- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. W laboratorium.

Cuiavia. W laboratorium.

poprzednia część: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34291

Oceny

Cuiavia. W laboratorium.

Nuciła pod nosem, krzątając się po kuchni. Czuła się zaskakująco rześko, jakby wczorajsze wyczerpanie okazało się tylko złym wspomnieniem. Usłyszała z sypialni przeciągłe ziewnięcie i ciche przekleństwo, a po chwili zobaczyła go w progu. Wyglądał na kompletnie zaspanego; mrużył oczy przed ostrym, porannym słońcem.

– O, śpiący książę wreszcie wstał! – zawołała wesoło.

Podszedł do niej i objął ją w talii, przyciągając do siebie. 

– Dzień dobry, ty mój ranny ptaszku – mruknął, składając na jej ustach długi, poranny pocałunek. – Jak minęła noc? Bo widzę, że talerzyk z przekąskami przy łóżku jest podejrzanie pusty. Chyba miałaś wilczy apetyt. Zaśmiała się, wtulając się w niego na chwilę. 

– Noc minęła wspaniale! Obudziłam się tak zregenerowana, jakbym spała tydzień. Pełna sił i energii! A przekąski? Cóż, mój żołądek najwyraźniej nadrabia księżycowe zaległości – puściła do niego oko. – Czuję się naprawdę świetnie. Gotowa na nowy, ziemski dzień!

Zaczęli wspólnie przygotowywać śniadanie. Otworzyła lodówkę, lustrując jej zawartość. – Mamy twarożek, jakieś resztki wędliny… ale przydałoby się świeże pieczywo i może jakieś warzywa. Skoczę na dół do piekarni i zieleniaka, to tylko chwila. Uśmiechnął się pod nosem, nastawiając ekspres na kawę.

– Kochanie, zapominasz, w jakich czasach żyjemy. Po co wychodzić, skoro cywilizacja może przyjść do nas? Oszczędzaj energię! – Podszedł do niewielkiego terminala wbudowanego we wnękę kuchennej ściany. Kilkoma szybkimi dotknięciami ekranu złożył zamówienie.

– Chrupiące bułeczki z naszej ulubionej piekarni za rogiem i zestaw świeżych warzyw z zieleniaka. Powinny dotrzeć… o, już są. Nie zdążyli nawet zaparzyć kawy, kiedy dyskretny sygnał z terminala oznajmił: Przesyłka z piekarni „Złoty Kłos” i zieleniaka „Pomidorek” czeka na odbiór w module Geodukt. Podeszła do niewielkiej klapy w ścianie, która otworzyła się bezszelestnie, ukazując kuferek w standardowym kształcie, pełen pachnącego pieczywa i kolorowych warzyw. 

– Niesamowite – mruknęła, wyjmując produkty. Z jednej strony jej oczy błyszczały zachwytem nad tą wygodą. – Ale wiesz, jak tak patrzę na te wszystkie udogodnienia, to od razu przypomina mi się ten nieszczęsny „syndrom sagana". Jeszcze trochę i ludzie zapomną, jak się chodzi. Parsknął śmiechem, nalewając kawę do kubków. 

– Oj, nam to chyba nie grozi, kochanie. Oboje ruszamy się wystarczająco dużo. A Geodukt? To tylko genialna oszczędność czasu, który możemy spożytkować na… ciekawsze rzeczy. – Puścił do niej oko, podając jej kubek z parującym napojem.

Usiedli do stołu, delektując się prostym i pysznym śniadaniem popijając aromatyczną kawę. Panowała między nimi miła, leniwa atmosfera, pełna niedopowiedzeń i wspólnych myśli po wczorajszym wieczorze.

– No dobrze – zaczęła, odstawiając kubek. – To na którą godzinę masz zaplanowany ten swój wielki eksperyment z myszką? Muszę się jakoś psychicznie przygotować na spotkanie z twoimi generatorami. Spojrzał na zegarek.

– Myślę, że będziemy się zbierać do instytutu koło południa. Mamy jeszcze trochę czasu. Uśmiechnęła się promiennie.

– Super! To idealnie. Mamy jeszcze chwilkę na… porządny prysznic. Chyba że ty masz inne plany na wykorzystanie tej „chwilki”? – zapytała z filuternym błyskiem w oku. Odwzajemnił uśmiech.

– Prysznic brzmi doskonale… 

Chwilę później wyszli otuleni kłębami pary, która tym razem nie była już tak gorąca i gęsta jak poprzednio. Okazała się raczej przyjemną, orzeźwiającą kąpielą, która zmyła resztki snu i przygotowała ich na nadchodzący dzień. Z cichym śmiechem i drobnymi żartami podawali sobie ręczniki, wycierając nawzajem swoje ciała w geście pełnym czułości i nieskrępowanej bliskości, która była dla nich tak naturalna. Każdy dotyk był przypomnieniem długich miesięcy rozłąki i radością z ponownego bycia razem, tak po prostu, w codziennych, leniwych rytuałach.

Przeszli do sypialni, gdzie słońce wpadało już śmielej przez okno, malując na ścianach świetliste pasy.

– Lepiej ubierz się cieplej, u mnie w laboratorium bywa dość chłodno. Niektóre bardziej wrażliwe urządzenia, a zwłaszcza te moje prototypowe mechanizmy, wymagają precyzyjnego chłodzenia, więc klimatyzacja chodzi tam dość intensywnie.

Wspólnie wybierali ubrania. Zdecydowała się na eleganckie, lniane spodnie w kolorze piaskowym i dopasowany, ale wygodny również lniany żakiet w takim samym odcieniu, pod który włożyła prosty, biały top. On wybrał ciemne, dżinsowe spodnie i koszulę z długim rękawem w podobnej tonacji, na którą zamierzał narzucić lekką, sportową marynarkę. Ubierali się powoli, wymieniając spojrzenia w lustrze, komentując nawzajem swoje wybory.

Gdy byli już prawie gotowi, podszedł do terminala w salonie. – Dobra, zamówię nam jakiś transport – mruknął, aktywując ekran dotykowy. Jego palce sprawnie poruszały się po interfejsie. Wybrał opcję „Transport na żądanie” – Taksówkę do pracy, proszę – powiedział do mikrofonu.

Na ekranie pojawiła się informacja zwrotna, a syntetyczny, spokojny głos terminala odpowiedział: – Przyjęto. Autonomiczny pojazd klasy standardowej zarezerwowany. Szacowany czas przybycia: około dziesięciu minut. Cel podróży: Instytut Continuum Czasoprzestrzennego. Czy potwierdzasz?

– Potwierdzam – odparł, zadowolony z szybkiej reakcji systemu.

Kiedy ona w łazience dopieszczała makijaż i fryzurę, on na moment wrócił do kuchni. Otworzył szafkę i wsunął do torby kilka batoników energetycznych. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o jej nocnym apetycie i o tym, jak łatwo traciła energię. Chciał być przygotowany, gdyby i dzisiaj dopadło ją zmęczenie, zwłaszcza w chłodnym laboratorium. Nie mówił jej o tym – to był jego mały, troskliwy sekret.

I dopiero teraz, kiedy przygotowania do wyjścia dobiegały końca, a perspektywa dnia w „Instytucie Continuum Czasoprzestrzennego” stawała się coraz bardziej realna, poczuł, jak przez jego ciało przebiega znajomy dreszczyk emocji.

Gdy oboje byli już w pełni ubrani i gotowi do wyjścia, ruszyli w stronę drzwi wejściowych.Tuż przed progiem zatrzymał się, blokując jej przejście. Stał bez ruchu, z zagadkowym uśmieszkiem na twarzy.

Już prawie z ręką na klamce, spojrzała zdezorientowana na jego plecy. – No co jest? Idziemy czy nie? Taksówka pewnie już czeka.

Spróbowała go ominąć z lewej strony, ale on, niczym wprawny obrońca koszykówki, płynnie przesunął się w lewo, wciąż zagradzając jej drogę. Zmarszczyła brwi. Spróbowała z prawej – efekt był ten sam; jak cień podążył za jej ruchem.

– Co ty wyprawiasz? – zawołała z nutą irytacji, ale i rozbawienia w głosie. – Wychodzisz dzisiaj z domu czy postanowiłeś tu zapuścić korzenie i zostać strażnikiem progu?

Odwrócił się lekko w jej stronę, a jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. Oparł się nonszalancko o framugę. – Widzisz, kochanie, po prostu nie mogę pozwolić, byś tak po prostu wyszła i straciła swoją życiową szansę. Nie mogę dopuścić, byś przeszła obok okazji zapisania się na kartach historii jako, no nie wiem, największa odkrywczyni od czasów Marii Skłodowskiej, a może i większa!

Spojrzała na niego, kompletnie zbita z tropu. Przez jej głowę przemknęła absurdalna myśl. – Co? Chyba nie rozumiem… Hej, o co ci chodzi? Chcesz, żebym tu została i nie jechała z tobą? Żebyś mógł dzisiaj swoim eksperymentem z myszką przyćmić wszystkie inne potencjalne odkrycia, w tym moje? To o to chodzi w tej twojej blokadzie? – zapytała, unosząc brew.

Parsknął śmiechem. – Ależ skąd! Jest dokładnie odwrotnie, moja droga. Próbuję jedynie zadbać o to, byś nie przegapiła swojej absolutnie złotej okazji na zostanie największym, najbardziej rewolucyjnym naukowcem w dziejach ludzkości. Myślę o twojej przyszłości!

Wciąż stała zdezorientowana, wpatrując się w niego i próbując rozszyfrować jego zagadkowe zachowanie. Jej umysł, choć błyskotliwy, po wczorajszych i dzisiejszych emocjach najwyraźniej nie pracował na najwyższych obrotach logicznego myślenia.

Widząc jej kompletną konsternację, westchnął teatralnie. Jego niebieskie oczy zalśniły filuternie. Delikatnie, acz sugestywnie, uniósł kilkakrotnie brwi, jednocześnie kierując dyskretne, acz wymowne spojrzenie w głąb mieszkania, gdzieś w stronę salonu.

Zmarszczyła czoło, podążając wzrokiem za jego nieuchwytnym wskazaniem. – O co ci chodzi? – zapytała, wciąż nic nie rozumiejąc. – Coś ci wpadło do oka? Masz jakiś tik nerwowy od tego napięcia przed eksperymentem?

Powtórzył gest brwiami, tym razem bardziej energicznie, niemal podskakując nimi w górę i w dół, i ponownie zerknął w tę samą stronę.

Odwróciła się powoli we wskazanym przez niego kierunku, jej wzrok omiótł salon, zatrzymując się na stoliku, gdzie jeszcze przed chwilą jedli śniadanie. I wtedy zobaczyła go. Idealnie czarny sześcian, jej „Kujawianit”, leżał tam, gdzie go zostawili po wczorajszej ekscytującej rozmowie. Momentalnie wszystko stało się jasne. Wybuchnęła głośnym, perlistym śmiechem.

– O rany! No tak! No oczywiście! – zawołała, kręcąc głową z niedowierzaniem dla własnego roztargnienia. Zakryła usta dłonią, próbując opanować kolejną falę śmiechu. – Mój Boże, masz rację! Zupełnie o nim zapomniałam! Wyszłabym bez niego! Cała ja! Głowa pełna wielkich idei o zasilaniu „Swaroga” i podboju Układu Słonecznego, a najważniejszego bym nie zabrała! Podeszła szybko do stolika. Delikatnie ujęła sześcian i schowała go do jego torby. – Tyle emocji, tyle planów, a moja zapominalska natura i tak dała o sobie znać – dodała z uśmiechem. Dobrze, że mam ciebie, mój prywatny systemie przypominania o epokowych odkryciach. Bez ciebie pewnie zostawiłabym go tutaj, a potem przez cały dzień w twoim laboratorium zachodziłabym w głowę, dlaczego czuję, że o czymś krytycznie ważnym zapomniałam. Dziękuję, kochanie. Uratowałeś honor przyszłej noblistki! – Puściła do niego oko, teraz już w pełni rozbawiona i gotowa do wyjścia.

Uśmiechnął się szeroko, zadowolony ze swojego małego przedstawienia i z tego, że udało mu się ją rozbawić, a przy okazji ocalić misję „Kujawianitu”. – Cała przyjemność po mojej stronie, madame Curie. Taksówka czeka. Wyruszamy zmieniać świat?

Przez cały wczorajszy wieczór i poranek jego myśli krążyły wokół Agnieszki, jej powrotu, jej niesamowitego odkrycia z Księżyca. Emocje związane z jej obecnością i rewelacjami o „Kujawianicie” były tak silne, że na chwilę przyćmiły jego własne, naukowe napięcie. Ale teraz, gdy adrenalina powitalna nieco opadła, a codzienność zaczynała wracać, świadomość zbliżającego się eksperymentu uderzyła w niego z nową siłą. To miał być ważny dzień. Test, który mógł potwierdzić lata jego teoretycznych rozważań, przybliżyć go do celu, który sam przed sobą postawił. Nagle poczuł suchość w ustach i przyspieszone bicie serca. Spojrzał na swoje dłonie – były idealnie spokojne, ale wewnątrz czuł narastające podekscytowanie, mieszankę nadziei i naukowej niepewności. Dzień zapowiadał się niezwykle interesująco, na wielu płaszczyznach.

Autonomiczna taksówka sunęła bezszelestnie przez ulice miasta, kierując się w stronę instytutu. Spoglądał przez okno na mijane budynki, ale jego myśli były już w laboratorium.

– W instytucie pewnie już pełno ludzi – mruknął, bardziej do siebie niż do niej. – Drużyny studentów i techników od samego rana kalibrują urządzenia, sprawdzają wszystkie połączenia przed testem. Precyzja to podstawa, wiesz, każde mikrodrgnienie, każdy szum w elektronice może zafałszować wyniki…

Nie dokończył, bo nagle przerwała mu zanosząc się od śmiechu. Zaśmiała się tak serdecznie, że aż kilka osób w mijanym na przystanku tłumie odwróciło za nimi głowy. Spojrzał na nią, kompletnie zaskoczony.

– Co… co cię tak rozbawiło? – zapytał, unosząc brwi. – Moje dywagacje o kalibracji sprzętu aż tak cię śmieszą?

Próbowała coś powiedzieć, ale kolejna fala śmiechu jej to uniemożliwiła. W końcu, ocierając łzy z kącików oczu, udało jej się wydusić: – Nie, nie to! Przepraszam! To… to jak powiedziałeś „Drużyny studentów i techników”… – znowu zachichotała. – Przypomniała mi się jedna rzecz z Księżyca. Wiesz, przy takiej liczbie ludzi, jaka tam mieszkała – może nawet dwa tysiące osób, głównie młodych, pełnych energii… to musiało się tak skończyć. Powstały nieformalne ligi sportowe!

– Ligi sportowe? Na Księżycu? – Był zaintrygowany.

– No pewnie! I to jakie! Była na przykład drużyna „Genetycznych Mutantów”, czyli my, biolodzy i genetycy – prychnęła. – Rywalizowaliśmy z „Krzemowymi Głowami” od informatyków, „Regolitowymi Kretami” z sekcji górniczej, no i oczywiście z twoimi ulubieńcami – "Technicznymi Tytanami”! I to właśnie ich wyczyny w jednej dyscyplinie przypomniały mi się tak żywo.

Oparła się wygodniej, a w jej oczach znów pojawił się ten błysk rozbawienia. Dyscyplina „Skok paraboliczny do celu” na zewnątrz bazy, w próżni! 

– Wyobraź sobie: zawodnika w kosmicznym, ciasno przylegającym do ciała kombinezonie, z ultralekką, sprężystą tyczką, który bierze rozbieg… który w niskiej grawitacji wygląda jak seria eleganckich, długich susów… Wybija się, szybuje nad poprzeczką zawieszoną na absurdalnych mniej więcej 40 metrach… I teraz clou programu: ocena jego występu obejmuje zarówno wysokość, jak i odległość skoku, ale pod warunkiem, że zawodnik trafi do celu. Zawodnik sam wybiera wysokość poprzeczki i odległość na którą skoczy. Celem jest rozpięta, sto kilkadziesiąt metrów dalej, ogromna, sprężysta siatka-cel, umieszczona na specjalnej konstrukcji. Jeśli trafi, zdobywa punkty za wysokość, odległość i celność. Ale… – tu Agnieszka znowu zaczęła chichotać – …ale jeśli coś źle obliczył, albo po prostu miał pecha i nie doleciał do tej siatki… zrobiła pauzę dla budowania napięcia. – …to sędziowie zdalnie napełniają jego kombinezon powietrzem, by się nie połamał przy upadku, i wtedy spada on na powierzchnię jako wielka elastyczna odbijająca się piłka. Komentatorzy, którzy transmitowali te zawody do wewnętrznej sieci bazy, darli się do mikrofonów: „Uwaga, Szanowni Państwo, uwaga! Bomba! Ciągle skacze! Mamy niekontrolowane spadanie zawodnika!” A sędziowie na quadach, musieli wtedy gonić takiego podskakującego „skoczka-piłeczkę” po całej okolicy, żeby go w końcu złapać i przyprowadzić z powrotem! Wyglądało to przekomicznie!

