- Opowiadanie: d.pankovski - Kroniki Eidonu: Korekta (Prolog)

Kroniki Eidonu: Korekta (Prolog)

Konklawa Zapisu ogłasza nową doktrynę: Korektę Ciągłą.
Chaos ma zostać usunięty, sprzeczności wygładzone, a rzeczywistość doprowadzona do jednego, stabilnego wariantu. Miasta działają sprawniej. Wojny cichną. Ludzie przestają się bać.

Tylko że wraz z porządkiem znikają imiona, emocje i wybór.

W świecie, gdzie magia i technologia są jedynie różnymi językami tej samej siły - Eidonu - każda ingerencja ma swój rachunek. A im dłużej koszt jest ukrywany, tym potężniejsze stają się odsetki.

Kartograf, mag runy, istota pieśni, syntetyczna obserwatorka i człowiek-świadek zostają związani Szwem Konwergencji. Nie wybrali tej roli - są jej konsekwencją. Gdy Konklawa rozpoczyna polowanie, a pierwsze światy doświadczają „idealnej" stabilizacji, bohaterowie muszą odpowiedzieć na pytanie, którego nikt nie chce zadać:

Czy porządek, który odbiera sens, jest jeszcze ratunkiem - czy już przemocą?

Korekta to mroczna, wielowątkowa opowieść fantasy-science fiction o władzy nad rzeczywistością, cenie kontroli i granicy, po której przekroczeniu świata nie da się już naprawić - można go tylko opóźnić przed rozpadem.

Oceny

Kroniki Eidonu: Korekta (Prolog)

W Varynth niebo nigdy nie było pewne, czy ma udawać dzień, czy tylko pamiętać, że kiedyś istniał. Wisiało więc nad dzielnicą Szarą jak niedokończona obietnica: płat chmury przyszyty do błękitnej tkaniny, w jednym miejscu przetarty do czerni, w innym podszyty światłem, które nie miało źródła.

Aeren Voss siedział na skrzyni po amunicji – takiej z obcego świata, gdzie wojny prowadzi się liczbami i nazwami modeli – i trzymał na kolanach izopapier, który był jego jedyną pewną rzeczą w całej tej niestabilnej geografii. Papier miał fakturę skóry, choć skórą nie był; miał chłód kamienia, choć kamieniem nie był; i przede wszystkim miał tę bezczelną właściwość, że potrafił pamiętać nawet wtedy, gdy właścicielowi pamięć się rozlatywała jak źle zawiązany węzeł. Dziś ostrzeżenie przyszło właśnie tak: bardziej po kartografowemu, bardziej złośliwie. Linia na mapie nie chciała być linią.

Próbował ją odczytać trzy razy – raz paznokciem, raz węglem, raz światłem używanym do pokazywania zszyć – i za każdym razem kreska robiła unik, wymykając się spod narzędzia z uporem żywej rzeczy. Za czwartym razem, kiedy już miał ochotę kląć jak rzezimieszek, a nie człowiek od procedur, poczuł koszt: drobny, niemal uprzejmy, lecz wyraźny. Jakby ktoś wyjął mu z głowy odrobinę zapachu deszczu na kamieniu; nic wielkiego, nic teatralnego, a jednak wystarczająco, by przypomnieć, że nawet patrzenie bywa transakcją. Wtedy zobaczył to, czego nie chciał zobaczyć nigdy: martwą linię. Nie czarną, nie białą, nie w żadnym kolorze – raczej brak koloru, brak intencji. Linia była jak zdanie bez czasownika. Nie mówiła „idź”, nie mówiła „nie idź”. Mówiła tylko: „tu nie ma”.

Kael Ren stał nad jego ramieniem w tej swojej nieprzesadnej czujności człowieka, który nie wierzy w metafizykę, ale wierzy w ostrze, wodę i to, że człowiek potrafi człowiekowi zrobić krzywdę bez żadnej kosmicznej pomocy. Miał twarz człowieka, którego świat próbował już przekonać, że tragedia jest tylko błędem w rozkładzie prawdopodobieństwa, i który odpowiedział światu prosto: „nie”.

– Co to ma znaczyć? – mruknął. – Powiedz mi, że nie narysowałeś dziury w papierze, bo ci ręka zadrżała.

