- Opowiadanie: Outta Sewer - Ostatni oddech lata

Ostatni oddech lata

Obraz, na podstawie którego jest to opowiadanie, wybrałem ze względu na jego tytuł - lubię, kiedy tytuły współgrają z dziełem, którego są wizytówką.

Kiedy go zobaczyłem, od razu poczułem synergię tych dwóch elementów. Mam nadzieję, że opowiadanie – choć jego treść znacząco odbiega od sielskości przestawionego przez Panią Annę krajobrazu – stanie się kolejną składową rzeczonej synergii. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

marzan, Bardjaskier

Oceny

Ostatni oddech lata

(Anna Słoncz, Ostatni oddech lata)

 

Blada cisza płoży się wzdłuż ścieżki. Idzie od strony ukrytej za linią drzew rzeki, mglistym oparem przygina łodygi maków, ścieka spomiędzy płatków, bezgłośnie depcze trawę. Omywa brzeg traktu, lecz brak jej śmiałości, by wedrzeć się nad czarną, ubitą ziemię, więc wnika niżej – pomiędzy korzenie traw, do wilgotnego mroku.

Jeszcze przez chwilę idę, ciężkie buciory szurają o jasne plamki kamieni, głowa kołysze się w takt kroków. Zmęczone oczy przez grube szkła spoglądają w dal, ponad kotłującymi się, coraz gęstszymi miazmatami. 

Wreszcie przystaję, zrzucam z ramion plecak, pochylam się i podnoszę jeden z szorstkich otoczaków. Dobrze leży w ręce. Rzucić? Dziecięca, nierozsądna pokusa. Ściągam z nosa okulary, siadam i kładę kamyk obok bagażu.

To już koniec. Jestem, gdzie miałem dotrzeć. Dokąd musiałem wrócić.

Niebo powoli ciemnieje, mleczny opar tryska spomiędzy kwiatów po drugiej stronie ścieżki. Gęstnieje, kłębi się, rośnie. Czerwienieje od dotyku płatków, wysysa z nich barwę. 

Poczekam jeszcze trochę.

Poczekam aż czerwień wespnie się wysoko po obu stronach. Jak wody morza, przez które Mojżesz prowadził swój lud.

 

***

 

– Kazik! Hej, hej! Kaaazik!

Umorusany sześciolatek biegnie pomiędzy skupionymi wokół niewielkich ognisk ludźmi. Bose stopy śmigają po zdeptanej, rozjeżdżonej trawie; jasna, niemal biała czupryna odbija promienie popołudniowego słońca.

– Kazik! Mam coś dla ciebie! Hej, Kazik!

Ludzie obok których malec przebiega twarze mają posępne, skupione, na niejednej malują się strach i niepewność. Ta ledwo odrosła od ziemi płowowłosa iskierka żywotności wydaje się być nie na miejscu; jej radość w mijanych ludziach budzi niechęć, jakby swoim zachowaniem dziecko celowo drwiło z ich nieszczęścia, naigrywało się z przeszłego, teraźniejszego i przyszłego bólu. Odprowadzają chłopaczka niechętnymi spojrzeniami, kręcą głowami. Zaciskają usta, żeby się z nich żadne przekleństwo nie wydostało, bo dosyć już mają przekleństw i złorzeczeń; dosyć tragedii na głowach i barkach; dosyć poczucia straty w duszach.

Chłopaczek nurkuje pod brzuchem skubiącego niespiesznie trawę wałacha, zaprzęgniętego do wyładowanej po brzegi i okrytej brezentem dwukółki, potem przebiega jeszcze kilka kroków, zatrzymuje się przy krawędzi ścieżki.

Ten, którego szukał, stoi paręnaście metrów dalej, na środku traktu. Żywo gestykulując rozmawia z dwójką innych młodych mężczyzn.

– Heeej!

Kazik spostrzega chłopaka, uśmiecha się, gestem przywołuje do siebie. Potem łapie malca w biegu, podrzuca, chwyta i sadza sobie na przedramieniu.

– Co tak krzyczysz, łobuzie? – pyta z uśmiechem, wolną ręką mierzwiąc słomianą czuprynę chłopaczka. – I spójrz tylko na swoje stopy. Nie dość że brudne, to jeszcze żeś je na kamieniach poranił. Gdzie podziałeś buty?

– Do rzeki wpadłem, Kazik, wiesz, tej co za drzewami jest, o tam, dalej, za ludźmi. Z Kasią poszedłem wody nabrać i się zsunąłem i teraz mama je suszy, a babka na mnie krzyczała i jeszcze różne inne rzeczy gadała. Ale ja jej nie słucham, no wiesz, nie do końca, bo trochę słucham, ale nie, jak krzyczy…

– Franek, stój! – Kazik przerwał rwący strumień słowotoku, kładąc palec wskazujący na ustach dziecka. – Tyle gadasz, że ja się zastanawiam, kiedy oddech bierzesz pomiędzy słowami…

– Mama też tak mówi. I babka też, i Kaśka, i…

– Dobra, już starczy, nie rozpędzaj się znowu. – Kazik postawił malca na trawie, po czym zwrócił się do towarzyszących mu mężczyzn: – Przejdźcie po obozowisku i powiedzcie ludziom, żeby się pomału zbierali. Za kwadrans ruszamy. Jeśli nic się nie wydarzy dotrzemy na przystań przed zmrokiem. No, idźcie już, zaraz do was dołączę.

Mężczyźni skwapliwie skinęli głowami i odeszli wykonać rozkaz.

– No, to gadaj, Franula, czemuś mnie szukał? Coś się stało?

– Nie, nic, ja tylko mam coś dla ciebie, bo wiesz, tam na brzegu rzeki jest jabłonka, wlazłem na nią i zerwałem kilka jabłek. – Malec wepchnął ręce głęboko w kieszenie narzuconego na lniane giezło granatowego kubraczka, po czym wyciągnął dwa niewielkie, żółte owoce. – Babka gada, że to płonki, ale są naprawdę dobre, kwaśne, ale dobre i chciałem ci kilka przynieść.

Kazik przyjął podarunek i z chrzęstem odgryzł wielki kęs jabłka. Cierpki smak wypełnił mu usta, ale nie skrzywił się, żeby nie zrobić rozpromienionemu Frankowi przykrości.

