w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34291
w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34291
Nuciłam pod nosem, krzątając się po kuchni. Przez ciało przepływała rześkość. Wczorajsze wyczerpanie ulotniło się wraz z ostatnim snem.
Z sypialni dobiegło przeciągłe ziewnięcie i ciche przekleństwo. Odczekawszy chwilę, stanął w progu. Mrużył oczy w ostrym, porannym słońcu.
– O, śpiący książę wreszcie wstał!
Podszedł i objął mnie w talii, przyciągając do siebie.
– Dzień dobry, ty mój ranny ptaszku – mruknął. Złączył nasze usta w długim, leniwym pocałunku.
– Dobrze spałaś? Talerzyk z przekąskami świeci pustkami. Dopadł cię wilczy apetyt?
Wtuliłam się w niego ze śmiechem.
– Noc upłynęła wspaniale. Czuję się, jakbym spała tydzień – dawno nie miałam tyle energii. Mój żołądek nadrabia księżycowe zaległości – puściłam mu oko.
– Tryskam energią. Czas podbić nowy, ziemski dzień!
Zaczęliśmy przygotowywać śniadanie. W lodówce straszyły tylko resztki wędliny i samotny twarożek.
– Skoczę na dół do piekarni i zieleniaka, zajmie mi to ledwie chwilę – zaproponowałam.
Uśmiechnął się pod nosem i nastawił ekspres.
– Kochanie, zapominasz o epoce, w której żyjemy. Po co wychodzić, skoro cywilizacja może przyjść do nas? Oszczędzaj energię! – rzucił, podszedłszy do terminala ukrytego we wnęce kuchennej ściany. Kilkoma szybkimi dotknięciami ekranu złożył zamówienie.
– Chrupiące bułeczki z ulubionej piekarni za rogiem i świeże warzywa z zieleniaka. Powinny dotrzeć… o, właśnie dotarły. Nie zdążyliśmy nawet zaparzyć kawy, gdy dyskretny sygnał z terminala ogłosił: „Przesyłka z piekarni „Złoty Kłos” i zieleniaka „Pomidorek” czeka na odbiór w module „Geodukt”. Klapa w ścianie przesunęła się bezszelestnie, wydając kuferek.
– Niesamowite. – Poczułam dziecięcy zachwyt. – Ale patrząc na te udogodnienia, od razu przychodzi mi do głowy ten nieszczęsny „syndrom Sagana”. Jeszcze trochę, a ludzkość zatraci umiejętność chodzenia. Parsknął śmiechem i nalał kawę do kubków.
– Oj, nam to chyba nie grozi, kochanie. Oboje ruszamy się wystarczająco dużo. A Geodukt? Genialna oszczędność czasu – możemy go spożytkować na… ciekawsze rzeczy.
Puścił mi oko i podał kubek z parującą kawą.
Prosty posiłek smakował wybornie, znad kubka unosiła się głęboka woń świeżych ziaren. Wypełniała nas leniwa, ciepła bliskość, nasycona niedopowiedzeniami i wspomnieniem wczorajszego wieczoru.
– No dobrze – rzuciłam, odstawiwszy kubek. – Na którą godzinę zaplanowałeś ten eksperyment z myszką? Muszę się psychicznie przygotować na spotkanie z twoimi generatorami. Spojrzał na zegarek.
– Zbieramy się do instytutu koło południa. Dysponujemy jeszcze wolną chwilą.
– Idealnie. Dysponujemy jeszcze chwilą na… porządny prysznic. Chyba że ty widzisz inne zastosowanie dla tej „chwilki"? – mrugnęłam filuternie. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu.
– Prysznic brzmi doskonale…
Wyszliśmy chwilę później, spowici kłębami pary – tym razem łagodniejszej niż poprzednio. Kąpiel orzeźwiła skórę, zmyła resztki snu i napełniła nas energią na nadchodzący dzień. Wymieniwszy kilka cichych żartów, podawaliśmy sobie ręczniki, osuszając nawzajem swoje ciała. Każdy dotyk przypominał długie miesiące rozłąki – i jednoczył ponownie, prosto, w leniwych rytuałach codzienności.
Przeszliśmy do sypialni. Słońce wlewało się przez okno śmielej niż przed chwilą.
– Lepiej ubierz się cieplej. W laboratorium klimatyzacja chodzi dość intensywnie.
Wybrałam eleganckie lniane spodnie o piaskowej barwie oraz dopasowany żakiet z tego samego materiału. Pod spód włożyłam prosty biały top. Sięgnął po ciemne dżinsy i koszulę z długim rękawem utrzymaną w podobnej tonacji. Na wierzch zarzucił lekką, sportową marynarkę. Ubieraliśmy się powoli, łapiąc się wzrokiem w lustrze, rzucając uwagi o naszych wyborach.
– Zamówię transport – mruknął, aktywując ekran. Przebiegłszy palcami po interfejsie, przejrzał listę usług i wybrał „Transport na żądanie”.– Taksówka do pracy – rzucił do mikrofonu.
Na ekranie pojawiła się informacja zwrotna, a syntetyczny głos odpowiedział : – Przyjęto. Autonomiczny pojazd klasy standardowej zarezerwowany. Szacowany czas przybycia: dziesięć minut. Cel podróży: Instytut Kontinuum Czasoprzestrzennego. Potwierdzasz?
– Tak – rzucił krótko.
Ożywił się wyraźnie; wizja dnia w Instytucie wyraźnie go nakręcała.
Zatrzymał się tuż przed progiem, zablokował mi przejście. Jego usta wykrzywił zagadkowy uśmieszek.
– Wychodzisz dzisiaj z domu czy zamierzasz tu zapuścić korzenie i pełnić wartę przy progu? – zawołałam.
Oparł się nonszalancko o framugę. Uśmiech rozciągał mu usta coraz szerzej. – Widzisz, kochanie, nie mogę pozwolić, byś wyszła bez swojej życiowej szansy. Myślę o twojej przyszłości!
Zamarłam, próbując rozszyfrować tę zagadkę. On jedynie uniósł brwi, kierując wymowne spojrzenie w stronę salonu. Podążyłam wzrokiem za tym gestem. Na stoliku lśnił mój „Kujawianit". Wszystko wskoczyło na swoje miejsce.
– O rany! No oczywiście! – Zakrywszy usta dłonią, wybuchnęłam głośnym śmiechem. – Wyszłabym bez niego! Planuję podbój Układu Słonecznego, a zostawiam najważniejszy element na meblach!
Ujęłam sześcian, wsunęłam go do jego torby. – Dobrze, że czuwasz, mój prywatny systemie przypominania o epokowych odkryciach. Uratowałeś honor przyszłej noblistki! – Puściłam mu oko.
– Cała przyjemność po mojej stronie, madame Curie. Taksówka czeka. Wyruszamy zmieniać świat?
– Instytut zapewne tętni już życiem – mruknął, zwracając się bardziej do siebie niż do mnie. – Drużyny studentów i techników od samego rana kalibrują urządzenia, sprawdzają wszystkie połączenia przed testem. Precyzja stanowi tu fundament, wiesz, każde mikrodrgnienie, każdy szum w elektronice potrafi zafałszować wyniki…
Nie dokończył. Wybuchnęłam śmiechem – osoby na mijanym przystanku odwróciły się za nami. Spojrzał na mnie zdziwiony, wybity z rytmu.
– Co… co cię tak rozbawiło? – Uniósł brwi. – Moje dywagacje o kalibracji sprzętu wywołują u ciebie taką wesołość?
Próbowałam coś powiedzieć, ale śmiech dusił mi gardło. Otarłszy łzy z kącików oczu, wydusiłam wreszcie: – Nie, nie to! Przepraszam! To przez twoje słowa o „drużynach”. W pamięci odżyło wspomnienie z Księżyca. Tłum dwóch tysięcy osób, tryskających energią i młodością, po prostu wymagał ujścia dla tych sił. Powstały nieformalne ligi sportowe!
– Ligi sportowe? Na Księżycu? – uniósł brwi.
– No pewnie! I to z jakim rozmachem! Barwy „Genetycznych Mutantów" reprezentowaliśmy my – biolodzy i genetycy. – Rywalizowaliśmy z „Krzemowymi Głowami” od informatyków, „Regolitowymi Kretami” z sekcji górniczej, no i oczywiście z twoimi ulubieńcami – "Technicznymi Tytanami”!
Oparłam się wygodniej, śmiech wciąż wibrował we mnie. – Jedna z dyscyplin? „Skok paraboliczny do celu". Na zewnątrz bazy. W próżni.
– Wyobraź sobie skoczka dzierżącego ultralekką tyczkę. Bierze rozbieg… W niskiej grawitacji jego ruch przypomina serię eleganckich, długich susów… Wybija się, szybuje nad poprzeczką zawieszoną na absurdalnych czterdziestu metrach… I teraz klucz: punkty dostaje za wysokość i odległość – ale tylko jeśli trafi do celu. Zawodnik sam wybiera wysokość poprzeczki i dystans skoku. Celem jest sprężysta siatka rozpięta sto kilkadziesiąt metrów dalej. Jeśli trafi, zdobywa punkty za wysokość, odległość i celność. Ale jeśli coś źle obliczył… albo po prostu pech go dopadł i nie doleciał do siatki… sędziowie zdalnie napełniali jego kombinezon powietrzem dla ochrony przed kontuzją – nieszczęśnik spadał niczym wielka, odbijająca się od gruntu piłka. Komentatorzy transmitujący zawody do wewnętrznej sieci bazy darli się do mikrofonów: „Uwaga! Bomba ciągle skacze! Trwa niekontrolowane spadanie! A sędziowie na quadach gonili tego „skoczka-piłeczkę" po całej okolicy! Do dziś nie wiem, kto śmiał się głośniej – kibice czy sędziowie.
– „Bomba ciągle skacze”! Genialne! Pewnie pękaliście ze śmiechu.
– To prawda. Chociaż teoretycznie wygrywał ten, kto skoczył najwyżej, najdalej i trafił precyzyjnie do celu, to serca kibiców i tak skradły te nieszczęsne „skaczące bomby". Najzabawniejsza sytuacja obnażyła też lukę w regulaminie. Wyobraź sobie: zawodnik, zaliczywszy kilkanaście przypadkowych odbić – niczym kulka we flipperze – ostatecznie wpadł idealnie w siatkę! Regulamin okazał się bezsilny. Sędziowie przez godzinę drapali się po hełmach: uznać skok za ważny? – A jeśli tak – którą wartość wpisać do protokołu? Tę w linii prostej od startu do siatki? Czy sumę wszystkich jego komicznych podskoków?
– Gniewosz Bombowy momentalnie zyskał sławę w całej bazie. Przez kolejny miesiąc królował w memach. Ciekawe, czy wasze myszki w laboratorium też uprawiają jakieś dyscypliny sportowe.
– Na razie ograniczają się do biegania w kołowrotku. – Uśmiechnął się.
Śmiech poranka powoli cichł, ustępując narastającemu napięciu przed laboratorium.
Taksówka bezszelestnie podjechała pod sam portal wejściowy Instytutu.
Otworzył drzwi po mojej stronie – przeciąg uderzył mnie w twarz. Zachwiałam się przy wysiadaniu.
Ścisnęłam jego dłoń – instynktownie, szukając oparcia.
Podmuch rozrzucił moje pasma; chwyciłam je dłonią, gdy loki zaczęły smagać mnie po policzkach.
Ten sam wiatr niósł głuchy łopot. Podniosłam głowę. Na masztach przed budynkiem łopotały dwie flagi – polska i Unii Europejskiej – strzelały niczym napięte żagle, dumnie prezentując barwy na tle surowej fasady.
Elewację cięły kanciaste, futurystyczne litery:
Instytut Kontinuum Czasoprzestrzennego.
Poniżej, w polerowanym kamieniu
NIC NIE JEST OSTATECZNE
Mijając sterylne korytarze, dotarliśmy do podwójnych śluz z wizjerem. Przystawił twarz do czytnika tęczówki. Blokada puściła, drzwi stanęły otworem.
Wsunął na ramiona biały kitel, mnie podał zielony z nadrukiem: GOŚĆ.
Wkroczyliśmy w przestrzeń bardziej przypominającą hangar niż laboratorium. Półmrok rozcinały snopy projektorów i migoczące linie laserów, szatkując powietrze. Metalowe rusztowania, sploty kabli grubszych od ramienia, rzędy monitorów zalane kaskadami danych i wykresów. W nozdrza uderzył ozon i swąd rozgrzanej elektroniki. Kilkanaście osób krążyło między stanowiskami, regulując aparaturę.
– Komora Wskrzeszenia – wskazał potężny ikosaedr opleciony cylindrami i splotami przewodów.
Rozpromieniony, rzucił szybki gest w stronę zespołu.
– Witaj, ekipo! – Powitanie uderzyło o wysokie sklepienie, wracając echem. Dostrzegłam kilka twarzy; uniosły wzrok znad aparatury, kwitując nasze wejście skinieniem.
– Agnieszko, moja genialna ekipa. Ekipo, to moja Agnieszka. – Odmachnęłam im nieśmiało.
Cisnął torbę na krzesło i dopadł do grupy pochylonej nad pulpitami. Natychmiast wsiąkł w dyskusję. Widziałam, jak tnie dłonią powietrze nad holograficznymi schematami, rzuca pytania, chłonie raporty.
Obserwowałam go z boku. Tutaj, w swoim żywiole, panował nad chaosem. Eksplodował pewnością siebie i pasją. Mijając skomplikowane urządzenia, punktował detale i krótko kwitował postępy zespołu. Lider i mentor w jednym ciele. Uwielbiałam go w tym wydaniu – pewnego siebie, władczego, niemal stapiającego się z maszynerią
Mój wzrok spoczął na pulpicie. Lśnił od podświetlonych paneli. Położyłam na nim torbę i opadłam na krzesło.
Z każdą chwilą ten świat stawał się coraz bardziej obcy. Niezrozumiały. Skomplikowana maszyneria i ten gorączkowy pośpiech spychały mnie do roli eksponatu. Zbędnego elementu.
Ruszył ku mnie, prowadząc dwie młode kobiety i mężczyznę. Szli pewnie, sypiąc żartami, rozbawieni moją obecnością.
– Poznaj ekipę. Doktor Ania, mózg zasilania. Piotr, magik od kodu. I Kasia – czuwa nad biologią eksperymentu… i naszym życiem.
Skwitowałam uściski dłoni zdawkowym uśmiechem.
– A więc to ta słynna Marsjanka! – Piotr wypalił pierwszy, mrużąc oczy.
Ania parsknęła: – Raczej Czarodziejka z Księżyca. Gdzie ukryłaś magiczne berło? Walczysz ze złem blaskiem lunarnym?
Wybuchnęli śmiechem. Robert, kręcąc głową, tylko przyglądał się ich rozbawieniu.
Podjęłam grę. – Prawie. Tyle że berło to sekwenser DNA, a zamiast potworów miałam oporne geny szpinaku.
Moja riposta tylko ich nakręciła. Pytania uderzyły lawiną.
– Jak tam jest? – Widoki serio niesamowite? – A baza? Bardzo inna? – Pył? Niska grawitacja? – Żarcie naprawdę takie podłe? – Kolonia rośnie? – Spotkałaś kogoś sławnego?
Uniosłam ręce, stopując ten atak. – Hola! Jedno naraz!
– Opowiem wszystko, ale po robocie. Czeka was eksperyment. Kawa albo obiad regeneracyjny po wszystkim i jestem wasza. Zgoda?
Skwitowali to uśmiechami, chóralnym „jasne!” i potakiwaniem.
– Ale… – Zawiesiłam głos, mrużąc oczy. – Nie liczcie na bajki o kosmicznym raju. Szczerze? Księżyc to straszna lipa.
Wymienili spojrzenia, wlepiając we mnie zaciekawiony wzrok.
Huknęły drzwi. Do hali wpadł młody technik, zdyszany, z wypiekami na twarzy.
– Uwaga! Mamy denata! – Krzyk przeciął halę.
Sala eksplodowała. Oklaski, okrzyki, lawina radosnych komentarzy.
– Nareszcie! – W samą porę! – Dobry chłopak, wyczuł moment!
Mała, biała mysz pod przezroczystym kloszem. Nieruchoma relikwia niesiona ku sercu maszynerii.
Twarz Roberta stężała. Skupiony, wskazał na krzesło. – Wybacz, kochanie. Potrzebuję miejsca.
Dopadłszy do konsoli, odsunął w głąb torbę. Palce zawisły nad przyciskami.
– Status biologiczny?
– Martwy. Zgon naturalny, zero na każdym czujniku.
Omiótł wzrokiem stanowiska. – Gotowość? Do dzieła! – Głos mu drżał, naładowany adrenaliną.
– Trzy… dwa… jeden… START! – Uderzył w panel.
– Raport!
– Energetyka gotowa! – wyrzucił technik. – Generatory na siedemdziesiąt pięć procent!
– Biologia?
– Gotowość! Jerry w module, sensory online.
– Skanowanie?
– Topologia mitochondrialna zmapowana. Gradienty zapisane. Projekcja holograficzna zgodna z horyzontem. Obraz początkowy kompletny.
– Chłodzenie i stabilizacja?
– Chłodzenie w normie. Pole stabilizacyjne aktywne.
– Kontrola i akwizycja?
– Układy pomiarowe w trybie. Czekamy na sygnał.
Obserwowałam ten spektakl, czując chłód na karku. Zerknął na mnie. Oczy mu płonęły.
– Stabilizacja osobliwości! – wykrzyknął Piotr. – Węzły topologiczne pola aktywne. Krzywizna Ricciego stabilna. Masa osobliwości w normie.
– Sprzężenie z polem kwantowym?
– Fluktuacje próżni zsynchronizowane. Tensor energii-pędu w równowadze, masa stabilna.
– Soczewki grawitacyjne zsynchronizowane. Stan przedgeometryczny stabilny.
– Przedgeometrycznego? – szepnęłam.
– Nie mierzymy odległości. Czytamy czystą informację przed jej dekoherencją w czasoprzestrzeń.
– Bufor obliczeniowy?
– W normie! – Technik skinął ku ekranowi. Czerwona linia pulsowała.
– Dylatacja relatywistyczna – inicjacja.
– Sonda pomiarowa przy horyzoncie. Wchodzimy w reżim szybkiego mieszania informacji. Czas scramblingu spada. Horyzont wchodzi w reżim krótkiego czasu Lyapunowa.
– Współczynnik gamma rośnie. – Dyferencjał temporalny rośnie – wyliczał Piotr.
– A energia? – zapytałam zafascynowana procesem. – Skąd organizm bierze energię na odtworzenie gradientów jonowych? Potrzebuje potencjału chemicznego. ATP.
Technik rzucił przez ramię:
– Ekstrakcja Penrose'a. Wykorzystujemy rotację osobliwości. Energia zakrzywienia czasoprzestrzeni zasila wiązania chemiczne.
– Czyli… – zmrużyłam oczy.
– Lokalny spadek entropii w komorze. Koszt przenoszony na horyzont. Ciało odzyskuje porządek, ale… – wskazał na monitor. Czarne linie cięły białe tło pionowymi skokami. – Entropia horyzontu szaleje. Osobliwości tyją.
– Ile mamy zapasu?
– Przy obecnym tempie? – Trzy minuty do saturacji granicy Bekensteina.
– Wystarczy. Synchronizacja!
Zdrętwiałam. Trzy minuty. Otworzyłam usta, by spytać o ryzyko, lecz już mnie nie widział. Odcięty od świata, zimny, dowódczy.
– Poziomy bezpieczeństwa w krytycznych elementach? – Głos był twardy, nieznoszący sprzeciwu. – Raporty o zagrożeniach!
– Naruszenie sygnatury metryki – odparł ktoś beznamiętnie. – Fluktuacja sygnatury w komorze. Czasoprzestrzeń zmienia charakter z czasopodobnej na przestrzenną.
– Przeciek fononowy! Drgania sieci krystalicznej rozbijają koherencję.
– To znaczy? – Głos mi drżał.
– Przyczyna i skutek tracą powiązanie.
– Lokalne odchylenie od niezmienniczości Lorentza! Reżim niestabilny!
– Nie rozumiem. – Szczęka mi drżała. – Co to znaczy?
Zerknął na mnie przelotnie. – Funkcja falowa ulega fragmentacji. Mysz traci spójność stanu.
– Bez stabilnej dylatacji mysz rozpadnie się w chmurę kwantów – wtrącił Piotr. – Fluktuacje pod progiem krytycznym. System kompensuje.
Robert nie zwalniał. Palce tańczyły nad panelem. Mięsień na jego szczęce pulsował z wysiłku.
– Naga osobliwość? Status! – mruknął, wpatrzony w wykresy.
– Ryzyko standardowe. Węzły topologiczne pod kontrolą, horyzont trzyma. Prawdopodobieństwo odsłonięcia: pomijalne.
Technik rzucił mi krótkie spojrzenie.
– Utrata więzów topologicznych oznacza zniknięcie horyzontu. Zostanie punkt o nieskończonej gęstości. Bez ochrony.
– Promieniowanie? – szepnęłam, instynktownie cofając się o pół kroku.
– Gamma. Instytut wyparuje w nanosekundę. – Zastukał palcami w grubą taflę dzielącą nas od komory. Odpowiedział głuchy, pancerny pogłos.
– Płaszcz z ołowiu. Na drobne fluktuacje. Dlatego tam stoisz.
Zdrętwiałam, wpatrzona w szybę. Cienka bariera przed nicością. Próbowałam się uśmiechnąć, ale usta odmówiły posłuszeństwa.
Chłód przebiegł mi po plecach. Nie żartowali.
– To fizyka, Aga – Robert rzucił cicho. Zero strachu, sama determinacja.
– Nie zostawiamy niczego przypadkowi. Trzy systemy awaryjne zduszą reakcję, zanim horyzont drgnie. Nic ci nie grozi.
Przycisnął palec do panelu. – Inicjacja Gromu Plancka.
Liczby na ekranach zaczęły szaleć. Gęstość Informacji zbliżyła się do czerwonej strefy.
Główny panel wyświetlił powidoki rzeczywistości. Przenikały się, niczym warstwy przezroczystej folii – aż wszystkie nałożyły się na siebie.
– Rozdzielczość czasowa na limicie Plancka – oznajmił Piotr. – Wszystkie linie czasu dostępne. Bariera Everetta – zniesiona.
– Uwaga! – krzyknął. – Saturacja granicy Bekensteina! Dekoherencja zanika!
– Stabilizuj! – Głos Roberta ciął chaos.
– Próbuję! Niezmienniczość Lorentza fluktuuje! Dylatacja niestabilna!
Patrzyłam na komorę. Wnętrze dygotało, rwąc kontury przedmiotów. Światło kuło w oczy nienaturalnym załamaniem. Na monitorze kontrolka „Strumień Entropii" wskazała wartość ujemną.
– Mysz! – Wskazałam drżącym palcem.
Gryzoń na stole drgnął. Klatka piersiowa wessała powietrze.
– Interferencja konstruktywna potwierdzona. – Technik wyrzucił z siebie meldunek drżącym głosem. – Amplituda stanu żywego dominuje.
– Entropia? – Wbiłam wzrok w główny monitor.
– Spada. Ale promieniowanie Hawkinga szybuje! Horyzont traci energię! – Technik wskazał na wykres. Czarna linia przebiła czerwoną strefę.
– Za szybko. Płacimy wysoką cenę – krzyknął Piotr.
– Jeszcze moment! – powiedział Robert. – Algorytm szuka kompromisu.
– Jakiego kompromisu? – Szarpnęłam go za kitel.
– Szukamy historii najmniej bolesnej dla rzeczywistości – nie odrywał wzroku od danych. – Stacjonarne działanie, minimalny koszt entropii, maksymalna koherencja. Jeden pasujący klucz.
– A jeśli żaden nie pasuje?
– Mysz pozostanie martwa. System przerwie proces.
Staliśmy obok maszyny zdolnej wymazać nas z istnienia. I patrzyliśmy na mysz… odzyskującą życie na moich oczach.
Wskaźnik „Gęstość Informacji na horyzoncie" mignął na czerwono. Komora zahuczała podprogowym dźwiękiem, wibrującym prosto w szpiku.
– Mamy to! – Piotr wyrzucił z siebie szept pełen ulgi. – Front koherencji ustabilizowany. Stan żywy przejmuje układ.
Mysz otworzyła oczy.
A wskaźnik entropii osobliwości zapłonął czerwienią.
– Bilans czysty – mruknął Robert, wbity wzrokiem w dane. – Ale zaciągnęliśmy dług.
– Udało ci się! – Wypuściłam powietrze z płuc, oszołomiona.
Napięcie zelżało, choć powietrze wciąż wibrowało. Ekipa zamarła, śledząc ruchy Jerry'ego. Mysz badała nową rzeczywistość drżącymi wąsami.
Euforię rozbił suchy trzask. Potem drugi, głośniejszy. Zza pulpitu Roberta wytrysnął opalizujący promień. W nozdrza uderzył swąd palonej skóry. Eksplodująca torba zasypała laboratorium deszczem skrawków.
Kolejne smugi błądziły po sali, omiatając aparaturę. Wyładowanie znalazło drogę do generatora i zgasło. Gwałtowny wystrzał uderzył w drugi generator. Urządzenia odpowiedziały własnymi łukami. Wstęgi energii splotły się nad sześcianem. Wessał je łapczywie, by po ułamku sekundy wyrzucić potężniejsze baty światła. Oplotły maszynerię, wracając do centrum zwielokrotnione.
Zieleń na pulpicie zgasła, ustępując ostrzegawczemu bursztynowi.
Energetyczny łuk pękł gwałtownie, opasując sześcian migotliwą koroną.
Powietrze naelektryzowało się, mrowiąc skórę. Ozon dławił.
Wyładowania uderzyły w aurę sześcianu. Urządzenie, zassawszy energię, przygasło na mgnienie oka, by eksplodować nową, oślepiającą falą.
Sześcian pulsował. Błysk. Ciemność. Błysk. Zachłannie oddychał energią laboratorium. Z każdym cyklem coraz zachłanniej.
Dodatnie sprzężenie zwrotne. Układ, karmiąc się własną mocą, pędził ku krawędzi.
– W y ł ą c z… – Komenda ugrzęzła. Dźwięk stracił barwę. Słowa pełzły przez halę. Każda głoska wymagała sekund, by dotrzeć do uszu załogi.
Technik pchnął ramię naprzód. Jego korpus zastygł, ramię przypominało elastyczną protezę, palce nienaturalnie wydłużone, sunęły ku przyciskowi.
Mięśnie dygotały pod skórą, twarz stężała w grymasie. Czerwony grzybek oddalał się. Każdy milimetr drogi trwał.
Fala fluktuacji przeszła. Geometria odzyskała sztywność. Przestrzeń między dłonią a przyciskiem zniknęła w mgnieniu oka. Ramię technika wystrzeliło naprzód z nienaturalną prędkością. Dłoń z impetem uderzyła. Plastik pękł, metalowe styki zwarły się ostatecznie.
AUTOMATYCZNE ZAKOŃCZENIE PROCEDURY.
INICJOWANIE SEKWENCJI WYGASZANIA.
Mrok zapadł natychmiast, dławiąc lasery i buczenie maszyn. Wentylatory spowalniały. Halę zalał trupi, bursztynowy blask lamp ewakuacyjnych.
Przerażenie nie zdążyło opaść.
Błękitna poświata przetrwała. Gęstniała, mutując w oślepiający fiolet.
Sześcian pulsował obcym rytmem. Zerwawszy smycz aparatury, proces uniezależnił się od konsol. Karmił się własną entropią.
Fioletowe bicze energii chłostały laboratorium.
Sześcian ział nienaturalnym chłodem. Reszta hali dusiła się gorącem.
Wyrzucony kłąb dymu, zawróciwszy w powietrzu, wessało z powrotem do przetopionej izolacji. Szczeliny na osmolonych kablach zrosły się gwałtownie.
Oślepiające smugi cięły przestrzeń, prześwietlały ciała. Na ścianach wykwitł teatr cieni: szkielety w groteskowych pozach. Widziałam własne pulsujące serce.
Mysz nikła w oczach. To nie było zwykłe kurczenie – proporcje ciała zmieniały się, stawała się coraz drobniejsza.
Noworodek.
Embrion.
Punkt.
Nic.
Cykl życia, zwinięty brutalnie w kilkunastosekundowy koszmar.
Cisza dławiła halę. Trwałam w bezruchu, niezdolna do mrugnięcia, śledząc ten biologiczny regres. Rozum kapitulował. To przekraczało granice naukowego pojmowania.
– Aga, uciekaj! – krzyknął, przekrzykując huk.
Rzuciłam się ku wyjściu. Zdrętwiałam. Tuż przed moją twarzą wyrosły plecy rudej kobiety w zielonym kitlu.
– Przepraszam, muszę… – Chciałam ją wyminąć, lecz ona powtórzyła mój ruch. Zablokowała przejście.
Szarpnęłam głową w bok. Zrobiła to samo. Idealnie, w tej samej chwili.
– Metryka Minkowskiego pęka! – wrzasnął Piotr.
– Czujniki nie rejestrują zmian! – zaprzeczył młody praktykant, blady jak ściana.
– Bo same są w tej metryce! Spójrzcie na ściany!
Beton upłynnił się, falował. Konsole puchły i kurczyły się. Czasoprzestrzeń traciła sztywność.
Mrugnęłam gwałtownie. Odwróciłam się, pewna, że to halucynacja.
W samym centrum chaosu lewitował sześcian. Pulsował czystą destrukcją.
W tym samym ułamku sekundy skoczyliśmy ku niemu. Wyciągnęłam ręce, gnana czystym, zwierzęcym instynktem przetrwania. Nasze dłonie, dopadłszy do celu, uderzyły w gładką, wibrującą powierzchnię. Równocześnie.
Sześcian eksplodował bielą. Absolutną, pożerającą wszystko. Skowyt rozrywanej czasoprzestrzeni ogłuszył mnie, a gwałtowny pęd, nie znając oporu, wciągnął moje ciało w próżnię. Trwałam w oślepiającej nicości. Chwilę później, rozbiwszy biel na atomy, przestrzeń eksplodowała kalejdoskopem barw. Fiolety i złote iskry wirowały w nieskończonej spirali, drwiąc z geometrii.
Dryfowałam w eterycznej próżni. Mijałam świetliste cienie – jedne monumentalne, wykute w burzowych chmurach, inne utkane z mgły i żywicznych aromatów lasu.
Pozbawione form, istniały jako czyste wrażenia. Wspomnienia migały mi przed oczami. Wstecz. Klatka po klatce. Przyspieszały, aż zlały się w jednolity, oślepiający blask.
Lekkość. Bezwładność. Swoboda.
Fakt, że warto czytać i komentować teksty innych, jeśli się chce, żeby ktoś czytał Twoje. Ale to nie znaczy, że skoro kilka fragmentów jest gotowych, zakazanym jest je wrzucić.
Wrzucaj ile chcesz, to czy ludzie wejdą przeczytać zależy w dużej mierze od Twojej aktywności na forum.
Rozumiem dobre chęci, ale d.pankovski nie wiem czy jako ktoś kto dodał dziesięć opowiadań, a od roku skomentował zaledwie dwadzieścia cztery teksty innych (a nawet mniej bo licznik liczy też Twoje), jest odpowiednim zwracać uwagę nowej osobie na forum, która dopiero się uczy, w taki, a nie inny sposób. Po co zniechęcać nowych użytkowników. Zachęcam do zastosowania własnej uwagi i czytania opowiadań innych.
Jak będę miał więcej czasu chętnie zajrzę do Twoich fragmentów TheGuru.
Pozdrawiam.
You cannot petition the Lord with prayer!
MichaelBullfinch
Masz rację. Nie powinienem wypowiadać się w tej kwestii – dlatego usunąłem komentarz.
Jeśli chodzi o moje konto, zwróć proszę uwagę, że między moimi aktywnościami na tym forum była dziesięciomiesięczna przerwa.
Masz jednak większe prawo zabierać głos w tej sprawie, więc grzecznie się wycofam.
Pozdrawiam i życzę spokojnego popołudnia.
https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta
Nie odbierz tego jak atak na Twoją osobę. Widzę, że zaczynasz czytać i komentować, super. Ja tylko nie chciałbym, żeby ktoś się zniechęcił przez takie wpisy. Porada, nie przytyk. O to postuluję. Dzięki.
Pozdrawiam!
You cannot petition the Lord with prayer!
Teraz i ja muszę usunąć komentarz, bo wisi bez kontekstu ;-)
Dostaję tyle krytycznych uwag o tym jak piszę, że nie czuję się kompetentny by komentować twórczości innych.
Będę wdzięczny jeśli zajrzysz. Ciągle nie wiem, czy ta moja radosna twórczość to tylko próba zabicia wolnego czasu i wyrzucenia z siebie pewnych emocji bez większej wartości dla świata czy może ktoś, coś z tego dla siebie znajdzie i miło spędzi czas czytając.