignorując wypełniony żołądek. W niskiej grawitacji wnętrzności skąpią mózgowi jasnych komunikatów. Próżno szukać błogiego poczucia ciężkości czy znanej stąd satysfakcji.
Ciało traci orientację. Pochłaniasz kolejne porcje, wciąż ziejąc wewnętrzną pustką. Ten stan generuje upiorny, nieustanny stres.
Ściągnąwszy brwi, błądził wzrokiem nad moim ramieniem. – Dodatkowo zużywasz mniej kalorii – zauważył. – Skoro każdy ruch przychodzi z łatwością, logika wymusza ograniczenie posiłków dla zachowania bilansu.
– Dokładnie. Tamto zmęczenie odbiegało od fizycznego bólu mięśni po treningu. Dopadło mnie wyczerpanie metaboliczne – głęboka niemoc organizmu bezskutecznie szukającego równowagi w obcym środowisku.
Początkowo oszukiwałam nieustanny głód, wypełniając żołądek wodą i specjalnym błonnikiem… Połykałam nawet jałowe, syntetyczne kamyczki dające iluzję sytości. To tylko pogłębiało stan zawieszenia – metaboliczne limbo.
Zrozumiawszy to, wybrałam kontrolowane niedojadanie. Wolałam początkowe głodowanie i adaptację ciała od wymuszonego udawania, że wciąż podlegamy ziemskim prawom i nieograniczonej konsumpcji.
– Dzielna dziewczyna. Przechodziłaś przez to sama? A inni? To przecież gotowy przepis na kosmiczne zaburzenia odżywiania. Przez chwilę kabinę wypełniał jedynie szum oceanu emitowany przez panele. Zamilkłszy, pozwoliłam wspomnieniom zalać mnie gorącą, gęstą falą. Nie potrafiłam jej odepchnąć. Czekał.
– Widziałam ludzi pochłaniających wszystko bez umiaru, pragnących jedynie zagłuszyć ten upiorny, fałszywy głód. Spuchli do rozmiarów, które… – Na moment straciłam dech. Właściwe słowo utknęło mi w gardle, wyparte przez nagły, fizyczny niesmak. – No, jak coś, czego nie chcesz spotkać w ciasnym module mieszkalnym.
– Aż tak źle? – Skrzywił się mimowolnie. – Sądziłem, że kombinezony maskują takie zmiany.
– Właśnie o to chodzi: niczego nie ukryjesz.
Przybliżywszy twarz do niego, zniżyłam głos do ledwo słyszalnego, konspiracyjnego szeptu. – Ich sylwetki zdawały się nie znać granic, jakby grawitacja ostatecznie przejęła nad nimi władzę.
Przełknąwszy boleśnie suchą ślinę, szepnęłam: – Widziałam ludzi tak potwornie otyłych, że ich widok kłócił się z prawami fizyki. Napuchniętych, zdeformowanych.
– Koszmar – mruknął.
– To jeszcze nic. Wyobraź sobie… – Przerwałam, dławiąc nagły przypływ starej, wciąż żywej urazy.
– Szydzili z mojej figury. Jakby ubóstwo zyskało fizyczną wagę, czyniąc moją szczupłość swoim synonimem. Nie rozumieli, że walczę o ocalenie ciała i możliwość powrotu. Ich obżarstwo nazywali godnością i korzystaniem z życia, a moją samodyscyplinę – słabością, wręcz dziwactwem!
Pokręcił głową. – Czekaj, śmiali się? Z ciebie? Bo dbałaś o zdrowie?
– Szydzili z każdego nieżrącego… TAK JAK ONI! – wykrzyczałam, tracąc resztki opanowania. – Nie rozumieli dbałości o kęsy i kalorie… Bo… – gardło odmówiło posłuszeństwa, pozwalając jedynie na zachrypnięty szept – bo pragnę powrotu na Ziemię. Żywa i zdrowa.
Lustrował mnie z podziwem i troską, choć w jego oczach błysnęła też iskierka przekory. – Ho ho! Ktoś przywiózł z Księżyca mowę nienawiści! – rzucił, usiłując rozbić gęstniejącą atmosferę.
Nie podjąwszy żartu, wbiłam wzrok w jego oczy. Spoważniałam, gdy mrok wspomnień ponownie odciął mnie od rzeczywistości. – Nie! To nie nienawiść. Po prostu widziałam rzeczy, które bolą.
Milknąc na moment, łapałam oddech przed kolejnym wyznaniem. – I wiesz, co przerażało najbardziej? Ich duma. Monstrualna otyłość, którą wystawiali na pokaz. Paradowali w przezroczystych kombinezonach, a czasem w samej bieliźnie. W tamtym świecie zniekształcone ciało wyznaczało status, manifestując nieograniczony dostęp do ziemskich zasobów.
Gorycz zalewająca gardło przykleiła język do podniebienia. Nogi pod stołem zesztywniały, a pięta z furią wbijała się w podłogę.
– Z jednej strony drakońska dieta – ta codzienna tortura – oraz nieustanny głód uchroniły mnie przed ich losem. Ocaliły mój organizm i umysł przed ostateczną degradacją.
Zawiesiłam głos, czując narastający ucisk w klatce piersiowej. – Ale z drugiej strony… mój żołądek skurczył się do rozmiarów naparstka.
Przetrawiwszy te słowa, odezwał się: – Myślałem, że produkcja żywności na miejscu poczyniła już znaczne postępy…
– Ciągle raczkuje – wyrzuciłam, uwalniając starą, kwasową nutę, której dotąd nie potrafiłam stłumić.
– Laboratoria produkują jedynie białkową papkę. Efektywną, zbilansowaną, lecz pozbawioną duszy. Hydroponika rodzi pierwsze warzywa, stanowiąc zaledwie kroplę w morzu potrzeb.
– Ziemskie przydziały mamią urozmaiceniem, lecz to złudzenie pryska w ułamku sekundy.
Jeden moment kulinarnej nieuwagi, jeden nierozważny posiłek, a wpadasz w metaboliczną spiralę. Wtedy wcześniejsze porcje tracą miano obfitych. Ledwie chronią przed śmiercią głodową, nie dając najmniejszej szansy na sytość.
Nabrałam tchu, patrząc mu w oczy.
Luksusowy import pozostaje przywilejem najwyższych urzędników i korporacyjnych decydentów. Nie kryją się z tym – jedzą publicznie, zmieniając talerze w walutę statusu i jawną manifestację władzy.
W tej samej chwili, pieczętując kontrast między księżycową surowością a ziemskim blichtrem, blat bezgłośnie zapadł się na kilka centymetrów. Z otworu wyłonił się lśniący kontener przypominający metalową walizkę.
Górna pokrywa uniosła się, boczne ścianki z cichym sykiem rozłożyły się na blacie, ukazując dwupoziomową platformę wewnątrz.
Dolny poziom wypełniły sushi, owoce morza i oszroniony kufel piwa, po którym leniwie ściekały krople pary. Na górze dymiło moje spaghetti, złociste frytki i potężny burger z wypływającym serem.
Zapach uderzył z taką siłą, że zakręciło mi się w głowie. Rygorystyczna samokontrola pękła. W żołądku poczułam prymitywne, bolesne ssanie. Wpatrzona w kroplę tłuszczu lśniącą na przyrumienionej bułce, straciłam kontakt z otoczeniem.
Wybuchnął serdecznym śmiechem, bawiąc się moim bezgranicznym, niemożliwym już do ukrycia osłupieniem. – Robi wrażenie, co nie?! Technologia w służbie głodnego człowieka.
– Ale jak?! Skąd to? – Wyrzuciłam z siebie. Bezmyślnie wyciągnęłam rękę ku parującemu burgerowi i oszronionemu kuflowi, pragnąc dotknąć materii, by uwierzyć w jej realność.
– I ciepłe, i zimne w jednym pojemniku?! Czekaj… – Fragmenty układanki nagle stworzyły całość: topologia, geodukt, Swaróg.
Uśmiechnął się, kwitując moją dedukcję uznaniem. – Bingo, pani naukowiec. Jedna kuchnia obsługuje cały region. Najlepsi kucharze, świeże produkty i tunele Geoduktu pod naszymi stopami. Ekspresowo, tanio i dla każdego.
Wbiłam wzrok w burgera, czując, jak pusty żołądek kurczy się, odmawiając przyjęcia choćby kropli tłuszczu.
– Wiesz co? – Cały mój entuzjazm nagle wyparował, zostawiając w gardle jedynie suchość. – Marzyłam o ziemskim jedzeniu przez te wszystkie miesiące. Wyobrażałam sobie smaki, zapachy, konsystencje…
– A teraz… – Głos utknął mi w gardle. Sięgnąwszy bezwiednie ku talerzowi, zatrzymałam dłoń nad lśniącą kroplą tłuszczu. – Teraz boję się, że jeden kęs tego cuda wypełni mnie po brzegi. Tam taka porcja wystarczała na pół dnia. Tutaj, poprzestając na niej, zeszłabym z głodu w tydzień.
Muszę napychać się na siłę. Cały dzień, gram po gramie, rozpychać żołądek do ziemskiego rozmiaru. Inaczej organizm nie wytrzyma. Kalorie wymagają dyscypliny, a ja? Ja już nie wiem, co oznacza prawdziwy głód czy sytość. Moje ciało kompletnie zgłupiało.
Słuchał w milczeniu. Kabinę wypełniał jedynie szum oceanu emitowany przez holograficzne ściany. Jego dłoń znalazła moją – ciepła, pewna. Nie puściła, dopóki nie wyrównałam oddechu.
– To, co opisujesz… los tych VIP-ów, twoje zmagania i ich degradację w imię statusu… Czy ten stan określiłaś w artykule mianem „syndromu Twardowskiego”?
– Tak, użyłam tej metafory we wstępie dla „Space Health”, by nagłośnić ich uwięzienie na Księżycu. W samym tekście trzymałam się jednak terminologii klinicznej. Nazwałam to „syndromem adaptacyjnej grawi-astenii nabytej”. W skrócie: SAGAN.
Przetrawiwszy tę zawiłą nazwę, Robert uśmiechnął się nieznacznie. – S.A.G.A.N.?
Potwierdziłam.
– Tak. Nazwę błyskawicznie podchwycili złośliwi komentatorzy i personel medyczny. W nieoficjalnym obiegu krążył „syndrom sagana”. Mówiono o „posiadaniu sagana” lub o kimś, kto właśnie nim „został”.
Sylwetki niektórych z nich, zwłaszcza w luźnych kombinezonach, przypominały pękate dzbany. W kantynach szeptano też o monstrualnych porcjach wysokokalorycznej papki i ziemskich specjałach przygotowywanych w naczyniach wielkich jak sagany.
Wybuchnął śmiechem, zagłuszając szum oceanu.
– S.A.G.A.N.! – powtórzył. Otarłszy łezkę rozbawienia, mrugnął do mnie porozumiewawczo. W jego głosie pobrzmiewała ta sama złośliwość, którą pielęgnowałam w sobie od miesięcy.
Napięcie w policzkach zelżało. Znów nadawaliśmy na tych samych falach.
– Niezależnie od nazwy – czy oficjalnego S.A.G.A.N., czy „saganów” – orzeczenie komisji lekarskiej otwiera drogę do „funduszu kalorycznego dla pionierów kosmosu.
Mówiąc wprost: o dożywotnią, lunarną emeryturę, gwarantującą wysokoenergetyczne racje i kosztowną opiekę medyczną. Oczywiście na koszt ziemskiego podatnika. Przecież nikt nie pozwoli, by filary naszej wspaniałej kosmicznej ekspansji cierpiały na oczach opinii publicznej.
Pokręcił głową z niedowierzaniem i wyraźnym smutkiem. – Brzmi to… potwornie, Aga. I pomyśleć, że Srebrny Glob obiecywał nowy start, drugą szansę dla ludzkości. Taką wizję nam sprzedawano.
Zaśmiałam się krótko i ironicznie, dostrzegłam, jak holograficzne fale oceanu za moimi plecami na moment zamierają.
– Nowym startem? Robercie, kochany, natury ludzkiej nie oszukasz. Możesz przenieść ją na inne ciało niebieskie, uzbroić w najbardziej zaawansowane technologie, otoczyć cudami inżynierii, a ona i tak odtworzy te same stare, dobrze znane schematy. Czasem nawet w gorszej, bardziej przerysowanej formie.
Zapadłam się głębiej w krzesło. Głos mi zmatowiał. – Pamiętasz te wszystkie wspaniałe wizje, roztaczane przed ludźmi wraz z początkiem poważnej kolonizacji kosmosu? Jaki to świat obiecywano nam stworzyć! Sprawiedliwy, uczciwy, premiujący wyłącznie umiejętności i wkład pracy.
Prychnęłam, nie odrywając wzroku od blatu.
– Świat wolny od kumoterstwa, korupcji i nepotyzmu. Wierzyliśmy, że technologia rozwiąże każdy problem społeczny. Całe to piękne bla, bla, bla, serwowane w lśniących, holograficznych prezentacjach.
Zawiesiłam wzrok na horyzoncie wirtualnego oceanu. – A wiesz, co tam naprawdę stworzyliśmy, przynajmniej w tych pierwszych, zamkniętych społecznościach? Przerysowaną, skondensowaną karykaturę Ziemi. Nasze wady, przywary i grzechy, tyle że przyprawione mniejszą grawitacją i znacznie większemu ciśnieniu społecznemu, bez żadnych wentyli bezpieczeństwa.
Przywołałam w pamięci starą maksymę: historia powtarza się najpierw jako tragedia, a potem jako farsa. My tu, na Ziemi, wciąż odgrywamy nasze małe i większe tragedie, próbujemy z nimi walczyć, czasem coś naprawiamy.
– Oni tam, z napuszonym bogactwem, „syndromem sagana” i kultem statusu opartego na ziemskich dobrach, odstawiają komedię pomyłek na kosmiczną skalę. To kosztowny spektakl, opłacany z naszych wspólnych kieszeni.
– Ale dlaczego tak się dzieje? – zapytał cicho. – Myślałem, że izolacja, wspólny cel…
– Wspólny cel? – Wykrzywiłam usta w gorzkim uśmiechu. – Może na początku, w pionierskich czasach. Lecz gdy pojawiają się zasoby, władza i pokusa jej nadużycia… wszystko ulega zmianie.
Tu, na Ziemi, wciąż kontrolujemy pewne mechanizmy. Media patrzą władzy na ręce, aktywiści alarmują o nieprawidłowościach, a opozycja wytyka błędy.
– A tam? Zamknięty system. Hermetyczna bańka, w której najgorsze instynkty kwitną, podsycane bezkarnością i nieograniczonymi zasobami dla nielicznych. Tam nikt nikogo nie pilnuje, skoro wszystkich spaja ten sam układ.
– Stworzyliśmy laboratorium do badania ludzkiej natury w ekstremalnych warunkach, zapominając jednak o kontroli nad eksperymentem. Wyniki budzą, delikatnie mówiąc, nikły optymizm.
– Straciwszy ziemskie wpływy lub stanąwszy w obliczu wygasających kontraktów, ci „zasłużeni” otwierali prawdziwy teatr absurdu. Rozpaczliwie szukali sposobów na przedłużenie pobytu. Akceptowali każde upokorzenie, byle uniknąć powrotu.
– Bo widzisz… – Pochyliwszy się nad blatem, zniżyłam głos do szeptu. – Wielu „luminarzy” księżycowej administracji czy korporacyjnych filii nie przypomina geniuszy ani wizjonerów. To raczej… zesłańcy.
Uniósł brwi. – Zesłańcy? Przecież wiadomości karmiły nas wizją najlepszych z najlepszych. Śmietanka menedżerska Ziemi, elita elit!
– Propaganda. – Zacisnęłam zęby, uwalniając narastającą irytację. – Znasz tytuł mojego szefa? Nagroda za spieprzony projekt na Gobi. „Wysoki Komisarz Lunarny ds. Efektywnego Wykorzystania Zasobów”. Stworzyli śmietnik dla niechcianych, których bali się publicznie upokorzyć. Nadali im dumne tytuły i wypchnęli z dala od ziemskich problemów.
Pokręcił głową. – Brzmi jak czysty, ponury polityczny żart.
– Największy żart dopiero nadchodził. Dosięgnąwszy zenitu desperacji i widząc widmo powrotu – a wraz z nim bolesnej śmierci – wymyślali karkołomne sposoby na przedłużenie kontraktów. W oparach strachu i resztek luksusowej żywności spłodzili ten kuriozalny plan: „Księżyc dla wszystkich!”.
– Ni mniej, ni więcej, tylko ogłoszenie niepodległości. Secesja od Ziemi.
Oparł dłonie o blat, zaciskając palce na krawędzi. – Secesja? – To słowo wyraźnie nim wstrząsnęło. – Na jakich fundamentach zamierzali ją oprzeć? Chyba nie sugerujesz, że naukowcy – elita intelektualna – ulegli tej wizji?
– Część z nich, niestety. Kilku profesorów, paru dyrektorów. Może uwierzyli w hasła, może liczyli na stołki w „Wolnej Republice Księżycowej”.
– Państwo bez rolnictwa? – prychnęłam. Przywołałam nasze rozmowy o cywilizacji, o fundamencie każdej z nich: nadwyżce żywności. A tam? Nadwyżka pozostaje mrzonką. Każdy gram zapotrzebowania generuje deficyt. Z jakiej części mojego vouchera planowali wykarmić administrację Jaśnie Oświeconego Prezydenta? Zapłaciliby im miseczką mojej papki białkowej?
Pogarda przelewała się przez zaciśnięte zęby – do tych ludzi i ich śmiesznej, żałosnej krótkowzroczności. – Pozyskali przychylność części personelu ale wciąż zdradzali fundamentalne deficyty intelektualne.
– Jak zareagowała na to Ziemia? Domyślam się braku zachwytu.
Zyskiwali na popularności wraz z ideą „Księżyca dla wszystkich”. Gdy tylko wypłynęły pierwsze przecieki o formowaniu „komitetów niepodległościowych” tematem zainteresowali się poważniejsi gracze na Ziemi, nadeszła natychmiastowa reakcja. Brutalna w swojej prostocie i piekielnie skuteczna. Wystarczyło zablokować osobiste konta kredytowe tych najważniejszych VIP-ów w księżycowych stołówkach i systemach zaopatrzenia. Wystarczyło jedno pstryknięcie palcami. Zakończywszy im z dnia na dzień kontrakty, Ziemia uruchomiła klauzulę natychmiastowego powrotu „w celu złożenia wyjaśnień”.
– Odcięli im koryto?
– Dosłownie. Kilku liderów tego ruchu niepodległościowego bardzo grzecznie zaproszono na „pilne konsultacje międzyplanetarne” na Ziemię, oczywiście z biletem w jedną stronę, bez możliwości powrotu. Niepodległość Księżyca skończyła się szybciej, niż się na dobre zaczęła. Cały popierający ich personel nagle, w cudowny sposób, odzyskał apolityczność i lojalność wobec Ziemi. Nie trzeba było żadnych imperialnych pancerników, żadnych desantów. Wystarczył prosty, ekonomiczny pokaz siły.
