- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. 005. W laboratorium.

Cuiavia. 005. W laboratorium.

w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34291

Oceny

Cuiavia. 005. W laboratorium.

Nuciłam pod nosem, krzątając się po kuchni. Przez ciało przepływała rześkość, jakby wczorajsze wyczerpanie rozpuściło się w powietrzu.

Z sypialni dobiegło przeciągłe ziewnięcie i ciche przekleństwo. Po chwili stanął w progu. Kompletnie zaspany, mrużył oczy przed ostrym porannym słońcem.

– O, śpiący książę wreszcie wstał!

Podszedł i objął mnie w talii, przyciągając do siebie.

– Dzień dobry, ty mój ranny ptaszku – mruknął. Jego usta spoczęły na moich długim, porannym pocałunkiem. – Jak minęła noc? Talerzyk z przekąskami przy łóżku wygląda podejrzanie pusto. Chyba miałaś wilczy apetyt. Wtuliłam się w niego ze śmiechem. 

– Noc przeszła wspaniale! Obudziłam się zregenerowana, jakbym spała tydzień. Pełna sił i energii! – A przekąski? Mój żołądek najwyraźniej nadrabia księżycowe zaległości – puściłam mu oko.

– Czuję się świetnie. Gotowa na nowy, ziemski dzień!

Zaczęliśmy przygotowywać śniadanie. Otworzyłam lodówkę, spojrzałam w głąb. Twarożek, resztki wędliny… ale świeże pieczywo i warzywa zrobiłyby różnicę. Skoczę na dół do piekarni i zieleniaka, to tylko chwila. Uśmiechnął się pod nosem i nastawił ekspres.

– Kochanie, zapominasz, w jakich czasach żyjemy. Po co wychodzić, skoro cywilizacja może przyjść do nas? Oszczędzaj energię! – Podszedł do terminala ukrytego we wnęce kuchennej ściany. Kilkoma szybkimi dotknięciami ekranu złożył zamówienie.

– Chrupiące bułeczki z ulubionej piekarni za rogiem i świeże warzywa z zieleniaka. Powinny dotrzeć… o, już są. Nie zdążyliśmy nawet zaparzyć kawy, gdy dyskretny sygnał z terminala ogłosił: „Przesyłka z piekarni „Złoty Kłos” i zieleniaka „Pomidorek” czeka na odbiór w module „Geodukt”. Podeszłam do klapy w ścianie. Otworzyła się bezszelestnie, ukazując kuferek.

– Niesamowite – mruknęłam, wyjmując produkty. Oczy same mi się rozjaśniły z zachwytu. – Ale patrząc na te udogodnienia, od razu przychodzi mi do głowy ten nieszczęsny „syndrom Sagana”. Jeszcze trochę i ludzie zapomną, jak się chodzi. Parsknął śmiechem i nalał kawę do kubków.

– Oj, nam to chyba nie grozi, kochanie. Oboje ruszamy się wystarczająco dużo. A Geodukt? Genialna oszczędność czasu – możemy go spożytkować na… ciekawsze rzeczy.

Puścił mi oko i podał kubek z parującą kawą.

Usiedliśmy do stołu. Proste śniadanie smakowało pysznie, kawa pachniała aromatem. Między nami unosiła się leniwa, ciepła atmosfera, pełna niedopowiedzeń i wspólnych myśli po wczorajszym wieczorze.

– No dobrze – odstawiłam kubek. – Na którą godzinę zaplanowałeś ten eksperyment z myszką? Muszę się jakoś psychicznie przygotować na spotkanie z twoimi generatorami. Spojrzał na zegarek.

– Zbieramy się do instytutu koło południa. Jeszcze trochę czasu przed nami. Uśmiechnęłam się promiennie.

– Super! Idealnie. Została nam chwila na… porządny prysznic. Chyba że ty widzisz inne zastosowanie dla tej „chwilki"? – mrugnęłam filuternie. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu.

– Prysznic brzmi doskonale…

Chwilę później wyszliśmy otuleni kłębami pary – tym razem łagodniejszej, niż poprzednio. Kąpiel orzeźwiła skórę, zmyła resztki snu i napełniła nas energią na nadchodzący dzień. Śmiejąc się cicho i rzucając drobne żarty, podawaliśmy sobie ręczniki, wycierając nawzajem skórę – czuły, nieskrępowany gest, taki jak codzienność. Każdy dotyk przypominał długie miesiące rozłąki – i jednoczył ponownie, prosto, w leniwych rytuałach codzienności.

Przeszliśmy do sypialni. Słońce wlewało się przez okno śmielej niż przed chwilą.

– Lepiej ubierz się cieplej. W moim laboratorium panuje chłód. Niektóre bardziej wrażliwe urządzenia, a zwłaszcza te moje prototypowe mechanizmy, wymagają precyzyjnego chłodzenia, więc klimatyzacja chodzi tam dość intensywnie.

Razem wybieraliśmy ubrania. Zdecydowałam się na eleganckie lniane spodnie w kolorze piaskowym i dopasowany żakiet z tego samego materiału. Pod spód włożyłam prosty biały top. Wybrał ciemne dżinsy i koszulę z długim rękawem w podobnej tonacji. Na wierzch planował lekką, sportową marynarkę. Ubieraliśmy się powoli, łapiąc się wzrokiem w lustrze, rzucając uwagi o naszych wyborach.

Gdy prawie skończyliśmy się ubierać, podszedł do terminala w salonie. – Zamówię nam transport – mruknął, aktywując ekran dotykowy. Jego palce tańczyły po interfejsie. Wybrał opcję „Transport na żądanie" i rzucił do mikrofonu: – Taksówkę do pracy, proszę.

Na ekranie pojawiła się informacja zwrotna, a syntetyczny, spokojny głos terminala odpowiedział: – Przyjęto. Autonomiczny pojazd klasy standardowej zarezerwowany. Szacowany czas przybycia: około dziesięciu minut. Cel podróży: Instytut Continuum Czasoprzestrzennego. Czy potwierdzasz?

– Potwierdzam – rzucił krótko.

Ruszał się żywiej niż przed chwilą. Perspektywa dnia w Instytucie dodawała mu energii.

Gdy skończyliśmy się ubierać, ruszyliśmy w stronę drzwi.

Tuż przed progiem zatrzymał się, blokując mi przejście. Zamarł z zagadkowym uśmieszkiem na twarzy.

Z ręką już na klamce spojrzałam na jego plecy. – No co jest? Idziemy czy nie? Taksówka pewnie już czeka.

Spróbowałam ominąć go z lewej – przesunął się dokładnie w moim kierunku.. Zmarszczyłam brwi. Spróbowałam z prawej – ten sam efekt. Jak cień, podążył za moim ruchem.

– Co ty wyprawiasz? – zawołałam. – Wychodzisz dzisiaj z domu czy postanowiłeś tu zapuścić korzenie i zostać strażnikiem progu?

Odwrócił się lekko w moją stronę. Uśmiech rozciągnął mu usta jeszcze szerzej. Oparł się nonszalancko o framugę. – Widzisz, kochanie, po prostu nie mogę pozwolić, byś tak po prostu wyszła i straciła swoją życiową szansę. Nie mogę dopuścić, byś przeszła obok okazji zapisania się na kartach historii jako, no nie wiem, największa odkrywczyni od czasów Marii Skłodowskiej, a może i większa!

Spojrzałam na niego, kompletnie zbita z tropu. – Co? Chyba nie rozumiem… Hej, o co ci chodzi? Chcesz, żebym tu została i nie jechała z tobą? Żebyś mógł dzisiaj swoim eksperymentem z myszką przyćmić wszystkie inne potencjalne odkrycia, w tym moje? To o to chodzi w tej twojej blokadzie? – Uniosłam brew.

Parsknął śmiechem. – Ależ skąd! Wręcz przeciwnie, moja droga. Próbuję jedynie zadbać o to, byś nie przegapiła swojej absolutnie złotej okazji na zostanie największym, najbardziej rewolucyjnym naukowcem w dziejach ludzkości. Myślę o twojej przyszłości!

Zamarłam, wpatrując się w niego i próbując rozszyfrować jego zagadkowe zachowanie.

Westchnął teatralnie. Niebieskie oczy zalśniły filuternie. Delikatnie, lecz sugestywnie uniósł brwi i rzucił dyskretne, wymowne spojrzenie w głąb mieszkania – w stronę salonu.

Zmarszczyłam czoło i podążyłam wzrokiem za jego nieuchwytnym spojrzeniem. – O co ci chodzi? – Wciąż nic nie rozumiałam. – Coś ci wpadło do oka? Masz jakiś tik nerwowy od tego napięcia przed eksperymentem?

Powtórzył gest brwiami – tym razem energiczniej, niemal podskakując nimi – i znowu zerknął w tę samą stronę.

Odwróciłam się powoli we wskazanym kierunku i omiotłam wzrokiem salon. Wzrok zatrzymał się na stoliku. I wtedy go zobaczyłam. Mój „Kujawianit" leżał tam, gdzie go zostawiliśmy po wczorajszej ekscytującej rozmowie. Wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Wybuchnęłam śmiechem – perlistym, głośnym.

– O rany! No tak! No oczywiście! Zakryłam usta dłonią, próbując opanować kolejną falę śmiechu. – Mój Boże, masz rację! Zupełnie o nim zapomniałam! Wyszłabym bez niego! Cała ja! Głowa pełna wielkich idei o zasilaniu „Swaroga" i podboju Układu Słonecznego – a najważniejszej rzeczy bym nie zabrała! Podbiegłam do stolika. Delikatnie ujęłam sześcian i wsunęłam go do jego torby.

– Tyle emocji, tyle planów… a moja zapominalska natura i tak dała o sobie znać. Dobrze, że mam cię, mój prywatny system przypominania o epokowych odkryciach. Bez ciebie pewnie zostawiłabym go tutaj. Przez cały dzień w twoim laboratorium grzebałabym w głowie, czego to ważnego zapomniałam. Dziękuję, kochanie. Uratowałeś honor przyszłej noblistki! – Puściłam mu oko.

Uśmiechnął się szeroko – uwielbiał mnie rozbawiać. – Cała przyjemność po mojej stronie, madame Curie. Taksówka czeka. Wyruszamy zmieniać świat?

– W instytucie pewnie już pełno ludzi – mruknął bardziej do siebie niż do mnie. – Drużyny studentów i techników od samego rana kalibrują urządzenia, sprawdzają wszystkie połączenia przed testem. Precyzja to podstawa, wiesz, każde mikrodrgnienie, każdy szum w elektronice może zafałszować wyniki…

Nie dokończył. Wybuchnęłam śmiechem – osoby na mijanym przystanku odwróciły się za nami. Spojrzał na mnie zdziwiony – wybiłam go z rytmu.

– Co… co cię tak rozbawiło? – Uniósł brwi. – Moje dywagacje o kalibracji sprzętu aż tak cię śmieszą?

Próbowałam coś powiedzieć, ale śmiech dusił mi gardło. W końcu, ocierając łzy z kącików oczu, wydusiłam: – Nie, nie to! Przepraszam! To… jak powiedziałeś „Drużyny studentów i techników"… – Przywołałam wspomnienie z Księżyca. Przy takiej liczbie ludzi – może nawet dwa tysiące, głównie młodych i pełnych energii – musiało dojść do tego. Powstały nieformalne ligi sportowe!

– Ligi sportowe? Na Księżycu? – uniósł brwi.

– No pewnie! I to jakie! Drużyna „Genetycznych Mutantów" – czyli my, biolodzy i genetycy. – Rywalizowaliśmy z „Krzemowymi Głowami” od informatyków, „Regolitowymi Kretami” z sekcji górniczej, no i oczywiście z twoimi ulubieńcami – "Technicznymi Tytanami”!

Oparłam się wygodniej, śmiech wciąż wibrował we mnie. – Jedna z dyscyplin? „Skok paraboliczny do celu". Na zewnątrz bazy. W próżni. 

– Wyobraź sobie zawodnika w kosmicznym kombinezonie przylegającym do ciała, z ultralekką tyczką. Bierze rozbieg… W niskiej grawitacji jego ruch przypomina serię eleganckich, długich susów… Wybija się, szybuje nad poprzeczką zawieszoną na absurdalnych czterdziestu metrach… I teraz klucz: punkty dostaje za wysokość i odległość – ale tylko jeśli trafi do celu. Zawodnik sam wybiera wysokość poprzeczki i dystans skoku. Celem służy ogromna, sprężysta siatka rozpięta sto kilkadziesiąt metrów dalej na specjalnej konstrukcji. Jeśli trafi, zdobywa punkty za wysokość, odległość i celność. Ale jeśli coś źle obliczył… albo po prostu pech go dopadł i nie doleciał do siatki… sędziowie zdalnie napełniali jego kombinezon powietrzem. Nie połamie się przy upadku – spadał jak wielka, odbijająca się piłka. Komentatorzy transmitujący zawody do wewnętrznej sieci bazy darli się do mikrofonów: „Uwaga! Bomba ciągle skacze! Mamy niekontrolowane spadanie!”. A sędziowie na quadach gonili tego „skoczka-piłeczkę" po całej okolicy! Do dziś nie wiem, kto śmiał się głośniej – kibice czy sędziowie.

– „Bomba ciągle skacze”! Genialne! Musieliście mieć niezły ubaw.

– To prawda. Chociaż teoretycznie wygrywał ten, kto skoczył najwyżej, najdalej i trafił precyzyjnie do celu, to prawdziwymi ulubieńcami kibiców i tak zostawały te nieszczęsne „skaczące bomby". Najzabawniejsza sytuacja obnażyła też lukę w regulaminie. Wyobraź sobie: zawodnik, po kilkunastu przypadkowych odbiciach – niczym kulka we flipperze – ostatecznie wpadł idealnie w siatkę! Regulamin okazał się bezsilny. Sędziowie przez godzinę drapali się po hełmach: uznać skok za ważny? A jeśli tak – jaką odległość zaliczyć? Tę w linii prostej od startu do siatki? Czy sumę wszystkich jego komicznych podskoków?

– Gniewosz Bombowy momentalnie stał się gwiazdą całej bazy. Bohater memów przez kolejny miesiąc. Ciekawe, czy wasze myszki w laboratorium też uprawiają jakieś dyscypliny sportowe.

– Na razie ograniczają się do biegania w kołowrotku. – Uśmiechnął się.

Śmiech poranka powoli cichł, ustępując narastającemu napięciu przed laboratorium.

Taksówka bezszelestnie podjechała pod sam portal wejściowy Instytutu.

Otworzył drzwi po mojej stronie – przeciąg uderzył mnie w twarz. Zachwiałam się przy wysiadaniu.

Ścisnęłam jego dłoń – instynktownie, by nie stracić równowagi.

Wiatr rozrzucił moje włosy. Złapałam się za włosy – loki smagały mnie po policzkach.

Ten sam wiatr niósł głuchy łopot. Podniosłam głowę. Na masztach przed budynkiem łopotały dwie flagi – polska i Unii Europejskiej – strzelały jak napięte żagle, dumnie prezentując barwy na tle surowej fasady.

Na elewacji widniał napis w futurystycznej, kanciastej czcionce – aż trudno było go odczytać:

„Instytut Continuum Czasoprzestrzennego".

Tuż pod nazwą, wyryte w polerowanym kamieniu, motto Instytutu:

"NIC NIE JEST OSTATECZNE"

Poprowadził mnie przez jasne korytarze do podwójnych drzwi z wizjerem. Otworzył je, zbliżając twarz do czytnika tęczówki, i wpuścił mnie.

Weszliśmy do sali – ogromnej, wysokiej, bardziej hangaru niż laboratorium. Panował półmrok. Snopy światła z licznych projektorów, migoczące diody, laserowe linie przecinające powietrze. Wszędzie piętrzyły się metalowe konstrukcje, plątaniny kabli grubszych niż ramię, panele kontrolne, monitory z niezrozumiałymi ciągami danych i wykresami. W powietrzu unosił się zapach ozonu i rozgrzanej elektroniki. Kilkanaście osób w kitlach i kombinezonach przemieszczało się między stanowiskami z narzędziami i laserowymi wskaźnikami w rękach, dokonując ostatnich regulacji.

Uśmiechnął się szeroko i machnął ręką w stronę krzątającej się grupy. – Witaj, ekipo! – Głos odbił się echem od wysokiego sklepienia. Kilka osób odwróciło się w naszą stronę, odpowiadając skinieniami. – Agnieszko, to jest moja genialna ekipa! Genialna ekipo, to jest moja Agnieszka! Pomachaliśmy sobie.

Po przedstawieniu rzucił torbę na krzesło i ruszył w głąb sali do grupki osób pochylonych nad aparaturą. Zaczął z nimi ożywioną dyskusję – wskazywał coś na schematach na holograficznym ekranie, zadawał pytania, słuchał odpowiedzi.

Patrzyłam na niego z dystansu – tu był w swoim żywiole. Zaangażowanie, pewność siebie, pasja – emanował tym wszystkim. Pociągał mnie niezwykle. Swobodnie poruszał się wśród skomplikowanych urządzeń – z szacunkiem, ale stanowczo oceniał pracę innych, pochylał się nad detalami, rzucał uwagi. Tu był liderem, mentorem i kolegą w jednym. Duma rozgrzewała mi serce.

Spojrzałam na odsunięty pulpit kontrolny. Jego szeroki, gładki blat usiany dyskretnie podświetlonymi panelami przypominał blat interaktywnego stołu. Usiadłam na krześle. W torbie znalazłam batoniki energetyczne. Szybko zjadłam jeden – dziękowałam mu w myślach za ten gest. Odłożyłam torbę na pulpit.

Im dłużej patrzyłam, tym bardziej obcy wydawał mi się ten świat. Ta skomplikowana maszyneria i gorączkowe przygotowania czyniły mnie eksponatem.

Podszedł do mnie w towarzystwie dwóch młodych kobiet i mężczyzny – wszyscy w laboratoryjnych kitlach. Cała czwórka promieniowała rozbawieniem.

– No, nareszcie! – pomyślałam, choć z lekką obawą przed gradem pytań.

– Aga, poznaj część mojej ekipy – wskazał na towarzyszy. – To jest doktor Ania, nasza specjalistka od systemów zasilania, obok niej inżynier Piotr, magik od oprogramowania sterującego, i Kasia, która czuwa nad bezpieczeństwem biologicznym naszych eksperymentów… i nad nami.

Uścisnęłam wyciągnięte dłonie, odpowiadając uprzejmymi uśmiechami. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, odezwał się Piotr z figlarnym błyskiem w oku. – A więc to jest ta słynna Agnieszka! Robert tyle o tobie opowiadał! Nasza osobista Marsjanka! Ania, specjalistka od zasilania, roześmiała się i dodała: – Piotrek, nie Marsjanka, tylko Czarodziejka z Księżyca! Przecież właśnie stamtąd wróciła, prawda? Pewnie przywiozła jakieś magiczne berło i walczy ze złem przy pomocy światła księżycowego!

Cała trójka wybuchnęła śmiechem, a Robert tylko uśmiechał się pobłażliwie, kręcąc głową. Rumieniec rozlał się po policzkach, ale uśmiechnęłam się szeroko. – Coś w tym jest – przyznałam. – Chociaż moje „magiczne berło” to raczej zaawansowany sekwenser DNA, a walka ze złem ograniczała się do walki z opornymi genami szpinaku.

Moja odpowiedź ich tylko rozzuchwaliła. Pytania posypały się lawiną – niemal równocześnie, zlewając się w jeden chaotyczny potok ciekawości.

– Ale jak tam naprawdę jest na Księżycu?

– Opowiadaj, czytałam, że widoki są niesamowite!

– A praca w bazie? Bardzo różni się od tej tutaj?

– Jakie są największe wyzwania? Pył? Niska grawitacja?

– Mówią, że jedzenie jest okropne, to prawda?

– A postęp w terraformacji? Jest jakaś szansa na atmosferę?

– Jaka jest przyszłość kolonii? Rozwija się?

– Czy spotkałaś tam kogoś sławnego? Albo dziwnego?

Uniosłam ręce w geście kapitulacji i roześmiałam się. – Hola, hola! Jedno pytanie naraz, jeśli łaska! – Słuchajcie, chętnie wszystko opowiem, ale może nie teraz. Macie ważny eksperyment. – Umówmy się tak: jak skończycie i znajdziecie chwilę, wyskoczymy na kawę albo na ten słynny „obiad regeneracyjny dla naukowców", o którym tyle słyszałam. Wtedy odpowiem na wszystkie pytania. Zgoda?

Odpowiedziały mi uśmiechy, kiwnięcia głowami i kilka jednoczesnych „jasne!".

– Ale… – zawiesiłam głos na moment, uśmiechając się. – Żebyście nie czekali z przesadną nadzieją na opowieści o kosmicznym raju, powiem wam szczerze: Księżyc jest strasznie przereklamowany.

Wokół zapadła cisza. Spojrzeli po sobie, a potem znów na mnie – z jeszcze większym zaciekawieniem.

W tej chwili, jakby na zamówienie, drzwi do hali otworzyły się z impetem. Szybkim krokiem wpadł młodszy technik, wyraźnie podniecony. – Uwaga! Uwaga wszyscy! Mamy denata! – Jego głos poniósł się echem po hali.

Fala euforii, oklasków, okrzyków i żartobliwych komentarzy przetoczyła się przez salę.

– No nareszcie! Już myśleliśmy, że się nie doczekamy!

– Dobrze, że nie kazał na siebie długo czekać, nasz mały bohater!

– Trafił idealnie, idealnie wyczuł moment – właśnie skończyliśmy kalibrować wszystko!

Chwilę później pojawiła się niewielka biała mysz.

Leżała nieruchomo na otwartej tacy – krucho, bezbronna. Niesiono ją jak boską relikwię ku centralnej części aparatury.

Skinął głową – twarz nabrała pełnego skupienia.

– Sprawdziłeś wszystkie parametry życiowe? – Jesteśmy pewni?

– Tak, szefie. Nasz mały bohater jest martwy. Zgon naturalny, wszystkie wskaźniki na zero.

Odwrócił się w stronę rozstawionych po sali stanowisk kontrolnych.

– Status gotowości!

– Sekcja energetyczna, gotowa! – donośny głos dobiegł zza potężnych kondensatorów.

– Moc generatorów na siedemdziesiąt pięć procent! – dobiegło zza kondensatorów.

– Sekcja biologiczna, status?

– Gotowa! Jerry spoczywa już w module wskrzeszania, wszystkie biosensory podpięte! – Kasia nadzorowała umieszczanie myszy w aparaturze przypominającej miniaturową komorę rezonansu.

– Systemy chłodzenia i stabilizacji pola? – spojrzał po sali.

– Wszystkie systemy chłodzenia w normie. Pole stabilizacyjne aktywne i gotowe!

– Sekcja kontroli i akwizycji danych, status?

– Wszystkie układy pomiarowe działają. Czekamy na sygnał! – Piotr siedział przed baterią monitorów.

Patrzyłam na to wszystko z fascynacją i lekkim niepokojem.

– Przepraszam cię na moment, kochanie – wskazał na krzesło przy pulpicie. – Potrzebuję teraz pełnego dostępu.

Szybko wstałam. Przesunął torbę w głąb pulpitu – miał pełny dostęp. Jego palce zawisły nad panelem inicjującym.

– Wszyscy gotowi?

– No to do dzieła! – W jego głosie zabrzmiała mieszanka naukowej pasji i adrenaliny.

– Zaczynamy odliczanie! Trzy… dwa… jeden… START!

Nacisnął przycisk.

Odwrócił się ku stanowiskom kontrolnym.

– Status gotowości!

Potwierdzenia spłynęły kolejno ze wszystkich sekcji.

Wszystko działało idealnie. Każdy parametr w normie. Mała biała mysz leżała spokojnie w module wskrzeszania.

Zapadła cisza. Potem laboratorium ożyło feerią laserowych wiązek – nad aparaturą powstała skomplikowana, świetlista siatka, jak sieć ulic widziana nocą z góry. Rozległ się narastający, wysoki szum. Nad platformą z myszką formowała się świetlista kopuła z promienistymi strunami energii. Jej jasność powoli wzrastała.

– Przekazuję pełną kontrolę do systemu! – Odsunął dłonie od panelu.

Oparł się wygodniej, wpatrując się w wskazania głównego wyświetlacza.

Wszystkie kluczowe wskaźniki świeciły uspokajającą zielenią.

Minuty płynęły w napięciu. System modulował przepływy energii. Świetlista kopuła nad myszą stawała się coraz intensywniejsza, pulsując delikatnym światłem. Nagle Piotr zmarszczył brwi.

– Szefie, mamy dziwne fluktuacje w odczytach sensorów bioenergetycznych wokół modułu. Minimalne, ale poza przewidywaną tolerancją. Pochylił się nad wyświetlaczem, marszcząc brwi.

– Widzę, skompensuj. Może jakieś zakłócenia w sieci energetycznej instytutu?

– Sprawdzam… Nie, sieć stabilna. To coś po naszej stronie… – Nerwowo stukał w klawiaturę.

Wskaźnik stabilności pola wokół modułu wskrzeszania zamigotał, barwa zmieniła się na bursztynową. Wibrujący szum narastał, nabierając metalicznego brzmienia.

– Co się dzieje?! – Ania podniosła głos, twarz napiętą.

– Zapotrzebowanie na moc skacze! System próbuje to wyrównać. Generatory wchodzą na niebezpiecznie wysokie stany!

– To niemożliwe! – Wpatrywał się w monitory, krople potu spływały mu po czole.

– Algorytmy powinny to kontrolować, Piotrek, co mówią logi?

– Nic, szefie! System działa nominalnie, ale odczyty szalone. Nie rozumiem tego!

Wskaźniki na konsoli głównej zmieniały kolor – jeden po drugim na czerwono. Świetlista kopuła nad myszką pulsowała niebezpiecznie. Cienkie struny energii skrzyły się, strzelając drobnymi wyładowaniami.

– Przeciążenie obwodów pierwotnych! – krzyknęła Kasia, cofając się od swojego stanowiska.

– Wyłączyć… Wyłączcie to! – Rąbnął dłonią w panel awaryjnego wyłącznika. Palce uderzyły w czerwoną osłonę – aktywował procedurę awaryjnego zatrzymania. Syntetyczny głos systemu ogłosił beznamiętnie: AUTOMATYCZNE ZAKOŃCZENIE PROCEDURY EKSPERYMENTALNEJ.

INICJOWANIE SEKWENCJI WYGASZANIA,

ale nic się nie zmieniło. Wskaźniki pięły się w górę, przerażający dźwięk wwiercał się w uszy.

– Nie reaguje! System nie odpowiada na polecenie wygaszenia! – wrzasnął Piotr, bezradnie waląc pięścią w konsolę. Z pulpitu przed nim strzelały oślepiające błyskawice, pełznąc po kablach i metalowych elementach. Ostry zapach spalenizny i ozonu wypełnił powietrze.

– Co jest, do cholery?! – Zbladł jak ściana. W oczach malowało się przerażenie i niezrozumienie. Jego precyzyjnie zaplanowany eksperyment, lata pracy, wymykały się spod kontroli – w sposób, którego nie pojmował.To nie był znany mu tryb awarii, żadna przewidziana komplikacja.

Nieregularne błyski oświetlały salę, rzucając na twarze upiorne cienie. Niektórzy krzyczeli, inni stali sparaliżowani strachem. Podbiegłam do niego i chwyciłam za ramię – jego ciało drżało pod moją dłonią.

– Co się dzieje?! Musimy stąd uciekać! 

Spojrzał na mnie. W jego oczach, oprócz strachu, dostrzegłam bezbrzeżną rozpacz.

– Aga… przepraszam! – krzyknął, próbując przekrzyczeć narastający huk.

– Ja… ja nie chciałem! To wszystko… to nie tak miało być! Kocham cię!

Nagle dobiegł głośny trzask – coś pękło pod ogromnym ciśnieniem. Torba rozpadła się na drobne kawałki. Z jej wnętrza wystrzelił słup czystego białego światła – prosto ku niestabilnie pulsującej kopule nad myszką. Jednocześnie czarny sześcian wypadł z rozerwanej torby i zajaśniał nienaturalnym blaskiem, lewitując tuż nad pulpitem.

Z jego gładkich ścian wystrzeliły smugi oślepiającej energii. Rozwidlały się gwałtownie, tworząc wokół sześcianu migotliwą koronę promieni – sieć czystej mocy oplatającą przestrzeń. Patrzyłam na to z przerażeniem. Na skórze czułam mrowienie naelektryzowanego powietrza, w nozdrzach zapach ozonu – jak po gwałtownej burzy. Po chwili potężniejsze promienie energii wyginały trajektorie, szukając po omacku połączenia z pulsującym sześcianem.

Pierwsze „zbłąkane" promienie dotknęły świetlistej aury sześcianu. Ten wchłonął je na moment – blask przygasł, by po ułamku sekundy eksplodować nową, jaśniejszą falą wyładowań. Rozpoczęła się przerażająco szybka sekwencja: sześcian na przemian emitował oślepiającą energię i absorbował kolejne, potężniejsze strumienie mocy. Powstało widoczne, pulsujące dodatnie sprzężenie zwrotne. Z każdą chwilą napędzało układ wymykający się spod kontroli – pchało go ku nieuchronnej katastrofie.

Pulsujący energią sześcian wchłonął na moment cały otaczający go chaos. Rozszalałe iskry elektryczne strzelały z niego we wszystkie strony – nagle zadrżały i cofnęły się, wciągane ku czarnej powierzchni. Ogłuszający szum aparatury przycichł na ułamek sekundy, ton zmienił się w dziwnie harmoniczny jęk – zanim znów narósł z nową siłą.

Poczułam, jak z sześcianu emanuje nienaturalny chłód, choć reszta laboratorium dusiła się od gorąca przegrzewających się maszyn. Przed oczami drobne pęknięcia na osmolonych kablach zasklepiały się na moment. Kłąb dymu unosił się nad zniszczonym elementem – nagle zawrócił i skłębił z powrotem ku źródłu.

To wszystko trwało zaledwie mgnienie oka. Po tym momencie „wchłonięcia" chaosu sześcian zadrżał konwulsyjnie – nasycony skradzioną energią, zmultiplikował niekontrolowane działanie układu eksperymentalnego. To nie było wzmocnienie chaosu – to było narzucenie mu nowego, przerażającego ładu.

W oślepiającym blasku otaczającym komorę wskrzeszenia stało się coś niemożliwego. Martwa mysz drgnęła. Po chwili stanęła niepewnie na łapkach i zaczęła nerwowo rozglądać się po świetlistym więzieniu. W laboratorium zapadła na moment grobowa cisza, przerywana tylko wciąż narastającym, złowieszczym szumem przeciążonej aparatury.

Myszka zaczęła się widocznie zmniejszać. Nie kurczyła się – proporcje ciała zmieniały się, stawała się coraz drobniejsza, ruchy bardziej nieporadne, młodniała z każdą sekundą. Po chwili została dziecięcym, niezdarnie pełzającym oseskiem. Chwilę później przekształciła się w maleńką, ślepą, pozbawioną sierści, różową grudkę noworodka, drgającą ledwo zauważalnie. Proces postępował z zastraszającą prędkością – noworodek zmienił się w pulsujący embrion, skurczył jeszcze bardziej i zniknął bez śladu, pozostawiając pustą, jasno świecącą platformę. Cały cykl życia, odwrócony i skompresowany do kilkunastu sekund koszmaru.

Nikt w laboratorium nie mógł wydobyć z siebie głosu. Patrzyłam jak zahipnotyzowana, z mieszaniną grozy i niedowierzania. To, co zobaczyłam, przekraczało wszelkie granice naukowego pojmowania.

Ten widok – ostateczna manifestacja niekontrolowanej siły igrającej z życiem i czasem – pchnął mnie do działania.

W samym środku tego energetycznego piekła mój wzrok spoczął na lewitującym sześcianie pulsującym niszczycielską energią. W tym samym ułamku sekundy rzuciliśmy się w jego stronę – kierowani jednym rozpaczliwym instynktem, potrzebą przerwania tego cyklku – wyciągając ręce. Nasze palce musnęły jego gładką, wibrującą powierzchnię niemal jednocześnie.

W tym momencie ze sześcianu wybuchła oślepiająca, biała poświata, tak intensywna, że pochłonęła wszystko. Dźwięk rozrywanego powietrza wypełnił moje uszy, a gwałtowny pęd wciągnął mnie w wir. Przez chwilę widziałam tylko czystą biel. Potem przestrzeń wokół mnie rozmyła się w kalejdoskopie pulsujących barw – fioletów, zieleni, błękitów i złotych iskier tańczących w nieskończonej spirali.

Mój umysł unosił się w eterycznej przestrzeni. Mijałam nieuchwytne, świetliste cienie – niektóre monumentalne jak posągi wykute w chmurach burzowych, inne splecione z mgły i żywicznych aromatów lasu. Nie posiadały kształtów – tylko wrażenia. Patrzyłam przez zasłonę mgły, jak moje wspomnienia migają wstecz – klatka po klatce, coraz szybciej – aż rozmyły się w jednolitym blasku.

Poczułam nagle lekkość – nie ulgę, lecz dziwną, bezwładną swobodę.

Koniec

Komentarze

Fakt, że warto czytać i komentować teksty innych, jeśli się chce, żeby ktoś czytał Twoje. Ale to nie znaczy, że skoro kilka fragmentów jest gotowych, zakazanym jest je wrzucić. 

Wrzucaj ile chcesz, to czy ludzie wejdą przeczytać zależy w dużej mierze od Twojej aktywności na forum. 

Rozumiem dobre chęci, ale d.pankovski nie wiem czy jako ktoś kto dodał dziesięć opowiadań, a od roku skomentował zaledwie dwadzieścia cztery teksty innych (a nawet mniej bo licznik liczy też Twoje), jest odpowiednim zwracać uwagę nowej osobie na forum, która dopiero się uczy, w taki, a nie inny sposób. Po co zniechęcać nowych użytkowników. Zachęcam do zastosowania własnej uwagi i czytania opowiadań innych.

Jak będę miał więcej czasu chętnie zajrzę do Twoich fragmentów TheGuru.

Pozdrawiam.

You cannot petition the Lord with prayer!

MichaelBullfinch

 

Masz rację. Nie powinienem wypowiadać się w tej kwestii – dlatego usunąłem komentarz.

Jeśli chodzi o moje konto, zwróć proszę uwagę, że między moimi aktywnościami na tym forum była dziesięciomiesięczna przerwa.

Masz jednak większe prawo zabierać głos w tej sprawie, więc grzecznie się wycofam.

Pozdrawiam i życzę spokojnego popołudnia.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Nie odbierz tego jak atak na Twoją osobę. Widzę, że zaczynasz czytać i komentować, super. Ja tylko nie chciałbym, żeby ktoś się zniechęcił przez takie wpisy. Porada, nie przytyk. O to postuluję. Dzięki.

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Teraz i ja muszę usunąć komentarz, bo wisi bez kontekstu ;-)

Dostaję tyle krytycznych uwag o tym jak piszę, że nie czuję się kompetentny by komentować twórczości innych.

Będę wdzięczny jeśli zajrzysz. Ciągle nie wiem, czy ta moja radosna twórczość to tylko próba zabicia wolnego czasu i wyrzucenia z siebie pewnych emocji bez większej wartości dla świata czy może ktoś, coś z tego dla siebie znajdzie i miło spędzi czas czytając.

 

 

Nowa Fantastyka