- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. 003. W restauracji.

Cuiavia. 003. W restauracji.

Oceny

Cuiavia. 003. W restauracji.

Gdy tylko drzwi samochodu się rozsunęły, uderzył we mnie ciepły, tętniący życiem wieczór. Holograficzne szyldy pulsowały kolorami i obietnicami. Pod skórą wezbrało nagłe mrowienie.

Światła oślepiały. – To dokąd dziś mnie zabierasz…?

Opiekuńcze ramię oplotło mnie w talii i przyciągnęło do siebie.

– Skoro tak długo krążyłaś dookoła Ziemi, pomyślałem, że zabiorę cię w podróż dookoła świata. Kulinarną, rzecz jasna.

Lokal był ciasny, niemal klaustrofobiczny, z jednym stolikiem i dwoma kubełkowymi fotelami. Gładkie, matowe ściany nie zdradzały swojej tajemnicy, dopóki nie padła komenda:

– Komputer, wgraj zasób z biblioteki publicznej: „Kolacja z Agnieszką”.

W jednej chwili ściany ożyły. Zniknęły, zastąpione przez panoramiczny widok na bujną, ociekającą zielenią dżunglę amazońską. Wnętrze wypełnił śpiew egzotycznych ptaków i szum odległego wodospadu. Wilgoć niemal oblepiła mi skórę. Po chwili dżungla płynnie rozpłynęła się, ukazując skąpany w słońcu widok na australijskie Uluru, i wreszcie surowe, lodowe piękno arktycznej pustyni z tańczącą na niebie zorzą północną.

Oczy łapały kolejne obrazy. Dłoń, którą podniosłam do ust, zatrzymała się w połowie drogi. Palce drżały.

– To lepsze niż widoki z rakiety. Tam panowała tylko pustka. A tu… tu pulsuje życie. I jesteś ty.

Uśmiech rozjaśnił mu twarz – taki, który zawsze pojawiał się, gdy widział mój zachwyt.

Gdy usiedliśmy, blat stołu rozbłysnął delikatnym światłem, a nad nim, niczym miniaturowe, apetyczne duchy, zaczęły unosić się trójwymiarowe hologramy potraw. Obróciłam jeden z nich gestem dłoni, powiększając opis i składniki.

Świat zawirował. Fascynacja walczyła z mdłościami od nadmiaru bodźców.

– Niesamowite. Dłoń sama przesunęła się przez fantom spaghetti carbonara. Zareagował drgnieniem i tabelą kalorii. – Jak ten postęp przyspiesza. Nie ma cię kilka miesięcy i już czujesz się jak człowiek z innej epoki, nie potrafiąc odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości.

– Jeszcze nie mieliście takich na Księżycu?

Urzeczenie prysnęło. Została tylko praktyka. – Tam nie ma miejsca na takie fanaberie. Każdy sprzęt musi pracować jak najdłużej, być maksymalnie niezawodny. Nie ma mowy o częstej wymianie tylko dlatego, że pojawiło się coś nowszego czy bardziej efektownego.

Poważnie przytaknął. – To ciekawe. Ludziom na Ziemi często wydaje się, że życie na Księżycu to właśnie przyszłość, science fiction na co dzień. A z tego, co mówisz, wynika, że pod wieloma względami przypomina to życie w przeszłości, gdzie wszystko należało oszczędzać i naprawiać.

– Coś w tym jest. – Na tę chwilę – i pewnie jeszcze przez długi czas – życie tam to nieustanna walka z przeciwnościami, z każdym gramem, każdym kilowatem energii. Tam liczy się przede wszystkim przetrwanie i funkcjonalność.

– Ale właśnie dlatego teraz zamierzam sobie to wszystko odbić!

Palce szybko i pewnie przesuwały się po hologramach potraw jakby chciały złapać cały świat naraz.

Z czystą, nieskrępowaną radością wybierałam kolejne potrawy. Chciałam wszystkiego naraz. Przy każdym zamówieniu – solidna porcja spaghetti, góra chrupiących frytek i ten gigantyczny, podwójny burger ociekający sosem – hologram potrawy kłaniał się w podzięce zabawną animacją, po czym przesuwały się na wirtualną listę po mojej stronie stołu. Nie odrywał ode mnie wzroku. W jego spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, niemal czułego.

