Lipka, to taka mała lipa. Jak to w życiu.
Krótki wycinek o cenie życia :-)
Lipka, to taka mała lipa. Jak to w życiu.
Krótki wycinek o cenie życia :-)
Lipka ledwie poruszała obolałymi członkami, sapiąc ciężko. Płuca piekły ją przemęczone, a ona starała się oddychać tak, żeby nie oddychać.
Wzniesienie zdawało się twardym, kamiennym kopcem pośród mnóstwa jemu podobnych, a okazało sypką kupą piachu drobnego jak mąka, okrytego zastygłym błotnym paskudztwem niczym pączek lukrem. Skorupa pękała pod butami i rękoma, kruszyła się pod łokciami i kolanami, a wzniecony pył oblepiał wszystko. Zmieszany z potem zastygał jak zaprawa, zaklejał płuca, dusił. Mordował.
Po półgodzinnej wspinaczce skamieniałe ubrania zdawały się przeciwstawiać mięśniom, zapewniając dodatkową atrakcję. Wzgórze robiło wszystko, żeby pozbyć się wdrapujących na nią ludzi. Jakby nie lubiło, żeby po nim deptać, ale i nikt przecież za robactwem zbytnio nie przepada.
– O, ja jebię – jęknęła Lipka.
Przedramiona perliły jej się potem, który zdawał się szary. Jakby kurz nie tylko ją oblepiał, ale wlazł pod skórę, przeniknął przez ciało i skaził krew. Lipka zatrzymała się zastanawiając, czy to w ogóle możliwe. Miała wrażenie, że nasiąka tym całym syfem jak gąbka i w końcu cała zamieni się w kamień. Jak pokruszona rzeźba przewróci się na bok, załamie, polegnie i tak będzie leżeć w bezruchu po wieki. Obalony pomnik na dnie niewielkiego żlebu, na nic niewartym zboczu, w kompletnym bezruchu.
To wcale nie brzmiało tak źle. Wręcz wydawało się kuszące.
Słońce zachodziło na bezchmurnym, monotonnym niebie. Powoli i leniwie. Nie spieszyło się, jakby chciało nacieszyć widokiem udręczonej Lipki. Wyglądało jak jaśniutka źrenica na pozbawionym tęczówki oku. Lipka odetchnęła głęboko raz jeszcze i pokręciła zrezygnowana głową. Jej suche płuca świszczały jak u umierającej astmatyczki, o odpadających ze starości członkach. Lipka astmatyczką nie była. Co do reszty, nie miała pewności. Miała za to mnóstwo odcisków i zadrapań. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa, stopy piekły jakby przypalane. Bardziej czołgała się niż wchodziła i w końcu opadła, położyła w pozycji embrionalnej i po prostu dyszała.
Doszła do wniosku, że na świecie musi być mnóstwo ludzi, bo śmierć, strasznie nimi zajęta, opóźnia się z przybyciem po nią.
– No dawaj, Lipka, kilka kroków – usłyszała.
Uniosła głowę i zobaczyła kucającego przy kamieniu Czerstwego. Nie dostrzegła go wcześniej. Gdyby to był wróg, wlazłaby mu prosto w objęcia. Ale nie miała sił się tym przejmować. Przekręciła się i opadła na plecy, rozkładając ramiona.
– Lipka! Nie leż na widoku – szepnął Czerstwy. – Tu jest skalny grzebień. Wskakuj za niego.
Lipka chciałaby, ale nie była w stanie.
Zza przypominającej żuchwę skały wychynęła owinięta szmatą głowa. Wyglądała jak mumia z goglami.
– Za stara jestem na to – jęknęła Lipka błagalnie.
– Daj spokój, jesteś dwa lata młodsza od Zapałki – szepnął Czerstwy. – I z dekadę ode mnie.
Głowa owinięta szmatą z pięknymi, dopasowanymi do twarzy goglami, obróciła się w stronę Lipki.
– No dalej, starucho – szepnęła owinięta w szmaty Zapałka.
Lipka wymyśliła kilka przekleństw, ale nie miała siły, by wypowiedzieć żadnego z nich. Zamiast tego spojrzała w dół, na trasę, którą przebyła i ludzi wciąż pnących się mozolnie. Cieszyła się, że nie jest na ich miejscu i nie musi pokonywać tych metrów ponownie.
– Jak ja się dałam w to wpakować? – spytała cienkim, drżącym głosem.
Zapałka prychnęła.
Poniżej pięła się Zuza o czerwonej twarzy, równie wycieńczonej, co wszyscy. Z tyłu lazł jeszcze Mucha i choć sam ledwie zipał, wpatrywał się w tyłek Zuzy jak zahipnotyzowany. Przynajmniej raz nie kleił się do Lipki i to jej odpowiadało. Dojrzał ją i uśmiechnął, na co odpowiedziała niezadowoloną miną, próbując zakryć fizyczne wyczerpanie.
Niżej, w wąskiej przełęczy stała długa terenówka, a obok gotowi do drogi Włosień, Salim i Widły. Rozglądali się zaniepokojeni i spoglądali co chwila w górę, wypatrując znaku. Ale Czerstwy żadnego nie dawał. Tkwił na szczycie, przytulony do zerodowanej skały, razem z nieodłącznym Bochenem, Kovarchenkiem i Zapałką.
– Jak ja się dałam na to namówić? – Lipka jęknęła ponownie.
– To nie było trudne – powiedziała Zuza. Sama sapała, miała czerwone wypieki na policzkach, ale to jej nie przeszkadzało dokazywać. – Z tego, co pamiętam, zgodziłaś się słysząc „gruba forsa”. Zgodziłaś się, nie czekając nawet na dalsze „możemy zdobyć”.
– Zamknij się – burknęła Lipka. – Wiem przecież, że na wszystko trzeba sobie zapracować.
– Niektóre rzeczy można dostać za darmo – podpowiedział Mucha, wychylając się zza tyłka Zuzi. Uśmiechnął się do tego bezczelnie.
– Na przykład po ryju – warknęła Lipka.
– Przymknijcie się tam na dole – zganił ich Czerstwy.
Bohen zabulgotał, co w jego wydaniu było rodzajem śmiechu. Lipka była pewna, że chłop ma nierówno pod sufitem. Wszyscy mieli, ale on w sposób spektakularny.
