- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Prequel. 004. W mieszkaniu.

Cuiavia. Prequel. 004. W mieszkaniu.

Oceny

Cuiavia. Prequel. 004. W mieszkaniu.

– Ile zajmie twojemu organizmowi adaptacja?

Podniosłam na niego zmęczone oczy. – Nie wiem. Według lekarzy potrzebuję tygodni, może miesięcy, by odzyskać względną normę. Obecnie siły błyskawicznie mnie opuszczają. Skurczony żołądek odmawia przyjęcia kalorii niezbędnych do walki z ziemską grawitacją.

Usta same wykrzywiły się w autoironicznym uśmiechu. – Zmuszę się do naśladowania ludzi, którymi gardziłam na Księżycu. Zacznę jeść na siłę, byle dostarczyć ciału dawkę energii.

Delikatnie ścisnął moją dłoń.

– Zadbam o ciebie, zacznę cię regularnie dokarmiać – obiecał. Ciepły uśmiech rozproszył moje ponure myśli. – Twoja kondycja? Dajesz radę? Wyglądasz… promiennie, mimo wszystko.

Dawno nie słyszałam podobnych słów. – Zależy, o co pytasz.

Zmierzył mnie wzrokiem.

– Wytrzymałościowo leżę. Brakuje mi paliwa. Dłuższy spacer urasta teraz do rangi maratonu. Pozostała jednak czysta siła… mięśnie wyćwiczyłam całkiem nieźle w księżycowej siłowni. Każdy kilogram więcej na sztandze oznaczał tam walkę o zdrowie.

Przechyliłam głowę.

– A tak przy okazji… ile bierzesz na klatę?

Zmarszczył czoło, zaskoczony nagłą zmianą tematu i bezpośredniością pytania. – No, nie wiem… od lat nie sprawdzałem. Kiedyś, w najlepszych czasach, może sto dwadzieścia, sto trzydzieści kilogramów? A co?

– Bo ja… – parsknęłam, delektując się jego zdumioną miną – pod koniec pobytu regularnie wyciskałam ponad tonę.

Zamarł na chwilę z otwartymi ustami, po czym wybuchnął głośnym, szczerym śmiechem. – Takiego wyniku z pewnością nigdy nie przebiję!

Wsiedliśmy do taksówki. – Polna 102 – rzucił krótko.

Stanęliśmy przed gładką taflą drzwi, pozbawioną jakiejkolwiek klamki.

– Witajcie, domownicy – przywitało nas mieszkanie.

Westchnął, słysząc te słowa, po czym objął mnie i mocno przytulił. – Takiego powitania nie słyszałem od miesięcy – szepnął mi do ucha.

Zrzuciliśmy buty. Dotyk parkietu wywołał przyjemne, delikatne ciepło rozlewające się po palcach. Zamarłam, chłonąc przestrzeń na nowo. Otuliła mnie znajoma woń jaśminu i drzewa sandałowego. Doceniłam ten cichy gest.

Podeszłam do ogromnego okna. Horyzont przecinały łagodne, zielone wzgórza. Bliżej lśnił port kosmiczny.

Dostrzegłam ruch na jednej z platform. Z podstawy smukłej rakiety buchnęły kłęby gęstego dymu. Chwilę później rozdarł je oślepiający, pomarańczowy płomień. Dystans i grube warstwy szkła stłumiły ogłuszający ryk. Usłyszawszy jedynie głębokie, lekkie mruczenie niczym odległy grzmot, poczułam potężne wibracje uderzające w budynek. Szyba zadrżała, a filiżanki odpowiedziały jej krystalicznym brzękiem.

Wpatrzona w słup ognia, znów poczułam morderczy uścisk fotela i drżenie każdej kosteczki. Miliony ton paliwa toczyły właśnie furiacką walkę z grawitacją.

Przesłoniłam szybę mglistym śladem oddechu. Kto leci tym razem? Moi zmiennicy? Kolejna delegacja aroganckich biznesmenów? A może po prostu urzędnicy, kolejna zmiana w nieustannie pracującej, korporacyjnej machinie? Rakieta zmieniła się w jasny punkt niknący w błękicie. W piersi ukłuła mnie mieszanina ulgi z powodu powrotu oraz nostalgii za światem stanowiącym już na zawsze moją część.

Wraz z ostatnią wibracją, mieszkanie znów utonęło w ciszy. Odwróciłam się od okna. Trwał w bezruchu, wpatrzony we mnie.

– Pierwsza rzecz – oznajmiłam – gorąca kąpiel. Długa. Bez limitu wody.

Odwzajemniwszy uśmiech ruszyłam do sypialni. Zrzuciwszy ubrania, znieruchomiałam na chwilę w bezmyślnym zawieszeniu, pozwalając skórze chłonąć ziemską atmosferę. Narzuciłam puszysty szlafrok. Pozwoliłam gorącej parze wypełnić łazienkę. Szlafrok opadł na kafelki, weszłam pod strumień.

Woda parzyła. Nie zmieniłam ustawienia – łaknęłam tego intensywnego ciepła. Każda kropla stała się błogosławieństwem. Strumień zmywał wszechobecny regolit oraz chłód kosmosu, wgryziony głęboko pod moją skórę. Gorąca kaskada rozluźniała napięte mięśnie. Powolny, bolesny proces przywracał czucie w każdym skrawku ciała.

Dłońmi rozprowadzałam szampon. Poczułam dotyk wplatający się w mokre włosy. Pewny, tak dobrze mi znany.

Zaskoczenie ustąpiło miejsca błogości. Pozwoliłam mu działać. Masował głowę, rozplątując mokre pasma, a kojący ucisk odprężał. Świat skurczył się do dotyku jego dłoni.

Palce objęły skronie. Powolne, okrężne ruchy wzbudzały pulsowanie przechodzące w falę pobudzenia.

Opuszki kciuków musnęły płatki małżowin. Elektryzujące dreszcze przeszyły mnie aż do szpiku. Budziły do życia każdą uśpioną tkankę.