– A ja poproszę owoce morza, zestaw sushi i zimne, rzemieślnicze piwo. – Jego zamówienie dołączyło do listy.

Hologramy zniknęły, a stół znów stał się gładką powierzchnią. Przysunął się bliżej, skupiony na każdym moim słowie. – Opowiedz mi o życiu tam. Jak wyglądała twoja codzienność?

Powietrze uszło ze mnie w jednym długim wydechu. Entuzjazm wyparował. Dłoń rozpostarła się na blacie, jakby szukając kotwicy. Szare korytarze bazy znów mnie otoczyły.

– Marzyłam tam o tym ogromnym podwójnym burgerze i całej górze frytek.

Randkowa lekkość zniknęła. – Tak trudno jest mi sobie to wszystko wyobrazić… jak naprawdę wyglądało tam twoje życie… wszystko takie inne… To jak opowieści z innego świata, dosłownie.

– Nie masz pojęcia, jak skomplikowaną i angażującą czynnością potrafi być zwykłe jedzenie na Księżycu.

Uniósł brwi. – Żartujesz… prawda? Myślałem, że macie tam specjalny, dostosowany prowiant, że to wszystko jest jakoś rozwiązane.

Tylko bezradnie pokręciłam głową. – Na Ziemi bierzesz kęs, przełykasz – i nawet o tym nie myślisz. Grawitacja i perystaltyka robią całą robotę za ciebie. Naturalnie, bez wysiłku. – Zamilkłam. – A tam każda porcja to ostrożnie odmierzony eksperyment. Mały, przemielony zębami kęs, dużo śliny i czekanie. Czekasz, aż łaskawie przesunie się w dół. Bardzo powoli. Jakby miało utknąć w gardle na zawsze.

– Czyli to trochę tak jak jedzenie na leżąco? Albo do góry nogami?

– Trochę, ale wyobraź sobie, że nawet normalne siedzenie przy stole tam nie działa tak jak tu. Wszystko „leci” wolniej, leniwiej. Grawitacja jest sześciokrotnie słabsza, więc siła, która normalnie pomaga przesuwać pokarm, jest minimalna. Płynna dieta? Zdecydowanie bezpieczniejsza, przynajmniej na początku. Mniej ryzyka, że coś stanie ci w przełyku albo, co gorsza, trafi nie tam, gdzie trzeba.

Nie przerywał. Położył dłoń na mojej. – Ale głodna nie chodziłaś?

Spojrzałam na nasze splecione dłonie. – Chodziłam… ale nie z powodu, o którym myślisz. Nie z braku jedzenia. – Słowa utknęły mi w gardle. Zawahałam się. – Tam, racje żywnościowe, te zbilansowane, pełnowartościowe posiłki z Ziemi, okazywały się… wystarczające. Czasem nawet wydawały się zbyt obfite, przynajmniej na pierwszy rzut oka. – Wypuściłam z płuc ciężkie, świszczące powietrze. – I właśnie to było najgorsze. Ta pozorna obfitość, świadomość, że jedzenie jest, a ja nie mogę go jeść tyle, ile bym chciała, albo ile moje ziemskie przyzwyczajenia by dyktowały. Widziałam tych, którzy się nie powstrzymywali… tych, którzy jedli tyle, ile dusza zapragnie, jakby wciąż byli na Ziemi… jak powoli tracili kontrolę nad własnym ciałem. Czułam się jak Tantal, skazana na wieczne męki. Otaczał mnie dostatek jedzenia, po które wiedziałam, że nie mogę sięgnąć bez konsekwencji.

– A co gorsza – cokolwiek bym zjadła i ile bym zjadła, nie czułam prawdziwej sytości. Takiej, jaką znam stąd. Jakby ciało zapomniało, że coś w nim już jest, że żołądek jest pełny. W niskiej grawitacji ten organ nie wysyła tak jasnych sygnałów do mózgu. Nie ma tego przyjemnego uczucia ciężkości, satysfakcji. Jakby ciało nie wiedziało, czy już wystarczy. Możesz jeść i jeść… i nadal czuć się wewnętrznie pustym. To upiorny stres.

Ściągnął brwi, jakby liczył coś w myślach. – A do tego zużywasz mniej kalorii. Każdy ruch jest łatwiejszy. Logicznie: musisz jeść mniej, żeby utrzymać bilans.

