Moje nowe opowiadanie. Pisało mi się je nadzwyczaj przyjemnie :) Pomysł chyba ciekawy. Najlepiej oceńcie sami :)
Moje nowe opowiadanie. Pisało mi się je nadzwyczaj przyjemnie :) Pomysł chyba ciekawy. Najlepiej oceńcie sami :)
Około pierwszej w nocy, Krzysztof starając się być jak najciszej zszedł z łóżka i udał się do innego pokoju, gdzie był jego laptop. Tylko o tej porze mógł mieć pewność, że jego żona Basia, ani żadna z dwóch córek nie popatrzą na monitor i nie dowiedzą się jakie strony w internecie przegląda.
Dwa tygodnie temu znalazł świetną i bardzo dobrze płatną pracę. Powiedział o tym żonie, ale nie zdradził ile naprawdę teraz będzie zarabiał. Pensja była na tyle duża, że mógł wziąć kredyt i kupić chatkę w górach. Dawno temu Basia powiedziała mu żartem, że gdyby wygrała w toto lotka, kupiła by domek daleko od miasta, żeby móc spędzać w nim urlopy.
Krzysztof był bardzo szczęśliwym człowiekiem. A teraz jego radość jeszcze wzrosła. Mógł spełnić marzenie swojej ukochanej żony.
&&&
Kilka dni trwało, zanim znalazł interesującą ofertę. Z opisu i zdjęć dowiedział się, że chatka znajdowała się na dość dużym wzniesieniu, z którego ponoć miał rozpościerać się wspaniały widok. Cena była dobra, było go stać.
Chciał sprawdzić wszystko osobiście. Dlatego skłamał żonie, że musi wyjechać na dwa dni w sprawach pracy, a naprawdę pojechał obejrzeć dom.
Jedna rzecz dotycząca domku była dość ciekawa. Znalazł na internecie informację, że poprzedni lokatorzy zniknęli jak kamień w wodę. Sprawą nawet interesowała się policja.
Nie zaprzątało mu to bardzo głowy. Pomyślał tylko rozbawiony „może porwali ich obcy?” I nie rozmyślał już o tym.
Podróż trwała pięć godzin. GPS zaprowadził go bezbłędnie do górskiego miasteczka. Na szczyt wzniesienia dotarł szosą biegnącą serpentynami.
Zaparkował na niewielkim placu, kilka metrów od budynku. Dom prezentował się zwyczajnie. Miał dwa piętra, a ściany pomalowano na pomarańczowo. Za nim, znajdowała się łąka i rosło kilka drzew.
„Tam wybuduję dziewczynkom drewnianą altankę. Będą zachwycone” – pomyślał.
To wszystko „zadowalało”, natomiast widok jaki się stąd rozpościerał, to była rewelacja. Z jednej strony – góry, z innej – miasteczko, z jeszcze innej – samotne domki rozsiane po okolicy.
„Czas sprawdzić, jak wygląda w środku” – z taką myślą ruszył w stronę ganku. Klucz zgodnie z umową, znajdował się w doniczce obok drzwi.
Po wejściu, obejrzał dokładnie wszystkie pomieszczenia na parterze, potem wszedł na piętro i tam zrobił to samo. Wyszedł też na balkon. Wszystko było zgodnie z tym, co właściciel opisywał na stronie internetowej.
To, że domek nie został wyposażony w podstawowe urządzenia, jak pralka czy lodówka, bynajmniej nie było problemem, Basia bowiem zawsze lubiła robić zakupy.
By dopiąć na ostatni guzik inwestycję, już wcześniej postanowił przespać tutaj noc. Nie mając nic do roboty, po prostu wyjął laptop i do wieczora zajmował się swoim projektem związanym z nową pracą. Nie potrzebował do tego internetu. Program, na którym pracował nie wymagał go. A internet też trzeba było dopiero podłączyć.
Pracował aż się ściemniło. Potem poszedł do samochodu i wyciągnął z bagażnika śpiwór i poduszkę. Postał chwilę wdychając pełną piersią powietrze i rozkoszując się widokiem. Gdy wrócił do środka, przygotował się do snu i zadowolony, że wszystko jest po jego myśli zamknął oczy. Chwilę później zasnął.
Obudziła go wielka ulewa. Krople wody dudniły o dach i okna. Co chwile się błyskało i waliły pioruny. Było to dziwne, bo sprawdzał prognozę pogody na kilka dni do przodu. Nic takiego nie zapowiadali.
Oberwanie chmury cały czas się nasilało, aż cały dom zaczął się trząść. Krzysztof zaczął się bać. Trwało to jakieś pięć minut i wtedy rąbnęło tak bardzo, że zląkł się już nie na żarty. Stało się też coś niezwykłego; razem z poduszką i śpiworem zaczął unosić się w górę.
„To mi się pewnie śni” – pomyślał.
Minęło kilkanaście sekund i ulewa zaczęła odpuszczać, a on spadł z wysokości kilkudziesięciu centymetrów. Potem całkiem przestało. Godzina na jego zegarku wskazywała czwartą dwadzieścia sześć. Zamknął oczy i szybko ponownie usnął.
Gdy się obudził, było późne popołudnie. Zegarek wskazywał dwunastą czterdzieści dwie. Zdziwił się, że spał tak długo. Przypomniał też sobie nocną burzę. To było naprawdę coś niesamowitego, czego wcześniej nigdy nie przeżył.
Ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Od razu rzuciło mu się w oczy, że otoczenie jest jakieś dziwne. Zrobił kilka kroków, tak żeby ujrzeć znowu ten wspaniały widok, którym zachwycał się wczoraj i doznał szoku. Przetarł oczy, bo nie mógł uwierzyć w to co widzi. Na łące niżej między skupiskami wielkich drzew pasły się dinozaury.
To były te największe, roślinożerne z bardzo długa szyją. „Chyba jestem w ukrytej kamerze” – pomyślał. Ale ta myśl wydawała mu się absurdalna.
W głowie szukał innych możliwych opcji. Próbował to sobie jakoś sensownie wytłumaczyć. Burczało mu w brzuchu. W planie na dzisiejszy poranek, miał pojechać do sklepu po jakieś jedzenie. Teraz, miasto zniknęło, a zastąpiła je równina, na której rosły skupiska wielkich iglastych drzew i innych roślin. Zauważył też jezioro, wokoło którego również pasły się dinozaury, ale innego gatunku niż te pierwsze.
Rozglądał się we wszystkie strony, potem wyjął komórkę, lecz zasięgu nie było. Pomyślał, że zejdzie na dół, by dowiedzieć się, po co ten cały dziwny żart. Idąc zauważył, że asfaltowa droga nagle się kończy, choć lepszym wyrażeniem by było „urywa się”.
Zejście na sam dół zajęło mu około czterdzieści minut. I stał teraz, w tej wydawało mu się wcześniej jakiejś makiecie. Ale olbrzymie drzewa były prawdziwe, tak jak roślinność i gleba inna niż wczoraj.
Wtedy nagle usłyszał rozdzierający ryk. Ziemia jakby się zatrzęsła. Spojrzał w stronę, skąd dobiegł ryk i ujrzał olbrzymiego tyranozaura. Wydawało mu się, że drapieżny gad go zauważył i biegnie by go pożreć. Prędko schował się za drzewem. Całe szczęście dinozaur gonił inny cel.
Zrozumiawszy, że tu nie jest bezpiecznie, Krzysztof wrócił na wzniesienie. Nie miał pojęcia co się stało, ani co ma w tej sytuacji zrobić.
&&&
Minęły dwie doby. Głód mu już bardzo doskwierał, pragnienie ugasił dzięki wodzie z beczek, które stały pod rynnami. Postanowił, że pójdzie poszukać jakichś drzew owocowych, nie zważając na niebezpieczeństwo drapieżnych dinozaurów. Jeśli miał umrzeć, nie chciał by to była powolna śmierć głodowa.
Gdy zaczął schodzić z góry, nagle zauważył, że niebo ciemnieje. A po chwili zaczął padać obfity deszcz, który zamienił się szybko w oberwanie chmury. Ruszył pospiesznie z powrotem do domu. Był już w środku, kiedy burza rozszalała się na niesamowitą skalę. Stało się dokładnie to samo co pierwszej nocy. Błyskawice, pioruny. Cały dom się trząsł. I w końcu jeden olbrzymi grzmot, a on zaczął wznosić się w powietrze jakby grawitacja przestała na niego oddziaływać.
Po kulminacji rozjaśniło się i Krzysztof wyszedł na zewnątrz. Świeciło słońce i było ciepło. Od razu rzuciło mu się w oczy, że otoczenie diametralnie się zmieniło. Nie było już dinozaurów. Nie było olbrzymich drzew iglastych i paproci, zamiast tego zobaczył niżej stado dzikich koni.
„Co tu się do diabła wyprawia?” – zadał sobie pytanie i też na nie odpowiedział: „Po każdej burzy przenoszę się w czasie. Coś nieprawdopodobnego.” To było nieprawdopodobne, ale też niezwykle fascynujące.
Ruszył w dół, w celu poszukania jedzenia. I nagle, gdy był z drugiej strony wzgórza, ujrzał wnoszący się ku niebu dym, na oko jakieś trzy kilometry od niego. Bardzo się ucieszył, bo była szansa, że znajdzie ludzi i może zaspokoi głód.
Przyspieszył kroku. Jakaż była jego radość, gdy po zejściu z góry ujrzał dziko rosnące pole arbuzów. Podniósł z ziemi kamień i zaczął rozłupywać wielki dojrzały owoc. Po chwili jadł już pyszny wodnisty miąższ. Nie do końca się najadł, chciałby teraz coś konkretnego, jakieś mięso albo chleb.
Ruszył dalej, cały czas kierując się w stronę unoszącego się dymu. Drogę zagradzał mu gęsty las. Trwało chwilę, zanim się przez niego przedarł, ale w końcu nieco podrapany, lecz uradowany zobaczył polanę, a na niej kilkanaście osób siedzących przy dużym ognisku. Ubrani byli w skóry, a włosy mieli potargane. Krzysztof poczuł się, jakby znajdował się na planie filmu o jaskiniowcach.
Zaczął iść w ich stronę i zaraz został zauważony. Jeden z ludzi wskazał na niego palcem i powiedział coś do towarzyszy w obcym języku.
Wszyscy popatrzyli na niego i z ich twarzy wyczytał, że są bardzo zaciekawieni, a już po chwili zdumieni i zafascynowani.
„To pewnie przez mój wygląd” – pomyślał. A potem, gdy spojrzał, że piekli na ognisku jakieś mięso poczuł, że go skręca z głodu.
– Błagam – powiedział – Pozwólcie mi z wami zjeść. Nie miałem nic w ustach od trzech dni.
I podszedł do nich gestykulując i wskazując na pieczeń.
Niektórzy szybciej, inni wolniej zrozumieli o co mu chodzi. A mężczyzna najbardziej rosły, posiadający na szyi wisiorki z kości i zdecydowanie krótsze włosy, który wyglądał na przywódcę, powiedział coś uprzejmie i gestami zaprosił, by usiadł przy ognisku.
Chwilę później Krzysztof pochłaniał łapczywie wielkie, upieczone udo, najprawdopodobniej dzika. Inni patrzyli na niego ze zrozumieniem. Teraz dobrze wiedzieli co znaczyły jego gesty i słowa.
Gdy się najadł, uśmiechnął się do wszystkich. Zaczął gestykulować, że jest najedzony i bardzo wdzięczny.
Przywódca podszedł do niego, wyraźnie zainteresowany jego koszulą i spodniami.
Krzysztof zdjął koszulę i wręczył mu jako prezent. Ten zdumiony zaczął ją badać, a później dał ją innemu mężczyźnie. Zaczęła przechodzić z rąk do rąk. Jaskiniowcy dotykali jej i mówili coś do siebie zdziwieni.
– Mam coś znacznie lepszego – powiedział do przywódcy, który teraz uśmiechając się serdecznie powiedział słowo „Baras” i wskazał na siebie.
– Ja jestem Krzysztof – teraz on się przedstawił. A inni zaczęli zafascynowani szeptać między sobą „krzysztof, „krzysztof”.
– Pokaże wam coś znacznie lepszego niż koszula.
Następnie sięgnął do kieszeni po telefon. Pokazał go Barasowi i gdy ten wyciągnął rękę, by go wziąć Krzysztof powiedział:
– Poczekaj chwilę.
I odszedł kawałek dalej, następnie zrobił kilka zdjęć, a potem pokazał je Barasowi. Ucieszył się widząc osłupienie, jakie to u niego wywołało.
Później przywódca zaprosił Krzysztofa do jaskini, w której mieszkało to niewielkie plemię. Tam zobaczył też kobiety. Resztę dnia i prawie całą noc rozmawiali, a było to niezwykle ekscytujące dla obu stron.
Rano znali już dużo słów w przeciwnych językach. Dzięki temu łatwo poszło Krzysztofowi wytłumaczenie wodzowi, że musi już wracać do siebie. Do tego poprosił o trochę żywności na zapas.
Gdy Baras zrozumiał o co chodzi nie tylko spełnił prośbę, a także wyraził wielką chęć towarzyszenia mu, razem z młodym chłopakiem o imieniu Kurl, jego synem. Ruszyli więc we trójkę, z powrotem do chatki na wzniesieniu.
&&&
Ciężko było wytłumaczyć jaskiniowcom jak Krzysztof się tu znalazł. Przecież nawet on sam tego nie wiedział. Gdy więc pokazał im prawie wszystko co mógł, razem z samochodem, którym przejechali się dookoła domu zaczął mu tłumaczyć, że musi wracać do siebie, inaczej gdy spadnie wielka ulewa nie będzie już miał tej możliwości.
Naciskał, aż w końcu Baras i Kurl usłuchali. Wtedy dał im prezent, który trzymał na sam koniec. Była to zapalniczka. Oglądał kiedyś film „Walka o ogień” i zdawał sobie sprawę jaka będzie dla nich cenna.
Gdy wytłumaczył jak działa, faktycznie wódz pokręcił z niedowierzaniem głową i powiedział coś co mogło znaczyć „bardzo się przyda”. Potem po serdecznym pożegnaniu jaskiniowcy zaczęli schodzić na dół wzniesienia.
Chwilę później zaczął padać przepowiedziany przez Krzysztofa deszcz. Gdy rozszalała się wichura z piorunami, zaczął się martwić o swoich nowych znajomych. Miał nadzieję, że nie schowają się pod drzewo.
I wtedy ich ponownie zobaczył. Biegli z powrotem w jego stronę przestraszeni. Krzysztof zrozumiał, że takiej burzy jeszcze nie widzieli.
Cała trójka schowała się w domu. Kulminacja nastąpiła parę chwil później, wtedy stało się coś co Krzysztof już znał i wiedział co się z tym wiąże. Brak grawitacji i wielki huk. Był bardzo ciekawy, w jakim roku teraz będzie, choć kołatała mu w głowie myśl, że może uroił sobie te skoki w czasie.
Gdy się rozjaśniło, wszyscy wyszli na zewnątrz. Powietrze było jakieś gryzące, a okolica zmieniła się diametralnie. Krzysztof wiedział co widzi i wiedział też, że jego nowi znajomi nie mają co do tego pojęcia.
Ujrzał ruiny miasta. Wszędzie jak okiem sięgnąć. Zniszczone doszczętnie kilkunastopiętrowe bloki mieszkalne. Ulice zawalone gruzem. Samochody, a raczej ich wraki. W samym środku natomiast wielki lej, jakby spadła tu olbrzymia bomba. Nad tym wszystkim unosiła się żółtopomarańczowa chmura.
Nie wiedział, który jest rok, ale był pewny, że jest w przyszłości.
„A więc tak skończyła ludzkość” – pomyślał.
Powietrze, jakie było wokoło domu, z czasem mieszało się coraz bardziej z toksyczną chmurą. Tak więc po kilku godzinach zaczęło zbierać im się na wymioty.
– Musimy wejść do środka – nakazał.
Krzysztof miał nadzieję, że przetrwają do następnego skoku w czasie.
Rozmawiali ze sobą, jedli zabrane zapasy, coraz lepiej poznając swoje języki. Krzysztof przepraszał, za to co ich spotkało, ale oni nie żywili w ogóle urazy.
Minęły dwie doby. Powietrze było coraz gorsze, więc z ulgą Krzysztof przywitał znajomą burzę. I także był bardzo podekscytowany, co się dalej stanie?
Po wszystkim, cała trójka wyszła z domu. Toksyczna chmura zniknęła, było lepiej, znacznie lepiej. Można było oddychać pełną piersią. Po ruinach miasta nie było ani śladu. Wszędzie jak okiem sięgnąć znajdowały się plantacje jakichś drzew, na których rosły bardzo obficie czerwone owoce.
Nad nimi latały dziwnie wyglądające obiekty wielkości samochodu zraszające rośliny wodą. Co kilkadziesiąt metrów stały filary wysokie na jakieś dwadzieścia podtrzymujące olbrzymią, przeźroczystą platformę.
– Myślę, że możemy bezpiecznie zejść na dół. Tu chyba nic nam nie grozi – powiedział Krzysztof do swoich kompanów.
Ruszyli na dół. Gdy dotarli do plantacji, spotkała ich pewna trudność. Gleba była tak bardzo miękka, że nogi zapadały się do kostek. Gdy Krzysztof spojrzał do góry, ujrzał, że na platformie ciągnącej się hen daleko, znajdują się coś jak reflektory. Było tu bardzo gorąco i pomyślał, że to właśnie przez nie.
Na nic nie czekając, zerwał owoc z drzewa, który przypominał bakłażan. Ugryzł i dał znać towarzyszom, że smakuje świetnie. Zaczęli je zrywać i jeść. Gdy nie byli już głodni powkładali te owoce do reklamówki, którą Krzysztof zabrał z samochodu i wrócili na górę.
Nadal fascynowała ich rozmowa, dlatego z braku lepszego zajęcia po prostu rozmawiali. Nadszedł wieczór i wszystko pogrążyło się w mroku. Jednak tylko na chwilę. Bo zaraz włączyły się silne reflektory i wszystko wokoło zostało oświetlone. Ten widok był niesamowity. Jasne, czerwone równoległe pasy ciągnące się aż po horyzont.
Napawali się tym widokiem jakiś czas, potem poszli spać.
Krzysztofa zbudziło trącanie w ramię. Otworzył oczy i ujrzał Barasa z synem. Jaskiniowiec mówił coś podniecony i gestykulował, by wyszedł z nimi na zewnątrz.
Zrobił to i wódz wskazał na niebo. Ujrzeli całkiem nisko, wolno przelatujący statek kosmiczny. Miał on włączone reflektory, dlatego był dobrze widoczny. Kształtem przypominał rozgwiazdę.
Krzysztofowi zaczęło się chcieć śmiać, gdy widział zdumienie jaskiniowców. Sam nie wiedział do czego statek mógł służyć. Czy był to obiekt wojskowy, czy cywilny? Czy bezzałogowy? A może transportował coś.
Następnego dnia, gdy wyszli z domu, czekała ich niespodzianka. Zniknęły wodne zraszacze. Zamiast tego pojawiły się dziwne istoty, zrywające owoce z drzew i wkładające je do worków. Z pewnością nie ludzie bo wyglądem przypominały pająki.
Wszyscy zgodnie zadecydowali, że zejdą na dół i nawiążą kontakt z obcymi.
Tak też zrobili. Ziemia wszędzie była bagnista, lecz nic na to nie mogli poradzić. Szli w stronę najbliższego osobnika. Już po pierwszym rzucie oka z bliska Krzysztof zrozumiał, że zbieracze są robotami.
Ich sześć nóg zrobionych było ze srebrnych prętów, każda miała po dwa kolana umożliwiające zginanie. W środku znajdował się kulisty korpus, od którego odchodziło dwoje rąk, podobnie jak u nóg z dwoma stawami. Ręce wyposażono w kilkanaście palców każda. Roboty miały dość duże rozmiary, tak że bez problemu sięgały po najwyżej rosnące owoce.
Posiadały też głowę w kształcie prostokąta. Głowa ta miała ruchomy obiektyw, którym poruszała. Wyglądało na to, iż rejestruje owoce, a potem dopiero je zrywa.
Robot kompletnie nie reagował ani na głos, ani na dotyk.
Nie pozostało więc im nic, jak wziąć trochę owoców i wrócić do domku.
Mimo beznadziejnej sytuacji, w której się znajdowali, Krzysztof był bardzo podekscytowany. Nie mógł doczekać się następnej burzy i przeniesienia dalej w czasie. Żaden człowiek nie miał przecież nigdy możliwości poznać przyszłych losów świata. Pojawiła się możliwość zostać tutaj. Może udało by mu się skontaktować z istotami, które zamieszkują w tym momencie Ziemię. Ale odrzucił tę opcję, która może jeszcze się nadarzy.
&&&
W końcu nadeszła wyczekiwana burza. W czasie kulminacji znowu zaczęli unosić się jakby grawitacja przestała działać. Gdy opadli, temperatura powietrza zaczęła bardzo szybko rosnąć. Poczuli się gorzej niż w saunie. Z każdą sekundą było coraz goręcej.
Krzysztof podszedł do drzwi i otworzył je. Uderzyła go tak wysoka fala gorąca, że zdążył tylko pomyśleć: „Dożyłem końca” i umarł.
Tym razem nie będę niczego krytykował. Dla mnie to tekst sentymentalny, także ze względu na styl, który wyraźnie budzi skojarzenia.
Gdy miałem naście lat i zdawałem egzamin z polskiego do liceum, trafiłem na temat: „Twoja ulubiona książka”. Mój umysł uznał wtedy, że… wymyśli ją na poczekaniu. Podałem fikcyjnego autora: Andy Fletcher (członek Depeche Mode), oraz tytuł Upadek – chyba już wtedy krążyły mi po głowie wątki, które dziś nazwalibyśmy zmianami klimatycznymi. Historia opowiadała o chłopcu podróżującym w czasie dzięki domkowi na drzewie. W finale trafiał on w przyszłość, w której Ziemia, zniszczona przez człowieka, zabijała wszystko, co żywe.
Ocena: 5 (w tamtych czasach nie było jeszcze 6).
https://www.wattpad.com/user/Pankovski