Westchnęła i zaczęła się wdrapywać wyżej. Jeszcze tych kilka metrów. Dotarła na szczyt znów sapiąc i dysząc, a myślała, że zdążyła odpocząć. Jej nogi opadły z sił i trzęsły się wyraźnie. I nie była w stanie nad tym zapanować. Pomyślała, że to dobrze, że jest czerwona ze zmęczenia, bo było widać jej rumieńce. Bardzo nie chciała, żeby ktoś pomyślał, że się boi.
– I co? Myślisz, że się uda? – spytała, sadowiąc się obok Zapałki.
Zapałka zerknęła na nią. A przynajmniej tak się Lipce wydawało, bo przez cudaczne gogle dziewczyny ciężko to było stwierdzić. Lipka chciałaby mieć takie. Może wtedy jej oczy nie wysychałyby, oblepione pyłem.
– Nie – mruknęła Zapałka.
– Nie? – burknął Czerstwy, odkładając od oczu lornetkę. – Zaminowałaś ten wóz, który nawalił?
– Tak – odparła Zapałka.
– No to zadziała – powiedział Czerstwy beztrosko i podrapał się po odrastających mu na głowie włoskach lśniących potem. – Zatrzymają się przy nim, wyjdą, żeby sprawdzić dlaczego tak stoi. Granat wybuchnie a my ich wtedy rozstrzelamy. Zanim się połapią, co się dzieje. Dobry plan, nie?
– No – wtrącił Bochen.
Lipka przyjrzała się Zapałce i Czerstwemu z niepewnością. Czerstwy zdawał się beztrosko pewny siebie. Jego arogancja już dawno wkroczyła na niebezpieczny poziom. A Lipka wiedziała dobrze, że plany, niezależnie jak dokładnie przemyślane, są złośliwe i lubią się partaczyć.
Zapałka wróciła do przepatrywania terenu przez swoją optykę. Miała wspaniały, długi karabin z dwoma celownikami na szynie montażowej. Lipka nie bardzo się na tym znała, ale dwa, to chyba lepiej, niż jeden, nie?
– Dlaczego mówisz, że to nie zadziała? – szepnęła do Zapałki.
Przez chwilę myślała, że dziewczyna nie odpowie. Nie znały się długo, ale zauważyła już jej manierę pozostawiania pytań bez odpowiedzi. Zadufana w sobie, wymądrzająca się sucz myśli, że jest lepsza – pomyślała Lipka.
– Bo jest nas dziesięcioro – odparła Zapałka. – W jednej terenówce się nie pomieścimy, musimy przejąć wóz pościgu, a na to się nie zanosi. Wyglądali na dobrze wyposażonych i zorganizowanych. A jeśli coś pójdzie źle, nawet nie mamy jak dalej uciekać. Zresztą…
– Zamknij się – warknął Czerstwy. – Tylko gębę otworzysz i od razu kraczesz. Nie potrzeba nam tu czarnowidztwa. Wszystko będzie dobrze.
To powiedziawszy spojrzał znów w stronę, z której przyjechali.
– Wszystko będzie dobrze – powtórzył po chwili, jakby nawet samego siebie trudno mu było przekonać.
Pofałdowany teren, który obserwowali, usiany był bryłkami betonu, naszpikowany poskręcanymi drutami zbrojeniowymi. Jak resztki gigantycznego węża, spękane płyty betonowe dawnej drogi sterczały spod piasku, dzieląc monotonny krajobraz paskudną krechą. Sterczące spod piachu resztki rzucały coraz dłuższe cienie. Na jednej z niewielkich wydm stał ich porzucony samochód. Wcześniej wjechali w kawałek gruzu, uderzyli w sterczący spod piasku pręt lub inne cholerstwo mniej pordzewiałe od zawieszenia i urwali przednie koło wraz z piastą, wahaczem i półosią. Omal nie dachowali.
Pozostał im tylko jeden wóz, a w dziesiątkę nie mogli się do niego zmieścić. Jedynym wyjściem była zasadzka. Lipka uważała pomysł za dobry, dopóki nie musiała się wspinać. Teraz coraz mniej jej się to podobało, słysząc Zapałkę. Zadufana w sobie, oziębła sucz zdawała się być pewna tego, co mówi. Robiła to bardzo przekonująco i Lipka prawie od razu brała jej słowa za niezaprzeczalny fakt.
Prawie, bo Lipka tej kobiety nie lubiła. Nie podobały jej się porządne portki ani ochraniacze na kolanach i łokciach, których jej zazdrościła, zła była na gogle, które jej też by się przydały i karabin, który sama chciałaby mieć. Krówsko obrzucono zabawkami i teraz się wywyższa – burczała Lipka do siebie. Ale nie martw się – myślała. – Kiedy sprawiedliwa kula cię dosięgnie, będę obok, żeby się tym karabinem należycie zaopiekować.
– Napij się czegoś – usłyszała Czerstwego.
– Co?
– Napij się wody, bo wyglądasz, jakbyś miała zaraz zemdleć – powtórzył Czerstwy.
– Nie mam. Zostawiłam na dole – jęknęła Lipka, spoglądając na drugie auto, które ukryli za wzgórzem. – Powiedziałeś, że tylko najpotrzebniejsze rzeczy!
To mówiąc potrząsnęła swoim automatem.
– Najpotrzebniejsze są: woda, jedzenie, broń i amunicja – burknął Czerstwy, kręcąc głową z niezadowoleniem. – I mózg. A ty wzięłaś tylko jedną z tych rzeczy.
Lipka splunęłaby chętnie, ale nie miała za bardzo czym. A nawet gdyby miała, ślina była w tej chwili zbyt cenna. Nie lubiła Czerstwego. Stary piernik potrafił tylko się wymądrzać i nie było za co go lubić, oprócz oczywiście obietnicy zarobku. Teraz nawet ta obietnica zdawała się mrzonką. Zamiast napaść na konwój, napadli na napadających na konwój.
Pośrodku niczego – pomyślała Lipka. Czy to naprawdę możliwe? Wokoło pusto jak w żołądku, tylko piach i kamienie. A pośród tego dwie ekipy napadają na mały konwój. W tym samym czasie i miejscu. Lipka zaczynała podejrzewać, że to wcale nie przypadek.
Jadą
– Jadą – mruknęła Zapałka.
– Gdzie? – spytał Czerstwy, podniósł się i wyjrzał zza skały, przy której leżał.
