- Opowiadanie: d.pankovski - Kroniki Eidonu: Herezje (Chronarium)

Kroniki Eidonu: Herezje (Chronarium)

Z ko­lek­cji “Kro­ni­ki Eido­nu”

He­re­zje Ke­th­ryn: Pieśń

Kon­wer­gen­cja: Aeren Voss

 

Cześć wszyst­kim,

 

wrzu­cam dziś opo­wia­da­nie „He­re­zje Ithry: Chro­na­rium” z linii po­bocz­nej Kro­ni­ki Eido­nu: He­re­zje — i ce­lo­wo nie jest to ko­lej­ny od­ci­nek z głów­nej osi Kro­ni­ki Eido­nu: Kon­wer­gen­cja.

 

W „Kon­wer­gen­cji” idzie­my sze­ro­ko: kilka świa­tów, różne po­rząd­ki (magia/tech­no­lo­gia), węzły, mapy, in­sty­tu­cje, na­ra­sta­ją­ca staw­ka. To jest oś, która ma spi­nać całą serię i pro­wa­dzić do po­wie­ścio­wych tomów (m.in. „Ko­rek­ta”). Na­to­miast zanim pod­bi­ję tempo i eska­lu­ję „wiel­ką hi­sto­rię”, chcę zro­bić coś, co uwa­żam za klu­czo­we dla tego uni­wer­sum: po­ka­zać Eidon nie jako hasło, tylko jako do­świad­cze­nie.

 

Dla­te­go po­wsta­ły He­re­zje — opo­wie­ści po­bocz­ne, lo­kal­ne, czę­sto ka­me­ral­ne, bez „dru­ży­ny” i bez ra­to­wa­nia świa­ta. 
Czy­taj za darmo:
Wat­t­pad: Kro­ni­ki Eido­nu: Kon­wer­gen­cja
Wat­t­pad: Kro­ni­ki Eido­nu: He­re­zje

 

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

GalicyjskiZakapior, Użytkownicy

Oceny

Kroniki Eidonu: Herezje (Chronarium)

Na Ithry czas nie pły­nął lekko. Nie spa­dał po czło­wie­ku, nie spły­wał po da­chach, nie roz­le­wał się po uli­cach. Czas tu od­kła­dał się war­stwą, cien­ką i upar­tą, w szro­nie na ba­lu­stra­dach, w lo­dzie na brze­gu rzeki, w bia­łym na­lo­cie na me­cha­ni­zmach, które na in­nych świa­tach pra­co­wa­ły­by w oleju i cie­ple. Tutaj pra­co­wa­ły w zim­nie, na su­chych trzpie­niach, na zę­bat­kach ob­le­pio­nych mro­zem, z ciszą prze­ry­wa­ną je­dy­nie krót­kim, me­ta­licz­nym brzę­kiem sprę­ży­ny i cięż­kim od­de­chem pary.

Mia­sto – bez nazwy, bo nazwy mają skłon­ność do przy­cią­ga­nia hi­sto­rii, a hi­sto­rie do pę­ka­nia – stało na ta­ra­sach skal­nych, wci­śnię­te mię­dzy czar­ne urwi­ska a roz­le­głą, skrzą­cą się rów­ni­nę lodu. Noc nie była tu wy­da­rze­niem, tylko sta­nem; dzień nie był obiet­ni­cą, tylko ja­śniej­szą wer­sją tego sa­me­go chło­du. Nad wszyst­kim wi­sia­ła nie­ustan­na po­świa­ta po­lar­na, ma­to­wa, po­zba­wio­na ra­do­ści, ale wier­na, i to wy­star­cza­ło, żeby czło­wiek wie­dział, gdzie jest kra­wędź dachu, a gdzie kra­wędź świa­ta.

W samym środ­ku mia­sta stało Chro­na­rium: bu­dow­la z ciem­ne­go ka­mie­nia i szkła, z ko­pu­łą tak przej­rzy­stą, że widać było pod nią krą­żą­ce po­wo­li wa­ha­dło – ogrom­ny, lo­do­wy cię­żar za­wie­szo­ny na ra­mie­niu z me­ta­lu o bar­wie sta­re­go oło­wiu. Wa­ha­dło było ser­cem rytmu. Kiedy prze­cho­dzi­ło przez punkt środ­ko­wy, w ścia­nach Chro­na­rium sły­chać było ni­skie, głu­che dud­nie­nie, a na we­wnętrz­nych pły­tach za­czy­nał osia­dać nowy szron, cien­ka linia „jutra”, które do­pie­ro miało się wy­da­rzyć.

Tak mie­rzo­no czas na Ithry: nie ze­ga­rem na ręku, tylko na­ra­sta­niem na­lo­tu, war­stwy po war­stwie, aż ro­bi­ło się tego zbyt dużo i trze­ba było ze­skro­bać, ze­brać do na­czyń, opi­sać, za­pie­czę­to­wać. Mó­wio­no, że w tym szro­nie sie­dzą nie tylko se­kun­dy, ale też pa­mięć dnia, jego drob­ne de­cy­zje i przy­pad­ko­we spo­tka­nia, a kto umie, ten po­tra­fi je z szro­nu wy­czy­tać lub wdy­chać w nocy, żeby przy­po­mnieć sobie, co mu ucie­kło. Nikt roz­sąd­ny nie robił tego czę­sto. Pa­mięć w czy­stej po­sta­ci bywa cięż­sza niż ból.

Eiran miał ręce czło­wie­ka, który całe życie trzy­mał na­rzę­dzia w zim­nie. Skóra na pal­cach była gruba, po­pę­ka­na, z drob­ny­mi bli­zna­mi po ostrych kra­wę­dziach lodu. W Chro­na­rium był nie tyle ka­pła­nem, co tech­ni­kiem rytmu, opie­ku­nem me­cha­ni­zmu, który nie wy­ba­czał. Co świt prze­cho­dził przez jasny ko­ry­tarz, od­da­wał płaszcz, wkła­dał rę­ka­wi­ce z cien­kiej skóry, potem zdej­mo­wał je od razu, bo w rę­ka­wi­cach nie czuł zębów kół, a koła trze­ba czuć.

Scho­dził do hali wa­ha­dła, gdzie po­wie­trze było za­wsze o dwa stop­nie chłod­niej­sze niż na ulicy, i kładł dłoń na me­ta­lo­wej ko­lum­nie, spraw­dza­jąc drże­nie. Jeśli drże­nie było równe, mia­sto miało spo­koj­ny dzień. Jeśli było nie­spo­koj­ne, ktoś tego dnia miał pecha. Ty­dzień wcze­śniej drże­nie było nie­spo­koj­ne trzy razy z rzędu, a to na Ithry ozna­cza­ło nie tyle „złe prze­czu­cie”, co re­al­ną zmia­nę wa­run­ków.

