Lato, 1253 r.
Novigrad.
Karczma „Zimorodek” nie była przybytkiem dla byle kogo, a już na pewno nie dla kogoś, komu z dziurawych butów wystawała słoma, a w sakiewce niepodzielnie rządziła pustka. Utrzymywał się aromat pieczonej gęsi, zamorskiego cynamonu i twardej waluty, która w Novigradzie miała woń szczególnie intensywną, jakoby sam fakt jej posiadania nobilitował posiadacza skuteczniej niźli tarcza herbowa, choćby i nadana przez samego króla Vizimira w chwili wyjątkowej, a rzadkiej u monarchów łaskawości.
Pankratz Nacht siedział przy dębowym stole, rozparty niczym baron na włościach, choć jego maniery przy jedzeniu sugerowały raczej bliskie pokrewieństwo z wygłodniałym trollem. Przed nim stał dzban przedniego miodu, obok zaś spoczywał na wpół zjedzony pasztet z zajęcy, z którego Pankratz wydłubywał co smaczniejsze kąski, ignorując zupełnie koncept sztućców. Gdy Koenrad wszedł do sali, rzucając cień na polerowaną posadzkę, Nacht uniósł brew, co w jego przypadku stanowiło najwyższy wyraz zainteresowania, zaraz po wyciągnięciu miecza z pochwy.
– Sprawa załatwiona, Pankratz – rzekł wiedźmin, siadając naprzeciw i bez pytania nalewając sobie miodu do czystego, o dziwo, kielicha. – Skład van Laara jest wolny od potwora. Możesz przestać świecić oczami przed cechem kupieckim i owymi nadętymi starszymi, co to mniemają, iż świat kręci się wokół ceny wełny.
Pankratz beknął potężnie, po czym otarł usta wierzchem dłoni, na której lśnił pierścień z falsyfikowanym rubinem z mettinskiego przemytu.
– Kurwa, wreszcie – wycedził. – Jużem myślał, że mi ten grubas van Laar gardło przegryzie. Mówiłem ci przecie, Koenrad, że to potwór jakowyś. Że to nie ludzie, co to po prostu lubią cudzą własność. A tyś tylko mruczał pod nosem o statystyce i półświatku.
– Albowiem statystyka to kochanka surowa, acz sprawiedliwa – odparł Koenrad, mrużąc kocie oczy, w których odbijał się blask świec. – W portowych dzielnicach ludzie znikają zazwyczaj z przyczyn prozaicznych. Nie miałem wszakże powodu przypuszczać, iż natura postanowiła zakpić także i z rzeczonej statystyki. Słuchaj uważnie, bo historia to pouczająca, choć obmierzła.
***
Nabrzeże cuchnęło rybą, dziegciem i zastałym błotem, tworząc aromatyczną mieszankę, której nie powstydziłby się żaden alchemik pragnący wywołać torsje u pacjenta. Briggs, krasnolud o aparycji sugerującej, iż jego przodkowie krzyżowali się z granitowymi blokami, splunął pod nogi przypadkowo przechodzącego strażnika. Uczynił to z flegmą i precyzją właściwą osobom, które nie lękają się ani miejskiego prawa, ani ludzkiej złości.
Briggs, wedle kontraktu zawartego między Pankratzem a konsorcjum Hendrika van Laara, pełnił niewdzięczną funkcję zwierzchnika straży portowej. Firma „Nacht – Rozwiązujemy Problemy” wynajęta została do ochrony mienia kupieckiego przed „czynnikiem ludzkim”, atoli to właśnie ów pierwiastek zaczął krasnoludowi sprawiać trudności natury logistycznej. Najemnicy, zazwyczaj bitni i skłonni do zwady, przejawiać zaczęli niezdrową skłonność do szeptów o klątwach.
– Jest dzieciak – wychrypiał krasnolud, nie zaszczyciwszy Koenrada spojrzeniem. Był skupiony na ostrzeniu toporka, którego głownia lśniła złowrogo w popołudniowym słońcu. – Robił u van Laara jako tragarz drobnicy. Od trzech dni skomli w kącie, jakoby go bies opętał, a moich chłopaków straszy wizjami, od których nawet Briggsowi Starszemu włosy na plecach dęba stają. Okropne rzeczy widział, choć gówniarz to lękliwy jest i, prawdę mówiąc, głodny częściej niźli syty.
– Twierdzisz tedy, że to nie robota Młodego Tasaka? – spytał wiedźmin, przyglądając się ruchowi w dokach.
– Stary Tasak to gangus, nie rzeźnik – warknął . – Jeśli kogoś sprząta, to ciało znajduje się w kanale, a sakiewka znika. “Młodego” trzyma za mordę. Tutaj, panie wiedźminie, znikają całe korpusy, a zostają tylko czapki i buty. Van Laar płaci nam za pilnowanie towaru, nie za wyganianie duchów, ale jak moi ludzie zaczną dezerterować, to Pankratz nam zedrze skórę z rzyci i sprzeda garbarzom. Idź do tego małego, póki jeszcze całkiem rozumu nie postradał. Mieszka tu niedaleko, w jednym z zaułków, tam gdzie rybi smród wciska się pod powieki.
Wiedźmin i krasnolud skierowali swe kroki ku gęstwinie nadbrzeżnych zabudowań, gdzie wilgotna bryza wgryzała się w drewno, niczym wąpierz w ofiarę. Domostwo, wciśnięte ciasno między puste szopy a składowiska sieci, wydawało się trwać w miejscu jedynie dzięki sile przyzwyczajenia i gęstym oparom błota. Drzwi otworzył ojciec chłopca, człek o fizjonomii zdradzającej długoletnią i nader intensywną zażyłość z gorzałką pędzoną zapewne na czymś podrzędnym. U niego procesy myślowe zdawały się być trwale zastąpione przez instynkt przetrwania. Własnego przetrwania.
– Czego? – warknął, roztaczając aurę przetrawionego zacieru. – Robić mu się nie chce, leniowi jednemu! Praca u van Laara to zaszczyt, a ten mi tu w kącie skomli jak potrącony kundel. Więcej go tam nie poślę, darmozjada, skoro mi wstydu przed ludźmi Pankratza przynosi. Beksa zapchlona.
Koenrad bębnił palcami o kajecik przy pasie, tuż obok eliksirów i puszki z petardą. Widział drżenie rąk chłopa i owo dławiące milczenie, które zawsze towarzyszy lękowi przed prawdą. Nie silił się na perswazję; przeniósł jedynie wzrok na Miłogosta, który dygocząc na ławie, skrywał policzek naznaczony sinym śladem ciężkiej ręki.
– Kto mu to zrobił? – spytał cicho wiedźmin. – Tyś go tak urządził?
Chłop zesztywniał, a w jego oczach mignął błysk, w którym strach mieszał się z agresją.
– Ja? – zawołał, a głos mu zadrżał. – Choćbym i w najgorszym ciągu był, rąk na własną krew bym nie podniósł! To Radomir, ten parszywiec od Tasaka. Spotkał małego w porcie, dopytywał o transporty, a gdy młody nie chciał gadać, to go sprał. Mówię wam przecie, scwaniły się rzezimieszki! To ich sprawka, nie żadnych potworów!
Koenrad przyglądał się mu jeszcze przez chwilę. Wiedźmin wiedział, że chłop kłamie, a Radomir, choć bez wątpienia był łotrem, stał się w tej chwili jedynie wygodnym parawanem dla ojcowskiej winy.
***
– No i co? – przerwał Pankratz, mlaskając z zadowoleniem i wycierając tłuste palce w obrus. – Naprawdę uwierzyłeś temu pijaczynie? Że to niby Radomir sprał młodego? Przecie ten chłop to łgarz, co to własną matkę by sprzedał za kwartę zacieru. Odwiedziłeś Tasaków? Delikatnie, mam nadzieję? Bo ich gówniarz ma temperament po starym, a to oznacza, że najpierw rżnie, a potem pyta o powód.
Wiedźmin uśmiechnął się krzywo, a blizna na jego policzku drgnęła nieznacznie.
– Delikatność w moim fachu to eufemizm dla braku rezultatów, a van Laar nie jest człowiekiem, który lubi płacić za starania bez efektów – odparł. – Ale nawyk sprawdzania wszystkich tropów, nawet jeśli pachną najpodlejszym bimbrem, jest mi równie przyrodzony, co tobie chęć zysku. Wolałem mieć pewność, niż potem tłumaczyć się trupowi. Znalazłem ich „żołnierzyka” za przystanią. Typowy egzemplarz: więcej mięśni niż procesów myślowych.