Odpowiedzi nie otrzymał. Jakie to typowe – pomyślała Lipka, po czym też się podniosła. Zobaczyła chmurkę pyłu unoszącą się w oddali. Zapowiedź pościgu, nieuniknionej konfrontacji, od której Lipka nigdy nie uciekała. No, prawie nigdy. Tym razem poczuła pustkę gdzieś pod płucami, mały dreszcz strachu.
– Nie boję się – powtórzyła w myślach.
Na horyzoncie pojawił się pojazd. Spore, owinięte łańcuchem opony wzniecały o wiele mniej pyłu niż powinny. Silnik i szoferkę osłaniało połączenie resztek oryginalnej karoserii, blaszanych łat i szmat pościąganych sznurem. Wyglądał nieco jak świąteczny prezent zawinięty w brezent, z konopną kokardką. Niemile widziana niespodzianka, zabawna, gdyby nie tak ponura jednocześnie. Tuż za nim drugi pojazd, mniej komiczny, bo bardziej przypominał furgonetkę.
Czerstwy syknął.
Tak naprawdę wszyscy mieli nadzieję, że urwali się pościgowi. Wcześniej ostrzelali się i uciekli przed wściekłą nawałą ognia z czegoś wyjątkowo szybkostrzelnego. Tamtych było zbyt wielu i nawet Lipka wiedziała, że lepiej będzie zostawić im konwój i uciec. Bo tak, uciekli, ale jeśli przy tym przeżyli, nie ma w tym nic wstydliwego, prawda?
– Uparte skurwysyny – mruknął Czerstwy.
No właśnie – pomyślała Lipka. Skoro tamci mieli konwój, dlaczego dalej ich ścigali?
Nie było przyjemnie uciekać porzucając łup, a jeszcze gorzej było zwiewać przed pościgiem. Rolą atakującego jest atakować, a rolą zwierzyny dać się dopaść i wierzgać, gdy się ją zagryza. Zwierzyną nikt nie lubi być. Musieli przełamać schemat. Zacząć gryźć, żeby nie dać się zaszczuć. Jak to się zawsze łatwo mówi. Jedną pułapkę na swoich prześladowców już spartolili.
Wjechali wtedy w pozostałości dawnego miasta. Labirynt uliczek i gruzowisk, resztek ścian, sterczących spod piasku jak zgnite zęby z dziąseł, witał obietnicą udanej zasadzki. Jeden z pojazdów skręcił w boczną uliczkę, podczas gdy Lipka w drugim przykleiła nos do tylnej szyby. Oddalali się powoli, żeby wspomóc boczne uderzenie Bochena. Zapałka z trudem wycisnęła tułów przez okno, gramoląc się niezgrabnie ze swoim przydługim na wnętrze samochodu karabinem. Lipka uśmiechnęła się wtedy szeroko, widząc to niezgulstwo.
Jej radość zmalała, gdy zobaczyła dwa ścigające ich pojazdy. Potem poczuła wzbierającą dumę, widząc nagły ostrzał. Bochen zrobił dobry użytek ze swej potężnej maszynówki. Tak wtedy myślała, widząc tumany kurzu i fruwające w powietrzu fragmenty oderwanego z wrogiego pojazdu poszycia oraz rozpadającej się ściany, na tle której jechał. Cieszyła się prawie tak, jakby to był jej plan.
A potem wszystko szlag trafił. Bochena obrzucono granatami, a grad pocisków wpadł przez tylną szybę pojazdu Lipki. Prawe ucho wciąż pulsowało bólem gdzieś w środku po tym, jak pocisk odbił jej się od hełmu ze świstem rozcinanego powietrza. Znów musieli uciekać i przestało być wesoło. Oderwali się wtedy co prawda od pościgu, ale ich radość była najwyraźniej przedwczesna.
– Kto to może być? – spytał Czerstwy, wyrywając Lipkę ze wspomnień.
Zapałka mierzyła, jak zwykle nie odpowiadając. Bochen zacharczał, co zwykle czynił nie mając nic do powiedzenia.
– Co za różnica? – spytał Kovarchenko, poprawiając małe, okrągłe okulary.
Czerstwy obejrzał się na niego, potem na Zapałkę.
– Co? A ty, jak myślisz? – spytał.
Lipka zastanawiała się, dlaczego ten stary piernik tak bardzo zdaje się polegać na tym wrednym babsku. Wyżej sra niż dupę ma – myślała Lipka. Czyżby mężczyźni to właśnie lubili? Żeby na nich nasrać?
W oddali dwa pojazdy zatrzymały się w pewnej odległości od zaminowanego wraku, który pozostawili. Kilka postaci pojawiło się na piasku, ostrożnie obchodząc wybuchowy upominek.
– Miałem nadzieję, że chociaż jeden wóz im załatwiliśmy – mruknął Mucha.
Siedząca obok Zuza uniosła udręczone spojrzenie.
– Mają tam jakiś spory karabin, na dachu osobówki – mruknęła Zapałka.
– Myślisz, że nas sięgną? – spytał Czerstwy.
Zapałka spojrzała na niego i to mu wystarczyło za odpowiedź. Lipka nie widziała jej twarzy, ale i tak strzępy nadziei powoli ją opuszczały. Nie będzie łatwo.
– Dziwne, że nas nie ściągnęli wtedy w ruinach – mruknęła Zapałka.
– Może nie mają amunicji? – zasugerował Mucha.
Lipka też o tym pomyślała. Z czegokolwiek ich wtedy ostrzelano, ilość pocisków była przytłaczająca. Kto wali tak długimi seriami? Kto w ogóle ma tyle pestek? Ona sama miała już tylko pół magazynka. Amunicja jako jedna z walut była zużywana dość oszczędnie i to w ostateczności.
– Może – mruknął Czerstwy, wpatrując się w odległe pojazdy. – Może tak, a może nie.
– Dużo ich – burknął Bochen.
Lipka uznała, że to dość nietypowe stwierdzenie u tego małomównego idioty, bo zgodne z jej własnymi myślami.
– Może jednak powinniśmy nawiać, póki jeszcze można – mruknął Czerstwy.
Odłożył lornetkę i podrapał się po spoconym łbie. Potem rozejrzał się po zebranych.
– Nie zmieścimy się wszyscy w jednym wozie – zauważył Kovarchenko. – A na piechotę nie damy rady.
– Ktoś musi zostać – powiedział Czerstwy.