Aeren nie podniósł wzroku. Procedury Kartografów uczyły, że najpierw jest obserwacja, a interpretacja dopiero wtedy, gdy zebrane są świadectwa. Kael był jego świadkiem nie dlatego, że miał łagodny charakter – nie miał – tylko dlatego, że w świecie, gdzie Korekta potrafi wymazać opowieść, ktoś musi pamiętać, że wydarzyło się „cokolwiek”. Świadek patrzył i zapamiętywał, a jeśli trzeba, mówił głośno: „to było”, zanim rzeczywistość zdąży stwierdzić, że „zawsze było inaczej”.

– To nie jest dziura – powiedział Aeren wreszcie. Mówił głosem praktyka, jakby omawiał pękniętą belkę, a nie pękniętą ontologię. – To jest ścieżka, która udaje brak.

Kael prychnął, ale bez kpiny; raczej z irytacji, że musi słuchać czegoś, co brzmi mądrze, a pachnie kłopotem.

– Ścieżka do czego?

Aeren przeciągnął palcem po martwej linii i poczuł, jak papier stawia opór, jakby bronił się przed dotykiem.

– Do miejsca, które nie chce być na mapie. A to znaczy, że ktoś albo coś bardzo chce, żebyśmy tam nie poszli.

Wyszli z kryjówki, gdy Szara dzielnica dopiero układała sobie dzień z resztek innych dni. W Varynth poranki nie były porankami; były wymówką, by otworzyć stragany, rozpiąć płachty, ustawić beczki z wodą, której smak zależał od tego, z jakiego świata wypadła. Uchodźcy z rzeczywistości krążyli między fragmentami murów, które należały do różnych architektur i różnych epok: tu łuk z czarnego kamienia, tam aluminiowa rama okna, w które nikt nigdy nie wstawił szyby, dalej kawałek ulicznej latarni z wygrawerowanymi znakami z języka, którego nikt już nie potrafił w całości przeczytać.

Aeren czuł pod stopami nierówną fakturę bruku i to go uspokajało: nierówność była dowodem, że świat wciąż się opiera. Najgorsza była gładkość. Najgorsze były symetrie, które pojawiały się czasem w Varynth jak obcy akcent, jak fałszywa uprzejmość. Kael szedł obok, rękę trzymał blisko pasa, gdzie miał nóż, a jego spojrzenie pracowało: nie śledziło widoków, tylko ludzi. Zatrzymał Aeren’a w pół kroku, kiedy minęli bramę skleconą z dwóch niepasujących do siebie framug.

– Patrz – powiedział cicho.

Na cegłach, w miejscu, gdzie ktoś kiedyś musiał zostawić znak, była czysta, niemal sterylna smuga. Jakby ktoś zeskrobał brud zbyt dokładnie. W powietrzu unosił się suchy ozon. Aeren poczuł go w gardle, ten zapach, który nie należał do Varynth.

– Korekta – mruknął, bardziej do siebie niż do Kaela.

– A ja myślałem, że Korekta jest daleko, że siedzi w swoich gładkich miastach i bawi się w porządek – syknął Kael. – To co ona robi tutaj?

Aeren nie odpowiedział od razu. Ozon w Varynth był jak ślad buta na świeżym śniegu: informacja, że ktoś tu był, choć nie powinien. Informacja, że granice znów się przesunęły.

Kantor wspomnień stał pod fragmentem wiaduktu, który kiedyś musiał prowadzić przez autostradę. Teraz prowadził donikąd i to była jego najuczciwsza funkcja. W środku pachniało metalem i kurzem. Na półkach stały małe pojemniki – kryształowe kapsuły, w których ludzie przechowywali to, czego bali się stracić, albo to, co chcieli sprzedać. W Varynth pamięć była walutą nie z romantyzmu, tylko z konieczności: kiedy świat kradnie ci imiona, musisz czymś płacić, żeby ocalić resztę. Za ladą siedział broker o twarzy tak gładkiej, że aż podejrzanej, ale oczy miał stare, obliczające.

– Kartograf – powiedział broker i nie było w tym powitania. Było rozpoznanie ryzyka. – Przyszedłeś po coś, co nie powinno istnieć, prawda?

Aeren położył na ladzie izopapier, odwrócony stroną pustą. To był gest, który mówił: „nie pokazuję ci mapy, dopóki nie wiem, czy chcesz mnie kupić czy sprzedać”.

– Potrzebuję tokenu zgodności – powiedział. Użył słów, które brzmiały obco w tej brudnej przestrzeni, i właśnie dlatego były przydatne. – Jednego. Niepełnego. Takiego, który otworzy drzwi tylko raz.

Broker uśmiechnął się ledwie zauważalnie.

Sięgnął pod ladę i wyjął metalowy dysk wielkości paznokcia. Dysk był idealnie okrągły, gładki, z mikroskopijnym wzorem, który sprawiał, że oczy chciały się do niego dostroić.

– To jest klucz, który nie otwiera zamków. Otwiera zgodność. Jednorazowy.

Aeren patrzył na dysk i czuł w ustach ozon, choć w kantorku nie było żadnych urządzeń Korekty.

– Cena? – zapytał.

Broker nie spojrzał na dysk. Spojrzał na Aeren’a.

– Pamięć. Nie byle jaka. Nie chcę wspomnienia posiłku ani bójki. Chcę czegoś, co cię ustawia w pionie. Coś, co trzyma cię przy człowieku, a nie przy mapie.

Kael zrobił krok do przodu.

– Nie – powiedział. Prosto, bez negocjacji. – Już mu świat zabiera. Nie będziesz kolejnym.

Aeren uniósł dłoń, zatrzymując go gestem, który nie był prośbą.

– To nie jest „czy”. To jest „co” – powiedział spokojnie. – Jeśli nie zapłacę, zapłacimy inaczej. Później. Gorzej.

Kael spojrzał na niego tak, jak patrzy się na człowieka, który staje nad krawędzią i mówi, że to tylko krok.

– Zawsze mówisz „później gorzej”, żebyś miał prawo płacić sobą teraz – warknął. – I zawsze udajesz, że to szlachetność.

Aeren nie odpowiedział od razu, bo broker patrzył z cierpliwością kogoś, kto sprzedaje cudze tragedie w opakowaniu „racjonalnej decyzji”. Kartograf sięgnął do kieszeni i wyciągnął drobny przedmiot: cienki pierścień z ciemnego metalu, bez znaku, bez wartości, ale z historią. Przez sekundę widział jeszcze palce, które mu go kiedyś wcisnęły do dłoni; twarz była już mniej pewna, ale ciepło dłoni zostało.

– To. – Położył pierścień na ladzie. – Wspomnienie związane z tym.

Broker wziął pierścień, zamknął oczy, a potem uśmiechnął się, jakby smakował wino.

– Dobre – mruknął. – Boli. Tak ma być.

Aeren poczuł, że coś w nim drgnęło, przesunęło się o milimetr w stronę pustki. Nie był to dramatyczny upadek. To było raczej wykreślenie jednego słowa z długiego zdania. Kael patrzył na niego twardo, ale nie zrobił nic więcej. Był świadkiem; czasem świadek nie ma prawa zatrzymać kosztu. Ma tylko prawo go zapamiętać.

Szli do martwej linii, a Varynth prowadziło ich przez swoje zszycia, przez miejsca, gdzie brud mieszał się z obcą geometrią. Aeren co chwilę dotykał torby, w której trzymał mapę, jakby sprawdzał, czy nie zniknęła. Kael dotykał swojego noża, jakby sprawdzał, czy jeszcze potrafi ciąć rzeczy proste, kiedy rzeczywistość robi się zbyt skomplikowana. W końcu dotarli na obrzeże dzielnicy, gdzie zwykły chaos Varynth ustępował czemuś nienaturalnie uporządkowanemu. Stała tam ściana z metalu tak gładkiego, że aż oczy bolały. Nie pasowała do niczego. Nie była ruiną. Nie była fragmentem budynku. Była segmentem korytarza – prostym, symetrycznym, z ledwie widoczną szczeliną, która wyglądała bardziej na błąd w renderze niż na drzwi. W powietrzu wisiał suchy ozon, a z daleka dochodził równy dźwięk, jak metronom uderzający w czas, który nie powinien być tak równy w Varynth.

– To jest to „tu nie ma”? – zapytał Kael, a jego głos był nagle cichszy. Czasem nawet upór robił miejsce czemuś, co przypominało ostrożność.

Aeren wyjął dysk-token i przyłożył go do metalu. Przez ułamek sekundy nic się nie stało. Potem wzór na dysku zapalił się zimnym światłem, a szczelina w ścianie poszerzyła się tak, jakby ściana przypomniała sobie, że ma funkcję.

– Korytarz stabilizacyjny – powiedział Aeren. Słowo brzmiało źle w tym miejscu. Jak przekleństwo wypowiedziane w świątyni. – Konklawa używa takich rzeczy. To przejście nie jest „w przestrzeni”. To przejście w zgodności.

Kael spojrzał na niego ostro.

– Czyli wchodzimy w język wroga.

– Wchodzimy w język, który udaje, że nie ma wrogów – odparł Aeren. – I dlatego jest groźniejszy.

Nie zdążyli wejść od razu. Z cienia wyszli ludzie z Szarej – albo raczej z tych, którzy w Szarej zarabiali na cudzym strachu. Trzech. Ubrani w różne kawałki zbroi z różnych światów, ale wszyscy mieli wspólny detal: opaski na rękach z geometrycznym znakiem przypominającym uproszczoną kolumnę. Aeren poczuł zimno w karku. To nie była frakcja uchodźców. To była próba wprowadzenia porządku.

– Kartograf – powiedział najwyższy z nich, a jego głos był zbyt gładki. Jakby ćwiczył uprzejmość przed lustrem. – Słyszeliśmy, że masz mapę.

Kael przesunął się pół kroku do przodu, zasłaniając Aeren’a ciałem. Nie dlatego, że uważał go za słabszego. Dlatego, że świadek ma prosty instynkt: jeśli ktoś chce dowodu, to chce go zniszczyć albo przejąć.

– Słyszeliście dużo rzeczy – rzucił Kael. – W Varynth słuch jest tani.

– Ale mapa jest droga – odparł jeden z nich. – A my nie lubimy drogich rzeczy w nieodpowiednich rękach.

Aeren nie dyskutował. Dyskusja była luksusem, a luksus w Szarej zawsze ktoś próbował opodatkować. Zrobił to, co robił Kartograf: Oznacz. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął kredę pamięci, wcisnął ją w szczelinę między metalem a światem i zostawił znak, niewielki, ledwie widoczny. Kreda nie była magią. Była umową z papierem i z własną głową: „tu byłem, tu wrócę, tu jest próg”.

– Kael – powiedział cicho.

Kael zrozumiał bez tłumaczenia. Wyciągnął nóż. Nie błyszczący, nie ceremonialny. Prawdziwy. Pierwszy z ludzi ruszył, drugi próbował obejść Kaela, trzeci sięgnął po coś, co wyglądało jak krótki pręt z wbudowaną diodą – technologię udającą broń, broń udającą narzędzie. Kael uderzył pierwszy, krótko, brutalnie, bez stylu, bo styl zostawia czas na pomyłkę. Aeren w tym czasie docisnął ramię do torby, czując pod palcami ciepło mapy, i wsunął token głębiej w szczelinę. Metal zadrżał. W powietrzu huknął równy ton. Ściana otworzyła się szerzej.

Wpadli do korytarza niemal biegiem. Za plecami usłyszeli przekleństwa, tupot, a potem coś jeszcze: dźwięk, który nie pasował do bójki. Dźwięk czysty, równy, procedurą wpisany w powietrze. Aeren poczuł, że świat zmienia fakturę. To nie była zmiana temperatury ani koloru. To było wrażenie, że każdy pyłek został policzony i ustawiony we właściwym miejscu. Metaliczne ściany korytarza odbijały ich sylwetki z przesadną dokładnością, a światło było białe, bez cienia. Varynth zostało za nimi, ze swoim brudem i swoją niepewnością; tutaj wszystko udawało, że jest oczywiste.

– Nienawidzę tego – warknął Kael, oddychając ciężko. W jego głosie była wściekłość, ale też coś jeszcze: lęk, że w takim miejscu człowiek staje się tylko statystyką.

Aeren nie odpowiedział, bo próbował utrzymać w głowie trzy rzeczy naraz: mapę, próg i koszt, który zawsze przychodzi, gdy przechodzisz w zgodności. Korytarz ciągnął się prosto, a to było nienaturalne. Prosto w Varynth znaczyło: obce. Po kilkunastu krokach Aeren poczuł, że czas robi mu psikusa. Przez sekundę miał wrażenie, że już tu był, że już to robił, że już raz wchodził w ten białawy tunel i już raz z niego nie wrócił. To było najgorsze: nie ból, nie strach, tylko ten cichy sabotaż w głowie, który mówi: „to nie pierwszy raz, ale nie pamiętasz”.

– Powiedz mi coś – rzucił nagle Kael.