– No, trochę kwaśne – rzucił, mocno pracując szczęką. – Ale dobre. A powiedz ty mi, Francik, gdzie Kasia? Z matulą i babką?

– Kasia nad wodą była, mówiła, że się przejdzie w dół rzeki, wiesz, zanim pójdziemy dalej.

– Aha. No dobrze, zaraz ruszamy, więc biegnij do matki i powiedz jej, żeby czasu nie mitrężyły. Tylko bez butów na ścieżkę nie właź.

Chłopaczek już miał się zerwać do biegu, kiedy zatrzymał się w pół kroku, odwrócił i z zafrasowaną miną spojrzał Kazikowi w twarz.

– Kazik… A powiesz mi, kto to jest dezerter? Bo babka cały czas gada, że ty i jeszcze Jurek od Mykoniów i ten drugi, ten co stał z tobą przedtem, jesteście tchórze, bo zamiast walczyć to uciekacie i ona powiedziała, że jesteście dezertery, a potem jeszcze…

– Franek – przerwał dziecku Kazik po raz kolejny. – Nie słuchaj babki, stara jest i o wojnie nic nie wie. Jakby wiedziała, to by rozumiała, że tu przecież same baby z dziećmi i starcy uciekają, a chronić ich ktoś musi. I to właśnie robimy. Ale jak was już przeprawimy na drugi brzeg, tam gdzie inne państwo, gdzie wróg ścigać was nie będzie, to ja, Jurek i Feliks zostaniemy po naszej stronie. Będziemy walczyć i wygramy, żebyście mogli wrócić do wsi, do naszego kraju.

Na twarzy dziecka malowała się powaga, kiedy słuchał uroczystych zapewnień młodego mężczyzny. 

– A jak dostanę jakieś ordery, to wiesz… Postanowiłem, że dam ci jeden. Umowa stoi?

– Stoi! – Franek na powrót się rozpromienił, skinął głową i w podskokach pognał między zbierających się do dalszej podróży ludzi.

Kazik, kiedy tylko stracił chłopca z oczu, westchnął ciężko i podrzucił w dłoni nadgryzione, kwaśne jabłko. Obrócił je w palcach, a potem wziął zamach, po czym cisnął nim wzdłuż ścieżki, w kierunku odległej linii drzew po prawej stronie, wyznaczających początek rzadkiego lasu.

 

***

 

Mgła kłębi się już ponad główkami maków. Jeszcze widać w niej te najbliższe.

Staruszka, prowadząca niewielki sklepik w pobliskiej wsi ostrzegała, żebym tutaj nie szedł, kiedy zapytałem ją o ścieżkę, prowadzącą wzdłuż rzeki. Ludzie stąd wciąż pamiętają. 

Ja też już pamiętam. Przypominam sobie to, co chciałem i co musiałem zapomnieć, żeby móc jakoś żyć.

Kobiecina prosiła, prawie błagała: nie idźcie tam. Z końcem lata nikt tam nie chodzi. Jesienią, zimą, na wiosnę to tak, ale nie teraz. Bo teraz mgła znad rzeki wypełza, snuje się po makach, ich kolory jak krew wypija. Tylko na ścieżkę nie wstępuje.

Wtedy nie było tam kwiatów.

A jak kto w tę mgłę wejdzie – kontynuowała – to go na następny dzień z rzeki utopionego wyławiają.

Sięgam do kieszeni i wyciągam srebrną monetę z otworem, przez który przewlekłem długi pukiel jasnych włosów.

Wtedy zamiast nich był rzemyk.

 

*** 

 

Na brzegu, pod otoczonym krzakami rozłożystym bukiem, siedziała jasnowłosa dziewczyna. Moczyła stopy w nurcie płynącej w tym miejscu dnem płytkiego jaru rzeczki, ręce miała zajęte ściskaniem podwiniętej bordowej sukienki, nuciła piosenkę.

Wpatrywała się w korony drzew na drugim brzegu. Czasem mrużyła oczy od błyskających wśród listowia promieni popołudniowego, wrześniowego słońca. Stopami mąciła wodę.

Trzask gałązki za plecami usłyszała w tym samym momencie, w którym silna dłoń zacisnęła się na jej ustach, a druga złapała ją wpół, wyciągając z wody. Potem napastnik postawił dziewczynę na ziemi i stanowczym ruchem odwrócił przodem ku sobie. 

– Ty durny…! – uniosła się Kaśka na widok uśmiechniętej twarzy Kazika.

– Cicho! – syknął chłopak, przytykając wskazujący palec do ust. – Nie po to się tutaj spotykamy, żebyś krzykiem nam na głowy jakichś ludzi sprowadziła.

– Już myślałam, że nie przyjdziesz – fuknęła dziewczyna z pretensją.

– Przepraszam, Kasia. Z Felkiem i Jurkiem musiałem pogadać, a potem jeszcze mnie twój brat zatrzymał.

– A co ten mały znowu od ciebie chciał? Paple jak najęty, a co chwila Kazik to, a Kazik tamto, a z Kazikiem, do Kazika…

– To chyba dobrze, że mnie lubi? 

– Dobrze. Ale najlepiej by było, gdyby choć pół tego lubienia matce oddał, a babce też by się zdało. – Kasi przeszła już złość, ale nie omieszkała przywołać kpiącego uśmiechu i poczynić ostatniej kąśliwej uwagi, zanim rzuciła się Kazikowi na szyję, zasypując go pocałunkami.

Po chwili uwolniła chłopaka z miłosnego uścisku i cofnęła się o krok.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała z powagą, patrząc kochankowi głęboko w oczy.

Wyciągnęła przed siebie dłoń, na której leżała stara moneta, przebita na wylot przy krawędzi, z rzemykiem przeplecionym przez otwór.

– Co to?

– Amulet na szczęście. Żebyś wrócił do mnie cały. Wygrał wojnę i wrócił.

Kasia złapała Kazika za rękę, przyciągnęła ją i podwinęła rękaw płóciennej koszuli, którą chłopak miał na sobie. Oplotła rzemieniem nadgarstek ukochanego, tworząc z amuletu bransoletkę.

– Szczęściem się wojen nie wygrywa. Trzeba też odwagi. – Kazik opuścił rękaw, zasłaniając prezent.

– To niech to będzie, awansem, medal za odwagę.

– Mój pierwszy medal – zaśmiał się chłopak. – Najważniejszy, bo od przyszłej żony.

Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, na kilka uderzeń serca splatając oddechy.

– Zaraz ruszamy. Idź już. – Kazik pogładził dziewczynę po policzku. – Ale wzdłuż rzeki, coby nas razem nikt nie widział.

Kaśka cmoknęła Kazika ostatni raz, po czym chłopak odwrócił się i ruszył przez krzaki, tym razem nie przejmując się czynionym hałasem. Kiedy tylko wyszedł na polanę, kroki skierował pomiędzy zbierających się niemrawo ludzi.

– No, z życiem! – krzyknął. – Ruszamy! Zbierać dobytek i naprzód, już niedaleko!

Szedł od czoła tego wygnańczego pochodu na sam jego tył, raz po raz wykrzykując ponaglenia do wymarszu. Kiedy dotarł na koniec, odwrócił się i z zadowoleniem zauważył, że jego słowa nie przeszły bez echa, bo cała ta masa ludzka zaczynała pełznąć do ścieżki, a potem wzdłuż niej, ku przeprawie i ocaleniu.

Kary wałach, obok którego chłopak przystanął, nagle uniósł łeb i zastrzygł uszami. Kazik spojrzał na zwierzę podejrzliwie, przechylił głowę, wytężył słuch. Wśród dźwięków ludzkiej krzątaniny i nawoływań zdało mu się, że słyszy również ciche, basowe brzęczenie.

Tknięty złym przeczuciem spojrzał na łagodne wzniesienie, z którego zeszli przed godziną, kierując się ku przystani. Na biegnącej środkiem pagórka drodze nie było niczego podejrzanego, lecz powietrze nad nim zdawało się ciemniejsze, poprzecinane wątłymi smugami tańczącej na wietrze czerni.

Kazik pomyślał najpierw, że to może dym z ogniska, albo pożar jakiś. Lecz kiedy podniósł wzrok wyżej i zauważył na tle jasnego nieba trzy nadlatujące w ich stronę kształty, zalała go fala strachu.

– Samoloty! – krzyknął z całych sił, omal zdzierając gardło. – Kryć się! Do lasu, ludzie! Uciekać! 

 

***

 

Tumany czerwieni sięgają wyżej niż moja głowa. W wieczornym półmroku wydają się lśnić własnym blaskiem.

Siedzę wśród ciszy w tym upiornym tunelu, którego granice wyznaczają krawędzie ścieżki. Wpatruję się w wirujący miazmat. Dostrzegam w nim ludzkie oblicza. Z każdą kolejną twarzą wracają wspomnienia, z zakamarków pamięci wyłaniają się imiona i nazwiska.

Stara Wójcikowa i jej synowa, Maria. Pobrużdżona od picia gęba Józka Nowaka. Nastoletnie lica córek Dybuków – Wiery i Elizy.

Jurek.

Feliks.

Pod widmową twarzą tego ostatniego ze ściany mgły wysuwa się rachityczna smuga szkarłatu. Faluje, jak macka jakiegoś morskiego stworzenia, po czym przybiera kształt przedramienia z dłonią o rozcapierzonych palcach. Wyciąga się, lecz jest zbyt wątła. Znika, nim zdoła mnie sięgnąć.

Robi się chłodno.

W głowie kręci mi się od imion i twarzy.

 

***

 

Ludzie bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki. Zamiast pójść w rozsypkę, próbowali sobie pomagać, wpadali na siebie i tworzyli ciasne grupki. 

Nad całym tym chaosem unosiła się wrzawa, a narastające brzęczenie silników latających maszyn bezlitośnie wdzierało się w każdy skrawek ciszy pomiędzy lamentami.

Kazik biegł środkiem tego bałaganu, kiedy umocowane na skrzydłach samolotów karabiny zaterkotały ołowianym staccato. Pociski wystrzelone z pierwszej maszyny przeorały łąkę, wgryzły się w glebę i ciała, wypełniły powietrze zapachem krwi oraz wzruszonej ziemi.

Dwa z trzech samolotów z rykiem przeleciały nisko nad głową Kazika i poczęły się wznosić. Trzeciej z maszyn nie dostrzegł, ponieważ wybuch bomby, która spadła kilkanaście metrów za jego plecami, rzucił nim naprzód i obalił w trawę.

Silny podmuch sponiewierał go, ale nie pozbawił przytomności. 

Chłopak podniósł się na czworaka. Czuł, jakby mu ktoś do głowy trocin napchał, a w mętnych oczach świat bujał się i wirował, rozmazywał w barwny kalejdoskop. W uszach słyszał tylko wysoki pisk.

Wtem ktoś złapał go za ramię i szarpnął w górę.

Kilka sekund zajęło Kazikowi rozpoznanie w bladym bohomazie twarzy Feliksa. Przyjaciel krzyczał, ale dźwięki dochodziły do ogłuszonego chłopaka zniekształcone i stłumione, jakby znajdował się pod wodą. 

Dopiero gdy Feliks ręką wskazał kierunek i pociągnął go za sobą, do Kazika wróciła świadomość, co dzieje się wokół. Postawił pierwszy niepewny krok, kiedy samoloty po nawrocie raz jeszcze wypluły z luf grad ołowiu.

Skulił się i zamknął oczy. Usłyszał świst i poczuł na policzku żar pocisku, który o włos minął jego głowę.

Uchwyt palców na ramieniu zelżał.

Kazik rozwarł powieki.

Zamiast Feliksa dostrzegł krwawy strzęp o ludzkim kształcie, leżący obok na zbryzganej czerwienią trawie. I kikut przedramienia z palcami wciąż zaciśniętymi na rękawie koszuli.

Szok wpompował w krwiobieg chłopaka więcej adrenaliny i dopiero teraz Kazik rozejrzał się, chłonąc całym sobą grozę otaczającego go krajobrazu. Dziesiątki ciał zalegało wszędzie wokół – większość rozczłonkowana, posiekana wielkokalibrowymi seriami. Starcy i dzieci, kobiety i mężczyźni.

Kazik złapał za uczepiony rękawa kikut, zerwał go i wyrzucił precz, pomiędzy inne ludzkie szczątki.

Gdzieś za jego plecami rozległ się przeszywający uszy zgrzyt, a potem uderzenie, od którego zadrżała ziemia.

Odwrócił głowę i zobaczył coś, o czym dotąd tylko słyszał, raz widział na zdjęciu w dzienniku, ale mimo to powątpiewał by coś takiego mogło istnieć: walcowaty stalowy korpus, w którym pomieścić by się mogła cała wieś, wsparty na czterech pajęczych nogach wielkości zbożowych silosów. Z dwóch wysokich kominów na szczycie cylindra buchały kłęby czarnego dymu, a trzy wianuszki karabinowych luf, które rozmieszczone były u spodu, w połowie i przy górnej krawędzi walca, bezustannie poruszały się w poszukiwaniu celów i raz za razem pluły ogniem.

Jedna z przednich nóg machiny uniosła się w górę i w akompaniamencie kolejnego zgrzytu opadła z impetem na furmankę oraz zaprzęgniętego do niej konia. Ziemia zadrżała, kiedy nieszczęsne zwierzę i jego ładunek zniknęli pod setkami ton stali, wbici głęboko w miękką glebę. Następnie wszystkie cztery nogi kolosa ugięły się i jego korpus zawisł nisko nad poziomem gruntu. Na dole walca pojawiły się dwa otwory, z których po stromych rampach wysypało się mrowie żołnierzy w dziwnych, ażurowych pancerzach z żelaza.

Kazik myślał już tylko o ucieczce. Byle do drzew, do rzeki za nimi, na drugi brzeg i przez łąki, i dalej, jak najdalej od gehenny.

Zerwał się do biegu, nie bacząc czy stąpa po ziemi, czy po trupach. Potykał się o martwe ciała, ślizgał na oblepionej krwią trawie, słyszał zgrzyty i krzyki, klekot i płacz, ale ani razu się nie odwrócił.

Wreszcie dotarł do drzew, zeskoczył ze skarpy w środek nurtu. Rzeka nie była szeroka, nie więcej niż na cztery metry, bieg miała łagodny, a na środku, w najgłębszym punkcie, sięgała Kazikowi do połowy piersi. Pomagając sobie rękami w dwóch krokach dopadł przeciwległego skraju i uczepił się długich źdźbeł traw, gęsto zwieszających się z brzegu. Podciągnął się, kiedy pomiędzy liśćmi mignęła mu jasna, niemal biała czupryna. 

Kazik bez zastanowienia opuścił się z powrotem do wody i rozgarnął mokre liście.

W wyżłobionej przez wodę, zasłoniętej zwieszającymi się trawami przybrzeżnej jamie ukrywał się Franek. Dziecko wpatrywało się w twarz Kazika z mieszaniną przerażenia i nadziei. Chłopak wsunął się obok malca i przyciągnął go do siebie. Pod roślinnym baldachimem ponad taflę wystawały tylko ich głowy.

– Ciii, Franula. Będzie dobrze, tylko siedź cicho, rozumiesz?

Chłopczyk kiwnął głową.

– Dobrze. – Kazik przytulił dziecko mocniej i przesunął się wgłąb jamy, na ile tylko się dało.

Trwali tak przez kilkanaście uderzeń przerażonych serc, zanim doszedł ich trzask łamanych zarośli. Ktoś przedzierał się ku rzece, jednak przez wąskie, pionowe szpary w skrywającej ich zielonej zasłonie nie sposób było dostrzec górnej krawędzi skarpy. 

Czyjeś stopy zaszurały na zboczu. Rozległ się huk bliskiego wystrzału.

Ciało obleczone w prostą, bordową sukienkę, stoczyło się i z pluskiem wpadło do wody. Po chwili wypłynęło na powierzchnię, z bezwładnie rozrzuconymi rękami i jasnymi jak promyki słońca włosami, falującymi wokół głowy.

Głowa dziewczyny przechyliła się w bok, pusty wzrok spoczął na kryjówce za kurtyną traw.

– Kasia… – szepnął Kazik i znów poczuł w głowie trociny.

Ponownie rozległ się trzask gałęzi, coś zaklekotało i sapnęło. Stawiając ciężkie kroki, na brzeg zszedł żołnierz z karabinem o długiej lufie. Z zakrywającego całą głowę hełmu ciągnęło się kilka grubych przewodów, których przeciwległe końce znikały w niesionym na plecach, plującym tłustymi spalinami urządzeniu. Kolejne rurki i kable prowadziły od plecaka do posykujących siłowników, zamontowanych na oplatającym nogi, korpus i ręce stalowym szkielecie wroga.

Jeden dźwięk i obaj będą martwi.

Kazik poczuł pod ręką, jak klatka Franka unosi się gwałtownie, płuca wypełnia powietrze. Zrozumiał, co zaraz się stanie.

Jeden szloch i obaj będą martwi.

Mocno zacisnął ramię na brzuchu dziecka, drugą dłonią zamknął mu usta. Franek sięgnął rączkami, złapał Kazika za koszulę i rzemyk amuletu, szarpnął.

Jeden głośniejszy plusk i obaj będą martwi.

Pod wodą nie będzie plusku i szlochu. Stamtąd się nie wydostaną. Kazik zmienił chwyt i wepchnął Franka głęboko pod powierzchnię.

Żołnierz w pancerzu wciąż stał na brzegu, lustrował otoczenie zza pary osadzonych w hełmie owalnych soczewek.

Usta Kazika szeptały słowa modlitwy, szeroko rozwarte źrenice zawisły nieruchomo na insektoidalnej sylwetce żołnierza. Łagodny prąd uniósł ciało Kasi, zza drzew przestały dochodzić krzyki i wystrzały, w zaciśniętych kurczowo dłoniach dziko szarpało się dziecko.

Kazik odmawiał piątą zdrowaśkę gdy Franek przestał walczyć. Odmówił jeszcze dwie, zanim wróg odszedł.

I kolejne cztery, nim wyciągnął bezwładne ciałko na powierzchnię.

 

***

 

Wojna skończyła się dawno temu.

Pochłonęła miliony istnień, lecz ja trzymałem się od niej z dala. Aż do końca ukrywałem się w głuszy na obcej ziemi, w strachu zbyt wielkim, by odczuwać wstyd.

Można zepchnąć jakąś część siebie głęboko. Pogrzebać i zapomnieć. 