Ręce zsunęły się niżej, wzdłuż boków. Na scenie zmysłów pojawił się nowy aktor: usta. Ogarnął mnie ich żar. Odchyliwszy głowę, znalazłam oparcie na jego ramieniu. Mięśnie drżały pod naporem pocałunków znaczących szyję.

Serce oszalało. Dłonie objęły piersi – delikatnie, pewnie. Ciało zareagowało głębokim dreszczem, wyprzedzając jakąkolwiek myśl. Tęskniłam za tym bezgranicznie… Masaż, pocałunki, dotyk – chwilo, trwaj.

Ciało przyciśnięte do moich pleców, oddech na skórze. Coraz mocniej, coraz pewniej. W nabrzmiałych piersiach wezbrało gorące pulsowanie. Poddałam się bez reszty.

Zatracaliśmy się w gorącej wodzie, tonęliśmy w sobie.

* * *

Opuściłam łazienkę znacznie później niż on. Cieszyłam się luksusem gorącej wody. Otulona miękkim ręcznikiem, rozgrzana i odprężona, weszłam do kuchni. Dania z restauracji parowały kusząco, czekając na pierwszy kęs. W powietrzu unosił się aromat świeżo zaparzonej kawy z ekspresu.

Nasycona szczęściem, stanęłam przed panoramicznym oknem.

– Pamiętasz, kiedy kupowaliśmy to mieszkanie? – eteryczny szept wypełnił ciszę. – Mogliśmy sobie pozwolić tylko na nie. Wszystkie inne były poza naszym zasięgiem. Nikt nie chciał mieszkać, z perspektywą widoku na startujące rakiety. Ten hałas skutecznie zakłóca każdą chwilę spokoju.

Otoczywszy mnie ramionami, zapewnił mi poczucie bezpieczeństwa. Oddech łaskotał moją szyję.

– A teraz? Technologie kosmiczne generujące ryk odchodzą w zapomnienie. Wartość lokalu z pewnością poszybuje – mruknął.

– Pomyśl kochanie. Wspaniałe widoki wolne od ryku tych kolosów tylko bezgłośne spektakle. Los miewa kapryśne poczucie humoru. Może szczęście rzeczywiście sprzyja ludziom potrafiącym cieszyć się życiem wbrew wszystkiemu.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Właśnie do tego zmierzałam. – Przełknęłam ślinę, zanim wydusiłam z siebie: – Cały ten postęp zawdzięczamy pracy, geniuszowi i determinacji anonimowych dla mnie badaczy. Inżynierowie ukryci w laboratoriach i biurach projektowych skutecznie pchnęli technologię naprzód. Zmienili sposób podróżowania w kosmos i nasze ziemskie życie. To niesamowite.

Trwaliśmy w milczeniu, wpatrzeni w krajobraz stanowiący jeszcze niedawno arenę ogłuszających startów i lądowań. Ciepło jego ciała i znajomy zapach niosły ukojenie. Westchnęłam cicho, czując, jak ostatnie napięcie wyparowuje ze mnie z resztkami księżycowego chłodu.

– Dość już o mnie i moich wojażach – rzuciłam w końcu, odsuwając się lekko i spoglądając na niego z uwagą. W jego oczach rozbłysła ta znajoma iskierka, towarzysząca podczas opowieści o badaniach.

– Tyle się nagadałam, a ty cierpliwie słuchałeś. Twoja kolej. Co u ciebie? Opisz postępy w badaniach.

Co działo się na Ziemi, kiedy ja bujałam w próżni. Tylko bez skomplikowanych wzorów, proszę – powiedziałam tonem, który zawsze go bawił. – Pamiętaj, że mój mózg wciąż się adaptuje.

W jego oczach natychmiast wykwitł błysk pasji. Zwykle spokojny głos nabrał charakterystycznej intensywności, zwiastującej nadejście fascynującej opowieści.

Zamarłam. W głowie nagle coś zaskoczyło. Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło. Głuchy odgłos dłoni o czoło rozniósł się po pokoju.

– Oczywiście! – rozproszone dotąd fakty stworzyły spójny obraz. – Mogłam o tym zapomnieć! Twoje opowieści o przeprogramowywaniu szlaków nerwowych, stymulacji subkomórkowej… Chcesz ożywiać myszy! Te martwe, wcześniej…

– Nie, nie, nie! – urwał, uniósłszy dłonie w obronnym geście. – W laboratorium nie zabijamy gryzoni. To żelazna zasada. Śmierć wywołana czynnikiem zewnętrznym… generuje w ciele ogromny, nieodwracalny chaos biochemiczny.

Utonąwszy w puszystym siedzisku, podkurczyłam nogi. Trwał przy oknie, zapatrzony w rozświetlony kosmodrom. Kolorowe światła pulsowały rytmicznie malując nasz pokój.

– Wyobraź sobie księgę życia – zaczął powoli, nie odwracając wzroku od panoramy. – Komórka i organ stanowią zapis. Śmierć oznacza… uszkodzenie woluminu. Podarte karty, rozmazane litery. Tradycyjna medycyna usiłuje posklejać zniszczony papier.

– A twoja rola?

– Szukam nieuszkodzonych egzemplarzy. 

Zmarszczyłam brwi, czując opór biologa wobec fizycznych uproszczeń. – Ta mysz nie żyje. Jej komórki ulegają rozpadowi…

Odwrócił się w końcu. W cieniu jego oczu dostrzegłam gorączkowy, uwodzący mnie błysk.

– Heisenberg założył nam kaganiec. Próba spojrzenia na atom i ustalenia jego położenia nieuchronnie zmienia pęd cząstki. Każdy promień światła, każdy elektron użyty do skanowania oznacza unicestwienie próbki.

– W jaki sposób odczytujecie dane bez obserwacji? – czułam, że wchodzę na nieznany grunt.

– Nie patrzymy na atomy. Analizujemy cień rzucany przez nie na czasoprzestrzeń. – Spoczął naprzeciwko, pochyliwszy się ku mnie.

– Wszechświat posiada granicę rozdzielczości. Poniżej tej wartości odległość znika, ustępując miejsca pianie kwantowej. Zwykły mikroskop tam ślepnie.

– Zwykły?

– Wykorzystujemy mikro-osobliwości w roli soczewek grawitacyjnych. Dzięki nim rejestrujemy stopień zakrzywienia tkaniny rzeczywistości przez dany obiekt. Rezygnujemy z pomiaru położenia cząstki na rzecz mapowania topologii piany. Schodzimy poniżej pikseli rzeczywistości, czytamy kod źródłowy, zanim zamieni się w grafikę.

– Ciało myszy nie wykazuje życia w obecnym egzemplarzu. Na poziomie kwantowym nic nie znika natychmiast. Informacja wciąż tam jest.

– Jak?

– Przez dekoherencję. Otoczenie: powietrze, temperatura, promieniowanie. Te czynniki narzucają układowi wybór stanu martwego. Lecz po śmierci, pod warunkiem szybkiej izolacji układu, stan „żywy" wciąż trwa w superpozycji. Tkwi tam, wysyłając jedynie słaby sygnał. Wyciszamy szum w celu wydobycia oryginału.

– Zamierzacie wzmocnić sygnał życia? – Mój głos stwardniał. – To przeczy nauce. Planujesz przesyłać żywą mysz z innego egzemplarza?

– Transfer materii z innego wymiaru naruszyłby zasadę zachowania energii. – Położył dłoń na mojej. Jego skóra była ciepła, w kontraście do chłodnej teorii, którą wygłaszał. – Manipuluję interferencją. Nie tworzymy życia. Wydobywamy je z szumu po śmierci i wzmacniamy.

– A cena? – Cofnęłam rękę, tuląc ją do piersi, broniłam się przed niewidzialnym promieniowaniem. – Termodynamika. Druga zasada. Nie możesz cofnąć rozlanego mleka bez zużycia energii. Gdzie ucieka chaos? Laboratorium powinno eksplodować od ciepła.

Uśmiechnął się smutno. – Wykorzystujemy osobliwości. Układ zrzuca nieporządek na horyzonty zdarzeń. Entropia ciała maleje, mysz ulega „naprawie", lecz osobliwości rosną. Życie organizmu kosztuje nas masę horyzontu. Bilans pozostaje nienaruszony. Wszechświat zachowuje równowagę, my jedynie przesuwamy nadmiar chaosu.

– Zamieniliście czarne dziury w kosze na śmieci – podsumowałam. – Skąd jednak pochodzi wzorzec?

– Przeszukujemy przestrzeń możliwych historii układu, typując tę z żywym, zdrowym organizmem.

Wplótłszy palce w rude włosy, wyrzuciłam je w górę. Wiedziałam, że uwielbia ten gest symbolizujący płonący, eksplodujący mózg.

– Przeszukiwanie nieskończenie długiej linii wśród nieskończonej ilości tych linii… nawet wszystkie komputery świata liczyłyby to wiekami. Nim odnalazłyby „żywą mysz”, nastąpiłaby śmierć cieplna wszechświata – skontrowałam.

– Prawda. – Skinąwszy głową, kontynuował: – Algorytm musi przesiać mrowie historii Feynmana w celu odnalezienia tej, w której serce wciąż bije.

– I… w jaki sposób to rozwiązałeś… Skoro o tym rozmawiamy, znasz wyjście, prawda? Zdradź szczegóły.

– Kupujemy czas… grawitacją. W pobliżu horyzontu zdarzeń naszych osobliwości czas zwalnia. Układy obliczeniowe trwają tuż nad nim, uwięzione w studni grawitacyjnej. Dla procesów tam, mijają wieki, dla nas sekundy.

– Dylatacja czasu – szepnęłam, czując pękanie mojego świata biologii czasu linearnego.

– Relatywistyczny Bufor Obliczeniowy. Zyskujemy wieczność na znalezienie idealnej interferencji. W tym samym czasie kawa w kubku nawet nie wystygnie.

Wpatrzyłam się w czarną powierzchnię kawy. Ujrzałam oczyma wyobraźni te małe osobliwości, trwające w pustce i pożerające czas oraz entropię. Obraz ten zachwycał i przerażał jednocześnie.

Początkowe zdumienie przeradzało się w mieszaninę fascynacji i głębokich wątpliwości co do samej idei.

– Dobrze, pomijając na chwilę technikalia… – rzuciłam, gorączkowo szukając celu tego przedsięwzięcia. – Co tak naprawdę zamierzasz osiągnąć? Przyświeca ci jakiś ostateczny cel w przywracaniu funkcji życiowych zmarłym istotom? Przecież to nie tylko naukowa ciekawość, prawda?

Westchnął, z jego twarzy natychmiast odpłynął entuzjazm, dotknęłam przyziemnego aspektu tej pracy.

– Wiesz, Aga… ci obrzydliwie bogaci sponsorzy marzą o nieśmiertelności.

– Albo przynajmniej radykalnego przedłużenia życia. Wykładają kwoty z taką liczbą zer, że z trudem je ogarniam. Postrzegają to przedsięwzięcie jako ostateczną inwestycję.

Ścisnął mnie ten znajomy, gorzki skurcz w żołądku.

– Nieśmiertelność… – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Powiedz mi szczerze: po co im to? Po co ludziom opływającym w dostatki kolejny dzień, rok, stulecie? W celu pomnożenia kolejnego miliarda? Dla jeszcze większej konsumpcji? To… to wydaje mi się takie puste.

– Gorączkowo analizowałam implikacje. – Co w praktyce oznacza „przywrócenie funkcji życiowych”? Rozważałeś kiedyś, o ile zamierzasz cofnąć ich ciała?

Budujesz im fontannę młodości… lecz co jeśli pchniesz ich w przeszłość aż przed datę urodzenia?

Jego śmiech na chwilę rozproszył powagę sytuacji.

– Moja droga, nie zamierzam cofać myszy do czasów Popiela! Legenda mówi, że gryzoni akurat mu nie brakowało – odparł, puszczając do mnie oko. – Roztaczasz fascynującą wizję, lecz obraliśmy inny kierunek. Dążymy do ponownego uruchomienia procesów życiowych. Ciało odzyska funkcjonalność i podejmie istnienie od momentu „restartu”.

