- Opowiadanie: melendur88 - Ostatni Gryf | Skrzyniarz

Ostatni Gryf | Skrzyniarz

Wrzu­cam to opo­wia­da­nie, bo ostat­nio w cze­lu­ściach cy­fro­wej szu­fla­dy, jakim jest Go­ogle Docs, zna­la­złem stary tekst i po­sta­no­wi­łem go od­świe­żyć(nie­ste­ty nie grze­szę kre­atyw­no­ścią i in­no­wa­cyj­no­ścią już, wiec znaj­du­je prze­waż­nie co pi­sa­łem dawno temu, a teraz je­stem już na tyle do­ro­sły, że mniej oba­wiam sie kry­ty­ki). Prze­rób­ka za­ję­ła mi dwa wie­czo­ry, a że hi­sto­ria pa­su­je jak ulał jako mi­ni-za­po­wiedź do dłuż­sze­go opo­wiad­nia o Ko­en­ra­dzie z cechu Gryfa, z serii „Ostat­ni Gryf”, który wrzu­cę – mam na­dzie­ję – już za ty­dzień, po­sta­no­wi­łem się nią po­dzie­lić.

Alert: Wdro­żo­no zda­nia wie­lo­krot­nie zło­żo­ne, Pan­krat­zo­wi zda­rza się siar­czy­ście prze­kląć, a ca­łość ocie­ka za­pew­ne ob­ra­zo­bur­czą sap­kowsz­czy­zną. Bez bety. Czy­ta­cie na wła­sną od­po­wie­dzial­ność.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy III, Użytkownicy IV

Oceny

Ostatni Gryf | Skrzyniarz

Lato, 1253 r.

Novigrad.

 

Karcz­ma „Zi­mo­ro­dek” nie była przy­byt­kiem dla byle kogo, a już na pewno nie dla kogoś, komu z dziu­ra­wych butów wy­sta­wa­ła słoma, a w sa­kiew­ce niepodzielnie rządziła pust­ka. Utrzymywał się aromat pie­czon­ej gęsi, za­mor­skiego cy­na­mo­nu i twardej waluty, która w No­vi­gra­dzie miała woń szcze­gól­nie in­ten­syw­ną, ja­ko­by sam fakt jej po­sia­da­nia no­bi­li­to­wał po­sia­da­cza sku­tecz­niej niźli tar­cza her­bo­wa, choć­by i nada­na przez sa­me­go króla Vi­zi­mi­ra w chwi­li wy­jąt­ko­wej, a rzad­kiej u mo­nar­chów ła­ska­wo­ści.

Pan­kratz Nacht sie­dział przy dę­bo­wym stole, roz­par­ty ni­czym baron na wło­ściach, choć jego ma­nie­ry przy je­dze­niu su­ge­ro­wa­ły ra­czej bli­skie po­kre­wień­stwo z wy­głod­nia­łym trol­lem. Przed nim stał dzban przed­nie­go miodu, obok zaś spo­czy­wał na wpół zje­dzo­ny pasz­tet z za­ję­cy, z któ­re­go Pan­kratz wy­dłu­by­wał co smacz­niej­sze kąski, igno­ru­jąc zu­peł­nie kon­cept sztuć­ców. Gdy Ko­en­rad wszedł do sali, rzu­ca­jąc cień na po­le­ro­wa­ną po­sadz­kę, Nacht uniósł brew, co w jego przy­pad­ku sta­no­wi­ło naj­wyż­szy wyraz za­in­te­re­so­wa­nia, zaraz po wy­cią­gnię­ciu mie­cza z po­chwy.

– Spra­wa za­ła­twio­na, Pan­kratz – rzekł wiedź­min, sia­da­jąc na­prze­ciw i bez py­ta­nia na­le­wa­jąc sobie miodu do czy­ste­go, o dziwo, kie­li­cha. – Skład van Laara jest wolny od po­two­ra. Mo­żesz prze­stać świe­cić ocza­mi przed ce­chem ku­piec­kim i owymi na­dę­ty­mi star­szy­mi, co to mnie­ma­ją, iż świat kręci się wokół ceny wełny.

Pan­kratz bek­nął po­tęż­nie, po czym otarł usta wierz­chem dłoni, na któ­rej lśnił pier­ścień z fal­sy­fi­ko­wa­nym ru­bi­nem z met­tin­skie­go prze­my­tu.

– Kurwa, wresz­cie – wy­ce­dził. – Jużem my­ślał, że mi ten gru­bas van Laar gar­dło prze­gry­zie. Mó­wi­łem ci prze­cie, Ko­en­rad, że to po­twór ja­ko­wyś. Że to nie lu­dzie, co to po pro­stu lubią cudzą wła­sność. A tyś tylko mru­czał pod nosem o sta­ty­sty­ce i pół­świat­ku.

– Al­bo­wiem sta­ty­sty­ka to ko­chan­ka su­ro­wa, acz spra­wie­dli­wa – od­parł Ko­en­rad, mru­żąc kocie oczy, w któ­rych od­bi­jał się blask świec. – W por­to­wych dziel­ni­cach lu­dzie zni­ka­ją za­zwy­czaj z przy­czyn pro­za­icz­nych. Nie mia­łem wszak­że po­wo­du przy­pusz­czać, iż na­tu­ra po­sta­no­wi­ła za­kpić także i z rze­czo­nej sta­ty­sty­ki. Słu­chaj uważ­nie, bo hi­sto­ria to po­ucza­ją­ca, choć ob­mier­z­ła.

 

***

Na­brze­że cuch­nę­ło rybą, dzieg­ciem i za­sta­łym bło­tem, two­rząc aro­ma­tycz­ną mie­szan­kę, któ­rej nie po­wsty­dził­by się żaden al­che­mik pra­gną­cy wy­wo­łać tor­sje u pa­cjen­ta. Briggs, kra­sno­lud o apa­ry­cji su­ge­ru­ją­cej, iż jego przod­ko­wie krzy­żo­wa­li się z gra­ni­to­wy­mi blo­ka­mi, splu­nął pod nogi przypadkowo prze­cho­dzą­ce­go straż­ni­ka. Uczy­nił to z fleg­mą i pre­cy­zją wła­ści­wą oso­bom, które nie lę­ka­ją się ani miej­skie­go prawa, ani ludz­kiej zło­ści.

Briggs, wedle kon­trak­tu za­war­te­go mię­dzy Pan­krat­zem a kon­sor­cjum Hen­dri­ka van Laara, peł­nił nie­wdzięcz­ną funk­cję zwierzch­ni­ka stra­ży por­to­wej. Firma „Nacht – Roz­wią­zu­je­my Pro­ble­my” wy­na­ję­ta zo­sta­ła do ochro­ny mie­nia ku­piec­kie­go przed „czyn­ni­kiem ludz­kim”, atoli to wła­śnie ów pier­wia­stek za­czął kra­sno­lu­do­wi spra­wiać trud­no­ści na­tu­ry lo­gi­stycz­nej. Na­jem­ni­cy, za­zwy­czaj bitni i skłon­ni do zwady, prze­ja­wiać za­czę­li nie­zdro­wą skłon­ność do szep­tów o klą­twach.

– Jest dzie­ciak – wy­chry­piał kra­sno­lud, nie za­szczy­ciw­szy Ko­en­ra­da spoj­rze­niem. Był sku­pio­ny na ostrze­niu to­por­ka, któ­re­go głow­nia lśni­ła zło­wro­go w po­po­łu­dnio­wym słoń­cu. – Robił u van Laara jako tra­garz drob­ni­cy. Od trzech dni skom­li w kącie, ja­ko­by go bies opę­tał, a moich chło­pa­ków stra­szy wi­zja­mi, od któ­rych nawet Brig­g­so­wi Star­sze­mu włosy na ple­cach dęba stają. Okropne rze­czy wi­dział, choć gów­niarz to lękliwy jest i, praw­dę mó­wiąc, głod­ny czę­ściej niźli syty.

– Twier­dzisz tedy, że to nie ro­bo­ta Mło­de­go Ta­sa­ka? – spy­tał wiedź­min, przy­glą­da­jąc się ru­cho­wi w do­kach.

– Stary Tasak to gan­gus, nie rzeź­nik – wark­nął . – Jeśli kogoś sprzą­ta, to ciało znaj­du­je się w ka­na­le, a sa­kiew­ka znika. “Mło­de­go” trzy­ma za mordę. Tutaj, panie wiedź­mi­nie, zni­ka­ją całe kor­pu­sy, a zo­sta­ją tylko czap­ki i buty. Van Laar płaci nam za pil­no­wa­nie to­wa­ru, nie za wy­ga­nia­nie du­chów, ale jak moi lu­dzie za­czną de­zer­te­ro­wać, to Pan­kratz nam ze­drze skórę z rzyci i sprze­da gar­ba­rzom. Idź do tego ma­łe­go, póki jesz­cze cał­kiem ro­zu­mu nie po­stra­dał. Miesz­ka tu nie­da­le­ko, w jed­nym z za­uł­ków, tam gdzie rybi smród wci­ska się pod po­wie­ki.

Wiedź­min i kra­sno­lud skie­ro­wa­li swe kroki ku gę­stwi­nie nad­brzeż­nych za­bu­do­wań, gdzie wil­gotna bryza wgry­za­ła się w drew­no, niczym wąpierz w ofiarę. Do­mo­stwo, wci­śnię­te cia­sno mię­dzy puste szopy a skła­do­wi­ska sieci, wy­da­wa­ło się trwać w miej­scu je­dy­nie dzię­ki sile przy­zwy­cza­je­nia i gę­stym opa­rom błota. Drzwi otwo­rzył oj­ciec chłop­ca, człek o fi­zjo­no­mii zdra­dza­ją­cej dłu­go­let­nią i nader in­ten­syw­ną za­ży­łość z go­rzał­ką pę­dzo­ną za­pew­ne na czymś pod­rzęd­nym. U niego pro­ce­sy my­ślo­we zda­wa­ły się być trwa­le za­stą­pio­ne przez in­stynkt prze­trwa­nia. Wła­sne­go prze­trwa­nia.

– Czego? – wark­nął, roz­ta­cza­jąc aurę prze­tra­wio­ne­go za­cie­ru. – Robić mu się nie chce, le­nio­wi jed­ne­mu! Praca u van Laara to za­szczyt, a ten mi tu w kącie skom­li jak po­trą­co­ny kun­del. Wię­cej go tam nie poślę, dar­mo­zja­da, skoro mi wsty­du przed ludź­mi Pan­krat­za przy­no­si. Beksa za­pchlo­na.

Ko­en­rad bęb­nił pal­ca­mi o ka­je­cik przy pasie, tuż obok elik­si­rów i pusz­ki z pe­tar­dą. Wi­dział drże­nie rąk chło­pa i owo dła­wią­ce mil­cze­nie, które za­wsze to­wa­rzy­szy lę­ko­wi przed praw­dą. Nie silił się na per­swa­zję; prze­niósł je­dy­nie wzrok na Mi­ło­go­sta, który dy­go­cząc na ławie, skry­wał po­li­czek na­zna­czo­ny sinym śla­dem cięż­kiej ręki.

– Kto mu to zro­bił? – spy­tał cicho wiedź­min. – Tyś go tak urzą­dził?

Chłop ze­sztyw­niał, a w jego oczach mi­gnął błysk, w któ­rym strach mie­szał się z agre­sją.

– Ja? – za­wo­łał, a głos mu za­drżał. – Choć­bym i w naj­gor­szym ciągu był, rąk na wła­sną krew bym nie pod­niósł! To Ra­do­mir, ten par­szy­wiec od Ta­sa­ka. Spo­tkał ma­łe­go w por­cie, do­py­ty­wał o trans­por­ty, a gdy młody nie chciał gadać, to go sprał. Mówię wam prze­cie, scwa­ni­ły się rze­zi­miesz­ki! To ich spraw­ka, nie żad­nych po­two­rów!

Ko­en­rad przy­glą­dał się mu jesz­cze przez chwi­lę. Wiedź­min wie­dział, że chłop kła­mie, a Ra­do­mir, choć bez wąt­pie­nia był ło­trem, stał się w tej chwi­li je­dy­nie wy­god­nym pa­ra­wa­nem dla oj­cow­skiej winy.

 

***

 

– No i co? – prze­rwał Pan­kratz, mla­ska­jąc z za­do­wo­le­niem i wy­cie­ra­jąc tłu­ste palce w obrus. – Na­praw­dę uwie­rzy­łeś temu pi­ja­czy­nie? Że to niby Ra­do­mir sprał mło­de­go? Prze­cie ten chłop to łgarz, co to wła­sną matkę by sprze­dał za kwar­tę za­cie­ru. Od­wie­dzi­łeś Ta­sa­ków? De­li­kat­nie, mam na­dzie­ję? Bo ich gów­niarz ma tem­pe­ra­ment po sta­rym, a to ozna­cza, że naj­pierw rżnie, a potem pyta o powód.

Wiedź­min uśmiech­nął się krzy­wo, a bli­zna na jego po­licz­ku drgnę­ła nie­znacz­nie.

– De­li­kat­ność w moim fachu to eu­fe­mizm dla braku re­zul­ta­tów, a van Laar nie jest czło­wie­kiem, który lubi pła­cić za sta­ra­nia bez efek­tów – od­parł. – Ale nawyk spraw­dza­nia wszyst­kich tro­pów, nawet jeśli pach­ną naj­po­dlej­szym bim­brem, jest mi rów­nie przy­ro­dzo­ny, co tobie chęć zysku. Wo­la­łem mieć pew­ność, niż potem tłu­ma­czyć się tru­po­wi. Zna­la­złem ich „żoł­nie­rzy­ka” za przy­sta­nią. Ty­po­wy eg­zem­plarz: wię­cej mię­śni niż pro­ce­sów my­ślo­wych.

– Eu… co? – Pankratz żachnął się, o mało nie dławiąc pasztetem. – Od tego twojego ślinienia się do panienki Margarity już ci się całkiem we łbie poprzewracało, że takie fikuśne słowa wynajdujesz, Gryfie. Gadajże po ludzku, bo mi piwo kwaśnieje od tego mędrkowania. No, streszczaj się, jakżeś mu te jaja obił!

 

***

 

Ra­do­mir zwi­jał się w bło­cie, trzy­ma­jąc się za kro­cze z wy­ra­zem twa­rzy su­ge­ru­ją­cym, iż wła­śnie prze­war­to­ścio­wał swe prio­ry­te­ty ży­cio­we. Ra­do­mir nie­ste­ty nadal był opor­ny, więc wiedź­min uznał, że czas zmie­nić tak­ty­kę. Ko­en­rad stał nad nim nie­wzru­szo­ny, a w jego dłoni tlił się błę­kit­ny, nie­po­ko­ją­cy blask Znaku Aksji, który roz­wią­zy­wał ję­zy­ki sprawniej niż go­rzał­ka, a i efekt był znacz­nie szyb­szy. 

– Pytam raz jesz­cze – rzekł wiedź­min gło­sem zim­nym jak lód. – Czy to ty po­bi­łeś Mi­ło­go­sta? Co­ście zro­bi­li w ma­ga­zy­nie van Laara, że dzie­ciak o zmy­słów od­cho­dzi?

– To nie my! – wy­beł­ko­tał oprych, łka­jąc pod wpły­wem ma­gicz­ne­go przy­mu­su, który wy­krę­cał mu umysł ni­czym mokrą ścier­kę. – Przy­się­gam na wszyst­kie bó­stwa! Oj­ciec go sprał, bo młody nie chciał wra­cać do ro­bo­ty! Mówił… mówił, że wi­dział, jak Skrzy­niarz zjadł Jóźka! A Józek znik­nął na amen, tylko czap­ka zo­sta­ła przy roz­ła­dun­ku ko­vir­skiej cy­try­nów­ki!

– Skrzy­niarz? – po­wtó­rzył Ko­en­rad, mru­żąc oczy. – Co to za jeden?

 

***

 

– Skrzy­niarz – mruk­nął Pan­kratz, dra­piąc się po pod­bród­ku. – Żywa skrzy­nia? W dupach im się poprzewracało. Van Laar han­dlu­je drew­nem i przy­pra­wa­mi, a nie mor­der­czy­mi me­bla­mi.

– Nigdy o po­dob­nym cu­dac­twie nie sły­sza­łem – przy­znał Ko­en­rad, od­sta­wia­jąc kie­lich. – Dla­te­go rano, kiedy ten twój Briggs za­czął mi opo­wia­dać o po­two­rach w ma­ga­zy­nie, po­my­śla­łem, że albo bre­dzi, albo za mocno wczo­raj za­ba­lo­wał. W ma­ga­zy­nie był taki rej­wach i tylu ludzi, że po­sta­wi­łem na czyn­nik ludz­ki. Sta­ty­sty­ka, jak ci już mó­wi­łem. Nie lubię też, gdy mi się pa­rob­ki gapią na ręce przy ro­bo­cie. No ale wszyst­ko już było jasne. Po­sze­dłem do ma­ga­zy­nu, aku­rat jak już zmierz­cha­ło. I zgad­nij kogo żem spo­tkał.

 

***

 

Pod ma­ga­zy­nem, w cie­niu sta­rych żu­ra­wi, Mi­ło­gost chwy­cił Koenrada za skó­rza­ny rękaw pan­ce­rza. Za­pach­nia­ło od wiedź­mi­na stalą i elik­si­ra­mi.

– Panie – szep­nął chło­piec, a jego oczy były wiel­kie jak spodecz­ki, w któ­rych od­bi­jał się blask księ­ży­ca. – Ona tam jest. Skrzy­nia. Sie­dzie­li­śmy z Jóź­kiem za ster­tą wełny, my­śle­li, że tam jabł­ka są, bo pach­nia­ło słod­ko. A ona… ona otwo­rzy­ła pasz­czę tam, gdzie po­win­no być wieko. Józek nie zdą­żył. Zła­pa­ła go ję­zy­kiem i wcią­gnę­ła do środ­ka. Sły­sza­łem, jak ła­ma­ły się kości, panie. Jakby ktoś chrust na ogni­sko łamał. Za­bi­jesz to?

Wiedź­min ski­nął głową i kazał chłop­cu biec do Pan­krat­za. Sam zaś pchnął cięż­kie wrota.

We­wnątrz pa­no­wał pół­mrok roz­świe­tla­ny je­dy­nie pa­sma­mi księ­ży­co­we­go bla­sku prze­dzie­ra­ją­ce­go się przez nie­szczel­ny dach. Pach­nia­ło tam ku­rzem, ple­śnią i słod­ka­wym, mdlą­cym odo­rem gnil­nym, który dla Ko­en­ra­da brzmiał jak ostrze­gaw­cze bicie w dzwo­ny. Setki skrzyń stały w rów­nych rzę­dach, atoli jedna z nich wy­da­ła się wiedź­mi­no­wi obca. Nie po­sia­da­ła sło­jów drew­na, lecz coś, co je mi­ster­nie uda­wa­ło – skó­rza­stą, tęt­nią­cą po­wło­kę. Pach­nia­ła żywą tkan­ką imi­tu­ją­cą przed­miot mar­twy.

Ruch. Bły­ska­wicz­ny, nie­mal nie­ludz­ki. Gdy tylko Ko­en­rad skró­cił dy­stans, skrzy­nia prze­sta­ła być przed­mio­tem, prze­obra­ża­jąc się gwał­tow­nie w rzy­ga­ją­ce juchą kłę­bo­wi­sko macek i pul­su­ją­ce­go, ob­mier­z­łe­go mię­cha. Drew­no roz­war­ło się z mlasz­czą­cym dźwię­kiem. Wiedź­min nie cze­kał. Zło­żył palce w Znak Aard. Po­wie­trze gęste od kurzu ryp­nę­ło z hu­kiem gromu, ude­rza­jąc wprost w śro­dek abo­mi­na­cji. Skrzy­niarz po­le­ciał w tył, rąb­nął o ka­mien­ną ścia­nę skła­du z siłą, która winna skru­szyć człe­ko­kształt­nym stwo­rom kości, ale ta be­stia, nie po­sia­da­ła kość­ca w ludz­kim ro­zu­mie­niu. Odbił się od muru ni­czym ga­la­re­ta, na­tych­miast ko­ry­gu­jąc kształt i kła­piąc pasz­czą pełną igło­wa­tych zębów.

Unik. Koenrad poczuł na policzku powiew lepkiego języka, który zerwał kawał tynku z filaru. Skrzyniarz kilka razy jął łapać go wielkim ozorem, Koenrad unikał uderzeń, próbował Znaków, choć w tumulcie starcia nie wszystko wychodziło tak, jak zakładał. Srebrny miecz ciął raz za razem, kreśląc w mroku świetliste łuki, ale każde cięcie jedynie rozrywało płynne mięcho, natychmiast wypełniające się gęstą posoką.

Ko­en­rad do­strzegł mo­ment – uła­mek se­kun­dy, w któ­rym stwór roz­warł się naj­sze­rzej, by wy­pro­wa­dzić mor­der­czy atak. Za­miast usko­czyć, wiedź­min wparował wprost w epi­cen­trum tego ana­to­micz­ne­go cha­osu. Z krót­kim, gar­dło­wym okrzy­kiem wbił srebr­ną głow­nię pio­no­wo w dół, ce­lu­jąc z całą siłą w samo serce pul­su­ją­cej gar­dzie­li. Poczuł gumowaty opór, zaś miecz prze­szedł na wylot, przy­bi­ja­jąc Skrzy­nia­rza do pod­ło­ża. Stwór szarp­nął się kon­wul­syj­nie, wydał z sie­bie głu­chy, mokry od­głos przy­po­mi­na­ją­cy pę­ka­nie wiel­kie­go pę­che­rza, i wresz­cie zwiot­czał, zmie­nia­jąc się w kupę bez­kształt­nej, sty­gną­cej juchy u stóp wiedź­mi­na.

 

***

Pan­kratz dopił miód, od­sta­wia­jąc dzban z ło­mo­tem.

– I co z tru­chłem? Van Laar pew­nie nie był za­chwy­co­ny, że mu towar psu­jesz?

– Za­bez­pie­czy­łem – od­parł Ko­en­rad, wsta­jąc. – Po­sła­łem po ludzi Mar­ga­ri­ty Laux-An­til­le. Cza­ro­dziej­ki mają sła­bość do ta­kich ano­ma­lii, nie­chaj zba­da­ją to w swo­ich re­tor­tach. Z cie­ka­wo­ści za­py­ta­łem van Laara o po­cho­dze­nie trans­por­tu.

– I?

– Kovir – rzekł wiedź­min, spraw­dza­jąc sa­kiew­kę. – Trans­port bez nadaw­cy. A od­bior­ca się nie zgło­sił. Ktoś wy­ho­do­wał to świń­stwo, Pan­kratz. Cza­ro­dzie­je, zdaje się, znów za­czę­li two­rzyć pro­ble­my, które póź­niej my mu­si­my sprzą­tać za psie pie­nią­dze.

Pan­kratz wes­tchnął, po czym wy­cią­gnął ko­lej­ną sa­kiew­kę.

– A oj­ciec tego dzie­cia­ka? Co z tym pi­ja­kiem?

– Zna­la­złem go w karcz­mie na Okraw­kach, za­pi­te­go w sztok. Syna ma głę­bo­ko w rzyci. Przy­gar­niesz chło­pa­ka? Briggs mówił, że młody ma dryg do liczb, a tobie przy­dał­by się ktoś, kto po­tra­fi po­li­czyć zyski bez uży­wa­nia pal­ców u nóg. Twój ochro­niarz obie­cał, że go przy­pil­nu­je, o ile prze­sta­niesz mu od­cią­gać od żołdu za „stra­ty w lu­dziach”.

Pan­kratz kiw­nął głową.

– Tak zro­bię. Dzię­ki, Ko­en­rad. Gdzie teraz?

– Na sek­cję zwłok – Ko­en­rad uśmiech­nął się iro­nicz­nie. – Chcę zo­ba­czyć, co ta po­czwa­ra miała w środ­ku poza nie­szczę­snym Józ­kiem.

 

***

 

Stół w pra­cow­ni Mar­ga­ri­ty Laux-An­til­le był ma­syw­ny, z tych, które pa­mię­ta­ją wię­cej sek­cji niźli mo­dlitw. Pach­nia­ło for­ma­li­ną i krwią. Skrzy­niarz leżał na nim roz­pru­ty, jego skó­rza­sta po­wło­ka od­chy­lo­na na boki od­sła­nia­ła lepki miąższ. Margarita, ubrana w fartuch, w niczym nie przypominała bogini, chociaż nawet w tej chwili jej piękne, falujące złote włosy sprawiały Koenradowi problemy z koncentracją.

– I cóż tam kon­sta­tu­jesz, Ko­en­ra­dzie? – Mar­ga­ri­ta zdję­ła oku­la­ry, prze­cie­ra­jąc je rąb­kiem far­tu­cha. – Oprócz faktu, iż za­pach ów jest w sta­nie ocu­cić nie­bosz­czy­ka?

Wiedź­min odło­żył srebr­ne szczyp­ce i spoj­rze­niem zmie­rzył nie­na­tu­ral­ną struk­tu­rę mięsa.

– Kon­sta­tu­ję pre­ce­dens – od­parł krót­ko. – Patrz tutaj. Miąższ jest jed­no­li­ty, tkan­ka zwar­ta, po­zba­wio­na w ogóle na­rzą­dów po­kar­mo­wych lub ja­kich­kol­wiek zna­mion pro­ce­sów ga­strycz­nych. Pusto. On nie jadł, Mar­ga­ri­to. On nie tra­wił, al­bo­wiem i nie miał czym.

– Za­dzi­wia­ją­ce – szep­nę­ła cza­ro­dziej­ka, po­chy­la­jąc się nad sto­łem. – Jakby był je­dy­nie…

– Naczyniem – dokończył Koenrad, a jego wzrok padł na coś, co lśniło w głębi rozciętego korpusu. – Nie ma tu Józka. Nie ma kości, czaszek ani choćby klamry od buta. Ta poczwara nie posiada żołądka, Rito. Brak jakichkolwiek gruczołów trawiennych, brak układu pokarmowego. Pusto. Gdzie w takim razie podziało się ciało Józka?

Czarodziejka zdjęła okulary, przecierając je rąbkiem fartucha. Spojrzała na wiedźmina z uwagą.

– W czasie walki medalion wibrował mi jak oszalały – kontynuował wiedźmin, odkładając srebrne szczypce. – Szarpało nim przy każdym uniku. To coś nie lęgło się w lesie ani na bagnach. Zostało ulepione z czystej magii, jest konstruktem udającym życie. Widziałaś kiedyś coś podobnego?

– Nigdy – Margarita pokręciła głową, a jej twarz stężała. – To nie jest dzika mutacja ani błąd natury. Ta istota musiała zostać wykreowana przez kogoś, kto posiadł wiedzę o zaawansowanej ontogenezie magicznej i potrafi nagiąć prawa biogenezy do własnych celów. To magia najwyższej próby, Koenradzie. Ktoś zadał sobie mnóstwo trudu, by stworzyć żywy sejf.

Srebro zazgrzytało o coś twardego ukrytego głęboko w tkankach. Koenrad wyciągnął przedmiot, który ciężko osiadł na blacie, uwalniając się z mlaszczącego uścisku mięsa. Była to torba, skórzana, misternie zdobiona srebrną nicią i wytłaczanymi runami, które jarzyły się słabym światłem.

Sre­bro za­zgrzy­ta­ło o coś twar­de­go ukry­te­go głę­bo­ko w tkan­kach. Ko­en­rad wy­cią­gnął przed­miot, który cięż­ko osiadł na bla­cie, uwal­nia­jąc się z mlasz­czą­ce­go uści­sku mięsa. Była to torba, skó­rza­na, mi­ster­nie zdo­bio­na srebr­ną nicią i wy­tła­cza­ny­mi ru­na­mi, które ja­rzy­ły się sła­bym, ga­sną­cym świa­tłem.

– Dwi­me­ryt albo coś podobnego za­pew­ne w pod­szew­ce – mruk­nął wiedź­min, do­ty­ka­jąc chłod­ne­go ma­te­ria­łu. 

Wiedź­min uniósł wzrok, jego kocie źre­ni­ce zwę­zi­ły się do szpi­lek.

– Otwie­ra­my?

Mar­ga­ri­ta nie od­po­wie­dzia­ła. Uśmiechnęła się, a błysk jej pięknych, niebieskich oczu jasno wskazywał, jakie ma zdanie na ten temat.

 

***

 

Briggs stał przy stole ewi­den­cyj­nym, po­chy­lo­ny nad grubą księ­gą opra­wio­ną w skórę, gdy do środ­ka we­szło dwóch męż­czyzn w po­dróż­nych płasz­czach. Jeden z nich niósł tubę z za­la­ko­wa­ną pie­czę­cią. Nie przed­sta­wia­li się z imie­nia; po­da­li je­dy­nie kwit prze­wo­zo­wy, za­pi­sa­ny drob­ną, ku­piec­ką ręką, z sy­gne­tem Ko­vi­ru od­ci­śnię­tym w czer­wo­nym wosku.

– Po od­biór to­wa­ru – oznaj­mił star­szy z nich tonem urzę­do­wym, jakby mówił o wor­kach soli. – Trans­port zgod­ny z listą. Jedna skrzy­nia. Z Mirtu żeśmy przy­je­cha­li.

Kra­sno­lud zmru­żył oczy i podał do­ku­ment Mi­ło­go­sto­wi, który od czasu wy­da­rzeń w por­cie peł­nił funk­cję po­moc­ni­ka przy ewi­den­cji – chło­pak miał dobrą pa­mięć do cyfr i za­ska­ku­ją­co równy cha­rak­ter pisma. Mi­ło­gost prze­su­nął pal­cem po ko­lum­nach, mru­cząc pod nosem, aż wresz­cie za­trzy­mał się i ze­sztyw­niał. Prze­rzu­cił kartę. Potem na­stęp­ną.

– Wszyst­kie ode­bra­ne – po­wie­dział nie­pew­nie. – Poza jedną.

– Którą? – wark­nął Briggs.

Chło­pak uniósł wzrok znad księ­gi.

– Tą z Ko­vi­ru.

W por­cie za­pa­dła cisza, cięż­ka i lepka ni­czym smoła. Dwaj przy­by­sze spoj­rze­li po sobie, a potem na puste miej­sce mię­dzy rzę­da­mi skła­do­wa­nych to­wa­rów, gdzie od kilku dni nic już nie stało. A deszcz, za­ci­na­jąc o bruk, zda­wał się szep­tać to, o czym wo­le­li­by za­po­mnieć: iż w No­vi­gra­dzie każda zguba ma swoją cenę.

 A za tą zgubę, sami będą mu­sie­li za­pła­cić. 

– Rychu, pan “T” nas za­je­bie.

 

 

Koniec

Komentarze

Takie typowe, wiedźmińskie opowiadanie, z dużą dawką brutalności, które czyta się bardzo dobrze. Masz solidnie zbudowana postać Konreada, który jest sympatycznym gościem. No i ta skrzynia, mnie rozwaliła. Nie spodziewałam się czegoś takiego.

Zrobiłeś bardzo duży progres, jeśli chodzi o sam opis walki. Jest ona dobrze napisana, tempo płynne i szybkie. 

Z chęcią przeczytam więcej o Konreadzie.

Witaj. :)

Dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów oraz za ostrzeżenie z Przedmowy. :) Czytam nie tylko „na własną odpowiedzialność”, ale także z obowiązku. :)

Kwestie techniczne i pojawiające się wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

W portowych dzielnicach ludzie znikają zazwyczaj z przyczyn nadzwyczaj prozaicznych. – czy celowo taka stylizacja i powtórzenie?

Firma „Nacht – Rozwiązujemy Problemy” wynajęta została do ochrony mienia kupieckiego przed „czynnikiem ludzkim”, atoli to właśnie ów pierwiastek zaczął krasnoludowi sprawiać trudności natury logistycznej. Najemnicy, zazwyczaj bitni i skłonni do zwady, przejawiać zaczęli niezdrową skłonność do szeptów o klątwach.

Straszne rzeczy widział, choć gówniarz to strachliwy i, prawdę mówiąc, głodny częściej niźli syty. – styl/powtórzenie?

Jeśli kogoś sprząta, to ciało znajduje się w kanale, a sakiewka znika. A “Młodego” trzyma za mordę. Tutaj, panie wiedźminie, znikają całe korpusy, a zostają tylko czapki i buty. – i tu?

Van Laar płaci nam za pilnowanie towaru, nie za wyganianie duchów, ale jak moi ludzie zaczną dezerterować, to Pankratz nam zedrze skórę z rzyci i sprzeda garbarzom. – i tutaj?

Mieszka tu niedaleko, w jednym z zaułków, tam gdzie rybi smród wciska się pod powieki. Wiedźmin i krasnolud skierowali swe kroki ku gęstwinie nadbrzeżnych zabudowań, gdzie wilgoć wgryzała się w drewno równie bezlitośnie co lichwa w trzos rzemieślnika. – i tu?

 

Praca u van Laara to zaszczyt, a ten mi tu w kącie skomli jak potrącony kundel. Więcej go tam nie poślę, darmozjada, skoro mi wstydu przed ludźmi Pankratza przynosi. Beska zapchlona. – logiczny – skoro mowa o płaczu, czy tu nie miało być: „beksa”?

Więcej go tam nie poślę, darmozjada, skoro mi wstydu przed ludźmi Pankratza przynosi. – składniowy? – czy nie powinno być: „wstyd”?

Koenrad stał nad nim niewzruszony, a w jego dłoni tlił się błękitny, niepokojący blask Znaku Aksji, który rozwiązywał języki szybciej niż gorzałka, a i efekt był znacznie szybszy. – styl/powtórzenie?

Coście zrobili w magazynie van Laara, że dzieciak o zmysłów odchodzi? – literówka?

No (przecinek?) ale wszystko już było jasne.

I zgadnij (i tu?) kogo żem spotkał.

Pod magazynem, w cieniu starych żurawi, Miłogost chwycił wiedźmina za skórzany rękaw pancerza. Zapachniało od wiedźmina stalą i eliksirami. – powtórzenie?

Skrzyniarz poleciał w tył, rąbnął o kamienną ścianę składu z siłą, która winna skruszyć człekokształtnym stworom kości, ale ta bestia, nie posiadała kośćca w ludzkim rozumieniu. – zbędny ostatni przecinek?

Zamiast uskoczyć, wiedźmin skoczył wprost w epicentrum tego anatomicznego chaosu. – styl/powtórzenie?

Opór był gumowaty, obmierzły, ale stal przeszła na wylot, przybijając Skrzyniarza do podłoża. – hmmm… – zastanawiam się, czy opór może być gumowaty i obmierzły, bo „opór” to przecież (za sjp):

„1. przeciwstawianie się czyjeś woli lub przemocy, nieuleganie jakiejś sile;

2. zjawisko polegające na przeciwstawianiu się przepływowi prądu elektrycznego; rezystancja

3. siła powstająca przy wprawianiu ciał w ruch lub wywołana ruchem tych ciał i skierowana przeciwnie do kierunku ruchu;

4. sposób hamowania polegający na zbliżeniu ku sobie dziobów nart i oddaleniu piętek; pług”.

 

 

– (…) Gdzie teraz?

– Na sekcję zwłok – Koenrad uśmiechnął się ironicznie. – Chcę zobaczyć, co ta poczwara miała w środku poza nieszczęsnym Józkiem. – dokąd?

 

Skrzyniarz leżał na nim rozpruty, jego skórzasta powłoka (przecinek?) odchylona na boki (i tu?) odsłaniała lepki miąższ.

Czysto jak sumienie nowicjusza w dniu ślubów. – składniowy?

Srebro zazgrzytało o coś twardego (przecinek?) ukrytego głęboko w tkankach.

Ktoś zadał sobie mnwo trudu, by to ukryć. – literówki?

Dwaj przybysze spojrzeli po sobie, a potem na puste miejsce między rzędami składowanych towarów, gdzie od kilku dni nic już nie stało. A deszcz, zacinając o bruk, zdawał się szeptać to, o czym oboje woleliby zapomnieć: iż w Novigradzie każda zguba ma swoją cenę. – skoro „dwaj przybysze”, to czemu „oboje”?

A zazgubę, sami będą musieli zapłacić. – gramatyczny – błędna odmiana wyrazu?; zbędny przecinek?

 

 

 

W tekście występują aliteracje – czy celowe? Przykłady:

Karczma „Zimorodek” nie była przybytkiem dla byle kogo, a już na pewno nie dla kogoś, komu z dziurawych butów wystawała słoma, a z sakiewki wyzierała przeciągła pustka. Pachniało tu pieczoną gęsią, zamorskim cynamonem i grubą monetą, która w Novigradzie miała woń szczególnie intensywną, jakoby sam fakt jej posiadania nobilitował posiadacza skuteczniej niźli tarcza herbowa, choćby i nadana przez samego króla Vizimira w chwili wyjątkowej, a rzadkiej u monarchów łaskawości.

Koenrad poczuł na policzku powiew pędzącego języka, który z brzdękiem zerwał kawał tynku z filaru tuż obok jego głowy.

 

Świetny humor, lekkość opowieści oraz interesujące dialogi i mroczny klimat fantasy to największe atuty Twojego opowiadania. ;) Nadal mam pewne wątpliwości, ile w tym tekście jest rzeczy zapożyczonych ze słynnego „Wiedźmina” (np. „Znak Aard”), a ile – Twoich własnych pomysłów… :)

Ilustracja świetna. ;)

Mimo wątpliwości, daję kliczek, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Mimo wątpliwości, daję kliczek, pozdrawiam serdecznie. :)

Dziękuję :) Rozumiem, że może to być bardzo mylące zwłaszcza jak ktoś sagi czy gier nie zna. Streszczę to mocno, choć wiem że może być zawiło.

Jest to opowiadanie w świecie wiedźmina. Świat należy do Sapka. Ale sporo rzeczy dodaję własnych i mocno rozwijam. Przykładowo w tym opowiadaniu potwór zwany Skrzyniarzem jest inspirowany innym potworem z innego uniwersum który u Sapkowskiego nie występował, ani w grach na podstawie jego prozy. Postacie – w pełni moje z wyjątkiem Młodego Tasaka i Margarity. 

Jest to opowiadanie fanowskie ze wszystkimi wadami i zaletami tego typu opowidań. Mam świadomość, że świat nie jest mój, ale to moja w pełni autonomiczna decyzja. :) Kocham fantasy ale nie zamierzam narazie tworzyć nowych światów, bo lata temu coś we mnie umarło i wszystko wydaje mi się generyczne oraz bazujące na pomysłach innych. Mimo to ogromnie jestem ci wdzięczny za wskazanie blędów, które poprawiłem. Życie bez bety jest trudne, ale nie sposób prosić ludzi o czytanie i sprawdzanie tekstu bo nie każdy ma czas i siły :) To też ogromnie wdzięczny jestem za klik mimo wątpliwości ale i za wskazanie błędów. Czasem za bardzo ponosi autora fantazja ;)

Miłego dnia bruce i czekam w końcu na twoje opki, bo dawno nie wrzucałaś :) 

 

Melendur88

Dzięki, rozumiem; ja na razie nie publikuję (raczej usuwam starocie), za dużo powinności. :) 

Mamy tu Portalowiczów, którzy tylko czytają. :)

Pozdrawiam, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Dzięki, rozumiem; ja na razie nie publikuję (raczej usuwam starocie), za dużo powinności. :) 

Rozumiem. Dlatego ja publikuje jak mam siły i weny, bo od marca sie mi zacznie sajgon :)

Mamy tu Portalowiczów, którzy tylko czytają. :)

Zauważyłem, to też dobre bo naprawdę całkiem fajne rzeczy można tu znaleść :)

 

Pozdrawiam bruce, dziekuje za klik i wpadnięcie :)

Melendur88

Wzajemnie, Melendurze88, pozdrawiam kultowym z “Trójkąta Bermudzkiego”: “Zdrów!”. :) 

Pecunia non olet

No, no, pogratulować pomysłu na stwora :). Bardzo dobrze się czytało. Jak zawsze, miło jest wpaść do ciebie i przeczytać coś wiedźmińskiego. A to chyba najlepsze opowiadanie z trzech, które przeczytałem twojego autorstwa. Koenrada coraz bardziej lubię – nieźle tutaj wydedukował, czym tak naprawdę jest skrzyniarz i chyba mocno zaplusował u Margarity :D. Bardzo mi się podoba ten typowy wiedźmiński humor obecny również u Sapkowskiego – np. to, że w porcie śmierdziało tak, że alchemik mógłby stosować odór do wywołania torsji i wiele innych tego typu rzeczy.  

bogjelen

Cześć,

fajna opowiastka ze świata Wiedźmina.

Ciekawy pomysł na potwora – coś pomiędzy Pratchettem a Harrym Potterem. Podoba mi się.

Pozdroklik

@Robert dzięki ze wpadłeś :) Czekam z niecierpliwością na twoje ;)

 

Ciekawy pomysł na potwora – coś pomiędzy Pratchettem a Harrym Potterem. Podoba mi się.

Miło słyszeć i dzięki za klik :)

 

No, no, pogratulować pomysłu na stwora :).

Również dzięki, ze zawitałeś!! I dzięki za opinię. 

 

Co do potwora – no jest on inspirowany , wręcz zapozyczony z innego uniwersum które każdy fan kostkowych rpg skojarzy :) Ale ja takie miksy lubię, o ile mają lore’owe i logiczne uzasadnienie. A ten stwór stworzony stricte z magii przez czarodziejów idealnie do tego świata pasował.

Melendur88

Rozpoczęłam lekturę bez zbytniego entuzjazmu, bo jak wiesz, Melendurze, „wiedźminowe” opowiadania nie należą do moich ulubionych, ale okazało się, że ta historia potrafiła zainteresować, więc czytałam bez najmniejszej przykrości, jeśli nie liczyć kilku usterek, wymienionych niżej. :)

 

Na­brze­że cuch­nę­ło rybą, dzieg­ciem i za­sta­łym bło­tem, two­rząc aro­ma­tycz­ną mie­szan­kę… → Skoro tam cuchnęło, to na pewno nie był to aromat, który jest wonią przyjemną.

Proponuję: Na­brze­że cuch­nę­ło rybą, dzieg­ciem i za­sta­łym bło­tem, two­rząc smrodliwą mie­szan­kę

 

– Stary Tasak to gan­gus, nie rzeź­nik – wark­nął . → Zbędna spacja przed kropką.

 

Wiedź­min i kra­sno­lud skie­ro­wa­li swe kroki ku gę­stwi­nie… → Czy zaimek jest konieczny? Czy kierowaliby cudze kroki?

 

że dzie­ciak o zmy­słów od­cho­dzi? → Pewnie miało być: …że dzie­ciak od zmy­słów od­cho­dzi?

 

Pach­nia­ło tam ku­rzem, ple­śnią i słod­ka­wym, mdlą­cym odo­rem gnil­nym, który dla Ko­en­ra­da brzmiał jak ostrze­gaw­cze bicie w dzwo­ny. → Nie wydaje mi się, aby jakiekolwiek zapach mogły brzmieć.

Proponuję drugą część zdania: …co Ko­en­ra­d odebrał jak ostrze­gaw­cze bicie w dzwo­ny.

 

Nie po­sia­da­ła sło­jów drew­na, lecz coś, co je mi­ster­nie uda­wa­ło… → Nie wydaje mi się, aby skrzynia mogła cokolwiek posiadać.

Proponuję: Nie było na niej sło­jów drew­na, lecz coś, co je mi­ster­nie uda­wa­ło… ?

 

Po­wie­trze gęste od kurzu ryp­nę­ło z hu­kiem gromu, ude­rza­jąc wprost w śro­dek abo­mi­na­cji. → Skrzynia mogła budzić abominację, ale czy na pewno była abominacją?

 

wiedź­min wpa­ro­wał wprost w epi­cen­trum tego ana­to­micz­ne­go cha­osu. → …wiedź­min wpa­ro­wał wprost w cen­trum tego ana­to­micz­ne­go cha­osu.

Sprawdź znaczenie słowa epicentrum.

 

Stwór szarp­nął się kon­wul­syj­nie, wydał z sie­bie głu­chy, mokry od­głos… → Zbędny zaimek – czy mógł wydać odgłos z kogoś/ czegoś innego?

Wystarczy: Stwór szarp­nął się kon­wul­syj­nie, wydał głu­chy, mokry od­głos

 

Srebro zazgrzytało o coś twardego ukrytego głęboko w tkankach. Koenrad wyciągnął przedmiot, który ciężko osiadł na blacie, uwalniając się z mlaszczącego uścisku mięsa. Była to torba, skórzana, misternie zdobiona srebrną nicią i wytłaczanymi runami, które jarzyły się słabym światłem.

Srebro zazgrzytało o coś twardego ukrytego głęboko w tkankach. Koenrad wyciągnął przedmiot, który ciężko osiadł na blacie, uwalniając się z mlaszczącego uścisku mięsa. Była to torba, skórzana, misternie zdobiona srebrną nicią i wytłaczanymi runami, które jarzyły się

słabym, gasnącym światłem. → Dwa wielkie grzyby trafiły się w tym barszczu.

 

Jeden z nich niósł tubę z za­la­ko­wa­ną pie­czę­cią. → Pieczęci się nie lakuje. To w laku odbija się pieczęć.

Pewnie miało być: Jeden z nich niósł tubę za­la­ko­wa­ną pie­czę­cią. Lub: Jeden z nich niósł zapieczętowaną tubę.

 

Nie przed­sta­wia­li się z imie­nia… → Nie przed­sta­wi­li się z imie­nia

 

po­da­li je­dy­nie kwit prze­wo­zo­wy, za­pi­sa­ny drob­ną, ku­piec­ką ręką… → Skąd wiadomo, że kupiecka ręka pisząca kwit przewozowy była drobna???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

że dzieciak o zmysłów odchodzi? → Pewnie miało być: …że dzieciak od zmysłów odchodzi?

w rzeczy samej, mea culpa :)

 

Nie przedstawiali się z imienia… → Nie przedstawili się z imienia

j.w, autokorektor zle poprawił, bo jak pamiętam miałem to razem :)

 

podali jedynie kwit przewozowy, zapisany drobną, kupiecką ręką… → Skąd wiadomo, że kupiecka ręka pisząca kwit przewozowy była drobna???

Hm… W sumie to żem początkowo chciał żeby to była kobieta, ale potem zmieniłem zdanie. Do wywalenia ,a i rozumiem, co chcesz w ten sposób przekazać – nie ma sensu informować aż nadto czytelnika :) 

Jeden z nich niósł tubę z zalakowaną pieczęci

ą. → Pieczęci się nie lakuje. To w laku odbija się pieczęć.

Dość często się pisze zalakowana pieczęć :) Ale to co mówisz jest logiczne. Posypuję głowę popiołem :) Ale tuba rzeczywiście brzmi nienaturalnie, jak czytam to zdanie już 7 raz. Eh… człowiek musi zacząć częściej czytać swoje teksty niż trzy razy :) Fixed :)

 

Powietrze gęste od kurzu rypnęło z hukiem gromu, uderzając wprost w środek abominacji. → Skrzynia mogła budzić abominację, ale czy na pewno była abominacją?

Przyznaję, że …często funkcjonuje to słowo jako wytwór coś dziwnego, nienaturalnego i nawet mówi się że jest to abominacja. W popkulturze nawet tak to funkcjonuje, że mówi się, że ten potwór to jakaś abominacja. W sensie wiem, ze to to uczucie i stan obrzydzenia, ale fakt faktem, sjp mówi jasno. Zmieniłem :) (ale przyznaję, słowo mi bardzo leży i je lubie :) 

 

Dziękuję @regulatorzy za zajrzenie – tym bardziej że wiem, iż nie przepadasz za Wiedźminem, więc tym bardziej doceniam cierpliwość i chęć zwrócenia uwagi. Błędy oczywiście biorę do serca i postaram się je poprawić w następnym tekście; już widzę choćby zaimki, z którymi zawsze jest najtrudniej, bo mimo szczerych chęci to walka z wiatrakami jest czasem :) 

 

Z pozostałymi błędami nie walczę i poprawiłem zgodnie z sugestiami, oczywiście słusznymi :)

 

 

 

Melendur88

Melendurze, bardzo się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. A skoro dokonałeś poprawek, mogę udać się do klikarni. :)

 

Eh… czło­wiek musi za­cząć czę­ściej czy­tać swoje tek­sty niż trzy razy :) Fixed :)

Melendurze, kiedyś, czystym przypadkiem, zmieniła mi się czcionka w czytanym opowiadaniu. Byłam zdumiona, jak inaczej wszystko wygląda, ale też okazało się, że patrzę na tekst jak na całkiem nowy, a nawet dostrzegam usterki, które wcześniej pominęłam.

Nie wiem, czy ta metoda zadziała w Twoim przypadku, ale sugeruję, abyś, mając niewiele czasu na kolejne czytanie, spróbował metody z inną czcionką. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kurde, kolejny tekst rzucony od niechcenia i spowodowałem, że przeczytałaś tekst o wiedźminie mimo że go nie lubisz. Bardzo mnie to cieszy :) W szczegolności, że twoje uwagi sobie cenię (zresztą wszystkich, ale do twoich mam sentyment z uwagi na to, że byłaś pierwsza która skomentowałaś mój debiutancki “kloc” kilka miesięcy temu :) Swoja drogą, tamto opowiadanie już “zremasterowałem” walczę, teraz żeby zjechać do wymaganych 80 tysięcy :))

 

Jeszcze raz dzięki:)

 

Nie wiem, czy ta metoda zadziała w Twoim przypadku, ale sugeruję, abyś, mając niewiele czasu na kolejne czytanie, spróbował metody z inną czcionką. :)

Muszę spróbować. Ale szczerze, najwiekszy problem nie jest z metodą, a między krzesłem i klawiaturą, czytaj – mną :) 

Melendur88

Melendurze, cóż mogę rzec… Niezmiernie mi miło, że dobrze wspominasz mój pierwszy komentarz, więc pewnie jeszcze jakieś się trafią pod Twoimi kolejnymi opowiadaniami. 

Powodzenia! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka