- Opowiadanie: Kurojatka - Lipka

Lipka

Lipka, to taka mała lipa. Jak to w życiu.

Krót­ki wy­ci­nek o cenie życia :-)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Bardjaskier

Oceny

Lipka

Lipka le­d­wie po­ru­sza­ła obo­la­ły­mi człon­ka­mi, sa­piąc cięż­ko. Płuca pie­kły ją prze­mę­czo­ne, a ona sta­ra­ła się od­dy­chać tak, żeby nie od­dy­chać.

Wznie­sie­nie zda­wa­ło się twar­dym, ka­mien­nym kop­cem po­śród mnó­stwa jemu po­dob­nych, a oka­za­ło sypką kupą pia­chu drob­ne­go jak mąka, okry­te­go za­sty­głym błot­nym pa­skudz­twem niczym pą­czek lu­krem. Sko­ru­pa pę­ka­ła pod bu­ta­mi i rę­ko­ma, kru­szy­ła się pod łok­cia­mi i ko­la­na­mi, a wznie­co­ny pył ob­le­piał wszyst­ko. Zmie­sza­ny z potem za­sty­gał jak za­pra­wa, za­kle­jał płuca, dusił. Mor­do­wał.

Po pół­go­dzin­nej wspi­nacz­ce ska­mie­nia­łe ubra­nia zda­wa­ły się prze­ciw­sta­wiać mię­śniom, za­pew­nia­jąc do­dat­ko­wą atrak­cję. Wzgó­rze ro­bi­ło wszyst­ko, żeby po­zbyć się wdra­pu­ją­cych na nią ludzi. Jakby nie lu­bi­ło, żeby po nim dep­tać, ale i nikt prze­cież za ro­bac­twem zbyt­nio nie prze­pa­da.

– O, ja jebię – jęk­nę­ła Lipka.

Przed­ra­mio­na per­li­ły jej się potem, który zda­wał się szary. Jakby kurz nie tylko ją ob­le­piał, ale wlazł pod skórę, prze­nik­nął przez ciało i ska­ził krew. Lipka za­trzy­ma­ła się za­sta­na­wia­jąc, czy to w ogóle moż­li­we. Miała wra­że­nie, że na­sią­ka tym całym syfem jak gąbka i w końcu cała za­mie­ni się w ka­mień. Jak po­kru­szo­na rzeź­ba prze­wró­ci się na bok, za­ła­mie, po­le­gnie i tak bę­dzie leżeć w bez­ru­chu po wieki. Oba­lo­ny po­mnik na dnie nie­wiel­kie­go żlebu, na nic niewar­tym zbo­czu, w kom­plet­nym bez­ru­chu.

To wcale nie brzmia­ło tak źle. Wręcz wy­da­wa­ło się ku­szą­ce.

Słoń­ce za­cho­dzi­ło na bez­chmur­nym, mo­no­ton­nym nie­bie. Po­wo­li i le­ni­wie. Nie spie­szy­ło się, jakby chcia­ło na­cie­szyć wi­do­kiem udrę­czo­nej Lipki. Wy­glą­da­ło jak ja­śniut­ka źre­ni­ca na po­zba­wio­nym tę­czów­ki oku. Lipka ode­tchnę­ła głę­bo­ko raz jesz­cze i po­krę­ci­ła zre­zy­gno­wa­na głową. Jej suche płuca świsz­cza­ły jak u umie­ra­ją­cej ast­ma­tycz­ki, o od­pa­da­ją­cych ze sta­ro­ści człon­kach. Lipka ast­ma­tycz­ką nie była. Co do resz­ty, nie miała pew­no­ści. Miała za to mnó­stwo od­ci­sków i za­dra­pań. Nogi od­ma­wia­ły jej po­słu­szeń­stwa, stopy pie­kły jakby przy­pa­la­ne. Bar­dziej czoł­ga­ła się niż wcho­dzi­ła i w końcu opa­dła, po­ło­ży­ła w po­zy­cji em­brio­nal­nej i po pro­stu dy­sza­ła.

Do­szła do wnio­sku, że na świe­cie musi być mnó­stwo ludzi, bo śmierć, strasz­nie nimi za­ję­ta, opóź­nia się z przy­by­ciem po nią.

– No dawaj, Lipka, kilka kro­ków – usły­sza­ła.

Unio­sła głowę i zo­ba­czy­ła ku­ca­ją­ce­go przy ka­mie­niu Czer­stwe­go. Nie do­strze­gła go wcze­śniej. Gdyby to był wróg, wla­zła­by mu pro­sto w ob­ję­cia. Ale nie miała sił się tym przej­mo­wać. Prze­krę­ci­ła się i opa­dła na plecy, roz­kła­da­jąc ra­mio­na.

– Lipka! Nie leż na wi­do­ku – szep­nął Czer­stwy. – Tu jest skal­ny grze­bień. Wska­kuj za niego.

Lipka chcia­ła­by, ale nie była w sta­nie.

Zza przy­po­mi­na­ją­cej żu­chwę skały wy­chy­nę­ła owi­nię­ta szma­tą głowa. Wy­glą­da­ła jak mumia z go­gla­mi.

– Za stara je­stem na to – jęk­nę­ła Lipka bła­gal­nie.

– Daj spo­kój, je­steś dwa lata młod­sza od Za­pał­ki – szep­nął Czer­stwy. – I z de­ka­dę ode mnie.

Głowa owi­nię­ta szma­tą z pięk­ny­mi, do­pa­so­wa­ny­mi do twa­rzy go­gla­mi, ob­ró­ci­ła się w stro­nę Lipki.

– No dalej, sta­ru­cho – szep­nę­ła owi­nię­ta w szma­ty Za­pał­ka.

Lipka wy­my­śli­ła kilka prze­kleństw, ale nie miała siły, by wy­po­wie­dzieć żad­ne­go z nich. Za­miast tego spoj­rza­ła w dół, na trasę, którą prze­by­ła i ludzi wciąż pną­cych się mo­zol­nie. Cie­szy­ła się, że nie jest na ich miej­scu i nie musi po­ko­ny­wać tych me­trów po­now­nie.

– Jak ja się dałam w to wpa­ko­wać? – spy­ta­ła cien­kim, drżą­cym gło­sem.

Za­pał­ka prych­nę­ła.

Po­ni­żej pięła się Zuza o czer­wo­nej twa­rzy, rów­nie wy­cień­czo­nej, co wszy­scy. Z tyłu lazł jesz­cze Mucha i choć sam le­d­wie zipał, wpa­try­wał się w tyłek Zuzy jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny. Przy­naj­mniej raz nie kleił się do Lipki i to jej od­po­wia­da­ło. Doj­rzał ją i uśmiech­nął, na co od­po­wie­dzia­ła nie­za­do­wo­lo­ną miną, pró­bu­jąc za­kryć fi­zycz­ne wy­czer­pa­nie.

Niżej, w wą­skiej prze­łę­czy stała długa te­re­nów­ka, a obok go­to­wi do drogi Wło­sień, Salim i Widły. Roz­glą­da­li się za­nie­po­ko­je­ni i spo­glą­da­li co chwi­la w górę, wy­pa­tru­jąc znaku. Ale Czer­stwy żad­ne­go nie dawał. Tkwił na szczy­cie, przy­tu­lo­ny do ze­ro­do­wa­nej skały, razem z nie­od­łącz­nym Bo­che­nem, Ko­var­chen­kiem i Za­pał­ką.

– Jak ja się dałam na to na­mó­wić? – Lipka jęk­nę­ła po­now­nie.

– To nie było trud­ne – po­wie­dzia­ła Zuza. Sama sa­pa­ła, miała czer­wo­ne wy­pie­ki na po­licz­kach, ale to jej nie prze­szka­dza­ło do­ka­zy­wać. – Z tego, co pa­mię­tam, zgo­dzi­łaś się sły­sząc „gruba forsa”. Zgo­dzi­łaś się, nie cze­ka­jąc nawet na dal­sze „mo­że­my zdo­być”.

– Za­mknij się – burk­nę­ła Lipka. – Wiem prze­cież, że na wszyst­ko trze­ba sobie za­pra­co­wać.

– Nie­któ­re rze­czy można do­stać za darmo – pod­po­wie­dział Mucha, wy­chy­la­jąc się zza tyłka Zuzi. Uśmiech­nął się do tego bez­czel­nie.

– Na przy­kład po ryju – wark­nę­ła Lipka.

– Przy­mknij­cie się tam na dole – zga­nił ich Czer­stwy.

Bohen za­bul­go­tał, co w jego wy­da­niu było ro­dza­jem śmie­chu. Lipka była pewna, że chłop ma nie­rów­no pod su­fi­tem. Wszy­scy mieli, ale on w spo­sób spek­ta­ku­lar­ny.

Wes­tchnę­ła i za­czę­ła się wdra­py­wać wyżej. Jesz­cze tych kilka me­trów. Do­tar­ła na szczyt znów sa­piąc i dy­sząc, a my­śla­ła, że zdą­ży­ła od­po­cząć. Jej nogi opa­dły z sił i trzę­sły się wy­raź­nie. I nie była w sta­nie nad tym za­pa­no­wać. Po­my­śla­ła, że to do­brze, że jest czer­wo­na ze zmę­cze­nia, bo było widać jej ru­mień­ce. Bar­dzo nie chcia­ła, żeby ktoś po­my­ślał, że się boi.

– I co? My­ślisz, że się uda? – spy­ta­ła, sa­do­wiąc się obok Za­pał­ki.

Za­pał­ka zer­k­nę­ła na nią. A przy­naj­mniej tak się Lipce wy­da­wa­ło, bo przez cu­dacz­ne gogle dziew­czy­ny cięż­ko to było stwier­dzić. Lipka chcia­ła­by mieć takie. Może wtedy jej oczy nie wy­sy­cha­ły­by, ob­le­pio­ne pyłem.

– Nie – mruk­nę­ła Za­pał­ka.

– Nie? – burk­nął Czer­stwy, od­kła­da­jąc od oczu lor­net­kę. – Za­mi­no­wa­łaś ten wóz, który na­wa­lił?

– Tak – od­par­ła Za­pał­ka.

– No to za­dzia­ła – po­wie­dział Czer­stwy bez­tro­sko i po­dra­pał się po od­ra­sta­ją­cych mu na gło­wie wło­skach lśnią­cych potem. – Za­trzy­ma­ją się przy nim, wyjdą, żeby spraw­dzić dla­cze­go tak stoi. Gra­nat wy­buch­nie a my ich wtedy roz­strze­la­my. Zanim się po­ła­pią, co się dzie­je. Dobry plan, nie?

– No – wtrą­cił Bo­chen.

Lipka przyj­rza­ła się Za­pał­ce i Czer­stwe­mu z nie­pew­no­ścią. Czer­stwy zda­wał się bez­tro­sko pewny sie­bie. Jego aro­gan­cja już dawno wkro­czy­ła na nie­bez­piecz­ny po­ziom. A Lipka wie­dzia­ła do­brze, że plany, nie­za­leż­nie jak do­kład­nie prze­my­śla­ne, są zło­śli­we i lubią się par­ta­czyć.

Za­pał­ka wró­ci­ła do prze­pa­try­wa­nia te­re­nu przez swoją opty­kę. Miała wspa­nia­ły, długi ka­ra­bin z dwoma ce­low­ni­ka­mi na szy­nie mon­ta­żo­wej. Lipka nie bar­dzo się na tym znała, ale dwa, to chyba le­piej, niż jeden, nie?

– Dla­cze­go mó­wisz, że to nie za­dzia­ła? – szep­nę­ła do Za­pał­ki.

Przez chwi­lę my­śla­ła, że dziew­czy­na nie od­po­wie. Nie znały się długo, ale zauważyła już jej ma­nie­rę po­zo­sta­wia­nia pytań bez od­po­wie­dzi. Za­du­fa­na w sobie, wy­mą­drza­ją­ca się sucz myśli, że jest lep­sza – po­my­śla­ła Lipka.

– Bo jest nas dzie­się­cio­ro – od­par­ła Za­pał­ka. – W jed­nej te­re­nów­ce się nie po­mie­ści­my, mu­si­my prze­jąć wóz po­ści­gu, a na to się nie za­nosi. Wy­glą­da­li na do­brze wy­po­sa­żo­nych i zor­ga­ni­zo­wa­nych. A jeśli coś pój­dzie źle, nawet nie mamy jak dalej ucie­kać. Zresz­tą…

– Za­mknij się – wark­nął Czer­stwy. – Tylko gębę otwo­rzysz i od razu kra­czesz. Nie po­trze­ba nam tu czar­no­widz­twa. Wszyst­ko bę­dzie do­brze.

To po­wie­dziaw­szy spoj­rzał znów w stro­nę, z któ­rej przy­je­cha­li.

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze – po­wtó­rzył po chwi­li, jakby nawet sa­me­go sie­bie trud­no mu było prze­ko­nać.

Po­fał­do­wa­ny teren, który ob­ser­wo­wa­li, usia­ny był brył­ka­mi be­to­nu, na­szpi­ko­wa­ny po­skrę­ca­ny­mi dru­ta­mi zbro­je­nio­wy­mi. Jak reszt­ki gi­gan­tycz­ne­go węża, spę­ka­ne płyty be­to­no­we daw­nej drogi ster­cza­ły spod pia­sku, dzie­ląc mo­no­ton­ny kra­jo­braz pa­skud­ną kre­chą. Ster­czą­ce spod pia­chu reszt­ki rzu­ca­ły coraz dłuż­sze cie­nie. Na jed­nej z nie­wiel­kich wydm stał ich po­rzu­co­ny sa­mo­chód. Wcze­śniej wje­cha­li w ka­wa­łek gruzu, ude­rzy­li w ster­czą­cy spod pia­sku pręt lub inne cho­ler­stwo mniej po­rdze­wia­łe od za­wie­sze­nia i urwa­li przed­nie koło wraz z pia­stą, wa­ha­czem i pół­osią. Omal nie da­cho­wa­li.

Po­zo­stał im tylko jeden wóz, a w dzie­siąt­kę nie mogli się do niego zmie­ścić. Jedynym wyjściem była za­sadz­ka. Lipka uwa­ża­ła po­mysł za dobry, do­pó­ki nie mu­sia­ła się wspi­nać. Teraz coraz mniej jej się to po­do­ba­ło, sły­sząc Za­pał­kę. Za­du­fa­na w sobie, ozię­bła sucz zda­wa­ła się być pewna tego, co mówi. Ro­bi­ła to bar­dzo prze­ko­nu­ją­co i Lipka pra­wie od razu brała jej słowa za nieza­prze­czal­ny fakt.

Pra­wie, bo Lipka tej ko­bie­ty nie lu­bi­ła. Nie po­do­ba­ły jej się po­rząd­ne por­t­ki ani ochra­nia­cze na ko­la­nach i łok­ciach, któ­rych jej za­zdro­ści­ła, zła była na gogle, które jej też by się przy­da­ły i ka­ra­bin, który sama chcia­ła­by mieć. Krów­sko ob­rzu­co­no za­baw­ka­mi i teraz się wy­wyż­sza – bur­cza­ła Lipka do sie­bie. Ale nie martw się – my­śla­ła. – Kiedy spra­wie­dli­wa kula cię do­się­gnie, będę obok, żeby się tym ka­ra­bi­nem na­le­ży­cie za­opie­ko­wać.

– Napij się cze­goś – usły­sza­ła Czer­stwe­go.

– Co?

– Napij się wody, bo wy­glą­dasz, jakbyś miała zaraz ze­mdleć – po­wtó­rzył Czer­stwy.

– Nie mam. Zo­sta­wi­łam na dole – jęk­nę­ła Lipka, spo­glą­da­jąc na dru­gie auto, które ukry­li za wzgó­rzem. – Po­wie­dzia­łeś, że tylko naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy!

To mó­wiąc po­trzą­snę­ła swoim au­to­ma­tem.

– Naj­po­trzeb­niej­sze są: woda, je­dze­nie, broń i amu­ni­cja – burk­nął Czer­stwy, krę­cąc głową z nie­za­do­wo­le­niem. – I mózg. A ty wzię­łaś tylko jedną z tych rze­czy.

Lipka splu­nę­ła­by chęt­nie, ale nie miała za bar­dzo czym. A nawet gdyby miała, ślina była w tej chwi­li zbyt cenna. Nie lu­bi­ła Czer­stwe­go. Stary pier­nik po­tra­fił tylko się wy­mą­drzać i nie było za co go lubić, oprócz oczy­wi­ście obiet­ni­cy za­rob­ku. Teraz nawet ta obiet­ni­ca zda­wa­ła się mrzon­ką. Za­miast na­paść na kon­wój, na­pa­dli na na­pa­da­ją­cych na kon­wój.

Po­środ­ku ni­cze­go – po­my­śla­ła Lipka. Czy to na­praw­dę moż­li­we? Wo­ko­ło pusto jak w żo­łąd­ku, tylko piach i ka­mie­nie. A po­śród tego dwie ekipy na­pa­da­ją na mały kon­wój. W tym samym cza­sie i miej­scu. Lipka za­czy­na­ła po­dej­rze­wać, że to wcale nie przy­pa­dek.

 

Jadą

 

– Jadą – mruk­nę­ła Za­pał­ka.

– Gdzie? – spy­tał Czer­stwy, pod­niósł się i wyj­rzał zza skały, przy któ­rej leżał.

Od­po­wie­dzi nie otrzy­mał. Jakie to ty­po­we – po­my­śla­ła Lipka, po czym też się pod­nio­sła. Zo­ba­czy­ła chmur­kę pyłu uno­szą­cą się w od­da­li. Za­po­wiedź po­ści­gu, nie­unik­nio­nej kon­fron­ta­cji, od któ­rej Lipka nigdy nie ucie­ka­ła. No, prawie nigdy. Tym razem po­czu­ła pust­kę gdzieś pod płu­ca­mi, mały dreszcz stra­chu.

– Nie boję się – po­wtó­rzy­ła w my­ślach.

Na ho­ry­zon­cie po­ja­wił się po­jazd. Spore, owi­nię­te łań­cu­chem opony wznie­ca­ły o wiele mniej pyłu niż po­win­ny. Sil­nik i szo­fer­kę osła­nia­ło po­łą­cze­nie resz­tek ory­gi­nal­nej ka­ro­se­rii, bla­sza­nych łat i szmat po­ścią­ga­nych sznu­rem. Wy­glą­dał nieco jak świą­tecz­ny pre­zent za­wi­nię­ty w bre­zent, z ko­nop­ną ko­kard­ką. Nie­mi­le wi­dzia­na nie­spo­dzian­ka, za­baw­na, gdyby nie tak po­nu­ra jed­no­cze­śnie. Tuż za nim drugi po­jazd, mniej ko­micz­ny, bo bar­dziej przy­po­mi­nał fur­go­net­kę.

Czer­stwy syk­nął.

Tak na­praw­dę wszy­scy mieli na­dzie­ję, że urwa­li się po­ści­go­wi. Wcze­śniej ostrze­la­li się i ucie­kli przed wście­kłą na­wa­łą ognia z cze­goś wy­jąt­ko­wo szyb­ko­strzel­ne­go. Tam­tych było zbyt wielu i nawet Lipka wie­dzia­ła, że le­piej bę­dzie zo­sta­wić im kon­wój i uciec. Bo tak, ucie­kli, ale jeśli przy tym prze­ży­li, nie ma w tym nic wsty­dli­we­go, praw­da?

– Upar­te skur­wy­sy­ny – mruk­nął Czer­stwy.

No wła­śnie – po­my­śla­ła Lipka. Skoro tamci mieli kon­wój, dla­cze­go dalej ich ści­ga­li?

Nie było przy­jem­nie ucie­kać po­rzu­ca­jąc łup, a jesz­cze go­rzej było zwie­wać przed po­ści­giem. Rolą ata­ku­ją­ce­go jest ata­ko­wać, a rolą zwie­rzy­ny dać się do­paść i wierz­gać, gdy się ją za­gry­za. Zwie­rzy­ną nikt nie lubi być. Mu­sie­li prze­ła­mać sche­mat. Za­cząć gryźć, żeby nie dać się za­szczuć. Jak to się za­wsze łatwo mówi. Jedną pu­łap­kę na swo­ich prze­śla­dow­ców już spar­to­li­li.

Wje­cha­li wtedy w po­zo­sta­ło­ści daw­ne­go mia­sta. La­bi­rynt uli­czek i gru­zo­wisk, resz­tek ścian, ster­czą­cych spod pia­sku jak zgni­te zęby z dzią­seł, witał obiet­ni­cą uda­nej za­sadz­ki. Jeden z po­jaz­dów skrę­cił w bocz­ną ulicz­kę, pod­czas gdy Lipka w dru­gim przy­kle­iła nos do tyl­nej szyby. Od­da­la­li się po­wo­li, żeby wspo­móc bocz­ne ude­rze­nie Bo­che­na. Za­pał­ka z tru­dem wy­ci­snę­ła tułów przez okno, gra­mo­ląc się nie­zgrab­nie ze swoim przy­dłu­gim na wnę­trze sa­mo­cho­du ka­ra­bi­nem. Lipka uśmiech­nę­ła się wtedy sze­ro­ko, wi­dząc to nie­zgul­stwo.

Jej radość zma­lała, gdy zo­ba­czy­ła dwa ści­ga­ją­ce ich po­jaz­dy. Potem poczuła wzbierającą dumę, wi­dząc nagły ostrzał. Bo­chen zro­bił dobry uży­tek ze swej po­tęż­nej ma­szy­nów­ki. Tak wtedy my­śla­ła, wi­dząc tu­ma­ny kurzu i fru­wa­ją­ce w po­wie­trzu frag­men­ty ode­rwa­ne­go z wro­gie­go po­jaz­du po­szy­cia oraz roz­pa­da­ją­cej się ścia­ny, na tle któ­rej je­chał. Cieszyła się prawie tak, jakby to był jej plan.

A potem wszystko szlag trafił. Bo­che­na obrzucono gra­na­ta­mi, a grad po­ci­sków wpadł przez tylną szybę po­jaz­du Lipki. Prawe ucho wciąż pulsowało bólem gdzieś w środku po tym, jak po­cisk odbił jej się od hełmu ze świ­stem roz­ci­na­ne­go po­wie­trza. Znów mu­sie­li ucie­kać i prze­sta­ło być we­so­ło. Ode­rwa­li się wtedy co praw­da od po­ści­gu, ale ich ra­dość była naj­wy­raź­niej przed­wcze­sna.

– Kto to może być? – spy­tał Czer­stwy, wy­ry­wa­jąc Lipkę ze wspo­mnień.

Za­pał­ka mie­rzy­ła, jak zwy­kle nie od­po­wia­da­jąc. Bo­chen za­char­czał, co zwy­kle czy­nił nie mając nic do po­wie­dze­nia.

– Co za róż­ni­ca? – spy­tał Ko­var­chen­ko, po­pra­wia­jąc małe, okrą­głe oku­la­ry.

Czer­stwy obej­rzał się na niego, potem na Za­pał­kę.

– Co? A ty, jak my­ślisz? – spy­tał.