Właśnie dlatego wymagam niezwykle precyzyjnego sterowania energią oraz aparaturą. Muszę zachować naturalny przepływ i uniknąć przypadkowego, lokalnego odwrócenia strzałki czasu.

Bo wtedy, owszem, twoja wizja cofania kogoś do wcześniejszego etapu mogłaby się, w bardzo chaotyczny i nieprzewidywalny sposób, stać rzeczywistością. Chcemy kontynuacji, a nie regresji.

Z pasją wyjaśniał zawiłości teorii. Słuchałam go, usiłując nadążyć za tokiem myślenia, mimo wciąż spowolnionych obrotów mojego umysłu. Kiedy wspomniał o zarezerwowanych generatorach energii na potrzeby jutrzejszego eksperymentu, coś we mnie zaskoczyło. Przerwałam mu stanowczym uniesieniem dłoni.

– Czekaj… – rzuciłam napiętym głosem. – Twoje ogromne generatory… o jakich parametrach mowa? Jak wygląda kwestia dostępu? Korzystasz z nich swobodnie, na życzenie?

Słowa powoli układały mi się w głowie. Drgnął, zaskoczony tym nagłym zwrotem. Odchylił się na oparcie, jakby musiał nabrać dystansu.

– To nie zabawki – odparł, uniósłszy brwi. – Dysponujemy znaczną mocą, zdolną zasilić małe miasto. Ale dostęp nie jest prosty. Każdorazowe użycie wymaga solidnego uzasadnienia, szczegółowego planu eksperymentu, akceptacji komisji. Mówimy o kosztownych procesach, energia pochłania fortunę. Co ci chodzi po głowie?

Milczałam. Zaczęłam rozglądać się niespokojnie po pokoju. Mój wzrok omiatał ściany i meble w gorączkowym poszukiwaniu konkretnego przedmiotu.

– Czego szukasz?

– Mojej walizki – mruknęłam rozkojarzona. – Tej podróżnej. Geodukt obiecał dostawę bezpośrednio z portu, prawda?

– Czeka w szafie – wskazał głową przedpokój. – Dotarła, schowałem ją tam, żeby nie przeszkadzała. Potrzebujesz czegoś z niej?

Postawiłam go na podłodze. Otworzywszy wieko, sięgnęłam do wnętrza.

Wyjętą niespodziankę szybko schowałam za plecami. Z tajemniczym uśmiechem wróciłam do stołu.

– Usiądź wygodnie – poleciłam.

Zaintrygowany konspiracją, wyprostował się nagle. Teatralnie chwycił dłońmi blat stołu i znieruchomiał.

– Spójrz na prezent – rzuciłam, śledząc uważnie jego reakcję.

Powoli, z teatralnym gestem, położyłam na stole idealny sześcian wielkości dorodnego grejpfruta.

Gładka, głęboko czarna powierzchnia lśniła metalicznym połyskiem. Pochłaniał światło w taki sposób, że jego krawędzie wydawały się nienaturalnie ostre.

Uniósł go z wyraźnym trudem, zaskoczony nienaturalnym ciężarem. Obracał bryłę w dłoniach, pozwalając światłu ślizgać się po nienagannie gładkich ściankach. Kąciki jego ust drgnęły w górę.

– Co to jest? Kostka Rubika dla niepełnosprytnych? Jednokolorowa wersja dla minimalistów?

Parsknęłam śmiechem, by po chwili spoważnieć.

– Przedstawiam tobie… Luno-Elektrolit.

– Słucham? Luno… co?

– No wiesz, chodzi o „księżycowy kamień elektryczny”.

– Kochanie… – pokręcił głową, usiłując zachować powagę mimo drgających kącików ust. – Uznaję twój geniusz biochemiczny… lecz twoja ewentualna kariera w marketingu zakończyłaby się hukiem już po pierwszym semestrze. „Luno-Elektrolit”? Brzmi jak nazwa taniego suplementu diety dla emerytów-astronautów.

Teraz to ja parsknęłam śmiechem. Napięcie związane z prezentacją odkrycia opadło.

– No dobrze, panie specu! – rzuciłam, ocierając łezkę rozbawienia. – Twoja kolej. Jaką nazwę proponujesz?

Ponownie uniósł sześcian. Przyglądał mu się z udawanym namysłem, nie potrafiąc zgasić tańczących w oczach iskierek.

– Hm… Nie znam jego właściwości, postawię więc na czystą intuicję… Tak na szybko, bez głębszego zastanowienia… Powiedzmy… Kujawianit.

Wybuchnęłam śmiechem. – Kujawianit!

Oszalałeś! Lokalny patriotyzm kiedyś cię zgubi! Selenoelektryt brzmi już znacznie lepiej!

Chociaż… – zamyśliłam się – obie propozycje biją na głowę mój pomysł.

Uśmiechnął się, zadowolony z rozbawienia mnie. Odłożył sześcian na blat.

– Żarty na bok – spoważniał nagle. – Co to właściwie za obiekt? Skąd go wzięłaś? Prezentuje się… niezwykle. Nigdy nie widziałem podobnej materii.

Spoważniałam. Szczerze mówiąc, nie znam dokładnej jego natury. Trafiłam na nie go przypadkiem, w czasie wolnym… Zabrakło mi zasobów na dokładne analizy; przedmiot wykraczał dalece poza zakres grantu. Skromną wiedzę o obiekcie zdobyłam podczas ukradkowych badań po godzinach, wykorzystując jedynie dostępny sprzęt. Moje laboratorium dysponowało wyłącznie źródłami małej mocy.

Uniósł brwi. – Znów wspominasz o generatorach. Jaki związek łączy prąd z tym… Kujawianitem?

Pochyliłam się nad stołem, zniżyłam głos do konspiracyjnego szeptu.

– Analizowałam właściwości elektrochemiczne obiektu. Odbiegają od charakterystyki klasycznego akumulatora czy kondensatora. Wykazuje anomalię histerezy. Nie tylko gromadzi ładunek, ale rejestruje temporalny profil impulsu wejściowego. Czas trwania, natężenie, kształt fali…

– I co z tym robi? – spytał Robert, pochłonięty.

– Rozładowanie stanowi lustrzane odbicie ładowania. Sprawność odwzorowania sygnału oscyluje wokół stu procent. Słowa płynęły wartkim strumieniem, wymykając się spod kontroli.

– Nie wykryłam punktu nasycenia. Próby maksymalnego ładowania każdorazowo skutkowały przeciążeniem źródła zasilania przed osiągnięciem przez obiekt stanu równowagi. Raz doprowadziłam do destabilizacji głównej szyny energetycznej bazy.

– Stąd moje pytania o generatory. Potrzebuję źródła o większej gęstości mocy. Prawdopodobnie umożliwią nam sondowanie rzeczywistej pojemności…

Wizja nieznanych granic Kujawianitu pchnęły go ku głębokiemu namysłowi. Przez chwilę obracał w palcach swój widelec.

– Wiesz… – zaczął powoli, mierząc mnie wzrokiem. – Pod warunkiem utrzymania stabilności metryki podczas jutrzejszej procedury… i tak wprowadzimy banki energetyczne w stan gotowości. Otwiera to szansę na wykorzystanie nadmiarowej pojemności. Interlocki bezpieczeństwa uniemożliwią pełne odciążenie bez autoryzacji, lecz z pewnością zyskamy dostęp do mocy o rzędy wielkości wyższej niż na Księżycu. Pojawia się okazja do pełnej charakterystyki obiektu w warunkach wysokiego obciążenia.

Spojrzał na mnie z nowym zainteresowaniem. – Sądziłem, że badania nad genetyczną modyfikacją roślin pochłonęły cię bez reszty.

– Zawsze biła od ciebie pasja. Widzę jednak, że Księżyc przyniósł ci również inne, dość… energetyczne fascynacje.

Westchnęłam, czując w gardle znajomą gorycz.

– Och, początki wyglądały obiecująco – przyznałam. – Rzuciłam się w wir pracy z ogromnym entuzjazmem. Lecz niepowodzenia i ciągła presja na sukces skutecznie odbierają zapał. Odnosiłam wrażenie, że utytułowani naukowcy nadzorujący projekt z Ziemi kompletnie nie rozumieją mechanizmów rządzących biologią. Teoretyczna wiedza i plan działania znaczą niewiele wobec wyroków kapryśnej natury. Zmieniona genetycznie roślina wymaga czasu na wzrost; ocena efektów modyfikacji następuje dopiero po wydaniu owoców i nasion. Musisz zweryfikować stabilność przekazywania pożądanych cech kolejnym pokoleniom oraz proces ich dziedziczenia!

Machnęłam gwałtownie ręką, odpędzając te wspomnienia.

– Zaliczyłam nawet epizod okrzyknięty wielkim sukcesem! Wyhodowana przeze mnie odmiana szpinaku dawała fantastyczne plony, doskonale znosząc symulowane warunki księżycowe. Wzbudziłam powszechny zachwyt. Lecz cóż z tego, skoro roślina okazała się sterylna. Odmawiała przekazania cudownych genów dalej. Koniec, kropka. Gigantyczna presja na sukces pchnęła moją opiekunkę naukową do zgłoszenia wstępnych, niepotwierdzonych wyników w formie triumfalnego raportu dla koordynatora na Ziemi.

Gdy szydło wyszło z worka wściekły koordynator zadzwonił z pretensjami… Zgadnij, co zrobiła? Szanowna opiekunka nagle wynalazła „pilne, niecierpiące zwłoki sprawy w innej części bazy”, unikając podejścia do wideorozmowy. Czujesz absurd? Priorytetem stały się dla niej błahe sprawy, ważniejsze od wyjaśnień dotyczących jej kluczowego projektu!

Pokiwał głową. – Znam ten typ. Czasami odnoszę wrażenie, że wykład o założeniach moich prac należałoby zacząć od podstaw tabliczki mnożenia.

– No właśnie! – ożywiło mnie jego wsparcie. – Szczęście w nieszczęściu… Konfrontacja z koordynatorem spadła oczywiście na mnie. Wtedy, ku mojemu przerażeniu, poznałam tożsamość naszego wielkiego ziemskiego koordynatora.

Utytułowany teoretyk z mnóstwem tytułów przed nazwiskiem owszem, lecz dzielący z praktyczną genetyką tyle wspólnego, co ja z baletem mongolskim.

Zasypał mnie pytaniami tak odległymi od meritum naszych badań, aż w pewnym momencie zabrakło mi słów. Moje milczenie poczytano zapewne za dowód niekompetencji.

Lekceważąco wzruszyłam ramionami. – Afera skutecznie ostudziła mój zapał do nadprogramowej pracy. Ściśle trzymałam się regulaminu, tnąc nadgodziny do niezbędnego minimum. Nagle zyskałam mnóstwo wolnych chwil. Drobna awaria sprzętu pozwoliła mi poznać fantastycznego technika serwisowego, odpowiedzialnego również za konserwację zewnętrznych elementów bazy. W wolne dni udostępniał mi swojego służbowego, mocno podrasowanego quada.

– Nawet nie przeczuwasz, ile frajdy mi to sprawiało! – wspomnienia wyraźnie mnie ożywiły. – Dzięki temu odrywałam się od księżycowej monotonii… Ten czterokołowiec o potężnym silniku gnał przez regolit z niesamowitą prędkością. Zapuszczałam się daleko poza bazę, eksplorując nieznane okolice. Maszyna podskakiwała na każdym wzniesieniu. W warunkach niskiej grawitacji ulegałam złudzeniu, że pojazd zaraz oderwie się od gruntu, by odlecieć w siną dal. Rajdy te stanowiły moją jedyną rozrywkę, przynosząc upragniony spokój.

Zniżyłam głos niemal do konspiracyjnego szeptu.

– Pewnego razu zapuściłam się wyjątkowo daleko, w rejon usiany starymi formacjami wulkanicznymi. Dostrzegłam mroczny otwór przypominający wejście do jaskini lawowej. Zaintrygowało mnie wnętrze, jarzące się delikatnym, zimnym, opalizującym blaskiem o elektrycznym odcieniu.

Początkowo zamierzałam jechać dalej, kładąc to na karb słonecznych refleksów odbitych od kryształów lub zwykłego złudzenia optycznego.

Lecz ciekawość, podszyta dreszczem strachu i ekscytacji, ostatecznie wygrała. Weszłam do środka.

– Widok ukryty wewnątrz… Robercie, po prostu mnie oszołomił.

– Gładkie, niemal szkliste ściany jaskini skrywały dziesiątki, może setki takich sześcianów. Formy od maleńkich po bryły przerastające ludzką głowę. Pomiędzy nimi co rusz przeskakiwały wyraźne, niebieskawe iskry. Migocząca od niesamowitych wyładowań ściana zapierała dech w piersiach. Z jednej strony paraliżował mnie lęk przed potężnym wyładowaniem, z drugiej… ciekawość brała górę. Z niemałym trudem wyrwałam ze ściany ten sześcian, pokonując silny opór materii. Wróciwszy do bazy, przemyciłam go do laboratorium, by w całkowitej tajemnicy, wykorzystując każdą wolną chwilę, badać znalezisko przy użyciu dostępnego sprzętu.

Słuchał opowieści z szeroko otwartymi oczami. W jego spojrzeniu niedowierzanie splotło się z fascynacją i narastającą troską.

– Wykazałaś się niesamowitą brawurą! – zaczął powoli, kręcąc głową.

– Wyobrażasz sobie skutki wypadku na tym quadzie, z dala od bazy i bez łączności? Albo konsekwencje potężnego wyładowania wewnątrz jaskini? Przecież nikt nie wiedziałby nawet, gdzie prowadzić poszukiwania! Nie znałem cię od tej strony… Zaskakuje mnie taka lekkomyślność u osoby uchodzącej za wzór metodyczności. – Urwał na chwilę, przetwarzając informacje.

– Pomijając jednak te szalone eskapady… Skąd twoim zdaniem wzięły się tam te sześciany?

Wzruszyłam ramionami, słowa płynęły swobodnie.

– Sformułowałam kilka hipotez, opierając się na wulkanicznym pochodzeniu jaskini – to ewidentny tunel lawowy. Pierwsza zakłada niezwykłą formę krystalizacji regolitu. Wyobraź sobie uderzenie potężnej komety topiącej grunt na ogromnym obszarze. Materiał przypomina wówczas ziemską lawę – płynne, gorące jądro wypływa, pozostawiając twardniejącą skorupę i formując tunel. W specyficznych warunkach panujących w stygnącej jaskini, przy niskiej grawitacji i prawdopodobnym wpływie unikalnych gazów, stopiony regolit zyskuje szansę na krystalizację w te idealne, sześcienne formy.

– Druga hipoteza, znacznie bardziej ekscytująca, zakłada pozasłoneczne pochodzenie minerałów budujących sześcian, może nawet pozasłoneczne.

Uderzenie komety wbija jądro w powierzchnię, łącząc kometarny materiał z regolitem. Ten obcy minerał spontanicznie tworzy krystaliczne bryły.

Pochyliłam się jeszcze bliżej. Głos opadł do szeptu.

– Przy założeniu prawdziwości drugiej hipotezy… trzymasz w dłoniach minerał unikalny na skalę całego Wszechświata. Jego wartość może przewyższać łączne zasoby twoich bajecznie bogatych sponsorów.

Odstawił sześcian z przesadną, niemal komiczną delikatnością na miękką serwetkę.

– Twoi przełożeni… wiedzą o tym? – zapytał cicho, nie odrywając wzroku od sześcianu.

Wykrztusiłam krótki, suchy, nieco zbyt nerwowy śmiech.

– Oszalałeś? Badania te wykraczały poza mój grant oraz zakres obowiązków.

Gdyby się dowiedzieli, że prowadzę nieautoryzowane badania, na ich sprzęcie natychmiast położyliby na tym swoje łapy.

Zabraliby mi go, a mnie pozbawili grantu. Odsunęliby mnie od odkrycia i przypisali je komuś bardziej… wpływowemu.

– Znasz te mechanizmy.

Rozumiał obawy. Świat nauki finansowany przez korporacje i agencje rządowe rządził się bezwzględnymi prawami.

– Co z tym teraz zrobisz? – zapytał w końcu, zdradzając głosem mieszankę podziwu oraz ciekawości.

Odchyliłam się, napinając kręgosłup aż do granicy bólu.

– Zamierzam kontynuować badania. Tutaj, na Ziemi, wykorzystując wszelkie dostępne środki. Liczę na twoją pomoc i dostęp do generatorów. Precyzyjnie określę parametry obiektu. Następnie przygotuję solidną, niepodważalną publikację naukową. Uniemożliwię komukolwiek podważenie mojego pierwszeństwa. Dopiero z formalnym potwierdzeniem w ręku zabiorę ich do jaskini. Niech patrzą.

Wpatrywał się naprzemiennie we mnie i w sześcian. Milczał. Widocznie scalał moją opowieść z własną. Źrenice się powiększyły, a jego twarz rozjaśniło tak intensywne podekscytowanie, aż mimowolnie drgnęłam.

– Chwila… czekaj! – wykrzyknął, zerwawszy się z krzesła. Przemierzał salon nerwowym krokiem, żywo gestykulując. – Ty mówiłaś… nieograniczona pojemność? Pamiętanie profilu ładowania i rozładowania? Aga! – Zatrzymał się gwałtownie przede mną, a jego głos drżał z tłumionego entuzjazmu.

– Zdajesz sobie sprawę… dopuszczasz taką możliwość? Gdyby Kujawianit… gdyby ten minerał zdołał zmagazynować niewyobrażalną dawkę energii… zdolną zasilić silniki jonowe „Swaroga”?! Bezpośrednio!

Oczy mu lśniły. Mówił szybko, potykał się o własne słowa.

– Obecnie pompujemy energię mikrofalami z reaktorów! Cały proces cechuje ogromne skomplikowanie, wymuszające budowę potężnej infrastruktury na obu końcach!

– Wyobraź sobie kompaktowe, superwydajne źródło zasilania bezpośrednio na pokładzie. Naładowane raz, oddające precyzyjnie energię, zgodnie z zapotrzebowaniem silników?

– Trudno ogarnąć skalę zmian w lotach kosmicznych! Księżyc stałby się dostępny bez całej tej maszynerii! Zyskujemy klucz do całego Układu Słonecznego! Mars, Jowisz, pierścienie Saturna… wszystko otworzy się przed nami w sposób niedostępny dla dzisiejszych marzycieli! Ograniczenia paliwowe znikną, czas podróży ulegnie skróceniu… To prawdziwa rewolucja!

Patrzył na mnie wyczekująco, z mieszaniną nadziei i gorączkowego pytania w oczach.

– Powiedz mi… jako odkrywczyni trzymająca obiekt w dłoniach i badająca go… Czy to w ogóle możliwe? Czy ten materiał może mieć aż taki potencjał?

Oparłam łokcie o stół, splatając dłonie. Wzrok mimowolnie powędrował ku sześcianowi.

– Zwolnij, bo zaraz odlecisz niesiony własnym entuzjazmem – rzuciłam z lekkim uśmiechem, usiłując ostudzić jego zapał. – Rozumiem twoją ekscytację. Istotnie, potencjał wygląda… niezwykle. Lecz od teoretycznych możliwości do zasilania międzyplanetarnego statku prowadzi długa i wyboista droga.

Obracałam go w dłoniach przed oczami.

– Wciąż nie znamy natury tego obiektu. Skład i wewnętrzna struktura pozostają zagadką.

– Magazynowanie energii to jedno, a jej precyzyjne i bezpieczne uwalnianie niezbędnych dla silników jonowych to drugie. To nie zwykła bateryjka. Mówiłeś o infrastrukturze dla „Swaroga” – a jaką infrastrukturę potrzebowalibyśmy, żeby naładować takie cudo?

– Twoje generatory to jedno, ale co z resztą? I co z bezpieczeństwem? Co, jeśli przy takiej koncentracji energii ten „Kujawianit” stanie się niestabilny? Liczba pytań przytłacza, a odpowiedzi brakuje.

– Ale… właśnie dlatego tak bardzo chcę go zbadać z twoją pomocą. Jeśli choć ułamek twoich wizji pokrywa się z prawdą, to gra jest warta świeczki.

Słuchał obiekcji, lecz entuzjazm w nim nie gasł. Przeciwnie – racjonalne argumenty zdawały się jedynie podsycać wizjonerski zapał traktował je niczym drobne przeszkody na drodze ku wielkiemu celowi.

Podszedł blisko, oparł dłonie na moich ramionach i pochylił się nade mną. W jego oczach płonął fanatyczny blask.

– Kochanie! Przecież to właśnie stanowi istotę piękna!

– Pytania, wyzwania… Znalezienie odpowiedzi nie należy teraz do ciebie! Ty… ty już zrobiłaś coś, co przekracza wszelkie wyobrażenia! Ty… ty dokonałaś czynu przekraczającego wszelkie wyobrażenia! To epokowe odkrycie!

Znalazłaś klucz do zmiany znanego nam świata w rzeczywistość wymykającą się wyobraźni! Rozumiesz?

– To… jeśli to działa… to nie jest kolejny projekt. To jest… – urwał.

– To zmienia wszystko.

FUNDAMENTALNIE!

Przemierzał kuchnię nerwowym krokiem. Przecierał dłonią czoło, usiłując ogarnąć skalę własnych słów. Zatrzymał się. Patrzył na mnie z takim natężeniem, jakby widział mnie po raz pierwszy.

– A cała reszta? Kwestie techniczne, protokoły bezpieczeństwa, schematy połączeń… – machnął ręką z lekceważeniem. W innych okolicznościach brzmiałoby to protekcjonalnie, lecz teraz stanowiło jedynie dowód jego uskrzydlenia.

– To robota dla armii inżynierów, fizyków materiałowych i specjalistów! Oni się tym zajmą! Oni będą się głowić nad protokołami ładowania, nad systemami chłodzenia, nad konstrukcją silników, które to wykorzystają!

– Dostarczyłaś im iskrę… co ja mówię, przyniosłaś cały pieprzony pożar! Ty nie musisz się już martwić o to, jak zbudować z tego elektrownię! Ty swoje zrobiłaś, dajesz światu klucz do komnaty, której istnienia nawet nie był świadomy!

Zatrzymał się pocierając przedramiona gwałtownie, niczym człowiek usiłujący rozgrzać odmrożenia.

– O rany, Aga, zaraz eksploduję! Mam takie ciary, że czuję, jak mi wszystkie włoski stają dęba!

Zaśmiał się nerwowo, kręcąc głową. – Latami dopieszczałem teorie, próbując przesunąć granice poznania o milimetr, a ty przynosisz taran zdolny wyburzyć mury i wznieść nowe, kilometry dalej! Niesamowite… po prostu niesamowite!

Zarażał entuzjazmem. Uśmiechnięty, wpatrywał się we mnie z taką intensywnością, aż w końcu uciekłam wzrokiem.

Płonął, niemal lewitując nad podłogą.– Nie wytrzymałam!

Wybuchnęłam śmiechem. Zbity z tropu, zamrugał gwałtownie. Entuzjastyczny monolog urwał się w pół słowa.

– Stop! – zawołałam, łapiąc oddech i ocierając kącik oka. – Hamuj nieco ten entuzjazm, dobrze? Odnoszę wrażenie, że twoja nieokiełznana energia mentalna… zaraz magicznie skumuluje się w tym biednym Kujawianicie!

– Jutro, zamiast reanimować myszkę, przyjdzie nam ratować ciebie. Zamienisz się w kompletnie rozładowaną bateryjkę!

Odwzajemnił uśmiech, potrząsając głową w usilnej próbie powrotu na ziemię.