Naj­pierw pękła plat­for­ma trans­por­to­wa nad jedną z niż­szych ga­le­rii i dwóch ludzi po­le­cia­ło w dół, w mlecz­ną pust­kę, zanim kto­kol­wiek zdą­żył krzyk­nąć. Na­stęp­ne­go dnia winda do ko­pal­ni lo­do­we­go szkła za­trzy­ma­ła się mię­dzy po­zio­ma­mi, a lu­dzie w środ­ku przez go­dzi­nę sły­sze­li coś w ścia­nach, coś, co brzmia­ło jak skrzy­pie­nie, a nie było skrzy­pie­niem. Trze­cie­go dnia za­mar­z­ły śluzy przy ma­ga­zy­nie opału, choć nie po­win­ny, bo były ogrze­wa­ne, i pół mia­sta stało w ko­lej­ce z pu­sty­mi po­jem­ni­ka­mi, pa­trząc na sie­bie z ro­sną­cą wro­go­ścią. Rada Dys­try­bu­cji na­zwa­ła to „zbie­giem oko­licz­no­ści”. Rada Sta­bi­li­za­cji na­zwa­ła to „na­ra­sta­ją­cą nie­sta­bil­no­ścią rytmu”. Lu­dzie na­zwa­li to pro­ściej: „zły ty­dzień”. W Chro­na­rium złe ty­go­dnie były przed­sion­kiem pro­ble­mu więk­sze­go, bo jeśli me­cha­nizm się roz­stra­ja, to nie robi tego dla ka­pry­su; robi to, bo świat za­czy­na li­czyć ina­czej.

– Rytm jest opóź­nio­ny – po­wie­dział czło­wiek z Rady Sta­bi­li­za­cji, gdy Eiran sta­nął przed nimi, jesz­cze z chło­dem Chro­na­rium na twa­rzy. Mó­wi­li w sali o su­chym po­wie­trzu, przy stole tak gład­kim, że nie trzy­mał nawet okru­chów. Wszy­scy mieli ręce czy­ste, pa­znok­cie równe, płasz­cze jasne, bo czy­stość była tu ar­gu­men­tem. – Opóź­nio­ny o trzy ude­rze­nia w ostat­nich sied­miu dniach. To nie jest mar­gi­nes. To jest od­chy­le­nie. W mie­ście na­ra­sta pa­ni­ka. Mu­si­my uspo­ko­ić. Mu­si­my usta­bi­li­zo­wać. Mu­si­my mieć jutro prze­wi­dy­wal­ne.

Eiran oparł dło­nie na stole, po­czuł pod pal­ca­mi chłód gład­kie­go ma­te­ria­łu i po­my­ślał, że stół nie pa­mię­ta ni­cze­go, co na nim po­ło­żo­no.

– Rytm nie jest ze­ga­rem do prze­sta­wia­nia co go­dzi­nę – od­parł. – Wa­ha­dło ma swój cię­żar. Jeśli za­cznie­cie wy­mu­szać, bę­dzie­cie pła­cić.

– My już pła­ci­my – wtrą­cił ktoś z Rady Dys­try­bu­cji, męż­czy­zna o wą­skich ustach, któ­rych nigdy nie wi­dzia­no w uśmie­chu.

– Pła­ci­my stra­ta­mi. Pła­ci­my wy­pad­ka­mi. Pła­ci­my krzy­kiem w ko­lej­kach. Le­piej za­pła­cić raz, niż pła­cić co­dzien­nie.

Słowo „raz” za­brzmia­ło w tej sali atrak­cyj­nie, bo lu­dzie ko­cha­ją kosz­ty jed­no­ra­zo­we. Eiran uniósł wzrok, spoj­rzał po twa­rzach.

– Na Ithry nic nie jest raz – po­wie­dział cicho. – Tu wszyst­ko zo­sta­je w lo­dzie.

Czło­wiek z Rady Sta­bi­li­za­cji na­chy­lił się.

– W Chro­na­rium trzy­ma­cie na­rzę­dzia do dzia­łań nad­zwy­czaj­nych. Sły­sza­łem o nich. Wi­dzia­łem listy. Jest Pro­to­kół Za­trzy­ma­nia. Niech pan nie udaje, że go nie ma.

Eiran po­czuł ścisk w żo­łąd­ku. Pro­to­kół ist­niał. Był za­pi­sa­ny na cien­kich płyt­kach lo­do­we­go szkła i scho­wa­ny głę­bo­ko, bo nie słu­żył do co­dzien­no­ści. Słu­żył do chwil, gdy rytm świa­ta za­czy­nał roz­su­wać się od środ­ka. Pro­to­kół Za­trzy­ma­nia na­zy­wa­no w skró­cie Za­mro­że­niem Jutra, choć ofi­cjal­nie nie wolno było uży­wać tego okre­śle­nia. Zbyt bez­po­śred­nie. Zbyt ludz­kie. Zbyt łatwo wy­wo­ły­wa­ło w wy­obraź­ni obraz dnia, który nie przy­cho­dzi.

– Pro­to­kół jest… – za­czął Eiran.

– Ko­niecz­ny – do­koń­czył za niego Sta­bi­li­za­tor. – Rada daje panu zgodę. Daje panu też od­po­wie­dzial­ność. Pro­szę przy­go­to­wać dzia­ła­nie. Naj­póź­niej dzi­siej­szej nocy. Jutro ma być spo­koj­ne.

Eiran wró­cił do Chro­na­rium z cię­ża­rem, który nie był me­ta­lem ani lodem. Wszedł do hali wa­ha­dła, sta­nął pod ko­pu­łą i pa­trzył, jak ogrom­ny cię­żar po­ru­sza się po­wo­li, z upo­rem wła­ści­wym rze­czom, któ­rych nie da się prze­ku­pić. Na we­wnętrz­nych pły­tach osa­dzał się szron, cien­kie pasma ukła­da­ją­ce się w wzory. Eiran znał te wzory od lat. Wie­dział, kiedy szron ukła­da się rów­no­le­gle – wtedy dzień bywa równy, spo­koj­ny. Wie­dział, kiedy szron two­rzy zyg­za­ki – wtedy dzień przy­no­si kon­flik­ty, które da się jesz­cze roz­ła­do­wać, jeśli czło­wiek ma cier­pli­wość.

Tego dnia wi­dział coś in­ne­go: szron two­rzył wy­raź­ne prze­rwy, drob­ne szcze­li­ny w linii, po­wta­rza­ją­ce się co kilka ude­rzeń wa­ha­dła. Szcze­li­ny wy­glą­da­ły na brak, ale nie były bra­kiem. Były za­po­wie­dzią prze­rwa­nia. Eiran do­tknął płyty pal­cem, a zimno we­szło w skórę na­tych­miast, ostro. Przez mo­ment po­czuł w myśli obraz: ga­le­ria, która pęka, lu­dzie, któ­rzy lecą, ale zanim lecą, ich twa­rze robią się puste, bo nie zdążą się prze­stra­szyć.

Eiran cof­nął dłoń. W Chro­na­rium nie in­ter­pre­to­wa­no szro­nu emo­cja­mi. Eiran jed­nak nie był już tylko tech­ni­kiem. Po złym ty­go­dniu, po krzy­kach w ko­lej­kach i po wi­do­ku ko­bie­ty, która od­da­ła dziec­ku ostat­ni ka­wa­łek su­szo­ne­go mięsa, a sama uśmiech­nę­ła się, uda­jąc, że nie jest głod­na, Eiran za­czął my­śleć o ryt­mie w ka­te­go­riach ludzi. To był błąd. To był też po­czą­tek he­re­zji.

– Masz w oczach noc – ode­zwał się Nox, jego młody po­moc­nik, chło­pak o dło­niach jesz­cze cien­kich, ale już z tym twar­dym spoj­rze­niem, które wy­ra­bia w czło­wie­ku zimno. Nox przy­niósł skrzyn­kę z na­rzę­dzia­mi i po­sta­wił ją przy ko­lum­nie. – Rada znowu przy­szła?

Eiran ski­nął głową, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od szro­nu.

– Chcą spo­ko­ju. Chcą prze­wi­dy­wal­no­ści. Chcą, żeby jutro było po­słusz­ne.

– A kto nie chce? – Nox par­sk­nął. – Lu­dzie na dole boją się za­snąć. Wi­dzia­łem, jak jeden stary gór­nik sie­dział przy pie­cy­ku i pa­trzył w ogień, do­pó­ki nie zgasł. Nie mru­gnął ani razu.

– Bo boi się obu­dzić w dniu, który się nie zgo­dzi – mruk­nął Eiran.

Nox spoj­rzał na płyty ze szro­nem, zmru­żył oczy.

– To te prze­rwy? – spy­tał. – Wy­glą­da­ją źle.

– Wy­glą­da­ją praw­dzi­wie – od­po­wie­dział Eiran. – I dla­te­go wy­glą­da­ją źle.

Chło­pak prze­łknął ślinę.

– Zro­bisz Pro­to­kół?

Eiran po­czuł, że py­ta­nie jest pro­ste, a od­po­wiedź ma w sobie całe mia­sto.

– Pro­to­kół robi nie tyle Chro­na­rium, co świat – po­wie­dział wolno. – My tylko usta­wia­my wa­run­ki.

– Czyli zro­bisz.

Eiran nie za­prze­czył. Nox po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, po czym wyjął z kie­sze­ni mały ka­wa­łek lo­do­we­go szkła, cien­ką płyt­kę z rytym wzo­rem, dzie­cię­cy amu­let.

– Wiesz, co mi mó­wi­ła matka? – spy­tał. – Że jeśli chcesz ura­to­wać dzień, mu­sisz oddać coś z sie­bie. Ale jeśli od­dasz zbyt dużo, nie bę­dziesz miał czym żyć na­stęp­ne­go dnia.

Eiran spoj­rzał na niego i po­czuł, że chło­pak mówi o ra­chun­ku, choć nie używa słowa, które w Chro­na­rium wy­po­wia­da­ło się szep­tem.

– Twoja matka była mą­drzej­sza niż rada – mruk­nął. – I mą­drzej­sza niż ja.

Pro­to­kół Za­trzy­ma­nia nie był ry­tu­ałem dla tłumu. Nie miał pie­śni, nie miał ka­dzi­dła, nie miał świa­tła świec. Miał kroki, na­rzę­dzia i tem­pe­ra­tu­ry. Miał też jedną rzecz, któ­rej w in­struk­cji nie za­pi­sa­no: in­ten­cję. Bez in­ten­cji Pro­to­kół dzia­łał jak bez­wład­ny me­cha­nizm, nisz­cząc wię­cej, niż łatał.

Eiran zszedł do Skarb­ca Na­lo­tu, po­miesz­cze­nia pod Chro­na­rium, gdzie trzy­ma­no zbior­ni­ki z ze­skro­ba­nym szro­nem po­przed­nich dni. Każdy zbior­nik był ozna­czo­ny datą nie w sło­wach, tylko w ukła­dzie na­cięć, bo na Ithry daty mó­wi­ło się ostrzem. W naj­głęb­szej niszy stał po­jem­nik z na­lo­tem sprzed lat, z cza­sów wiel­kiej awa­rii, kiedy wa­ha­dło za­trzy­ma­ło się na mi­nu­tę i pół mia­sta stało w progu śmier­ci. Nalot z tam­te­go okre­su miał barwę przy­ga­szo­ną, cięż­ką, a jego struk­tu­ra przy­po­mi­na­ła zbitą sól. Na­zy­wa­no go Przed­ju­trem, bo za­wie­rał w sobie próbę uru­cho­mie­nia dnia, który nie chciał przyjść. Eiran wziął po­jem­nik, po­czuł w dło­niach cię­żar nie tylko fi­zycz­ny; nalot trzy­mał w sobie na­pię­cie, go­to­we do uwol­nie­nia. Nox przy­niósł z kolei rdzeń wa­ha­dła: cien­ki, me­ta­lo­wy pręt, który w nor­mal­nych wa­run­kach nie był wyj­mo­wa­ny. Wy­ję­cie rdze­nia było już aktem nad­zwy­czaj­nym.

– Jeśli to zro­bisz – po­wie­dział Nox, sto­jąc w progu Skarb­ca – nie bę­dzie od­wro­tu.

– Na Ithry od­wro­tu nigdy nie ma – od­parł Eiran. – Jest tylko war­stwa na war­stwie.

Wró­ci­li do hali wa­ha­dła w nocy, kiedy mia­sto uci­chło do tego stop­nia, że sły­chać było po­je­dyn­cze trza­ski lodu na da­chach.

Ko­pu­ła Chro­na­rium była wtedy ciem­na, a po­świa­ta po­lar­na wy­glą­da­ła na bar­dziej od­le­głą. Eiran usta­wił po­jem­nik z Przed­ju­trem w cen­trum, pod punk­tem, w któ­rym wa­ha­dło prze­cho­dzi­ło przez śro­dek. Roz­ło­żył na­rzę­dzia, przy­krę­cił klam­ry, wy­pu­ścił cien­kie rurki, przez które miało po­pły­nąć zimno i cie­pło w od­po­wied­nich pro­por­cjach. Pro­to­kół nie po­le­gał na za­trzy­ma­niu wa­ha­dła siłą. Po­le­gał na takim za­gęsz­cze­niu na­lo­tu na pły­tach, by „jutro” stało się zbyt cięż­kie, by przejść przez próg zda­rze­nia. Nie po­wsta­wa­ło, nie roz­wi­ja­ło się, nie roz­pę­dza­ło. Za­ma­rza­ło w po­ten­cja­le, przed ru­chem. Eiran wbił rdzeń w gniaz­do, za­mknął obu­do­wę, potem do­tknął dło­nią płyty ze szro­nem. W tej chwi­li czuł, że robi coś nie tylko prze­ciw ra­dzie, ale prze­ciw samej idei, że dzień musi na­stę­po­wać po dniu. To była he­re­zja w czy­stej po­sta­ci: od­mo­wa na­tu­ral­ne­go przej­ścia.

– Teraz – po­wie­dział cicho.

Nox od­krę­cił zawór. Z po­jem­ni­ka z Przed­ju­trem uniósł się de­li­kat­ny pył, le­d­wie wi­docz­ny, a jed­nak na­tych­miast wgry­za­ją­cy się w po­wie­trze. Eiran po­czuł w nosie za­pach sta­rych wspo­mnień: dymu, któ­re­go tu nie używa się od lat, i potu ludzi, któ­rzy bie­gli po scho­dach, gdy wa­ha­dło sta­nę­ło.

Pył osiadł na pły­tach, po­łą­czył się ze świe­żym na­lo­tem. Wa­ha­dło po­ru­sza­ło się nadal, ale jego dźwięk zmie­nił się, stał się przy­tłu­mio­ny, głęb­szy. Po kilku ude­rze­niach szron na pły­tach prze­stał na­ra­stać. Za­miast tego za­czął gęst­nieć, wcho­dzić w sie­bie, kry­sta­li­zo­wać. Linie przerw, które wcze­śniej Eiran wi­dział jako za­po­wiedź ka­ta­stro­fy, za­czę­ły się za­skle­piać, ale nie w spo­sób żywy. Za­skle­pia­ły się lodem tak twar­dym, że wy­glą­dał na szkło. Chro­na­rium za­mil­kło na se­kun­dę dłu­żej niż po­win­no, a potem pod ko­pu­łą roz­legł się dźwięk, któ­re­go Eiran nie sły­szał nigdy: krót­ki trzask, jak pęk­nię­cie w gru­bym lo­dzie. Nox od­ru­cho­wo cof­nął się. Eiran nie drgnął. Pa­trzył na wa­ha­dło i wie­dział, że świat przy­jął Pro­to­kół. Wie­dział też, że świat przyj­mu­jąc, już wy­sta­wił ra­chu­nek, choć jesz­cze nie wpi­sał kwoty. Ra­chun­ki nie przy­cho­dzą z fan­fa­rą. Przy­cho­dzą, gdy czło­wiek myśli, że już wy­grał.

Na­stęp­ne­go dnia mia­sto obu­dzi­ło się spo­koj­ne. Nie było wia­tru, nie było trza­sków, nie było nie­spo­dzie­wa­nych za­cięć me­cha­ni­zmów. W punk­cie dys­try­bu­cji nikt nie krzy­czał. Na ga­le­rii trans­por­to­wej nie pękł żaden swo­rzeń. Winda do ko­pal­ni zje­cha­ła i wy­je­cha­ła bez jęku. Lu­dzie cho­dzi­li ostroż­nie, ale po kilku go­dzi­nach w tej ostroż­no­ści po­ja­wi­ło się coś, co na Ithry by­wa­ło rzad­kie: ulga. Rada Sta­bi­li­za­cji ro­ze­sła­ła krót­ką notę o „sku­tecz­nej in­ter­wen­cji Chro­na­rium” i o tym, że mia­sto może wró­cić do pracy bez nie­po­trzeb­nych prze­sto­jów. Eiran pa­trzył na to z boku, sto­jąc na ta­ra­sie Chro­na­rium, z dło­nią na me­ta­lo­wej ba­lu­stra­dzie. Wa­ha­dło biło równo. Szron na pły­tach był gęsty, za­skle­pio­ny. W po­wie­trzu uno­sił się ten sam me­ta­licz­ny chłód, ale dziś mniej draż­nił. Nox przy­szedł do niego, z twa­rzą na­pię­tą, lecz z iskrą, któ­rej wcze­śniej nie miał.

– Udało się – po­wie­dział. – Lu­dzie na dole mówią, że to pierw­szy spo­koj­ny dzień od ty­go­dni.

Eiran ski­nął głową.

– Udało się – po­wtó­rzył, ale w jego ustach słowo brzmia­ło go­rzej, bar­dziej sucho.

– Dla­cze­go mó­wisz to, jak­byś miał w zę­bach lód? – Nox zmru­żył oczy. – Coś się stało?

Eiran otwo­rzył usta, żeby od­po­wie­dzieć „jesz­cze nie wiem”, i nagle uświa­do­mił sobie, że myśl o „jesz­cze” ma dziś inną tem­pe­ra­tu­rę. Słowa ukła­da­ły się w gło­wie wol­niej. Nie dra­ma­tycz­nie. Prak­tycz­nie.

– Zrób ob­chód płyt – po­le­cił, uni­ka­jąc od­po­wie­dzi. – Sprawdź, czy nalot nie pęka.

Nox po­szedł, a Eiran zo­stał z uczu­ciem, że dzień jest równy aż do prze­sa­dy. Równy dzień na Ithry bywał po­dej­rza­ny, bo życie ma zwy­czaj zo­sta­wiać rysy.

Pierw­szy sy­gnał ra­chun­ku przy­szedł na rynku, w miej­scu, gdzie sprze­da­wa­no su­szo­ne ryby i czar­ne kost­ki pa­li­wa. Eiran przy­szedł tam po dro­bia­zgi, bo nawet opie­kun rytmu musi jeść, a Chro­na­rium nie wy­twa­rza chle­ba. Pod­szedł do stra­ga­nu, przy któ­rym stała ko­bie­ta z twa­rzą czer­wo­ną od zimna, prze­kła­da­ją­ca towar do wo­recz­ków.

– Wezmę dwa pa­kie­ty – po­wie­dział Eiran.

Ko­bie­ta ski­nę­ła głową, po­da­ła mu towar.

– Za­pła­cisz teraz – do­da­ła.

– Teraz, jasne – od­parł Eiran i podał że­to­ny. – A resz­tę od­bio­rę jutro.

W tej chwi­li zo­ba­czył, że ko­bie­ta za­wie­si­ła na nim wzrok, nie ro­zu­mie­jąc. To nie było spoj­rze­nie głu­po­ty. To było spoj­rze­nie czło­wie­ka, który nagle sły­szy obce słowo.

– Kiedy? – spy­ta­ła.

– Jutro – po­wtó­rzył Eiran, bo słowo było pro­ste.

Ko­bie­ta zmarsz­czy­ła brwi, a jej usta po­ru­szy­ły się, jakby szu­ka­ła w pa­mię­ci od­po­wied­ni­ka.

– Po na­stęp­nym ude­rze­niu? – spy­ta­ła w końcu, ostroż­nie.

Eiran po­czuł chłód na karku.

– Nie. Jutro. Na­stęp­ny dzień.

Ko­bie­ta po­krę­ci­ła głową, znie­cier­pli­wio­na, lecz w tym znie­cier­pli­wie­niu było coś nie­po­ko­ją­ce­go: brak punk­tu za­cze­pie­nia.

– Jeśli chcesz, przyjdź po ko­lej­nym dzwo­nie – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc na wieżę sy­gna­ło­wą. – U mnie dzwon jest pewny.

Dzień… dzień to tylko świa­tło.

Eiran od­szedł od stra­ga­nu i nagle za­uwa­żył, że po­dob­ne roz­mo­wy dzie­ją się wszę­dzie. Dwóch ro­bot­ni­ków kłó­ci­ło się o zmia­nę, pró­bu­jąc usta­lić, kto pra­cu­je „na­stęp­nie”, ale nie po­tra­fi­li uło­żyć har­mo­no­gra­mu, bo har­mo­no­gram wy­ma­ga jutra. Ko­bie­ta przy stud­ni py­ta­ła są­siad­kę, kiedy odda wia­dro, i sły­sza­ła: „po tym, gdy zga­sną lampy”, a nie „jutro rano”. Dzie­ci bie­ga­ły, śmia­ły się, ale w ich za­ba­wie nie było „jutro po­ba­wi­my się znów”, było tylko „teraz”. Eiran wró­cił do Chro­na­rium z gar­dłem su­chym, choć po­wie­trze było wil­got­ne od zimna. W hali wa­ha­dła zna­lazł Noxa, sto­ją­ce­go przy pły­tach i pa­trzą­ce­go na nie z pu­stym wy­ra­zem.

– Nalot jest sta­bil­ny – po­wie­dział chło­pak, ale brzmia­ło to me­cha­nicz­nie.

– A ty? – spy­tał Eiran.

Nox drgnął.

– Co ja?

– Mie­li­śmy… – Eiran urwał. Chciał po­wie­dzieć: „mie­li­śmy jutro zejść na dolne ta­ra­sy, po­ka­zać ci starą ko­mo­rę, na­uczyć cię od­czy­tu przerw”, ale słowo „jutro” w jego ustach nagle za­brzmia­ło zbyt gło­śno. Nox pa­trzył na niego, nie ro­zu­mie­jąc, jak ko­bie­ta na rynku.

– Po czym? – spy­tał Nox. – Po na­stęp­nym ob­ro­cie?

Eiran po­czuł, że ra­chu­nek zo­stał wy­sta­wio­ny, a kwota do­ty­czy nie chle­ba ani opału. Do­ty­czy zdol­no­ści do wyj­ścia myślą do przo­du, do usta­wie­nia kroku przed kro­kiem. W Chro­na­rium pra­co­wa­ło się wła­śnie tym: usta­wia­niem na­stęp­stwa. Jeśli na­stęp­stwo pęka, me­cha­nizm prze­sta­je być opie­ką, staje się klat­ką.

W ciągu ko­lej­nych dni – choć słowo „ko­lej­nych” za­czę­ło brzmieć po­dej­rza­nie – mia­sto ro­bi­ło się spo­koj­niej­sze, ale nie w do­brym sen­sie. Nie było pa­ni­ki. Nie było pro­te­stów. Nie było wiel­kich kłót­ni o przy­dzia­ły. Lu­dzie pra­co­wa­li, jedli, spali, bu­dzi­li się, po­wta­rza­li. Tylko że w tych czyn­no­ściach za­bra­kło na­pię­cia, które pcha czło­wie­ka do przy­go­to­wa­nia, do od­kła­da­nia, do pla­no­wa­nia. Ma­ga­zyn opału, dotąd pil­no­wa­ny ob­se­syj­nie, za­czął wy­da­wać wię­cej niż zwy­kle, bo nikt nie po­tra­fił wy­tłu­ma­czyć sobie, że trze­ba zo­sta­wić część „na póź­niej”. W ko­pal­ni wy­do­by­wa­no równo, ale nikt nie roz­pi­sy­wał zmian na ty­dzień, bo ty­dzień prze­stał mieć sens. W kuch­niach go­to­wa­no to, co było pod ręką, nie to, co miało star­czyć do na­stęp­ne­go cyklu.

Eiran ob­ser­wo­wał to z ro­sną­cym lę­kiem, ale lęk był dziw­ny, bo lęk jest zwy­kle skie­ro­wa­ny do przo­du: boję się tego, co na­dej­dzie. Tu „na­dej­dzie” tra­ci­ło kon­tur. Eiran pró­bo­wał mówić lu­dziom o przy­go­to­wa­niach, o tym, że Ithra ma okre­sy mrozu głęb­sze­go, że trze­ba odło­żyć pa­li­wo, że trze­ba na­pra­wić izo­la­cje, że trze­ba zająć się łącz­ni­ka­mi na ga­le­rii, zanim znów za­czną pękać. Lu­dzie słu­cha­li, ki­wa­li gło­wa­mi, a potem wra­ca­li do swo­ich czyn­no­ści, bo słowa „zanim” i „potem” ro­bi­ły im się w uszach puste. Nawet język za­czął się zmie­niać: w zda­niach coraz rza­dziej po­ja­wia­ły się formy przy­szłe, a czę­ściej po­ja­wia­ły się kon­struk­cje obej­ścio­we, opar­te o dzwo­ny, o świa­tło, o ko­lej­ność po­sił­ków. To było prak­tycz­ne. To było też prze­ra­ża­ją­ce, bo język nie zmie­nia się od fa­na­be­rii; zmie­nia się, gdy świat zmie­nia wa­run­ki.

Rada Sta­bi­li­za­cji przy­szła do Chro­na­rium po trzech do­bach spo­ko­ju. Tym razem ich twa­rze były za­do­wo­lo­ne. Za­do­wo­le­nie było tu rzad­kim wy­ra­zem, więc ra­zi­ło pra­wie tak, jakby ktoś przy­niósł cie­pło do sali.

– Efekt jest zna­ko­mi­ty – oznaj­mił Sta­bi­li­za­tor. – Wy­pad­ki spa­dły. In­cy­den­ty dys­try­bu­cyj­ne usta­ły. Lu­dzie są spo­koj­niej­si. Pro­to­kół dzia­ła.

– Dzia­ła – po­wtó­rzył Eiran i po­czuł, że słowo wy­śli­zgu­je mu się z ust zbyt łatwo.

– Wi­dzi­my też zmia­nę w za­cho­wa­niach spo­łecz­nych – cią­gnął Sta­bi­li­za­tor, tonem czło­wie­ka, który mówi o pa­ra­me­trach, nie o lu­dziach. – Spa­dek agre­sji, spa­dek rosz­czeń, spa­dek… – za­wa­hał się i spoj­rzał w no­tat­ki – pro­jek­cji.

Eiran ude­rzył dło­nią w stół, nie mocno, lecz dość, by za­brzmia­ło.

– Pro­jek­cja to nie wada. To jest zdol­ność.

Sta­bi­li­za­tor uniósł brwi.

– Zdol­ność do nie­po­ko­ju. Zdol­ność do wy­ma­gań. Zdol­ność do kon­flik­tu. Pro­szę spoj­rzeć na to bez sen­ty­men­tu. Ithra po­trze­bu­je sta­bil­no­ści. Skoro koszt sta­bil­no­ści po­le­ga na ogra­ni­cze­niu pro­jek­cji, koszt jest ak­cep­to­wal­ny.

Eiran otwo­rzył usta, żeby po­wie­dzieć, że nie mają prawa uzna­wać kosz­tu za ak­cep­to­wal­ny w imie­niu ca­łe­go mia­sta, i wtedy ude­rzy­ło go, że w jego wła­snej gło­wie bra­ku­je dra­bi­ny do tego zda­nia. „Nie mają prawa” wy­ma­ga roz­cią­gnię­cia myśli w przód, wy­ma­ga wizji kon­se­kwen­cji. Eiran po­czuł na­ra­sta­ją­cą pust­kę.

– To nie jest… – za­czął i urwał.

– To jest sta­bil­ne – do­koń­czył Sta­bi­li­za­tor, bez wa­ha­nia. – A sta­bil­ne jest do­brem.

Eiran zo­ba­czył w tej chwi­li praw­dzi­wy kształt he­re­zji: nie jego dzia­ła­nia w Chro­na­rium, nie Pro­to­kół, nie za­mar­z­nię­ty nalot. He­re­zją stało się to, że wła­dza zo­ba­czy­ła w utra­cie jutra na­rzę­dzie, nie tra­ge­dię.

Wró­cił pod ko­pu­łę, sam, bez Noxa, bez rady. Wa­ha­dło biło równo. Płyty były gęste od na­lo­tu, a w na­lo­cie nie było już przerw. Wszyst­ko było do­mknię­te, za­skle­pio­ne, czy­ste. Eiran do­tknął płyty i spró­bo­wał wy­czuć, czy pod tą gład­ko­ścią jest jesz­cze ruch. Nie było. Był cię­żar. Eiran zszedł do Skarb­ca Na­lo­tu i wyjął prób­kę, tę samą, którą na­zy­wa­no Przed­ju­trem. Wziął ją do ust, nie wdy­cha­jąc głę­bo­ko, tylko mu­ska­jąc wargą, bo stara pa­mięć bywa gwał­tow­na. W gło­wie po­ja­wił się obraz sprzed lat: lu­dzie bie­gną­cy po scho­dach, krzyk, upa­dek, a potem nagła, bru­tal­na świa­do­mość, że jeśli wa­ha­dło nie ruszy, nie bę­dzie ko­lej­ne­go dnia. Obraz był ostry, re­al­ny. Eiran chciał na nim oprzeć dzi­siej­szy ar­gu­ment: „za­trzy­ma­nie dnia jest złem”. Tyle że ar­gu­ment wy­ma­gał wska­za­nia w przód, a w przód stała ścia­na lodu. Eiran po­czuł, że ra­chu­nek do­tknął jego sa­me­go naj­bo­le­śniej: ode­brał mu na­rzę­dzie, któ­rym mógł­by to na­pra­wić. Chro­no­ma­ker bez przy­szło­ści jest rze­mieśl­ni­kiem bez miary.

Wie­czo­rem, w po­miesz­cze­niu ser­wi­so­wym, Nox sie­dział przy stole i skro­bał me­ta­lo­wy ele­ment, po­wta­rza­jąc ruchy me­cha­nicz­nie. Eiran usiadł na­prze­ciw, pró­bu­jąc wcią­gnąć w roz­mo­wę chło­pa­ka, pró­bu­jąc za­cze­pić jego myśl o czymś, co wy­kra­cza poza „teraz”.

– Pa­mię­tasz, co mó­wi­łeś o matce? – spy­tał.

Nox uniósł wzrok, zdzi­wio­ny, a potem jego twarz roz­luź­ni­ła się, bo prze­szłość nadal ist­nia­ła.

– Pa­mię­tam – po­wie­dział. – Mó­wi­ła o kosz­cie.

– I co jesz­cze mó­wi­ła?

Nox wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Że zimno nie jest wro­giem. Wro­giem jest brak przy­go­to­wa­nia.

Eiran po­czuł ukłu­cie.

– Przy­go­to­wa­nia do czego? – za­py­tał, choć wie­dział, że to py­ta­nie jest pu­łap­ką.

Nox za­mru­gał. Na mo­ment w jego oczach po­ja­wi­ła się próba uchwy­ce­nia sensu, która nie zna­la­zła opar­cia.

– Do… – za­czął i urwał, nie z braku słowa, tylko z braku kie­run­ku. – Do tego, co jest.

Eiran zro­zu­miał, że chło­pak nie skła­mie. On po pro­stu nie ma na­rzę­dzia, żeby się­gnąć do przo­du. To nie była głu­po­ta. To była am­pu­ta­cja. W mie­ście am­pu­ta­cje ro­bi­ło się czę­sto, tylko zwy­kle na pal­cach, nie na cza­sie.

Gdy mi­nę­ło kilka cykli dzwo­nów, a Rada Sta­bi­li­za­cji za­czę­ła mówić o utrzy­ma­niu Pro­to­kó­łu na stałe, Eiran pod­jął ostat­nią próbę, bo nawet czło­wiek bez przy­szło­ści ma od­ruch sprze­ci­wu, choć sprze­ciw staje się wtedy cięż­ki i nie­po­rad­ny. Nocą wszedł do Chro­na­rium, odłą­czył za­bez­pie­cze­nia, otwo­rzył obu­do­wę rdze­nia, wyjął pręt i cze­kał na re­ak­cję, wpa­tru­jąc się w płyty, w nalot, w drob­ne gra­ni­ce mię­dzy tym, co żywe, a tym, co tylko trwa. Z nor­mal­nych zasad wy­ni­ka­ło, że usu­nię­cie rdze­nia po­win­no roz­luź­nić war­stwę, po­zwo­lić szro­no­wi znów na­ra­stać w spo­sób na­tu­ral­ny, przy­wró­cić „na­stęp­ny dzień” do pracy, ale me­cha­nizm nie zna li­to­ści, zna tylko bi­lans: wa­ha­dło za­drża­ło, roz­legł się niski dźwięk, głu­chy i nie­przy­jem­ny, po czym wszyst­ko wró­ci­ło do rów­ne­go tyk­nię­cia, a nalot ani drgnął. Eiran spró­bo­wał jesz­cze raz, ręcz­nie, dłu­tem, war­stwa po war­stwie, z na­dzie­ją, że od­ko­pie świe­ży szron pod spodem, ten de­li­kat­ny, ru­cho­my, który pach­nie moż­li­wo­ścią; ostrze zgrzyt­nę­ło, nalot oka­zał się tward­szy niż po­wi­nien, a za­miast mięk­kie­go pyłu dnia od­cho­dzi­ły drob­ne krysz­tał­ki, kru­che i puste, roz­sy­pu­ją­ce się w pal­cach. W po­wie­trzu uniósł się chłód po­zba­wio­ny obiet­ni­cy, a Eiran zro­zu­miał to, co opie­kun rytmu ro­zu­mie naj­póź­niej: Pro­to­kół prze­stał być pro­ce­du­rą. Stał się sta­nem. Świat, kiedy raz przyj­mie koszt, po­tra­fi go utrwa­lić, bo utrwa­le­nie jest tań­sze niż cof­nię­cie, a sta­bil­ność bywa tu my­lo­na z do­brem.

Zszedł z Chro­na­rium nad ranem, nie po to, by od­po­cząć, tylko by zo­ba­czyć, czy mia­sto w ogóle ro­zu­mie, co od­da­ło. Przy punk­cie dys­try­bu­cji było spo­koj­nie, lu­dzie stali równo, bez kłót­ni, bez prze­py­cha­nek, twa­rze mieli gład­kie od zmę­cze­nia, a w tej gład­ko­ści była ulga, która wy­glą­da­ła przy­zwo­icie. Na scho­dach stał męż­czy­zna o bar­kach zbyt sze­ro­kich na ten świat, z dło­nia­mi po­pę­ka­ny­mi od pracy, trzy­mał w ręku por­cję opału i pa­trzył na nią tak, jakby pa­trzył na je­dy­ny fakt, który ma dziś zna­cze­nie. Obok niego stało dziec­ko, zbyt cien­kie w ra­mio­nach, z po­licz­ka­mi za­czer­wie­nio­ny­mi od zimna, i cią­gnę­ło go za rękaw. Eiran nie znał ich imion, bo w tym mie­ście imio­na były rzad­ko­ścią, ale znał ten układ ciał: do­ro­sły, który udaje spo­kój, i dziec­ko, które jesz­cze wie­rzy w obiet­ni­ce.

– Przyj­dziesz ze mną póź­niej? – spy­ta­ło dziec­ko, po­ka­zu­jąc pal­cem na dolne ta­ra­sy, gdzie widać było wej­ścia do tu­ne­li. – Obie­ca­łeś.

Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi, a na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­si­łek, nie fi­zycz­ny, tylko ten, który robi się w środ­ku głowy, kiedy czło­wiek pró­bu­je się­gnąć dalej niż naj­bliż­szy krok.

– Po dzwo­nie – od­parł w końcu, z ulgą, bo dzwon jest kon­kret­ny.

Dziec­ko po­krę­ci­ło głową z dzie­cię­cą upar­to­ścią.

– Nie po dzwo­nie. Póź­niej. W… – za­wa­ha­ło się i spoj­rza­ło na Eira­na, bo Eiran miał w oczach coś z Chro­na­rium, a Chro­na­rium zwy­kle umia­ło na­zy­wać rze­czy – w na­stęp­nym dniu.

Męż­czy­zna pa­trzył na dziec­ko długo i nagle zro­bił się star­szy o kilka lat, choć na Ithry sta­rze­nie wy­glą­da­ło zwy­kle ina­czej, po­wo­li, od kości. Teraz wy­glą­da­ło od słów.

– Nie mów tak – po­wie­dział cicho, nie gniew­nie, ra­czej z lę­kiem, któ­re­go nie umiał na­zwać. – Zrób, co masz zro­bić teraz. Zjedz. Ogrzej ręce.

– Ale obie­ca­łeś – po­wtó­rzy­ło dziec­ko, a w tym po­wtó­rze­niu było coś, co tnie czło­wie­ka bar­dziej niż zimno: fakt, że obiet­ni­ca po­trze­bu­je miej­sca, w któ­rym ma się speł­nić.

Męż­czy­zna otwo­rzył usta, za­mknął je, spoj­rzał w bok, po czym zro­bił to, co robi się, gdy nie da się do­koń­czyć zda­nia: po­ło­żył dziec­ku dłoń na gło­wie, mocno, za mocno, nie z prze­mo­cy, tylko z bez­rad­no­ści. Eiran stał obok i po­czuł w tej sce­nie ra­chu­nek le­piej niż w każ­dym szro­nie. Pro­to­kół uspo­ko­ił mia­sto, ode­brał awa­rie, od­su­nął wy­pad­ki, wy­gła­dził kon­flik­ty, ale za­brał też miej­sce na „póź­niej”. A bez „póź­niej” obiet­ni­ca staje się szy­der­stwem, prze­ba­cze­nie traci sens, na­pra­wa prze­sta­je być de­cy­zją, bo de­cy­zja wy­ma­ga per­spek­ty­wy. Zo­sta­je wy­łącz­nie trwa­nie, dobre dla me­cha­ni­zmów, wy­god­ne dla rad, nie­bez­piecz­ne dla ludzi.

Wró­cił do Chro­na­rium z tym ob­ra­zem wbi­tym w skro­nie, z dziec­kiem po­wta­rza­ją­cym „obie­ca­łeś” i z do­ro­słym, który nie umie od­po­wie­dzieć, bo nie ma na­rzę­dzia, by roz­cią­gnąć myśl. W hali wa­ha­dła spo­tkał Noxa, który stał przy pły­tach i wpa­try­wał się w nalot bez nie­po­ko­ju; brak nie­po­ko­ju mógł wy­glą­dać na zdro­wie, ale Eiran już wie­dział, że to bywa objaw.

– Co ro­bisz? – spy­tał.

– Pil­nu­ję – od­parł Nox. – Tak ka­za­łeś.

Eiran ski­nął głową, po czym wy­cią­gnął z kie­sze­ni mały, me­ta­lo­wy znacz­nik, taki, ja­kie­go używa się do ozna­cza­nia uster­ki, i podał go chło­pa­ko­wi.

– Scho­waj – po­wie­dział. – Przy­da ci się… – za­wa­hał się, bo słowo nie chcia­ło przyjść gład­ko – przy­da ci się póź­niej.

Nox spoj­rzał na znacz­nik, potem na Eira­na.

– Po któ­rym dzwo­nie? – za­py­tał rze­czo­wo.

Eiran po­czuł, że coś w nim pęka, nie w gar­dle, tylko w tym miej­scu, gdzie czło­wiek ukła­da plany. Nie cho­dzi­ło o wiel­kie plany, o wy­pra­wy, o wojny. Cho­dzi­ło o zwy­kłe: „przyj­dę”, „zro­bię”, „na­pra­wię”, „oddam”, „wrócę”. Te pro­ste słowa są w czło­wie­ku cien­ki­mi bel­ka­mi; gdy je wyjąć, dom nadal stoi, lecz w środ­ku robi się pusty.

– Po tym, co bę­dzie – po­wie­dział w końcu Eiran, a brzmia­ło to ża­ło­śnie, bo „to, co bę­dzie” prze­sta­ło być kon­kret­ne.

Nox przy­jął znacz­nik, nie pro­te­sto­wał, bo pro­test wy­ma­ga wy­obra­że­nia, że można ina­czej. I wła­śnie wtedy Eiran zro­zu­miał naj­gor­sze: Pro­to­kół nie tylko za­mro­ził „jutro”, on za­mro­ził także moż­li­wość buntu, bo bunt rodzi się z prze­ko­na­nia, że gdzieś dalej czeka inna wer­sja świa­ta. Jeśli nie ma „dalej”, czło­wiek nie bun­tu­je się, tylko do­sto­so­wu­je, a Rada Sta­bi­li­za­cji na­zy­wa to doj­rza­ło­ścią.

Zo­sta­ło mu tylko jedno: zo­sta­wić ślad, który nie jest pro­to­ko­łem, nie jest ra­por­tem, nie jest pa­ra­me­trem. Ślad, który ma dzia­łać na tych, któ­rzy jesz­cze po­tra­fią po­czuć kie­ru­nek w sło­wie. Eiran wy­szedł na ze­wnętrz­ny taras Chro­na­rium, tam gdzie wiatr przy­no­sił szron na ka­mień, i na gład­kiej pły­cie lo­do­we­go szkła wyrył jedno słowo, głę­bo­ko, ostro, aż iskry po­sy­pa­ły się w zimne po­wie­trze. Słowo było pro­ste, a przez to nie­bez­piecz­ne: JUTRO.

Stał nad nim długo, pró­bu­jąc od­na­leźć w nim sens, obraz, od­le­głość, co­kol­wiek, co od­róż­nia obiet­ni­cę od wy­mów­ki, a plan od od­ru­chu. Sens nie przy­szedł. Przy­szedł tylko suchy ból w gar­dle, prak­tycz­ny i cier­pli­wy, przy­po­mi­na­ją­cy, że język też bywa me­cha­ni­zmem i też można go roz­stro­ić. Eiran od­szedł od na­pi­su, zo­sta­wia­jąc go na pły­cie nie jako za­klę­cie, tylko jako ostrze­że­nie: że można wy­gła­dzić dzień do po­zio­mu spo­ko­ju, a przy oka­zji wy­ciąć z ludzi to, co spra­wia, że w ogóle warto wsta­wać. Mia­sto w dole było równe, wa­ha­dło biło mia­ro­wo, ko­lej­ki były ciche, a w ciszy było coś, co Sta­bi­li­za­to­rzy uzna­li­by za suk­ces.

To dzia­ła­ło.

Ale coś było nie tak.

Koniec

Komentarze

Hm hm hm.

 

Opis tej wahadlano-szronowej planety, przedstawiony ładną prozą, bardzo pobudza wyobraźnię. Ktoś mógłby pewnie powiedzieć, że nazbyt tu purpurowo, ale jak dla mnie yes 

 

Natomiast historia nieprzesadnie mnie wciągnęła.

 

Potencjalne konsekwencje zastosowania czy niezastosowania protokołu były dość mgliste, nie czułem więc, żeby przedstawiane wydarzenia były szczególnie istotne. Zabrakło tu, że tak powiem, stawki.

Mamy w tekście tę główną myśl, że stagnacja be, ale ona też nie została przedstawiona w przekonujący sposób – opowiadanie kończy się dosłownym stwierdzeniem, że “coś jest nie tak”. Nie jest to przestroga, która mogłaby zostać w pamięci.

 

Pozdrawiam


na Ithry daty mówiło się ostrzem

Hm hm daty się mówiło, i to mówiło ostrzem? Może wymawiało albo zapisywało? Dziwne to zdanie.

 

zaczęły się zasklepiać, ale nie w sposób żywy

Niezgrabne.

 

powtarzając ruchy mechanicznie

Raczej “mechanicznie powtarzając ruchy”.

 

brak niepokoju mógł wyglądać na zdrowie, ale Eiran już wiedział, że to bywa objaw.

Raczej “objawem”. Albo “że czasem to jest objaw”.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Serwus

Kolejne bardzo dobre opowiadanie z Twojego uniwersum.

Bardzo fajnie pokazałeś samą koncepcję oraz konsekwencje przyczynowo-skutkowe wymazania słowa „jutro”.

Podoba mi się – zdecydowanie klikam, bo powinno znaleźć się w bibliotece.

 

Rozumiem, że Kroniki Eidonu, Herezje oraz Konwergencja to to samo uniwersum, tak?

Jeśli tak, to czemu nie ma jednego wspólnego tytułu, z podtytułami dla poszczególnych odgałęzień? – Idzie się w tym pogubić.

 

Pozdrawiam

rr

Robert Raks,

 

dziękuję za komentarz.

 

Co do wspólnego tytułu – masz rację, już to poprawiłem.

Kroniki Eidonu: Konwergencja – seria wprowadzająca głównych bohaterów.

Kroniki Eidonu: Herezje – zbiór niezależnych opowiadań z uniwersum Eidonu.

Kroniki Eidonu: Korekta – pełnoprawna powieść.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

„Kroniki Eidonu: Korekta – pełnoprawna powieść.” – Prolog, Archont, Skok i Kamerton to są poszczególne rozdziały powieści, czy odrębne zamknięte historie? Gdzie można przeczytać całą powieść? Jest już skończona?

To są poszczególne, wybrane fragmenty powieści, lekko zmienione i dopracowane tak, aby mogły funkcjonować samodzielnie jako szorty lub krótkie opowiadania.

Chciałem w ten sposób przybliżyć, jak działa całe uniwersum Kronik Eidonu – jego klimat, zasady i sposób narracji – bez konieczności wchodzenia od razu w pełną, wielowątkową powieść.

 

Jeśli chodzi o powieść, mam już ukończone około 3/4 całości po poprawkach i co kilka dni publikuję na Wattpadzie po kilka rozdziałów.

Nie mam kontaktu z żadnymi beta-czytelnikami, więc wszystko robię sam – od pierwszych stron, przez korektę i redakcję, projekt okładki, aż po przygotowanie pod druk i e-book. Projekt jest w 100% autorski.

Dlatego publikuję na tym forum – żeby mieć drogowskazy, co jeszcze warto poprawić, tak aby każdy rozdział był możliwie dopracowany.

 

Link do powieści znajdziesz w stopce.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Nowa Fantastyka