– Dokładnie. Zmęczenie, które tam odczuwałam, nie było fizyczne, w sensie bólu mięśni po ciężkim treningu. Czułam zmęczenie metaboliczne. Głębokie, wewnętrzne wyczerpanie organizmu, który nie potrafił się odnaleźć w nowych warunkach. Na początku próbowałam nawet oszukać to nieustanne uczucie głodu, wypełniając żołądek wodą, specjalnym błonnikiem… Nawet tymi jałowymi, syntetycznymi kamyczkami, które miały dawać uczucie pełności, ale to tylko pogłębiało ten stan zawieszenia, to metaboliczne limbo. W końcu zrozumiałam: Wolałam pozwolić sobie na kontrolowane niedojadanie, przegłodzić się na początku, i pozwolić ciału się dostosować, niż na siłę udawać, że wciąż jesteśmy na Ziemi i możemy jeść bez ograniczeń.

– Dzielna dziewczyna. Musiałaś przejść przez to sama? A inni? To brzmi jak przepis na kosmiczne zaburzenia odżywiania.

Przez chwilę słychać było tylko szum oceanu z paneli. Nie przerwał milczenia. Wspomnienia zalewały mnie falą – gorącą, gęstą, nie do odepchnięcia. Czekał.

– Widziałam ludzi, którzy jedli bez umiaru. Tylko po to, żeby nie czuć tego upiornego, fałszywego głodu. Tak się roztyli, że wyglądali jak… – na moment zabrakło mi tchu, a odpowiednie określenie utknęło mi w gardle, wyparte przez nagłą falę fizycznego niesmaku na samo wspomnienie tamtych widoków. – no, jak coś, czego naprawdę nie chcesz spotkać w ciasnym, hermetycznym module mieszkalnym.

Odstawił piwo, krzywiąc się mimowolnie. – Aż tak źle? W kombinezonach chyba tego nie widać?

– Właśnie w tym rzecz, że widać. – Przybliżyłam twarz do jego twarzy, pozwalając, by mój głos przeszedł w ledwo słyszalny, konspiracyjny szept. – Ich sylwetki sprawiały wrażenie, jakby kompletnie zapomniały, co to znaczy granica, jakby grawitacja przestała dla nich istnieć w jakiejkolwiek formie. – Przez zaciśnięte gardło przełknęłam ślinę – boleśnie suchą. – Widziałam ludzi tak potwornie otyłych, że nie mogłam uwierzyć, że to fizycznie możliwe. Napuchniętych, zdeformowanych.

– Koszmar – mruknął.

– To jeszcze nic. I wyobraź sobie… – Coś mnie dławiło – nie wiadomo, czy niedowierzanie, czy ta stara, wciąż żywa uraza. – Oni śmiali się ze mnie, że jestem chuda. Jakby ubóstwo nagle zyskało swoją wagę, a moja szczupłość była jego synonimem. Nie rozumieli, że ja po prostu próbuję ocalić swoje ciało, zachować możliwość powrotu. Ich obżarstwo nazywali godnością i korzystaniem z życia, a moją samodyscyplinę – słabością, wręcz dziwactwem!

Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Czekaj, śmiali się? Z ciebie? Bo dbałaś o zdrowie?

– Śmiali się z każdego, kto nie żarł – TAK JAK ONI! – Wyrzuciłam to z siebie niemal z krzykiem. – Nie rozumieli, że ja liczę każdy kęs, każdą kalorię… Bo… – gardło zacisnęło mi się tak mocno, że ledwo byłam w stanie dokończyć – bo ja chcę móc wrócić na Ziemię. Żywa i zdrowa.

Przyglądał mi się z mieszaniną podziwu i troski, ale w jego oczach błysnęła też iskierka przekory. – Ho ho! Ktoś przywiózł z Księżyca mowę nienawiści! – rzucił, próbując rozładować napięcie.

Nie podjęłam żartu. Popatrzyłam mu prosto w oczy, ogarnął mnie mrok na samo wspomnienie tamtych dni. – Nie! To nie jest nienawiść. Po prostu widziałam rzeczy, które bolą. Które przerażają. Umilkłam na moment, próbując złapać oddech przed tym, co musiałam z siebie wyrzucić. – I wiesz co było w tym najgorsze? Obnosili się z dumą. Z tej swojej monstrualnej otyłości. Przestali ją ukrywać. Przeciwnie – paradowali w przezroczystych, dopasowanych kombinezonach, a czasem nawet bez nich. W ich świecie to był ostateczny znak bogactwa i statusu. Dowód, że stać ich na ziemskie jedzenie bez ograniczeń.

W gardle rozlała się gorycz – taka, że język przykleił się do podniebienia. Na moment zgubiłam słowa. Nogi pod stołem napięły się, pięta wbijała w podłogę. – Z jednej strony… ta drakońska dieta, którą bez wahania nazywam torturą, ten nieustanny głód i samokontrola – uratowały mnie przed tym, żeby nie skończyć jak oni. Przed degradacją organizmu i, co gorsza, umysłu. Ale z drugiej strony… teraz mój żołądek jest wielkości naparstka.

Pokiwał powoli głową. – Myślałem, że produkcja żywności na miejscu, już się jakoś znacząco rozwinęła…

– Ciągle raczkuje – wyrzuciłam, a w głosie poczułam tę starą, kwasową nutę, której nie próbowałam już tłumić. – Mamy laboratoria, które hodują coś w rodzaju białkowej papki. Efektywne, zbilansowane, odżywcze, ale… bez duszy. Smakuje jak mokry karton. Zaczęto już uprawiać pierwsze warzywa w hydroponice, ale to kropla w morzu potrzeb. Przydziały prawdziwej żywności z Ziemi są urozmaicone, to prawda, i może czasami wydają się obfite. Ale ta obfitość jest złudna i trwa tylko przez chwilę. Kiedy bowiem pozwolisz sobie na moment kulinarnej nieuwagi, na jeden nierozważny posiłek za dużo, wpadasz w metaboliczną spiralę otyłości. I wtedy te same, wcześniejsze racje przestają być dla ciebie „obfite” – może będą wystarczające, by nie umrzeć z niedożywienia, ale na pewno nie, by poczuć sytość. Tylko najwyżsi urzędnicy i wysoko postawieni pracownicy korporacji mają nieograniczony dostęp do importowanej, luksusowej żywności. I wcale nie robią tego po cichu. Jedzą publicznie, obnoszą się z tym. Ich talerze to waluta statusu, manifestacja władzy.

W tej właśnie chwili, jakby na potwierdzenie kontrastu między tamtym światem a tym, co oferowała Ziemia, środek stołu bezgłośnie zapadł się na kilka centymetrów. Po sekundzie wysunął się z niego lśniący, metaliczny pojemnik, kształtem i rozmiarem zadziwiająco podobny do standardowej walizki podróżnej. Górna pokrywa pojemnika otworzyła się, a jego boczne ścianki z cichym sykiem rozłożyły się na blacie, tworząc elegancką, dwupoziomową platformę. Na dolnym poziomie stały talerze z sushi i świeżymi owocami morza oraz wysoki kufel z idealnie zimnym piwem, po którego oszronionych ściankach spływały krople skondensowanej pary. Na górze piętrzyło się moje zamówienie: talerz dymiącego spaghetti, złociste, chrupiące frytki i potężny, podwójny burger, z którego apetycznie wypływał ser.

Zapach uderzył we mnie z taką siłą, że na moment zakręciło mi się w głowie. Rygorystyczna samokontrola pękła. W żołądku zawirowało – prymitywne, niemal bolesne ssanie. Nie potrafiłam oderwać wzroku od kropli tłuszczu lśniącej na przyrumienionej bułce.

Wybuchnął serdecznym śmiechem, bawiąc się moim bezgranicznym osłupieniem, którego nie byłam już w stanie ukryć. – Robi wrażenie, co nie?! Technologia w służbie głodnego człowieka.

– Ale jak?! Skąd to? – Wyrzuciłam z siebie. Bezmyślnie wyciągnęłam rękę w stronę parującego burgera i oszronionego kufla, jakbym musiała dotknąć materii, by uwierzyć w jej realność. – I ciepłe, i zimne w jednym pojemniku?! Czekaj, czekaj… – Wszystkie kropki w mojej głowie nagle zaczęły łączyć się w logiczną całość – topologia. Geodukt. Swaróg. – Na trzecie pytanie chyba znam odpowiedź… Czy to nie jest przypadkiem ta sama technologia topologiczna, która zapewnia niemal bezstratny transport ogromnych ilości energii na „Swarogu”? Materiały topologiczne są przecież doskonałymi, niemal idealnymi izolatorami termicznymi…

Uśmiechnął się z uznaniem dla szybkiej dedukcji.

– Bingo, pani naukowiec. Sieć ma jedną kuchnię na cały region. Najlepsi kucharze, świeże produkty i tunele Geoduktu pod naszymi stopami. Ekspresowo, tanio i dla każdego.

Wpatrywałam się w burgera. Żołądek – pusty, a mimo to odmawiający przyjęcia choćby kropli tłuszczu.

– Wiesz co? – Cały mój entuzjazm nagle wyparował, zostawiając w gardle jedynie suchość. – Marzyłam o ziemskim jedzeniu przez te wszystkie miesiące. Wyobrażałam sobie smaki, zapachy, konsystencje… – A teraz… – Głos utknął mi w gardle. Ręka sama sięgnęła ku talerzowi – i zatrzymała się, drżąc nad kroplą tłuszczu. – Teraz boję się…, że jeden kęs tego cuda i będę pełna. Tam taka porcja jedzenia wystarczała mi na pół dnia. Tutaj, jedząc tyle, zeszłabym z głodu w ciągu tygodnia. Muszę się teraz napychać na siłę. Cały dzień, krok po kroku, gram po gramie, by znów rozepchać żołądek do ziemskiego rozmiaru. Inaczej mój organizm po prostu nie wytrzyma. Kalorie muszą się zgadzać, bilans energetyczny musi być dodatni. A ja? Ja już nie wiem, co to znaczy prawdziwy „głód” albo prawdziwa „sytość”. Moje ciało kompletnie zgłupiało.

Słuchał w milczeniu. Jego entuzjazm zgasł. Słyszeliśmy tylko szum oceanu z holograficznych ścian. Jego dłoń znalazła moją. Ciepła, pewna. Nie puściła, dopóki nie złapałam oddechu.

– To, co opisujesz… tę przyszłość tych księżycowych VIP-ów, o których mówiłaś wcześniej, i twoje własne zmagania… ich fizyczną degradację w imię statusu… Czy to właśnie to nazwałaś w swoim artykule „syndromem Twardowskiego”?

– Tak, to była bardziej publicystyczna, chwytliwa metafora, której użyłam we wstępie do artykułu dla „Space Health”, by przyciągnąć uwagę do problemu niemożności powrotu tych ludzi na Ziemię. Ale w samym artykule opisałam to bardziej klinicznie. Nazwałam ten stan „syndromem adaptacyjnej grawi-astenii nabytej” – w skrócie SAGAN.

Przetwarzał długą nazwę, a potem kąciki jego ust drgnęły nieznacznie. – S.A.G.A.N.?

Potwierdziłam.

– Tak. I oczywiście, jak to z akronimami bywa, ludzie szybko to podchwycili. Złośliwi komentatorzy i personel medyczny, który musiał zajmować się pacjentami. W nieoficjalnym obiegu zaczęto mówić o „syndromie sagana” albo po prostu, że ktoś „ma sagana”, czy nawet, że „jest saganem”. Po części pewnie dlatego, że sylwetki niektórych z nich, zwłaszcza w luźnych kombinezonach, naprawdę przypominały wielki, pękaty dzban. A po części – jak szeptano w kantynach – dlatego, że ich specjalne, wysokokaloryczne racje żywnościowe, ta wszechobecna białkowa papka, a także ogromne porcje ziemskiego jedzenia, musiały być dla nich przygotowywane i podawane w naczyniach przypominających właśnie takie ogromne sagany, biorąc pod uwagę ich monstrualne zapotrzebowanie.

Wybuchnął śmiechem, który zagłuszył szum oceanu.

– S.A.G.A.N.! – powtórzył, ocierając łezkę rozbawienia z kącika oka. – Mrugnął do mnie. W jego głosie usłyszałam tę samą złośliwość, którą sama karmiłam od miesięcy.

Napięcie w policzkach opadło. Nadawaliśmy na tych samych falach.

– Niezależnie od nazwy – czy oficjalnego S.A.G.A.N., czy potocznej „Sagany” – stan ten, potwierdzony przez komisję lekarską, otwiera drogę do ubiegania się o ten „fundusz kaloryczny dla pionierów kosmosu”. Czyli, mówiąc wprost – o stałą, lunarną emeryturę w specjalnie przygotowanych, wysokoenergetycznych racjach i nieustannej, kosztownej opiece medycznej. Na koszt podatnika z Ziemi, rzecz jasna. Bo przecież nie można pozwolić, by filary naszej wspaniałej kosmicznej ekspansji cierpiały na oczach opinii publicznej.

Pokręcił głową z niedowierzaniem i pewnego rodzaju smutkiem. – To wszystko jest… potworne, Aga. I pomyśleć, że Srebrny Glob miał być nowym startem, drugą szansą dla ludzkości. Przynajmniej tak to nam wszystkim przedstawiano.

Zaśmiałam się krótko ironicznie, a holograficzne fale oceanu za moimi plecami zdawały się na moment zamrzeć. – Nowym startem? Robercie, kochany, natury ludzkiej nie oszukasz. Możesz ją przenieść na inne ciało niebieskie, dać jej najbardziej zaawansowane technologie, otoczyć ją cudami inżynierii, a ona i tak znajdzie sposób, by odtworzyć te same stare, dobrze znane schematy. Czasem nawet w gorszej, bardziej przerysowanej formie. Zapadłam się głębiej w krzesło. Głos mi zmatowiał. – Pamiętasz te wszystkie wspaniałe wizje, które roztaczano przed ludźmi, kiedy na poważnie zaczynano kolonizować kosmos? Jaki to świat mieliśmy tam stworzyć! Sprawiedliwy, uczciwy, gdzie każdy będzie oceniany według umiejętności i wkładu pracy. Gdzie nie będzie kumoterstwa, korupcji, nepotyzmu. Gdzie technologia rozwiąże wszystkie problemy społeczne. Wszystkie te piękne bla, bla, bla, podawane nam w lśniących, holograficznych prezentacjach.

Wzrok utknął mi na horyzoncie wirtualnego oceanu. – A wiesz, co tam naprawdę stworzyliśmy, przynajmniej w tych pierwszych, zamkniętych społecznościach? Przerysowaną, skondensowaną karykaturę Ziemi. Wszystkie nasze wady, przywary i grzechy, tylko poddane mniejszej grawitacji i znacznie większemu ciśnieniu społecznemu, bez żadnych wentyli bezpieczeństwa. To trochę jak z tą starą maksymą, że historia powtarza się najpierw jako tragedia, a potem jako farsa. My tu, na Ziemi, wciąż odgrywamy nasze małe i większe tragedie, próbujemy z nimi walczyć, czasem coś naprawiamy. Oni tam z tym całym swoim napuszonym bogactwem, „syndromem sagana” i kultem statusu opartego na dostępie do ziemskich dóbr, odstawiają komedię pomyłek na kosmiczną skalę. I to spektakl, za który płacimy wszyscy.

– Ale dlaczego tak się dzieje? – zapytał cicho. – Myślałem, że izolacja, wspólny cel…

– Wspólny cel? – Usta wykrzywiły mi się w gorzkim uśmiechu. – Może na początku, w pionierskich czasach. Ale potem, gdy pojawiają się zasoby, władza i możliwość jej nadużywania… Tu, na Ziemi, pewne rzeczy są jeszcze jakoś kontrolowane. Masz media, które patrzą władzy na ręce, przynajmniej czasem. Są ruchy społeczne, jacyś aktywiści, którzy krzyczą, gdy dzieje się źle. Jest jakaś opozycja. A tam? Zamknięty system. Hermetyczna bańka, w której najgorsze instynkty mają idealne warunki do rozwoju, zwłaszcza gdy są podsycane nieograniczonymi zasobami dla nielicznych i poczuciem absolutnej bezkarności. Tam nikt nikomu na ręce nie patrzy, bo wszyscy są częścią tego samego układu. To jak laboratorium do badania ludzkiej natury w warunkach ekstremalnych, tylko że nikt nie kontroluje eksperymentu. I wyniki są, delikatnie mówiąc, mało budujące. A kiedy tym… „zasłużonym”… zaczynały się kończyć kontrakty lub kadencje, kiedy ich ziemskie wpływy okazywały się zbyt słabe, by załatwić przedłużenie pobytu, zaczynał się prawdziwy teatr absurdu. Byli gotowi na każde upokorzenie, byle tylko zostać.

– Bo widzisz – pochyliłam się nad blatem, a głos sam opadł do szeptu. – wielu z tych „luminarzy” księżycowej administracji czy korporacyjnych filii to nie żadni geniusze czy wizjonerzy rozwoju kolonii tylko… zesłańcy.

Uniósł brwi wysoko. – Zesłańcy? Przecież w wiadomościach przedstawiano ich jako najlepszych z najlepszych. Śmietankę menedżerską Ziemi!

– Propaganda – czułam, jak zaciskane zęby tną język. – Wiesz, jaki tytuł dostał mój szef po tym, jak spieprzył projekt energetyczny na pustyni Gobi? „Generalny Koordynator ds. Optymalizacji Zasobów Lunarnych”. To śmietnik dla tych, których Ziemia chciała wyrzucić, ale nie mogła publicznie upokorzyć. Byle brzmiało dumnie i było wystarczająco daleko od realnych problemów na Ziemi.

Pokręcił głową. – To brzmi jak jakiś ponury, polityczny żart.

– Największy żart miał dopiero nadejść. Gdy desperacja sięgnęła zenitu, a widmo powrotu na Ziemię i śmierci w cierpieniu stawało się coraz bardziej realne, ci ludzie zaczęli wymyślać najbardziej karkołomne sposoby na przedłużenie kontraktów. I tak, w oparach strachu i resztek luksusowej żywności, narodził się ten kuriozalny, patetyczny plan: „Księżyc dla wszystkich!”. Ni mniej, ni więcej, tylko ogłoszenie niepodległości. Secesja od Ziemi.

– Secesja? – Oparł się o krawędź stołu, jakby nagle stracił grunt. – Ale… na czym chcieli ją oprzeć? – Chyba nie powiesz, że naukowcy – ta cała elita intelektualna – dali się na to nabrać i to poparli?

Westchnęłam. Głos osiadł mi w gardle – taki ciężki, że ledwo go wypchnęłam na zewnątrz. – Część z nich, niestety. Kilku profesorów, paru dyrektorów instytutów badawczych. Może uwierzyli w te hasła, może liczyli na nowe stanowiska w „Wolnej Republice Księżycowej”.

– Państwo bez rolnictwa? – prychnęłam. Przypomniałam sobie nasze rozmowy o pierwszych cywilizacjach, miały nadwyżki. A na tam? Nadwyżka to marzenie. Każdy gram żywności to deficyt. Z jakiej części mojego vouchera mieliby wyżywić armię jaśnie oświeconego Prezydenta Księżyca? Z frytek?

Pogarda przelewała się przez zaciśnięte zęby – do tych ludzi i ich śmiesznej, żałosnej krótkowzroczności. – Choć udało im się przekonać część personelu niższego szczebla, naprawdę mieli fundamentalne deficyty intelektualne. Ich obecność na Księżycu to było dla wielu z nich zesłanie, pozbycie się kłopotu przez ziemskie organizacje, a nie żaden awans świadczący o ich kompetencjach.

– I co Ziemia na to wszystko? Domyślam się, że taka perspektywa nie wzbudziła ich zachwytu.

– „Zachwyt” to zdecydowanie nie jest odpowiednie słowo. Kiedy idea „Księżyca dla wszystkich” zaczęła zyskiwać na popularności, gdy pojawiły się pierwsze przecieki o formowaniu jakichś „komitetów niepodległościowych” i zainteresowali się tym poważniejsi gracze na Ziemi, reakcja była natychmiastowa. Brutalna w swojej prostocie. I piekielnie skuteczna. Wystarczyło zablokować osobiste konta kredytowe tych najważniejszych VIP-ów w księżycowych stołówkach i systemach zaopatrzenia. Wystarczyło jedno pstryknięcie palcami. Zakończyć im z dnia na dzień kontrakty z klauzulą natychmiastowego powrotu na Ziemię „w celu złożenia wyjaśnień”.

– Odcięli im koryto?

– Dosłownie. Kilku liderów tego ruchu niepodległościowego bardzo grzecznie zaproszono na „pilne konsultacje międzyplanetarne” na Ziemię, oczywiście z biletem w jedną stronę, bez możliwości powrotu. Niepodległość Księżyca skończyła się szybciej, niż się na dobre zaczęła. Cały popierający ich personel nagle, w cudowny sposób, odzyskał apolityczność i lojalność wobec Ziemi. Nie trzeba było żadnych imperialnych pancerników, żadnych desantów. Wystarczył prosty, ekonomiczny pokaz siły.

– A wiesz, że na Ziemi to wszystko przeszło praktycznie niezauważone? Przynajmniej ja sobie nie przypominam jakiejkolwiek większej wzmianki w mediach. Cisza. Jakby nic się nie stało. Prawdziwa kontrrewolucja w białych rękawiczkach.

– Jaka tam znowu kontrrewolucja? Oficjalnie to był po prostu koniec pewnych kadencji, naturalne wygaśnięcie kontraktów. Wszystko odbyło się nienagannie, zgodnie z literą prawa, podpisanymi umowami i świętymi regułami demokracji międzyplanetarnej. Nikt przecież nikogo siłą nie usuwał ze stanowisk. Sami, z własnej woli, grzecznie wracali na Ziemię na „pilne konsultacje", z których, dziwnym trafem, już nie wracali na swoje księżycowe posady z powodów zdrowotnych, co akurat było prawdą. Czysta procedura. Czasem najskuteczniejsza broń to nie laser, a po prostu dobrze sformułowany aneks do umowy i odcięcie od lodówki.

Śmialiśmy się jeszcze przez chwilę z tej ponurej konstatacji. Kojący szum oceanu zdawał się na chwilę mniej idylliczny.

Zerknął na mój talerz. Burger był ledwie nadgryziony, obok stygła góra frytek.

– Nie możemy pozwolić, żeby tyle pyszności się zmarnowało – powiedział z troską, ale i z lekkim rozbawieniem w głosie. – Zwłaszcza, że jak sama mówiłaś, będziesz musiała teraz nadrabiać kalorie i rozpychać żołądek.

Przesunął talerz na środek blatu. Stół na chwilę znów stał się interaktywny, wyświetlając kilka dyskretnych opcji. Bez wahania wybrał tę oznaczoną stylizowanym logo przypominającym teleportującą się cząsteczkę i napisem: „Dostawa do domu”.

Blat pod dłonią zadrżał – ledwie wyczuwalnie, jak impuls nerwowy. Metaliczne ramiona wysunęły się z gładkiej powierzchni i z precyzją złożyły wokół mojego niedojedzonego posiłku elegancki, srebrzysty kontener. Po chwili kontener z cichym sykiem zniknął w otworze, który pojawił się w blacie, a ten znów stał się idealnie gładki.

Przyglądałam się szybkim, precyzyjnym ruchom.

– I co teraz? To naprawdę działa? Dojemy to w mieszkaniu? Jak?

– Od niedawna mamy w mieszkaniu terminal „Geoduktu”. To szybko rozwijana usługa w mieście.

– To niesamowite, ale też… potencjalnie przerażające. Jeśli wszystko można mieć na skinienie, jeśli zaspokojenie każdej zachcianki kulinarnej jest tak proste i tanie, to po co w ogóle ruszać się z mieszkania? Po co samemu gotować, spotykać się z ludźmi w restauracjach, jeśli można mieć to wszystko w domowym zaciszu, bez wysiłku?

Księżycowe doświadczenia same połączyły kropki w głowie. Brak ruchu, nieograniczony dostęp do łatwych kalorii. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. To przecież prosta droga do tego samego koszmaru, który zostawiłam na Księżycu. Ziemska wersja „syndromu sagana”, tylko wywołana nie przez niską grawitację i specyficzne warunki metaboliczne, a przez wszechogarniającą wygodę i kuszący nadmiar.

Niewiarygodne.

– A teraz – podał mi dłoń – chodźmy. Czeka nas jeszcze cały wieczór i całe życie na Ziemi.

Wsunęłam dłoń w jego palce. Gdy drzwi kabiny zamknęły się za nami, holograficzny ocean zgasł w milczeniu. Na zewnątrz – prawdziwy gwar ulicy, prawdziwa wilgoć na skórze.

– Burger poczeka – powiedział cicho.

Skinęłam. Tym razem bez obliczania kalorii.

Koniec
Nowa Fantastyka