– Co? – Aeren spojrzał na niego, zdziwiony ostrością.

– Moje imię. Twoje imię. Teraz. – Kael mówił to nie jak prośbę, tylko jak komendę życia. – Zanim to miejsce uzna, że jesteśmy zbędni.

Aeren przełknął ślinę. W Varynth imiona były cienkie. W korytarzu stabilizacyjnym stawały się testem zgodności.

– Aeren Voss – powiedział więc, wyraźnie.

– Kael Ren – odpowiedział Kael natychmiast, twardo, jakby wbijał gwóźdź w ścianę. – I jeśli ci to ukradną, to ja ci oddam.

Aeren chciał rzucić jakąś ciętą uwagę, ale nie potrafił. Zrozumiał tylko, że Kael nie robi tego dla patosu. Kael robił to, bo ktoś musi pamiętać twarze, kiedy Kartograf pamięta drogi.

Na końcu korytarza nie było drzwi. Było coś w rodzaju błysku – migotanie obrazu, który próbował się ustabilizować. Przez tę niestabilną membranę Aeren zobaczył fragment innego świata: miasto, w którym światło nie jest przypadkiem, tylko decyzją; ruch uliczny w równych odstępach; gładkie fasady; ekrany z napisami, które wyglądały jak rozkaz. Na jednym z ekranów mignęło słowo, którego nie powinien tu widzieć, bo papier nie powinien go znać: PRIME. A potem, na ułamek sekundy, litery w środku słowa zgasły, zostawiając dziurę w nazwie, tak krótką, że większość ludzi uznałaby ją za błąd wyświetlania. Aeren uznał ją za ślad.

– Neoterra – wyszeptał Kael, a jego szept był pełen pogardy i ciekawości jednocześnie. – Czyli to jest ten ich porządek.

– To jest ich wersja porządku – poprawił Aeren. – I ktoś próbuje, żeby stała się jedyną wersją.

Kael zacisnął palce na rękojeści noża.

– To tam zniknęli, prawda? – zapytał nagle, bez ozdobników, bez metafory. – Tam ktoś powiedział: „to się nie wydarzyło”.

Aeren nie odpowiedział, bo odpowiedź była ryzykiem. Ryzyko miało koszt. A jednak Kael zasługiwał na coś więcej niż milczenie.

– Tam budują narzędzia, które nazywają troską – powiedział Aeren w końcu. – A troska bez wyboru jest przemocą.

Kael uśmiechnął się krótko, bez wesołości.

– To chodźmy zobaczyć, jak wygląda przemoc w rękawiczkach.

Membrana drżała. Korytarz nie chciał być stabilny. To miejsce próbowało się schować, udawać, że nigdy nie istniało. Aeren przypomniał sobie trzeci krok procedury – Odciąż – i zrozumiał, że jeszcze go nie wykonał. Sięgnął do kieszeni. Wyjął drobiazg: starą monetę z obcego świata, bez wartości, ale z historią. Położył ją na progu, w miejscu, gdzie metal stykał się z migotaniem.

– Co robisz? – syknął Kael, choć już domyślał się odpowiedzi.

– Płacę drobnym – warknął Aeren. – Żeby nie zapłacić tobą.

Kael spojrzał na monetę, potem na Aeren’a, i przez sekundę w jego oczach pojawiło się coś, co rzadko sobie pozwalał pokazywać: wdzięczność ubrana w gniew, żeby nie była słabością.

– Jeśli wyjdziesz stamtąd i zapomnisz, kim jestem, Kartografie – powiedział cicho, prawie serdecznie, ale wciąż w tym swoim twardym rejestrze – to przypomnę ci. Choćby pięścią.

Aeren skinął głową. Nie dlatego, że to było zabawne. Dlatego, że w tym jednym zdaniu było coś, czego nie dało się wygładzić żadną procedurą: umowa między dwojgiem ludzi, że prawda ma zostać nazwana, nawet jeśli za nazwanie trzeba zapłacić.

Weszli razem.

A Varynth za ich plecami zamknęło się na moment, udając, że wcale ich nie wypuściło – bo w Varynth każda droga ma charakter, a ta właśnie miała charakter zdradliwy. Jednak na izopapierze, głęboko w torbie Aeren’a, martwa linia zadrżała i stała się odrobinę mniej martwa, jakby sama mapa szeptała do właściciela: „to dopiero początek”.

Koniec
Nowa Fantastyka