– No dobrze, dobrze – przyznał z nieco zawstydzonym uśmiechem. – Może nieco przesadziłem. Lecz przyznaj… perspektywa wygląda…

–…oszałamiająco – dokończyłam, łagodząc ton, mimo wciąż brzmiącej w głosie nuty rozbawienia. – Przerażająco i ekscytująco jednocześnie. Zanim zaplanujemy podbój Układu Słonecznego z wykorzystaniem twojego nowego ulubionego kamyka, zjedzmy kolację. Stygnie. Później, na spokojnie, ustalimy metodę badania Kujawianitu, unikając wysadzenia połowy miasta w powietrze.

– Najpierw jedzenie i chwila spokoju – rzuciłam, biorąc kęs chłodniejącego burgera. – Mój mózg po dniu pełnym wrażeń pracuje już na oparach.

Karuzela emocji całego dnia zaczęła zbierać swoje żniwo. Mój organizm, toczący wciąż walkę o każdą kalorię, nagle odmówił posłuszeństwa.

Ociężałe ruchy, przypominały brodzenie w gęstym miodzie. Powieki opadały bezwiednie. Zajęty własnymi myślami, nie zauważył tego. Dopiero gdy odłożyłam niedojedzoną porcję i oparłam głowę na dłoni, patrząc w przestrzeń mętnym wzrokiem, zorientował się, że coś jest nie tak.

– Wszystko w porządku, Aga? – zapytał cicho, z troską.

Podniosłam na niego wzrok. Świat przed oczami falował na brzegach. Usta same szukały uśmiechu – ledwo go znalazły.

– Tak… tylko… – Wypowiadanie słów kosztowało ogromny wysiłek.

– Muszę się położyć. Tylko na chwilę do łazienki… i idę spać.

Nagła zmiana nastroju i utrata zainteresowania zupełnie go zdezorientowały.

– Och… Oczywiście – odparł z wahaniem, wstając od stołu. – Idź spocząć. Ogarnę tu wszystko.

– Pokrój resztę burgera i zostaw na nocnym stoliku. Może przyda się w nocy.

– Burgera? Może batoniki energetyczne? Odżywczy koktajl?

– Dobrze… – wyszeptałam. – Przynieś mi wszystko.

Nie odwróciłam się – wiedziałam, że patrzy.

Po łazience podeszłam do szafy. Z najgłębszego zakamarka wyłowiłam niewielki, jedwabny woreczek. Rozwiązałam tasiemkę. Palce musnęły zwiewny, cieniutki materiał. Jedwab najwyższej próby płynął między palcami.

Kupiony przed wylotem, właśnie na tę chwilę. Kojący dotyk jedwabiu chłodził rozgrzaną skórę. Siedziałam na krawędzi łóżka, podczas gdy blask księżyca zalewał pokój srebrzystą poświatą.

Stanął w drzwiach patrząc na mnie tak jak oczekiwałam…

– Kupiłam ją… – powiedziałam cichym, drżącym głosem – z myślą właśnie o tej nocy. Chociaż… – zawahałam się – …wyobrażałam ją sobie troszeczkę inaczej. Z większą ilością energii z mojej strony.

Odłożył talerz na stolik i usiadł obok mnie. Objął mnie czule i mocno.

– Dla mnie jest idealnie – szepnął, całując delikatnie we włosy.

– Wiesz co? – wyszeptałam tuż przed tym, jak odpłynęłam. – Kocham cię.

Przez sen rejestrowałam jego obecność. Budziły mnie bolesne ssania w żołądku. W półśnie sięgałam do talerzyka, czując bijącą z tego gestu troskę. Moje ciało, brutalnie rzucone w ziemską grawitację, toczyło desperacką walkę o przetrwanie.

Koniec

Komentarze

Brawa za próbę pomyślenia o układzie pozwalającym "ominąć Heisenberga". Jednak z pomysłu przebija nieznajomość podstawowych prawd o działaniu fal elektromagnetycznych. Jeśli taka fala ma wywrzeć wpływ na "coś", to długość tej fali nie powinna być większa od wymiarów owego czegoś. Coś b. małego oznacza falę b.krótką, czyli wchodzimy w obszar kwantów. I … brzydko mówiąc da capo ad mortem defecatum … 

I nie, TEORIA Newtona nie stała się szczególnym przypadkiem STW czy OTW. Obliczenia tych teorii dają dla słabych pól grawitacyjnych i niskich prędkości zbieżne wyniki. Ale teorie są całkowicie odmienne. Czas absolutny i przestrzeń absolutna Newtona nie pojawiają się u Einsteina. Itd. I podejście Einsteina nie było ewolucyjne. To BYŁA rewolucja – była to zmiana paradygmatu na miarę Kopernika. To coś na co znów od lat 60-ych 20-go wieku czeka fizyka. Na nową fizykę, na zmanę paradygmatu.

Proszę nie sądzić, że mam coś przeciw "zwariowanym" pomysłom w sf. Rzecz w tym, że moim zdaniem w sf wyobraźnia ukazuje nam PRZYSZŁĄ wiedzę i/lub technologię, nie burząc fundamentów wiedzy dzisiejszej tam, gdzie się do tej wiedzy odwołuje (jak w powyższym opowiadaniu). Np sformułowanie o przekazywaniu ładunku atom po atomie …. Hmmm … Ładunek nie jest przekazywany atomami. Także wyobrażenie, że wystarczy odtworzyć możliwości mitochondriów aby organizm odżył jest, bardzo przepraszam, naiwne. Itd. Moim skromnym zdaniem autor chcący odwoływać się do dzisiejszego stanu ludzkiej wiedzy, powinien zapoznać się z tą wiedzą przynajmniej na poziomie podstawowym. Po prostu nie wypada robić czytelnikom mętliku w głowach. Absolutnie bym się nie czepiał gdyby opowiadanie nie było oznakowane jako HARD S-F.

Absolutnie bym się nie czepiał gdyby opowiadanie nie było oznakowane jako HARD S-F.

bardziej celnie i boleśnie nie mogłeś mnie trafić!

Challenge Accepted! | Owls Well

Przeredagowałem ten rozdział a kolejny zmieniłem w większej części. Ciekawy jestem twojej opinii.

Nowa Fantastyka