poprzednia część: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34287
poprzednia część: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34287
Wysiedli z samochodu wprost w ciepły, tętniący życiem wieczór. Otoczyły ich holograficzne szyldy, migoczące kolorami i obietnicami. Roześmiała się, czując nagły przypływ energii.
– To dokąd dziś mnie zabierasz na tę wielką, niezdrową ucztę, o której tak marzyłam? – zapytała, mrużąc oczy od świateł.
Objął ją ramieniem, przyciągając do siebie.
– Skoro tak długo krążyłaś dookoła Ziemi, pomyślałem, że zabiorę cię w podróż dookoła świata. Kulinarną, rzecz jasna.
Lokal okazał się zaskakująco kameralny. Mieścił się w niewielkiej, niemal klaustrofobicznej kabinie z jednym stolikiem i dwoma kubełkowymi fotelami. Gładkie, matowe ściany nie zdradzały swojej tajemnicy, dopóki nie padła komenda:
– Komputer, wgraj zasób z biblioteki publicznej: „Kolacja z Agnieszką”.
W jednej chwili ściany ożyły. Zniknęły, zastąpione przez zapierający dech w piersiach, panoramiczny widok pełen niesamowitej głębi na bujną, ociekającą zielenią dżunglę amazońską. Do uszu dobiegały nawet delikatne, przestrzenne dźwięki – śpiew egzotycznych ptaków, szum odległego wodospadu. Realizm obrazu sprawił, że przez moment poczuła tropikalną wilgoć na skórze. Po minucie dżungla płynnie rozpłynęła się w nocny pejzaż Paryża, z wieżą Eiffla lśniącą tysiącem świateł. Potem ukazało się tętniące neonami Tokio i skąpany w słońcu widok na australijskie Uluru, i wreszcie surowe, lodowe piękno Antarktydy z tańczącą na niebie zorzą.
Wpatrywała się w zmieniające się scenerie z zachwytem dziecka.
– To lepsze niż widoki z rakiety – wyszeptała. – Tam panowała tylko pustka. A tu… tu pulsuje życie. I jesteś ty.
Uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony z jej reakcji. Gdy usiedli, blat stołu rozbłysnął delikatnym światłem, a nad nim, niczym miniaturowe, apetyczne duchy, zaczęły unosić się trójwymiarowe hologramy potraw. Każdy z nich można było obrócić gestem dłoni, powiększyć, przeczytać szczegółowy opis i składniki.
Obserwowała to z mieszaniną dziecięcej fascynacji i lekkiego oszołomienia.
– Niesamowite – mruknęła, przesuwając dłonią w powietrzu, by "dotknąć" hologramu parującego spaghetti carbonara, który zareagował na jej ruch lekkim drgnieniem i wyświetleniem informacji o kaloryczności. – Jak ten postęp przyspiesza. Nie ma cię kilka miesięcy i już czujesz się jak człowiek z innej epoki, nie potrafiąc odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości.
Uśmiechnął się, widząc jej autentyczne zdumienie. Wyraźnie cieszył go efekt, jaki wywarła na niej ta drobna nowinka technologiczna. – Jeszcze nie mieliście takich na Księżycu? – zapytał z nutą przekory.
Westchnęła, a jej fascynacja na moment ustąpiła miejsca bardziej praktycznej refleksji. – Tam nie ma miejsca na takie fanaberie. Każdy sprzęt musi pracować jak najdłużej, być maksymalnie niezawodny. Nie ma mowy o częstej wymianie tylko dlatego, że pojawiło się coś nowszego czy bardziej efektownego.
Skinął głową, jego twarz spoważniała. – To ciekawe. Ludziom na Ziemi często wydaje się, że życie na Księżycu to właśnie przyszłość, science fiction na co dzień. A z tego, co mówisz, wynika, że pod wieloma względami przypomina to życie w przeszłości, gdzie wszystko należało oszczędzać i naprawiać.
– Coś w tym jest – przyznała cicho. – Na tę chwilę, i pewnie jeszcze przez długi czas, życie tam to nieustanna walka z przeciwnościami, z każdym gramem, każdym kilowatem energii. Tam liczy się przede wszystkim przetrwanie i funkcjonalność.
Potrząsnęła głową, jakby chciała odgonić te księżycowe wspomnienia. Jej twarz znów się rozjaśniła. – Ale właśnie dlatego – powiedziała, wskazując palcem na unoszący się przed nią hologram gigantycznego burgera – teraz zamierzam sobie to wszystko odbić!
Zaczęła wybierać, a jej twarz wyrażała czystą, nieskrępowaną radość. Przy każdym zamówieniu – solidna porcja spaghetti, góra chrupiących frytek i ten gigantyczny, podwójny burger ociekający sosem – hologram potrawy kłaniał się w podzięce zabawną animacją, po czym przesuwał się na wirtualną listę po jej stronie stołu.
Przyglądał jej się z czułością. – A ja poproszę owoce morza, zestaw sushi i zimne, rzemieślnicze piwo – powiedział w stronę stołu, a jego zamówienie również dołączyło do listy.
Hologramy zniknęły, a stół znów stał się gładką powierzchnią. Oparł łokcie o stół, pochylając się lekko w jej stronę. Jego spojrzenie wyrażało troskę i niecierpliwe oczekiwanie. – Opowiedz mi o życiu tam. Jak tam wyglądała codzienność?
Wzięła głęboki oddech, a jej entuzjazm, który towarzyszył zamawianiu jedzenia, na chwilę przygasł, zastąpiony przez cień trudnych wspomnień. Przez moment bawiła się niewidzialnym okruchem na blacie stołu. – Marzyłam tam o tym ogromnym podwójnym burgerze i całej górze frytek – zniżyła głos.
– Domyślam się, że nie chodziło tylko o smak – jego mina spoważniała. – Tak trudno jest mi sobie to wszystko wyobrazić… jak naprawdę wyglądało tam twoje życie… wszystko takie inne… To jak opowieści z innej planety, dosłownie.
Na jej usta powrócił lekki, nieco gorzki uśmiech. – Nie masz nawet pojęcia, jak skomplikowaną i angażującą czynnością potrafi być zwykłe jedzenie na Księżycu.
Uniósł brwi. – Żartujesz… prawda? Myślałem, że macie tam specjalne, dostosowane jedzenie, że to wszystko jest jakoś rozwiązane.
Pokręciła głową, a jej uśmiech zniknął. – Na Ziemi bierzesz kęs, przełykasz – i nawet o tym nie myślisz. Grawitacja i perystaltyka robią całą robotę za ciebie. Naturalnie, bez wysiłku. – Zrobiła pauzę, jakby szukała odpowiednich słów. – A tam… tam każda porcja to jak ostrożnie odmierzony eksperyment. Mały, bardzo dobrze przeżuty, dokładnie nawilżony śliną kęs – i potem czekasz. Czekasz, aż zechce łaskawie przesunąć się w dół. Bardzo, bardzo powoli. Czasem miałam wrażenie, że utknie mi w gardle na zawsze.
– Czyli to trochę tak jak jedzenie na leżąco? Albo do góry nogami? – próbował zrozumieć.
– Trochę, ale wyobraź sobie, że nawet normalne siedzenie przy stole tam nie działa tak jak tu. Wszystko „leci” wolniej, leniwiej. Grawitacja jest sześciokrotnie słabsza, więc siła, która normalnie pomaga przesuwać pokarm, jest minimalna. Jedzenie w płynie? Zdecydowanie bezpieczniejsze, przynajmniej na początku. Mniej ryzyka, że coś stanie ci w przełyku albo, co gorsza, trafi nie tam, gdzie trzeba.
Słuchał z uwagą, jego twarz wyrażała rosnące zdumienie. Położył swoją dłoń na jej dłoni. – Ale głodna nie chodziłaś?… – zapytał cicho, pół żartem, pół serio.
Spojrzała na ich splecione dłonie. – Chodziłam… ale nie z powodu, o którym myślisz. Nie z braku jedzenia. – Zawahała się, a jej głos stał się cichszy, bardziej osobisty. – Tam, racje żywnościowe, te zbilansowane, pełnowartościowe posiłki z Ziemi, okazywały się… wystarczające. Czasem nawet wydawały się zbyt obfite, przynajmniej na pierwszy rzut oka. – Westchnęła. – I właśnie to było najgorsze. Ta pozorna obfitość, świadomość, że jedzenie jest, a ja nie mogę go jeść tyle, ile bym chciała, albo ile moje ziemskie przyzwyczajenia by dyktowały. Widziałam tych, którzy się nie powstrzymywali… tych, którzy jedli tyle, ile dusza zapragnie, jakby wciąż byli na Ziemi… jak powoli tracili kontrolę nad własnym ciałem. Czułam się jak Tantal, skazana na wieczne męki. Otaczał mnie dostatek jedzenia, po które wiedziałam, że nie mogę sięgnąć bez konsekwencji.
– A co gorsza – czegokolwiek bym nie zjadła, i ile bym nie zjadła, nie czułam prawdziwej sytości. Takiej, jaką znam stąd. Jakby ciało zapomniało, że coś w nim już jest, że żołądek jest pełny. W niskiej grawitacji żołądek nie wysyła tak jasnych sygnałów do mózgu. Nie ma tego przyjemnego uczucia ciężkości, satysfakcji. Jakby ciało nie wiedziało, czy już wystarczy. Możesz jeść i jeść… i nadal czuć się wewnętrznie pustym. To upiorne uczucie.
Zmarszczył brwi, analizując. – A do tego… na Księżycu zużywasz mniej kalorii, bo poruszasz się łatwiej, każdy ruch wymaga mniej wysiłku. Więc, logicznie, musisz jeść mniej, żeby się nie roztyć i utrzymać bilans energetyczny.
– Dokładnie. – Skinęła głową. – I dlatego zmęczenie, które tam odczuwałam, nie było fizyczne, w sensie bólu mięśni po ciężkim treningu. Czułam zmęczenie metaboliczne. Głębokie, wewnętrzne wyczerpanie organizmu, który nie potrafił się odnaleźć w nowych warunkach. Na początku próbowałam nawet oszukać to nieustanne uczucie głodu, wypełniając żołądek wodą, specjalnym błonnikiem… Nawet tymi jałowymi, syntetycznymi kamyczkami, które miały dawać uczucie pełności. – Uśmiechnęła się krzywo. – Ale to tylko pogłębiało ten stan zawieszenia, to metaboliczne limbo. W końcu zrozumiałam: Wolałam pozwolić sobie na kontrolowane niedojadanie, niemal przegłodzić się na początku, i pozwolić ciału się dostosować, niż na siłę udawać, że wciąż jesteśmy na Ziemi i możemy jeść bez ograniczeń.
Pokręcił głową z podziwem i troską. – Dzielna dziewczyna! Naprawdę musiałaś przez to wszystko przejść sama? A inni? Jak sobie radzili? Bo to, co mówisz, brzmi jak gotowy przepis na jakieś kosmiczne zaburzenia odżywiania.
Umilkła na dłuższą chwilę. Jej spojrzenie uciekło gdzieś w głąb holograficznego Maczu Pikczu, ale jej oczy nie widziały ani tego imponującego miasta ani majestatycznych And. Tkwiły we wspomnieniach. Wreszcie westchnęła, mówiła cichym, pozbawiony wcześniejszej lekkości głosem. – Widziałam ludzi, którzy jedli bez umiaru. Tylko po to, żeby nie czuć tego upiornego, fałszywego głodu. Tak się roztyli, że wyglądali jak… – zawahała się, szukając słów, a na jej twarzy pojawił się grymas niesmaku – no, jak coś, czego naprawdę nie chcesz spotkać w ciasnym, hermetycznym module mieszkalnym.
Odstawił piwo, krzywiąc się mimowolnie. – Aż tak źle? W kombinezonach chyba tego nie widać?
– Właśnie w tym rzecz, że widać – pochyliła się, ściszając głos. Ich ciała wyglądały, jakby kompletnie zapomniały, co to znaczy granica, jakby grawitacja przestała dla nich istnieć w jakiejkolwiek formie. – Przełknęła ślinę. – Widziałam ludzi tak potwornie otyłych, że nie mogłam uwierzyć, że to fizycznie możliwe. Napuchniętych, zdeformowanych.
– Koszmar – mruknął.
– To jeszcze nic. I wyobraź sobie – ciągnęła, a w jej głosie pojawiła się nuta niedowierzania i dawnej urazy – oni śmiali się ze mnie, że jestem chuda. Jakby ubóstwo nagle zyskało swoją wagę, a moja szczupłość była jego synonimem. Nie rozumieli, że ja po prostu próbuję ocalić swoje ciało, zachować możliwość powrotu. Ich obżarstwo nazywali godnością i korzystaniem z życia, a moją samodyscyplinę – słabością, wręcz dziwactwem!
Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Czekaj, śmiali się? Z ciebie? Bo dbałaś o zdrowie?
– Śmiali się z każdego, kto nie żarł TAK JAK ONI! – Jej głos na chwilę stał się ostrzejszy, niemal wibrujący od tłumionych emocji. – Nie rozumieli, że ja liczę każdy kęs, każdą kalorię… Bo… – głos jej zadrżał – bo ja chcę móc wrócić na Ziemię. Żywa i zdrowa.
Spojrzał na nią z mieszaniną podziwu i troski, ale w jego oczach błysnęła też iskierka przekory. – Ho ho! Ktoś przywiózł z Księżyca mowę nienawiści! – rzucił, próbując rozładować napięcie.
Nie podjęła żartu. Spojrzała na niego poważnie, a jej oczy pociemniały. – Nie! To nie jest nienawiść. Po prostu widziałam rzeczy, które bolą. Które przerażają. – Zrobiła pauzę. – I wiesz co było w tym najgorsze? Obnosili się z dumą. Z tej swojej monstrualnej otyłości. Przestali ją ukrywać. Przeciwnie – paradowali w przezroczystych, dopasowanych kombinezonach, a czasem nawet bez nich. W ich świecie to był ostateczny znak bogactwa i statusu. Dowód, że stać ich na ziemskie jedzenie bez ograniczeń.
Zamilkła na moment, bawiąc się palcem niewidzialnym okruszkiem na blacie. – Z jednej strony… ta drakońska dieta, którą bez wahania nazywam torturą, ten nieustanny głód i samokontrola – uratowały mnie przed tym, żeby nie skończyć jak oni. Przed degradacją ciała i, co gorsza, umysłu. Ale z drugiej strony… teraz mój żołądek jest wielkości naparstka.
Pokiwał powoli głową. – Myślałem, że produkcja żywności na miejscu, w bazie księżycowej, już się jakoś znacząco rozwinęła…
Uśmiechnęła się gorzko. – Ciągle raczkuje. Mamy laboratoria, które hodują coś w rodzaju białkowej papki. Efektywne, zbilansowane, odżywcze, ale… bez duszy. Smakuje jak mokry karton. Zaczęto już uprawiać pierwsze warzywa w hydroponice, ale to kropla w morzu potrzeb. Przydziały prawdziwej żywności z Ziemi są urozmaicone, to prawda, i może czasami wydają się obfite. Ale ta obfitość jest złudna i trwa tylko przez chwilę. Kiedy bowiem pozwolisz sobie na moment kulinarnej nieuwagi, na jeden nierozważny posiłek za dużo, wpadasz w metaboliczną spiralę otyłości. I wtedy te same, wcześniejsze racje przestają być dla ciebie "obfite" – może będą wystarczające, by nie umrzeć z niedożywienia, ale na pewno nie, by poczuć sytość. Tylko najwyżsi urzędnicy i wysoko postawieni pracownicy korporacji mają nieograniczony dostęp do importowanej, luksusowej żywności. I wcale nie robią tego po cichu. Jedzą publicznie, obnoszą się z tym. Ich talerze to waluta statusu, manifestacja władzy.
W tej właśnie chwili, jakby na potwierdzenie kontrastu między tamtym światem a tym, co oferowała Ziemia, środek ich stołu bezgłośnie zapadł się na kilka centymetrów. Po sekundzie wysunął się z niego lśniący, metaliczny pojemnik, kształtem i rozmiarem zadziwiająco podobny do jej standardowej walizki podróżnej. Górna pokrywa pojemnika otworzyła się, a jego boczne ścianki z cichym sykiem rozłożyły się na blacie, tworząc elegancką, dwupoziomową platformę. Na dolnym poziomie stały talerze z sushi i świeżymi owocami morza oraz wysoki kufel z idealnie zimnym piwem, po którego oszronionych ściankach spływały krople skondensowanej pary. Na górze piętrzyło się jej zamówienie: talerz dymiącego spaghetti, złociste, chrupiące frytki i potężny, podwójny burger, z którego apetycznie wypływał ser.
Patrzyła na ten spektakl z szeroko otwartymi oczami, a jej usta powoli otwierały się ze zdumienia.
Roześmiał się serdecznie, widząc jej minę. – Robi wrażenie, co nie?! Technologia w służbie głodnego człowieka.
– Ale jak?! Skąd to? – Jej głos wypełniło niedowierzanie. Wskazała na parujący burger i oszroniony kufel. – I ciepłe, i zimne w jednym, idealnie izolowanym pojemniku?! Czekaj, czekaj… – Zmarszczyła brwi, a w jej oczach pojawił się błysk intensywnego namysłu. – Na trzecie pytanie chyba znam odpowiedź… Czy to nie jest przypadkiem ta sama technologia topologiczna, która zapewnia niemal bezstratny transport ogromnych ilości energii na „Swarogu”? Materiały topologiczne są przecież doskonałymi, niemal idealnymi izolatorami termicznymi…
Uśmiechnął się z uznaniem dla jej szybkiej dedukcji. – Bingo, pani naukowiec. To ja odpowiem na dwa pierwsze. Sieć Jadłodajni ma jedną, centralną kuchnię dla całego miasta, może nawet regionu. Tam najlepsi kucharze i automaty przygotowują wszystko na bieżąco. A zamówienia wysyłane są do poszczególnych kabin siecią podziemnych tuneli systemu Geodukt. Ekspresowo i bez strat na jakości. Same zalety: centralna kuchnia może zatrudniać absolutne sławy kulinarne, gigantyczna ilość zamówień sprawia, że wszystkie potrawy powstają wyłącznie ze świeżych, lokalnych produktów, koszt jednostkowy przygotowania posiłku jest znacznie mniejszy, a w efekcie te doskonałe dania są naprawdę tanie i dostępne dla każdego.
Pokręciła głową z podziwem, ale jej wzrok, który spoczął na ogromnym burgerze, nagle posmutniał. Jego entuzjazm dotyczący ziemskiej obfitości i dostępności tylko podkreślił jej własny, obecny problem.
– Wiesz co? – zaczęła cicho, a jej głos stracił wcześniejszą nutę fascynacji. – Marzyłam o ziemskim jedzeniu przez te wszystkie miesiące. Wyobrażałam sobie smaki, zapachy, konsystencje… A teraz… – jej głos zadrżał, gdy wskazała na swój talerz – teraz boję się, że jeden kęs tego cuda i będę pełna. Na Księżycu taka porcja jedzenia wystarczała mi na pół dnia. Tutaj? Zeszłabym z głodu w ciągu tygodnia. Muszę się teraz napychać na siłę. Cały dzień, krok po kroku, gram po gramie, by znów rozepchać żołądek do ziemskiego rozmiaru. Inaczej mój organizm po prostu nie wytrzyma. Kalorie muszą się zgadzać, bilans energetyczny musi być dodatni. A ja? Ja już nie wiem, co to znaczy prawdziwy "głód" albo prawdziwa "sytość". Moje ciało kompletnie zgłupiało.
Słuchał jej w milczeniu, jego wcześniejszy entuzjazm ustąpił miejsca głębokiemu zrozumieniu i współczuciu. Kiedy skończyła, przez chwilę oboje siedzieli w ciszy, przerywanej jedynie delikatnymi dźwiękami szumiącego oceanu dobiegającymi z holograficznych ścian. Wziął jej dłoń, która leżała na stole, i delikatnie ją uścisnął. – To, co opisujesz… tę przyszłość tych księżycowych VIP-ów, o których mówiłaś wcześniej, i twoje własne zmagania… ich fizyczną degradację w imię statusu… Czy to właśnie to nazwałaś w swoim artykule „syndromem Twardowskiego”? – zapytał w końcu cicho.
Na jej ustach pojawił się delikatny, choć pozbawiony radości uśmiech. Był to raczej grymas zmęczenia i ironii.
– Tak, to była bardziej publicystyczna, chwytliwa metafora, której użyłam we wstępie do artykułu dla „Space Health”, by przyciągnąć uwagę do problemu niemożności powrotu tych ludzi na Ziemię. Ale w samym artykule opisałam to bardziej klinicznie. Nazwałam ten stan „syndromem adaptacyjnej grawi-astenii nabytej” – w skrócie SAGAN.
Uniósł brwi, przetwarzając długą nazwę, a potem kąciki jego ust drgnęły nieznacznie. – S.A.G.A.N.?
Potwierdziła z ledwo zauważalnym, ironicznym błyskiem w oku.
– Tak. I oczywiście, jak to z akronimami bywa, ludzie szybko podchwycili. W nieoficjalnym obiegu, szczególnie w złośliwych komentarzach i wśród personelu medycznego, który musiał się nimi zajmować, zaczęto mówić o „syndromie sagana” albo po prostu, że ktoś „ma Sagana”, czy nawet, że „jest Saganem”. Po części pewnie dlatego, że sylwetki niektórych z nich, zwłaszcza w luźnych kombinezonach, naprawdę przypominały wielki, pękaty dzban. A po części – jak szeptano w kuluarach kantyn na Księżycu – dlatego, że ich specjalne, wysokokaloryczne racje żywnościowe, ta wszechobecna białkowa papka, a także ogromne porcje ziemskiego jedzenia, musiały być dla nich przygotowywane i podawane w naczyniach przypominających właśnie takie ogromne sagany, biorąc pod uwagę ich monstrualne zapotrzebowanie.
Wybuchnął szczerym, głośnym śmiechem, który na chwilę przerwał nawet kojący szum oceanu z holograficznych ścian. – S.A.G.A.N.! – powtórzył, ocierając łezkę rozbawienia z kącika oka. – No co za przypadek z tym akronimem… Nieprawdaż? – Puścił do niej znacząco oko, a w jego głosie brzmiała czysta, inteligentna złośliwość, która idealnie współgrała z jej własną.
Odwzajemniła jego spojrzenie, a na jej ustach pojawił się tym razem szerszy, bardziej filuterny uśmiech. Zrozumiał. Zrozumiał jej celowy, naukowy sarkazm ukryty w formalnej nazwie. Nie musiała niczego potwierdzać słowami; porozumiewawczo puściła do niego oko. Po chwili dodała już poważniej: – Niezależnie od nazwy – czy oficjalnego S.A.G.A.N., czy potocznej „Sagany” – stan ten, potwierdzony przez komisję lekarską, otwiera drogę do ubiegania się o ten „fundusz kaloryczny dla pionierów kosmosu”. Czyli, mówiąc wprost – o stałą, księżycową emeryturę w specjalnie przygotowanych, wysokoenergetycznych racjach i nieustannej, kosztownej opiece medycznej. Na koszt podatnika z Ziemi, rzecz jasna. Bo przecież nie można pozwolić, by filary naszej wspaniałej kosmicznej ekspansji cierpiały na oczach opinii publicznej.
Pokręcił głową, a na jego twarzy malowało się niedowierzanie i pewnego rodzaju smutek. – To wszystko jest… potworne, Aga. I pomyśleć, że Księżyc miał być nowym startem, drugą szansą dla ludzkości. Przynajmniej tak to nam wszystkim przedstawiano.
Zaśmiała się krótko, bez cienia wesołości. Był to raczej suchy, ironiczny dźwięk. Holograficzne fale oceanu za jej plecami zdawały się na moment zamrzeć. – Nowym startem? Robercie, kochany, natury ludzkiej nie oszukasz. Możesz ją przenieść na inne ciało niebieskie, dać jej najbardziej zaawansowane technologie, otoczyć ją cudami inżynierii, a ona i tak znajdzie sposób, by odtworzyć te same stare, dobrze znane schematy. Czasem nawet w gorszej, bardziej przerysowanej formie. Oparła się wygodniej, a jej głos nabrał znużonego, lekko zblazowanego tonu. – Pamiętasz te wszystkie wspaniałe wizje, które roztaczano przed ludźmi, kiedy na poważnie zaczynano kolonizować Księżyc? Jaki to nowy, piękny świat tam tworzymy! Sprawiedliwy, uczciwy, gdzie każdy będzie oceniany według umiejętności i wkładu pracy. Gdzie nie będzie kumoterstwa, korupcji, nepotyzmu. Gdzie technologia rozwiąże wszystkie problemy społeczne. Wszystkie te piękne bla, bla, bla, podawane nam w lśniących, holograficznych prezentacjach. Przez chwilę wpatrywała się w jakiś odległy punkt na horyzoncie wirtualnego oceanu. – A wiesz, co tam naprawdę stworzyliśmy, przynajmniej w tych pierwszych, zamkniętych społecznościach? Przerysowaną, skondensowaną karykaturę Ziemi. Wszystkie nasze wady, przywary i grzechy, tylko poddane mniejszej grawitacji i znacznie większemu ciśnieniu społecznemu, bez żadnych wentyli bezpieczeństwa. To trochę jak z tą starą maksymą, że historia powtarza się najpierw jako tragedia, a potem jako farsa. My tu, na Ziemi, wciąż odgrywamy nasze małe i większe tragedie, próbujemy z nimi walczyć, czasem coś naprawiamy. Oni tam, na Księżycu, z tym całym swoim napuszonym bogactwem, „syndromem sagana” i kultem statusu opartego na dostępie do ziemskich dóbr, odstawiają farsę na kosmiczną skalę. I to farsę, za którą płacimy my wszyscy.
– Ale dlaczego tak się dzieje? – zapytał cicho. – Myślałem, że izolacja, wspólny cel…
– Wspólny cel? – Uśmiechnęła się krzywo. – Może na początku, w pionierskich czasach. Ale potem, gdy pojawiają się zasoby, władza i możliwość jej nadużywania… Tu, na Ziemi, pewne rzeczy są jeszcze jakoś kontrolowane. Masz media, które patrzą władzy na ręce, przynajmniej czasem. Są ruchy społeczne, jacyś aktywiści, którzy krzyczą, gdy dzieje się źle. Jest jakaś opozycja. A tam? Zamknięty system. Hermetyczna bańka, w której najgorsze instynkty mają idealne warunki do rozwoju, zwłaszcza gdy są podsycane nieograniczonymi zasobami dla nielicznych i poczuciem absolutnej bezkarności. Tam nikt nikomu na ręce nie patrzy, bo wszyscy są częścią tego samego układu. To jak laboratorium do badania ludzkiej natury w warunkach ekstremalnych, tylko że nikt nie kontroluje eksperymentu. I wyniki są, delikatnie mówiąc, mało budujące. A kiedy tym… „zasłużonym”… zaczynały się kończyć kontrakty lub kadencje, a ich ziemskie wpływy okazywały się zbyt słabe, by załatwić sobie przedłużenie pobytu, zaczynał się prawdziwy teatr absurdu. Byli gotowi na każde upokorzenie, byle tylko zostać.
– Bo widzisz – kontynuowała, pochylając się lekko nad stołem, jakby zdradzała mu wielką tajemnicę – wielu z tych „luminarzy” księżycowej administracji czy korporacyjnych filii to nie żadni geniusze czy wizjonerzy rozwoju kolonii tylko… zesłańcy.
Uniósł brwi wysoko. – Zesłańcy? Przecież w wiadomościach przedstawiano ich jako najlepszych z najlepszych. Śmietankę menedżerską Ziemi!
– Propaganda – prychnęła – elegancki sposób na pozbycie się z Ziemi kłopotliwych, ale dobrze ustosunkowanych figur. Dawano im więc jakieś absurdalnie brzmiące tytuły typu "Generalny Koordynator ds. Optymalizacji Zasobów Lunarnych" albo „Naczelny Kurator Prospekcji Głębokiego Kosmosu". Byle brzmiało dumnie i było wystarczająco daleko od realnych problemów na Ziemi.
Pokręcił głową. – To brzmi jak jakiś ponury, polityczny żart.
– Największy żart miał dopiero nadejść – odparła. – Gdy desperacja sięgnęła zenitu, a widmo powrotu na Ziemię i śmierci w cierpieniu stawało się coraz bardziej realne, ci ludzie zaczęli wymyślać najbardziej karkołomne sposoby na pozostanie na Księżycu. I tak, w oparach strachu i resztek luksusowej żywności, narodził się ten kuriozalny, patetyczny plan: „Księżyc dla wszystkich!”. Ni mniej, ni więcej, tylko ogłoszenie niepodległości. Secesja od Ziemi.
– Secesja? – Zszokowało go to wyznanie. – Ale… na czym chcieli ją oprzeć? – Chyba nie powiesz, że naukowcy – ta cała elita intelektualna – dali się na to nabrać i to poparli?
Westchnęła, a w jej głosie pobrzmiewała nuta zawodu. – Część z nich, niestety. Kilku profesorów, paru dyrektorów instytutów badawczych. Może uwierzyli w te hasła, może liczyli na nowe stanowiska w „Wolnej Republice Księżycowej”. Moja pierwsza myśl, gdy o tym usłyszałam, była czysto historyczna – chyba przydały mi się te nasze rozmowy o historii, pamiętasz? Historia naprawdę może być nauką życia. Przypomniałam sobie, że państwa, te prawdziwe, powstawały, gdy społeczeństwa rozwijały rolnictwo, hodowlę, gdy miały nadwyżki żywności zdolne wyżywić władzę, armię i cały aparat państwowy. A jakie nadwyżki produkcyjne są na Księżycu, który jest nieomalże w stu procentach zależny od dostaw z Ziemi? Z jakiej części mojego skromnego, pracowniczego vouchera żywnościowego miałabym zrezygnować, żeby zapełnić ten, nigdy nienasycony „sagan” jaśnie oświeconego Prezydenta Księżyca? A może od razu Imperatora Srebrnego Globu? Przez jej twarz przemknął grymas pogardy. – Ci śmieszni, żałośni ludzie, choć udało im się przekonać część personelu niższego szczebla, naprawdę mieli fundamentalne deficyty intelektualne. Ich obecność na Księżycu to było dla wielu z nich zesłanie, pozbycie się kłopotu przez ziemskie organizacje, a nie żaden awans świadczący o ich kompetencjach.
– I co Ziemia na to wszystko? Domyślam się, że taka perspektywa nie wzbudziła ich zachwytu – wtrącił.
– „Zachwyt” to zdecydowanie nie jest odpowiednie słowo – odparła z suchym uśmiechem. – Kiedy idea „Księżyca dla wszystkich” zaczęła zyskiwać na popularności, gdy pojawiły się pierwsze przecieki o formowaniu jakichś „komitetów niepodległościowych” i zainteresowali się tym poważniejsi gracze na Ziemi, reakcja była natychmiastowa. Brutalna w swojej prostocie. I piekielnie skuteczna. Wystarczyło zablokować osobiste konta kredytowe tych najważniejszych VIP-ów w księżycowych stołówkach i systemach zaopatrzenia – pstryknęła palcami. Zakończyć im z dnia na dzień kontrakty z klauzulą natychmiastowego powrotu na Ziemię „w celu złożenia wyjaśnień”.
Parsknął krótkim śmiechem. – Odcięli im koryto?
– Dosłownie. Kilku liderów tego ruchu niepodległościowego bardzo grzecznie zaproszono na „pilne konsultacje międzyplanetarne” na Ziemię, oczywiście z biletem w jedną stronę, bez możliwości powrotu. Niepodległość Księżyca skończyła się szybciej, niż się na dobre zaczęła. Cały popierający ich personel nagle, w cudowny sposób, odzyskał apolityczność i lojalność wobec Ziemi. Nie trzeba było żadnych imperialnych pancerników, żadnych desantów. Wystarczył prosty, ekonomiczny pokaz siły.
Pokręcił głową z niedowierzaniem. – A wiesz, że na Ziemi to wszystko przeszło praktycznie niezauważone? Przynajmniej ja sobie nie przypominam jakiejkolwiek większej wzmianki w mediach. Cisza. Jakby nic się nie stało. Prawdziwa kontrrewolucja w białych rękawiczkach.
Uśmiechnęła się jeszcze bardziej gorzko, niemal kpiąco. – Jaka tam znowu kontrrewolucja? Oficjalnie to był po prostu koniec pewnych kadencji, naturalne wygaśnięcie kontraktów. Wszystko odbyło się nienagannie, zgodnie z literą prawa, podpisanymi umowami i świętymi regułami demokracji międzyplanetarnej. Nikt przecież nikogo siłą nie usuwał ze stanowisk. Sami, z własnej woli, grzecznie wracali na Ziemię na „pilne konsultacje", z których, dziwnym trafem, już nie wracali na swoje księżycowe posady z powodów zdrowotnych, co akurat było prawdą. Czysta procedura. – Jej głos ociekał sarkazmem. – Czasem najskuteczniejsza broń to nie laser, a po prostu dobrze sformułowany aneks do umowy i odcięcie od lodówki.
Śmiali się jeszcze przez moment z tej ponurej konstatacji, a kojący szum oceanu z wirtualnych paneli zdawał się na chwilę mniej idylliczny. Wreszcie westchnęła, czując, jak całe napięcie związane z tymi wspomnieniami powoli z niej uchodzi, zastępowane przez zmęczenie i głód – ten prawdziwy, ziemski.
Spojrzał na jej prawie nietknięty talerz, na którym spoczywał nadgryziony zaledwie kawałek gigantycznego burgera i większość frytek.
– Nie możemy pozwolić, żeby tyle pyszności się zmarnowało – powiedział z troską, ale i z lekkim rozbawieniem w głosie. – Zwłaszcza, że jak sama mówiłaś, będziesz musiała teraz nadrabiać kalorie i rozpychać żołądek.
Przesunął jej talerz na środek blatu. Stół na chwilę znów stał się interaktywny, wyświetlając kilka dyskretnych opcji. Bez wahania wybrał tę oznaczoną stylizowanym logo przypominającym teleportującą się cząsteczkę i napisem: „Dostawa do domu”.
W odpowiedzi, blat pod miejscem, gdzie stał jej talerz, delikatnie zawibrował. Z jego gładkiej powierzchni wysunęły się cieniutkie, metaliczne ramiona, które z precyzją złożyły wokół jej niedojedzonego posiłku elegancki, srebrzysty, hermetyczny kontener. Po chwili kontener z cichym sykiem zniknął w otworze, który pojawił się w blacie, a ten znów stał się idealnie gładki.
Patrzyła na to wszystko z mieszaniną zdumienia i rozbawienia.
– I co teraz? – zapytała, unosząc brwi. – To naprawdę działa? Dojemy to w mieszkaniu? Jak?
– Od niedawna mamy w mieszkaniu terminal „Geoduktu”. To szybko rozwijana usługa w mieście – dodał.
– To niesamowite, ale też… potencjalnie przerażające. Jeśli wszystko można mieć na skinienie, jeśli zaspokojenie każdej zachcianki kulinarnej jest tak proste i tanie, to po co w ogóle ruszać się z mieszkania? Po co samemu gotować, spotykać się z ludźmi w restauracjach, jeśli można mieć to wszystko w domowym zaciszu, bez wysiłku?
Jej umysł, wyczulony przez księżycowe doświadczenia, błyskawicznie połączył kropki. Brak ruchu, nieograniczony dostęp do łatwych kalorii… Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. To przecież prosta droga do tego samego, co z taką zgrozą obserwowała na Księżycu. Ziemska wersja „syndromu sagana”, tylko wywołana nie przez niską grawitację i specyficzne warunki metaboliczne, a przez wszechogarniającą wygodę i kuszący nadmiar.
Niewiarygodne – mruknęła, kręcąc głową.
– A teraz – dodał, wstając i podając jej dłoń – chodźmy. Czeka nas jeszcze cały wieczór i całe życie na Ziemi. Ujęła jego dłoń. Wyszli z przytulnej kabiny, z powrotem w gwar uliczny, w ciepłą, kujawską noc, niosąc ze sobą obietnicę dokończenia posiłku w bardziej intymnej atmosferze.