– A wiesz, że na Ziemi to wszystko przeszło praktycznie niezauważone? Przynajmniej ja sobie nie przypominam jakiejkolwiek większej wzmianki w mediach. Cisza. Prawdziwa kontrrewolucja w białych rękawiczkach.
– Jaka tam znowu kontrrewolucja? Oficjalnie to był po prostu koniec pewnych kadencji, naturalne wygaśnięcie kontraktów. Wszystko odbyło się nienagannie, zgodnie z literą prawa, podpisanymi umowami i świętymi regułami demokracji międzyplanetarnej. Nikt przecież nikogo siłą nie usuwał ze stanowisk. Sami, z własnej woli, grzecznie wracali na Ziemię na „pilne konsultacje", z których, dziwnym trafem, już nie wracali na swoje księżycowe posady z powodów zdrowotnych, co akurat było prawdą. Czysta procedura. Czasem najskuteczniejsza broń to nie laser, a po prostu dobrze sformułowany aneks do umowy i odcięcie od lodówki.
Śmialiśmy się jeszcze przez chwilę z tej ponurej konstatacji. Kojący szum oceanu zdawał się na chwilę mniej idylliczny.
Zerknął na mój talerz. Burger był ledwie nadgryziony, obok stygła góra frytek.
– Nie możemy pozwolić, żeby tyle pyszności się zmarnowało – powiedział z troską, ale i z lekkim rozbawieniem w głosie. – Zwłaszcza, że sama mówiłaś, że będziesz musiała teraz nadrabiać kalorie i rozpychać żołądek.
Przesunął talerz na środek blatu. Stół na chwilę znów stał się interaktywny, wyświetlając kilka dyskretnych opcji. Bez wahania wybrał tę oznaczoną stylizowanym logo przypominającym teleportującą się cząsteczkę i napisem: „Dostawa do domu”.
Blat pod dłonią zadrżał – ledwie wyczuwalnie. Metaliczne ramiona wysunęły się z gładkiej powierzchni i z precyzją złożyły wokół mojego niedojedzonego posiłku elegancki, srebrzysty kontener. Po chwili kontener z cichym sykiem zniknął w otworze, który pojawił się w blacie, a ten znów stał się idealnie gładki.
Przyglądałam się szybkim, precyzyjnym ruchom.
– I co teraz? To naprawdę działa? Dojemy to w mieszkaniu? Jak?
– Od niedawna mamy w mieszkaniu terminal „Geoduktu”. To szybko rozwijana usługa w mieście.
– To niesamowite, ale też… potencjalnie przerażające. Jeśli wszystko można mieć na skinienie, jeśli zaspokojenie każdej zachcianki kulinarnej jest tak proste i tanie, to po co w ogóle ruszać się z mieszkania? Po co samemu gotować, spotykać się z ludźmi w restauracjach, jeśli można mieć to wszystko w domowym zaciszu, bez wysiłku?
Księżycowe doświadczenia same połączyły kropki w głowie. Brak ruchu, nieograniczony dostęp do łatwych kalorii. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. To przecież prosta droga do tego samego koszmaru, który zostawiłam na Księżycu. Ziemska wersja „syndromu sagana”, tylko wywołana nie przez niską grawitację i specyficzne warunki metaboliczne, a przez wszechogarniającą wygodę i kuszący nadmiar.
Niewiarygodne.
– A teraz – podał mi dłoń – chodźmy. Czeka nas jeszcze cały wieczór i całe życie na Ziemi.
Wsunęłam dłoń w jego palce. Gdy drzwi kabiny zamknęły się za nami, holograficzny ocean zgasł w milczeniu. Na zewnątrz – prawdziwy gwar ulicy, prawdziwa wilgoć na skórze.
– Burger poczeka – powiedział cicho.
Skinęłam. Tym razem bez obliczania kalorii.