Lipka za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go ten stary pier­nik tak bar­dzo zdaje się po­le­gać na tym wred­nym bab­sku. Wyżej sra niż dupę ma – my­śla­ła Lipka. Czyż­by męż­czyź­ni to wła­śnie lu­bi­li? Żeby na nich na­srać?

W od­da­li dwa po­jaz­dy za­trzy­ma­ły się w pew­nej od­le­gło­ści od za­mi­no­wa­ne­go wraku, który po­zo­sta­wi­li. Kilka po­sta­ci po­ja­wi­ło się na pia­sku, ostroż­nie ob­cho­dząc wy­bu­cho­wy upo­mi­nek.

– Mia­łem na­dzie­ję, że cho­ciaż jeden wóz im za­ła­twi­li­śmy – mruk­nął Mucha.

Sie­dzą­ca obok Zuza unio­sła udrę­czo­ne spoj­rze­nie.

– Mają tam jakiś spory ka­ra­bin, na dachu oso­bów­ki – mruk­nę­ła Za­pał­ka.

– My­ślisz, że nas się­gną? – spy­tał Czer­stwy.

Za­pał­ka spoj­rza­ła na niego i to mu wy­star­czy­ło za od­po­wiedź. Lipka nie wi­dzia­ła jej twa­rzy, ale i tak strzępy na­dziei po­wo­li ją opuszczały. Nie bę­dzie łatwo.

– Dziw­ne, że nas nie ścią­gnę­li wtedy w ru­inach – mruk­nę­ła Za­pał­ka.

– Może nie mają amu­ni­cji? – za­su­ge­ro­wał Mucha.

Lipka też o tym po­my­śla­ła. Z cze­go­kol­wiek ich wtedy ostrze­la­no, ilość po­ci­sków była przy­tła­cza­ją­ca. Kto wali tak dłu­gi­mi se­ria­mi? Kto w ogóle ma tyle pe­stek? Ona sama miała już tylko pół ma­ga­zyn­ka. Amu­ni­cja jako jedna z walut była zu­ży­wa­na dość oszczęd­nie i to w osta­tecz­no­ści.

– Może – mruk­nął Czer­stwy, wpa­tru­jąc się w od­le­głe po­jaz­dy. – Może tak, a może nie.

– Dużo ich – burk­nął Bo­chen.

Lipka uzna­ła, że to dość nie­ty­po­we stwier­dze­nie u tego ma­ło­mów­ne­go idio­ty, bo zgod­ne z jej wła­sny­mi my­śla­mi.

– Może jed­nak po­win­ni­śmy na­wiać, póki jesz­cze można – mruk­nął Czer­stwy.

Odło­żył lor­net­kę i po­dra­pał się po spo­co­nym łbie. Potem ro­zej­rzał się po ze­bra­nych.

– Nie zmie­ści­my się wszy­scy w jed­nym wozie – za­uwa­żył Ko­var­chen­ko. – A na pie­cho­tę nie damy rady.

– Ktoś musi zo­stać – po­wie­dział Czer­stwy.

– O nie, na mnie nie patrz! – ob­ru­szył się nagle Mucha.

– Wcale na cie­bie nie pa­trzę – mruk­nął Czer­stwy, uśmie­cha­jąc się wred­nie.

– Ty nas w to wpa­ko­wa­łeś! – war­czał dalej Mucha. – To wszyst­ko był twój po­mysł! Kon­wój ty wy­na­la­złeś, to ty do nas przy­sze­dłeś! To twój pech wszyst­ko spier­do­lił i nie za­mie­rzam za to pła­cić!

To mó­wiąc cof­nął się nieco. Lipka była tak zdzi­wio­na, że le­d­wie otwo­rzy­ła usta. Zuzia otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy, małe dło­nie za­ci­ska­jąc na dwu­rur­ce o krzy­wo urżnię­tych lu­fach.

 – Co ty mó­wisz? – spy­ta­ła.

– Nie ro­zu­miesz? – za­pe­rzył się Mucha. – Oni chcą tu kogoś zo­sta­wić, żeby od­cią­gnął uwagę, a sami zwie­ją sa­mo­cho­dem. Nie dam się wy­ru­chać, o nie. Ty też nie!

– Cóż za do­myśl­ny chło­piec – mruk­nął Czer­stwy.

Ko­var­chen­ko wstał, ale Mucha wy­mie­rzył w niego pi­sto­le­cik.

– Nawet nie pró­buj nas po­wstrzy­mać.

– Nie pró­bu­ję – Ko­var­chen­ko uniósł do góry ręce. – Jadę z wami.

– Spo­koj­nie – mruk­nął Czer­stwy. – To praw­da, ja was w to wpa­ko­wa­łem. Zo­sta­nę tu i będę was osła­niał.

– Co? – zdzi­wił się Mucha. – Co to za nowy pod­stęp?

– Do­kład­nie to, co sły­sza­łeś. Już swoje prze­ży­łem – wes­tchnął. – Poza tym, czło­wiek musi za­pła­cić za swoje błędy.

– Ja też zo­sta­nę – po­wie­dział Bo­chen.

– Nie – Czer­stwy za­pro­te­sto­wał. – Ty idź.

– Nie zo­sta­wię wła­sne­go brata. Nawet jeśli jest nim taki tępy wołek, jak ty. Poza tym mój ka­ra­bin się tutaj przy­da bar­dziej.

Lipka roz­dzia­wi­ła twarz ze zdzi­wie­nia, słysząc te słowa. Nagła szla­chet­ność zu­peł­nie nie pa­so­wa­ła jej do ob­ra­zu, który sobie w gło­wie wy­kla­ro­wa­ła. Dwóch awan­tur­ni­ków i cwa­niacz­ków. Naj­star­si z całej dru­ży­ny byli przy oka­zji naj­więk­szy­mi krę­ta­cza­mi. 

Bo­chen po­ło­żył się na brzu­chu i wpa­so­wał w kolbę swo­je­go ka­ra­bi­nu za­par­te­go na ka­mie­niach na dwój­no­gu. Wy­mie­rzył w stro­nę ata­ku­ją­cych i tak po­zo­stał.

– Nie zwy­kłam ucie­kać – po­wie­dzia­ła Za­pał­ka.

Lipka roz­dzia­wi­ła gębę ze zdzi­wie­nia jesz­cze bar­dziej.

– Jeśli taka wasza wola – mruk­nął Mucha. Cof­nął się po­chy­lo­ny, po czym od­wró­cił. – Prze­pra­szam, źle was oce­ni­łem.

– Na nic tru­pom god­ność – mruk­nął Ko­var­chen­ko. – Ale będę was pa­mię­tał.

To mó­wiąc od­wró­cił się i przy­gar­bio­ny za­czął scho­dzić w dół zbo­cza, kry­jąc się w żle­bie, któ­rym tu we­szli. Mucha ru­szył tuż za nim, a wraz z nimi Zuzia. Ła­twość, z jaką scho­dzi­li coraz niżej, zda­wa­ła się kpić z wy­sił­ku jaki po­świę­ci­li, by się tu wdra­pać. Lipka pa­trzy­ła na to onie­mia­ła, nie bar­dzo wie­dząc, co po­win­na zro­bić. Potem obej­rza­ła się na po­ścig. Kilka po­sta­ci w od­da­li po­wo­li zbli­ża­ło się do ich pu­łap­ki.

– Ty nie scho­dzisz? – spy­tał Czer­stwy.

Lipka spoj­rza­ła na niego. To był stary facet, o wy­mię­tej cza­sem gębie. Miał ze trzy­dzie­ści lat i był atle­tycz­nie zbu­do­wa­ny. Gdyby nie ten wiek, uzna­ła­by go za atrak­cyj­ne­go, ale nigdy nie po­my­śla­ła­by, że tkwi tam szla­chet­ność. Ani nic, co jesz­cze nie zgni­ło.

W za­sa­dzie, to Lipka nie wi­dzia­ła ni­cze­go szla­chet­ne­go w więk­szo­ści ota­cza­ją­cych ją ludzi, co czę­sto po­twier­dza­li uczyn­kiem. Oj­ciec jej kie­dyś po­wie­dział, że czło­wiek po­wi­nien żyć i za­cho­wy­wać się tak, jak uważa za słusz­ne. Czę­sto zresz­tą to po­wta­rzał. Że każdy po­wi­nien nie tylko mówić o wiel­kich czy­nach, ale je prak­ty­ko­wać, bo to wła­śnie etyka i mo­ral­ność od­róż­nia ludzi od zwie­rząt. Gdyby ludzie po­tra­fili odło­żyć na bok wła­sne po­trze­by i po­kie­ro­wać się wyż­szym do­brem, wszyst­ko byłoby pięk­niej­sze.

Lipka uwa­ża­ła, że świat nie po­trze­bu­je bo­ha­te­rów, tylko roz­sąd­ku i współ­czu­cia. Ale to było dawno. Teraz bo­wiem twier­dzi­ła, że świat po­trze­bu­je tych, któ­rzy wska­żą innym drogę. Ktoś za­wsze musi po­czy­nić pierw­szy krok w nie­zna­ne, zanim inni będą mogli ru­szyć za nim. Ktoś musi wy­cią­gnąć rękę. Ktoś musi po­ka­zać, czym jest dobro.

Dobro nie znik­nę­ło ze świa­ta. To my, lu­dzie, za­po­mnie­li­śmy o nim.

– Lipka! – za­wo­ła­ła Zuza. – Chodź!

Lipka za­prze­czy­ła ru­chem głowy. Za­ci­snę­ła hardo usta, a oczy za­szkli­ły jej się. Wie­dzia­ła, że przez to zgi­nie, ale tak trze­ba było zro­bić.

– Wolę zo­stać za­pa­mię­ta­na jak bo­ha­ter, niż prze­żyć jak tchórz­li­wy szczur – stwier­dzi­ła.

Zu­zan­na o wiele już niżej na stoku nie mogła sły­szeć jej słów, ale coś tam odpowiedziała, czmychając w pośpiechu. Po chwi­li znik­nę­li za grzbie­tem, wznie­ca­jąc nie­wiel­ką chmur­kę pyłu.

Lipka otar­ła brud­nym pal­cem łzę, krę­cą­cą jej się w oku. Dobro i zło to dwie stro­ny czło­wie­ka, podobnie jak jasność i ciem­ność są dwiema war­to­ścia­mi okre­śla­ją­cy­mi ogól­ne na­tę­że­nie świa­tła. Czło­wiek musi obrać swoją stro­nę i jej się trzy­mać, bo jeśli raz prze­wa­ży tę szalę, bę­dzie to skazą na jego duszy do śmierci. Jeden zły uczy­nek za­wsze bę­dzie pla­mił jego ist­nie­nie, wwier­cał się w umysł, uwie­rał gdzieś na dnie pa­mię­ci. Cza­sa­mi ból uczy­nio­ne­go zła da się za­kryć kłam­stwa­mi jak plamę oleju brud­ną szma­tą, ale to droga pro­wa­dzą­ca coraz dalej od ide­ału. A Lipka po pro­stu miała za­sa­dy. Tak, jak ją oj­ciec uczył. Pa­mię­ta­ła te nauki, czuła je. Tak ją ukształ­to­wał. Co z tego, że mu się wy­ko­pyrt­nę­ło, po­zo­sta­wia­jąc Lipkę samą i sa­mot­ną? Co z tego, że kilka razy mu­sia­ła za­mknąć oczy i zro­bić coś prze­ciw­ko tym za­sa­dom?

– Ostroż­ni są – sko­men­to­wa­ła Za­pał­ka.

Lipka znów otar­ła oczy i spoj­rza­ła w stro­nę grup­ki po­ści­go­wej. Byli tuż przy za­mi­no­wa­nym sa­mo­cho­dzie.

– Chciał­bym wie­dzieć, kto to może być? – mruk­nął Czer­stwy. – I dla­cze­go taki za­ja­dły.

Lipka wie­dzia­ła, że ta wie­dza na nic im się nie przy­da. Prze­tar­ła z kurzu swój pi­sto­let ma­szy­no­wy. Wy­ję­ła ma­ga­zy­nek i prze­dmu­cha­ła ko­mo­rę na­bo­jo­wą. Za­uwa­ży­ła, że ręce jej drżą, a od­dech przy­spie­szył. Spo­koj­nie – po­wta­rza­ła sobie.

Lu­dzie ota­cza­ją­cy ich sa­mo­chód-pu­łap­kę roz­bie­gli się na boki. Nie­wiel­ka chmur­ka kurzu nio­sła się w po­wie­trze. Usły­sze­li tłu­mio­ny od­głos wy­bu­chu kilka se­kund póź­niej. Wi­dzie­li, że żaden z wro­gów nie zo­stał nawet ranny.

– Do dupy z cie­bie saper – mruk­nął Czer­stwy.

– Za to z cie­bie złoty mówca i ora­tor – od­par­ła Za­pał­ka.

– Dzię­ku­ję.

– Łaj­dak do tego i skur­wy­syn – do­da­ła Za­pał­ka.

– Och, okrut­ne słowa – mruk­nął Czer­stwy. – Skąd takie pa­skud­ne słow­nic­two w tak mło­dych ustecz­kach?

Bo­chen za­chi­cho­tał. Nie od­wró­cił się, wciąż wpa­tru­jąc w grupę po­ści­go­wą przez musz­kę i szczer­bin­kę. Lipka za­ci­snę­ła moc­niej dło­nie na swoim pi­sto­le­cie. Nie przy­słu­chi­wa­ła się za­nad­to roz­mo­wie wie­dząc, że przed walką lu­dzie różne głu­po­ty po­tra­fią wy­ga­dy­wać. Ale po­ja­wi­ło się wra­że­nie, że coś jej umyka.

– Mło­dość koń­czy się wraz z igno­ran­cją – od­pa­ro­wa­ła Za­pał­ka.

– Ale zo­sta­łaś – mruk­nął Czer­stwy, uśmie­cha­jąc się.

Usły­sze­li war­kot od­pa­la­ne­go sil­ni­ka. Lipka zer­k­nę­ła w dół zbo­cza, by od­pro­wa­dzić wzro­kiem opusz­cza­ją­cych ich to­wa­rzy­szy. Szczę­śliw­cy – po­my­śla­ła, pa­trząc na obłok pyłu uno­szą­cy się spod kół.

– Tylko głupi by po­stą­pił ina­czej – po­wie­dzia­ła Za­pał­ka.

– I głup­cy po­stą­pi­li.

Lipka nie za­wra­ca­ła sobie roz­mo­wą głowy. Zo­ba­czy­ła bo­wiem prze­ciw­ni­ków, po­spiesz­nie bie­gną­cych w stro­nę swo­ich po­jaz­dów. W górę strze­lił kłąb spa­lin. Ru­szy­li, szyb­ko zwięk­sza­jąc pręd­kość.

Czer­stwy wy­cią­gnął mapę i za­czął się jej przy­glą­dać. Ob­ró­cił ją kil­ku­krot­nie, po­rów­nu­jąc ze wska­za­nia­mi kom­pa­su i wid­no­krę­giem. Lipka sły­sza­ła już pracę sil­ni­ków. Spię­ła się, za­par­ła o frag­ment ze­ro­do­wa­nej skały, opar­ła kolbę na ra­mie­niu. Dwa po­jaz­dy po­ści­gu nie kie­ro­wa­ły się wprost na wzgó­rze. Ra­czej po­dą­ża­ły po za­tar­tych śla­dach.

– Naj­le­piej bę­dzie zejść tak, jak po­zo­sta­li i z ki­lo­metr ich śle­dzić – mruk­nął spo­koj­nie Czer­stwy. – Do­pie­ro potem od­bi­je­my na za­chód.

Sens jego słów do­tarł do Lipki po chwi­li. Ob­ser­wo­wa­ła, jak dwa wozy po­ści­gu prze­jeż­dża­ją pod wzgó­rzem i kie­ru­ją się dymem wznie­ca­nym przez ucie­ka­ją­cych.

– Co się stało? – spy­ta­ła. – Co to ma zna­czyć?

– Nic – od­parł Czer­stwy. – Sprawdź­cie, czy wszyst­ko macie. Ru­sza­my tak szyb­ko, jak się da. Nie chcę, żeby nas noc tutaj za­sta­ła.

Lipka wsta­ła, a nogi jej się trzę­sły. Bohen pod­niósł się i za­czął ro­lo­wać koc, który pod sobą roz­ło­żył. Czer­stwy pa­ko­wał mapę i po­zo­sta­łe graty, które zdą­żył z ple­ca­ka po­wy­cią­gać. Za­pał­ka miała już wszyst­ko na sobie. A dwa po­jaz­dy po­ści­gu po­wo­li zni­ka­ły za ko­lej­nym wznie­sie­niem, tro­piąc ucie­ka­ją­cych.

– Ale… – jęk­nę­ła Lipka. Potem spoj­rza­ła na sto­ją­cą naj­bli­żej Za­pał­kę. – Ty masz ple­cak!

– Sta­ram się za­wsze mieć wszyst­ko przy sobie – od­par­ła.

Lipka wska­za­ła pal­cem Czer­stwe­go.

– Ty też! Wzią­łeś wszyst­kie swoje graty, a mi ka­za­łeś wziąć tylko to, co naj­po­trzeb­niej­sze.

– Po­trze­bu­ję tych wszyst­kich, jak to na­zwa­łaś, gra­tów.

– Wie­dzia­łeś! – Lipka krzyk­nę­ła, a głos jej za­drżał.

– Bra­łem taką moż­li­wość pod roz­wa­gę – mruk­nął Czer­stwy. – Nikt ni­ko­go do ni­cze­go nie zmu­szał. Tchó­rze ucie­kli. My prze­ży­li­śmy, póki co przy­naj­mniej. To się na­zy­wa spra­wie­dli­wość, czyż nie tak? Czy bar­dziej se­lek­cja na­tu­ral­na?

– To się na­zy­wa życie – burk­nął Bo­chen.

– To się na­zy­wa skur­wy­syń­stwo! – krzyk­nę­ła Lipka. – Po­wie­dzia­łeś tym lu­dziom, że ich osło­nisz! A w rze­czy­wi­sto­ści wy­ko­rzy­sta­łeś ich, żeby to oni osło­ni­li cie­bie!

– Nas, ma­leń­ka – po­wie­dział Czer­stwy, do­pi­na­jąc ple­cak. – Też tu je­steś. Po dru­gie, je­ste­śmy poza za­się­giem strza­łu. Na pewno byśmy po­stą­pi­li ina­czej, ale sama wi­dzia­łaś, że po­ścig po­je­chał w zu­peł­nie inną stro­nę.

– Po­wie­dzia­łam, że bym ich ścią­gnę­ła z tej od­le­gło­ści – za­uwa­ży­ła Za­pał­ka.

– A ja ci nie wie­rzę. Za­mknij się zresz­tą, po­wie­dzia­łem! Co was opę­ta­ło, dziew­czy­ny? Jesz­cze tę gów­nia­rę ro­zu­miem, bo na nią pół życia chu­cha­no – po­wie­dział Czer­stwy wska­zu­jąc na Lipkę. – Ale ty?

– W życiu cho­dzi o życie wła­śnie. Cza­sem, żeby prze­żyć, trze­ba zro­bić świń­stwo, ro­zu­miem to – po­wie­dzia­ła Za­pał­ka. – Ale po­rząd­ny czło­wiek po­tra­fi to przy­znać.

– Niby co przy­znać? – burk­nął Czer­stwy, za­rzu­ca­jąc ple­cak. – Tu już nie zo­sta­ło nic do opo­wia­da­nia. Trze­ba stąd spa­dać i tyle.

Koniec

Komentarze

Przyznam się, że podczas lektury bardziej myślałem o Ukrainie niż o postapo, ale w najmniejszym stopniu nie zepsuło mi to przyjemności czytania. 

 

Podoba mi się to, że samotna wspinaczka Lipki, okazuje się po chwili zbiorową wyprawą. 

 

Wyłapałem następujące, potencjalne błędy:

 

Cale wzgórze robiło wszystko,

L zgubiło kreseczkę. Może "Całe" całkiem nie jest potrzebne?

 

Nie spieszyło się, jakby chciało nacieszyć widokiem udręczonej Lipki. 

Nie brakuje się po chciało?

 

No to zadziała – powiedział Czerstwy beztrosko i podrapał się po odrastających mu na głowie włoskach lśniących potem. 

Ciut zgrzyta, może … po lśniących potem włoskach odrastających mu na głowie.

 

W jednej terenówce się nie pomieścimy, musimy przejąć wóz pościgu, a na to się nie zabiera.

Czy chodzi o to, że się nie zanosi?

 

Robiła to bardzo przekonująco i Lipka prawie od razu brała jej słowa za nie zaprzeczalny fakt.

niezaprzeczalny

 

Rolą atakującego jest atakować, a rolą zwierzyny dać się dopaść i wierzgać, gdy się ją zagryza.

To miało zabrzmieć tak defetystyczne, czy chodziło raczej o:

… a rolą zwierzyny nie dać się dopaść … ?

 

Wjechali w pozostałości dawnego miasta.

Żeby było wiadomo, że w tym fragmencie chodzi o retrospekcję, a nie o obserwację nadjeżdżającego pościgu, może warto doklarować? Np.:

Wjechali wtedy w pozostałości dawnego miasta.

 

Siedząca obok Zuzia uniosła udręczone spojrzenie.

Konsekwentniej byłoby Zuza (później jeszcze kilka razy)

 

Kowarchenko wstał, ale Mucha wymierzył w niego pistolecik.

Konsekwentniej byłoby Kovarchenko

 

Zuzanna o wile już niżej na stoku nie mogła słyszeć jej słów,

wiele

 

Pamiętała te nauki, czułą je.

czuła

 

Bardzo udane opowiadanie. Podoba mi się, że pomiędzy bielą a czernią, są tu jeszcze inne odcienie i nie mam tu na myśli barw zastygającego błota. wink Czytając zakończenie, jest nad czym pomyśleć.

Hej, w pierwszej części zacząłbym od informacji o konwoju, zasadzce i ucieczce, a potem wprowadził scenę wspinaczki. Albo dodał jakiś trop, że to najemnicy czy coś. Druga część spoko ale trochę słabo wychodzi filozofowanie o tym co dobre i złe – przecież Lipka brała udział w napadzie, co odbiera jej prawo do takich przemyśleń, w mojej ocenie ;). A tak, to bardzo fajny tekst. Dużo postaci, ale fajnie opisanych. Ciekawe rozwiązanie na bezkrwawy finał. Naturalne dialogi i interakcje między bohaterami bardzo mi się podobały. Można by dodać fantastykę i trochę uporządkować fabułę. Ale klikam na zachętę i pozdrawia nieficjalny cichy dyżurny :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

“Lipka, to taka mała lipa. Jak to w życiu."

 

No nie wiem…

Lipkowie to polscy Tatarzy. A Lipka to jeden taki Tatar :) To też popularne nazwisko w Polsce, które jedną kreską da się przerobić na wulgarne. I nie, nie chodzi o zrobienie z L Ł, kreskę trzeba dać wyżej.

 

"Granat wybuchnie a my ich wtedy ich rozstrzelamy."

 

Nie za dużo "ich" w tym zdaniu?

 

"Wszystko będzie dobrze"

 

Wszystko będzie dobrze. Siódma dziesięć kwas chlebowy w barze. Pukanie w głowę. Wszystko będzie dobrze.

Tak mi się skojarzyło jakoś :)

 

"To mówiąc cofnął się nieco do tyłu"

 

Szkoda, że nie był nieco bardziej nonkonformistyczny i nie cofnął się do przodu.

 

"Lipka rozdziawiła twarz ze zdziwienia. Bochen i Czerstwy byli braćmi, chociaż nic na to nie wskazywało."

 

To sugeruje, jakby Lipka się dziwiła temu, że są braćmi (a że są wiemy już tekstu wcześniej i Lipka też wie)

A ona tak naprawdę się dziwi bo wykazali się szlachetnymi odruchami. Ale to z tekstu nie wynika.

Trzeba by ten akapit przebudować.

 

Chciałoby się spytać: gdzie tu fantastyka? – choć pytać tak nie lubię to rzeczywiście w tym tekście nieco mi jej brakuje.

 

Opowiadanie świetnie działa pod względem obrazowania. Krajobraz jest: konkretny, brudny, fizycznie nieprzyjemny, spójny z brutalnym światem przedstawionym.

Opis improwizowanych pojazdów jest sugestywny i nieprzegadany.

To moralizatorstwo, o którym wspomina @Bardjaskier nie jest wcale samo w sobie złe i też nie sądzę, by Lipce cokolwiek odbierało prawo do takich dywagacji, mało kto myśli o sobie, że jest zły, najwięksi zbrodniarze mieli siebie za dobrych i nawet taki potwór jak Czyngis Chan miał swoją pokręconą etykę – więc nie, nie o to tu chodzi, że Lipka robi takie rozważania, ale o to jak je robi.

W sytuacji takiego napięcia / stresu nie pisze się po prostu esejów filozoficznych. Myśli są krótsze, bardziej ostre.

Dlatego – wchodząc w to moralizowanie – autor przestaje być sugestywny, niszczy to, co zbudował udanymi opisami.

Postacie są. Niewiele więcej o nich powiedzieć mogę – nie są jakieś wyjątkowo źle skonstruowane, są w miarę zapamiątywalne, co przy tak dużej ich ilości w tak krótkim tekście, jest na pewno plusem – ale nic więcej. Więc nie ma tu jakiegoś błędu, ale nie ma też powodu do zachwytów.

Niestety sama fabuła jest do bólu przewidywalna i nie przynosi niczego nowego.

 

Ogólnie – uznałbym to za całkiem dobrą wprawkę, ale ode mnie klika bibliotecznego nie będzie.

Z pewnością znajdą się inni, którzy klikną.

 

Pozdrawiam serdecznie

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Witaj. :)

Sugestie oraz wątpliwości co do technikaliów (zawsze – tylko do przemyślenia):

Cały tekst obfituje w mnóstwo porównań (a – co za tym idzie – powtórzeń), nieraz w jednym zdaniu występują dwa wyrazy: „jak/jakby”.

 

Skorupa pękała pod butami i rękoma, kruszyła się pod łokciami i kolanami (przecinek?) a wzniecony pył oblepiał wszystko.

Obalony pomnik na dnie niewielkiego żlebu, na nic nie wartym zboczu, w kompletnym bezruchu. – ort.? – razem?

Doszła do wniosku, że na świecie musi być mnóstwo ludzi, bo śmierć (przecinek?) strasznie nimi zajęta (i tu?) opóźnia się z przybyciem po nią.

Gdyby to był wróg, wlazłaby mu prosto w objęcia. Ale nie była w stanie się tym przejmować. – powtórzenie?

Zgodziłaś się (przecinek?) nie czekając nawet na dalsze „możemy zdobyć”.

Jego brat zabulgotał, co w jego wydaniu było rodzajem śmiechu. – powtórzenie?

Granat wybuchnie (przecinek?) a my ich wtedy ich rozstrzelamy. – omyłkowe powtórzenie lub brak części zdania?

Zanim się połapią (przecinek?) co się dzieje.

Nie znały się długo, ale poznała już jej manierę pozostawiania pytań bez odpowiedzi. – powtórzenie/styl?

Przez chwilę myślała, że dziewczyna nie odpowie. Nie znały się długo, ale poznała już jej manierę pozostawiania pytań bez odpowiedzi. Zadufana w sobie, wymądrzająca się sucz myśli, że jest lepsza – pomyślała Lipka. – czy myśl nie powinna być wyodrębniona? – dalej są podobne fragmenty

W jednej terenówce się nie pomieścimy, musimy przejąć wóz pościgu, a na to się nie zabiera. – zanosi?

– Bo jest nas dziesięcioro – odparła Zapałka. – W jednej terenówce się nie pomieścimy, musimy przejąć wóz pościgu, a na to się nie zabiera. Wyglądali na dobrze wyposażonych i zorganizowanych. A jeśli coś pójdzie źle, nawet nie mamy jak dalej uciekać. Z resztą… – w tym kontekście chyba razem?

Pofałdowany teren, który obserwowali, usiany był bryłkami betonu, naszpikowany poskręcanymi drutami zbrojeniowymi. – czy ta (i inne – np.: Stary piernik potrafił tylko się wymądrzać i nie było za co go lubić, oprócz oczywiście obietnicy zarobku; A dwa pojazdy pościgu powoli znikały za kolejnym wzniesieniem, tropiąc uciekających) – aliteracja celowa?

Pozostał im tylko jeden wóz, a w dziesiątkę nie mogli się do niego zmieścić. Pozostała zasadzka. – powtórzenie?

Robiła to bardzo przekonująco i Lipka prawie od razu brała jej słowa za nie zaprzeczalny fakt. – znowu ortograf? – razem?

Kiedy sprawiedliwa kula cię dosięgnie (przecinek?) będę obok, żeby się tym karabinem należycie zaopiekować. – szokujące życzenie wobec współtowarzyszki w czasie wojny

– Napij się wody, bo wyglądasz (przecinek?) jak byś miała zaraz zemdleć – powtórzył Czerstwy. – znów ortograf? – razem?

– Najpotrzebniejsze są (dwukropek?) woda, jedzenie, broń i amunicja – burknął Czerstwy, kręcąc głową z niezadowoleniem.

No, pawie nigdy. – literówka, mimowolnie powodująca dziwny sens zdania :)

Wyglądał nieco jak świąteczny prezent zawinięty w brezent, z konopną kokardką. – czy rym celowy?

Labirynt uliczek i gruzowisk, resztek ścian (przecinek?) sterczących spod piasku jak zgnite zęby z dziąseł (i tu?) witał obietnicą udanej zasadzki.

Lipka wtedy uśmiechnęła się szeroko, widząc to niezgulstwo.

Jej uśmiech zmalał nieco, gdy zobaczyła dwa ścigające ich pojazdy. Potem przez chwilę uśmiechała się szeroko (przecinek?) widząc nagły ostrzał. – powtórzenia?

A potem obrzucono Bochena granatami (przecinek?) a grad pocisków wpadł przez tylną szybę pojazdu Lipki.

W prawym uchu wciąż jej dzwoniło po tym, jak pocisk odbił jej się od hełmu ze świstem rozcinanego powietrza. – powtórzenia?

A ty (przecinek?) jak myślisz? – spytał.

Lipka nie widziała jej twarzy, ale i tak resztki jej nadziei powoli się rozwiewały. – powtórzenie?

 

 

Pojawia się niestety błąd rzeczowy – wprowadzasz bohatera, lecz zapisujesz go w dwojaki sposób – owo imię/nazwisko/pseudonim pada kilka razy i niestety tyle masz błędów rzeczowych, bo czytelnik nie wie przecież, jak ma naprawdę być poprawnie zapisany ten wyraz: Kovarchenko, czy też: Kowarchenko.

 

Łatwość, z jaką schodzili coraz niżej (przecinek?) zdawała się kpić z wysiłku jaki poświęcili, by się tu wdrapać.

Często z resztą to powtarzał. – powtórzony ortograficzny?

Że każdy powinien nie tylko mówić o wielkich czynach, ale je praktykować, bo to właśnie etyka i moralność odróżnia ludzi od zwierząt. Gdyby każdy na świecie człowiek potrafił odłożyć na bok własne potrzeby i pokierować się wyższym dobrem, wszystko było by piękniejsze. – kolejny ortograficzny?; powtórzenie?

Zuzanna o wile już niżej na stoku nie mogła słyszeć jej słów, ale coś tam sobie dopowiedziała, coś zrozumiała. – nie mam pojęcia, co tu chciałeś napisać (?)

Dobro i zło, to dwie strony człowieka, tak samo jak jasno i ciemno są dwoma wartościami określającymi ogólne natężenie światła. – gramatyczny rażący? – „wartość” jest rodzaju żeńskiego, nie – męskiego

Człowiek musi obrać swoją stronę i jej się trzymać, bo jeśli raz przeważy tę szalę, już zawsze będzie to skazą na jego duszy. Jeden zły uczynek zawsze będzie plamił jego istnienie, wwiercał się w umysł, uwierał gdzieś na dnie pamięci. – powtórzenia?

Zauważyła, że ręce jej drżą (przecinek?) a oddech przyspieszył.

– Ale zostałaś – mruknął czerstwy, uśmiechając się. – literówka, tworząca od razu ortograficzny i rzeczowy?

Zamknij się z resztą, powiedziałem! – trzeci raz ten sam ortograf?

– W życiu chodzi o życie właśnie. Czasem żeby przeżyć, trzeba zrobić świństwo, rozumiem to. – powiedziała Zapałka. – Ale porządny człowiek potrafi to przyznać. – błędny zapis dialogu?

Czasem (przecinek?) żeby przeżyć, trzeba zrobić świństwo, rozumiem to.

 

 

Niestety, ja też kliczka tym razem nie dam, za dużo błędów jak na taką ilość znaków, w dodatku nie ma fantastyki, a fabuła w moim odczuciu dziwnie urwana, niedokończona. Ot, po prostu w obliczu wojny (czyli – sytuacji ekstremalnej) pokazane są prawdziwe oblicza walczących. 

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)

Pecunia non olet

Ajaj, błędów mnóstwo. Nie mam pojęcia, jak tego uniknąć. Nie potrafię sprawdzać po sobie, co zresztą widać ;-P

Dziękuję za lekturę i uwagi! Kulfony koryguję czym prędzej!

Powinienem nadmienić, że nie chodzi tu o fabułę, która jest wyjątkowo nikła, ani akcję, której tak naprawdę nie ma, ani nawet budowę świata, bo na to dla mnie za mało miejsca. Jedynie o głowę Lipki. Chociaż widzę, że tu jeszcze będę musiał się nad nią pochylić….

 

Berig

…bardziej myślałem o Ukrainie niż o postapo…

Jeśli brak postapo w postapo nie przeszkadzał, to się cieszę. Ma być przyjemne, ostatecznie to forma rozrywki. Jestem strasznym sandałem w opowiadania, stąd pewnie konfuzja. Opowiadanko jednak z większego świata, jak najbardziej postapokaliptycznego.

…rolą zwierzyny dać się dopaść i wierzgać, gdy się ją zagryza.

O to właśnie chodziło.

Podoba mi się, że pomiędzy bielą a czernią, są tu jeszcze inne odcienie

Generalnie staram się, żeby nie było czarno-biało. Niezbyt wierzę w ludzi bez przywar, każdemu zdarzy się popełniać błędy. Podobnie więc, jak nie podoba mi się ulepszanie sweet-foci, nie lubię turbo-praworządnych do obłędu (a nawet do naiwności), podobnie jak turbo-złych. Cieszę się, że są ludzie, którzy doceniają te pośrednie odcienie :-)

Czytając zakończenie, jest nad czym pomyśleć.

Miód na moją duszę. I Ego! Ono też lubi ;-P

 

Bardjaskier

…w pierwszej części zacząłbym od informacji o konwoju

Myślałem o tym, ale postanowiłem pozostawić regresję. Z każdym czytam coś tam zmieniam i wiecznie wydaje mi się nie dość czytelna. To już jest opasłe jak na opowiadanie. Gdybyśmy zaczęli opowiadać wszystko chronologicznie, to sam atak wypadałoby opisać jak najbardziej szczegółowo. No ale skoro tak, to aż się prosi wspomnieć o tym, skąd oddział Czerstwego się wziął i dlaczego jest tak rozwarstwiony pod względem wieku, doświadczenia. I dlaczego taki niezżyty i niezgrany? A więc spotykamy się wszyscy w karczmie, kolejnych 50k zzs wcześniej… ;-P

przecież Lipka brała udział w napadzie, co odbiera jej prawo do takich przemyśleń, w mojej ocenie

Prawo do przemyśleń kobiecie odbierasz? :-) Lipka, chociaż może faktycznie niezbyt to widać, to wciąż niedoświadczona nastolatka, która nie tak dawno wyfrunęła spod opieki rodziców. Nie ma czystego sumienia, chociaż pewnie myśli o sobie inaczej. W pewnym momencie życzy Zapałce śmierci tylko dlatego, że chciałaby jej karabin. Jej kręgosłup moralny nie jest jeszcze stabilny. Jej dalsze rozważania to w zasadzie usprawiedliwianie decyzji, którą podjęła. Lub raczej – której nie podjęła odpowiednio szybko.

Ciekawe rozwiązanie na bezkrwawy finał.

Dziękuję. Chociaż tak naprawdę jest krwawy, ale to w domyśle.

 

Jim

No nie wiem…

Z tego co piszesz gdzie kamieniem nie rzucić, tam jakaś lipa… ;-P

Chciałoby się spytać: gdzie tu fantastyka? – choć pytać tak nie lubię to rzeczywiście w tym tekście nieco mi jej brakuje.

No racja. Nie pierwszy raz mi się to przytrafia, że skupiam się na brudzie i relacjach.

W sytuacji takiego napięcia / stresu nie pisze się po prostu esejów filozoficznych. Myśli są krótsze, bardziej ostre.

Na pewno dywagacje zaburzają tu tempo, jeśli w tym tekście jakiekolwiek się rozkulało. Ale generalnie chodzi tutaj tylko o głowę Lipki.

Niestety sama fabuła jest do bólu przewidywalna i nie przynosi niczego nowego.

Ale numer, ja bym się nie domyślił. Pisząc spodziewałem się jednak naparzanki. Serio. A że nic nowego nie wnosi… No nie wnosi :-)

 

bruce

czy myśl nie powinna być wyodrębniona?

Tak sobie postanowiłem, że będę się upierał i nie myślał kursywą. Bo mnie to osobiście irytuje :-) Pozycje rynkowe są w tym względzie wszelakie, co dodatkowo buduje mój upór :-)

czy rym celowy?

Nie. Ale jak to czytam, to mi się gęba cieszy. Więc musi zostać :-)

aliteracja celowa?

Nie. Ale czy to problem?

fabuła w moim odczuciu dziwnie urwana, niedokończona.

To nie jest całość moich grafomańskich popisów składających się na przypowieść o Lipce, ale uznałem, że to wystarczy. W tym rozmiarze jest kompletnym opowiadaniem o głowie Lipki, a zakończenie jest otwarte, ale wystarczające – wg mnie.

pokazane są prawdziwe oblicza walczących. 

Mam nadzieję, że się do tego zbliżyłem.

czy myśl nie powinna być wyodrębniona?

Tak sobie postanowiłem, że będę się upierał i nie myślał kursywą. Bo mnie to osobiście irytuje :-) Pozycje rynkowe są w tym względzie wszelakie, co dodatkowo buduje mój upór :-)

A czy ja gdziekolwiek pisałam o kursywie? :)

 

Pozdrawiam, rozumiem, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka