Fiona Króliczkowska, zwana Meduzą energicznie przemierzała ulicę Konwaliową. Jej czerwona torebka z ekoskóry huśtała się z prawej na lewą, wywołując duże niebezpieczeństwo wypadnięcia różowej butelki na wodę, z emocji włożonej do złej przegródki. Szła tak szybko jak tylko mogła, mimo że łydki zaczynały boleć, a oddech urywać.
Skręciła na ulicę Wiśniową i bezskutecznie spróbowała opanować szalejące myśli, stale powracała do zielonych oczu i wąskich ust przyozdobionych srebrnym kolczykiem. Czuła się tak źle jak nigdy i nawet pomysł zapalenia papierosa wydawał się idiotyzmem. Zwolniła nieco gdy poczuła, że na jej policzkach wykwitły dwa, piękne, czerwone placki i chcąc zająć ręce sięgnęła do torebki po szminkę, ale po kilku nieudanych próbach złapania sztyftu zrezygnowała. Nie miała gdzie iść, żadnych znajomych, u których mogłaby zostać, żadnej rodziny, żadnego domu, tylko czerwona torebka i płaszcz babci Andzi.
Powoli narastał płacz, gardło się zacisnęło, oczy zaszkliły. Opadła na ławkę ukrywając twarz w dłoniach, czerwone rękawiczki szybko przesiąknęły łzami, których nie mogła dłużej opanowywać. Płakała i płakała, ale nikt nie zwracał na nią uwagi, nieliczni przechodnie co najwyżej posyłali jej współczujące lub gardzące spojrzenia. Nie przejmowała się tym, w głowie miała wciąż jeden obraz, który nie pozwalał myśleć o niczym innym.
Nagle poczuła dotyk na ramieniu i podniosła głowę. Nad nią stał Herbański z wystraszoną miną.
– Co ci, Meduza? – zapytał.
Miał długie, kręcone włosy, drobny nos i wąskie usta. Zawsze uważała, że ten pieprzyk koło nosa dodawał mu uroku, ale teraz…
Nie była w stanie się z nim zmierzyć, schowała oczy w dłoniach i odsunęła się lekko. Miała nadzieję, że zrozumie, że nie chce go widzieć.
– No co ty? O co chodzi? – Poczuła, jak ławka się ugina, gdy usiadł obok.
– Nie mam na to siły, idź ode mnie – wyszeptała z trudem.
Nastała chwila ciszy.
– Czekaj… chodzi o Aśkę?
Milczała wymownie.
– Możesz wreszcie na mnie spojrzeć? Hm? Porozmawiajmy jak ludzie – powiedział i oderwał jedną rękę od jej twarzy. Odpuściła.
– I co masz mi do powiedzenia, co? Może jakieś “przepraszam”? To nie tak, że przed chwilą nakryłam cię na zdradzie? – czuła, jak smutek ustępuje, a zamiast niego rośnie złość. Przecież nawet nie przeprosił.
– Halo, halo, przecież zawsze powtarzam, że jestem wolnym ptakiem. Nie możesz oczekiwać, że zwiążę się z jedną kobietą. Poza tym, czy kiedykolwiek nazwaliśmy się parą? Chłopakiem i dziewczyną? Z mojej strony, na przykład, to było celowe.
Słuchała i nie dowierzała. Patrzyła w tę piękną twarz, która z sekundy na sekundę coraz bardziej brzydła w jej oczach. Przecież wcale nie mieszkali razem w apartamencie należącym do niej i wcale nie płaciła za zakupy, a on tylko jadł. Wcale nie prała jego brudnych skarpet i nie zachowywała się, jak ktoś więcej niż dziewczyna. Miała wrażenie, że odkochała się w chwilę.
– Ty pierdolony palancie. Ty skurwysynu – wydusiła przez zaciśnięte zęby. Chłopak wielkimi oczami spojrzał na jej zaciśnięte pięści. Nigdy nie klęła i nigdy mu się nie postawiła gdy robił coś nie tak, więc poczuła, że wreszcie mogła wylać na niego całą frustrację. Zerwała się z ławki i wycelowała w niego palec. – Jesteś popieprzonym egoistą, dupkiem skupionym tylko na sobie. Wiesz, że ja też mam uczucia?! Hmm?! Czy może jesteś aż tak durny i zrozumienie tego jest dla ciebie za trudne?! Fakt, że nawet nie usłyszałam jednego, cholernego “przepraszam” chociażby za to, że przez ciebie jestem w takim stanie, bo nigdy nie powiedziałeś mi, że nie będziesz wierny, jest żałosny! Ty jesteś żałosny i żebyś wiedział, że żadna dziewczyna i żaden facet, bo skoro ukrywałeś takie coś przede mną, to co jeszcze, nie zechce z tobą być, bo jesteś zapatrzonym w siebie, myślącym tylko o własnych potrzebach, nieudacznikiem!
Odeszła kawałek, schyliła się i chwyciła kamień wielkości piłeczki ping-pongowej. Herbański zasłonił się, ale za późno, kamień odcisnął ślad na policzku. Jęknął, a ona chwyciła kolejny. Dookoła zebrał się spory tłumek, ale tego nie zauważała, była tak pochłonięta swoimi emocjami, że świat dookoła kompletnie się nie liczył.
Już miała wykonać rzut gdy zobaczyła, że w dłoni trzyma nie kamień, a małe lusterko. Wykonane ze srebrnego, grawerowanego metalu z elegancką rączką.
– I wiesz co, Herbański? Mam w ręce lusterko, myślałam że zrobię ci nim piękną śliwę pod okiem, ale nawet lusterka mi na ciebie szkoda! – wrzasnęła, zacisnęła dłoń na znalezisku i odwróciła się. Jej odejście odpędziło ludzi, którzy stanęli, żeby popatrzeć. Chłopak nie próbował jej gonić, ani nic powiedzieć, pewnie dalej tam siedział nie rozumiejąc swojej winy. Znając go to zaraz zacznie rozpowiadać, że Meduza to wariatka i prawie posłała go do szpitala. W sumie, mogłaby go posłać, przynajmniej plotki byłyby prawdziwe. Zaśmiała się pod nosem, ciekawe co powie tej Aśce, że dlaczego ma siniaka na pół policzka?
Nagle zdała sobie sprawę, że zapomniała zabrać mu klucze do mieszkania. A, chrzanić to. Wyrzuci jego rzeczy przez okno i wymieni zamki.
Przeszła ulicą Miodową i skręciła na Piastowską. Tu niedaleko, na drugim piętrze okazałej kamienicy miała mieszkanie, które przekazali jej rodzice za dostanie się do najlepszej uczelni w okolicy. Było niewielkie, ale przytulne. Kremowa kanapa, drewniany stół i wielka, kolorowa mandala na ścianie. Herbański mieszkał tu przez ponad dwa lata, na co dzień chodził na uczelnię, a po zajęciach robił projekty z kolegami albo szedł na piwo. Teraz dobrze wiedziała, co robił w tamtym czasie.
Jak tylko przekroczyła próg, zabrała się za wyrzucanie jego rzeczy. Wszystko – ubrania, notatki, książki – leciało przez okno. Obserwowała z niemałą satysfakcją jak stare, sprane jeansy robią wielki krąg po niebie, by opaść na gałąź buku, który rósł pod oknem. Nie oszczędzała niczego – każda rzecz, która przypominała jej o chłopaku kończyła na trawniku.
W końcu wyczerpana stanęła w wejściu, przyjrzała się zmianom i z frustracją odkryła, że jej pokój jest prawie całkiem pusty. Na kanapie nie było już futerkowych poduszek, które pewnego dnia Herbański kupił posługując się jej kartą. Nie było fikuśnych obrazów, które pewnego dnia namalował w przypływie weny. Nie było różowej patelni, którą dostała na urodziny i przede wszystkim rozrzuconych po całym mieszkaniu ubrań.
Za to na kanapie leżał przedmiot, którego w szale nie zauważyła – srebrne lusterko. Z mieszanymi uczuciami podeszła i podniosła, czując niewytłumaczalny niepokój, który się tylko nasilił gdy dostrzegła, że lusterko jest pęknięte. Ale kiedy pękło? Dobrze pamiętała, że jak je podnosiła, było całe. Później cały czas miała je w ręce i nie mogła sobie przypomnieć żeby chociaż raz w coś nim uderzyła. No, ale w takich emocjach mogła nie zauważyć…
Z lusterka patrzyły na nią dwie identycznie opuchnięte twarze z czerwonymi oczami. Meduza przeskakiwała wzrokiem z fragmentu na fragment i w pewnym momencie pozwoliła sobie na uśmiech. Ale nie ta, która stała na zielonym dywanie w apartamencie numer trzy, tylko ta z odbicia. Uśmiechnęła się dziko, upiornie, wykrzywiając jej szczupłą twarz w sposób, w jaki nie wiedziała, że może ją wykrzywić.
Wrzasnęła, wypuszczając lusterko, które upadło miękko na dywan wierzchem do podłogi. Wiedziała, że z tych emocji coś mogło jej się przywidzieć, ale tego dziwnego uczucia, jakie z nią zostało, nie wyśniła. Była prawie pewna, że lusterko to diabelski przedmiot i nie odbijało jej twarzy, jak powinno.
Godzina za godziną mijała, a lusterko dalej leżało na dywanie, nie miała odwagi go podnieść. W końcu przykryła je miską i położyła na górę swoje najcięższe buty. Nie była przesądna, ale mogła się założyć, że coś było z lusterkiem nie tak.
W końcu położyła się na kanapie – nie chciała spać w łóżku, które wciąż pachniało chłopakiem – i już zasypiała, gdy usłyszała kroki na korytarzu i szarpnięcie za klamkę. Podirytowana podniosła się wyrównując piżamę i spojrzała przez okienko. Oczywiście, wypity Herbański. Postanowiła milczeć i poczekać aż sam zacznie gmerać w zamku, nie zamierzała mu otwierać.
– Cmon, Meduza! Wiem, że tam jesteś. Otwórz mi, pogadajmy. Sorry, że tak wyszło, ale możemy się dogadać, wiesz? Ja się ograniczę, trochę… A ty się uspokoisz. To jak? Otworzysz te drzwi? – pod koniec wypowiedzi beknął głośno, a ją przeszedł dreszcz obrzydzenia i poczuła rosnącą wściekłość, ale na przekór głosowi, który kazał jej wybuchnąć, wróciła na kanapę.
– Noo… Ja tu czekam! Zamówimy sobie kababa, mogę ci postawić i obejrzymy coś. Wszystko będzie dobrze, nie bój się.
Nie wytrzymała. Wstała, dotarła do drzwi i otworzyła je szeroko. Przez oczy Herbańskiego przemknęła ulga, którą szybko zastąpił strach.
– To nie jest twój dom, nigdy więcej tu nie przychodź, nigdy więcej ze mną nie rozmawiaj. I oddawaj klucze! – warknęła.
– Ale zabrałaś mi już je – odpowiedział zaskoczony, chuchając jej w twarz. Zmarszczyła brwi po części przez obrzydliwy zapach piwa, po części dlatego, że nie kojarzyła żeby zabrała klucze.
– Twoje rzeczy leżą na trawniku, jak jeszcze raz tu przyjdziesz, wezwę policję. Spierdalaj – odpowiedziała jedynie i zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Gdy tylko to zrobiła, z głębi pomieszczenia doszedł ją inny dźwięk – odgłos tłuczonego szkła.
Skonfundowana obróciła klucz w drzwiach i weszła do małej kuchni. Nie miała żadnych zwierząt, które mogłyby coś rozbić, więc ostrożnie obejrzała każdą półkę, ale niczego nie znalazła. Przeszła do salonu i jej wzrok padł na skórzane glany na turkusowej misce. Powolutku trzęsącymi się z emocji dłońmi ściągnęła przedmioty i po chwili wahania podniosła lusterko. Czując ciarki na plecach, spojrzała na powierzchnię przeciętą dwoma pęknięciami. Chcąc sobie udowodnić, że to było tylko przywidzenie, wbiła wzrok w swoje odbicie.
Tak jak poprzednio, na początku nic się nie działo, Meduza z lusterka naśladowała miny i gesty, ale później odbicie zastygło. Tym razem znieruchomiało i zamknęło oczy, zamierając całkowicie. Meduza ruszała lusterkiem nie wierząc w to, co widzi, ale obraz się nie zmieniał, twarz pozostała nieruchoma. Nagle nastąpiła zmiana, tło rozmyło się i rozwiało, jakby było zrobione z chmur. Pojawiła się ciemność, z której powoli wyłaniały się schody. Meduza zmrużyła oczy i przyjrzała się. Na początku myślała, że są czerwone, dopiero po dokładnym obejrzeniu odkryła, że są oblane bordową cieczą, która przypominała krew.
Oczy się rozszerzyły, oddech przyspieszył i nawet się nie zorientowała, gdy wyrzuciła lusterko przez okno. Kręciło jej się w głowie, serce biło jak szalone, ręce drżały. Opadła na kanapę okrywając ciało kocem i próbowała się uspokoić, ale miała wrażenie, że nic jej nie pomaga.
Tykające wskazówki były jedynym odgłosem w pustym mieszkaniu. Tik-tak, tik-tak, miała wrażenie, że dźwięk stuka w jej głowie, dociera do każdego zakamarka umysłu, ciała i duszy. Tik-tak, tik-tak.
Było już wpół do drugiej. Nie, trzydzieści jeden po pierwszej. Tik-tak, trzydzieści dwa. Wstała, nie będąc w pełni świadoma swoich ruchów. Tik-tak. Uniosła czarne, skórzane glany, sznurówki przesunęły się po nadgarstku, rozpalając skórę. Tik-tak. Podniosła plastikową miskę, w której nieraz moczyła stopy albo robiła parówkę za pomocą olejków eterycznych. Tik-tak. Srebrne lusterko spoglądało na nią zimnym, czarnym okiem oceniająco.
– Nie podniesiesz mnie? Nie spojrzysz we mnie? Czyżbyś się bała, Fiono?! – śpiewało coraz głośniej, uśmiechając się złowieszczo.
Jej ręka wbrew woli sięgnęła po srebrny przedmiot. Tik-tak, tykał zegar. Była za pięć trzecia. Nie, za cztery, za trzy… za dwa…
Lustro było popękane w tak wielu miejscach, że z trudem dało się zobaczyć na nim coś innego niż siatkę przypominającą pajęczą sieć. Zmrużyła oczy. Tik-tak. Z głębi siatki wyszedł pająk, miał czerwone oczy, włochate nogi i wielki odwłok. Stała sparaliżowana, a stworzenie wyszło z lustra i przeszło na jej rękę, każdy krok palił.
Tik-tak. Była godzina duchów, dwunasta w nocy. Nie, jeszcze nie. Była… Tik-tak. Była dwudziesta. Nie, jeszcze nie. Tik-tak. Wskazówki tykały w jej głowie, dudniły, odbijały się tysiącem dźwięków. Tik-tak. Była… Zegar zniknął, rozpłynął się w powietrzu jak mgła, ale wskazówki wciąż tykały.
Przed nią stanęły schody oblane krwią. Ciemnoczerwona ciecz napływała i zaczęła wlewać się do mieszkania. Krople opadły na policzek, buty znikały pod rosnącą wodą. Chciała doskoczyć do drzwi i uciec, ale ich nie było. Nie było niczego, kanapy, stołu, telewizora. Tylko schody i wlewająca się krew. Tik-tak. Krew była gęsta i lepka, opatuliła jej biodra uniemożliwiając ruch. Tik-tak. Dotarła do piersi i nie przestawała napływać. Tik-tak. Na schodach pojawiła się postać. Diabeł. Miał owłosione, kozie nogi zakończone kopytami, ludzki tors i byczą głowę. Z dwóch czarnych rogów wypływała krew. Na chwilę jego twarz zmieniła się w ludzką, grube brwi, ciemne oczy i białe zęby. Uśmiechnął się. Krew dalej się lała, tik-tak.
– Fiono Króliczkowska, Meduzo, należysz do mnie! – zawołał rozkładając szeroko ramiona.
– Nie – wyszeptała. Krew wciąż się lała, ale wydawała się zwalniać. Dotarła do obojczyków. Tik-tak.
– Stworzyłem to dla ciebie, stworzyłem dla ciebie lustro, byś mogła się przejrzeć i zobaczyć, jaka jesteś piękna. Jesteś moja i zawsze byłaś!
– Nie. – Jej głos brzmiał jak trące o siebie papiery ścierne. Miała wrażenie, że gardło wyschło całkowicie i jeszcze chwila, a rozsypie się jak zamek z piasku. Usta piekły, język przy każdym słowie bolał tak bardzo, że do oczu cisnęły się łzy.
– Tak, i nieważne, cokolwiek nie powiesz i nie zrobisz, i tak będziesz moja – uśmiechnął się krzywo, odwrócił i odszedł, a krew znowu przyspieszyła i zaczęła sięgać jej ust.
– Stój, uratuj mnie – wyszeptała, bo nie dała rady krzyczeć. Krew była jak galareta, całkowicie unieruchomiała.
– Przecież nie jesteś moja – rozległ się z oddali głos, po którym nastąpił wybuch śmiechu.
Nie była w stanie już nic powiedzieć. Krew zalała usta i nos, teraz sięgała do oczu. Zamknęła je starając się nie oddychać. Tik-tak. Słowa diabła cały czas krążyły jej po głowie, “nie jesteś moja, nie jesteś moja, nie jesteś moja”. “Moja, moja, moja”.
– Wyciągnij mnie stąd! Proszę! Będę twoja – krzyknęła w umyśle, nie będąc pewna czy ją usłyszy. W panice otworzyła oczy, ale zobaczyła ciemność.
– Nie, kochanie, zobaczymy się, kiedy przyjdzie na to czas, a teraz zmykaj. – Głowa diabła pojawiła się przed jej oczami. Wyciągnął rękę i pstryknął ją szponem w nos, a ona poczuła, jakby wychodziła ze skóry, pozostawiała ją i odleciała w tył nabierając prędkości. Nie dała rady już wstrzymać oddechu, wzięła wdech i napełniła płuca krwistą galaretką.
– Moja mała Meduza. – Usłyszała jeszcze jego głos tuż przed tym jak zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, była znowu w swoim mieszkaniu.
Leżała na kanapie z nogami na oparciu. Tuż przed nią kucał Herbański i patrzył jej prosto w oczy.
– Moja mała Meduza – wyszeptał czule – nigdy więcej nie jedz grzybów bez ważenia ich wcześniej.
– Noo… Niezłe były – powiedziała i odwróciła się, żeby jeszcze trochę poleżeć w normalnej pozycji. Nagle coś jej się przypomniało – Herbański? A ja cię nie wyrzuciłam z domu przypadkiem?
– Co? Nie. Przeprosiłem i mnie wpuściłaś. Ale te klucze faktycznie muszę dorobić, nawet nie wiem kiedy mi wypadły!
– Ale czekaj… A Aśka?
– Masz na myśli Gosię? Tylko się przytuliliśmy na pożegnanie, wiem że jesteś zazdrośnicą, ale bez przesady – zaśmiał się lekko, kucając przy niej.
Zmarszczyła brwi.
– A twoje rzeczy? – zapytała, próbując sobie wszystko przypomnieć.
– Co z moimi rzeczami? Są tam, gdzie były. O, tu masz moje bokserki z wczoraj. – Sięgnął za kanapę i pomachał jej przed nosem musztardową bielizną.
– I jestem twoją dziewczyną? – dopytywała dalej.
– A czym? Matką?
Zaśmiała się lekko, pokazując gestem, że to przez te grzyby, i zamknęła oczy. Mimo jego słów i tego, co widziała, miała silne wrażenie, że to nie była Gosia, tylko Asia i faktycznie spotkała się z diabłem.
Otworzyła oczy i spojrzała na miejsce, gdzie zwykle wisiał zegar, ale nie było go tam.. Nie było nawet dziurki po gwoździu…
– Tik-tak. – Usłyszała w myślach głos diabła.