Ale sny… One nie pozwolą, zawsze przypomną. 

W trakcie wojny i jeszcze długo po niej – podczas życia na obczyźnie jako inny człowiek – śniłem biegnącą przez pustkę rzekę. Moją własną Lete, przemierzającą bezświetlne podziemia Hadesu. Przez wiele lat sny płynęły wraz z jej spokojnym nurtem, unosiły na powierzchni, z dala od głębin.

Aż pewnej nocy coś zaczęło mnie łapać za nogi, ściągać w dół. Uwalniałem się i uciekałem na brzeg. Po skarpie, pomiędzy drzewa, na skąpaną we krwi łąkę. Lepka czerwień kleiła się do moich stóp w panicznym biegu ku czarnej wstążce ścieżki.

Z traw wyrastały maki, zza drzew nadchodził opar. Niebo szarzało, w mgle kłębiły się kształty.

Każdy kolejny sen prowadził mnie odrobinę dalej.

Odrobinę bliżej.

 

***

 

Niebo było tej nocy wolne od chmur, gwiazdy świeciły jasno, a garbaty księżyc barwił srebrem spokojną taflę rzeki.

Kazik ostrożnie stawiał kroki, brodząc tuż przy brzegu. Na każdy dźwięk zanurzał się w wodzie po usta i nasłuchiwał. 

Zdążał do miejsca, w którym rzeczka wpadała do wyznaczającej granice państw większej siostry. Tam znajdowała się przeprawa na drugą stronę. Tam wróg za nim nie pójdzie.

Kiedy nad ranem dotarł wreszcie na miejsce, nie zobaczył jednak czekającego przy brzegu promu, pomostu z zacumowanymi doń łódkami czy drewnianej szopy przystani. Zamiast nich były wystające z wody, celujące w niebo resztki szkieletu zatopionej barki, dogasające zgliszcza oraz zalegające wokół trupy. Wiele trupów. Najeźdźcy musieli trafić tutaj na inną, czekającą na łąkach wokół przeprawy grupę uchodźców, których zmasakrowali równie bezlitośnie, jak tę, której on przewodził jeszcze kilka godzin temu. 

Na drugim brzegu, w obcym kraju, płonęły dwa ogniska. Odległość była zbyt duża, by można cokolwiek usłyszeć, ale Kazik dojrzał poruszające się w migotliwym blasku ciemne sylwetki. Przez otwarte drzwi budynku przystani po drugiej stronie właśnie ktoś wychodził. W padającym na zewnątrz prostokącie światła pojawiła się jedna postać, a zaraz za nią druga. Drzwi zamknęły się za nimi i obie utonęły w ciemnościach. 

Kazik ruszył ku resztkom drewnianej szopy, starając się trzymać skraju pobojowiska. Kiedy zatrzymał się na krawędzi głębokiego dołu, o mało do niego nie wpadając, z drugiego brzegu padł strzał. 

Chłopak przypadł do ziemi. Zsunął się wgłąb dziury i obserwował przeciwległy brzeg, gdzie drzwi przystani ponownie stanęły otworem, po czym z mroku oderwał się samotny cień i zniknął wewnątrz budynku.

To nie do niego strzelano, choć w stu procentach pewnym być nie mógł. Kazik rozejrzał się wokół, lustrując dno i krawędzie dołu. Wzdrygnął się, gdy zrozumiał, że w tym miejscu jedną ze swoich pajęczych nóg musiała postawić bojowa machina najeźdźców. 

Odczekał jeszcze moment, po czym wygramolił się na zewnątrz i zaczął czołgać do kolejnego dołu, który odcinał się na tle pogrążonej w mroku łąki plamą gęstszej czerni. Po drodze mijał martwe ciała, raz czy dwa natrafił dłonią na coś zimnego i śliskiego – cofał wówczas rękę z obrzydzeniem, ale nie ustawał w parciu naprzód. 

Musiał znaleźć coś, czym będzie mógł przeprawić się na drugi brzeg. Wpław nie dałby rady, zbyt daleko, a do tego nurt granicznej rzeki był silniejszy niż bieg wód jej dopływów.

Szukając po omacku wreszcie natknął się na kilka zbitych razem, nadpalonych desek, które mogły być fragmentem zniszczonego pomostu. Kazik z trudem dociągnął tę prowizoryczną tratwę na brzeg, zwodował i położył się na niej.

Tak jak przewidział, nurt rzeki pociągnął go ze sobą, oddalając od przystani. Było mu to na rękę, ponieważ nie wiedział jakiego traktowania może oczekiwać ze strony żołnierzy pilnujących drugiej strony. W końcu trwała wojna, a bratni naród, z którym dotąd handlowano i utrzymywano całkiem zażyłe kontakty, mógł teraz odwrócić się od sąsiadów w obawie przed wciągnięciem w konflikt. Takie sugestie i obawy słyszał w ostatnich dniach wiele razy, lecz dotąd je odrzucał. Teraz jednak, kiedy sam doświadczył okrucieństwa wojennej zawieruchy, stracił wcześniejszą pewność. Lepiej było nie ryzykować. 

Kiedy dotarł do połowy, zniosło go już kilkaset metrów od przystani. Zaczęło dawać znać o sobie zmęczenie – oddech przyspieszył, a od bezustannego machania mięśnie ramion piekły coraz mocniej. 

Był prawie na drugim brzegu, gdy coś złapało go za nogę i ściągnęło z tratwy.

Czyjeś dłonie uczepiły się spodni i koszuli, próbowały wciągnąć ofiarę pod powierzchnię. Kazik poczuł dojmujący ból, kiedy smukłe, zimne palce wysunęły się pod oplatający nadgarstek rzemień i silnym szarpnięciem zerwały amulet. 

Nie po to przeżył masakrę, nie po to dotarł aż tutaj, żeby poddać się bez walki. Wziął głęboki wdech i zanurkował.

W panującym pod wodą mroku niczego nie było widać, więc sięgnął ku napastnikowi na oślep. Lewą dłonią udało mu się uchwycić coś miękkiego oraz delikatnego w dotyku, z kolei prawą cudem natrafił na zerwaną bransoletkę. Zacisnął obie dłonie w pięści, targnął nimi w górę, a jednocześnie pchnął nogi w dół, jakby się chciał odbić od dna.

Zdołał się wyswobodzić.

Wynurzył głowę – był tuż przy brzegu, gęsty las ciemniał nad nim w ostatnich godzinach nocy.

Nie rozwierając zaciśniętych kurczowo pięści wydostał się na brzeg. Serce uderzało z częstotliwością wystrzałów serii karabinowej, w głowie znów czuł trociny.

Naraz pomiędzy drzewami pojawiły się dwa snopy światła. Ktoś krzyknął kilka słów w obcym języku.

Chłopak w panice rzucił się w leśną gęstwę. Trzaskiem łamanych gałązek ściągnął na siebie uwagę. Padły szczekliwe rozkazy, potem kilka wystrzałów, jednak żaden go nie dosięgnął.

Kazik zatrzymał się dopiero kiedy zastał go świt. Usiadł wówczas pod omszałym pniem przewróconego drzewa, zwiesił głowę i uspokoił oddech. Spojrzał na pobielałe kłykcie wciąż zaciśniętych pięści.

Rozwarł prawą dłoń.

W jej wnętrze boleśnie wżynała się pozbawiona rzemyka, przedziurawiona moneta.

Rozwarł lewą.

Trzymał w niej pukiel długich, jasnych włosów.

 

***

 

Już pora.

Stare kości trzeszczą, kiedy wstaję. Wyciągam przed siebie amulet, robię krok naprzód i wchodzę w mgłę. Sny podpowiedziały mi co muszę zrobić, by zapomnieć i odzyskać spokój – tym razem już na zawsze.

To dla niego, jedyny order, który dostałem. Medal na który nie zasłużyłem.

Upuszczam go pomiędzy wyblakłe, przezroczyste maki, otwieram usta i wypełniam płuca czerwoną mgłą. 

Biorę swój ostatni oddech.

Jego oddech.

Koniec

Komentarze

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

– Franek, stój! – Kazik przerwał rwący strumień słowotoku, kładąc palec wskazujący na ustach dziecka. – Tyle gadasz, że ja się zastanawiam, kiedy oddech bierzesz pomiędzy słowami…

Czytelnik się zorientuje, że przerwał słowotok, wystarczy stwierdzenie o położeniu palca.

 

Moczyła stopy w łagodnym nurcie płynącej w tym miejscu dnem płytkiego jaru rzeczki,

Nieco za dużo określeń. Zdanie-potykacz

 

ponieważ wybuch bomby, która spadła kilkanaście metrów za jego plecami, rzucił nim naprzód i obalił w trawę.

Oczywiste, że wybuch rzucił nim w opisywanym kierunku.

 

Kazik poczuł pod ręką, jak klatka Franka unosi się gwałtownie, płuca wypełnia powietrze. Zrozumiał, co zaraz się stanie.

Zamieniłbym klatka na żebra. W poprzednich akapitach masz wiele “steampunkowych” opisów, i słowo “klatka” budzi niejasne skojarzenia. Wyobraźnia tak szybko nie przestawia się z egzoszkieletów na organikę :)

 

ponieważ nie wiedział jakiego traktowania może oczekiwać ze strony żołnierzy pilnujących drugiej strony.

Zdanie wielokrotnie złożone, brakowało mi przecinka

 

A wrażenia ogólne: rewelacyjne. Opowiadanie zbudowane przede wszystkim na atmosferze. Akcję da się streścić w kilku zdaniach, ale liczy się sposób jej opowiedzenia, a ten jest świetny. Powolne tempo w czasie teraźniejszym, fatum ciążące nad bohaterem, opisy mgieł, niepokój, śmierć, którą można wyczytać już spomiędzy wierszy w pierwszych fragmentach, a im dalej, tym bardziej staje się oczywista.

Dla mnie było to opowiadanie, w którym wiem, co się stanie (w czasie teraźniejszym, w retrospekcji nie do końca), a mimo to pozwalam się wciągać opowieści. 

Bardzo ładnie napisane sceny w obu czasach. Dobrze użyte metafory, świetne nawiązanie do obrazu. Uśmiechnąłem się od ucha do ucha przeczytawszy zdanie o Lete, właśnie teraz o niej piszę, jakże uniwersalny wątek.

To opowiadanie pozwala zanurzyć się w świat jak w muliste wody rzeki, a potem płynąć, czy tego chcemy czy nie.

 

Ale gwoli ścisłości dodam, że bohater nie musiał topić malca. Mógł go uderzyć w splot słoneczny, nawet złamać mu żebra. Uderzyć pięścią w szczękę, ogłuszyć. Mniejsze zło. Rozumiem jednak, że było to potrzebne do zbudowania dalszych scen, a bohater jest oszołomiony atakiem i nie działa racjonalnie. Więc… nie jest to najbardziej prawdopodobny wariant, ale mogło się tak stać, jako czytelnik nie będę protestował.

 

Materiał i do biblioteki, i moim zdaniem do piórka.

Witaj Outta Sewer!

 

Frapująca historia z gęstym klimatem. Centralnym punktem jest dylemat bohatera, który w obliczu śmiertelnego zagrożenia postępuje w zasadzie racjonalnie, a mimo to jego czyn jest potworny. A może było inne wyjście niż przytrzymanie chłopca pod wodą? Czy rolą Kazika było rozstrzygać tę sytuację? A może powinien zginąć razem z Frankiem? Jak na ironię, ukochana wcześniej, “z góry”, wręcza mu amulet-medal, dla przyszłego bohatera, który później staje się wyrzutem sumienia. 

Przez chwilę przyszła mi do głowy jeszcze jedna interpretacja. Kazik wpycha Franka pod wodę, kiedy martwe ciało ukochanej Kasi wpada do rzeki. Więc czy kieruje nim zimna kalkulacja (jedna śmierć jest mniejszym złem niż dwie), czy rozpacz po uświadomieniu sobie, że Kasia nie żyje?

Dobrym kontrapunktem dla “ludowego” klimatu jest pojawienie się gigantycznego pojazdu na czterech nogach. Pojazd wprowadza element surrealistyczny i jednocześnie pokazuje w jak beznadziejnej sytuacji są uciekinierzy. Ale też każe się zastanawiać, czy rzeczywiście Kazik mógł być realną obstawą dla uciekinierów? Może od początku kierował nim strach i istotnie, był ukrytym dezerterem?

Bardzo udane opowiadanie, które zmusza do refleksji. Zgłaszam do biblioteki.

 

Detal techniczny,

Ludzie rzucili bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki.

Cześć, Outta Sewer

 Temat trudny, wojenny, ale napisałeś to w sposób tak rzetelny, że czytanie było dla mnie przyjemnością. Dopatrzyłem się kilku literówek, ale nie punktuję. Masz lekkość w pisaniu i widzę, że warsztatowo wysoki poziom. 

Bardzo dobre opowiadanie. Zalecam wyjustować tekst. 

Życzę powodzenia w konkursie.

Klik

Pozdrawiam

Hej:) Fajnie zbudowane opowiadanie. Wprowadzasz nas w świat wojny za pomocą chłopaka i zaraz budujesz więź z Kazikiem. To więź, która będzie nam towarzyszyć do samego końca. Bo to nie opowiadanie tylko o wojnie ale o tym, jak rozbija ludzi. Wiec budujesz relacje chłopak – Kazik. Nasz bohater ma też ukochną – i to chyba nie byle co, bo tam jakieś podarki lecą itp. No ale dochodzi do masakry – bardzo ładnie opisanej, swoją drogą. Nasz bohater już nie jest takim bohaterem, jak chcieliśmy go widzieć, oczami chłopaka, z początku histori. Staje się zwykłym walczącym o życie człowiekiem. Calkiem pospolitym bym powiedział. Jego zachowania, też są zwyczajne. Kalkuluje albo my obaj albo tylko dziecko – tu też mam wątpliwości z topieniem, czy to najlepsze wyjście z sytuacji. Uduszenie lub skręcenie karku wydaje się pewniejsze i bardziej dyskretne. Ale wracając, to bardzo dobry pomysł na opowiadanie, tylko zabrakło scen z chłopakiem i dziewczyną. Celowo nie używam ich imion, choć mogę to sprawdzić, bo ich nie zapamiętałem. Po jednej scenie to za mało by zbudować uczucie straty. Gdyby zrezygnować z barwnego opisu masakry albo dodać z 10 tys. znaków dla chłopaka i dziewczyny to by pozwoliło głębiej wejść w relacje między nimi, a Kazikiem. Ale to czysto subiektywne, raczej chodzi o poziom wrażliwości, a nie błąd w konstrukcji :). No i czuć tu Jakuba Różalskiego :) Ale nie dziwę się, bo jak patrzę na obraz, który wybrałeś, też widzę mechy wychodzące zza drzew :). Dodam jeszcze, że podoba mi się przesłanie, że wojna niszczy ludzi długo jeszcze po jej zakończeniu. Kilam i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Powiem wprost, @Outta_Sewer – to kompletnie nie moja bajka.

 

Pod kątem samej narracji, która brnie w trudne tematy. Ale żeby oddać tekstowi sprawiedliwość, muszę przyznać, że sam pomysł świetnie zagrał tu z obrazem. Zestawienie wiejskiej sielanki i jasnowłosego Franka z brutalnym wejściem tych kroczących, żelaznych "pająków" (wizual z silosami na nogach to bardzo konkretny, uczciwy detal) tworzy mocny kontrast.

 

Scena w rzece też wypada dobrze, bo jest surowa; zamiast lać wodę i nadmiernie dramatyzować, zostawiłeś brutalną kalkulację i odliczanie zdrowasiek. I słusznie, bo jak zawsze powtarzam: tam, gdzie autor trochę milknie, czytelnik sam zaczyna myśleć.

 

Reasumując: prefencyjnie odbiłem się od tego jak od ściany, ale od strony technicznej i wizualnego pomysłu wycisnąłeś z tego motywu to, co należało.

Kliknę :)

Bo czytałem też twoje inne teksty, niektóre siadły, niektóre nie, ale naprawdę masz ogromną wyobraźnię i przyznaję, że ja bym inaczej wziął ten obraz.

No i warsztat. Bardzo dobry. 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Hejka! 

 Bardzo dobre, ale też wymagające opowiadanie. Ma świetny klimat i ogromną siłę emocjonalną, szczególnie w drugiej połowie, kiedy zaczyna się ukazywać pełny obraz tego, co naprawdę się wydarzyło.  Opisy i atmosfera są bardzo obrazowe. Mgła, maki, cisza, powracające wspomnienia tworzą niemal filmowy nastrój. Finał jest naprawdę mocny, bo nie daje łatwego usprawiedliwienia bohatera. Czytało się przyjemnie.

Pozdrawiam.

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Siema!

Dzięki za komentarze, odniosę się do kilku pokrótce.

 

@bruce

Witam jurorkę :)

 

@marzan

Dzięki za uwagi, kilka zostanie wprowadzonych (lub już zostało).

Uśmiechnąłem się od ucha do ucha przeczytawszy zdanie o Lete, właśnie teraz o niej piszę, jakże uniwersalny wątek.

Już kiedyś użyłem Lete w jednym opowiadaniu. W ogóle ze wszystkich rzek Hadesu, Lete wydaje się najelegantsza ;) A tutaj mi spasowała metafora, dlatego została użyta.

 

Ale gwoli ścisłości dodam, że bohater nie musiał topić malca. Mógł go uderzyć w splot słoneczny, nawet złamać mu żebra. Uderzyć pięścią w szczękę, ogłuszyć.

Może wyjaśnię dokładniej, jak ja sobie wyobrażam tę scenę: dwójka ludzi schowana pod zwieszającymi się z brzegu trawami. Za tą zasłoną wyżłobione w brzegu zagłębienie, to w nim konkretnie się znajdują. Obaj są zanurzeni w wodzie po szyje. Maluch zaczyna się wiercić, zaraz wybuchnie płaczem. Tu nie ma miejsca na ruch, bo każdy ruch skupi uwagę żołnierza. 

Uderzenie w splot słoneczny – czyli gwałtowny ruch, do tego wymaga obrócenia malca tak, żeby to było możliwe. Za duże ryzyko.

Łamanie żeber – jak wyżej.

Uderzenie w szczękę, ogłuszenie – jak wyżej.

Rozumiem jednak, że było to potrzebne do zbudowania dalszych scen, a bohater jest oszołomiony atakiem i nie działa racjonalnie.

W zasadzie to cały pomysł opiera się na śmierci dziecka. Maki reprezentują zabitych w masakrze, zaś mgła jest ostatnim oddechem Franka. Ale masz rację – człowiek w sytuacji, w której znalazł się Kazik, nie działa racjonalnie, a instynktownie.

 

Więc… nie jest to najbardziej prawdopodobny wariant

Ja jednak uważam, że to właśnie jest najbardziej prawdopodobny wariant ;)

 

@kronos

 

Miło widzieć, dawno Cię chyba nie było na forum :) Albo to mnie nie ma tu za często. 

 

Jak na ironię, ukochana wcześniej, “z góry”, wręcza mu amulet-medal, dla przyszłego bohatera, który później staje się wyrzutem sumienia.

Ten motyw został dodany pod sam koniec, kiedy postanowiłem, że w scenach nieretrospektywnych zawrę coś, co będzie się odbijało w jakiś sposób w tych retrospektywnych. Kiedy doszedł amulet, byłem zmuszony nieco przebudować kilka fragmentów. 

Więc czy kieruje nim zimna kalkulacja (jedna śmierć jest mniejszym złem niż dwie), czy rozpacz po uświadomieniu sobie, że Kasia nie żyje?

Możesz interpretować, jak uważasz, jednak ja skłaniam się ku pierwszej opcji. 

Ale też każe się zastanawiać, czy rzeczywiście Kazik mógł być realną obstawą dla uciekinierów? Może od początku kierował nim strach i istotnie, był ukrytym dezerterem?

Brawa, kronosie. Tak, pierwotnie Kazik był dezerterem, nie miał zamiaru walczyć, więc gratsy, że wpadłeś na takie rozwiązanie. Jednak w trakcie pisania uznałem, że zrobię z Kazika takiego gieroja, co to chce walczyć i twierdzi, że się nie boi, ale tylko dlatego, że nie wie, jak wygląda walka, ani też nie ma świadomości, jaką potęgą dysponuje wróg. Kiedy Kazik sam doświadcza okrucieństwa wojny, kiedy zaczyna rozumieć naprzeciw czemu chce stanąć, wtedy ukazuje się jego prawdziwe oblicze, którego on sam może nawet nie był wcześniej świadom – człowieka, który chce przede wszystkim przeżyć; człowieka, który walczy, ale tylko dla siebie i swojego ocalenia.

 

@Hesket

 

Temat trudny, wojenny, ale napisałeś to w sposób tak rzetelny, że czytanie było dla mnie przyjemnością.

Staram się z tą rzetelnością. Cieszy mnie, że tutaj wyszła :)

 

@Bard

 

Uduszenie lub skręcenie karku wydaje się pewniejsze i bardziej dyskretne.

Skręcenie karku nie jest takie proste i wymaga jednak wykonania dość gwałtownego ruchu. Uduszenie… No, przecież on go dusi :/ Dość długo się zastanawiałem nad tym, i po przeprowadzeniu w głowie kilkunastu symulacji wyszło mi, że wepchnięcie pod wodę w jego sytuacji było najpewniejszym, mającym największe szanse powodzenia rozwiązaniem. Możecie twierdzić inaczej, ale nie dam sie przekonać :P

 

Po jednej scenie to za mało by zbudować uczucie straty. Gdyby zrezygnować z barwnego opisu masakry albo dodać z 10 tys. znaków dla chłopaka i dziewczyny to by pozwoliło głębiej wejść w relacje między nimi, a Kazikiem.

Rozumiem zarzut, jednak spróbuję go odeprzeć: w opowiadaniu Kasia nie odgrywa większej roli. Prawdę rzekłszy, to początkowo miała tylko jedną, krótką scenkę z Kazikiem w zaroślach. Kiedy w trakcie pisania ubzdurałem sobie motyw z amuletem, uznałem za konieczne danie jej trochę więcej miejsca: stąd scena przekazania amuletu, stąd jej śmierć i upadek do rzeki, a także jej domniemane pojawienie się na końcu, kiedy próbuje wciągnąć Kazika pod wodę i odzyskać amulet. Jednak na żadnym etapie pisania nie miałem zamiaru kierować uwagi czytelnika na relację Kazika i Kasi w kontekście doświadczenia straty. Fabularnie jej postać stanowi wsparcie dla ogólnego zamysłu, a nie dla podbudowania postaci Kazika. 

No i czuć tu Jakuba Różalskiego :) Ale nie dziwę się, bo jak patrzę na obraz, który wybrałeś, też widzę mechy wychodzące zza drzew :).

Bingo! Niedawno skończyłem ostatnie z opowiadań z tej antologii, która powstała na bazie inspiracji jego obrazami :)

 

@melendur

 

Rozumiem, mnie też zdarza się odbić od czegoś tylko dlatego, że to nie mój klimat. Ale nie do końca rozumiem, co Ci nie pasuje – to, że opowiadanie nie jest przygodówką, tylko idzie w dramat? 

(wizual z silosami na nogach to bardzo konkretny, uczciwy detal)

Bardzo mnie cieszy ta uwaga – przez jakieś dziesięć minut guglałem silosy, żeby zobaczyć, czy można uzyć takiego porównania. A potem jeszcze kilka minut poświęciłem na sprawdzenie, czy w głowie Kazika mogło ono zaistnieć.

 

zamiast lać wodę i nadmiernie dramatyzować, zostawiłeś brutalną kalkulację i odliczanie zdrowasiek.

Człowiek walczący o życie nie dramatyzuje. Zawsze śmieszą mnie przeciągnięte opisy czyjejś śmierci, bo to trąci patosem. Nie, żebym sam patosu nie stosował, ale tam gdzie trzeba działać, gdzie trzeba pokazać odruchy, nie powinno być na niego miejsca. 

 

Bo czytałem też twoje inne teksty, niektóre siadły, niektóre nie

O! Może coś konkretniej? Co siadło, a co nie? 

 

@beetwenthelines

 

Finał jest naprawdę mocny, bo nie daje łatwego usprawiedliwienia bohatera.

W moim odczuciu nie ma niczego, co by go usprawiedliwiało.

 

Dziękuję wszystkim za czas poświęcony na lekturę i podzielenie się wrażeniami.

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

Known some call is air am

@bruce

Witam jurorkę :)

heart

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka