poprzednia część: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34290
poprzednia część: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34290
W drodze do taksówki odczekał chwilę, pozwalając jej zebrać myśli, a potem zapytał cicho, z troską w głosie. – Ile zajmie twojemu organizmowi adaptacja?
Podniosła na niego zmęczone oczy. – Nie wiem. Lekarze mówią, że to kwestia tygodni, może miesięcy, zanim wszystko wróci do względnej normy. Na razie szybko się męczę. Ten mój malutki, skurczony żołądek nie pozwala przyjąć tylu kalorii, by sprostać ziemskiej grawitacji i normalnej aktywności. – Na jej ustach pojawił się autoironiczny uśmiech. – Paradoksalnie, teraz będę musiała naśladować tych, którymi po cichu gardziłam na Księżycu – jeść na siłę, ponad uczucie sytości, byle tylko dostarczyć odpowiednią dawkę energii.
Ujął jej dłoń i delikatnie ją ścisnął. – Będę o ciebie dbał i regularnie dokarmiał – obiecał z ciepłym uśmiechem, który trochę rozproszył jej ponure myśli. – A jak u ciebie z kondycją fizyczną teraz? Tak ogólnie. Dajesz radę? Bo mimo wszystko, wyglądasz… promiennie.
Pozwoliła sobie na chwilę wdzięczności za te słowa. – Zależy, o co pytasz – odparła, a w jej głosie pojawiła się nowa, trudna do zdefiniowania nuta. – Wytrzymałościowo, jak już mówiłam, leżę. Brakuje mi paliwa. Dłuższy spacer to dla mnie teraz maraton. Ale jeśli chodzi o czystą siłę mięśni… te akurat udało mi się całkiem nieźle wyćwiczyć w księżycowej siłowni. Tam każdy kilogram więcej na sztandze był jak walka z samym sobą.
Przechyliła lekko głowę, a w jej brązowych oczach pojawił się błysk przekory, może nawet odrobiny rozbawienia. – A tak przy okazji… ile bierzesz na klatę?
Zaskoczony nagłą zmianą tematu i bezpośredniością pytania, zmarszczył czoło. – No, nie wiem… od lat nie sprawdzałem. Kiedyś, w najlepszych czasach, może sto dwadzieścia, sto trzydzieści kilogramów? A co?
Uśmiechnęła się szeroko, a jej oczy zalśniły figlarnie. – Bo ja… – zawiesiła głos, delektując się jego zdumioną miną – pod koniec pobytu, regularnie wyciskałam ponad tonę.
Gapił się na nią przez chwilę z otwartymi ustami, a potem wybuchnął głośnym, szczerym śmiechem. – No, to tego wyniku z pewnością nigdy nie przebiję! – powiedział, wciąż się śmiejąc.
Dołączyła do niego, czując, jak ciężar ostatnich godzin i wspomnień na chwilę unosi się i znika, zastąpiony przez czystą, wspólną radość. Śmiali się jeszcze przez moment i wsiedli do taksówki. – Na Polną 102 – rzucił krótko.
Stanęli przed gładką, pozbawioną klamki powierzchnią drzwi. Po chwili rozległ się subtelny, syntetyczny głos, który zdawał się dobiegać zewsząd i znikąd jednocześnie. – Witajcie domownicy.
Na te słowa Robert westchnął wzruszony. Objął ją, przytulając ją mocno do siebie, i szepnął jej do ucha: – Powitania w takiej formie nie słyszałem od miesięcy.
Drzwi bezszelestnie odsunęły się na bok. Weszli do środka i odruchowo zrzucili buty. Gdy jej stopy dotknęły parkietu, poczuła przyjemne, delikatne ciepło podłogi. Zatrzymała się, pozwalając, by to miejsce na nowo ją wchłonęło. Otuliła ją znajoma woń jej ulubionych perfum – mieszanka jaśminu i drzewa sandałowego. Uśmiechnęła się pod nosem, wzruszona tym cichym gestem.
Podeszła do ogromnego okna, które zajmowało niemal całą ścianę salonu. W oddali, na horyzoncie, rysowały się łagodne, zielone wzgórza. Bliżej, rozciągało się futurystyczne miasto z metalu i szkła, lśnił okrągły port kosmiczny.
Dostrzegła ruch na jednej z platform. Z podstawy smukłej, białej rakiety buchnęły kłęby gęstego dymu, które po chwili rozświetlił oślepiający, pomarańczowy płomień. Dzięki odległości i właściwościom wygłuszającym okien, do mieszkania nie dotarł ogłuszający ryk. Zamiast tego usłyszała głębokie, acz lekkie mruczenie, niczym odległy grzmot. Chwilę później potężne wibracje dotarły do budynku. Szyba pod jej dłonią zadrżała, a filiżanki odpowiedziały krystalicznym brzękiem.
Patrząc na wznoszący się słup ognia, mimowolnie zacisnęła dłonie. Dokładnie tak to czułam, pomyślała, a wspomnienie wróciło z całą mocą. To wciskanie w fotel, to drżenie całego ciała, kiedy miliony ton paliwa eksplodują, by wyrwać cię z objęć grawitacji. Przez chwilę znów siedziała w ciasnej kapsule, czując każdą wibrację w kościach.
Westchnęła, a jej oddech zostawił na chłodnej szybie mglisty ślad. Kto leci tym razem? Moi zmiennicy? Kolejna delegacja aroganckich biznesmenów? A może po prostu urzędnicy, kolejna zmiana w korporacyjnej machinie, która nigdy się nie zatrzymuje? Rakieta była już tylko jasnym punktem znikającym w błękicie, a ona poczuła dziwne ukłucie – mieszaninę ulgi, że to już za nią, i nostalgii za światem, który na zawsze pozostanie jej częścią.
Gdy ostatnia wibracja ucichła, w mieszkaniu znów zapanowała błoga cisza, przerywana tylko tykaniem zegara. Odwróciła się od okna i spojrzała na męża, który obserwował ją z czułością.
– Pierwsza rzecz – oznajmiła – gorąca kąpiel. Długa. Bez limitu wody.
Uśmiechnął się ze zrozumieniem. Poszła prosto do sypialni. Zrzuciła ubrania i przez chwilę stała w bezmyślnym zawieszeniu, pozwalając skórze oddychać ziemską atmosferą. Narzuciła na siebie puszysty szlafrok. Para zaczynała wypełniać całą łazienkę, gdy odkręciła wodę na maksymalną temperaturę. Szlafrok opadł na kafelki, weszła pod strumień.
Trudno było opisać ulgę, jaką poczuła. Woda parzyła zbyt mocno, ale celowo nie zmieniła ustawienia – łaknęła tego intensywnego ciepła. Każda kropla wydawała się błogosławieństwem. Zmywała z niej wszechobecny pył podróży – ten drobny, księżycowy regolit, który z uporem przenikał wszelkie zabezpieczenia – ale także sterylny chłód kosmosu, który jakby wsiąkł głęboko pod jej skórę. Stała pod gorącą kaskadą z zamkniętymi oczami, czując, jak naprężone mięśnie powoli, niemal boleśnie, rozluźniają się. Jakby na nowo uczyła się odczuwać każdy skrawek własnego ciała.
Zaczęła myć głowę, wmasowując szampon we włosy. I wtedy poczuła subtelny dotyk dłoni wplatających się w jej mokre włosy, zaczynając je delikatnie masować. Ciepłe, pewne, tak dobrze jej znane. Zamarła na ułamek sekundy, a potem całe jej ciało rozluźniło się, gdy pozwoliła im działać. Najpierw delikatnie masował jej głowę, potem z mocniejszym, kojącym uciskiem, rozplątując mokre pasma. Skupiła się całkowicie na tych doznaniach. Palce przesunęły się, by objąć jej skronie. Masował je powolnymi, okrężnymi ruchami. Poczuła przyjemne pulsowanie, które przerodziło się w falę ożywczego pobudzenia.
Po chwili zsunęły się niżej, obejmując małżowiny. Opuszki kciuków pocierały wrażliwe płatki, przez całe jej ciało przebiegła elektryzująca fala dreszczy. Och, nie do wiary… – westchnęła w duchu. – Jakim cudem Matka Natura umieściła tyle zakończeń nerwowych właśnie tutaj? Dłonie zsunęły się niżej, na ramiona, rozmasowując każdy spięty mięsień. Przesuwały się powoli, budząc do życia każdą uśpioną tkankę. Tak bardzo mi tego brakowało… – pomyślała, opierając głowę o jego pierś. Ręce zaczęły wędrować jeszcze niżej, wzdłuż jej boków, podczas gdy na scenie zmysłów pojawił się nowy gracz. Usta. Poczuła ciepły ślad na swojej szyi. Zadrżała, gdy zaczął składać pocałunki, które powoli przesuwały się w dół, w zagłębienie u podstawy szyi, gdy tylko odchyliła głowę.
Serce zabiło jej mocniej. Dłonie objęły jej piersi – tak delikatnie, a zarazem tak pewnie, że całe ciało odpowiedziało głębokim dreszczem. Dotyk dłoni budził dawno uśpione pragnienia. O rany, jak mi tego wszystkiego brakowało… Tej bliskości, tej czułości. Masaż, pocałunki, dotyk – wszystko to zdawało się trwać nieskończoność. Czuła go coraz wyraźniej przy sobie, jego ciało przyciśnięte do swoich pleców, jego oddech na skórze. Obejmował ją coraz mocniej, a jego dłonie coraz pewniej pieściły jej piersi, budząc w nich słodkie pulsowanie. Poddała się temu bez reszty, z całą uległością, z poczuciem absolutnego zaufania.
Tonęli w hektolitrach gorącej wody, tonęli w sobie.
Wyszła spod prysznica znacznie później niż on. Potrzebowała tej chwili, by w pełni się zrelaksować, nacieszyć luksusem gorącej kąpieli bez myślenia o limitach zużycia wody. Otulona miękkim ręcznikiem, rozgrzana i odprężona, weszła do kuchni połączonej z salonem, on już krzątał się przy blacie. Produkty z restauracji – jej wymarzony burger, złociste frytki i porcja spaghetti – znowu parowały smakowicie, podgrzane i gotowe do zjedzenia. W powietrzu unosił się aromat świeżo zaparzonej kawy z ekspresu.
Przepełniona szczęściem, podeszła do dużego, panoramicznego okna.
– Pamiętasz, jak planowaliśmy kupić to mieszkanie? – zaczęła cicho, bardziej do siebie niż do niego. – Mogliśmy sobie pozwolić tylko na to. Wszystkie inne w tej okolicy były poza naszym zasięgiem. Nikt nie chciał tu mieszkać, z perspektywą widoku na startujące rakiety. Ten hałas… pomimo najlepszych wygłuszeń, potrafił skutecznie zakłócić każdą chwilę spokoju.
Podszedł i objął ją od tyłu, opierając brodę na jej ramieniu.
– A teraz? Technologie kosmiczne, które generowały ten ryk, odchodzą w zapomnienie. To pewnie sprawi, że wartość naszego mieszkania poszybuje. – mruknął jej do ucha. – Pomyśl tylko, kochanie. Wspaniałe widoki, niezakłócane już rykiem lądujących kolosów mogą teraz być atutem, a za chwilę starty też staną się bezgłośnym spektaklem. Czasem los naprawdę dziwnie się uśmiecha. Może to prawda, co mówią, że szczęście sprzyja lepszym? Albo po prostu docenia tych, którzy potrafią być szczęśliwi mimo wszystko.
Odwróciła lekko głowę, by spojrzeć mu w oczy.
– No właśnie, do tego zmierzałam – powiedziała zamyślona. – To wszystko stało się możliwe dzięki pracy, geniuszowi i determinacji ludzi, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Ludzi, którzy gdzieś tam, w swoich laboratoriach i biurach projektowych, tak skutecznie wpłynęli na rozwój technologii, zmieniając nie tylko sposób podróżowania w kosmos, ale i nasze codzienne życie tutaj, na Ziemi. To niesamowite.
Przez chwilę stali w milczeniu, wpatrzeni w spokojny krajobraz za oknem, który jeszcze niedawno był sceną ogłuszających startów i lądowań. Ciepło jego ciała i znajomy zapach działały na nią kojąco. Westchnęła cicho, czując, jak opuszcza ją ostatnie napięcie.
– Ale dość już o mnie i moich kosmicznych wojażach – powiedziała w końcu, odsuwając się lekko, by móc na niego spojrzeć w pełni. Uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawiła się iskierka ciekawości. – Tyle opowiadałam, a ty cierpliwie słuchałeś. Teraz twoja kolej. Opowiadaj, co u Ciebie? Jak postępy w twoich badaniach? Strasznie jestem ciekawa, co działo się tutaj, na Ziemi, kiedy ja bujałam w obłokach… a raczej w próżni.
Chwyciła go za rękę i pociągnęła w stronę stołu, gdzie czekała na nich parująca kolacja.
– Chodź, zjemy wreszcie tego mojego wymarzonego burgera, a ty mi wszystko opowiesz. Tylko bez skomplikowanych wzorów, proszę – dodała z przekąsem. – Pamiętaj, że mój mózg wciąż się adaptuje.
Uśmiechnął się lekko na jej żartobliwą prośbę o unikanie wzorów, ale w jego oczach pojawił się ten znajomy błysk pasji, który tak dobrze znała. Zanim zdążył ugryźć kawałek jej burgera, który mu podsunęła, zaczął mówić, a jego głos, zwykle spokojny, nabrał intensywności.
– Właściwie… – zaczął, odkładając na chwilę jedzenie – coś drgnęło. I to mocno. Pamiętasz, jak narzekałem na tego starego Heisenberga? – Tego, który swoją zasadą nieoznaczoności nałożył nam pewne… kajdany. Zawsze mnie irytowało to jego podejście, te wszystkie prawdopodobieństwa i nieoznaczoności, jakby Wszechświat u podstaw był pijany i nie mógł się zdecydować.
Uniosła brwi, zaciekawiona. Pamiętała te dyskusje. Robert, mimo że był mistrzem matematyki stojącej za mechaniką kwantową, zawsze miał w sobie coś z klasycznego fizyka, który tęsknił za bardziej deterministycznym obrazem rzeczywistości.
– Przez cały ten czas, kiedy ty walczyłaś z regolitem i genami szpinaku – kontynuował, gestykulując lekko widelcem – ja… cóż, można powiedzieć, że kopałem w przeszłości. Zacząłem studiować na nowo antyczne i późniejsze koncepcje czysto mechaniczne. Wiesz, takie cuda jak mechanizm z Antykithiry – nieprawdopodobnie skomplikowany układ kół zębatych sprzed tysięcy lat, zdolny przewidywać ruchy ciał niebieskich. Starożytni potrafili tworzyć zadziwiająco precyzyjne, wielopoziomowe układy mechaniczne! Szukałem w nich inspiracji, jakiejś luki, która pozwoliłaby obejść te narzucone przez kwantową fizykę ograniczenia. Wszyscy powtarzają za Heisenbergiem, że nie da się jednoznacznie określić jednocześnie położenia cząstki i jej pędu, że czas i energia też mają swoje limity poznania. A ja sobie pomyślałem: a co, jeśli oni po prostu patrzyli na to ze złej perspektywy? Co jeśli ich opis jest tylko cieniem czegoś znacznie głębszego?
Słuchała z rosnącym zdumieniem.
– Ale… obejść zasadę nieoznaczoności? – zapytała ostrożnie, odkładając burgera i sięgając po frytki. – Przecież to fundament. Cała nasza współczesna technologia na tym stoi chociażby komputery kwantowe…
– Wiem, wiem! – przerwał jej z entuzjazmem, który aż skrzył mu w oczach. – Brzmi jak herezja, prawda? Ale wpadłem na pomysł… zaczątek teorii. Nazwałem ją roboczo „teorią stanu absolutnego” albo, jeśli wolisz bardziej formalnie, „mechaniką wyższego rzędu”. Wyobraź sobie taki rozbudowany, wielopoziomowy układ mechaniczny, precyzyjnie zsynchronizowany, ale na poziomie nieporównywalnie mniejszym niż Antykithira. A teraz dodaj do tego sterowanie falami elektromagnetycznymi o ekstremalnie krótkiej długości, na granicy tego, co potrafimy generować – to pozwala na manipulację z niewyobrażalną dotąd precyzją. Moja hipoteza jest taka, że połączenie tej ultraprecyzyjnej mechaniki z takim sterowaniem pozwala stworzyć system, który działa niejako „ponad” kwantową nieoznaczonością. Mierzy nie bezpośrednio stan kwantowy, ale jego deterministyczne odwzorowanie w tym złożonym układzie. To pozwala obejść ograniczenia Heisenberga, bo operujemy na innym poziomie opisu.
Wpatrywała się w niego, a jej sceptycyzm walczył z podziwem dla jego śmiałości. Przetwarzała w głowie jego słowa.
– Czekaj, czekaj – powiedziała, marszcząc czoło. – Układy mechaniczne? Nawet te najbardziej precyzyjne, z idealnie skalibrowanymi elementami… każde takie kółko, każda dźwignia, każde połączenie, nie mówiąc już o samym sterowaniu elektromagnetycznym, które też nie jest idealne… wszystko to wnosi do układu kolejne źródła błędów, kolejne niepewności. Tarcie, luzy, niedoskonałości materiału, fluktuacje pola… Jak chcesz uzyskać precyzję pozwalającą „obejść” fundamentalną nieoznaczoność kwantową, skoro sam budujesz system, który na każdym kroku kumuluje klasyczne błędy pomiarowe? To brzmi jak próba zbudowania idealnie prostego kija z samych krzywych gałęzi.
Robert uśmiechnął się, najwyraźniej spodziewając się tego argumentu.
– Tu właśnie tkwi piękno i, być może, przewaga takiego podejścia, Aga – odparł spokojnie. – Masz rację, każdy system mechaniczny ma swoje niedoskonałości. Ale kluczowe jest to, że w przeciwieństwie do fundamentalnie probabilistycznej natury zjawisk kwantowych, błędy w dobrze zaprojektowanym układzie mechanicznym są w dużej mierze przewidywalne. Możemy je bardzo dokładnie modelować, obliczać ich wpływ, kalibrować system, by je kompensować. Możemy je uwzględnić w analizie wyników. To nie jest tak, że te błędy znikają, ale możemy je kontrolować i matematycznie „odfiltrować” od rzeczywistego sygnału, który chcemy zmierzyć. W świecie kwantów niepewność jest wpisana w samą naturę, tutaj jest efektem konstrukcji, który możemy zrozumieć i opanować.
Wciąż wyglądała na nieprzekonaną, ale w jej oczach widać było głębokie zamyślenie. Pomysł był karkołomny, ale jego pewność siebie i klarowność argumentacji, nawet jeśli oparta na spekulacjach, robiły wrażenie.
– To… – zaczęła powoli, ważąc słowa. – Jeśli… jeśli choć część z tego, co mówisz, okazałaby się prawdą… jeśli udałoby ci się sformułować spójną teorię i, co ważniejsze, zaproponować sposób jej eksperymentalnej weryfikacji… to… – zawahała się, a potem na jej twarzy pojawił się wyraz niedowierzania i podziwu. – To przecież materiał na Nagrodę Nobla. To wywróciłoby do góry nogami całą fizykę, jaką znamy!
Uśmiechnął się na jej słowa, ale tym razem w jego uśmiechu była nuta czegoś więcej niż tylko naukowej pasji. Może odrobina znużenia nieustannym porównywaniem do rewolucji.
– Ależ ja nie chcę niczego wywracać – powiedział spokojnie, biorąc kęs jej burgera. Przeżuł powoli, jakby zbierał myśli. – Einstein przecież nie wywrócił teorii Newtona, prawda? Mechanika klasyczna wciąż działa doskonale w swojej dziedzinie. Einstein po prostu pokazał nam szerszą perspektywę, wszedł na wyższy poziom, z którego teoria Newtona stała się szczególnym przypadkiem. Ja chcę zrobić coś podobnego z teorią kwantową. Spojrzeć na nią z góry, zrozumieć jej ograniczenia jako wynik tej szerszej perspektywy, a nie jako absolutne granice poznania.
Pokiwała głową, rozumiejąc jego intencję. To podejście było mniej konfrontacyjne, bardziej ewolucyjne niż rewolucyjne, choć skutki mogły być równie doniosłe.
– Dobrze, rozumiem tę ambicję teoretyczną – przyznała. – Ale powiedz mi, do czego tak właściwie zmierzasz z tymi wszystkimi precyzyjnymi mechanizmami i omijaniem Heisenberga? Bo z tego, co pamiętam fundacja, w której pracujesz… oni specjalizowali się w badaniach związanych z bioelektrycznością, z przepływem prądu w organizmach żywych, prawda? Jak to się wszystko łączy?
Odstawił nadgryzionego burgera, a jego spojrzenie stało się niezwykle skupione.
– Tak – potwierdził. – Głównym celem, który przed sobą postawiłem, który właściwie postawiło przede mną życie i obserwacja jego kruchości, jest opracowanie metody niezwykle precyzyjnego sterowania impulsem elektrycznym. I nie chodzi tu tylko o samą wartość ładunku, ale o jego ultraprecyzyjne, niemal atom po atomie, dostarczenie do konkretnych struktur wewnątrz komórek ciała.
Zamarła na moment z widelcem w połowie drogi do ust. Nagle coś w jej głowie zaskoczyło, jak dawno zapomniany element układanki wskakujący na swoje miejsce. Uderzyła się otwartą dłonią w czoło, aż klaśnięcie odbiło się echem od ścian mieszkania.
– Oczywiście! – wykrzyknęła, a w jej głosie mieszało się niedowierzanie z nagłym zrozumieniem. – Jak mogłam zapomnieć! Te twoje opowieści o przeprogramowywaniu szlaków nerwowych, o stymulacji na poziomie subkomórkowym… Przecież ty chcesz… ty chcesz ożywiać myszy! Te, które wcześniej…
– Nie, nie, nie! – szybko jej przerwał, unosząc dłonie w obronnym geście. – W naszym laboratorium absolutnie nie zabijamy żadnych myszy na potrzeby tego eksperymentu! To kluczowe. Śmierć spowodowana czynnikiem zewnętrznym, jakimś szokiem… to wszystko wprowadza ogromny, nieodwracalny chaos biochemiczny i strukturalny w ciele. Naszym celem jest coś innego. Chcemy spróbować dostarczyć precyzyjnie skolimowaną energię do komórek myszy, która zakończyła swoje życie w sposób jak najbardziej naturalny, ze starości, bez gwałtownych zaburzeń. Wyobraź sobie, że próbujemy ponownie naładować ich bateryjki mitochondrialne, przywrócić potencjał energetyczny komórek, zanim rozpad będzie zbyt daleko posunięty. A propos… – dodał, spoglądając na zegarek – jutro mamy zaplanowany kolejny duży test. Oczywiście wszystko zależy od tego, czy któraś z naszych podopiecznych zdecyduje się akurat tego dnia pożegnać z tym światem. Hodowla jest na tyle duża, że statystycznie szansa jest spora. Mam już zarezerwowane na ten czas generatory energii w instytucie.
Odłożyła widelec. Jej początkowe zdumienie przeradzało się w mieszaninę fascynacji i głębokich wątpliwości co do samej idei.
– Dobrze, pomijając na chwilę techniczną stronę tego przedsięwzięcia… – zaczęła powoli. – Co tak naprawdę chcesz przez to osiągnąć? Jaki jest ostateczny cel ożywiania… no dobrze, przywracania funkcji życiowych zmarłym istotom? Bo to chyba nie jest tylko naukowa ciekawość, prawda?
Westchnął i na moment jego twarz straciła nieco ze swojego entuzjazmu, jakby dotknął bardziej przyziemnego, może nawet cynicznego aspektu swojej pracy.
– Wiesz, Aga… tym naprawdę obrzydliwie bogatym ludziom, którzy finansują te badania, marzy się jedno: nieśmiertelność. Albo przynajmniej radykalne przedłużenie życia. Wykładają na to kwoty z taką liczbą zer, że nawet mnie trudno je ogarnąć i nazwać. Dla nich to taka ostateczna inwestycja.
Na jej twarzy pojawił się wyraz typowego dla niej sceptycyzmu, zmieszanego z nutą rozczarowania.
– Nieśmiertelność… – powtórzyła, kręcąc głową. – Ale powiedz mi tak naprawdę, po co im to? Po co tym ludziom, którzy mają już wszystko, kolejny dzień, kolejny rok, kolejne stulecie życia? Tylko po to, żeby zarobić jeszcze jeden miliard albo bilion? Żeby skonsumować jeszcze więcej? To… to wydaje mi się takie puste. – Zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć implikacje. – I co to właściwie znaczy „przywrócić funkcje życiowe”? Czy ty zastanawiałeś się kiedyś, o ile dni, tygodni, lat chcesz ich organizmy… cofnąć w czasie? Konstruujesz dla nich fontannę młodości… a co jeśli cofniesz ich w czasie przed datę ich urodzenia?
Roześmiał się szczerze, a jego śmiech na chwilę rozproszył powagę sytuacji.
– Moja droga, ależ mi absolutnie nie chodzi o to, by cofać w czasie myszy do czasów Popiela, których on, jak wiemy z legend, miał aż nadto i bez naszej pomocy! – odparł, puszczając do niej oko. – Twoja wizja cofania w czasie jest… fascynująca, ale to nie ten kierunek. Chodzi o to, by na nowo uruchomić procesy życiowe, by ciało mogło znów funkcjonować, kontynuować istnienie od momentu „restartu”. To właśnie dlatego potrzebne jest to niezwykle precyzyjne sterowanie energią i moimi mechanizmami – żeby nie zaburzyć naturalnego przepływu, nie odwrócić przypadkiem lokalnie strzałki czasu. Bo wtedy, owszem, twoja wizja cofania kogoś do wcześniejszego etapu mogłaby się, w bardzo chaotyczny i nieprzewidywalny sposób, stać rzeczywistością. A tego byśmy chyba nie chcieli, prawda? Chcemy kontynuacji, a nie regresji.
Wyjaśniał z pasją zawiłości swojej teorii, a ona słuchała, starając się nadążyć za jego tokiem myślenia, choć jej umysł wciąż pracował na nieco zwolnionych obrotach. Kiedy wspomniał o zarezerwowanych generatorach energii na potrzeby jutrzejszego eksperymentu z myszą, coś w jej spojrzeniu się zmieniło. Przerwała mu, unosząc dłoń.
– Czekaj… – jej głos był teraz poważniejszy, a w oczach malowało się skupienie. Zmarszczyła lekko brwi, jakby układała w głowie jakąś skomplikowaną myśl. – Te twoje ogromne generatory mocy… jaką one właściwie moc generują? I na ile masz do nich dostęp? Tak swobodnie, na życzenie?
Był wyraźnie zaskoczony tą nagłą zmianą tematu i konkretnością pytania. Odchylił się lekko na krześle.
– No wiesz, to nie są zabawki – odparł, unosząc brwi. – Moc jest… znaczna. Wystarczająca, by zasilić małe miasto przez kilka godzin. Ale dostęp nie jest taki prosty. Każdorazowe użycie wymaga solidnego uzasadnienia, szczegółowego planu eksperymentu, akceptacji komisji. To nie są tanie rzeczy, a energia też kosztuje. Ale dlaczego ty mnie o to pytasz? Co ci chodzi po głowie?
Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego zaczęła rozglądać się niespokojnie po pokoju, jej wzrok przesuwał się po ścianach, meblach, jakby czegoś intensywnie szukała, ale nie mogła tego zlokalizować.
– Co jest? Za czym tak patrzysz? – zapytał, zaintrygowany jej zachowaniem.
– Za moją walizką – mruknęła. – Tą podróżną. Miała tu dotrzeć bezpośrednio z portu kosmicznego, prawda? System Geodukt miał ją dostarczyć.
– A, tak, oczywiście, że jest – odparł, wskazując głową w stronę dużej szafy wnękowej w przedpokoju. – Dotarła, schowałem ją tam, żeby nam nie przeszkadzała. Potrzebujesz czegoś z niej teraz?
Bez słowa wstała i podeszła do wskazanej szafy. Otworzyła ją, chwilę grzebała w środku i po momencie wyciągnęła swój standardowy, sześcienny kuferek podróżny. Postawiła go na podłodze, otworzyła i sięgnęła do wnętrza. Wyjęła coś niewielkiego, co szybko schowała za plecami, jak dziecko ukrywające sekret. Z tajemniczym uśmiechem wróciła do stołu.
– Usiądź wygodnie – poleciła, a w jej głosie brzmiała nuta ekscytacji.
Coraz bardziej zaintrygowany i nieco rozbawiony jej konspiracyjnym zachowaniem, wyprostował się, teatralnie kurczowo chwycił dłońmi blat stołu i znieruchomiał. Zajęła miejsce naprzeciwko niego. Przez chwilę trzymała ręce za plecami, budując napięcie, a potem powoli, z teatralnym gestem, położyła na stole niewielki przedmiot –idealny sześcian, może o boku 10 centymetrów. Jego powierzchnia była idealnie gładka, głęboko czarna i lśniąca z niemal metalicznym połyskiem, przypominającym polerowany obsydian. Pochłaniał światło w taki sposób, że jego krawędzie wydawały się nienaturalnie ostre.
– Zobacz, jaki prezent ci przywiozłam z Księżyca – powiedziała cicho, obserwując jego reakcję.
Ostrożnie wziął sześcian do ręki. Był zaskakująco ciężki jak na swój rozmiar. Obracał go w palcach, oglądając z każdej strony idealnie równe ścianki. Na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmieszek.
– A co to jest? – zapytał, unosząc brew. – Kostka Rubika dla niepełnosprytnych? Jednokolorowa wersja dla minimalistów?
Roześmiała się, ale zaraz spoważniała.
– To jest coś, co nazwałam… „Luno-Elektrolit" – oznajmiła z dumą.
Zmarszczył nos. – Jak to nazwałaś? Luno… co?
– No wiesz, "księżycowy kamień elektryczny" – wyjaśniła, trochę mniej pewnie widząc jego minę.
– Agnieszko, kochanie… – pokręcił głową, starając się zachować powagę, choć kąciki ust mu drgały. – Ja wiem, że jesteś genialną biochemiczką, ale gdybyś kiedykolwiek próbowała swoich sił w marketingu, to obawiam się, że wyleciałabyś z niego z hukiem po pierwszym semestrze. "Luno–Elektrolit"? Brzmi jak nazwa taniego suplementu diety dla emerytów–astronautów.
Teraz to ona parsknęła śmiechem, czując, jak opada z niej napięcie związane z prezentacją swojego odkrycia.
– No dobrze, dobrze, panie specu od nazw! – powiedziała, wycierając łezkę rozbawienia. – To teraz twoja próba. Jak ty byś to nazwał?
Ponownie uniósł sześcian, przyglądając mu się z namysłem, choć w jego oczach wciąż tańczyły wesołe iskierki.
– Hm… Nie mam pojęcia, jakie to ma właściwości, więc nazwa będzie czysto intuicyjna… Ale tak na szybko, bez głębszego zastanowienia… Powiedzmy… Kujawianit.
Wybuchnęła głośnym śmiechem.
– Kujawianit! Oszalałeś! Ten twój lokalny patriotyzm kiedyś cię zgubi! To już chyba lepiej Selenoelektryt! Chociaż… – zamyśliła się na moment – muszę przyznać, że oba brzmią lepiej niż mój "Luno–Elektrolit".
Uśmiechnął się, zadowolony, że udało mu się ją rozbawić. Odłożył sześcian na stół.
– No dobrze, żarty na bok – powiedział już poważniej. – Co to jest tak naprawdę? I skąd to masz? Wygląda… niezwykle. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
Spoważniała. – Szczerze mówiąc, nie wiem dokładnie, co to jest. Znalazłam to… przypadkiem, w czasie wolnym. Nie mogłam przeprowadzić dokładnych badań, bo to wykraczało dalece poza zakres mojego grantu. Wszystko, co wiem, odkryłam podczas ukradkowych badań, po godzinach, używając tego, co miałam pod ręką. A moje laboratorium, jak wiesz, nie dysponowało żadnymi poważnymi generatorami prądu, a raczej źródłami małej mocy.
Uniósł brwi. – I znowu wracasz do generatorów prądu. Jaki to ma związek z tym… Kujawianitem? – użył z rozmysłem swojej propozycji nazwy.
Pochyliła się nad stołem, a jej głos ściszył się konspiracyjnie.
– Zauważyłam, że ten sześcian… on potrafi magazynować energię elektryczną. Ale nie tak jak zwykły kondensator czy bateria. On jakby… pamięta, jak i jaką energią został naładowany. Pamięta czas ładowania, natężenie, cały profil impulsu. I dokładnie w taki sam sposób, z taką samą charakterystyką, potrafi tę energię oddać. Wyobraź sobie… – jej oczy zabłysły – ja nie znalazłam górnej granicy jego pojemności elektrycznej! Każda próba naładowania go do pełna kończyła się tym, że to moje źródło zasilania wysiadało pierwsze, raz to chyba nawet spowodowałam wahnięcie zasilania całej bazy. Dlatego pytam cię o te twoje potężne generatory. Być może one pozwoliłyby nam poznać prawdziwe granice tego cudeńka. Sprawdzić, ile energii jest w stanie wchłonąć i jak precyzyjnie ją potem oddać.
Wpatrywała się w czarny sześcian leżący na stole, a w jej oczach tlił się dziwny, trudny do określenia blask – mieszanina ekscytacji, nadziei i być może odrobiny lęku.
Widząc jej skupienie i słysząc o potencjalnych, nieznanych granicach pojemności energetycznej Kujawianitu, zamyślił się głęboko. Przez chwilę obracał w palcach swój widelec.
– Wiesz – zaczął powoli, mierząc ją wzrokiem – jeśli mój jutrzejszy eksperyment z myszą… no cóż, jeśli nie pójdzie dokładnie tak, jak zaplanowałem, a generatory i tak zostaną uruchomione i skalibrowane… moglibyśmy spróbować przekierować część tej mocy. Nie będzie to pewnie sto procent ich możliwości, bo systemy bezpieczeństwa na to nie pozwolą bez odpowiednich protokołów, ale z pewnością byłoby to o rzędy wielkości więcej, niż to, do czego miałaś dostęp na Księżycu. Może udałoby się przynajmniej wstępnie oszacować, z czym mamy do czynienia.
Spojrzał na nią z nowym zainteresowaniem. – Myślałem, że badania nad genetycznymi modyfikacjami roślin całkowicie cię pochłonęły. Zawsze mówiłaś o tym z taką pasją. Ale widzę, że miałaś na Księżycu również inne, dość… energetyczne zainteresowania.
Westchnęła, a na jej twarzy pojawił się cień dawnych frustracji.
– Och, na początku tak było – przyznała. – Rzuciłam się w wir badań z ogromnym entuzjazmem. Ale niepowodzenia, ciągła presja na natychmiastowy sukces… to potrafi człowieka skutecznie zniechęcić. Miałam wrażenie, że ci wszyscy ludzie z imponującymi tytułami naukowymi, którzy nadzorowali projekt z Ziemi, kompletnie nie mieli pojęcia, jak naprawdę działa biologia. Bo co z tego, że teoretycznie wiesz, co chcesz uzyskać, a nawet masz pomysł, jak to zrobić, skoro ostatecznie o wszystkim i tak decyduje kapryśna natura? Zmieniona genetycznie roślina musi najpierw wyrosnąć, a żeby ocenić prawdziwy efekt modyfikacji, musi wydać owoce, nasiona. Musisz sprawdzić, czy pożądane cechy są stabilnie przekazywane kolejnym pokoleniom, czy są dziedziczone!
Machnęła ręką z irytacją. – Miałam nawet coś, co na chwilę okrzyknięto wielkim sukcesem! Wyhodowałam odmianę szpinaku, która dawała fantastyczne plony i doskonale czuła się w symulowanych księżycowych warunkach. Wszyscy byli zachwyceni. Ale co z tego, skoro okazało się, że jest sterylna. Nie przekazywała swoich cudownych genów dalej. Koniec, kropka. A presja na sukces była tak wielka, że moja bezpośrednia opiekunka naukowa zgłosiła te pierwsze, niepotwierdzone w pełni wyniki, jako triumf naszemu koordynatorowi na Ziemi. Kiedy wyszło szydło z worka i okazało się, że sukcesu nie ma, a wściekły koordynator zadzwonił z pretensjami… zgadnij co? Moja szanowna opiekunka nagle miała „pilne i niecierpiące zwłoki sprawy do załatwienia w innej części bazy” i absolutnie nie mogła podejść do wideorozmowy. Rozumiesz absurd tej sytuacji? Miała ważniejsze rzeczy niż rozmowa z przełożonym o rzekomo najważniejszym projekcie w jej karierze!
Pokiwał głową ze zrozumieniem. – Znam ten typ. Ja czasami odnoszę wrażenie, że tłumaczenie założeń moich prac niektórym decydentom powinienem zaczynać od wytłumaczenia, jak działa tabliczka mnożenia.
– No właśnie! – kontynuowała, nieco ożywiona jego wsparciem. – Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ja oczywiście musiałam odbyć tę nieprzyjemną rozmowę. I wtedy, ku mojemu przerażeniu, dowiedziałam się, kto tak naprawdę jest tym naszym wielkim ziemskim koordynatorem projektu. Osoba z mnóstwem tytułów przed nazwiskiem, owszem, ale ktoś, kto z praktyczną genetyką roślin miał tyle wspólnego, co ja z baletem mongolskim. Pytania, na które musiałam odpowiadać, były tak absurdalnie obok tego, czym się realnie zajmujemy, że czasami po prostu nie wiedziałam, co powiedzieć. To pewnie zostało odebrane jako dowód mojej niekompetencji.
Wzruszyła ramionami. – W każdym razie, po tej całej aferze, jakoś straciłam serce do ślęczenia po godzinach. Zaczęłam bardziej przestrzegać regulaminowego czasu pracy, a nadgodziny w laboratorium ograniczyłam do minimum. I nagle okazało się, że mam całkiem sporo wolnego czasu. Przy okazji jakiejś drobnej awarii sprzętu poznałam jednego z techników serwisowych, fantastycznego faceta, który zajmował się też konserwacją zewnętrznych elementów bazy. Czasami, jak miał wolny dzień, pożyczał swojego służbowego, mocno podrasowanego quada. Robercie, nawet nie wiesz, jaką to mi dawało frajdę! – Jej oczy na chwilę rozbłysły dawnym entuzjazmem. – To pozwalało mi oderwać się od tej księżycowej monotonii, od ciasnoty bazy, od presji. Zachować jakąś równowagę psychiczną. Ten wspaniały czterokołowiec, z potężnym silnikiem, rozpędzał się na regolicie do niesamowitych prędkości. Odjeżdżałam naprawdę daleko od bazy, eksplorowałam okolice. Quad na każdym większym wzniesieniu podskakiwał, a w tej niskiej grawitacji miałam wrażenie, jakby chciał się na moment oderwać od powierzchni i po prostu odlecieć w siną dal. To była moja jedyna prawdziwa rozrywka, momenty, kiedy naprawdę odpoczywałam psychicznie.
Zrobiła pauzę, a jej głos znów stał się bardziej skupiony, niemal konspiracyjny.
– Jednego razu zapuściłam się wyjątkowo daleko, w rejon pełen starych formacji wulkanicznych. I wtedy zauważyłam coś dziwnego – ciemne wejście do czegoś, co wyglądało na jaskinię lawową. Ale najdziwniejsze było to, że jej wnętrze jarzyło się delikatnym, zimnym, elektrycznym, opalizującym światłem. Już chciałam pojechać dalej, myśląc, że to może jakieś dziwne refleksy słoneczne odbijające się od kryształów, albo złudzenie optyczne. Ale ciekawość… no i przyznam się, że również mały dreszczyk strachu i ekscytacji… zwyciężyły. Zostawiłam quada i ostrożnie weszłam do środka. I to, co tam zobaczyłam, Robercie, po prostu mnie oszołomiło.
Pochyliła się nad stołem, jakby zdradzała największą tajemnicę.
– W gładkie, niemal szkliste ściany tej jaskini wtopione były dziesiątki, może setki, takich właśnie sześcianów. Od całkiem malutkich, po bryły wielkości mojej głowy, a nawet większe. A pomiędzy niektórymi z tych większych sześcianów, zwłaszcza tam, gdzie były blisko siebie, co jakiś czas dochodziło do wyraźnego przeskoku niebieskawych iskier. Widok całej tej ściany, migoczącej tymi niesamowitymi wyładowaniami, był… nie do opisania. Z jednej strony śmiertelnie się bałam, że zostanę porażona jakimś potężnym ładunkiem, ale z drugiej… ta ciekawość była silniejsza. Udało mi się, z niemałym trudem, wyrwać ze ściany ten właśnie sześcian. Był mocno osadzony. Wróciłam z nim do bazy, przemyciłam do swojego laboratorium i później, w całkowitej tajemnicy, w każdej wolnej chwili, zaczęłam go badać, używając tego, co miałam pod ręką.
Słuchał jej opowieści z szeroko otwartymi oczami, mieszaniną niedowierzania, fascynacji i rosnącej troski.
– Byłaś niesamowicie nierozważna! – zaczął powoli, kręcąc głową. – Co by się stało, gdybyś miała wypadek na tym quadzie, tak daleko od bazy, bez łączności? Albo gdyby w tej jaskini doszło do jakiegoś potężnego wyładowania? Przecież nikt by nawet nie wiedział, gdzie cię szukać! Nie znałem cię od tej strony… jestem naprawdę zaskoczony taką lekkomyślnością u kogoś tak… metodycznego jak ty. – Urwał na chwilę, przetwarzając informacje.
– Ale pomijając na moment twoje szalone eskapady… Skąd, jak myślisz, te sześciany się tam w ogóle wzięły? W jaskini lawowej?
Wzruszyła ramionami, ale w jej oczach widać było naukową pasję.
– Mam kilka hipotez, biorąc pod uwagę, że to była ewidentnie jaskinia pochodzenia wulkanicznego, prawdopodobnie tunel lawowy. Pierwsza jest taka, że te sześciany to jakaś niezwykła forma krystalizacji samego regolitu księżycowego. Wyobraź sobie uderzenie dużej komety, która topi regolit na ogromnym obszarze. On zachowuje się wtedy jak ziemska lawa – płynny, gorący środek wypływa, pozostawiając twardniejącą zewnętrzną skorupę, tworząc taki tunel. W specyficznych warunkach panujących we wnętrzu takiej powoli stygnącej jaskini, przy niskiej grawitacji i być może pod wpływem jakichś unikalnych gazów wulkanicznych, ten stopiony regolit mógłby krystalizować właśnie w takie idealne, sześcienne formy.
Zrobiła krótką pauzę. – A moja druga hipoteza, chyba bardziej ekscytująca, jest taka, że ten sześcian – a raczej minerały, z których jest zbudowany – zostały przyniesione na Księżyc przez samą kometę, może pozasłoneczną. Kometa uderza, jej jądro częściowo odparowuje, częściowo wbija się w powierzchnię, mieszając swój materiał z regolitem. I ten obcy, kometarny minerał, w warunkach księżycowej grawitacji i specyficznej chemii stygnącej lawy, mógłby tworzyć takie właśnie krystaliczne formy. Może nawet samoistnie, jeśli byłby dostatecznie czysty.
Pochyliła się jeszcze bliżej, a jej głos zabrzmiał niemal szeptem.
– Wiesz co, Robercie? Jeśli ta druga hipoteza jest prawdziwa… jeśli to jest materiał pozaziemski, niepochodzący z Księżyca… to być może trzymasz teraz w dłoniach fragment jednego z najrzadszych, jeśli nie unikalnego, minerału w całym znanym Wszechświecie. Czegoś, czego wartość może być większa niż cały majątek tych twoich bajecznie bogatych sponsorów razem wziętych.
Robert, który wciąż trzymał sześcian, teraz z przesadną, niemal komiczną delikatnością odłożył go na miękką serwetkę na blacie stołu. Wpatrywał się w czarną bryłkę z ogromnym zdziwieniem, jakby nagle zobaczył w niej coś zupełnie nowego, coś niebezpiecznie cennego.
– A co… co na to odkrycie twoi przełożeni w bazie? Wiedzą o tym? – zapytał cicho, nie odrywając wzroku od sześcianu.
Roześmiała się krótko, nerwowo.
– No co ty! Oszalałeś? Przecież nikt o tym nic nie wiedział i nadal nie wie! Po pierwsze, to absolutnie wykraczało poza mój grant i zakres moich obowiązków. Po drugie, gdyby się dowiedzieli, że prowadzę nieautoryzowane badania, używając do tego ich sprzętu, nawet tego najprostszego… Natychmiast położyliby na tym swoją biurokratyczną łapę. Zabraliby mi ten sześcian, zamknęli w jakimś sejfie, a mnie samą pewnie nie tylko ukaraliby odebraniem grantu, ale zrobiliby wszystko, żeby odsunąć mnie od tego odkrycia i przypisać je komuś innemu, bardziej… wpływowemu. Znam te mechanizmy.
Pokiwał powoli głową, rozumiejąc jej obawy. Świat nauki, zwłaszcza tej finansowanej przez wielkie korporacje lub agencje rządowe, bywał bezwzględny.
– No i co teraz z tym zrobisz? – zapytał w końcu, a w jego głosie słychać było mieszankę podziwu dla jej odwagi i naukowej ciekawości.
Wyprostowała się, a na jej twarzy pojawił się wyraz determinacji.
– Będę go badała. Na tyle, na ile będę w stanie, tutaj, na Ziemi. Z twoją pomocą, jeśli się zgodzisz, i z dostępem do tych twoich generatorów. Spróbuję dokładnie określić jego właściwości. A potem… potem opublikuję pracę naukową na ten temat. Solidną, dobrze udokumentowaną. Tak, żeby nikt nie mógł podważyć tego, że to moje odkrycie. I dopiero wtedy, kiedy będę miała formalne potwierdzenie, zabiorę ich wszystkich do tej jaskini. Niech zobaczą.
Milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się to w żonę, to w lśniący czarny sześcian na stole. W jego umyśle kłębiły się myśli, łącząc opowieść z jej niezwykłymi właściwościami z tym, co sam wiedział o energii, technologii i ograniczeniach współczesnej nauki. Nagle jego oczy rozszerzyły się, a na twarzy pojawił się wyraz tak intensywnego podekscytowania, że Agnieszka aż drgnęła.
– Czekaj… czekaj chwilę! – wykrzyknął, zrywając się z krzesła. Zaczął chodzić nerwowo po salonie, gestykulując żywo. – Ty mówiłaś… nieograniczona pojemność? Pamiętanie profilu ładowania i rozładowania? Aga! – Zatrzymał się gwałtownie przed nią, a jego głos drżał z tłumionego entuzjazmu. – Czy ty zdajesz sobie sprawę… czy to jest w ogóle możliwe… ale GDYBY tak było… GDYBY ten… ten Kujawianit… był w stanie zmagazynować tak niewyobrażalną ilość energii, która pozwoliłaby… która pozwoliłaby na przykład zasilić silniki jonowe „Swaroga”?! Bezpośrednio!
Jego oczy błyszczały jak dwa węgielki. Mówił szybko, potykając się niemal o słowa.
– Przecież my teraz pompujemy w niego energię z gigantycznych reaktorów fuzyjnych na Ziemi i Księżycu przez te mikrofalowe strumienie! To skomplikowane, wymaga potężnej infrastruktury na obu końcach! A gdyby tak można było mieć kompaktowe, superwydajne źródło zasilania bezpośrednio na pokładzie? Naładowane raz, a potem oddające energię precyzyjnie, zgodnie z zapotrzebowaniem silników? Ja sobie nawet nie potrafię wyobrazić, jakby to zmieniło loty w kosmos! To by nam przybliżyło nie tylko Księżyc, bez tej całej naziemnej maszynerii! To byłby klucz do całego Układu Słonecznego! Mars, Jowisz, pierścienie Saturna… wszystko stałoby się dostępne w sposób, o jakim dziś możemy tylko marzyć! Zniknęłyby ograniczenia paliwowe, czas podróży by się skrócił… To… to byłaby rewolucja!
Patrzył na nią wyczekująco, z mieszaniną nadziei i gorączkowego pytania w oczach.
– Powiedz mi, jako odkrywca, jako ktoś, kto miał to w rękach i badał… Czy to… czy to w ogóle jest w sferze możliwości? Czy ten materiał mógłby mieć aż taki potencjał?
Oparła łokcie o stół, splatając dłonie. Jej spojrzenie było badawcze, analizujące.
– Zwolnij trochę, bo zaraz sam odlecisz na tym entuzjazmie – powiedziała z lekkim uśmiechem, próbując nieco ostudzić jego zapał. – Rozumiem twoją ekscytację, naprawdę. I tak, potencjał wydaje się… niezwykły. Ale od „niezwykłego potencjału” do zasilania międzyplanetarnego statku kosmicznego droga jest bardzo, bardzo długa. I wyboista.
Podniosła sześcian, obracając go w dłoniach.
– Po pierwsze, wciąż nie wiemy, czym to tak naprawdę jest. Jaką ma strukturę, skład. Po drugie, nawet jeśli magazynuje energię, to jak ją potem precyzyjnie i bezpiecznie uwolnić w ilościach potrzebnych silnikom jonowym? To nie jest prosta bateria. Mówiłeś o infrastrukturze dla „Swaroga” – a jaką infrastrukturę potrzebowalibyśmy, żeby naładować takie cudo do pełna, jeśli jego pojemność jest, jak podejrzewam, astronomiczna? Twoje generatory to jedno, ale co z resztą? I co z bezpieczeństwem? Co, jeśli przy takiej koncentracji energii ten „Kujawianit” stanie się niestabilny? Mamy mnóstwo pytań, na które nie mamy odpowiedzi. Ale… – zawiesiła głos – właśnie dlatego tak bardzo chcę go zbadać z twoją pomocą. Bo jeśli choć ułamek twoich wizji jest możliwy, to gra jest warta świeczki.
Słuchał jej praktycznych obiekcji, ale jego entuzjazm wcale nie osłabł. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że jej racjonalne argumenty tylko podsycają jego wizjonerski zapał, jakby były jedynie drobnymi przeszkodami na drodze do wielkiego celu.
Podszedł do niej, oparł dłonie na oparciu jej krzesła i pochylił się, jego oczy wciąż płonęły niemal fanatycznym blaskiem.
– Kochanie! – zaczął z pasją, jego głos był wibrujący od emocji. – Ależ to właśnie jest najpiękniejsze! Te wszystkie pytania, te wyzwania… Ale to nie jest twoje zadanie, żeby na nie teraz odpowiadać! Ty… ty już zrobiłaś coś, co przekracza wszelkie wyobrażenia! Ty dokonałaś epokowego odkrycia! Znalazłaś coś, co może fundamentalnie zmienić świat, jaki znamy, w świat, o jakim nie mamy nawet bladego pojęcia! Rozumiesz? FUNDAMENTALNIE!
Wyprostował się i przeszedł nerwowo po kuchni, przecierając dłonią czoło, jakby sam próbował ogarnąć skalę tego, co mówił.
– A cała reszta? Te wszystkie „jak to zrobić?”, „co z bezpieczeństwem?”, „jakie kabelki podłączyć?”… – machnął ręką z lekceważeniem, które w innej sytuacji mogłoby zabrzmieć protekcjonalnie, ale teraz było jedynie wyrazem jego uskrzydlenia. – To jest robota dla armii inżynierów, fizyków materiałowych, specjalistów od bezpieczeństwa! Oni się tym zajmą! Oni będą się głowić nad protokołami ładowania, nad systemami chłodzenia, nad konstrukcją silników, które to wykorzystają! Ty im dostarczyłaś iskrę, co ja mówię, ty przyniosłaś cały pieprzony pożar! Ty nie musisz się już martwić o to, jak zbudować z tego elektrownię! Ty swoje już zrobiłaś, dając światu klucz do komnaty, której istnienia nikt nawet nie był świadomy!
Zatrzymał się pocierając swoje przedramiona gwałtownie, jakby rozcierał odmrożenia.
– O rany, Aga, ja chyba zaraz eksploduję! Mam takie ciary, że czuję, jak mi wszystkie włoski na ciele stają dęba! – Zaśmiał się nerwowo, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Przez lata pracowałem nad swoimi teoriami, próbując przesunąć granicę o milimetr, a ty przynosisz coś, co może ją wyburzyć i postawić zupełnie nową, kilometr dalej! To jest… to jest po prostu niesamowite!
Jego entuzjazm był zaraźliwy, ale jednocześnie tak intensywny, że mógłby przytłoczyć. Patrzył na nią z mieszaniną podziwu, ekscytacji i niemal dziecięcej radości, jakby właśnie dostał najwspanialszą zabawkę na świecie.
Przez chwilę wpatrywała się w jego rozgorączkowaną twarz, a potem, niespodziewanie, wybuchnęła głośnym, szczerym śmiechem. Śmiała się tak mocno, że musiała oprzeć się o stół, a w jej oczach pojawiły się łzy rozbawienia. Nieco zbity z tropu jej reakcją, zamrugał, a jego entuzjastyczny monolog urwał się w pół słowa.
– Robercie, Robercie! – zawołała w końcu, próbując złapać oddech i ocierając kącik oka. – Przystopuj trochę z tym entuzjazmem, dobrze? Bo mam wrażenie, że za chwilę cała ta twoja nieokiełznana energia mentalna, te wszystkie wizje i "ciary", zaczną się w jakiś magiczny sposób magazynować w tym biednym „Kujawianicie”! – wskazała rozbawionym gestem na czarny sześcian leżący na stole. – I jutro, zamiast delikatnie reanimować jakąś małą, spokojną myszkę, będziemy musieli przeprowadzać pełną procedurę na tobie, bo sam zamienisz się w rozładowaną bateryjkę!
Jej śmiech znów wypełnił kuchnię, a on, po chwili zaskoczenia, również zaczął się uśmiechać, czując, jak adrenalina powoli z niego opada. Potrząsnął głową, jakby chciał odegnać resztki wizjonerskiego uniesienia.
– No dobrze, dobrze – przyznał z nieco zawstydzonym uśmiechem. – Może trochę mnie poniosło. Ale przyznasz, że perspektywa jest…
– …oszałamiająca, wiem – dokończyła za niego, już spokojniej, choć w jej głosie wciąż brzmiała nuta rozbawienia. – I przerażająca. I ekscytująca. Wszystko naraz. Ale zanim zaczniemy planować podbój Układu Słonecznego za pomocą twojego nowego ulubionego kamyka, może najpierw zjemy tę kolację, zanim zupełnie wystygnie? A potem, na spokojnie, zastanowimy się, jak podejść do zbadania tego twojego… „Kujawianitu”, bez wysadzania połowy miasta w powietrze.
Uśmiechnęła się na jego próbę sprowadzenia rozmowy na bardziej przyziemne tory, choć w jej oczach wciąż tliła się iskierka rozbawienia po jego wizjonerskim zapale i jej żartobliwej odpowiedzi.
– Masz rację – przyznała, biorąc mały kęs swojego, już nieco chłodniejszego, burgera. – Najpierw jedzenie i odrobina spokoju. Mój mózg i tak już pracuje na oparach po tym całym dniu pełnym wrażeń.
Przez chwilę jedli w milczeniu, przerywanym jedynie cichymi uwagami na temat smaku potraw, o których tak długo marzyła. Jednak karuzela emocji, która przetoczył się przez nich w ciągu ostatnich godzin – od euforii powitania, przez trudne wspomnienia z Księżyca, aż po oszałamiającą perspektywę związaną z czarnym sześcianem – zaczął zbierać swoje żniwo. Szczególnie Agnieszka, której organizm wciąż walczył o każdy dodatkowy dżul energii w ziemskiej grawitacji, poczuła, jak siły gwałtownie ją opuszczają.
Jej ruchy stały się wolniejsze, powieki zaczęły ciążyć, a zainteresowanie nawet tak wyczekiwanym posiłkiem wyraźnie osłabło. On, zajęty własnymi myślami nad potencjałem „Kujawianitu”, początkowo tego nie zauważył. Dopiero gdy odłożyła niedojedzoną porcję i oparła głowę na dłoni, patrząc w przestrzeń mętnym wzrokiem, zorientował się, że coś jest nie tak.
– Wszystko w porządku, Aga? – zapytał cicho, z troską w głosie.
Podniosła na niego wzrok, a w jej oczach malowało się czyste, niemal obezwładniające wyczerpanie. Uśmiechnęła się blado.
– Tak… tylko… – jej głos był teraz ledwo słyszalnym szeptem, jakby samo mówienie kosztowało ją ogromny wysiłek. – Nagle poczułam się… strasznie zmęczona. Chyba cała ta energia ze mnie uleciała. Zupełnie jakby ktoś wyjął wtyczkę z kontaktu. – Próbowała zażartować, ale zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie faktu. – Chyba muszę się położyć. Zaraz. Tylko na chwilę do łazienki… i idę spać.
Jej nagła zmiana nastroju, niemal całkowita utrata zainteresowania rozmową, która jeszcze przed momentem tak ją absorbowała, zdezorientowała go.
– Och… Oczywiście – odpowiedział trochę niepewnie, wstając od stołu. – Idź, połóż się. Ja tu wszystko ogarnę.
Skinęła słabo głową, podnosząc się powoli z krzesła. Już przy drzwiach kuchni odwróciła się na moment.
– Robercie? – jej głos był tak cichy, że ledwo go usłyszał. – Pokrój mi resztę tego burgera i postaw, proszę, na stoliku przy łóżku. Może mi się przyda w nocy.
Był bardzo zaskoczony tą prośbą, biorąc pod uwagę jej stan.
– Burgera? Aga, może lepiej przyniosę ci jakieś batoniki energetyczne? Albo odżywczy koktajl? Będzie lżej strawny.
Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.
– Dobrze… – wyszeptała. – Przynieś mi wszystko.
Stał przez chwilę, patrząc za nią z niepokojem, po czym zaczął zbierać naczynia, starając się nie hałasować.
Po krótkiej wizycie w łazience skierowała się prosto do sypialni. Zamiast jednak od razu rzucić się na łóżko, podeszła do szafy i z jej najgłębszych zakamarków wyciągnęła niewielki, jedwabny woreczek. Rozwiązała go i jej palce delikatnie musnęły zwiewny, cieniutki materiał. Była to koszula nocna w kolorze kości słoniowej, prosta, ale niezwykle elegancka, uszyta z najwyższej jakości jedwabiu, który zdawał się niemal płynąć w dłoniach. Kupiła ją tuż przed wylotem na Księżyc, z myślą właśnie o tej nocy – nocy powrotu.
Przebrała się powoli, czując chłodny, kojący dotyk jedwabiu na rozgrzanej skórze. Wszedł cicho do sypialni, już w piżamie, niosąc mały talerzyk z pokrojonym burgerem, kilkoma batonikami energetycznymi i koktajlem. Zastał ją siedzącą na krawędzi łóżka. Światło księżyca w pełni zalewało pokój srebrzystą poświatą. Subtelnie rzeźbiło kontury jej ciała pod cienkim jedwabiem i wydobywało z półmroku jej twarz, na której widać było ślad całego minionego dnia.
Stanął na moment, a na jego twarzy pojawił się wyraz czystego, niemal nabożnego zachwytu. W tym prostym stroju, mimo zmęczenia, wyglądała dla niego zjawiskowo – jak krucha, eteryczna istota, która właśnie wróciła z bardzo dalekiej podróży.
Zauważyła jego spojrzenie i na jej ustach pojawił się blady, ale szczery uśmiech. Była zadowolona z jego reakcji.
– Kupiłam ją… – powiedziała cichym, lekko drżącym głosem – …jeszcze przed wylotem na Księżyc. Z myślą właśnie o tej nocy. O naszym pierwszym wspólnym wieczorze po powrocie. Chociaż… – zawahała się – …wyobrażałam ją sobie troszeczkę inaczej. Z większą ilością energii z mojej strony.
Podszedł, ostrożnie odłożył talerz na jej stolik nocny i usiadł obok niej na łóżku. Objął ją ramieniem, przyciągając do siebie czule i mocno. Poczuła jego ciepło, znajomy zapach, bezpieczeństwo.
– Dla mnie jest idealnie – szepnął jej do ucha, całując ją delikatnie we włosy.
Położyli się, mocno objęci i wtuleni w siebie. Cisza w pokoju była kojąca. Przytulił ją mocno i czuł jak jej ciało się rozluźnia, poddając się fali senności.
– Wiesz co? – wyszeptała tuż przed tym, jak odpłynęła, jej głos był już prawie niesłyszalny. – Kocham cię.
I niemal natychmiast zasnęła, oddychając głęboko i miarowo. On leżał jeszcze długo, trzymając ją w ramionach, wsłuchany w jej spokojny oddech. Nie mógł jednak zasnąć. Jego umysł wciąż analizował wydarzenia minionego dnia, potencjał czarnego sześcianu, ale przede wszystkim niepokoiła go jej nagła utrata energii. Wiedział, że adaptacja będzie trudna, ale ten gwałtowny spadek sił był alarmujący. Kilka razy w ciągu nocy budził się, czując jej delikatne ruchy, gdy sięgała po burgera czy batonik, zjadając je powoli, niemal mechanicznie, w półśnie. Czuwał nad nią, pełen miłości i cichej troski.