– O nie, na mnie nie patrz! – obruszył się nagle Mucha.
– Wcale na ciebie nie patrzę – mruknął Czerstwy, uśmiechając się wrednie.
– Ty nas w to wpakowałeś! – warczał dalej Mucha. – To wszystko był twój pomysł! Konwój ty wynalazłeś, to ty do nas przyszedłeś! To twój pech wszystko spierdolił i nie zamierzam za to płacić!
To mówiąc cofnął się nieco. Lipka była tak zdziwiona, że ledwie otworzyła usta. Zuzia otworzyła szeroko oczy, małe dłonie zaciskając na dwururce o krzywo urżniętych lufach.
– Co ty mówisz? – spytała.
– Nie rozumiesz? – zaperzył się Mucha. – Oni chcą tu kogoś zostawić, żeby odciągnął uwagę, a sami zwieją samochodem. Nie dam się wyruchać, o nie. Ty też nie!
– Cóż za domyślny chłopiec – mruknął Czerstwy.
Kovarchenko wstał, ale Mucha wymierzył w niego pistolecik.
– Nawet nie próbuj nas powstrzymać.
– Nie próbuję – Kovarchenko uniósł do góry ręce. – Jadę z wami.
– Spokojnie – mruknął Czerstwy. – To prawda, ja was w to wpakowałem. Zostanę tu i będę was osłaniał.
– Co? – zdziwił się Mucha. – Co to za nowy podstęp?
– Dokładnie to, co słyszałeś. Już swoje przeżyłem – westchnął. – Poza tym, człowiek musi zapłacić za swoje błędy.
– Ja też zostanę – powiedział Bochen.
– Nie – Czerstwy zaprotestował. – Ty idź.
– Nie zostawię własnego brata. Nawet jeśli jest nim taki tępy wołek, jak ty. Poza tym mój karabin się tutaj przyda bardziej.
Lipka rozdziawiła twarz ze zdziwienia, słysząc te słowa. Nagła szlachetność zupełnie nie pasowała jej do obrazu, który sobie w głowie wyklarowała. Dwóch awanturników i cwaniaczków. Najstarsi z całej drużyny byli przy okazji największymi krętaczami.
Bochen położył się na brzuchu i wpasował w kolbę swojego karabinu zapartego na kamieniach na dwójnogu. Wymierzył w stronę atakujących i tak pozostał.
– Nie zwykłam uciekać – powiedziała Zapałka.
Lipka rozdziawiła gębę ze zdziwienia jeszcze bardziej.
– Jeśli taka wasza wola – mruknął Mucha. Cofnął się pochylony, po czym odwrócił. – Przepraszam, źle was oceniłem.
– Na nic trupom godność – mruknął Kovarchenko. – Ale będę was pamiętał.
To mówiąc odwrócił się i przygarbiony zaczął schodzić w dół zbocza, kryjąc się w żlebie, którym tu weszli. Mucha ruszył tuż za nim, a wraz z nimi Zuzia. Łatwość, z jaką schodzili coraz niżej, zdawała się kpić z wysiłku jaki poświęcili, by się tu wdrapać. Lipka patrzyła na to oniemiała, nie bardzo wiedząc, co powinna zrobić. Potem obejrzała się na pościg. Kilka postaci w oddali powoli zbliżało się do ich pułapki.
– Ty nie schodzisz? – spytał Czerstwy.
Lipka spojrzała na niego. To był stary facet, o wymiętej czasem gębie. Miał ze trzydzieści lat i był atletycznie zbudowany. Gdyby nie ten wiek, uznałaby go za atrakcyjnego, ale nigdy nie pomyślałaby, że tkwi tam szlachetność. Ani nic, co jeszcze nie zgniło.
W zasadzie, to Lipka nie widziała niczego szlachetnego w większości otaczających ją ludzi, co często potwierdzali uczynkiem. Ojciec jej kiedyś powiedział, że człowiek powinien żyć i zachowywać się tak, jak uważa za słuszne. Często zresztą to powtarzał. Że każdy powinien nie tylko mówić o wielkich czynach, ale je praktykować, bo to właśnie etyka i moralność odróżnia ludzi od zwierząt. Gdyby ludzie potrafili odłożyć na bok własne potrzeby i pokierować się wyższym dobrem, wszystko byłoby piękniejsze.
Lipka uważała, że świat nie potrzebuje bohaterów, tylko rozsądku i współczucia. Ale to było dawno. Teraz bowiem twierdziła, że świat potrzebuje tych, którzy wskażą innym drogę. Ktoś zawsze musi poczynić pierwszy krok w nieznane, zanim inni będą mogli ruszyć za nim. Ktoś musi wyciągnąć rękę. Ktoś musi pokazać, czym jest dobro.
Dobro nie zniknęło ze świata. To my, ludzie, zapomnieliśmy o nim.
– Lipka! – zawołała Zuza. – Chodź!
Lipka zaprzeczyła ruchem głowy. Zacisnęła hardo usta, a oczy zaszkliły jej się. Wiedziała, że przez to zginie, ale tak trzeba było zrobić.
– Wolę zostać zapamiętana jak bohater, niż przeżyć jak tchórzliwy szczur – stwierdziła.
Zuzanna o wiele już niżej na stoku nie mogła słyszeć jej słów, ale coś tam odpowiedziała, czmychając w pośpiechu. Po chwili zniknęli za grzbietem, wzniecając niewielką chmurkę pyłu.
Lipka otarła brudnym palcem łzę, kręcącą jej się w oku. Dobro i zło to dwie strony człowieka, podobnie jak jasność i ciemność są dwiema wartościami określającymi ogólne natężenie światła. Człowiek musi obrać swoją stronę i jej się trzymać, bo jeśli raz przeważy tę szalę, będzie to skazą na jego duszy do śmierci. Jeden zły uczynek zawsze będzie plamił jego istnienie, wwiercał się w umysł, uwierał gdzieś na dnie pamięci. Czasami ból uczynionego zła da się zakryć kłamstwami jak plamę oleju brudną szmatą, ale to droga prowadząca coraz dalej od ideału. A Lipka po prostu miała zasady. Tak, jak ją ojciec uczył. Pamiętała te nauki, czuła je. Tak ją ukształtował. Co z tego, że mu się wykopyrtnęło, pozostawiając Lipkę samą i samotną? Co z tego, że kilka razy musiała zamknąć oczy i zrobić coś przeciwko tym zasadom?
– Ostrożni są – skomentowała Zapałka.
Lipka znów otarła oczy i spojrzała w stronę grupki pościgowej. Byli tuż przy zaminowanym samochodzie.
– Chciałbym wiedzieć, kto to może być? – mruknął Czerstwy. – I dlaczego taki zajadły.
Lipka wiedziała, że ta wiedza na nic im się nie przyda. Przetarła z kurzu swój pistolet maszynowy. Wyjęła magazynek i przedmuchała komorę nabojową. Zauważyła, że ręce jej drżą, a oddech przyspieszył. Spokojnie – powtarzała sobie.
Ludzie otaczający ich samochód-pułapkę rozbiegli się na boki. Niewielka chmurka kurzu niosła się w powietrze. Usłyszeli tłumiony odgłos wybuchu kilka sekund później. Widzieli, że żaden z wrogów nie został nawet ranny.
– Do dupy z ciebie saper – mruknął Czerstwy.
– Za to z ciebie złoty mówca i orator – odparła Zapałka.
– Dziękuję.
– Łajdak do tego i skurwysyn – dodała Zapałka.
– Och, okrutne słowa – mruknął Czerstwy. – Skąd takie paskudne słownictwo w tak młodych usteczkach?
Bochen zachichotał. Nie odwrócił się, wciąż wpatrując w grupę pościgową przez muszkę i szczerbinkę. Lipka zacisnęła mocniej dłonie na swoim pistolecie. Nie przysłuchiwała się zanadto rozmowie wiedząc, że przed walką ludzie różne głupoty potrafią wygadywać. Ale pojawiło się wrażenie, że coś jej umyka.
– Młodość kończy się wraz z ignorancją – odparowała Zapałka.
– Ale zostałaś – mruknął Czerstwy, uśmiechając się.
Usłyszeli warkot odpalanego silnika. Lipka zerknęła w dół zbocza, by odprowadzić wzrokiem opuszczających ich towarzyszy. Szczęśliwcy – pomyślała, patrząc na obłok pyłu unoszący się spod kół.
– Tylko głupi by postąpił inaczej – powiedziała Zapałka.
– I głupcy postąpili.
Lipka nie zawracała sobie rozmową głowy. Zobaczyła bowiem przeciwników, pospiesznie biegnących w stronę swoich pojazdów. W górę strzelił kłąb spalin. Ruszyli, szybko zwiększając prędkość.
Czerstwy wyciągnął mapę i zaczął się jej przyglądać. Obrócił ją kilkukrotnie, porównując ze wskazaniami kompasu i widnokręgiem. Lipka słyszała już pracę silników. Spięła się, zaparła o fragment zerodowanej skały, oparła kolbę na ramieniu. Dwa pojazdy pościgu nie kierowały się wprost na wzgórze. Raczej podążały po zatartych śladach.
– Najlepiej będzie zejść tak, jak pozostali i z kilometr ich śledzić – mruknął spokojnie Czerstwy. – Dopiero potem odbijemy na zachód.
Sens jego słów dotarł do Lipki po chwili. Obserwowała, jak dwa wozy pościgu przejeżdżają pod wzgórzem i kierują się dymem wzniecanym przez uciekających.
– Co się stało? – spytała. – Co to ma znaczyć?
– Nic – odparł Czerstwy. – Sprawdźcie, czy wszystko macie. Ruszamy tak szybko, jak się da. Nie chcę, żeby nas noc tutaj zastała.
Lipka wstała, a nogi jej się trzęsły. Bohen podniósł się i zaczął rolować koc, który pod sobą rozłożył. Czerstwy pakował mapę i pozostałe graty, które zdążył z plecaka powyciągać. Zapałka miała już wszystko na sobie. A dwa pojazdy pościgu powoli znikały za kolejnym wzniesieniem, tropiąc uciekających.
– Ale… – jęknęła Lipka. Potem spojrzała na stojącą najbliżej Zapałkę. – Ty masz plecak!
– Staram się zawsze mieć wszystko przy sobie – odparła.
Lipka wskazała palcem Czerstwego.
– Ty też! Wziąłeś wszystkie swoje graty, a mi kazałeś wziąć tylko to, co najpotrzebniejsze.
– Potrzebuję tych wszystkich, jak to nazwałaś, gratów.
– Wiedziałeś! – Lipka krzyknęła, a głos jej zadrżał.
– Brałem taką możliwość pod rozwagę – mruknął Czerstwy. – Nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Tchórze uciekli. My przeżyliśmy, póki co przynajmniej. To się nazywa sprawiedliwość, czyż nie tak? Czy bardziej selekcja naturalna?
– To się nazywa życie – burknął Bochen.
– To się nazywa skurwysyństwo! – krzyknęła Lipka. – Powiedziałeś tym ludziom, że ich osłonisz! A w rzeczywistości wykorzystałeś ich, żeby to oni osłonili ciebie!
– Nas, maleńka – powiedział Czerstwy, dopinając plecak. – Też tu jesteś. Po drugie, jesteśmy poza zasięgiem strzału. Na pewno byśmy postąpili inaczej, ale sama widziałaś, że pościg pojechał w zupełnie inną stronę.
– Powiedziałam, że bym ich ściągnęła z tej odległości – zauważyła Zapałka.
– A ja ci nie wierzę. Zamknij się zresztą, powiedziałem! Co was opętało, dziewczyny? Jeszcze tę gówniarę rozumiem, bo na nią pół życia chuchano – powiedział Czerstwy wskazując na Lipkę. – Ale ty?
– W życiu chodzi o życie właśnie. Czasem, żeby przeżyć, trzeba zrobić świństwo, rozumiem to – powiedziała Zapałka. – Ale porządny człowiek potrafi to przyznać.
– Niby co przyznać? – burknął Czerstwy, zarzucając plecak. – Tu już nie zostało nic do opowiadania. Trzeba stąd spadać i tyle.
Przyznam się, że podczas lektury bardziej myślałem o Ukrainie niż o postapo, ale w najmniejszym stopniu nie zepsuło mi to przyjemności czytania.
Podoba mi się to, że samotna wspinaczka Lipki, okazuje się po chwili zbiorową wyprawą.
Wyłapałem następujące, potencjalne błędy:
Cale wzgórze robiło wszystko,
L zgubiło kreseczkę. Może "Całe" całkiem nie jest potrzebne?
Nie spieszyło się, jakby chciało nacieszyć widokiem udręczonej Lipki.
Nie brakuje się po chciało?
No to zadziała – powiedział Czerstwy beztrosko i podrapał się po odrastających mu na głowie włoskach lśniących potem.
Ciut zgrzyta, może … po lśniących potem włoskach odrastających mu na głowie.
W jednej terenówce się nie pomieścimy, musimy przejąć wóz pościgu, a na to się nie zabiera.
Czy chodzi o to, że się nie zanosi?
Robiła to bardzo przekonująco i Lipka prawie od razu brała jej słowa za nie zaprzeczalny fakt.
niezaprzeczalny
Rolą atakującego jest atakować, a rolą zwierzyny dać się dopaść i wierzgać, gdy się ją zagryza.
To miało zabrzmieć tak defetystyczne, czy chodziło raczej o:
… a rolą zwierzyny nie dać się dopaść … ?
Wjechali w pozostałości dawnego miasta.
Żeby było wiadomo, że w tym fragmencie chodzi o retrospekcję, a nie o obserwację nadjeżdżającego pościgu, może warto doklarować? Np.:
Wjechali wtedy w pozostałości dawnego miasta.
Siedząca obok Zuzia uniosła udręczone spojrzenie.
Konsekwentniej byłoby Zuza (później jeszcze kilka razy)
Kowarchenko wstał, ale Mucha wymierzył w niego pistolecik.
Konsekwentniej byłoby Kovarchenko
Zuzanna o wile już niżej na stoku nie mogła słyszeć jej słów,
wiele
Pamiętała te nauki, czułą je.
czuła
Bardzo udane opowiadanie. Podoba mi się, że pomiędzy bielą a czernią, są tu jeszcze inne odcienie i nie mam tu na myśli barw zastygającego błota.
Czytając zakończenie, jest nad czym pomyśleć.
Hej, w pierwszej części zacząłbym od informacji o konwoju, zasadzce i ucieczce, a potem wprowadził scenę wspinaczki. Albo dodał jakiś trop, że to najemnicy czy coś. Druga część spoko ale trochę słabo wychodzi filozofowanie o tym co dobre i złe – przecież Lipka brała udział w napadzie, co odbiera jej prawo do takich przemyśleń, w mojej ocenie ;). A tak, to bardzo fajny tekst. Dużo postaci, ale fajnie opisanych. Ciekawe rozwiązanie na bezkrwawy finał. Naturalne dialogi i interakcje między bohaterami bardzo mi się podobały. Można by dodać fantastykę i trochę uporządkować fabułę. Ale klikam na zachętę i pozdrawia nieficjalny cichy dyżurny :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
“Lipka, to taka mała lipa. Jak to w życiu."
No nie wiem…
Lipkowie to polscy Tatarzy. A Lipka to jeden taki Tatar :) To też popularne nazwisko w Polsce, które jedną kreską da się przerobić na wulgarne. I nie, nie chodzi o zrobienie z L Ł, kreskę trzeba dać wyżej.
"Granat wybuchnie a my ich wtedy ich rozstrzelamy."
Nie za dużo "ich" w tym zdaniu?
"Wszystko będzie dobrze"
Wszystko będzie dobrze. Siódma dziesięć kwas chlebowy w barze. Pukanie w głowę. Wszystko będzie dobrze.
Tak mi się skojarzyło jakoś :)
"To mówiąc cofnął się nieco do tyłu"
Szkoda, że nie był nieco bardziej nonkonformistyczny i nie cofnął się do przodu.
"Lipka rozdziawiła twarz ze zdziwienia. Bochen i Czerstwy byli braćmi, chociaż nic na to nie wskazywało."
To sugeruje, jakby Lipka się dziwiła temu, że są braćmi (a że są wiemy już tekstu wcześniej i Lipka też wie)
A ona tak naprawdę się dziwi bo wykazali się szlachetnymi odruchami. Ale to z tekstu nie wynika.
Trzeba by ten akapit przebudować.
Chciałoby się spytać: gdzie tu fantastyka? – choć pytać tak nie lubię to rzeczywiście w tym tekście nieco mi jej brakuje.
Opowiadanie świetnie działa pod względem obrazowania. Krajobraz jest: konkretny, brudny, fizycznie nieprzyjemny, spójny z brutalnym światem przedstawionym.
Opis improwizowanych pojazdów jest sugestywny i nieprzegadany.
To moralizatorstwo, o którym wspomina @Bardjaskier nie jest wcale samo w sobie złe i też nie sądzę, by Lipce cokolwiek odbierało prawo do takich dywagacji, mało kto myśli o sobie, że jest zły, najwięksi zbrodniarze mieli siebie za dobrych i nawet taki potwór jak Czyngis Chan miał swoją pokręconą etykę – więc nie, nie o to tu chodzi, że Lipka robi takie rozważania, ale o to jak je robi.
W sytuacji takiego napięcia / stresu nie pisze się po prostu esejów filozoficznych. Myśli są krótsze, bardziej ostre.
Dlatego – wchodząc w to moralizowanie – autor przestaje być sugestywny, niszczy to, co zbudował udanymi opisami.
Postacie są. Niewiele więcej o nich powiedzieć mogę – nie są jakieś wyjątkowo źle skonstruowane, są w miarę zapamiątywalne, co przy tak dużej ich ilości w tak krótkim tekście, jest na pewno plusem – ale nic więcej. Więc nie ma tu jakiegoś błędu, ale nie ma też powodu do zachwytów.
Niestety sama fabuła jest do bólu przewidywalna i nie przynosi niczego nowego.
Ogólnie – uznałbym to za całkiem dobrą wprawkę, ale ode mnie klika bibliotecznego nie będzie.
Z pewnością znajdą się inni, którzy klikną.
Pozdrawiam serdecznie
ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
Witaj. :)
Sugestie oraz wątpliwości co do technikaliów (zawsze – tylko do przemyślenia):
Cały tekst obfituje w mnóstwo porównań (a – co za tym idzie – powtórzeń), nieraz w jednym zdaniu występują dwa wyrazy: „jak/jakby”.
Skorupa pękała pod butami i rękoma, kruszyła się pod łokciami i kolanami (przecinek?) a wzniecony pył oblepiał wszystko.
Obalony pomnik na dnie niewielkiego żlebu, na nic nie wartym zboczu, w kompletnym bezruchu. – ort.? – razem?
Doszła do wniosku, że na świecie musi być mnóstwo ludzi, bo śmierć (przecinek?) strasznie nimi zajęta (i tu?) opóźnia się z przybyciem po nią.
Gdyby to był wróg, wlazłaby mu prosto w objęcia. Ale nie była w stanie się tym przejmować. – powtórzenie?
Zgodziłaś się (przecinek?) nie czekając nawet na dalsze „możemy zdobyć”.
Jego brat zabulgotał, co w jego wydaniu było rodzajem śmiechu. – powtórzenie?
Granat wybuchnie (przecinek?) a my ich wtedy ich rozstrzelamy. – omyłkowe powtórzenie lub brak części zdania?
Zanim się połapią (przecinek?) co się dzieje.
Nie znały się długo, ale poznała już jej manierę pozostawiania pytań bez odpowiedzi. – powtórzenie/styl?
Przez chwilę myślała, że dziewczyna nie odpowie. Nie znały się długo, ale poznała już jej manierę pozostawiania pytań bez odpowiedzi. Zadufana w sobie, wymądrzająca się sucz myśli, że jest lepsza – pomyślała Lipka. – czy myśl nie powinna być wyodrębniona? – dalej są podobne fragmenty
W jednej terenówce się nie pomieścimy, musimy przejąć wóz pościgu, a na to się nie zabiera. – zanosi?
– Bo jest nas dziesięcioro – odparła Zapałka. – W jednej terenówce się nie pomieścimy, musimy przejąć wóz pościgu, a na to się nie zabiera. Wyglądali na dobrze wyposażonych i zorganizowanych. A jeśli coś pójdzie źle, nawet nie mamy jak dalej uciekać. Z resztą… – w tym kontekście chyba razem?
Pofałdowany teren, który obserwowali, usiany był bryłkami betonu, naszpikowany poskręcanymi drutami zbrojeniowymi. – czy ta (i inne – np.: Stary piernik potrafił tylko się wymądrzać i nie było za co go lubić, oprócz oczywiście obietnicy zarobku; A dwa pojazdy pościgu powoli znikały za kolejnym wzniesieniem, tropiąc uciekających) – aliteracja celowa?
Pozostał im tylko jeden wóz, a w dziesiątkę nie mogli się do niego zmieścić. Pozostała zasadzka. – powtórzenie?
Robiła to bardzo przekonująco i Lipka prawie od razu brała jej słowa za nie zaprzeczalny fakt. – znowu ortograf? – razem?
Kiedy sprawiedliwa kula cię dosięgnie (przecinek?) będę obok, żeby się tym karabinem należycie zaopiekować. – szokujące życzenie wobec współtowarzyszki w czasie wojny
– Napij się wody, bo wyglądasz (przecinek?) jak byś miała zaraz zemdleć – powtórzył Czerstwy. – znów ortograf? – razem?
– Najpotrzebniejsze są (dwukropek?) woda, jedzenie, broń i amunicja – burknął Czerstwy, kręcąc głową z niezadowoleniem.
No, pawie nigdy. – literówka, mimowolnie powodująca dziwny sens zdania :)
Wyglądał nieco jak świąteczny prezent zawinięty w brezent, z konopną kokardką. – czy rym celowy?
Labirynt uliczek i gruzowisk, resztek ścian (przecinek?) sterczących spod piasku jak zgnite zęby z dziąseł (i tu?) witał obietnicą udanej zasadzki.
Lipka wtedy uśmiechnęła się szeroko, widząc to niezgulstwo.
Jej uśmiech zmalał nieco, gdy zobaczyła dwa ścigające ich pojazdy. Potem przez chwilę uśmiechała się szeroko (przecinek?) widząc nagły ostrzał. – powtórzenia?
A potem obrzucono Bochena granatami (przecinek?) a grad pocisków wpadł przez tylną szybę pojazdu Lipki.
W prawym uchu wciąż jej dzwoniło po tym, jak pocisk odbił jej się od hełmu ze świstem rozcinanego powietrza. – powtórzenia?
A ty (przecinek?) jak myślisz? – spytał.
Lipka nie widziała jej twarzy, ale i tak resztki jej nadziei powoli się rozwiewały. – powtórzenie?
Pojawia się niestety błąd rzeczowy – wprowadzasz bohatera, lecz zapisujesz go w dwojaki sposób – owo imię/nazwisko/pseudonim pada kilka razy i niestety tyle masz błędów rzeczowych, bo czytelnik nie wie przecież, jak ma naprawdę być poprawnie zapisany ten wyraz: Kovarchenko, czy też: Kowarchenko.
Łatwość, z jaką schodzili coraz niżej (przecinek?) zdawała się kpić z wysiłku jaki poświęcili, by się tu wdrapać.
Często z resztą to powtarzał. – powtórzony ortograficzny?
Że każdy powinien nie tylko mówić o wielkich czynach, ale je praktykować, bo to właśnie etyka i moralność odróżnia ludzi od zwierząt. Gdyby każdy na świecie człowiek potrafił odłożyć na bok własne potrzeby i pokierować się wyższym dobrem, wszystko było by piękniejsze. – kolejny ortograficzny?; powtórzenie?
Zuzanna o wile już niżej na stoku nie mogła słyszeć jej słów, ale coś tam sobie dopowiedziała, coś zrozumiała. – nie mam pojęcia, co tu chciałeś napisać (?)
Dobro i zło, to dwie strony człowieka, tak samo jak jasno i ciemno są dwoma wartościami określającymi ogólne natężenie światła. – gramatyczny rażący? – „wartość” jest rodzaju żeńskiego, nie – męskiego
Człowiek musi obrać swoją stronę i jej się trzymać, bo jeśli raz przeważy tę szalę, już zawsze będzie to skazą na jego duszy. Jeden zły uczynek zawsze będzie plamił jego istnienie, wwiercał się w umysł, uwierał gdzieś na dnie pamięci. – powtórzenia?
Zauważyła, że ręce jej drżą (przecinek?) a oddech przyspieszył.
– Ale zostałaś – mruknął czerstwy, uśmiechając się. – literówka, tworząca od razu ortograficzny i rzeczowy?
Zamknij się z resztą, powiedziałem! – trzeci raz ten sam ortograf?
– W życiu chodzi o życie właśnie. Czasem żeby przeżyć, trzeba zrobić świństwo, rozumiem to. – powiedziała Zapałka. – Ale porządny człowiek potrafi to przyznać. – błędny zapis dialogu?
Czasem (przecinek?) żeby przeżyć, trzeba zrobić świństwo, rozumiem to.
Niestety, ja też kliczka tym razem nie dam, za dużo błędów jak na taką ilość znaków, w dodatku nie ma fantastyki, a fabuła w moim odczuciu dziwnie urwana, niedokończona. Ot, po prostu w obliczu wojny (czyli – sytuacji ekstremalnej) pokazane są prawdziwe oblicza walczących.
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)
Pecunia non olet
Ajaj, błędów mnóstwo. Nie mam pojęcia, jak tego uniknąć. Nie potrafię sprawdzać po sobie, co zresztą widać ;-P
Dziękuję za lekturę i uwagi! Kulfony koryguję czym prędzej!
Powinienem nadmienić, że nie chodzi tu o fabułę, która jest wyjątkowo nikła, ani akcję, której tak naprawdę nie ma, ani nawet budowę świata, bo na to dla mnie za mało miejsca. Jedynie o głowę Lipki. Chociaż widzę, że tu jeszcze będę musiał się nad nią pochylić….
Berig
…bardziej myślałem o Ukrainie niż o postapo…
Jeśli brak postapo w postapo nie przeszkadzał, to się cieszę. Ma być przyjemne, ostatecznie to forma rozrywki. Jestem strasznym sandałem w opowiadania, stąd pewnie konfuzja. Opowiadanko jednak z większego świata, jak najbardziej postapokaliptycznego.
…rolą zwierzyny dać się dopaść i wierzgać, gdy się ją zagryza.
O to właśnie chodziło.
Podoba mi się, że pomiędzy bielą a czernią, są tu jeszcze inne odcienie
Generalnie staram się, żeby nie było czarno-biało. Niezbyt wierzę w ludzi bez przywar, każdemu zdarzy się popełniać błędy. Podobnie więc, jak nie podoba mi się ulepszanie sweet-foci, nie lubię turbo-praworządnych do obłędu (a nawet do naiwności), podobnie jak turbo-złych. Cieszę się, że są ludzie, którzy doceniają te pośrednie odcienie :-)
Czytając zakończenie, jest nad czym pomyśleć.
Miód na moją duszę. I Ego! Ono też lubi ;-P
Bardjaskier
…w pierwszej części zacząłbym od informacji o konwoju
Myślałem o tym, ale postanowiłem pozostawić regresję. Z każdym czytam coś tam zmieniam i wiecznie wydaje mi się nie dość czytelna. To już jest opasłe jak na opowiadanie. Gdybyśmy zaczęli opowiadać wszystko chronologicznie, to sam atak wypadałoby opisać jak najbardziej szczegółowo. No ale skoro tak, to aż się prosi wspomnieć o tym, skąd oddział Czerstwego się wziął i dlaczego jest tak rozwarstwiony pod względem wieku, doświadczenia. I dlaczego taki niezżyty i niezgrany? A więc spotykamy się wszyscy w karczmie, kolejnych 50k zzs wcześniej… ;-P
przecież Lipka brała udział w napadzie, co odbiera jej prawo do takich przemyśleń, w mojej ocenie
Prawo do przemyśleń kobiecie odbierasz? :-) Lipka, chociaż może faktycznie niezbyt to widać, to wciąż niedoświadczona nastolatka, która nie tak dawno wyfrunęła spod opieki rodziców. Nie ma czystego sumienia, chociaż pewnie myśli o sobie inaczej. W pewnym momencie życzy Zapałce śmierci tylko dlatego, że chciałaby jej karabin. Jej kręgosłup moralny nie jest jeszcze stabilny. Jej dalsze rozważania to w zasadzie usprawiedliwianie decyzji, którą podjęła. Lub raczej – której nie podjęła odpowiednio szybko.
Ciekawe rozwiązanie na bezkrwawy finał.
Dziękuję. Chociaż tak naprawdę jest krwawy, ale to w domyśle.
Jim
No nie wiem…
Z tego co piszesz gdzie kamieniem nie rzucić, tam jakaś lipa… ;-P
Chciałoby się spytać: gdzie tu fantastyka? – choć pytać tak nie lubię to rzeczywiście w tym tekście nieco mi jej brakuje.
No racja. Nie pierwszy raz mi się to przytrafia, że skupiam się na brudzie i relacjach.
W sytuacji takiego napięcia / stresu nie pisze się po prostu esejów filozoficznych. Myśli są krótsze, bardziej ostre.
Na pewno dywagacje zaburzają tu tempo, jeśli w tym tekście jakiekolwiek się rozkulało. Ale generalnie chodzi tutaj tylko o głowę Lipki.
Niestety sama fabuła jest do bólu przewidywalna i nie przynosi niczego nowego.
Ale numer, ja bym się nie domyślił. Pisząc spodziewałem się jednak naparzanki. Serio. A że nic nowego nie wnosi… No nie wnosi :-)
bruce
czy myśl nie powinna być wyodrębniona?
Tak sobie postanowiłem, że będę się upierał i nie myślał kursywą. Bo mnie to osobiście irytuje :-) Pozycje rynkowe są w tym względzie wszelakie, co dodatkowo buduje mój upór :-)
czy rym celowy?
Nie. Ale jak to czytam, to mi się gęba cieszy. Więc musi zostać :-)
aliteracja celowa?
Nie. Ale czy to problem?
fabuła w moim odczuciu dziwnie urwana, niedokończona.
To nie jest całość moich grafomańskich popisów składających się na przypowieść o Lipce, ale uznałem, że to wystarczy. W tym rozmiarze jest kompletnym opowiadaniem o głowie Lipki, a zakończenie jest otwarte, ale wystarczające – wg mnie.
pokazane są prawdziwe oblicza walczących.
Mam nadzieję, że się do tego zbliżyłem.
czy myśl nie powinna być wyodrębniona?
Tak sobie postanowiłem, że będę się upierał i nie myślał kursywą. Bo mnie to osobiście irytuje :-) Pozycje rynkowe są w tym względzie wszelakie, co dodatkowo buduje mój upór :-)
A czy ja gdziekolwiek pisałam o kursywie? :)
Pozdrawiam, rozumiem, powodzenia. :)
Pecunia non olet