Bóg i Lucyfer zasiedli przy stole,
Na przekór nocy, na przekór swej woli.
Skrzyżowali dłonie, spojrzenia splecione,
I wyszeptali: „Niech gra się rozpocznie”.
Śmierć zaśmiała się cicho pod nosem,
Widząc most nad czarnym chaosem.
Otchłań szeptała z głębin ponurych,
A nurt rzeki rwał sny i marmury.
A ja – iskra w sercu, burza we krwi,
Stałem na progu ostatnich chwil.
Między życiem a cieniem, bez tchu,
Gotów zanurzyć się w przepaści snu.
Gra była piękna i groźna zarazem,
Myśli wirowały w obłędzie, w transie.
Bóg podał dłoń, Lucyfer wskazał szlak,
Bym znów ze śmiercią zatańczył w takt.
I skoczyłem w nurt, co porywał mnie w dal,
By siebie odnaleźć pośród fal.
By wygrać raz jeszcze w śmiertelnej grze,
W tańcu na ostrzu, gdzie kończy się sens.
D.pankovski, :)
to było piękne. Trzeba mieć min. 50 lat, by napisać coś tak źrałego. W tym wieku, jak mawiał mój dziadek, “już widać drugi brzeg”. Ja sam mam już prawie (nie wiem, czy mam się tym tutaj chwalić) 49 lat. :(
Pozdrawiam i dziękuję,
MZ