– Eu… co? – Pankratz żachnął się, o mało nie dławiąc pasztetem. – Od tego twojego ślinienia się do panienki Margarity już ci się całkiem we łbie poprzewracało, że takie fikuśne słowa wynajdujesz, Gryfie. Gadajże po ludzku, bo mi piwo kwaśnieje od tego mędrkowania. No, streszczaj się, jakżeś mu te jaja obił!
***
Radomir zwijał się w błocie, trzymając się za krocze z wyrazem twarzy sugerującym, iż właśnie przewartościował swe priorytety życiowe. Radomir niestety nadal był oporny, więc wiedźmin uznał, że czas zmienić taktykę. Koenrad stał nad nim niewzruszony, a w jego dłoni tlił się błękitny, niepokojący blask Znaku Aksji, który rozwiązywał języki sprawniej niż gorzałka, a i efekt był znacznie szybszy.
– Pytam raz jeszcze – rzekł wiedźmin głosem zimnym jak lód. – Czy to ty pobiłeś Miłogosta? Coście zrobili w magazynie van Laara, że dzieciak o zmysłów odchodzi?
– To nie my! – wybełkotał oprych, łkając pod wpływem magicznego przymusu, który wykręcał mu umysł niczym mokrą ścierkę. – Przysięgam na wszystkie bóstwa! Ojciec go sprał, bo młody nie chciał wracać do roboty! Mówił… mówił, że widział, jak Skrzyniarz zjadł Jóźka! A Józek zniknął na amen, tylko czapka została przy rozładunku kovirskiej cytrynówki!
– Skrzyniarz? – powtórzył Koenrad, mrużąc oczy. – Co to za jeden?
***
– Skrzyniarz – mruknął Pankratz, drapiąc się po podbródku. – Żywa skrzynia? W dupach im się poprzewracało. Van Laar handluje drewnem i przyprawami, a nie morderczymi meblami.
– Nigdy o podobnym cudactwie nie słyszałem – przyznał Koenrad, odstawiając kielich. – Dlatego rano, kiedy ten twój Briggs zaczął mi opowiadać o potworach w magazynie, pomyślałem, że albo bredzi, albo za mocno wczoraj zabalował. W magazynie był taki rejwach i tylu ludzi, że postawiłem na czynnik ludzki. Statystyka, jak ci już mówiłem. Nie lubię też, gdy mi się parobki gapią na ręce przy robocie. No ale wszystko już było jasne. Poszedłem do magazynu, akurat jak już zmierzchało. I zgadnij kogo żem spotkał.
***
Pod magazynem, w cieniu starych żurawi, Miłogost chwycił Koenrada za skórzany rękaw pancerza. Zapachniało od wiedźmina stalą i eliksirami.
– Panie – szepnął chłopiec, a jego oczy były wielkie jak spodeczki, w których odbijał się blask księżyca. – Ona tam jest. Skrzynia. Siedzieliśmy z Jóźkiem za stertą wełny, myśleli, że tam jabłka są, bo pachniało słodko. A ona… ona otworzyła paszczę tam, gdzie powinno być wieko. Józek nie zdążył. Złapała go językiem i wciągnęła do środka. Słyszałem, jak łamały się kości, panie. Jakby ktoś chrust na ognisko łamał. Zabijesz to?
Wiedźmin skinął głową i kazał chłopcu biec do Pankratza. Sam zaś pchnął ciężkie wrota.
Wewnątrz panował półmrok rozświetlany jedynie pasmami księżycowego blasku przedzierającego się przez nieszczelny dach. Pachniało tam kurzem, pleśnią i słodkawym, mdlącym odorem gnilnym, który dla Koenrada brzmiał jak ostrzegawcze bicie w dzwony. Setki skrzyń stały w równych rzędach, atoli jedna z nich wydała się wiedźminowi obca. Nie posiadała słojów drewna, lecz coś, co je misternie udawało – skórzastą, tętniącą powłokę. Pachniała żywą tkanką imitującą przedmiot martwy.
Ruch. Błyskawiczny, niemal nieludzki. Gdy tylko Koenrad skrócił dystans, skrzynia przestała być przedmiotem, przeobrażając się gwałtownie w rzygające juchą kłębowisko macek i pulsującego, obmierzłego mięcha. Drewno rozwarło się z mlaszczącym dźwiękiem. Wiedźmin nie czekał. Złożył palce w Znak Aard. Powietrze gęste od kurzu rypnęło z hukiem gromu, uderzając wprost w środek abominacji. Skrzyniarz poleciał w tył, rąbnął o kamienną ścianę składu z siłą, która winna skruszyć człekokształtnym stworom kości, ale ta bestia, nie posiadała kośćca w ludzkim rozumieniu. Odbił się od muru niczym galareta, natychmiast korygując kształt i kłapiąc paszczą pełną igłowatych zębów.
Unik. Koenrad poczuł na policzku powiew lepkiego języka, który zerwał kawał tynku z filaru. Skrzyniarz kilka razy jął łapać go wielkim ozorem, Koenrad unikał uderzeń, próbował Znaków, choć w tumulcie starcia nie wszystko wychodziło tak, jak zakładał. Srebrny miecz ciął raz za razem, kreśląc w mroku świetliste łuki, ale każde cięcie jedynie rozrywało płynne mięcho, natychmiast wypełniające się gęstą posoką.
Koenrad dostrzegł moment – ułamek sekundy, w którym stwór rozwarł się najszerzej, by wyprowadzić morderczy atak. Zamiast uskoczyć, wiedźmin wparował wprost w epicentrum tego anatomicznego chaosu. Z krótkim, gardłowym okrzykiem wbił srebrną głownię pionowo w dół, celując z całą siłą w samo serce pulsującej gardzieli. Poczuł gumowaty opór, zaś miecz przeszedł na wylot, przybijając Skrzyniarza do podłoża. Stwór szarpnął się konwulsyjnie, wydał z siebie głuchy, mokry odgłos przypominający pękanie wielkiego pęcherza, i wreszcie zwiotczał, zmieniając się w kupę bezkształtnej, stygnącej juchy u stóp wiedźmina.
***
Pankratz dopił miód, odstawiając dzban z łomotem.
– I co z truchłem? Van Laar pewnie nie był zachwycony, że mu towar psujesz?
– Zabezpieczyłem – odparł Koenrad, wstając. – Posłałem po ludzi Margarity Laux-Antille. Czarodziejki mają słabość do takich anomalii, niechaj zbadają to w swoich retortach. Z ciekawości zapytałem van Laara o pochodzenie transportu.
– I?
– Kovir – rzekł wiedźmin, sprawdzając sakiewkę. – Transport bez nadawcy. A odbiorca się nie zgłosił. Ktoś wyhodował to świństwo, Pankratz. Czarodzieje, zdaje się, znów zaczęli tworzyć problemy, które później my musimy sprzątać za psie pieniądze.
Pankratz westchnął, po czym wyciągnął kolejną sakiewkę.
– A ojciec tego dzieciaka? Co z tym pijakiem?
– Znalazłem go w karczmie na Okrawkach, zapitego w sztok. Syna ma głęboko w rzyci. Przygarniesz chłopaka? Briggs mówił, że młody ma dryg do liczb, a tobie przydałby się ktoś, kto potrafi policzyć zyski bez używania palców u nóg. Twój ochroniarz obiecał, że go przypilnuje, o ile przestaniesz mu odciągać od żołdu za „straty w ludziach”.
Pankratz kiwnął głową.
– Tak zrobię. Dzięki, Koenrad. Gdzie teraz?
– Na sekcję zwłok – Koenrad uśmiechnął się ironicznie. – Chcę zobaczyć, co ta poczwara miała w środku poza nieszczęsnym Józkiem.
***
Stół w pracowni Margarity Laux-Antille był masywny, z tych, które pamiętają więcej sekcji niźli modlitw. Pachniało formaliną i krwią. Skrzyniarz leżał na nim rozpruty, jego skórzasta powłoka odchylona na boki odsłaniała lepki miąższ. Margarita, ubrana w fartuch, w niczym nie przypominała bogini, chociaż nawet w tej chwili jej piękne, falujące złote włosy sprawiały Koenradowi problemy z koncentracją.
– I cóż tam konstatujesz, Koenradzie? – Margarita zdjęła okulary, przecierając je rąbkiem fartucha. – Oprócz faktu, iż zapach ów jest w stanie ocucić nieboszczyka?
Wiedźmin odłożył srebrne szczypce i spojrzeniem zmierzył nienaturalną strukturę mięsa.
– Konstatuję precedens – odparł krótko. – Patrz tutaj. Miąższ jest jednolity, tkanka zwarta, pozbawiona w ogóle narządów pokarmowych lub jakichkolwiek znamion procesów gastrycznych. Pusto. On nie jadł, Margarito. On nie trawił, albowiem i nie miał czym.
– Zadziwiające – szepnęła czarodziejka, pochylając się nad stołem. – Jakby był jedynie…
– Naczyniem – dokończył Koenrad, a jego wzrok padł na coś, co lśniło w głębi rozciętego korpusu. – Nie ma tu Józka. Nie ma kości, czaszek ani choćby klamry od buta. Ta poczwara nie posiada żołądka, Rito. Brak jakichkolwiek gruczołów trawiennych, brak układu pokarmowego. Pusto. Gdzie w takim razie podziało się ciało Józka?
Czarodziejka zdjęła okulary, przecierając je rąbkiem fartucha. Spojrzała na wiedźmina z uwagą.
– W czasie walki medalion wibrował mi jak oszalały – kontynuował wiedźmin, odkładając srebrne szczypce. – Szarpało nim przy każdym uniku. To coś nie lęgło się w lesie ani na bagnach. Zostało ulepione z czystej magii, jest konstruktem udającym życie. Widziałaś kiedyś coś podobnego?
– Nigdy – Margarita pokręciła głową, a jej twarz stężała. – To nie jest dzika mutacja ani błąd natury. Ta istota musiała zostać wykreowana przez kogoś, kto posiadł wiedzę o zaawansowanej ontogenezie magicznej i potrafi nagiąć prawa biogenezy do własnych celów. To magia najwyższej próby, Koenradzie. Ktoś zadał sobie mnóstwo trudu, by stworzyć żywy sejf.
Srebro zazgrzytało o coś twardego ukrytego głęboko w tkankach. Koenrad wyciągnął przedmiot, który ciężko osiadł na blacie, uwalniając się z mlaszczącego uścisku mięsa. Była to torba, skórzana, misternie zdobiona srebrną nicią i wytłaczanymi runami, które jarzyły się słabym światłem.
Srebro zazgrzytało o coś twardego ukrytego głęboko w tkankach. Koenrad wyciągnął przedmiot, który ciężko osiadł na blacie, uwalniając się z mlaszczącego uścisku mięsa. Była to torba, skórzana, misternie zdobiona srebrną nicią i wytłaczanymi runami, które jarzyły się słabym, gasnącym światłem.
– Dwimeryt albo coś podobnego zapewne w podszewce – mruknął wiedźmin, dotykając chłodnego materiału.
Wiedźmin uniósł wzrok, jego kocie źrenice zwęziły się do szpilek.
– Otwieramy?
Margarita nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się, a błysk jej pięknych, niebieskich oczu jasno wskazywał, jakie ma zdanie na ten temat.
***
Briggs stał przy stole ewidencyjnym, pochylony nad grubą księgą oprawioną w skórę, gdy do środka weszło dwóch mężczyzn w podróżnych płaszczach. Jeden z nich niósł tubę z zalakowaną pieczęcią. Nie przedstawiali się z imienia; podali jedynie kwit przewozowy, zapisany drobną, kupiecką ręką, z sygnetem Koviru odciśniętym w czerwonym wosku.
– Po odbiór towaru – oznajmił starszy z nich tonem urzędowym, jakby mówił o workach soli. – Transport zgodny z listą. Jedna skrzynia. Z Mirtu żeśmy przyjechali.
Krasnolud zmrużył oczy i podał dokument Miłogostowi, który od czasu wydarzeń w porcie pełnił funkcję pomocnika przy ewidencji – chłopak miał dobrą pamięć do cyfr i zaskakująco równy charakter pisma. Miłogost przesunął palcem po kolumnach, mrucząc pod nosem, aż wreszcie zatrzymał się i zesztywniał. Przerzucił kartę. Potem następną.
– Wszystkie odebrane – powiedział niepewnie. – Poza jedną.
– Którą? – warknął Briggs.
Chłopak uniósł wzrok znad księgi.
– Tą z Koviru.
W porcie zapadła cisza, ciężka i lepka niczym smoła. Dwaj przybysze spojrzeli po sobie, a potem na puste miejsce między rzędami składowanych towarów, gdzie od kilku dni nic już nie stało. A deszcz, zacinając o bruk, zdawał się szeptać to, o czym woleliby zapomnieć: iż w Novigradzie każda zguba ma swoją cenę.
A za tą zgubę, sami będą musieli zapłacić.
– Rychu, pan “T” nas zajebie.
