- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. 004. W mieszkaniu.

Cuiavia. 004. W mieszkaniu.

Oceny

Cuiavia. 004. W mieszkaniu.

W drodze do taksówki odczekał chwilę, pozwalając mi zebrać myśli, a potem zapytał cicho. – Ile zajmie twojemu organizmowi adaptacja?

Podniosłam na niego zmęczone oczy. – Nie wiem. Lekarze mówią, że to kwestia tygodni, może miesięcy, zanim wszystko wróci do względnej normy. Na razie szybko się męczę. Ten mój malutki, skurczony żołądek nie pozwala przyjąć tylu kalorii, by sprostać ziemskiej grawitacji i normalnej aktywności. – Usta same wykrzywiły się w autoironicznym uśmiechu. – Teraz będę musiała naśladować tych, którymi po cichu gardziłam na Księżycu – jeść na siłę, ponad uczucie sytości, byle tylko dostarczyć odpowiednią dawkę energii.

Delikatnie ścisnął moją dłoń.

– Będę o ciebie dbał i regularnie dokarmiał – obiecał z ciepłym uśmiechem, który rozproszył moje ponure myśli. – A jak u ciebie z kondycją fizyczną teraz? Dajesz radę? Bo mimo wszystko, wyglądasz… promiennie.

Coś we mnie puściło. Od dawna nikt nie mówił do mnie w ten sposób. – Zależy, o co pytasz.

Spojrzał na mnie uważniej. Zamilkł na moment. – Wytrzymałościowo leżę. Brakuje mi paliwa. Dłuższy spacer to dla mnie teraz maraton. Ale jeśli chodzi o czystą siłę mięśni… te akurat udało mi się całkiem nieźle wyćwiczyć w księżycowej siłowni. Tam każdy kilogram więcej na sztandze był walką o zdrowie.

Przechyliłam głowę.

– A tak przy okazji… ile bierzesz na klatę?

Zaskoczony nagłą zmianą tematu i bezpośredniością pytania, zmarszczył czoło. – No, nie wiem… od lat nie sprawdzałem. Kiedyś, w najlepszych czasach, może sto dwadzieścia, sto trzydzieści kilogramów? A co?

– Bo ja… – parsknęłam, delektując się jego zdumioną miną – pod koniec pobytu, regularnie wyciskałam ponad tonę.

Gapił się na mnie przez chwilę z otwartymi ustami, a potem wybuchnął głośnym, szczerym śmiechem. – No, to tego wyniku z pewnością nigdy nie przebiję!

Śmialiśmy się, aż rozbolały mnie policzki. Wsiedliśmy do taksówki. – Na Polną 102 – rzucił krótko.

Stanęliśmy przed gładką, pozbawioną klamki powierzchnią drzwi. Po chwili rozległ się subtelny, syntetyczny głos, który zdawał się dobiegać zewsząd i znikąd jednocześnie. – Witajcie domownicy.

Na te słowa westchnął wzruszony. Objął mnie, przytulając mocno do siebie, i szepnął mi do ucha: – Powitania w takiej formie nie słyszałem od miesięcy.

Drzwi bezszelestnie odsunęły się na bok. Weszliśmy do środka i odruchowo zrzuciliśmy buty. Gdy moje stopy dotknęły parkietu, przyjemne, delikatne ciepło przepłynęło przez całą stopę. Zatrzymałam się, chłonąc to miejsce na nowo. Otuliła mnie znajoma woń ulubionych perfum – mieszanka jaśminu i drzewa sandałowego. Wzruszył mnie ten cichy gest.

Podeszłam do ogromnego okna, które zajmowało niemal całą ścianę salonu. W oddali, na horyzoncie, rysowały się łagodne, zielone wzgórza. Bliżej, rozciągało się futurystyczne miasto z metalu i szkła, lśnił okrągły port kosmiczny.

Dostrzegłam ruch na jednej z platform. Z podstawy smukłej, białej rakiety buchnęły kłęby gęstego dymu, które po chwili rozświetlił oślepiający, pomarańczowy płomień. Dzięki odległości i właściwościom wygłuszającym okien, do mieszkania nie dotarł ogłuszający ryk. Zamiast tego usłyszałam głębokie, acz lekkie mruczenie, niczym odległy grzmot. Chwilę później potężne wibracje dotarły do budynku. Szyba pod moją dłonią zadrżała, a filiżanki odpowiedziały krystalicznym brzękiem.

Patrzyłam na słup ognia. Czułam to samo mordercze wciskanie w fotel, drżenie każdej kosteczki, gdy miliony ton paliwa walczyły z grawitacją. Wciskanie w fotel, wibracje przenikające do kości.

Westchnęłam, a oddech zostawił na chłodnej szybie mglisty ślad. Kto leci tym razem? Moi zmiennicy? Kolejna delegacja aroganckich biznesmenów? A może po prostu urzędnicy, kolejna zmiana w korporacyjnej machinie, która nigdy się nie zatrzymuje? Rakieta była już tylko jasnym punktem znikającym w błękicie. W piersi ukłuła mnie mieszanina ulgi, że to już za mną, i nostalgii za światem, który na zawsze pozostanie moją częścią.

Gdy ostatnia wibracja ucichła, w mieszkaniu znów zapanowała błoga cisza, przerywana tylko tykaniem zegara. Odwróciłam się od okna. Stał i patrzył.

– Pierwsza rzecz – oznajmiłam – gorąca kąpiel. Długa. Bez limitu wody.

Uśmiechnął się ze zrozumieniem. Poszłam prosto do sypialni. Zrzuciłam ubrania i przez chwilę stałam w bezmyślnym zawieszeniu, pozwalając skórze oddychać ziemską atmosferą. Narzuciłam na siebie puszysty szlafrok. Para zaczęła wypełniać całą łazienkę, gdy odkręciłam wodę na maksymalną temperaturę. Szlafrok opadł na kafelki, weszłam pod strumień.

Woda parzyła zbyt mocno, ale celowo nie zmieniłam ustawienia – łaknęłam tego intensywnego ciepła. Każda kropla wydawała się błogosławieństwem. Zmywała ze mnie wszechobecny pył podróży – ten drobny, księżycowy regolit, który z uporem przenikał wszelkie zabezpieczenia – ale także sterylny chłód kosmosu, który jakby wsiąkł głęboko pod moją skórę. Gorąca kaskada rozluźniała naprężone mięśnie powoli, niemal boleśnie, pozwalając na nowo odczuwać każdy skrawek ciała.

Dłonie rozprowadzały szampon we włosach. I wtedy poczułam subtelny dotyk wplatający się w moje mokre włosy. Pewne, tak dobrze mi znane. Ciało rozluźniło się po chwilowym zaskoczeniu, gdy pozwoliłam im działać. Delikatnie masował moją głowę, rozplątując mokre pasma, kojący ucisk odprężał. Świat skurczył się do jego dłoni. Palce objęły skronie. Powolne, okrężne ruchy wzbudzały pulsowanie przechodzące w falę pobudzenia.

Opuszki kciuków pocierały wrażliwe płatki małżowiny. Elektryzujące dreszcze wstrząsnęły mną. Och, nie do wiary… Dreszcz przeszedł aż pod skórę. Rozmasowywał każdy spięty mięsień ramion, budząc do życia każdą uśpioną tkankę. Tak bardzo mi tego brakowało… Ręce wędrowały niżej, wzdłuż boków, na scenie zmysłów poczułam nowego aktora. Usta. Ich ciepły dotyk. Odchylona głowa znalazła oparcie na jego ramieniu. Mięśnie drżały od pocałunków powoli przesuwających się po szyi.

Serce szalało. Dłonie objęły piersi – delikatnie, pewnie. Ciało odpowiadało głębokim dreszczem szybciej, niż zdążyłam pomyśleć. Jak mi tego wszystkiego brakowało… Masaż, pocałunki, dotyk – chwilo, trwaj. Czułam, coraz wyraźniej, jego ciało przyciśnięte do moich pleców, jego oddech na skórze. Obejmował coraz mocniej, coraz pewniej, budząc w nabrzmiałych piersiach gorące pulsowanie. Poddałam się bez reszty, z uległością i absolutnym zaufaniem.

Tonęliśmy w hektolitrach gorącej wody, tonęliśmy w sobie.

* * *

Wyszłam spod prysznica znacznie później niż on. Potrzebowałam tej chwili, by w pełni się zrelaksować, nacieszyć luksusem gorącej kąpieli bez myślenia o limitach zużycia wody. Otulona miękkim ręcznikiem, rozgrzana i odprężona, weszłam do kuchni. Produkty z restauracji – mój wymarzony burger, złociste frytki i porcja spaghetti – znowu parowały smakowicie, podgrzane i gotowe do zjedzenia. W powietrzu unosił się aromat świeżo zaparzonej kawy z ekspresu.

Przepełniona szczęściem, podeszłam do dużego, panoramicznego okna.

– Pamiętasz, jak planowaliśmy kupić to mieszkanie? – eteryczny szept wypełnił ciszę. – Mogliśmy sobie pozwolić tylko na to. Wszystkie inne w tej okolicy były poza naszym zasięgiem. Nikt nie chciał tu mieszkać, z perspektywą widoku na startujące rakiety. Ten hałas… pomimo najlepszych wygłuszeń, potrafił skutecznie zakłócić każdą chwilę spokoju.

Ramiona otuliły mnie dając poczucie bezpieczeństwa. Oddech łaskotał mnie w szyję.

– A teraz? Technologie kosmiczne, które generowały ten ryk, odchodzą w zapomnienie. To pewnie sprawi, że wartość naszego mieszkania poszybuje. – mruknął. – Pomyśl tylko, kochanie. Wspaniałe widoki, niezakłócane już rykiem lądujących kolosów mogą teraz być atutem, a za chwilę starty też staną się bezgłośnym spektaklem. Czasem los naprawdę dziwnie się uśmiecha. Może to prawda, co mówią, że szczęście sprzyja tym, którzy potrafią być szczęśliwi mimo wszystko.

Odwróciłam lekko głowę, by spojrzeć mu w oczy.

– No właśnie, do tego zmierzałam – głos nabierał emocji. – To wszystko stało się możliwe dzięki pracy, geniuszowi i determinacji ludzi, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Ludzi, którzy gdzieś tam, w swoich laboratoriach i biurach projektowych, tak skutecznie wpłynęli na rozwój technologii, zmieniając nie tylko sposób podróżowania w kosmos, ale i nasze codzienne życie tutaj, na Ziemi. To niesamowite.

Przez chwilę staliśmy w milczeniu, wpatrzeni w spokojny krajobraz za oknem, który jeszcze niedawno był sceną ogłuszających startów i lądowań. Ciepło jego ciała i znajomy zapach uspokajały. Westchnęłam cicho. Ostatnie napięcie opuściło mnie powoli, jak powietrze z powoli odpuszczającego balonu.

– Ale dość już o mnie i moich kosmicznych wojażach – powiedziałam w końcu, odsuwając się lekko, by móc na niego spojrzeć w pełni. Usta same rozciągnęły się w uśmiechu. W oczach poczułam tę znajomą iskierkę – ciekawość, która zawsze budziła się, gdy zaczynał mówić o swoich badaniach. – Tyle opowiadałam, a ty cierpliwie słuchałeś. Teraz twoja kolej. Opowiadaj, co u Ciebie? Jak postępy w twoich badaniach? Strasznie jestem ciekawa, co działo się tutaj, na Ziemi, kiedy ja bujałam w obłokach… a raczej w próżni.

Chwyciłam go za rękę i pociągnęłam w stronę stołu, gdzie czekała na nas parująca kolacja.

– Chodź, zjemy wreszcie tego mojego wymarzonego burgera, a ty mi wszystko opowiesz. Tylko bez skomplikowanych wzorów, proszę – powiedziałam w sposób, który zawsze go bawił. – Pamiętaj, że mój mózg wciąż się adaptuje.

W jego oczach pojawił się ten znajomy błysk pasji. Ugryzł kawałek mojego burgera, który mu podsunęłam, zaczął mówić. Jego głos, zwykle spokojny, nabrał tej znajomej intensywności – tej, która zawsze oznaczała: teraz będzie ciekawie.

– Właściwie… – zaczął, odkładając na chwilę jedzenie – coś drgnęło. I to mocno. Pamiętasz, jak narzekałem na tego starego Heisenberga? – Tego, który swoją zasadą nieoznaczoności nałożył nam pewne… kajdany. Zawsze mnie irytowało to jego podejście, te wszystkie prawdopodobieństwa i nieoznaczoności, jakby Wszechświat u podstaw był pijany i nie mógł się zdecydować.

Pamiętałam te dyskusje. W głębi duszy wciąż był tym starym, upartym fizykiem, który nie znosił rzutu kostką. Widziałam tę niegasnącą tęsknotę, by świat wreszcie przestał być mgławicą prawdopodobieństw i stał się przewidywalny.

– Przez cały ten czas, kiedy ty walczyłaś z regolitem i genami szpinaku – kontynuował, gestykulując lekko widelcem – ja… cóż, można powiedzieć, że kopałem w przeszłości. Zacząłem studiować na nowo antyczne i późniejsze koncepcje czysto mechaniczne. Wiesz, takie cuda jak mechanizm z Antykithiry – nieprawdopodobnie skomplikowany układ kół zębatych sprzed tysięcy lat, zdolny przewidywać ruchy ciał niebieskich. Starożytni potrafili tworzyć zadziwiająco precyzyjne, wielopoziomowe układy mechaniczne! Szukałem w nich inspiracji, jakiejś luki, która pozwoliłaby obejść te narzucone przez kwantową fizykę ograniczenia. Wszyscy powtarzają za Heisenbergiem, że nie da się jednoznacznie określić jednocześnie położenia cząstki i jej pędu, że czas i energia też mają swoje limity poznania. A ja sobie pomyślałem: a co, jeśli oni po prostu patrzyli na to ze złej perspektywy? Co jeśli ich opis jest tylko cieniem czegoś znacznie głębszego?

Frytka, którą trzymałam w palcach, nie dotarła do ust.

– Ale… obejść zasadę nieoznaczoności? – Burger wylądował na talerzu. Grzebałam w frytkach, jakbym szukała w nich odpowiedzi. – Przecież to fundament. Cała nasza współczesna technologia na tym stoi chociażby komputery kwantowe…

– Wiem, wiem! – przerwał mi z entuzjazmem, który aż skrzył mu w oczach. – Brzmi jak herezja, prawda? Ale wpadłem na pomysł… zaczątek teorii. Nazwałem ją roboczo „teorią stanu absolutnego” albo, jeśli wolisz bardziej formalnie, „mechaniką wyższego rzędu”. Wyobraź sobie taki rozbudowany, wielopoziomowy układ mechaniczny, precyzyjnie zsynchronizowany, ale na poziomie nieporównywalnie mniejszym niż Antykithira. A teraz dodaj do tego sterowanie falami elektromagnetycznymi o ekstremalnie krótkiej długości, na granicy tego, co potrafimy generować – to pozwala na manipulację z niewyobrażalną dotąd precyzją. Moja hipoteza jest taka, że połączenie tej ultraprecyzyjnej mechaniki z takim sterowaniem pozwala stworzyć system, który działa niejako „ponad” kwantową nieoznaczonością. Mierzy nie bezpośrednio stan kwantowy, ale jego deterministyczne odwzorowanie w tym złożonym układzie. To pozwala obejść ograniczenia Heisenberga, bo operujemy na innym poziomie opisu.

Zamurowało mnie. Milczałam, usiłując przyłapać go na jakimś błędzie, na jednym nielogicznym pęknięciu w tym, co mówił. Mój mózg wyrzucał same błędy, ale serce biło szybciej. Pod tą całą matematyką czułam coś, co przerażało mnie najbardziej – iskrę prawdy.

– Czekaj, czekaj – powiedziałam, marszcząc czoło. – Układy mechaniczne? Nawet te najbardziej precyzyjne…, z idealnie skalibrowanymi elementami… każde takie kółko, każda dźwignia, każde połączenie, nie mówiąc już o samym sterowaniu elektromagnetycznym, które też nie jest idealne… wszystko to wnosi do układu kolejne źródła błędów, kolejne niepewności. Tarcie, luzy, niedoskonałości materiału, fluktuacje pola… Jak chcesz uzyskać precyzję pozwalającą „obejść” fundamentalną nieoznaczoność kwantową, skoro sam budujesz system, który na każdym kroku kumuluje klasyczne błędy pomiarowe? To brzmi jak próba zbudowania idealnie prostego kija z samych krzywych gałęzi.

Uśmiechnął się, najwyraźniej spodziewając się tego argumentu.

– Tu właśnie tkwi piękno i, być może, przewaga takiego podejścia, Aga – odparł spokojnie. – Masz rację, każdy system mechaniczny ma swoje niedoskonałości. Ale kluczowe jest to, że w przeciwieństwie do fundamentalnie probabilistycznej natury zjawisk kwantowych, błędy w dobrze zaprojektowanym układzie mechanicznym są w dużej mierze przewidywalne. Możemy je bardzo dokładnie modelować, obliczać ich wpływ, kalibrować system, by je kompensować. Możemy je uwzględnić w analizie wyników. To nie jest tak, że te błędy znikają, ale możemy je kontrolować i matematycznie „odfiltrować” od rzeczywistego sygnału, który chcemy zmierzyć. W świecie kwantów niepewność jest wpisana w samą naturę, tutaj jest efektem konstrukcji, który możemy zrozumieć i opanować.

Wciąż byłam nieprzekonana, ale dłonie same odłożyły frytki. Głowa pracowała na pełnych obrotach. Pomysł był karkołomny, ale jego pewność siebie i klarowność argumentacji, nawet jeśli oparta na spekulacjach, robiły wrażenie.

– To… – zaczęłam powoli, ważąc każde słowo jak na wadze laboratoryjnej. – Jeśli… choć część z tego, co mówisz, okazałaby się prawdą… jeśli udałoby ci się sformułować spójną teorię i, co ważniejsze, zaproponować sposób jej eksperymentalnej weryfikacji… to… – zawahałam się, poczułam, jak na moją twarz wypływa wyraz niedowierzania. – To przecież materiał na Nagrodę Nobla – powiedziałam cicho. – Wywróciłoby do góry nogami całą fizykę, jaką znamy.

Uśmiechnął się, ale tym razem w jego uśmiechu była nuta czegoś więcej niż tylko naukowej pasji. Może odrobina znużenia nieustannym porównywaniem do rewolucji.

Ależ ja nie chcę niczego wywracać – powiedział spokojnie, biorąc kęs mojego burgera… Przeżuwał powoli, jakby zbierał myśli. – Einstein przecież nie wywrócił teorii Newtona, prawda? Mechanika klasyczna wciąż działa doskonale w swojej dziedzinie. Einstein po prostu pokazał nam szerszą perspektywę, wszedł na wyższy poziom, z którego teoria Newtona stała się szczególnym przypadkiem. Ja chcę zrobić coś podobnego z teorią kwantową. Spojrzeć na nią z góry, zrozumieć jej ograniczenia jako wynik tej szerszej perspektywy, a nie jako absolutne granice poznania.

Pokiwałam głową, rozumiejąc jego intencję. To podejście było mniej konfrontacyjne, bardziej ewolucyjne niż rewolucyjne, choć skutki mogły być równie doniosłe.

– Dobrze, rozumiem tę ambicję teoretyczną – przyznałam. – Ale powiedz mi, do czego tak właściwie zmierzasz z tymi wszystkimi precyzyjnymi mechanizmami i omijaniem Heisenberga? Bo z tego, co pamiętam fundacja, w której pracujesz… oni specjalizowali się w badaniach związanych z bioelektrycznością, z przepływem prądu w organizmach żywych, prawda? Jak to się wszystko łączy?

Odstawił nadgryzionego burgera, a jego spojrzenie stało się niezwykle skupione.

– Tak – potwierdził. – Głównym celem, który przed sobą postawiłem, który właściwie postawiło przede mną życie i obserwacja jego kruchości, jest opracowanie metody niezwykle precyzyjnego sterowania impulsem elektrycznym. I nie chodzi tu tylko o samą wartość ładunku, ale o jego ultraprecyzyjne, niemal atom po atomie, dostarczenie do konkretnych struktur wewnątrz komórek ciała.

Zamarłam na moment z widelcem w połowie drogi do ust. Nagle coś w mojej głowie zaskoczyło – jak dawno zapomniany element układanki wskakujący na swoje miejsce. Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło. Klaśnięcie odbiło się echem od ścian mieszkania.

– Oczywiście! – wszystkie luźne fragmenty nagle wskoczyły na swoje miejsce. – Jak mogłam zapomnieć! Te twoje opowieści o przeprogramowywaniu szlaków nerwowych, o stymulacji na poziomie subkomórkowym… Przecież ty chcesz… ty chcesz ożywiać myszy! Te, które wcześniej…

– Nie, nie, nie! – urwał, unosząc dłonie w obronnym geście. – W naszym laboratorium absolutnie nie zabijamy żadnych myszy na potrzeby tego eksperymentu! To kluczowe. Śmierć spowodowana czynnikiem zewnętrznym, jakimś szokiem… to wszystko wprowadza ogromny, nieodwracalny chaos biochemiczny i strukturalny w ciele. Naszym celem jest coś innego. Chcemy spróbować dostarczyć precyzyjnie skolimowaną energię do komórek myszy, która zakończyła swoje życie w sposób jak najbardziej naturalny, ze starości, bez gwałtownych zaburzeń. Wyobraź sobie, że próbujemy ponownie naładować ich bateryjki mitochondrialne, przywrócić potencjał energetyczny komórek, zanim rozpad będzie zbyt daleko posunięty. A propos… – dodał, spoglądając na zegarek – jutro mamy zaplanowany kolejny duży test. Oczywiście wszystko zależy od tego, czy któraś z naszych podopiecznych zdecyduje się akurat tego dnia pożegnać z tym światem. Hodowla jest na tyle duża, że statystycznie szansa jest spora. Mam już zarezerwowane na ten czas generatory energii w instytucie.

Początkowe zdumienie przeradzało się w mieszaninę fascynacji i głębokich wątpliwości co do samej idei.

– Dobrze, pomijając na chwilę techniczną stronę tego przedsięwzięcia… – myśl szukała celu. – Co tak naprawdę chcesz przez to osiągnąć? Jaki jest ostateczny cel ożywiania… no dobrze, przywracania funkcji życiowych zmarłym istotom? Bo to chyba nie jest tylko naukowa ciekawość, prawda?

Westchnął i na moment jego twarz straciła nieco ze swojego entuzjazmu, jakby dotknął bardziej przyziemnego, może nawet cynicznego aspektu swojej pracy.

– Wiesz, Aga… tym naprawdę obrzydliwie bogatym ludziom, którzy finansują te badania, marzy się jedno: nieśmiertelność. Albo przynajmniej radykalne przedłużenie życia. Wykładają na to kwoty z taką liczbą zer, że nawet mnie trudno je ogarnąć i nazwać. Dla nich to taka ostateczna inwestycja.

Poczułam ten znajomy, gorzki skurcz w żołądku.

– Nieśmiertelność… – czy dobrze usłyszałam. – Ale powiedz mi tak naprawdę, po co im to? Po co tym ludziom, którzy mają już wszystko, kolejny dzień, kolejny rok, kolejne stulecie życia? Tylko po to, żeby zarobić jeszcze jeden miliard albo bilion? Żeby skonsumować jeszcze więcej? To… to wydaje mi się takie puste. – próbowałam zrozumieć implikacje. – I co to właściwie znaczy „przywrócić funkcje życiowe”? Czy ty zastanawiałeś się kiedyś, o ile dni, tygodni, lat chcesz ich organizmy… cofnąć w czasie? Konstruujesz dla nich fontannę młodości… a co jeśli cofniesz ich w czasie przed datę ich urodzenia?

Roześmiał się szczerze, a jego śmiech na chwilę rozproszył powagę sytuacji.

– Moja droga, ależ mi absolutnie nie chodzi o to, by cofać w czasie myszy do czasów Popiela, których on, jak wiemy z legend, miał aż nadto i bez naszej pomocy! – odparł, puszczając do mnie oko. – Twoja wizja cofania w czasie jest… fascynująca, ale to nie ten kierunek. Chodzi o to, by na nowo uruchomić procesy życiowe, by ciało mogło znów funkcjonować, kontynuować istnienie od momentu „restartu”. To właśnie dlatego potrzebne jest to niezwykle precyzyjne sterowanie energią i moimi mechanizmami – żeby nie zaburzyć naturalnego przepływu, nie odwrócić przypadkiem lokalnie strzałki czasu. Bo wtedy, owszem, twoja wizja cofania kogoś do wcześniejszego etapu mogłaby się, w bardzo chaotyczny i nieprzewidywalny sposób, stać rzeczywistością. A tego byśmy chyba nie chcieli, prawda? Chcemy kontynuacji, a nie regresji.

Wyjaśniał z pasją zawiłości swojej teorii. Słuchałam, starając się nadążyć za jego tokiem myślenia, choć mój umysł wciąż pracował na nieco zwolnionych obrotach. Kiedy wspomniał o zarezerwowanych generatorach energii na potrzeby jutrzejszego eksperymentu z myszą, coś we mnie zaskoczyło. Przerwałam mu, unosząc dłoń.

– Czekaj… – powiedziałam z nagłym napięciem. – Te twoje ogromne generatory mocy… jaką właściwie moc generują? I na ile masz do nich dostęp? Tak swobodnie, na życzenie? Zmarszczyłam brwi. Słowa powoli układały mi się w głowie.

Drgnął, zaskoczony tym nagłym zwrotem. Odchylił się na oparcie, jakby musiał nabrać dystansu.

– No wiesz, to nie są zabawki – odparł, unosząc brwi. – Moc jest… znaczna. Wystarczająca, by zasilić małe miasto przez kilka godzin. Ale dostęp nie jest taki prosty. Każdorazowe użycie wymaga solidnego uzasadnienia, szczegółowego planu eksperymentu, akceptacji komisji. To nie są tanie rzeczy, a energia też kosztuje. Ale dlaczego ty mnie o to pytasz? Co ci chodzi po głowie?

Nie odpowiedziałam od razu. Zamiast tego zaczęłam rozglądać się niespokojnie po pokoju. Wzrok przesuwał się po ścianach, meblach – jakby coś intensywnie szukał, ale nie potrafił tego zlokalizować.

– Co jest? Za czym tak patrzysz?

– Za moją walizką – mruknęłam rozkojarzona. – Tą podróżną. Miała tu dotrzeć bezpośrednio z portu kosmicznego, prawda? System Geodukt miał ją dostarczyć.

– A, tak, oczywiście, że jest –wskazał głową w stronę dużej szafy wnękowej w przedpokoju. – Dotarła, schowałem ją tam, żeby nie przeszkadzała. Potrzebujesz czegoś z niej teraz?

Bez słowa wstałam i podeszłam do wskazanej szafy. Otworzyłam ją, chwilę grzebałam w środku i po momencie wyciągnęłam standardowy kuferek podróżny. Postawiłam go na podłodze, otworzyłam i sięgnęłam do wnętrza. Wyjęłam niespodziankę i szybko schowałam za plecami – jak dziecko ukrywające sekret.

Z tajemniczym uśmiechem wróciłam do stołu.

– Usiądź wygodnie – poleciłam, a w głosie poczułam tę znajomą nutę ekscytacji – taką, jak przed publicznym pokazem.

Coraz bardziej zaintrygowany i nieco rozbawiony moim konspiracyjnym zachowaniem, wyprostował się, teatralnie kurczowo chwycił dłońmi blat stołu i znieruchomiał. Zajęłam miejsce naprzeciwko niego.

– Zobacz, jaki prezent ci przywiozłam z Księżyca – obserwowałam jego reakcję.

Przez chwilę trzymałam ręce za plecami, budując napięcie, a potem powoli, z teatralnym gestem, położyłam na stole idealny sześcian, może o boku dziesięć centymetrów. Jego powierzchnia była idealnie gładka, głęboko czarna i lśniąca z niemal metalicznym połyskiem, przypominającym polerowany obsydian. Pochłaniał światło w taki sposób, że jego krawędzie wydawały się nienaturalnie ostre.

Próbował go podnieść. Zrobił to z wyraźnym trudem zaskoczony niespodziewanym ciężarem tego maleństwa. Obracał go, a światło ślizgało się po nienagannie gładkich ściankach. Kąciki jego ust drgnęły w górę.

– A co to jest? – zapytał, unosząc brew. – Kostka Rubika dla niepełnosprytnych? Jednokolorowa wersja dla minimalistów?

Roześmiałam się, ale zaraz spoważniałam.

– To jest coś, co nazwałam… „Luno–Elektrolit".

– Jak to nazwałaś? Luno… co?

– No wiesz, „księżycowy kamień elektryczny".

– Kochanie… – pokręcił głową, starając się zachować powagę, choć kąciki ust mu drgały. – Ja wiem, że jesteś genialną biochemiczką, ale gdybyś kiedykolwiek próbowała swoich sił w marketingu, to obawiam się, że wyleciałabyś z niego z hukiem po pierwszym semestrze. "Luno–Elektrolit"? Brzmi jak nazwa taniego suplementu diety dla emerytów–astronautów.

Teraz to ja parsknęłam śmiechem. Napięcie związane z prezentacją odkrycia opadło.

– No dobrze, dobrze, panie specu od nazw! – powiedziałam, wycierając łezkę rozbawienia. – To teraz twoja próba. Jak ty byś to nazwał?

Ponownie uniósł sześcian, przyglądając mu się z namysłem, choć w jego oczach wciąż tańczyły wesołe iskierki.

– Hm… Nie mam pojęcia, jakie to ma właściwości, więc nazwa będzie czysto intuicyjna… Ale tak na szybko, bez głębszego zastanowienia… Powiedzmy… Kujawianit.

Wybuchnęłam głośnym śmiechem.

– Kujawianit! Oszalałeś! Ten twój lokalny patriotyzm kiedyś cię zgubi! To już chyba lepiej Selenoelektryt! Chociaż… – zamyśliłam się – muszę przyznać, że oba brzmią lepiej niż mój „Luno–Elektrolit".

Uśmiechnął się, widząc, że udało mu się mnie rozbawić. Odłożył sześcian na stół.

– No dobrze, żarty na bok – powiedział już poważniej. – Co to jest tak naprawdę? I skąd to masz? Wygląda… niezwykle. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Spoważniałam – szczerze mówiąc, nie wiem dokładnie, co to jest. Znalazłam to… przypadkiem, w czasie wolnym… Nie mogłam przeprowadzić dokładnych badań, bo to wykraczało dalece poza zakres mojego grantu. Wszystko, co wiem, odkryłam podczas ukradkowych badań, po godzinach, używając tego, co miałam pod ręką. A moje laboratorium, jak wiesz, nie dysponowało żadnymi poważnymi generatorami prądu, a raczej źródłami małej mocy.

Uniósł brwi. – I znowu wracasz do generatorów prądu. Jaki to ma związek z tym… Kujawianitem? – użył swojej propozycji nazwy.

Pochyliłam się nad stołem, ściszając głos konspiracyjnie.

– Zauważyłam, że ten sześcian… on potrafi magazynować energię elektryczną. Ale nie tak jak zwykły kondensator czy bateria. On jakby… pamięta, jak i jaką energią został naładowany. Pamięta czas ładowania, natężenie, cały profil impulsu. I dokładnie w taki sam sposób, z taką samą charakterystyką, potrafi tę energię oddać. – Wyobraź sobie… – słowa wypłynęły szybciej, niż mogłam je powstrzymać – ja nie znalazłam górnej granicy jego pojemności elektrycznej! Każda próba naładowania go do pełna kończyła się tym, że to moje źródło zasilania wysiadało pierwsze, raz to chyba nawet spowodowałam wahnięcie zasilania całej bazy. Dlatego pytam cię o te twoje potężne generatory. Być może one pozwoliłyby nam poznać prawdziwe granice tego cudeńka. Sprawdzić, ile energii jest w stanie wchłonąć i jak precyzyjnie ją potem oddać.

Wpatrywałam się w czarny sześcian leżący na stole. Serce biło mi w gardle.

Widząc moje skupienie i słysząc o potencjalnych, nieznanych granicach pojemności energetycznej Kujawianitu, zamyślił się głęboko. Przez chwilę obracał w palcach swój widelec.

– Wiesz – zaczął powoli, mierząc mnie wzrokiem – jeśli mój jutrzejszy eksperyment z myszą… no cóż, jeśli nie pójdzie dokładnie tak, jak zaplanowałem, a generatory i tak zostaną uruchomione i skalibrowane… moglibyśmy spróbować przekierować część tej mocy. Nie będzie to pewnie sto procent ich możliwości, bo systemy bezpieczeństwa na to nie pozwolą bez odpowiednich protokołów, ale z pewnością byłoby to o rzędy wielkości więcej, niż to, do czego miałaś dostęp na Księżycu. Może udałoby się przynajmniej wstępnie oszacować, z czym mamy do czynienia.

Spojrzał na mnie z nowym zainteresowaniem. – Myślałem, że badania nad genetycznymi modyfikacjami roślin całkowicie cię pochłonęły.

Zawsze mówiłaś o tym z taką pasją. Ale widzę, że miałaś na Księżycu również inne, dość… energetyczne zainteresowania.

Westchnęłam. W gardle zebrała się ta znajoma gorycz – taka, co osiada po każdym nieudanym eksperymencie.

– Och, na początku tak było – przyznałam. – Rzuciłam się w wir badań z ogromnym entuzjazmem. Ale niepowodzenia, ciągła presja na natychmiastowy sukces… to potrafi człowieka skutecznie zniechęcić. Miałam wrażenie, że ci wszyscy ludzie z imponującymi tytułami naukowymi, którzy nadzorowali projekt z Ziemi, kompletnie nie mieli pojęcia, jak naprawdę działa biologia. Bo co z tego, że teoretycznie wiesz, co chcesz uzyskać, a nawet masz pomysł, jak to zrobić, skoro ostatecznie o wszystkim i tak decyduje kapryśna natura? Zmieniona genetycznie roślina musi najpierw wyrosnąć, a żeby ocenić prawdziwy efekt modyfikacji, musi wydać owoce, nasiona. Musisz sprawdzić, czy pożądane cechy są stabilnie przekazywane kolejnym pokoleniom, czy są dziedziczone!

Machnęłam ręką gwałtownie odpędzając te wspomnienia. – Miałam nawet coś, co na chwilę okrzyknięto wielkim sukcesem! Wyhodowałam odmianę szpinaku, która dawała fantastyczne plony i doskonale czuła się w symulowanych księżycowych warunkach. Wszyscy byli zachwyceni. Ale co z tego, skoro okazało się, że jest sterylna. Nie przekazywała swoich cudownych genów dalej. Koniec, kropka. A presja na sukces była tak wielka, że moja bezpośrednia opiekunka naukowa zgłosiła te pierwsze, niepotwierdzone w pełni wyniki, jako triumf naszemu koordynatorowi na Ziemi. Kiedy wyszło szydło z worka i okazało się, że sukcesu nie ma, a wściekły koordynator zadzwonił z pretensjami… zgadnij co? Moja szanowna opiekunka nagle miała „pilne i niecierpiące zwłoki sprawy do załatwienia w innej części bazy” i absolutnie nie mogła podejść do wideorozmowy. Rozumiesz absurd tej sytuacji? Miała ważniejsze rzeczy niż rozmowa z przełożonym o rzekomo najważniejszym projekcie w jej karierze!

Pokiwał głową ze zrozumieniem. – Znam ten typ. Ja czasami odnoszę wrażenie, że tłumaczenie założeń moich prac niektórym decydentom powinienem zaczynać od wytłumaczenia, jak działa tabliczka mnożenia.

– No właśnie! – kontynuowałam, nieco ożywiona jego wsparciem. – Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… – Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ja oczywiście musiałam odbyć tę nieprzyjemną rozmowę. I wtedy, ku mojemu przerażeniu, dowiedziałam się, kto tak naprawdę jest tym naszym wielkim ziemskim koordynatorem projektu. Osoba z mnóstwem tytułów przed nazwiskiem, owszem, ale ktoś, kto z praktyczną genetyką roślin miał tyle wspólnego, co ja z baletem mongolskim. Pytania, na które musiałam odpowiadać, były tak absurdalnie obok tego, czym się realnie zajmujemy, że czasami po prostu nie wiedziałam, co powiedzieć. To pewnie zostało odebrane jako dowód mojej niekompetencji.

Wzruszyłam ramionami lekceważąco. – W każdym razie, po tej całej aferze, jakoś straciłam serce do ślęczenia po godzinach. Zaczęłam bardziej przestrzegać regulaminowego czasu pracy, a nadgodziny w laboratorium ograniczyłam do minimum. I nagle okazało się, że mam całkiem sporo wolnego czasu. Przy okazji jakiejś drobnej awarii sprzętu poznałam jednego z techników serwisowych, fantastycznego faceta, który zajmował się też konserwacją zewnętrznych elementów bazy. Czasami, jak miał wolny dzień, pożyczał swojego służbowego, mocno podrasowanego quada.

– Nawet nie wiesz, jaką to mi dawało frajdę! – mój entuzjazmem rósł pod wpływem wspomnień. – To pozwalało mi oderwać się od tej księżycowej monotonii, od ciasnoty bazy, od presji. Zachować jakąś równowagę psychiczną. Ten wspaniały czterokołowiec, z potężnym silnikiem, rozpędzał się na regolicie do niesamowitych prędkości. Odjeżdżałam naprawdę daleko od bazy, eksplorowałam okolice. Quad na każdym większym wzniesieniu podskakiwał, a w tej niskiej grawitacji miałam wrażenie, jakby chciał się na moment oderwać od powierzchni i po prostu odlecieć w siną dal. To była moja jedyna prawdziwa rozrywka, momenty, kiedy naprawdę odpoczywałam psychicznie.

Głos znów stał się cichszy, niemal konspiracyjny.

– Jednego razu zapuściłam się wyjątkowo daleko, w rejon pełen starych formacji wulkanicznych. I wtedy w polu widzenia pojawiło się coś dziwnego – ciemne wejście do czegoś, co wyglądało na jaskinię lawową. Ale intrygujące było to, że jej wnętrze jarzyło się delikatnym, zimnym, elektrycznym, opalizującym światłem. Już chciałam pojechać dalej, myśląc, że to może jakieś dziwne refleksy słoneczne odbijające się od kryształów, albo złudzenie optyczne. Ale ciekawość… no i przyznam się, że również mały dreszczyk strachu i ekscytacji… zwyciężyły. Zostawiłam quada i ostrożnie weszłam do środka. I to, co tam zobaczyłam, Robercie, po prostu mnie oszołomiło.

Pochyliłam się nad stołem, szepcząc.

– W gładkie, niemal szkliste ściany tej jaskini wtopione były dziesiątki, może setki, takich właśnie sześcianów. Od całkiem malutkich, po bryły wielkości mojej głowy, a nawet większe. A pomiędzy niektórymi z tych większych sześcianów, zwłaszcza tam, gdzie były blisko siebie, co jakiś czas dochodziło do wyraźnego przeskoku niebieskawych iskier. Widok całej tej ściany, migoczącej tymi niesamowitymi wyładowaniami, był… nie do opisania. Z jednej strony śmiertelnie się bałam, że zostanę porażona jakimś potężnym ładunkiem, ale z drugiej… ta ciekawość była silniejsza. Udało mi się, z niemałym trudem, wyrwać ze ściany ten właśnie sześcian. Był mocno osadzony. Wróciłam z nim do bazy, przemyciłam do swojego laboratorium i później, w całkowitej tajemnicy, w każdej wolnej chwili, zaczęłam go badać, używając tego, co miałam pod ręką.

Słuchał mojej opowieści z szeroko otwartymi oczami – w jego spojrzeniu mieszało się niedowierzanie, fascynacja i rosnąca troska.

– Byłaś niesamowicie nierozważna! – zaczął powoli, kręcąc głową. – Co by się stało, gdybyś miała wypadek na tym quadzie, tak daleko od bazy, bez łączności? Albo gdyby w tej jaskini doszło do jakiegoś potężnego wyładowania? Przecież nikt by nawet nie wiedział, gdzie cię szukać! Nie znałem cię od tej strony… jestem naprawdę zaskoczony taką lekkomyślnością u kogoś tak… metodycznego jak ty. – Urwał na chwilę, przetwarzając informacje.

– Ale pomijając na moment twoje szalone eskapady… Skąd, jak myślisz, te sześciany się tam w ogóle wzięły? W jaskini lawowej?

Wzruszyłam ramionami – i nie potrafiłam już powstrzymać słów.

– Mam kilka hipotez, biorąc pod uwagę, że to była ewidentnie jaskinia pochodzenia wulkanicznego, prawdopodobnie tunel lawowy. Pierwsza jest taka, że te sześciany to jakaś niezwykła forma krystalizacji samego regolitu księżycowego. Wyobraź sobie uderzenie dużej komety, która topi regolit na ogromnym obszarze. On zachowuje się wtedy jak ziemska lawa – płynny, gorący środek wypływa, pozostawiając twardniejącą zewnętrzną skorupę, tworząc taki tunel. W specyficznych warunkach panujących we wnętrzu takiej powoli stygnącej jaskini, przy niskiej grawitacji i być może pod wpływem jakichś unikalnych gazów wulkanicznych, ten stopiony regolit mógłby krystalizować właśnie w takie idealne, sześcienne formy.

– A moja druga hipoteza, chyba bardziej ekscytująca, jest taka, że ten sześcian – a raczej minerały, z których jest zbudowany – zostały przyniesione na Księżyc przez samą kometę, może nawet pozasłoneczną. Kometa uderza, jej jądro częściowo odparowuje, częściowo wbija się w powierzchnię, mieszając swój materiał z regolitem. I ten obcy, kometarny minerał, w warunkach księżycowej grawitacji i specyficznej chemii stygnącej lawy, mógłby tworzyć takie właśnie krystaliczne formy. Może nawet samoistnie, jeśli byłby dostatecznie czysty.

Pochyliłam się jeszcze bliżej. Głos opadł do szeptu, jakby bał się, że ściany mogą podsłuchiwać.

– Wiesz co, Robercie? Jeśli ta druga hipoteza jest prawdziwa… jeśli to jest materiał pozaziemski, niepochodzący z Księżyca… to być może trzymasz teraz w dłoniach fragment jednego z najrzadszych, jeśli nie unikalnego, minerału w całym znanym Wszechświecie. Czegoś, czego wartość może być większa niż cały majątek tych twoich bajecznie bogatych sponsorów razem wziętych.

Trzymał sześcian, teraz z przesadną, niemal komiczną delikatnością odłożył go na miękką serwetkę na blacie stołu. Wpatrywał się w czarną bryłkę z ogromnym zdziwieniem, jakby nagle zobaczył w niej coś zupełnie nowego, coś niebezpiecznie cennego.

– A co… co na to odkrycie twoi przełożeni w bazie? Wiedzą o tym? – zapytał cicho, nie odrywając wzroku od sześcianu.

Roześmiałam się krótko. Sucho. Trochę zbyt nerwowo.

– No co ty! Oszalałeś? Przecież nikt o tym nic nie wiedział i nadal nie wie! Po pierwsze, to absolutnie wykraczało poza mój grant i zakres moich obowiązków. Po drugie, gdyby się dowiedzieli, że prowadzę nieautoryzowane badania, używając do tego ich sprzętu, nawet tego najprostszego… Natychmiast położyliby na tym swoją biurokratyczną łapę. Zabraliby mi ten sześcian, zamknęli w jakimś sejfie, a mnie samą pewnie nie tylko ukaraliby odebraniem grantu, ale zrobiliby wszystko, żeby odsunąć mnie od tego odkrycia i przypisać je komuś innemu, bardziej… wpływowemu. Znam te mechanizmy.

Pokiwał powoli głową, rozumiejąc jej obawy. Świat nauki, zwłaszcza tej finansowanej przez wielkie korporacje lub agencje rządowe, bywał bezwzględny.

– No i co teraz z tym zrobisz? – zapytał w końcu, a w jego głosie słychać było mieszankę podziwu dla jej odwagi i naukowej ciekawości.

Wyprostowałam się, prostując plecy aż do lekkiego bólu.

– Będę go badała. Na tyle, na ile będę w stanie, tutaj, na Ziemi. Z twoją pomocą, jeśli się zgodzisz, i z dostępem do tych twoich generatorów. Spróbuję dokładnie określić jego właściwości. A potem… potem opublikuję pracę naukową na ten temat. Solidną, dobrze udokumentowaną. Tak, żeby nikt nie mógł podważyć tego, że to moje odkrycie. I dopiero wtedy, kiedy będę miała formalne potwierdzenie, zabiorę ich wszystkich do tej jaskini. Niech zobaczą.

Patrzył to na mnie, to na sześcian. Milczał zbyt długo. Musiał połączyć moją opowieść z niezwykłymi właściwościami sześcianu z tym, co sam wiedział o energii, technologii i ograniczeniach współczesnej nauki. Nagle jego oczy rozszerzyły się, a na twarzy pojawił się wyraz tak intensywnego podekscytowania, że aż drgnęłam.

– Czekaj… czekaj chwilę! – wykrzyknął, zrywając się z krzesła. Zaczął chodzić nerwowo po salonie, gestykulując żywo. – Ty mówiłaś… nieograniczona pojemność? Pamiętanie profilu ładowania i rozładowania? Aga! – Zatrzymał się gwałtownie przede mną, a jego głos drżał z tłumionego entuzjazmu. – Czy ty zdajesz sobie sprawę… czy to jest w ogóle możliwe… ale gdyby tak było… gdyby ten… ten Kujawianit… był w stanie zmagazynować tak niewyobrażalną ilość energii, która pozwoliłaby… która pozwoliłaby na przykład zasilić silniki jonowe „Swaroga”?! Bezpośrednio!

Jego oczy błyszczały jak dwa węgielki. Mówił szybko, potykając się niemal o słowa.

– Przecież my teraz pompujemy w niego energię z gigantycznych reaktorów fuzyjnych na Ziemi i Księżycu przez te mikrofalowe strumienie! To skomplikowane, wymaga potężnej infrastruktury na obu końcach! A gdyby tak można było mieć kompaktowe, superwydajne źródło zasilania bezpośrednio na pokładzie? Naładowane raz, a potem oddające energię precyzyjnie, zgodnie z zapotrzebowaniem silników? Ja sobie nawet nie potrafię wyobrazić, jakby to zmieniło loty w kosmos! To by nam przybliżyło nie tylko Księżyc, bez tej całej naziemnej maszynerii! To byłby klucz do całego Układu Słonecznego! Mars, Jowisz, pierścienie Saturna… wszystko stałoby się dostępne w sposób, o jakim dziś możemy tylko marzyć! Zniknęłyby ograniczenia paliwowe, czas podróży by się skrócił… To… to byłaby rewolucja!

Patrzył na mnie wyczekująco, z mieszaniną nadziei i gorączkowego pytania w oczach.

– Powiedz mi, jako odkrywca, jako ktoś, kto miał to w rękach i badał… Czy to… czy to w ogóle jest w sferze możliwości? Czy ten materiał mógłby mieć aż taki potencjał?

Oparłam łokcie o stół, splatając dłonie. Oczy same zwróciły się ku sześcianowi.

– Zwolnij trochę, bo zaraz sam odlecisz na tym entuzjazmie – powiedziałam z lekkim uśmiechem, próbując nieco ostudzić jego zapał. – Rozumiem twoją ekscytację, naprawdę. I tak, potencjał wydaje się… niezwykły. Ale od „niezwykłego potencjału” do zasilania międzyplanetarnego statku kosmicznego droga jest bardzo, bardzo długa. I wyboista.

Obracałam go w dłoniach przed oczami.

– Po pierwsze, wciąż nie wiemy, czym to tak naprawdę jest. Jaką ma strukturę, skład. Po drugie, nawet jeśli magazynuje energię, to jak ją potem precyzyjnie i bezpiecznie uwolnić w ilościach potrzebnych silnikom jonowym? To nie jest prosta bateria. Mówiłeś o infrastrukturze dla „Swaroga” – a jaką infrastrukturę potrzebowalibyśmy, żeby naładować takie cudo do pełna, jeśli jego pojemność jest, jak podejrzewam, astronomiczna? Twoje generatory to jedno, ale co z resztą? I co z bezpieczeństwem? Co, jeśli przy takiej koncentracji energii ten „Kujawianit” stanie się niestabilny? Mamy mnóstwo pytań, na które nie mamy odpowiedzi. Ale… – zawiesiła głos – właśnie dlatego tak bardzo chcę go zbadać z twoją pomocą. Bo jeśli choć ułamek twoich wizji jest możliwy, to gra jest warta świeczki.

Słuchał moich praktycznych obiekcji, ale jego entuzjazm wcale nie osłabł. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że moje racjonalne argumenty tylko podsycają jego wizjonerski zapał, jakby były jedynie drobnymi przeszkodami na drodze do wielkiego celu.

Podszedł do mnie, oparł dłonie na oparciu mojego krzesła i pochylił się. Jego oczy wciąż płonęły niemal fanatycznym blaskiem.

– Kochanie! – zaczął z pasją, jego głos był wibrujący od emocji. – Ależ to właśnie jest najpiękniejsze! Te wszystkie pytania, te wyzwania… Ale to nie jest twoje zadanie, żeby na nie teraz odpowiadać! Ty… ty już zrobiłaś coś, co przekracza wszelkie wyobrażenia! Ty dokonałaś epokowego odkrycia! Znalazłaś coś, co może fundamentalnie zmienić świat, jaki znamy, w świat, o jakim nie mamy nawet bladego pojęcia! Rozumiesz? FUNDAMENTALNIE!

Wyprostował się i przeszedł nerwowo po kuchni, przecierając dłonią czoło, jakby sam próbował ogarnąć skalę tego, co mówił. Zatrzymał się i spojrzał na mnie z takim natężeniem, jakby widział mnie po raz pierwszy.

– A cała reszta? Te wszystkie „jak to zrobić?”, „co z bezpieczeństwem?”, „jakie kabelki podłączyć?”… – machnął ręką z lekceważeniem, które w innej sytuacji mogłoby zabrzmieć protekcjonalnie, ale teraz było jedynie wyrazem jego uskrzydlenia. – To jest robota dla armii inżynierów, fizyków materiałowych, specjalistów od bezpieczeństwa! Oni się tym zajmą! Oni będą się głowić nad protokołami ładowania, nad systemami chłodzenia, nad konstrukcją silników, które to wykorzystają! Ty im dostarczyłaś iskrę, co ja mówię, ty przyniosłaś cały pieprzony pożar! Ty nie musisz się już martwić o to, jak zbudować z tego elektrownię! Ty swoje już zrobiłaś, dając światu klucz do komnaty, której istnienia nikt nawet nie był świadomy!

Zatrzymał się pocierając swoje przedramiona gwałtownie, jakby rozcierał odmrożenia.

– O rany, Aga, ja chyba zaraz eksploduję! Mam takie ciary, że czuję, jak mi wszystkie włoski na ciele stają dęba! – Zaśmiał się nerwowo, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Przez lata pracowałem nad swoimi teoriami, próbując przesunąć granicę o milimetr, a ty przynosisz coś, co może ją wyburzyć i postawić zupełnie nową, kilometr dalej! To jest… to jest po prostu niesamowite!

Zarażał swoim entuzjazmem. Uśmiechał się szeroko. Patrzył na mnie tak intensywnie, że po chwili musiałam odwrócić wzrok.

Płonął, niemal lewitował nad tym stołem. Nie wytrzymałam. Ten potok słów przebił tamę mojego zmęczenia i po prostu wybuchnęłam śmiechem. Nieco zbity z tropu reakcją, zamrugał, a jego entuzjastyczny monolog urwał się w pół słowa.

– Stop! – zawołałam w końcu, próbując złapać oddech i ocierając kącik oka. – Przystopuj trochę z tym entuzjazmem, dobrze? Bo mam wrażenie, że za chwilę cała ta twoja nieokiełznana energia mentalna, te wszystkie wizje i „ciary”, zaczną się w jakiś magiczny sposób magazynować w tym biednym „Kujawianicie"! – wskazałam rozbawionym gestem na czarny sześcian leżący na stole. – I jutro, zamiast delikatnie reanimować jakąś małą, spokojną myszkę, będziemy musieli przeprowadzać pełną procedurę na tobie, bo sam zamienisz się w rozładowaną bateryjkę!

Znów się roześmiałam. Po chwili odwzajemnił uśmiech, potrząsnął głową, jakby próbował wrócić na ziemię.

– No dobrze, dobrze – przyznał z nieco zawstydzonym uśmiechem. – Może trochę mnie poniosło. Ale przyznasz, że perspektywa jest…

–…oszałamiająca, wiem – dokończyłam za niego, już spokojniej, choć w głosie wciąż brzmiała nuta rozbawienia. – I przerażająca. I ekscytująca. Wszystko naraz. Ale zanim zaczniemy planować podbój Układu Słonecznego za pomocą twojego nowego ulubionego kamyka, może najpierw zjemy tę kolację, zanim zupełnie wystygnie? A potem, na spokojnie, zastanowimy się, jak podejść do zbadania tego twojego… „Kujawianitu", bez wysadzania połowy miasta w powietrze.

Uśmiechnęłam się. Mimo całego tego kosmicznego zamieszania, ta przyziemna chęć na burgera było dokładnie tym, czego potrzebowałam.

– Najpierw jedzenie i odrobina spokoju – powiedziałam, biorąc mały kęs swojego, już nieco chłodniejszego, burgera. – Mój mózg i tak już pracuje na oparach po tym całym dniu pełnym wrażeń.

Przez chwilę jedliśmy w milczeniu, przerywanym jedynie cichymi uwagami na temat smaku potraw, o których tak długo marzyłam. Jednak karuzela emocji, która przetoczyła się przeze mnie w ciągu ostatnich godzin – od euforii powitania, przez trudne wspomnienia z Księżyca, aż po oszałamiającą perspektywę związaną z czarnym sześcianem – zaczęła zbierać swoje żniwo. Szczególnie ja, mój organizm wciąż walczył o każdy dodatkowy dżul energii w ziemskiej grawitacji, poczułam, jak siły gwałtownie mnie opuszczają.

Ruchy stawały się ociężałe, jakby płynęłam przez gęsty miód. Powieki same opadały. Nawet burger, o którym marzyłam miesiące – stracił swój urok. On, zajęty własnymi myślami nad potencjałem „Kujawianitu”, początkowo tego nie zauważył. Dopiero gdy odłożyłam niedojedzoną porcję i oparłam głowę na dłoni, patrząc w przestrzeń mętnym wzrokiem, zorientował się, że coś jest nie tak.

– Wszystko w porządku, Aga? – zapytał cicho, z troską w głosie.

Podniosłam na niego wzrok. Świat przed oczami falował na brzegach. Usta same szukały uśmiechu – ledwo go znalazły.

– Tak… tylko… – głos był teraz ledwo słyszalnym szeptem, jakby samo mówienie kosztowało ogromny wysiłek. – Nagle poczułam się… strasznie zmęczona. Chyba cała energia ze mnie uleciała. Zupełnie jakby ktoś wyjął wtyczkę z kontaktu. – Próbowałam zażartować, ale zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie faktu. – Chyba muszę się położyć. Zaraz. Tylko na chwilę do łazienki… i idę spać.

Moja nagła zmiana nastroju, niemal całkowita utrata zainteresowania rozmową, która jeszcze przed momentem tak mnie absorbowała, zdezorientowała go.

– Och… Oczywiście – odpowiedział trochę niepewnie, wstając od stołu. – Idź, połóż się. Ja tu wszystko ogarnę.

Skinęłam słabo głową, podnosząc się powoli z krzesła. Już przy drzwiach kuchni odwróciłam się na moment.

– Robercie – głos ledwo wyszedł mi z gardła. – Pokrój mi resztę tego burgera i postaw, proszę, na stoliku przy łóżku. Może mi się przyda w nocy.

– Burgera? Aga, może lepiej przyniosę ci jakieś batoniki energetyczne? Albo odżywczy koktajl? Będzie lżej strawny.

Spróbowałam się uśmiechnąć.

– Dobrze… – wyszeptałam. – Przynieś mi wszystko.

Zbierał naczynia, starając się nie hałasować. Nie odwróciłam się – wiedziałam, że patrzy.

Po krótkiej wizycie w łazience skierowałam się prosto do sypialni. Zamiast jednak od razu rzucić się na łóżko, podeszłam do szafy i z jej najgłębszych zakamarków wyciągnęłam niewielki, jedwabny woreczek. Rozwiązałam go. Palce delikatnie musnęły zwiewny, cieniutki materiał.

Była to koszula nocna w kolorze kości słoniowej, prosta, ale niezwykle elegancka, uszyta z najwyższej jakości jedwabiu, który zdawał się niemal płynąć w dłoniach. Kupiłam ją tuż przed wylotem na Księżyc, z myślą właśnie o tej nocy – nocy powrotu.

Przebrałam się powoli, czując chłodny, kojący dotyk jedwabiu na rozgrzanej skórze. Wszedł cicho do sypialni, już w piżamie, niosąc mały talerzyk z pokrojonym burgerem, kilkoma batonikami energetycznymi i koktajlem. Siedziałam na krawędzi łóżka. Światło księżyca w pełni zalewało pokój srebrzystą poświatą.

Jego spojrzenie przeszyło mnie jak ciepły promień. Kąciki ust drgnęły – ledwo. Ciepło rozlało się w piersi. Takie proste. Takie ziemskie.

– Kupiłam ją… – powiedziałam cichym, lekko drżącym głosem – …jeszcze przed wylotem na Księżyc. Z myślą właśnie o tej nocy. O naszym pierwszym wspólnym wieczorze po powrocie. Chociaż… – zawahałam się – …wyobrażałam ją sobie troszeczkę inaczej. Z większą ilością energii z mojej strony.

Podszedł, ostrożnie odłożył talerz na mój stolik nocny i usiadł obok mnie na łóżku. Objął mnie ramieniem, przyciągając do siebie czule i mocno. Jego ciepło przepłynęło przez jedwab prosto do skóry. Znajomy zapach – dom.

– Dla mnie jest idealnie – szepnął mi do ucha, całując delikatnie we włosy.

Cisza w pokoju była kojąca. Przytulił mnie mocno i czułam, jak moje ciało się rozluźnia.

– Wiesz co? – wyszeptałam tuż przed tym, jak odpłynęłam. – Kocham cię.

On leżał jeszcze długo, trzymając ją w ramionach, wsłuchany w jej spokojny oddech. Nie mógł jednak zasnąć. Jego umysł wciąż analizował wydarzenia minionego dnia, potencjał czarnego sześcianu, ale przede wszystkim niepokoiła go jej nagła utrata energii. Wiedział, że adaptacja będzie trudna, ale ten gwałtowny spadek sił był alarmujący. Kilka razy w ciągu nocy budził się, czując jej delikatne ruchy, gdy sięgała po burgera czy batonik, zjadając je powoli, niemal mechanicznie, w półśnie.

Czuwał. Zasnęłam mocno objęta jego ramieniem. W półśnie, gdy sięgałam po kawałek burgera, wiedział, że to nie głód. To ciało walczyło o przetrwanie.

Koniec
Nowa Fantastyka