Śmiał się głośno, wyobrażając sobie tę scenę. – „Bomba ciągle skacze”! Genialne! Musieliście mieć niezły ubaw.

Skinęła głową, wciąż rozbawiona. – To prawda. Chociaż teoretycznie wygrywał ten, kto skoczył najwyżej, najdalej i trafił precyzyjnie do celu, to prawdziwymi ulubieńcami kibiców i tak zostawały te nieszczęsne „skaczące bomby”. A najbardziej zabawna była sytuacja, która przy okazji obnażyła kompletną lukę w regulaminie zawodów. Wyobraź sobie, jeden z zawodników, po kilkunastu zupełnie przypadkowych, chaotycznych odbiciach od regolitu, niczym kulka we flipperze, ostatecznie… wpadł idealnie w siatkę! Regulamin okazał się bezsilny, sędziowie przez dobrą godzinę drapali się po hełmach, nie wiedząc, czy uznać ten skok za ważny, a jeśli tak, to jaką odległość mu zaliczyć – czy tę od punktu startu do siatki w linii prostej, czy może sumę długości wszystkich jego komicznych „podskoków”? Nawet sobie nie wyobrażasz, jaką on momentalnie stał się gwiazdą w całej bazie! Bohater memów na następny miesiąc – Gniewosz Bombowy!

Potrząsnęła głową, uśmiechając się do wspomnień. – Niesamowite, na co ludzie nie wpadną, żeby się trochę rozerwać. Ciekawe, czy wasze myszki w laboratorium też mają jakieś swoje dyscypliny sportowe.

– Na razie ograniczają się do biegania w kołowrotku. – Uśmiechnął się.

Jej śmiech i lekka atmosfera poranka powoli ustępowały miejsca narastającemu napięciu związanemu z tym, co miało się wydarzyć w laboratorium.

Taksówka bezszelestnie podjechała pod sam portal wejściowy Instytutu. Robert, z nową energią i skupieniem na twarzy, wysiadł pierwszy i obszedł samochód.

Gdy tylko otworzył drzwi po jej stronie, potężny przeciąg – wywołany przez wciąż otwarte drzwi po jego stronie – uderzył w nią z taką siłą, że mocno zachwiała się, próbując wysiąść.

Dobrze, że instynktownie trzymała go za rękę; jej palce mocno zacisnęły się na jego dłoni, gdy walczyła o równowagę.

Wiatr natychmiast dopadł jej starannie uczesanej fryzury. Mimowolnie sięgnęła drugą dłonią do kręconych, rudych włosów, które teraz żyły własnym życiem, smagając ją po twarzy.

Ten sam porywisty wiatr niósł ze sobą głuchy, rytmiczny łopot. Unieśli głowy. Wysoko na masztach przed budynkiem dwie flagi – polska i Unii Europejskiej – strzelały na wietrze jak napięte żagle, w pełni rozwinięte, dumnie prezentując swoje barwy na tle surowej fasady.

Na jego głównej elewacji widniał napis w nieco zbyt futurystycznej, kanciastej czcionce, która aż utrudniała odczytanie: 

„Instytut Continuum Czasoprzestrzennego".

Tuż pod nazwą, wyryte w polerowanym kamieniu, znajdowało się motto Instytutu:

"NIC NIE JEST OSTATECZNE"

W tym momencie śmiech i lekka atmosfera poranka ostatecznie ustąpiły miejsca narastającemu napięciu.

Poprowadził ją przez labirynt jasnych, sterylnie czystych korytarzy, aż dotarli do podwójnych, masywnych drzwi z niewielkim wizjerem. Otworzył je, zbliżając twarz do czytnika tęczówki i przepuścił ją.

Weszli do ogromnej, wysokiej sali, która przypominała raczej hangar niż typowe laboratorium. Panował tu półmrok, rozświetlany jedynie przez snopy światła z licznych projektorów, migoczące diody na skomplikowanych aparaturach i laserowe linie celownicze przecinające powietrze. Wszędzie piętrzyły się metalowe konstrukcje, plątaniny kabli grubszych niż ramię dorosłego mężczyzny, panele kontrolne i monitory wyświetlające niezrozumiałe dla laika ciągi danych i wykresy. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach ozonu i rozgrzanej elektroniki. Kilkanaście osób, ubranych w laboratoryjne kitle lub specjalistyczne kombinezony, krzątało się energicznie pomiędzy poszczególnymi stanowiskami, używając różnorodnych narzędzi, precyzyjnych mierników i ręcznych wskaźników laserowych, dokonując ostatnich regulacji.

Robert, jakby naładowany energią tego miejsca, uśmiechnął się szeroko i machnął ręką w stronę krzątającej się grupy. – Witaj, ekipo! – zawołał donośnie, a jego głos odbił się echem od wysokiego sklepienia. Kilka głów odwróciło się w ich stronę, odpowiadając przyjaznymi skinieniami i uśmiechami. – Agnieszko, to jest moja genialna ekipa! Genialna ekipo, to jest moja Agnieszka! Pomachali do siebie radośnie.

Po tym krótkim, nieco nonszalanckim przedstawieniu, rzucił torbę na krzesło i natychmiast ruszył w głąb sali, podchodząc do grupki trzech osób pochylonych nad szczególnie skomplikowanym fragmentem aparatury. Zaczął z nimi ożywioną dyskusję, wskazując coś na schematach wyświetlanych na dużym, holograficznym ekranie, zadając pytania, słuchając uważnie odpowiedzi.

Stała przez chwilę w miejscu, obserwując go z pewnego dystansu. Obserwowała go w jego naturalnym środowisku, tak zaangażowanego, emanującego pewnością siebie i pasją, wydawał się jej niezwykle pociągający. Patrzyła z cichym zadowoleniem, a może nawet z odrobiną dumy, jak swobodnie poruszał się wśród tych wszystkich skomplikowanych urządzeń, jak z szacunkiem, ale i stanowczością oceniał pracę innych, jak sam pochylał się nad jakimś detalem, wnosząc swoje uwagi. Był tu liderem, mentorem i kolegą jednocześnie.

Jej wzrok padł na nieco odsunięty od centrum wydarzeń pulpit kontrolny, którego szeroki, gładki blat, usiany dyskretnie podświetlonymi panelami dotykowymi, faktycznie przypominał trochę blat interaktywnego stołu z restauracji. Obok stało wygodne, obrotowe krzesło. Podeszła do niego, zdjęła z krzesła torbę, zajrzała do środka myśląc o tym czy będzie mogła przetestować „Kujawianit” po głównym eksperymencie, i wzruszyła się widząc w niej batoniki energetyczne, szybko sięgnęła po jeden. Odłożyła torbę na pulpit sterowniczy i usiadła na krześle przy nim. Obserwowała, jak cały zespół z niezwykłym zaangażowaniem krząta się wokół centralnego punktu eksperymentu, który wciąż był dla niej zagadką. Czuć było w powietrzu napięcie i ekscytację zbliżającego się testu.

Obserwowała ich jeszcze przez dłuższą chwilę, która stopniowo zaczęła jej się dłużyć. Podziw dla profesjonalizmu i zaangażowania zespołu mieszał się z narastającym uczuciem lekkiego znużenia. Była obserwatorką, kimś z zewnątrz, a cała ta skomplikowana maszyneria i gorączkowe przygotowania, choć fascynujące, nie były jej światem. Zaczynała czuć się trochę jak eksponat.

Kiedy już prawie podjęła decyzję, by dyskretnie sięgnąć po jakiś czytnik z danymi, żeby zająć czymś umysł, zobaczyła, że podchodzi do niej, w towarzystwie dwóch młodych kobiet i mężczyzny – wszyscy w laboratoryjnych kitlach. Cała czwórka była wyraźnie rozbawiona, a na ich twarzach malowały się szerokie uśmiechy.

– No, nareszcie! – pomyślała z ulgą, ale też z lekką obawą przed spodziewanym gradem pytań.

– Aga, poznaj część mojej ekipy – zaczął, wskazując na swoich towarzyszy. – To jest doktor Ania, nasza specjalistka od systemów zasilania, obok niej inżynier Piotr, magik od oprogramowania sterującego, i Kasia, która czuwa nad bezpieczeństwem biologicznym naszych eksperymentów… i nad nami.

Uścisnęła wyciągnięte dłonie, wymieniając uprzejme uśmiechy. Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, odezwał się Piotr z figlarnym błyskiem w oku: – A więc to jest ta słynna Agnieszka! Robert tyle o tobie opowiadał! Nasza osobista Marsjanka! Ania, specjalistka od zasilania, roześmiała się i dodała: – Piotrek, nie Marsjanka, tylko Czarodziejka z Księżyca! Przecież właśnie stamtąd wróciła, prawda? Pewnie przywiozła jakieś magiczne berło i walczy ze złem przy pomocy światła księżycowego!

Cała trójka wybuchnęła śmiechem, a Robert tylko uśmiechał się pobłażliwie, kręcąc głową. Poczuła, jak oblewa ją lekki rumieniec, ale uśmiechnęła się szeroko. – Coś w tym jest – przyznała. – Chociaż moje „magiczne berło” to raczej zaawansowany sekwenser DNA, a walka ze złem ograniczała się do walki z opornymi genami szpinaku.

To tylko zachęciło resztę. Pytania posypały się jak z karabinu maszynowego, niemal równocześnie, zlewając się w jeden, długi, podekscytowany i nieco chaotyczny potok ciekawości: – Ale jak tam naprawdę jest na Księżycu? – Opowiadaj, czytałam, że widoki są niesamowite! – A praca w bazie? Bardzo różni się od tej tutaj? – Jakie są największe wyzwania? Pył? Niska grawitacja? – Mówią, że jedzenie jest okropne, to prawda? – A postęp w terraformacji? Jest jakaś szansa na atmosferę? – Jaka jest przyszłość kolonii? Rozwija się? – Czy spotkałaś tam kogoś sławnego? Albo dziwnego?

Uniosła ręce w geście kapitulacji, śmiejąc się. – Hola, hola! Jedno pytanie naraz, jeśli łaska! – powiedziała, starając się przekrzyczeć ich entuzjazm. – Słuchajcie, bardzo chętnie wam wszystko opowiem, ale może nie teraz, kiedy jesteście w ferworze przygotowań do ważnego eksperymentu. Umówmy się tak: jak już skończycie i będziecie mieli chwilę, możemy gdzieś wyskoczyć na kawę albo nawet na ten słynny „obiad regeneracyjny dla naukowców”, o którym tyle słyszałam, i wtedy odpowiem na wszystkie wasze pytania. Zgoda?

Zespół przyjął jej propozycję z entuzjastycznym pomrukiem aprobaty.

– Ale… – dodała, a na jej twarzy pojawił się lekko ironiczny uśmieszek – żebyście nie czekali z jakąś przesadnie wielką nadzieją na opowieści o kosmicznym raju, to powiem wam coś szczerze już teraz… Księżyc jest strasznie przereklamowany.

Wokół, na moment, zapadła cisza, po której zespół spojrzał po sobie, a potem na nią z jeszcze większym zaciekawieniem. Jej ostatnie zdanie wyraźnie zbiło ich z tropu i tylko zaostrzyło apetyt na więcej.

W tej właśnie chwili, jakby na zamówienie przerywając potencjalną lawinę kolejnych pytań, drzwi do hali otworzyły się z impetem i do środka szybkim krokiem wpadł jeden z młodszych techników, wyraźnie podniecony. – Uwaga! Uwaga wszyscy! Mamy denata! – krzyknął, a jego głos poniósł się echem po ogromnej przestrzeni.

Zamiast konsternacji, przez salę przetoczyła się fala niemal euforycznych reakcji. Wszyscy obecni zaczęli bić brawo, pojawiły się okrzyki i żartobliwe komentarze. – No nareszcie! Już myśleliśmy, że się nie doczekamy! – Dobrze, że nie kazał na siebie zbyt długo czekać! Nasz mały bohater! – Trafił idealnie, miał idealny wyczucie czasu, bo właśnie wszystko skończyliśmy kalibrować!

Chwilę później przez główne przejście, niesiona z niemal nabożną ostrożnością na otwartej tacy przez inną osobę z zespołu, pojawiła się niewielka, biała mysz laboratoryjna. Spoczywała nieruchomo, a jej małe ciałko wyglądało krucho i bezbronnie. Niesiono ją niczym jakąś cenną, boską relikwię w stronę centralnej części aparatury.

Robert skinął głową, jego twarz momentalnie przybrała wyraz pełnego skupienia. – Sprawdziłeś wszystkie parametry życiowe? Jesteśmy pewni? – zapytał, podchodząc do technika niosącego tacę. Współpracownik skinął głową. – Tak, szefie. Nasz mały bohater jest martwy jak kamień. Zgon naturalny, wszystkie wskaźniki na zero.

Odwrócił się w stronę rozproszonych po sali stanowisk kontrolnych.

– Status gotowości!

– Sekcja energetyczna, gotowa! – odpowiedział donośny głos gdzieś z oddali, zza baterii potężnych kondensatorów.

– Moc generatorów ustawiona na siedemdziesiąt pięć procent!

– Sekcja biologiczna, status? – kontynuował Robert.

– Gotowa! Jerry spoczywa już w module wskrzeszania, wszystkie biosensory podpięte! – odpowiedziała Kasia, która teraz nadzorowała delikatne umieszczanie myszy w skomplikowanej aparaturze przypominającej miniaturową komorę rezonansu.

– Systemy chłodzenia i stabilizacji pola?

– Wszystkie systemy chłodzenia w normie, pole stabilizacyjne aktywne i gotowe! – potwierdził kolejny głos.

– Sekcja kontroli i akwizycji danych?

– Potwierdzam stuprocentową sprawność wszystkich układów pomiarowych i rejestrujących! Czekamy na sygnał! – zameldował Piotr, siedzący przed baterią monitorów.

Skinął głową z satysfakcją. Odwrócił się do Agnieszki, która z mieszaniną fascynacji i lekkiego niepokoju obserwowała całą tę scenę.

– Przepraszam cię na moment, kochanie – powiedział, wskazując na krzesło przy głównym pulpicie sterowniczym, na którym siedziała. – Potrzebuję teraz pełnego dostępu. Szybko wstała. Usiadł, przesunął torbę w głąb pulpitu odsłaniając sobie dostęp do całości. Jego palce zawisły nad głównym panelem inicjującym.

– Wszyscy gotowi?

– No to do dzieła! – krzyknął, a w jego głosie zabrzmiała mieszanka naukowej pasji i adrenaliny. Zaczynamy odliczanie! Trzy… dwa… jeden… START! Nacisnął przycisk.

Odwrócił się w stronę rozproszonych po sali stanowisk kontrolnych.

– Status gotowości! Potwierdzenia spłynęły kolejno ze wszystkich sekcji: energetycznej, biologicznej, systemów chłodzenia i stabilizacji pola, kontroli i akwizycji danych. Wszystko było w idealnym porządku, każdy parametr w normie. Mała, biała mysz, spoczywała spokojnie w module wskrzeszania.

Zapadła cisza, a potem laboratorium ożyło feerią laserowych wiązek, tworzących nad centralną aparaturą skomplikowaną, świetlistą siatkę wyglądającą jak sieć ulic widziana nocą z wysokości. Rozległ się narastający, wysoki, wibrujący szum. Nad platformą z myszką zaczęła formować się świetlista kopuła z promienistymi strunami energii, jej jasność powoli wzrastała.

– Przekazuję pełną kontrolę do systemu! – oznajmił, odsuwając dłonie od panelu. Oparł się wygodniej, jego wzrok z absolutnym skupieniem śledził wskazania na głównym wyświetlaczu. Wszystkie kluczowe wskaźniki świeciły uspokajającą zielenią.

Minuty mijały w napięciu. System precyzyjnie modulował przepływy energii, a świetlista kopuła nad myszą stawała się coraz bardziej intensywna. Nagle Piotr zmarszczył brwi.

– Szefie, mamy dziwne fluktuacje w odczytach sensorów bioenergetycznych wokół modułu. Minimalne, ale poza przewidywaną tolerancją. Robert pochylił się nad swoim wyświetlaczem.

– Widzę. Skompensuj. Może jakieś zakłócenia z sieci energetycznej instytutu?

– Sprawdzam… Nie, sieć jest stabilna. To coś u nas… – Piotr zaczął nerwowo stukać w klawiaturę.

Wskaźnik stabilności pola energetycznego wokół modułu wskrzeszania nagle zamigotał i zmienił kolor na bursztynowy. Wibrujący szum w laboratorium stał się głośniejszy, zyskując niepokojącą, metaliczną nutę.

– Co się dzieje? – Ania podniosła głos, jej twarz była napięta.

– Zapotrzebowanie na moc skacze! System próbuje to wyrównać, ale generatory wchodzą na niebezpiecznie wysokie stany!

– To niemożliwe! Robert wpatrywał się w swoje monitory, a na jego czole pojawiły się krople potu.

– Algorytmy powinny to kontrolować! Piotrek, co mówią logi?

– Nic, szefie! System działa nominalnie, ale… ale odczyty są szalone! Nie rozumiem tego!

Wskaźniki na konsoli głównej zaczęły jeden po drugim zmieniać kolor na czerwony. Świetlista kopuła nad myszką zaczęła niebezpiecznie pulsować, a cienkie struny energii wokół niej skrzyły się i strzelały drobnymi wyładowaniami.

– Przeciążenie obwodów pierwotnych! – krzyknęła Kasia, cofając się od swojego stanowiska.

– Wyłączyć! Wyłączcie to! – ryknął Robert, sięgając do panelu awaryjnego wyłącznika. Jego palce uderzyły w czerwoną osłonę, aktywując procedurę awaryjnego zatrzymania. Syntetyczny głos systemu ogłosił beznamiętnie:

AUTOMATYCZNE ZAKOŃCZENIE PROCEDURY EKSPERYMENTALNEJ.

INICJOWANIE SEKWENCJI WYGASZANIA

ale nic się nie zmieniało. Wskaźniki wciąż pięły się w górę, a przerażający, wibrujący dźwięk wypełniał salę, wwiercając się w uszy.

– Nie reaguje! System nie odpowiada na polecenie wygaszenia! – wrzasnął Piotr, bezradnie waląc pięścią w konsolę. Z głównego pulpitu przed Robertem, z sykiem i trzaskiem, zaczęły strzelać oślepiające, niebieskawe błyskawice, pełznąc po kablach i metalowych elementach konstrukcji. Ostry zapach spalenizny i ozonu wypełnił powietrze.

– Co jest, do cholery?! – Był blady jak ściana, w jego oczach malowało się przerażenie i całkowite niezrozumienie. Jego precyzyjnie zaplanowany eksperyment, lata jego pracy, wymykały się spod kontroli w sposób, którego nie potrafił pojąć. To nie był żaden znany mu tryb awarii, żadna przewidziana komplikacja.

Nieregularne, pulsujące błyski oświetlały salę, rzucając na twarze ludzi upiorne cienie, przeobrażając ich w drżące widma. Niektórzy krzyczeli, inni stali sparaliżowani strachem. Agnieszka podbiegła do Roberta, chwytając go za ramię.

– Co się dzieje?! Musimy stąd uciekać! 

Spojrzał na nią, a w jego oczach, oprócz strachu, zobaczyła bezbrzeżną rozpacz.

– Aga… przepraszam! – krzyknął, próbując przekrzyczeć narastający huk. – Ja… ja nie chciałem! To wszystko… to nie tak miało być! Kocham cię!

Nagle, znad pulpitu dobiegł głośny, suchy trzask, jakby coś pękło pod ogromnym ciśnieniem. Torba rozpadła się na drobne kawałki, a z jej wnętrza, z oślepiającą intensywnością, wystrzelił słup czystego, białego światła, kierując się prosto w stronę niestabilnie pulsującej kopuły nad myszką. Jednocześnie czarny sześcian, który wypadł z rozerwanej torby, zajaśniał nienaturalnym, wewnętrznym blaskiem, lewitując tuż nad pulpitem.

Z jego idealnie gładkich ścian niemal natychmiast wystrzeliły smugi oślepiającej, elektrycznej energii, które rozwidlały się gwałtownie, tworząc wokół sześcianu migotliwą, pulsującą koronę rozgałęzionych promieni, otaczając przestrzeń dokoła siebie siecią czystej mocy. Patrzyli na to z przerażeniem, czując na skórze mrowienie od naelektryzowanego powietrza, czując zapach ozonu, przypominający powietrze po burzy. Po chwili, jakby w odpowiedzi na ten pokaz, potężniejsze, grubsze promienie energii, bijące chaotycznie od strony przeciążonych, oddalonych generatorów, zaczęły wyginać swoje trajektorie, znajdując drogę przez liczne, świetliste rozgałęzienia, jakby po omacku szukały połączenia z pulsującym sześcianem.

Kiedy pierwsze z tych „zbłąkanych” promieni generatora dotknęły świetlistej aury sześcianu, ten zdawał się na moment je wchłonąć, a jego blask przygasł, by po ułamku sekundy eksplodować nową, jeszcze jaśniejszą falą własnych wyładowań. Rozpoczęła się przerażająco szybka sekwencja, w której sześcian na przemian emitował własną, oślepiającą energię i absorbował kolejne, coraz potężniejsze strumienie mocy płynące od generatorów. Powstało widoczne, pulsujące dodatnie sprzężenie zwrotne, które z każdą chwilą napędzało cały, wymykający się spod kontroli układ, pchając go w stronę nieuchronnego, katastrofalnego końca.

Wibrujący, pulsujący energią sześcian zdawał się na moment wchłonąć cały otaczający go chaos. Rozszalałe, chaotyczne iskry elektryczne, które jeszcze przed chwilą strzelały z niego we wszystkie strony, nagle jakby zadrżały i cofnęły się, wciągane z powrotem ku jego czarnej powierzchni. Ogłuszający, wibrujący szum aparatury w jego bezpośrednim sąsiedztwie na ułamek sekundy przycichł, zmieniając ton na dziwnie harmoniczny, niemal melodyjny jęk, zanim znów narósł z nową siłą.

Agnieszka poczuła, jak z sześcianu emanuje nienaturalny, przenikliwy chłód, mimo że reszta laboratorium dusiła się od gorąca przegrzewających się maszyn. Na jej oczach, drobne pęknięcia i przepalenia na pobliskich, osmolonych kablach zdawały się na moment zasklepiać, a niewielki kłąb dymu, który unosił się nad zniszczonym elementem, nienaturalnie zawrócił i skłębił się z powrotem w stronę swojego źródła.

To wszystko trwało zaledwie mgnienie oka. Po tym krótkim momencie „wchłonięcia” chaosu, sześcian, jakby nasycony skradzioną energią i porządkiem, zadrżał konwulsyjnie i z nową, zwielokrotnioną, niemal świadomą furią, zmultiplikował i tak już niekontrolowane działanie całego układu eksperymentalnego. To nie było już tylko wzmocnienie chaosu – to było narzucenie mu jakiegoś nowego, przerażającego, obcego ładu.

W oślepiającym blasku, który teraz otaczał komorę wskrzeszenia, stało się coś niemożliwego. Martwa dotąd mysz drgnęła. Po chwili, ku absolutnemu osłupieniu wszystkich obecnych, stanęła niepewnie na swoich łapkach i zaczęła się nerwowo rozglądać po swoim świetlistym więzieniu. W laboratorium zapadła na moment grobowa cisza, przerywana tylko wciąż narastającym, złowieszczym szumem przeciążonej aparatury.

Na oczach przerażonych naukowców, myszka zaczęła się widocznie zmniejszać. Nie kurczyła się po prostu – jej proporcje ciała zaczęły się zmieniać, stawała się coraz drobniejsza, jej ruchy bardziej nieporadne, młodniała z każdą sekundą. Po chwili była już tylko dziecięcym, niezdarnie pełzającym oseskiem. Chwilę później przekształciła się w maleńką, ślepą, pozbawioną sierści, różową grudkę noworodka, drgającą ledwo zauważalnie. Ten proces postępował z zastraszającą prędkością – noworodek zmienił się w niewielki, pulsujący embrion, który skurczył się jeszcze bardziej, aż w końcu, na ich oczach, zniknął bez śladu, pozostawiając po sobie tylko pustą, wciąż jasno świecącą platformę. Cały cykl życia, odwrócony i skompresowany do kilkunastu sekund koszmaru.

Nikt w laboratorium nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Patrzyli jak zahipnotyzowani, z mieszaniną grozy i absolutnego niedowierzania. To, co zobaczyli, przekraczało wszelkie granice naukowego pojmowania.

To właśnie ten widok, ta ostateczna manifestacja niekontrolowanej, obcej siły, która igrała z samym życiem i czasem, pchnęła ich do działania. W samym środku tego energetycznego piekła, ze świadomością, że są świadkami czegoś fundamentalnie sprzecznego z naturą, ich wzrok spoczął na lewitującym i pulsującym niszczycielską energią sześcianie. I w tym samym ułamku sekundy, oboje, jakby kierowani jednym, rozpaczliwym instynktem, potrzebą przerwania tego cyklu rzucili się w jego stronę, wyciągając ręce. Ich palce musnęły jego gładką, wibrującą powierzchnię niemal jednocześnie.

W tym samym momencie ze sześcianu wybuchła oślepiająca, biała poświata, tak intensywna, że pochłonęła wszystko. Dźwięk rozrywanego powietrza wypełnił ich uszy, a gwałtowny pęd wciągnął ich w wir. Przez ułamek sekundy widzieli tylko czystą biel, potem przestrzeń wokół nich rozmyła się w kalejdoskopie pulsujących barw – fioletów, zieleni, błękitów i złotych iskier, które zdawały się tańczyć w nieskończonej spirali.

Ich umysły unosiły się w eterycznej przestrzeni. Mijali nieuchwytne, świetliste cienie – niektóre monumentalne, niczym posągi wykute w chmurach burzowych, inne splecione z mgły i żywicznych aromatów lasu. Nie miały kształtów, tylko wrażenia. Widzieli, jakby przez zasłonę z mgły, jak ich własne wspomnienia migają wstecz, niczym przewijana klatka po klatce taśma filmowa, coraz szybciej i szybciej, aż rozmyły się w jednolitym blasku.

Poczuli nagle lekkość, która nie była ulgą, a dziwną, bezwładną swobodą.

Koniec

Komentarze

Fakt, że warto czytać i komentować teksty innych, jeśli się chce, żeby ktoś czytał Twoje. Ale to nie znaczy, że skoro kilka fragmentów jest gotowych, zakazanym jest je wrzucić. 

Wrzucaj ile chcesz, to czy ludzie wejdą przeczytać zależy w dużej mierze od Twojej aktywności na forum. 

Rozumiem dobre chęci, ale d.pankovski nie wiem czy jako ktoś kto dodał dziesięć opowiadań, a od roku skomentował zaledwie dwadzieścia cztery teksty innych (a nawet mniej bo licznik liczy też Twoje), jest odpowiednim zwracać uwagę nowej osobie na forum, która dopiero się uczy, w taki, a nie inny sposób. Po co zniechęcać nowych użytkowników. Zachęcam do zastosowania własnej uwagi i czytania opowiadań innych.

Jak będę miał więcej czasu chętnie zajrzę do Twoich fragmentów TheGuru.

Pozdrawiam.

You cannot petition the Lord with prayer!

MichaelBullfinch

 

Masz rację. Nie powinienem wypowiadać się w tej kwestii – dlatego usunąłem komentarz.

Jeśli chodzi o moje konto, zwróć proszę uwagę, że między moimi aktywnościami na tym forum była dziesięciomiesięczna przerwa.

Masz jednak większe prawo zabierać głos w tej sprawie, więc grzecznie się wycofam.

Pozdrawiam i życzę spokojnego popołudnia.

https://www.wattpad.com/user/Pankovski

Nie odbierz tego jak atak na Twoją osobę. Widzę, że zaczynasz czytać i komentować, super. Ja tylko nie chciałbym, żeby ktoś się zniechęcił przez takie wpisy. Porada, nie przytyk. O to postuluję. Dzięki.

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Teraz i ja muszę usunąć komentarz, bo wisi bez kontekstu ;-)

Dostaję tyle krytycznych uwag o tym jak piszę, że nie czuję się kompetentny by komentować twórczości innych.

Będę wdzięczny jeśli zajrzysz. Ciągle nie wiem, czy ta moja radosna twórczość to tylko próba zabicia wolnego czasu i wyrzucenia z siebie pewnych emocji bez większej wartości dla świata czy może ktoś, coś z tego dla siebie znajdzie i miło spędzi czas czytając.

 

 

Nowa Fantastyka