- Opowiadanie: Outta Sewer - Ostatni oddech lata

Ostatni oddech lata

Obraz, na podstawie którego jest to opowiadanie, wybrałem ze względu na jego tytuł - lubię, kiedy tytuły współgrają z dziełem, którego są wizytówką.

Kiedy go zobaczyłem, od razu poczułem synergię tych dwóch elementów. Mam nadzieję, że opowiadanie – choć jego treść znacząco odbiega od sielskości przestawionego przez Panią Annę krajobrazu – stanie się kolejną składową rzeczonej synergii. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Ostatni oddech lata

(Anna Słoncz, Ostatni oddech lata)

 

Blada cisza płoży się wzdłuż ścieżki. Idzie od strony ukrytej za linią drzew rzeki, mglistym oparem przygina łodygi maków, ścieka spomiędzy płatków, bezgłośnie depcze trawę. Omywa brzeg traktu, lecz brak jej śmiałości, by wedrzeć się nad czarną, ubitą ziemię, więc wnika niżej – pomiędzy korzenie traw, do wilgotnego mroku.

Jeszcze przez chwilę idę, ciężkie buciory szurają o jasne plamki kamieni, głowa kołysze się w takt kroków. Zmęczone oczy przez grube szkła spoglądają w dal, ponad kotłującymi się, coraz gęstszymi miazmatami. 

Wreszcie przystaję, zrzucam z ramion plecak, pochylam się i podnoszę jeden z szorstkich kamyków. Dobrze leży w ręce. Rzucić? Dziecięca, nierozsądna pokusa. Ściągam z nosa okulary, siadam i kładę go obok bagażu.

To już koniec. Jestem, gdzie miałem dotrzeć. Dokąd musiałem wrócić.

Niebo powoli ciemnieje, mleczny opar tryska spomiędzy kwiatów po drugiej stronie ścieżki. Gęstnieje, kłębi się, rośnie. Czerwienieje od dotyku płatków, wysysa z nich barwę. 

Poczekam jeszcze trochę.

Poczekam aż czerwień wespnie się wysoko po obu stronach. Jak wody morza, przez które Mojżesz prowadził swój lud.

 

***

 

– Kazik! Hej, hej! Kaaazik!

Umorusany sześciolatek biegnie pomiędzy skupionymi wokół niewielkich ognisk ludźmi. Bose stopy śmigają po zdeptanej, rozjeżdżonej trawie; jasna, niemal biała czupryna odbija promienie popołudniowego słońca.

– Kazik! Mam coś dla ciebie! Hej, Kazik!

Ludzie obok których malec przebiega twarze mają posępne, skupione, na niejednej malują się strach i niepewność. Ta ledwo odrosła od ziemi płowowłosa iskierka żywotności wydaje się być nie na miejscu; jej radość w mijanych ludziach budzi niechęć, jakby swoim zachowaniem dziecko celowo drwiło z ich nieszczęścia, naigrywało się z przeszłego, teraźniejszego i przyszłego bólu. Odprowadzają chłopaczka niechętnymi spojrzeniami, kręcą głowami. Zaciskają usta, żeby się z nich żadne przekleństwo nie wydostało, bo dosyć już mają przekleństw i złorzeczeń; dosyć tragedii na głowach i barkach; dosyć poczucia straty w duszach.

Chłopaczek nurkuje pod brzuchem skubiącego niespiesznie trawę wałacha, zaprzęgniętego do wyładowanej po brzegi i okrytej brezentem dwukółki, potem przebiega jeszcze kilka kroków, zatrzymuje się przy krawędzi ścieżki.

Ten, którego szukał, stoi paręnaście metrów dalej, na środku traktu. Żywo gestykulując rozmawia z dwójką innych młodych mężczyzn.

– Heeej!

Kazik spostrzega dziecko, uśmiecha się, gestem przywołuje do siebie. Potem łapie malca w biegu, podrzuca, chwyta i sadza sobie na przedramieniu.

– Co tak krzyczysz, łobuzie? – pyta z uśmiechem, wolną ręką mierzwiąc słomianą czuprynę chłopczyka. – I spójrz tylko na swoje stopy. Nie dość że brudne, to jeszcze żeś je na kamieniach poranił. Gdzie podziałeś buty?

– Do rzeki wpadłem, Kazik, wiesz, tej co za drzewami jest, o tam, dalej, za ludźmi. Z Kasią poszedłem wody nabrać i się zsunąłem i teraz mama je suszy, a babka na mnie krzyczała i jeszcze różne inne rzeczy gadała. Ale ja jej nie słucham, no wiesz, nie do końca, bo trochę słucham, ale nie, jak krzyczy…

– Franek, stój! – Kazik przerwał rwący strumień słów, kładąc palec wskazujący na ustach dziecka. – Tyle gadasz, że ja się zastanawiam, kiedy oddechy bierzesz…

– Mama też tak mówi. I babka też, i Kaśka, i…

– Dobra, już starczy, nie rozpędzaj się znowu. – Kazik postawił malca na trawie, po czym zwrócił się do towarzyszących mu mężczyzn: – Przejdźcie po obozowisku i powiedzcie ludziom, żeby się pomału zbierali. Za kwadrans ruszamy. Jeśli nic się nie wydarzy dotrzemy na przystań przed zmrokiem. No, idźcie już, zaraz do was dołączę.

Mężczyźni skwapliwie skinęli głowami i odeszli wykonać rozkaz.

– No, to gadaj, Franula, czemuś mnie szukał? Coś się stało?

– Nie, nic, ja tylko mam coś dla ciebie, bo wiesz, tam na brzegu rzeki jest jabłonka, wlazłem na nią i zerwałem kilka jabłek. – Malec wepchnął ręce głęboko w kieszenie narzuconego na lniane giezło granatowego kubraczka, po czym wyciągnął dwa niewielkie, żółte owoce. – Babka gada, że to płonki, ale są naprawdę dobre, kwaśne, ale dobre i chciałem ci kilka przynieść.

Kazik przyjął podarunek i z chrzęstem odgryzł wielki kęs jabłka. Cierpki smak wypełnił mu usta, ale nie skrzywił się, żeby nie zrobić rozpromienionemu Frankowi przykrości.

– No, trochę kwaśne – rzucił, mocno pracując szczęką. – Ale dobre. A powiedz ty mi, Francik, gdzie Kasia? Z matulą i babką?

– Kasia nad wodą była, mówiła, że się przejdzie w dół rzeki, wiesz, zanim pójdziemy dalej.

– Aha. No dobrze, zaraz ruszamy, więc biegnij do matki i powiedz jej, żeby czasu nie mitrężyły. Tylko bez butów na ścieżkę nie właź.

Chłopaczek już miał się zerwać do biegu, kiedy zatrzymał się w pół kroku, odwrócił i z zafrasowaną miną spojrzał Kazikowi w twarz.

– Kazik… A powiesz mi, kto to jest dezerter? Bo babka cały czas gada, że ty i jeszcze Jurek od Mykoniów i ten drugi, ten co stał z tobą przedtem, jesteście tchórze, bo zamiast walczyć to uciekacie i ona powiedziała, że jesteście dezertery, a potem jeszcze…

– Franek – przerwał dziecku Kazik po raz kolejny. – Nie słuchaj babki, stara jest i o wojnie nic nie wie. Jakby wiedziała, to by rozumiała, że tu przecież same baby z dziećmi i starcy uciekają, a chronić ich ktoś musi. I to właśnie robimy. Ale jak was już przeprawimy na drugi brzeg, tam gdzie inne państwo, gdzie wróg ścigać was nie będzie, to ja, Jurek i Feliks zostaniemy po naszej stronie. Będziemy walczyć i wygramy, żebyście mogli wrócić do wsi, do naszego kraju.

Na twarzy dziecka malowała się powaga, kiedy słuchał uroczystych zapewnień młodego mężczyzny. 

– A jak dostanę jakieś ordery, to wiesz… Postanowiłem, że dam ci jeden. Umowa stoi?

– Stoi! – Franek na powrót się rozpromienił, skinął głową i w podskokach pognał między zbierających się do dalszej podróży ludzi.

Kazik, kiedy tylko stracił chłopca z oczu, westchnął ciężko i podrzucił w dłoni nadgryzione, kwaśne jabłko. Obrócił je w palcach, a potem wziął zamach, po czym cisnął nim wzdłuż ścieżki, w kierunku odległej linii drzew po prawej, wyznaczających początek rzadkiego lasu.

 

***

 

Mgła kłębi się już ponad główkami maków. Jeszcze widać w niej te najbliższe.

Staruszka, prowadząca niewielki sklepik w pobliskiej wsi ostrzegała, żebym tutaj nie szedł, kiedy zapytałem ją o ścieżkę, prowadzącą wzdłuż rzeki. Ludzie stąd wciąż pamiętają. 

Ja też już pamiętam. Przypominam sobie to, co chciałem i co musiałem zapomnieć, żeby móc jakoś żyć.

Kobiecina prosiła, prawie błagała: nie idźcie tam. Z końcem lata nikt tam nie chodzi. Jesienią, zimą, na wiosnę to tak, ale nie teraz. Bo teraz mgła znad rzeki wypełza, snuje się po makach, ich kolory jak krew wypija. Tylko na ścieżkę nie wstępuje.

Wtedy nie było tam kwiatów.

A jak kto w tę mgłę wejdzie – kontynuowała – to go na następny dzień z rzeki utopionego wyławiają.

Sięgam do kieszeni i wyciągam srebrną monetę z otworem, przez który przewlekłem długi pukiel jasnych włosów.

Wtedy zamiast nich był rzemyk.

 

*** 

 

Na brzegu, pod otoczonym krzakami rozłożystym bukiem, siedziała jasnowłosa dziewczyna. Moczyła stopy w nurcie płynącej w tym miejscu dnem płytkiego jaru rzeczki, ręce miała zajęte ściskaniem podwiniętej bordowej sukienki, nuciła piosenkę.

Wpatrywała się w korony drzew na drugim brzegu. Czasem mrużyła oczy od błyskających wśród listowia promieni popołudniowego, wrześniowego słońca. Stopami mąciła wodę.

Trzask gałązki za plecami usłyszała w tym samym momencie, w którym silna dłoń zacisnęła się na jej ustach, a druga złapała ją wpół, wyciągając z wody. Potem napastnik postawił dziewczynę na ziemi i stanowczym ruchem odwrócił ku sobie. 

– Ty durny…! – uniosła się Kaśka na widok uśmiechniętej twarzy Kazika.

– Cicho! – syknął chłopak, przytykając wskazujący palec do ust. – Nie po to się tutaj spotykamy, żebyś krzykiem nam na głowy jakichś ludzi sprowadziła.

– Już myślałam, że nie przyjdziesz – fuknęła dziewczyna z pretensją.

– Przepraszam, Kasia. Z Felkiem i Jurkiem musiałem pogadać, a potem jeszcze mnie twój brat zatrzymał.

– A co ten mały znowu od ciebie chciał? Paple jak najęty, a co chwila Kazik to, a Kazik tamto, a z Kazikiem, do Kazika…

– To chyba dobrze, że mnie lubi? 

– Dobrze. Ale najlepiej by było, gdyby choć pół tego lubienia matce oddał, a babce też by się zdało. – Kasi przeszła już złość, ale nie omieszkała przywołać kpiącego uśmiechu i poczynić ostatniej kąśliwej uwagi, zanim rzuciła się Kazikowi na szyję, zasypując go pocałunkami.

Po chwili uwolniła chłopaka z miłosnego uścisku i cofnęła się o krok.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała z powagą, patrząc kochankowi głęboko w oczy.

Wyciągnęła przed siebie dłoń, na której leżała stara moneta, przebita na wylot przy krawędzi, z rzemykiem przeplecionym przez otwór.

– Co to?

– Amulet na szczęście. Żebyś wrócił do mnie cały. Wygrał wojnę i wrócił.

Kasia złapała Kazika za rękę, przyciągnęła ją i podwinęła rękaw płóciennej koszuli, którą chłopak miał na sobie. Oplotła rzemieniem nadgarstek ukochanego, tworząc z amuletu bransoletkę.

– Szczęściem się wojen nie wygrywa. Trzeba też odwagi. – Kazik opuścił rękaw, zasłaniając prezent.

– To niech to będzie, awansem, medal za odwagę.

– Mój pierwszy medal – zaśmiał się chłopak. – Najważniejszy, bo od przyszłej żony.

Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, splatając oddechy.

– Zaraz ruszamy. Idź już. – Kazik pogładził dziewczynę po policzku. – Ale wzdłuż rzeki, coby nas razem nikt nie widział.

Kaśka cmoknęła Kazika ostatni raz, po czym chłopak odwrócił się i ruszył przez krzaki, tym razem nie przejmując się czynionym hałasem. Kiedy tylko wyszedł na polanę, kroki skierował pomiędzy zbierających się niemrawo ludzi.

– No, z życiem! – zawołał. – Ruszamy! Pakować dobytek i naprzód, już niedaleko!

Szedł od czoła tego wygnańczego pochodu na sam jego tył, raz po raz wykrzykując ponaglenia do wymarszu. Kiedy dotarł na koniec, odwrócił się i z zadowoleniem zauważył, że jego słowa nie przeszły bez echa, bo cała ta masa ludzka zaczynała pełznąć do ścieżki, a potem wzdłuż niej, ku przeprawie i ocaleniu.

Kary wałach, obok którego chłopak przystanął, nagle uniósł łeb i zastrzygł uszami. Kazik spojrzał na zwierzę podejrzliwie, przechylił głowę, wytężył słuch. Wśród dźwięków ludzkiej krzątaniny i nawoływań zdało mu się, że słyszy również ciche, basowe brzęczenie.

Tknięty złym przeczuciem spojrzał na łagodne wzniesienie, z którego zeszli przed godziną, kierując się ku przystani. Na biegnącej środkiem pagórka drodze nie było niczego podejrzanego, lecz powietrze nad nim zdawało się ciemniejsze, poprzecinane wątłymi smugami tańczącej na wietrze czerni.

Kazik pomyślał najpierw, że to może dym z ogniska, albo pożar jakiś. Lecz kiedy podniósł wzrok wyżej i zauważył na tle jasnego nieba trzy nadlatujące w ich stronę kształty, zalała go fala strachu.

– Samoloty! – krzyknął z całych sił. – Kryć się! Do lasu, ludzie! Uciekać! 

 

***

 

Tumany czerwieni sięgają wyżej niż moja głowa. W wieczornym półmroku wydają się lśnić własnym blaskiem.

Siedzę wśród ciszy w tym upiornym tunelu, którego granice wyznaczają krawędzie ścieżki. Wpatruję się w wirujący miazmat. Dostrzegam w nim ludzkie oblicza. Z każdą kolejną twarzą wracają wspomnienia, z zakamarków pamięci wyłaniają się imiona i nazwiska.

Stara Wójcikowa i jej synowa, Maria. Pobrużdżona od picia starcza gęba Józka Nowaka. Nastoletnie lica córek Dybuków – Wiery i Elizy.

Jurek.

Feliks.

Pod widmową twarzą tego ostatniego ze ściany mgły wysuwa się rachityczna smuga szkarłatu. Faluje, jak macka jakiegoś morskiego stworzenia, po czym przybiera kształt przedramienia z dłonią o rozcapierzonych palcach. Wyciąga się, lecz jest zbyt wątła. Znika, nim zdoła mnie sięgnąć.

Robi się chłodno.

W głowie kręci mi się od imion i twarzy.

 

***

 

Ludzie bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki. Zamiast pójść w rozsypkę, próbowali sobie pomagać, wpadali na siebie i tworzyli ciasne grupki. 

Nad całym tym chaosem unosiła się wrzawa, a narastające brzęczenie silników latających maszyn bezlitośnie wdzierało się w każdy skrawek ciszy pomiędzy lamentami.

Kazik biegł środkiem tego bałaganu, kiedy umocowane na skrzydłach samolotów karabiny zaterkotały ołowianym staccato. Pociski wystrzelone z pierwszej maszyny przeorały łąkę, wgryzły się w glebę i ciała, wypełniły powietrze zapachem krwi oraz wzruszonej ziemi.

Dwa z trzech samolotów z rykiem przeleciały nisko nad głową Kazika, uniosły nosy i zaczęły wspinać się ku niebu. Trzeciej z maszyn nie dostrzegł, ponieważ wybuch bomby, która spadła kilkanaście metrów za jego plecami, rzucił nim w trawę.

Silny podmuch sponiewierał go, ale nie pozbawił przytomności. 

Chłopak podniósł się na czworaka. Czuł, jakby mu ktoś do głowy trocin napchał, a w mętnych oczach świat bujał się i wirował, rozmazywał w barwny kalejdoskop. W uszach słyszał tylko wysoki pisk.

Wtem ktoś złapał go za ramię, szarpnął, obrócił ku sobie.

Kilka sekund zajęło mu rozpoznanie w pochylającym się nad nim bladym bohomazie twarzy Feliksa. Przyjaciel krzyczał, lecz dźwięki dochodziły do ogłuszonego Kazika zniekształcone i stłumione, jakby znajdował się pod wodą. 

Dopiero gdy Feliks ręką wskazał kierunek i pociągnął go za sobą, Kazikowi wróciła świadomość. Stawiał właśnie pierwszy, niepewny krok, kiedy samoloty nadleciały po nawrocie i raz jeszcze wypluły z luf grad ołowiu.

Chłopak skulił się i zamknął oczy. Usłyszał świst, poczuł na policzku żar pocisku, który o włos minął jego głowę.

Uchwyt palców na ramieniu zelżał.

Kazik rozwarł powieki.

Zamiast Feliksa zobaczył krwawy strzęp o ludzkim kształcie, leżący obok, na zbryzganej czerwienią trawie. I kikut przedramienia z palcami wciąż zaciśniętymi na rękawie swojej koszuli.

Kolejny szok wpompował w tętnice Kazika jeszcze więcej adrenaliny i dopiero teraz chłopak rozejrzał się, chłonąc całym sobą grozę otaczającego go krajobrazu. Dziesiątki ciał zalegało wszędzie wokół – większość rozczłonkowana, niekompletna, posiekana wielkokalibrowymi seriami. Starcy i dzieci, kobiety i mężczyźni.

Kazik złapał uczepiony rękawa kikut, zerwał go i wyrzucił precz, pomiędzy inne ludzkie szczątki.

Gdzieś za jego plecami rozległ się przeszywający uszy zgrzyt, a potem uderzenie, od którego zadrżała ziemia.

Odwrócił głowę i zobaczył coś, o czym dotąd tylko słyszał, raz widział na zdjęciu w dzienniku, ale mimo to powątpiewał by coś takiego mogło istnieć: walcowaty stalowy korpus, w którym pomieścić by się mogła cała wieś, wsparty na sześciu pajęczych nogach wielkości zbożowych silosów. Z dwóch wysokich kominów na szczycie cylindra buchały kłęby czarnego dymu, a trzy wianuszki karabinowych luf, które rozmieszczone były u spodu, w połowie i przy górnej krawędzi walca, bezustannie poruszały się w poszukiwaniu celów i raz za razem pluły ogniem.

Jedna z przednich nóg machiny uniosła się wysoko i w akompaniamencie kolejnego zgrzytu opadła z impetem na furmankę oraz zaprzęgniętego do niej konia. Ziemia zadrżała, kiedy nieszczęsne zwierzę i jego ładunek zniknęli pod setkami ton stali, wbici głęboko w miękką glebę. Następnie wszystkie sześć nóg kolosa z sapnięciem ugięło się w stawach i jego korpus zawisł nisko nad poziomem gruntu. Na dole walca pojawiły się dwa otwory, z których po stromych rampach wysypało się mrowie żołnierzy w dziwnych, ażurowych pancerzach z żelaza.

Kazik myślał już tylko o ucieczce. Byle do drzew, do rzeki za nimi, na drugi brzeg i przez łąki, i dalej, jak najdalej od hekatomby.

Zerwał się do biegu, nie bacząc czy stąpa po ziemi, czy po trupach. Potykał się o martwe ciała, ślizgał na utopionej we krwi trawie. Słyszał zgrzyty i krzyki, klekot i płacz, lecz ani razu nie spojrzał wstecz.

Wreszcie dotarł do drzew, zeskoczył ze skarpy w środek nurtu. Rzeka nie była szeroka, nie więcej niż na cztery metry, bieg miała łagodny, a na środku, w najgłębszym punkcie, sięgała Kazikowi do połowy piersi. Pomagając sobie rękami w trzech krokach dopadł przeciwległego skraju i uczepił się długich źdźbeł traw, gęsto zwieszających się z brzegu. Podciągnął się, kiedy pomiędzy liśćmi mignęła mu jasna, niemal biała czupryna. 

Bez zastanowienia opuścił się z powrotem do wody i rozgarnął mokre liście.

W wyżłobionej przez wodę, zasłoniętej długimi trawami, przybrzeżnej jamie ukrywał się Franek. Dziecko wlepiło oczy w twarz Kazika z mieszaniną przerażenia i nadziei. Chłopak wsunął się obok malca i przyciągnął go do siebie. Pod roślinnym baldachimem ponad taflę wystawały tylko ich głowy.

– Ciii, Franula. Będzie dobrze, tylko siedź cicho, rozumiesz?

Chłopczyk kiwnął głową.

– Dobrze. – Kazik przytulił dziecko mocniej.

Trwali tak przez kilkanaście uderzeń przerażonych serc, nim doszedł ich trzask łamanych zarośli. Ktoś przedzierał się ku rzece, jednak przez wąskie, pionowe szpary w skrywającej ich zielonej zasłonie, dostrzec można było tylko samo podnóże skarpy. 

Czyjeś stopy zaszurały na zboczu. Rozległ się huk bliskiego wystrzału.

Ciało obleczone w prostą, bordową sukienkę, stoczyło się i z pluskiem wpadło do wody. Po chwili wypłynęło na powierzchnię, z bezwładnie rozrzuconymi rękami i jasnymi jak promyki słońca włosami, falującymi wokół głowy.

Głowa dziewczyny przechyliła się w bok, pusty wzrok spoczął na kryjówce za kurtyną traw.

– Kasia… – szepnął Kazik i znów poczuł w głowie trociny.

Ponownie rozległ się trzask gałęzi, coś zaklekotało mechanicznie i sapnęło. Stawiając ciężkie kroki, na brzeg zszedł żołnierz z karabinem o długiej lufie. Z zakrywającego całą głowę hełmu ciągnęło się kilka grubych przewodów, których przeciwległe końce znikały w niesionym na plecach, plującym tłustymi spalinami urządzeniu. Kolejne rurki i kable prowadziły od plecaka do posykujących siłowników, zamontowanych na oplatającym nogi, korpus i ręce stalowym szkielecie wroga.

Jeden dźwięk i obaj będą martwi.

Kazik poczuł pod ręką, jak pierś Franka unosi się gwałtownie, płuca wypełnia powietrze. Zrozumiał, co zaraz się stanie.

Jeden szloch i obaj będą martwi.

Mocno zacisnął ramię na brzuchu dziecka, drugą dłonią zamknął mu usta. Franek sięgnął rączkami, złapał Kazika za koszulę i rzemyk amuletu, szarpnął.

Jeden głośniejszy plusk i obaj będą martwi.

Pod wodą nie będzie plusku i szlochu. Kazik zmienił chwyt i wepchnął Franka głęboko pod powierzchnię. Stamtąd żadne dźwięki się nie wydostaną.

Żołnierz w pancerzu wciąż stał na brzegu, lustrował otoczenie zza pary osadzonych w hełmie owalnych soczewek.

Usta Kazika szeptały słowa modlitwy. Łagodny prąd zabrał ciało Kasi, a zza drzew przestały dochodzić krzyki i wystrzały. W zaciśniętych kurczowo dłoniach dziko szarpało się dziecko.

Kazik odmawiał piątą zdrowaśkę gdy Franek przestał walczyć.

Odmówił jeszcze dwie, zanim wróg odszedł.

I kolejne cztery, nim wyciągnął bezwładne ciałko na powierzchnię.

 

***

 

Wojna skończyła się dawno temu.

Pochłonęła miliony istnień, lecz bez mojego udziału. Do samego jej końca ukrywałem się w głuszy, w strachu zbyt wielkim, by odczuwać wstyd.

Można zepchnąć jakąś część siebie głęboko, pogrzebać ją i zapomnieć. 

Ale sny… One nie pozwolą. 

W trakcie wojny i jeszcze długo po niej – podczas życia na obczyźnie jako inny człowiek – śniłem biegnącą przez pustkę rzekę. Moją własną Lete, przemierzającą bezświetlne podziemia Hadesu. Przez wiele lat sny płynęły wraz z jej spokojnym nurtem, unosiły na powierzchni, z dala od głębin.

Aż pewnej nocy coś zaczęło mnie łapać za nogi, ściągać w dół. Uwalniałem się i uciekałem na brzeg. Po skarpie, pomiędzy drzewa, na skąpaną we krwi łąkę. Lepka czerwień kleiła się do stóp w moim szaleńczym biegu ku czarnej wstążce ścieżki. Z traw wyrastały maki, od rzeki nadchodził opar. Niebo szarzało, w mgle kłębiły się kształty.

Każdy kolejny sen prowadził mnie odrobinę dalej.

Odrobinę bliżej.

 

***

 

Niebo było tej nocy wolne od chmur, gwiazdy świeciły jasno, a garbaty księżyc barwił srebrem spokojną taflę rzeki.

Kazik ostrożnie stawiał kroki, brodząc tuż przy brzegu. Na każdy dźwięk zanurzał się w wodzie po usta i nasłuchiwał. 

Zdążał do miejsca, w którym rzeczka wpadała do wyznaczającej granice państw większej siostry. Tam znajdowała się przeprawa na drugą stronę. Tam wróg za nim nie pójdzie.

Kiedy nad ranem dotarł wreszcie do celu, nie zobaczył czekającego przy brzegu promu, pomostu z zacumowanymi doń łódkami czy drewnianej szopy przystani. Zamiast nich były wystające z wody resztki szkieletu zatopionej barki, dogasające zgliszcza oraz zalegające wokół trupy. Wiele trupów. Najeźdźcy musieli trafić tutaj na inną, czekającą na łąkach wokół przeprawy grupę uchodźców, których zmasakrowali równie bezlitośnie, jak tę, której on przewodził jeszcze kilka godzin temu. 

Na drugim brzegu, w obcym kraju, płonęły dwa ogniska. Odległość była zbyt duża, by można cokolwiek usłyszeć, ale Kazik dojrzał poruszające się w migotliwym blasku ciemne sylwetki. Przez otwarte drzwi budynku przystani po drugiej stronie właśnie ktoś wychodził. W padającym na zewnątrz prostokącie światła pojawiła się jedna postać, a zaraz za nią druga. Drzwi zamknęły się za nimi i obie utonęły w ciemnościach. 

Kazik ruszył ku resztkom drewnianej szopy, starając się trzymać skraju pobojowiska. Kiedy zatrzymał się na krawędzi głębokiego dołu, o mało do niego nie wpadając, z drugiego brzegu rozbrzmiał huk wystrzału. 

Chłopak przypadł do ziemi. Zsunął się wgłąb dziury i obserwował przeciwległy brzeg, gdzie drzwi przystani ponownie stanęły otworem, a z mroku oderwał się samotny cień i zniknął wewnątrz budynku.

To nie do niego strzelano, choć w stu procentach pewnym być nie mógł. Kazik rozejrzał się wokół, lustrując dno i krawędzie dołu. Wzdrygnął się, gdy zrozumiał, że w tym miejscu jedną ze swoich pajęczych nóg musiała postawić bojowa machina wroga. 

Odczekał jeszcze moment, po czym wygramolił się na zewnątrz i zaczął czołgać do kolejnego dołu, który na tle łąki odcinał się plamą gęstszej czerni. Po drodze mijał martwe ciała, raz czy dwa trafił dłonią na coś zimnego i śliskiego – cofał wówczas rękę z obrzydzeniem, ale nie ustawał w parciu naprzód. 

Musiał znaleźć coś, czym będzie mógł przeprawić się na drugi brzeg. Wpław nie dałby rady, zbyt daleko, a do tego nurt granicznej rzeki był silniejszy niż bieg wód jej dopływów.

Szukając po omacku wreszcie natknął się na kilka zbitych razem, nadpalonych desek, które mogły być fragmentem zniszczonego pomostu. Z trudem dociągnął tę prowizoryczną tratwę nad brzeg, zwodował i położył się na niej.

Tak jak przewidział, nurt rzeki pociągnął go ze sobą, oddalając od przystani. Było mu to na rękę, ponieważ nie wiedział jakiego traktowania może oczekiwać ze strony pilnujących drugiego brzegu żołnierzy. W końcu trwała wojna, a bratni naród, z którym dotąd handlowano i utrzymywano całkiem zażyłe kontakty, mógł teraz odwrócić się od sąsiadów w obawie przed wciągnięciem w konflikt. Takie sugestie i obawy słyszał w ostatnich dniach wiele razy, lecz dotąd je odrzucał. Teraz jednak, kiedy sam doświadczył okrucieństwa wojennej zawieruchy, stracił wcześniejszą pewność. Lepiej było nie ryzykować. 

Kiedy dotarł do połowy szerokości, zniosło go już kilkaset metrów od przystani. Zaczęło dawać znać o sobie zmęczenie – oddech przyspieszył, a mięśnie ramion piekły coraz mocniej od bezustannego wiosłowania. 

Był prawie na drugim brzegu, gdy coś złapało go za nogę i ściągnęło z tratwy.

Czyjeś dłonie uczepiły się spodni i koszuli, wciągały Kazika w głębiny. Chłopak poczuł dojmujący ból w nadgarstku, kiedy smukłe, zimne palce wsunęły się pod rzemień i silnym szarpnięciem zerwały amulet. 

Nie chciał umierać. Nie po to przeżył masakrę, dotarł tak daleko, żeby poddać się bez walki. Wziął głęboki wdech i zanurkował.

W panujących pod wodą ciemnościach na oślep sięgnął ku agresorowi. Lewą dłonią udało mu się uchwycić coś miękkiego, delikatnego w dotyku, z kolei prawą cudem natrafił na zerwaną bransoletkę. Zacisnął obie dłonie w pięści, targnął nimi ku górze, a jednocześnie pchnął nogami w dół, jakby się chciał odbić od dna. Stopy natrafiły na opór, gwałtowne szarpnięcie zerwało z koszuli chwyt napastnika.

Zdołał się wyswobodzić.

Wynurzył głowę – był tuż przy brzegu, gęsty las ciemniał nad nim w ostatnich godzinach nocy.

Nie rozwierając zaciśniętych kurczowo pięści wydostał się na brzeg. Jego serce uderzało z częstotliwością terkotu serii karabinowej, w głowie znów czuł trociny.

Naraz pomiędzy drzewami pojawiły się dwa snopy światła. Ktoś krzyknął kilka słów w obcym języku.

Chłopak w panice rzucił się w leśną gęstwę. Trzaskiem łamanych gałązek ściągnął na siebie uwagę. Usłyszał szczekliwe rozkazy, potem kilka wystrzałów, jednak żaden go nie dosięgnął.

Zatrzymał się dopiero, kiedy zastał go świt. Usiadł wśród paproci, pod omszałym pniem przewróconego drzewa, zwiesił głowę i uspokoił oddech. Spojrzał na pobielałe kłykcie wciąż zaciśniętych pięści.

Rozwarł prawą dłoń.

W jej wnętrze boleśnie wżynała się pozbawiona rzemyka, przedziurawiona moneta.

Rozwarł lewą.

Trzymał w niej pukiel długich, jasnych włosów.

 

***

 

Już pora.

Stare kości trzeszczą, kiedy wstaję.

Wyciągam przed siebie amulet, robię krok naprzód i wchodzę w opar. Sny podpowiedziały, co muszę zrobić, by zapomnieć i odzyskać spokój – tym razem już na zawsze.

To dla niego. Jedyny order, który dostałem. Niezasłużony medal.

Upuszczam go pomiędzy wyblakłe, przezroczyste maki, otwieram usta i wypełniam płuca czerwienią. 

Biorę swój ostatni oddech.

Jego ostatni.

Koniec

Komentarze

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

– Franek, stój! – Kazik przerwał rwący strumień słowotoku, kładąc palec wskazujący na ustach dziecka. – Tyle gadasz, że ja się zastanawiam, kiedy oddech bierzesz pomiędzy słowami…

Czytelnik się zorientuje, że przerwał słowotok, wystarczy stwierdzenie o położeniu palca.

 

Moczyła stopy w łagodnym nurcie płynącej w tym miejscu dnem płytkiego jaru rzeczki,

Nieco za dużo określeń. Zdanie-potykacz

 

ponieważ wybuch bomby, która spadła kilkanaście metrów za jego plecami, rzucił nim naprzód i obalił w trawę.

Oczywiste, że wybuch rzucił nim w opisywanym kierunku.

 

Kazik poczuł pod ręką, jak klatka Franka unosi się gwałtownie, płuca wypełnia powietrze. Zrozumiał, co zaraz się stanie.

Zamieniłbym klatka na żebra. W poprzednich akapitach masz wiele “steampunkowych” opisów, i słowo “klatka” budzi niejasne skojarzenia. Wyobraźnia tak szybko nie przestawia się z egzoszkieletów na organikę :)

 

ponieważ nie wiedział jakiego traktowania może oczekiwać ze strony żołnierzy pilnujących drugiej strony.

Zdanie wielokrotnie złożone, brakowało mi przecinka

 

A wrażenia ogólne: rewelacyjne. Opowiadanie zbudowane przede wszystkim na atmosferze. Akcję da się streścić w kilku zdaniach, ale liczy się sposób jej opowiedzenia, a ten jest świetny. Powolne tempo w czasie teraźniejszym, fatum ciążące nad bohaterem, opisy mgieł, niepokój, śmierć, którą można wyczytać już spomiędzy wierszy w pierwszych fragmentach, a im dalej, tym bardziej staje się oczywista.

Dla mnie było to opowiadanie, w którym wiem, co się stanie (w czasie teraźniejszym, w retrospekcji nie do końca), a mimo to pozwalam się wciągać opowieści. 

Bardzo ładnie napisane sceny w obu czasach. Dobrze użyte metafory, świetne nawiązanie do obrazu. Uśmiechnąłem się od ucha do ucha przeczytawszy zdanie o Lete, właśnie teraz o niej piszę, jakże uniwersalny wątek.

To opowiadanie pozwala zanurzyć się w świat jak w muliste wody rzeki, a potem płynąć, czy tego chcemy czy nie.

 

Ale gwoli ścisłości dodam, że bohater nie musiał topić malca. Mógł go uderzyć w splot słoneczny, nawet złamać mu żebra. Uderzyć pięścią w szczękę, ogłuszyć. Mniejsze zło. Rozumiem jednak, że było to potrzebne do zbudowania dalszych scen, a bohater jest oszołomiony atakiem i nie działa racjonalnie. Więc… nie jest to najbardziej prawdopodobny wariant, ale mogło się tak stać, jako czytelnik nie będę protestował.

 

Materiał i do biblioteki, i moim zdaniem do piórka.

Witaj Outta Sewer!

 

Frapująca historia z gęstym klimatem. Centralnym punktem jest dylemat bohatera, który w obliczu śmiertelnego zagrożenia postępuje w zasadzie racjonalnie, a mimo to jego czyn jest potworny. A może było inne wyjście niż przytrzymanie chłopca pod wodą? Czy rolą Kazika było rozstrzygać tę sytuację? A może powinien zginąć razem z Frankiem? Jak na ironię, ukochana wcześniej, “z góry”, wręcza mu amulet-medal, dla przyszłego bohatera, który później staje się wyrzutem sumienia. 

Przez chwilę przyszła mi do głowy jeszcze jedna interpretacja. Kazik wpycha Franka pod wodę, kiedy martwe ciało ukochanej Kasi wpada do rzeki. Więc czy kieruje nim zimna kalkulacja (jedna śmierć jest mniejszym złem niż dwie), czy rozpacz po uświadomieniu sobie, że Kasia nie żyje?

Dobrym kontrapunktem dla “ludowego” klimatu jest pojawienie się gigantycznego pojazdu na czterech nogach. Pojazd wprowadza element surrealistyczny i jednocześnie pokazuje w jak beznadziejnej sytuacji są uciekinierzy. Ale też każe się zastanawiać, czy rzeczywiście Kazik mógł być realną obstawą dla uciekinierów? Może od początku kierował nim strach i istotnie, był ukrytym dezerterem?

Bardzo udane opowiadanie, które zmusza do refleksji. Zgłaszam do biblioteki.

 

Detal techniczny,

Ludzie rzucili bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki.

Cześć, Outta Sewer

 Temat trudny, wojenny, ale napisałeś to w sposób tak rzetelny, że czytanie było dla mnie przyjemnością. Dopatrzyłem się kilku literówek, ale nie punktuję. Masz lekkość w pisaniu i widzę, że warsztatowo wysoki poziom. 

Bardzo dobre opowiadanie. Zalecam wyjustować tekst. 

Życzę powodzenia w konkursie.

Klik

Pozdrawiam

Hej:) Fajnie zbudowane opowiadanie. Wprowadzasz nas w świat wojny za pomocą chłopaka i zaraz budujesz więź z Kazikiem. To więź, która będzie nam towarzyszyć do samego końca. Bo to nie opowiadanie tylko o wojnie ale o tym, jak rozbija ludzi. Wiec budujesz relacje chłopak – Kazik. Nasz bohater ma też ukochną – i to chyba nie byle co, bo tam jakieś podarki lecą itp. No ale dochodzi do masakry – bardzo ładnie opisanej, swoją drogą. Nasz bohater już nie jest takim bohaterem, jak chcieliśmy go widzieć, oczami chłopaka, z początku histori. Staje się zwykłym walczącym o życie człowiekiem. Calkiem pospolitym bym powiedział. Jego zachowania, też są zwyczajne. Kalkuluje albo my obaj albo tylko dziecko – tu też mam wątpliwości z topieniem, czy to najlepsze wyjście z sytuacji. Uduszenie lub skręcenie karku wydaje się pewniejsze i bardziej dyskretne. Ale wracając, to bardzo dobry pomysł na opowiadanie, tylko zabrakło scen z chłopakiem i dziewczyną. Celowo nie używam ich imion, choć mogę to sprawdzić, bo ich nie zapamiętałem. Po jednej scenie to za mało by zbudować uczucie straty. Gdyby zrezygnować z barwnego opisu masakry albo dodać z 10 tys. znaków dla chłopaka i dziewczyny to by pozwoliło głębiej wejść w relacje między nimi, a Kazikiem. Ale to czysto subiektywne, raczej chodzi o poziom wrażliwości, a nie błąd w konstrukcji :). No i czuć tu Jakuba Różalskiego :) Ale nie dziwę się, bo jak patrzę na obraz, który wybrałeś, też widzę mechy wychodzące zza drzew :). Dodam jeszcze, że podoba mi się przesłanie, że wojna niszczy ludzi długo jeszcze po jej zakończeniu. Kilam i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Powiem wprost, @Outta_Sewer – to kompletnie nie moja bajka.

 

Pod kątem samej narracji, która brnie w trudne tematy. Ale żeby oddać tekstowi sprawiedliwość, muszę przyznać, że sam pomysł świetnie zagrał tu z obrazem. Zestawienie wiejskiej sielanki i jasnowłosego Franka z brutalnym wejściem tych kroczących, żelaznych "pająków" (wizual z silosami na nogach to bardzo konkretny, uczciwy detal) tworzy mocny kontrast.

 

Scena w rzece też wypada dobrze, bo jest surowa; zamiast lać wodę i nadmiernie dramatyzować, zostawiłeś brutalną kalkulację i odliczanie zdrowasiek. I słusznie, bo jak zawsze powtarzam: tam, gdzie autor trochę milknie, czytelnik sam zaczyna myśleć.

 

Reasumując: prefencyjnie odbiłem się od tego jak od ściany, ale od strony technicznej i wizualnego pomysłu wycisnąłeś z tego motywu to, co należało.

Kliknę :)

Bo czytałem też twoje inne teksty, niektóre siadły, niektóre nie, ale naprawdę masz ogromną wyobraźnię i przyznaję, że ja bym inaczej wziął ten obraz.

No i warsztat. Bardzo dobry. 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Hejka! 

 Bardzo dobre, ale też wymagające opowiadanie. Ma świetny klimat i ogromną siłę emocjonalną, szczególnie w drugiej połowie, kiedy zaczyna się ukazywać pełny obraz tego, co naprawdę się wydarzyło.  Opisy i atmosfera są bardzo obrazowe. Mgła, maki, cisza, powracające wspomnienia tworzą niemal filmowy nastrój. Finał jest naprawdę mocny, bo nie daje łatwego usprawiedliwienia bohatera. Czytało się przyjemnie.

Pozdrawiam.

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Siema!

Dzięki za komentarze, odniosę się do kilku pokrótce.

 

@bruce

Witam jurorkę :)

 

@marzan

Dzięki za uwagi, kilka zostanie wprowadzonych (lub już zostało).

Uśmiechnąłem się od ucha do ucha przeczytawszy zdanie o Lete, właśnie teraz o niej piszę, jakże uniwersalny wątek.

Już kiedyś użyłem Lete w jednym opowiadaniu. W ogóle ze wszystkich rzek Hadesu, Lete wydaje się najelegantsza ;) A tutaj mi spasowała metafora, dlatego została użyta.

 

Ale gwoli ścisłości dodam, że bohater nie musiał topić malca. Mógł go uderzyć w splot słoneczny, nawet złamać mu żebra. Uderzyć pięścią w szczękę, ogłuszyć.

Może wyjaśnię dokładniej, jak ja sobie wyobrażam tę scenę: dwójka ludzi schowana pod zwieszającymi się z brzegu trawami. Za tą zasłoną wyżłobione w brzegu zagłębienie, to w nim konkretnie się znajdują. Obaj są zanurzeni w wodzie po szyje. Maluch zaczyna się wiercić, zaraz wybuchnie płaczem. Tu nie ma miejsca na ruch, bo każdy ruch skupi uwagę żołnierza. 

Uderzenie w splot słoneczny – czyli gwałtowny ruch, do tego wymaga obrócenia malca tak, żeby to było możliwe. Za duże ryzyko.

Łamanie żeber – jak wyżej.

Uderzenie w szczękę, ogłuszenie – jak wyżej.

Rozumiem jednak, że było to potrzebne do zbudowania dalszych scen, a bohater jest oszołomiony atakiem i nie działa racjonalnie.

W zasadzie to cały pomysł opiera się na śmierci dziecka. Maki reprezentują zabitych w masakrze, zaś mgła jest ostatnim oddechem Franka. Ale masz rację – człowiek w sytuacji, w której znalazł się Kazik, nie działa racjonalnie, a instynktownie.

 

Więc… nie jest to najbardziej prawdopodobny wariant

Ja jednak uważam, że to właśnie jest najbardziej prawdopodobny wariant ;)

 

@kronos

 

Miło widzieć, dawno Cię chyba nie było na forum :) Albo to mnie nie ma tu za często. 

 

Jak na ironię, ukochana wcześniej, “z góry”, wręcza mu amulet-medal, dla przyszłego bohatera, który później staje się wyrzutem sumienia.

Ten motyw został dodany pod sam koniec, kiedy postanowiłem, że w scenach nieretrospektywnych zawrę coś, co będzie się odbijało w jakiś sposób w tych retrospektywnych. Kiedy doszedł amulet, byłem zmuszony nieco przebudować kilka fragmentów. 

Więc czy kieruje nim zimna kalkulacja (jedna śmierć jest mniejszym złem niż dwie), czy rozpacz po uświadomieniu sobie, że Kasia nie żyje?

Możesz interpretować, jak uważasz, jednak ja skłaniam się ku pierwszej opcji. 

Ale też każe się zastanawiać, czy rzeczywiście Kazik mógł być realną obstawą dla uciekinierów? Może od początku kierował nim strach i istotnie, był ukrytym dezerterem?

Brawa, kronosie. Tak, pierwotnie Kazik był dezerterem, nie miał zamiaru walczyć, więc gratsy, że wpadłeś na takie rozwiązanie. Jednak w trakcie pisania uznałem, że zrobię z Kazika takiego gieroja, co to chce walczyć i twierdzi, że się nie boi, ale tylko dlatego, że nie wie, jak wygląda walka, ani też nie ma świadomości, jaką potęgą dysponuje wróg. Kiedy Kazik sam doświadcza okrucieństwa wojny, kiedy zaczyna rozumieć naprzeciw czemu chce stanąć, wtedy ukazuje się jego prawdziwe oblicze, którego on sam może nawet nie był wcześniej świadom – człowieka, który chce przede wszystkim przeżyć; człowieka, który walczy, ale tylko dla siebie i swojego ocalenia.

 

@Hesket

 

Temat trudny, wojenny, ale napisałeś to w sposób tak rzetelny, że czytanie było dla mnie przyjemnością.

Staram się z tą rzetelnością. Cieszy mnie, że tutaj wyszła :)

 

@Bard

 

Uduszenie lub skręcenie karku wydaje się pewniejsze i bardziej dyskretne.

Skręcenie karku nie jest takie proste i wymaga jednak wykonania dość gwałtownego ruchu. Uduszenie… No, przecież on go dusi :/ Dość długo się zastanawiałem nad tym, i po przeprowadzeniu w głowie kilkunastu symulacji wyszło mi, że wepchnięcie pod wodę w jego sytuacji było najpewniejszym, mającym największe szanse powodzenia rozwiązaniem. Możecie twierdzić inaczej, ale nie dam sie przekonać :P

 

Po jednej scenie to za mało by zbudować uczucie straty. Gdyby zrezygnować z barwnego opisu masakry albo dodać z 10 tys. znaków dla chłopaka i dziewczyny to by pozwoliło głębiej wejść w relacje między nimi, a Kazikiem.

Rozumiem zarzut, jednak spróbuję go odeprzeć: w opowiadaniu Kasia nie odgrywa większej roli. Prawdę rzekłszy, to początkowo miała tylko jedną, krótką scenkę z Kazikiem w zaroślach. Kiedy w trakcie pisania ubzdurałem sobie motyw z amuletem, uznałem za konieczne danie jej trochę więcej miejsca: stąd scena przekazania amuletu, stąd jej śmierć i upadek do rzeki, a także jej domniemane pojawienie się na końcu, kiedy próbuje wciągnąć Kazika pod wodę i odzyskać amulet. Jednak na żadnym etapie pisania nie miałem zamiaru kierować uwagi czytelnika na relację Kazika i Kasi w kontekście doświadczenia straty. Fabularnie jej postać stanowi wsparcie dla ogólnego zamysłu, a nie dla podbudowania postaci Kazika. 

No i czuć tu Jakuba Różalskiego :) Ale nie dziwę się, bo jak patrzę na obraz, który wybrałeś, też widzę mechy wychodzące zza drzew :).

Bingo! Niedawno skończyłem ostatnie z opowiadań z tej antologii, która powstała na bazie inspiracji jego obrazami :)

 

@melendur

 

Rozumiem, mnie też zdarza się odbić od czegoś tylko dlatego, że to nie mój klimat. Ale nie do końca rozumiem, co Ci nie pasuje – to, że opowiadanie nie jest przygodówką, tylko idzie w dramat? 

(wizual z silosami na nogach to bardzo konkretny, uczciwy detal)

Bardzo mnie cieszy ta uwaga – przez jakieś dziesięć minut guglałem silosy, żeby zobaczyć, czy można uzyć takiego porównania. A potem jeszcze kilka minut poświęciłem na sprawdzenie, czy w głowie Kazika mogło ono zaistnieć.

 

zamiast lać wodę i nadmiernie dramatyzować, zostawiłeś brutalną kalkulację i odliczanie zdrowasiek.

Człowiek walczący o życie nie dramatyzuje. Zawsze śmieszą mnie przeciągnięte opisy czyjejś śmierci, bo to trąci patosem. Nie, żebym sam patosu nie stosował, ale tam gdzie trzeba działać, gdzie trzeba pokazać odruchy, nie powinno być na niego miejsca. 

 

Bo czytałem też twoje inne teksty, niektóre siadły, niektóre nie

O! Może coś konkretniej? Co siadło, a co nie? 

 

@beetwenthelines

 

Finał jest naprawdę mocny, bo nie daje łatwego usprawiedliwienia bohatera.

W moim odczuciu nie ma niczego, co by go usprawiedliwiało.

 

Dziękuję wszystkim za czas poświęcony na lekturę i podzielenie się wrażeniami.

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

Known some call is air am

@bruce

Witam jurorkę :)

heart

Pecunia non olet

to, że opowiadanie nie jest przygodówką, tylko idzie w dramat? 

Tak :) Zapewne już wiesz, że przygodówki to mój bajer i moja osobista preferencja. Fabułę naprawdę dobrą zrobiłeś i z obrazu wycisnąłeś wszystko co mogłeś do swojego pomysłu. Ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Jak wspomniałem, pomysł i zastosowania są super. Nie mniej czytałem też twoje inne dziełka, i np “Ruch jest życiem” który mi siadł bardzo (czytałem piórkowe:P), i trochę czegoś innego się spodziewałem.

Nie siadła mi chyba… tematyka blisko wojenna, a z racji tego, że mnienmam że bohaterowie są Polakami i choć nie wypowiedziałeś tego wprost, trochę mi się to skojarzyło z II wojną. Ja jakoś tak średnio lubię opki z tego z okresu, być może dlatego. Bo sama beznadzieja wojenna ok. Lecz nie wydaniu martyologii narodu polskiego, bo trudno znosiłem lektury szkolne z tego okresu :) Więc chyba właśnie chyba klimat. Ale przyczepić z technikaliów mi się niezmiernie ciężko do czegokolwiek :) Mam nadzieje, co już powatrzałem, nie bierzesz tego do siebie.

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Możecie twierdzić inaczej, ale nie dam sie przekonać :P

Jak się zrobi cieplej, trzeba będzie zrobić nowy odcinek zrobić Mythbusters: Uciszanie Franka laugh

Potem w opowiadaniu jest napisane, że on szamoce się pod wodą, więc wcale tak cicho i sprawnie nie jest. Cios w brzuch pod wodą wytworzy mniej hałasu, ale nie będę się sprzeczał.

Nigdy, przenigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby utopić malca, starałbym się odebrać mu możliwość jęczenia/płaczu. Gdyby mi się nie udało, trudno. Nie jest to warte życia. Rozumiem, że fikcyjny bohater myśli inaczej i tak został stworzony. Skupia się potem na walce o życie, znika malec, znika Kasia, zostają zredukowani do topielców, choć pośrednio lub bezpośrednio jest odpowiedzialny za ich śmierć. Trauma dusi wszystko to, co powinien czuć. Refleksja przychodzi znacznie później, czy samobójstwo zadośćuczyniło ich śmierci – nie, ale przynajmniej dało mu ukojenie.

Hej!

 

@melendur

 

“Ruch jest życiem” który mi siadł bardzo

To opowiadanie mnie prześladuje do dziś, a ja chciałem tylko napisać tekst, w którym apokalipsa została wywołana czymś, czego jeszcze nie było :P Ale rozumiem skąd taka opinia. Tylko muszę Cię zmartwić, bo “Ruch…” napisałem dość dawno temu i już chyba nie potrafię tak pisać – teraz wtykam w swoje teksty więcej rzeczy, nad którymi się zastanawiam; o których myślę pod kątem przyczyn ich zaistnienia. Czyli więcej trudnych tematów, mniej przygody.

 

a z racji tego, że mnienmam że bohaterowie są Polakami i choć nie wypowiedziałeś tego wprost, trochę mi się to skojarzyło z II wojną.

To właściwe skojarzenie. Ale uważałem, żeby nie napisać niczego na temat tożsamości wrogów, tożsamości tych zza rzeki i tak dalej.

 

Lecz nie wydaniu martyologii narodu polskiego

Tu nie ma martyrologii. Jest dramat jednostek. 

 

Mam nadzieje, co już powatrzałem, nie bierzesz tego do siebie.

Nie znamy się jeszcze za dobrze, więc powiem Ci coś, co wiedzą tutaj wszyscy – ja mało co biorę do siebie, a obrazić mnie w zasadzie nie sposób. Więc do mnie można (a nawet trzeba) prosto i bez owijania w bawełnę – jak się coś nie podoba, to luz, możemy o tym pogadać, moje ego nie jest kruche ;)

 

@marzan

 

Jak się zrobi cieplej, trzeba będzie zrobić nowy odcinek zrobić Mythbusters: Uciszanie Franka

O! I to jest pomysł. Pomysł na szorta. Zakodowane ;)

 

Potem w opowiadaniu jest napisane, że on szamoce się pod wodą, więc wcale tak cicho i sprawnie nie jest.

Zrób eksperyment, marzanie, i poproś kogoś o to, żeby poruszał się trochę pod wodą, może być nawet gwałtowanie. Ty stój na brzegu i spróbuj te ruchy usłyszeć. Niczego nie usłyszysz, gwarantuję Ci. Poza tym to walka szcześciolatka z mniej więcej osiemnastolatkiem – dziecko się szamocze, ale dla Kazika nie jest te jego szamotanie żadnym wyzwaniem. 

 

Nigdy, przenigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby utopić malca, starałbym się odebrać mu możliwość jęczenia/płaczu. Gdyby mi się nie udało, trudno. Nie jest to warte życia.

No i Kazik przecież odebrał mu mozliwość jęczenia i płaczu. Poza tym nie wiesz jakbyś się zachował, możesz tylko domniemywać :)

 

Dzięki za komentarze i dyskusję!

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

 

Podążaj za białym królikiem.

Witam panią jurorkę :)

Known some call is air am

Dobry dzień,

 

czy w drugiej i dwóch ostatnich częściach rozjechało się justowanie? 

 

Kobiecina prosiła, prawie błagała: nie idźcie tam. Z końcem lata nikt tam nie chodzi. Jesienią, zimą, na wiosnę to tak, ale nie teraz. Bo teraz mgła znad rzeki wypełza, snuje się po makach, ich kolory jak krew wypija. Tylko na ścieżkę nie wstępuje.

Wiem, że to kwestia nawiązania do obrazu i tytułu oraz budowanie klimatu, ale mgieł to chyba jednak więcej wiosną i jesienią mimo wszystko ;)

 

Trwali tak przez kilkanaście uderzeń przerażonych serc

 

To jest ładny zabieg, ale traci siłę, gdy wyżej było już coś podobnego: Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, na kilka uderzeń serca splatając oddechy.

 

Rzeka nie była szeroka, nie więcej niż na cztery metry, bieg miała łagodny, a na środku, w najgłębszym punkcie, sięgała Kazikowi do połowy piersi.

Jeden głośniejszy plusk i obaj będą martwi.

Kazik zmienił chwyt i wepchnął Franka głęboko pod powierzchnię. Stamtąd żadne dźwięki się nie wydostaną.

Ok, rzeka, która sięga dorosłemu facetowi do połowy piersi, dla dziecka jest bardzo głęboka, ale oni są przy brzegu. Jak głęboko musiałby go wepchnąć, aby dziecko w naturalnym odruchu trzepania rękami i nogami pod wodą nie wywołało żadnego plusku?

 

Poza tym drobiazgami całość bardzo na plus – tekst jest obrazowy, dobrze buduje napięcie i ma mocny, zapadający w pamięć finał. Czytało się naprawdę dobrze.

Hej!

 

Wiem, że to kwestia nawiązania do obrazu i tytułu oraz budowanie klimatu, ale mgieł to chyba jednak więcej wiosną i jesienią mimo wszystko ;)

No task, nawiązanie do obrazu, ale nawet gdyby nie było, to zarzut i tak jest nieuprawniony. Ostatni oddech lata, czyli przełom lata i jesieni, który przypada na końcówkę września. I dałęm chyba dość tropów, żeby uznać, że właśnie w tym okresie się akcja opowiadania dzieje. Poza tym – mgła częsciej pojawia się przy rzekach. Rzekę tam mam. Inna sprawa, że to nie jest naturalna mgła, tylko ostatni oddech Franka, który mgłą się objawia.

 

To jest ładny zabieg, ale traci siłę, gdy wyżej było już coś podobnego: Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, na kilka uderzeń serca splatając oddechy.

Słusznie. Już przemodelowane :)

 

Ok, rzeka, która sięga dorosłemu facetowi do połowy piersi, dla dziecka jest bardzo głęboka, ale oni są przy brzegu. Jak głęboko musiałby go wepchnąć, aby dziecko w naturalnym odruchu trzepania rękami i nogami pod wodą nie wywołało żadnego plusku?

Jeśli ręce i nogi nie przebiją powierzchni, to nie będzie plusku. W przypadku sześciolatka wystarczy żeby rzeka w miejscu kryjówki miała około siedemdziesięciu centymetrów głębokości. To takki rodzaj rzeki, który wygląda jak miejscami Pasłęka albo Zbrucz – zaraz przy brzegu jest dość głęboko.

 

 

Dzięki za lekturę i pozostawienie po sobie śladu :)

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć,

 

I dałęm chyba dość tropów, żeby uznać, że właśnie w tym okresie się akcja opowiadania dzieje.

No dałeś, dlatego zaczynam od: Wiem, że to kwestia nawiązania do obrazu i tytułu oraz budowanie klimatu ;)

 

Poza tym – mgła częsciej pojawia się przy rzekach. Rzekę tam mam. Inna sprawa, że to nie jest naturalna mgła, tylko ostatni oddech Franka, który mgłą się objawia.

 

Jasne, rozumiem koncepcję i to, że mgła nie jest tu do końca naturalnym zjawiskiem. Chodzi mi bardziej o logikę wypowiedzi staruszki. Skoro mówi, że jesienią, zimą i wiosną ludzie tam chodzą normalnie, to znaczy, że sama mgła nad rzeką nie jest tam niczym niezwykłym ani szczególnie strasznym.

A zaraz potem wynika z jej słów, że właśnie mgła jest powodem, żeby tam nie iść.

No, ale właśnie o to chodzi, że jesienią, zimą i wiosną nie pojawia się nienaturalna mgła – ona tylko z końcem lata się pojawia i wtedy tam nie wolno chodzić. Nadal nie rozumiem o co Ci chodzi, bo logika wypowiedzi tutaj nigdzie nie zgrzyta, wszystko jest jasne i staruszka nigdzie nie sugeruje, że w pozostałe okresy roku jest tam mgła albo jej nie ma, ona na ten temat słowa nie wypowiada.

Known some call is air am

Ok, rozpiszę, co mi zgrzyta. 

 

Końcem lata nikt tam nie chodzi, bo teraz mgła znad rzeki wypełza…

 

Czytam to automatycznie to jako związek przyczynowy, że nie można chodzić, bo mgła jest niebezpieczna. I myślę sobie “zaraz, przecież mgły przy rzekach pojawiają się najczęściej wiosną/jesienią” więc jest dysonans, bo wg słów staruszki te okresy są już ok na wypady nad rzekę.

 

Jasne, wiem, że w opowiadaniu chodzi o mgłę nadnaturalną i symboliczną. Problem polega tylko na tym, że w tym miejscu tekst nie sygnalizuje tego jeszcze wyraźnie.

 

Staruszka mówi: bo teraz mgła znad rzeki wypełza…, a nie np. bo wtedy wypełza ta mgła (co by ją jakoś odróżniało od zwykłego zjawiska). 

 

 

Czyli, jeśli dobrze rozumiem, masz problem z tym, że jeszcze nie wiesz czym jest mgła o której mówi staruszka. Gdybyś wiedziała, problemu by nie było. Dziwny argument. To tak jakby mieć za złe, że – rzucam pierwszy z brzegu przykład, broń Wisznu żebym się porównywał – Tolkien nie napisał wcześniej, że Gandalf nie chce iść przez Morię, bo jest tam balrog. Bo gdybyśmy wiedzieli, że jest tam balrog i czym on jest, to jako czytelnicy mielibyśmy pełniejszy obraz, już na wstępie wyklarowany i nic by nas nie zaskoczyło później. Ok, może nie lubisz być zaskakiwana, rozumiem.

A wracając do mgły znad rzeki: czytasz to automatycznie jako związek przyczynowy, że nie można tam chodzić bo mgła jest niebezpieczna. I piszesz, że masz dysonans bo zakładasz, że ze słów staruszki wynika, że pozostałe okresy są już ok. No tak, to wynika ze słów staruszki i jest zgodne z prawdą, więc gdzie ten dysonans? Ja go nie widzę, bo wszystkie założenia są u Ciebie właściwe – przeprowadziłas właściwe wnioskowanie na podstawie tego, co jest w tekście, więc zapytam raz jeszcze: where is dysonans?

Twój problem polega na tym, że tekst tego nie sygnalizuje baaaardzo wyraźnie, tylko zarysowuje. 

Piszesz: staruszka mówi: bo teraz mgła znad rzeki wypełza. Równie dobrze mogłabyś to odczytać, że tylko teraz mgła wypełza, a nigdy wcześniej ani później jej tam nie ma. I w zasadzie to mogłoby być prawda. Przy takim wnioskowaniu nadal dostrzegasz dysonans? 

OldGuard, uważam, że podniesiony zarzut to już czepialstwo wysokiego levelu i nie widzę celowości dalszej dyskusji na ten temat. Tobie się po prostu nie podoba coś, co jest w Twojej głowie, a nie w tekście. Bywa ¯\_(ツ)_/¯

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Wow, nie sądziłam, że dość niewinna uwaga wywoła w Tobie takie emocje. W porządku, jest to jakaś nauka na przyszłość, aby ich nie dawać, bo prowadzą do konfrontacji, gdzie już powoli wchodzisz w argumenty ad personam.

 

Założyłam, że dyskusje pod tekstem są wartościowe, bo pokazują różne spojrzenia na ten sam tekst – nie tylko takie, jakie autor miał w głowie. Mój błąd.

Gdzie widzisz te emocje, OG? To przecież spokojna, merytoryczna replika, którą po prostu klaruję Ci, czemu czepiasz się czegoś, czego nie ma. Dobrze założyłaś, że dyskusja pod tekstem jest wartościową, bo pokazuje różne spojrzenia, ale jeśli to spojrzenie skierowane jest nie na przedmiot dyskusji tylko na to, co się wydaje, wtedy wartość spada. A spada jeszcze bardziej, kiedy rzeczowe argumenty nie prowadzą do ewentualnej rewizji swoich tez, tylko do prób wzbudzenia u rozmówcy poczucia winy, że miał czelność się z nimi nie zgodzić.

Ja się nie chce kłócić z Tobą, ale nie mam też zamiaru przechodzić do porządku dziennego nad nieuprawnionym foszkiem, który wychodzi poza merytoryke, a wkracza na grunt emocji, które z Twojej strony są wyraźniejsze niż – jak to zarzucasz – u mnie.

Known some call is air am

Witam :]

 

Podobały mi się fragmenty w onirycznej atmosferze i topienie dzieciaka z tchórzostwa, ewentualnie z konieczności – bardzo emocjonalne. Szybko ujawniasz istnienie mgły, ale tłumaczysz sprawę stopniowo i w oparciu o pobudzające wyobraźnię scenki, więc fajnie się to czyta.

 

Nie podobało mi się tylko, jak ta maszyna krocząca wkroczyła – w sensie, ona sama w sobie jest okej, ale nie miałem (chyba że coś przegapiłem…?) wcześniej powodu podejrzewać, że jesteśmy w jakimś steampunku, czy tam dieselpunku, więc strasznie wytrąciła mnie z rytmu.

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Witaj.

Cieszy mnie, że dobrze się czytało. Scena z mechem weszła spontanicznie, ponieważ chciałem przede wszystkim pokazać odczłowieczenie najeźdźców nie tylko w kontekście popełnianych zbrodni, ale również w ich wyglądzie. A że diesel punkowa zbroja nadawała się do tego świetnie, pociągnąłem ten diesel punk jeszcze nieco dalej, dodając mecha. Rozumiem skonfundowanie, jest w pełni uprawnione, ponieważ pojawieniem się mecha stoi w silnym kontraście do wcześniejszych scen – ale też i o to mi chodziło, jak w obrazach wspomnianego Jakuba Różalskiego.

Dzięki za lekturę i opinię:)

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Cześć,

Bardzo mocne, mnie przeniosło w literaturę i filmografię portugalską, gdzie nadal rozliczają się z wojną kolonialną. Perspektywa chłopaka, który musi wybierać, a postawiony został w sytuacji, gdzie nie wybiera się i nie decyduje tylko reaguje. I dlatego potem weteran nie znajdzie zrozumienia. “Ja bym tak nie mogła”, “Ja bym tak nigdy nie zrobiła” i mój faworyt: “Jak ja bym była na jego na jego miejscu…”. A guzik człowiek wie, co by zrobił na jego miejscu.

Też maszyna krocząca – super kontrapunkt dla ludzkiej perspektywy i świetny, bardzo sensualny opis przyrody.

Echo szczególnego rodzaju literatury wojennej, trochę klimat niektórych opowiadań Strugackich gdzieś z daleka Hemingway.

Świetne opowiadanie.

Mal

„Ostatni oddech lata” mocno mnie poruszył, tak z racji opisanych wydarzeń, jak i doskonale oddanego klimatu, że o makabrze wojny nie wspomnę.

Przyszło mi przeczytać o bardzo przygnębiających sprawach, ale jednocześnie bardzo staram się zrozumieć, że w zaistniałych okolicznościach chyba nie można było inaczej. I choć Kazik przetrwał, to tamten przeszły czas pozostał z nim i w nim na zawsze.

Ze mną Twoje opowiadanie też pozostanie na długo, dlatego idę odwiedzić nominowalnię.

I bardzo mi się spodobało, że w opowiadaniu pokazałeś mecha.

 

po­chy­lam się i pod­no­szę jeden z szorst­kich oto­cza­ków. → Owszem, wspominasz, że za linią drzew jest rzeka, ale czy na drodze na pewno był otoczak?

Poza tym wydaje mi się, że otoczaki, wygładzone wodą, nie są szorstkie.

 

Zsu­nął się wgłąb dziu­ry i ob­ser­wo­wał… → Zsu­nął się w głąb dziu­ry i ob­ser­wo­wał

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Temat jest ciężki. Po przeczytaniu musiałem dać sobie dobę, zanim zdecydowałem się napisać komentarz.

Ten problem funkcjonuje w literaturze i filozofii jako dylemat wagonika. Sam kiedyś sporo go wałkowałem, pisząc opowiadanie, które akurat nie było science fiction. Dużo wtedy o tym myślałem i dlatego ten tekst mnie poruszył.

Odwrotnie niż sugerują niektóre komentarze, mnie się wydaje, że odruchem wcale nie bywa poświęcenie jednego życia. Sądzę, że w odruchu będziemy raczej ratować każde życie. Ewentualna chłodna analiza, odarta z emocji, może doprowadzić do wniosku, że lepiej dopuścić jedną śmierć niż dwie.

Ale nawet gdyby kalkulacja wskazała na takie rozwiązanie, to zostanie mnóstwo „a może…”. Może nawet gdyby dziecko zdradziło kryjówkę, wcale nie musiałyby z tego wyniknąć dwie śmierci? Może tylko jedna? A może żadna? Tego nie da się wiedzieć. Dopiero zimna kalkulacja prawdopodobieństwa – przy dużej liczbie pewnych danych i małej liczbie niewiadomych – może prowadzić do takiej brzemiennej decyzji.

Twój Kazik jest w jeszcze trudniejszej sytuacji, bo jest emocjonalnie związany z Frankiem. Zna go, lubi, jest dla niego kimś w rodzaju bohatera. To wszystko dodatkowo podnosi stawkę i sprawia, że późniejsze wyrzuty sumienia wybrzmiewają mocniej. W moim opowiadaniu sytuacja była pod tym względem łatwiejsza, bo osoba, którą trzeba było poświęcić, była dla bohatera kimś neutralnym. Pomimo to, gdy skończyłem pisanie, miałem poczucie czegoś w rodzaju wyrzutów sumienia "autora" indecision.

 

Poruszyłeś niełatwy problem. Do tego świetnie wykorzystałeś obraz pani Anny – nie tyle inspirując się nim, co wręcz absorbując go do opowiadania.

Na pewno długo będę pamiętał Twoje opowiadanie.

Gratuluję, Outta Sewerze

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Hej! 

@Mal

A guzik człowiek wie, co by zrobił na jego miejscu.

No właśnie. Możemy zakładać, ale nie możemy być pewni. 

Dziękuję Ci za tak miłą recenzję, Mal. A skoro już Ci odpowiadam tutaj, to co z Twoim tekstem? Podszlifujesz? Czy wolisz zacząć coś od nowa i nie wracać?

 

@Reg

Hello! Robię również dziękuję za miłe słowa i nominację. I fajnie, że mech Ci się podobał, bo mnie też się podoba ;) Wskazane błędy zostaną poprawione.

 

@Koala

Dzięki za odwiedziny i lekturę!

 

@Berig

Ja zawsze rozpatrywałem dylemat wagonika pod kątem nie samego aktu przestawienia (lub nieprzestawienia) zwrotnicy i dlaczego podejmuje się taką, a nie inną decyzję, a bardziej pod kątem zaistnienia możliwości, żeby to zrobić. Gdyby byli ludzie na torach, wagonik i zwrotnica, ale nie było by komu jej przestawić, to nie ma decyzji – rzeczy dzieją się, bo tak skonstruowana jest rzeczywistość. W jakim stopniu możemy na nią wpływać i czy w ogóle możemy, kierując się własnym, subiektywnym do niej podejściem? W dylemacie wagonika wpływamy wyłącznie na czyjeś życie lub śmierć, zaś w opowiadaniu Kazik sam jest zagrożony. Owszem, jest tu coś ze wspomnianego przez Ciebie problemu, ale nie na tym się skupiłem :) 

Te wyrzuty sumienia autorskie też miewam, ale trzeba się do nich przyzwyczaić – no, chyba, że wolisz pisać tylko wesołe historie z happy endem, w której bohaterami będą same polyanny. Ale mam nadzieję, że nie w takie klimaty masz zamiar celować u siebie ;)

Cieszy mnie Twoja recenzja, a także to, że uważasz opowiadanie za kompatybilne z obrazem.

 

@Holly

 

Witam jurorkę!

 

Dziękuję Wam bardzo za lekturę i komentarze.

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Outta Sewerze,

Losowe wyłapanie

Ludzie obok których malec przebiega twarze mają posępne

Przecinek po “ludzie”?

 

Wrażenie po tekście jest po jedynie pobieżnym przejrzeniu komentarzy powyżej – zapewne się powtórzę z przedpiścami.

 

Bardzo spodobał mi się język, który zastosowałeś w tym opowiadaniu. Jest on poetycki, pełen intrygujących metafor, jak “zaterkotały ołowianym staccato” – to akurat szczególnie zapamiętałem. Do tego opisy krajobrazu, również ciekawe, ładne, plastyczne – dobrze korelują z obrazem będącym inspiracją. A równocześnie ten sam język, mam wrażenie, głównie przez dialogi, ale nie tylko, ma w sobie coś ze swojskości. To uwiarygadnia narrację, jak się zdaje, prostych ludzi, uciekających przed wojną.

Robotycznych wojowników się nie spodziewałem, ale właściwie dodali temu opowiadaniu jeszcze jeden wątek. Może chciałbym choć minimalnie bardziej mieć wyjaśnione czyje państwo, z kim wojuje i dlaczego, ale ok, akceptuję, że to nie jest ważne.

Dołączam się do pewnych wątpliwości z utopieniem Franuli. Zwłaszcza, że wcześniej piszesz “Jeden dźwięk i obaj będą martwi”. Czy wsadzenie głowy pod wodę wbrew woli chłopca to nie będzie ten “dźwięk”? Nie musisz odpowiadać, bo już to powyżej zrobiłeś, nie jest to zresztą jakiś fatalny błąd logiczny, przy odrobinie dobrej woli czytelnik może to po prostu zaakceptować. I to czynię, to Ty prowadzisz tą historię i tak chciałeś to zrobić. Na pewno dramaturgia wypadła mocno.

No i jeszcze Kazik – bardzo ciekawy bohater. Zdaje się, skrajny pragmatyk, gość, który pazurami jest gotów wydrzeć losowi swoje przetrwanie, wbrew wszystkiemu i wszystkim. Ileż to mamy bohaterów, którzy od początku lub w pewnym momencie, stają się szlachetni i skłonni do poświęcenia? Wielu. Chyba potrzebowałem takiego Kazika dla odmiany.

 

Bardzo intrygujący tekst, wcale niełatwy i wcale niełatwo napisany, ale imponujący. 

 

PS: widzę, że pewien pomysł na technikę nawiązania do obrazu mieliśmy podobny, pod kątem rozbicia na przeplatające się wątki laugh

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Siema, beeeecki!

 

Jeśli chodzi o język, to staram się go dostosowywać do tego, co chcę opowiedzieć. Raz wyjdzie, raz nie :) Poza tym, od dłuższego czasu staram się też nie szarżować z metaforami, a jeśli już je wrzucam to sporadycznie, bo są jak przyprawy – trochę dla smaku, ma być je czuć, ale nie mogą dominować.

Czyje państwo, z kim wojuje i tak dalej – specjalnie nie użyłem żadnego słowa, które wskazywałoby w sposób bezpośredni jaki to konflikt. Ale po realiach, po tych kilku opisach, dotyczących ludzi i tego jak uciekają, po porze roku i wzmiankach o bratnim narodzie można chyba dojść do tego, jaki konflikt miałem na myśli, nawet pomimo dodania mechów i żołnierzy w pancerzach wspomaganych. Ale nie napiszę tego prosto z mostu nawet tutaj ;)

Topienie Franka – musiałbym Ci napisać dokładnie jak ja to sobie wizualizuję. Dziecko jest zanurzone po samą głowę, Kazikowi wystaje ponad taflę jeszcze pół klatki piersiowej pod zasłoną z traw. Kazik przyciska Franka do siebie, obejmuje go ręką na wysokości zanurzonej w wodzie piersi dziecka. Kiedy Franek nabiera tchu do krzyku, Kazik wolną ręką zamyka mu usta i mocniej przyciska do siebie. Teraz wystarczy, żeby Kazik docisnął do swojej piersi głowę dziecka i ugiął nogi, żeby samemu zanurzyć się po samą głowę. Teraz unieruchomione dziecko jest całe pod wodą, więc Kazik może je wepchnąć jeszcze głębiej, żeby ręce Franka nie przebiły tafli, powodując jakikolwiek dźwięk. 

Co do postaci Kazika, napiszę tak: tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Kazika myślał, że jest gieroj, ale po zetknięciu się ze śmiercią okazało się, że tylko tak myślał. To było to, co go sprawdziło i zweryfikowało.

I tak, masz rację, też to zauważyłem w trakcie lektury Twojego tekstu. Bardzo podobna kompozycja. Great minds think alike ;):)

Dzięki za lekturę i miły komentarz!

 

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Nowa Fantastyka