- Opowiadanie: Outta Sewer - Ostatni oddech lata

Ostatni oddech lata

Obraz, na podstawie którego jest to opowiadanie, wybrałem ze względu na jego tytuł - lubię, kiedy tytuły współgrają z dziełem, którego są wizytówką.

Kiedy go zobaczyłem, od razu poczułem synergię tych dwóch elementów. Mam nadzieję, że opowiadanie – choć jego treść znacząco odbiega od sielskości przestawionego przez Panią Annę krajobrazu – stanie się kolejną składową rzeczonej synergii. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Ostatni oddech lata

(Anna Słoncz, Ostatni oddech lata)

 

Blada cisza płoży się wzdłuż ścieżki. Idzie od strony ukrytej za linią drzew rzeki, mglistym oparem przygina łodygi maków, ścieka spomiędzy płatków, bezgłośnie depcze trawę. Omywa brzeg traktu, lecz brak jej śmiałości, by wedrzeć się nad czarną, ubitą ziemię, więc wnika niżej – pomiędzy korzenie traw, do wilgotnego mroku.

Jeszcze przez chwilę idę, ciężkie buciory szurają o jasne plamki kamieni, głowa kołysze się w takt kroków. Zmęczone oczy przez grube szkła spoglądają w dal, ponad kotłującymi się, coraz gęstszymi miazmatami. 

Wreszcie przystaję, zrzucam z ramion plecak, pochylam się i podnoszę jeden z szorstkich kamyków. Dobrze leży w ręce. Rzucić? Dziecięca, nierozsądna pokusa. Ściągam z nosa okulary, siadam i kładę go obok bagażu.

To już koniec. Jestem, gdzie miałem dotrzeć. Dokąd musiałem wrócić.

Niebo powoli ciemnieje, mleczny opar tryska spomiędzy kwiatów po drugiej stronie ścieżki. Gęstnieje, kłębi się, rośnie. Czerwienieje od dotyku płatków, wysysa z nich barwę. 

Poczekam jeszcze trochę.

Poczekam aż czerwień wespnie się wysoko po obu stronach. Jak wody morza, przez które Mojżesz prowadził swój lud.

 

***

 

– Kazik! Hej, hej! Kaaazik!

Umorusany sześciolatek biegnie pomiędzy skupionymi wokół niewielkich ognisk ludźmi. Bose stopy śmigają po zdeptanej, rozjeżdżonej trawie; jasna jak środek lata czupryna odbija promienie popołudniowego słońca.

– Kazik! Mam coś dla ciebie! Hej, Kazik!

Twarze kobiet i mężczyzn, obok których malec przebiega są posępne, skupione, na niejednej malują się strach i niepewność. Ta ledwo odrosła od ziemi płowowłosa iskierka żywotności wydaje się być nie na miejscu; jej radość budzi w ludziach niechęć, jakby swoim zachowaniem dziecko celowo drwiło z ich nieszczęścia, naigrywało się z przeszłego, teraźniejszego i przyszłego bólu. Odprowadzają chłopaczka niechętnymi spojrzeniami, kręcą głowami. Zaciskają usta, żeby się z nich żadne przekleństwo nie wydostało, bo dosyć już mają przekleństw i złorzeczeń. Dosyć tragedii na głowach i barkach, dosyć poczucia straty w duszach.

Chłopaczek nurkuje pod brzuchem skubiącego niespiesznie trawę wałacha, zaprzęgniętego do wyładowanej po brzegi i okrytej brezentem dwukółki, potem przebiega jeszcze kilka kroków, zatrzymuje się przy krawędzi ścieżki.

Ten, którego szukał, stoi paręnaście metrów dalej, na środku traktu. Żywo gestykulując rozmawia z dwójką innych młodych mężczyzn.

– Heeej!

Kazik spostrzega dziecko, uśmiecha się, gestem przywołuje do siebie. Potem łapie malca w biegu, podrzuca, chwyta i sadza sobie na przedramieniu.

– Co tak krzyczysz, łobuzie? – pyta z uśmiechem, wolną ręką mierzwiąc słomianą czuprynę chłopczyka. – I spójrz tylko na swoje stopy. Nie dość że brudne, to jeszcze żeś je na kamieniach poranił. Gdzie podziałeś buty?

– Do rzeki wpadłem, Kazik, wiesz, tej co za drzewami jest, o tam, dalej, za ludźmi. Z Kasią poszedłem wody nabrać i się zsunąłem i teraz mama je suszy, a babka na mnie krzyczała i jeszcze różne inne rzeczy gadała. Ale ja jej nie słucham, no wiesz, nie do końca, bo trochę słucham, ale nie, jak krzyczy…

– Franek, stój! – Kazik przerwał rwący strumień słów, kładąc palec wskazujący na ustach dziecka. – Tyle gadasz, że ja się zastanawiam, kiedy oddechy bierzesz…

– Mama też tak mówi. I babka też, i Kaśka, i…

– Dobra, już starczy, nie rozpędzaj się znowu. – Kazik postawił malca na trawie, po czym zwrócił się do towarzyszących mu mężczyzn: – Przejdźcie po obozowisku i powiedzcie ludziom, żeby się pomału zbierali. Za kwadrans ruszamy. Jeśli nic się nie wydarzy dotrzemy na przystań przed zmrokiem. No, idźcie już, zaraz do was dołączę.

Mężczyźni skwapliwie skinęli głowami i odeszli wykonać rozkaz.

– No, to gadaj, Franula, czemuś mnie szukał? Coś się stało?

– Nie, nic, ja tylko mam coś dla ciebie, bo wiesz, tam na brzegu rzeki jest jabłonka, wlazłem na nią i zerwałem kilka jabłek. – Malec wepchnął ręce głęboko w kieszenie narzuconego na lniane giezło granatowego kubraczka, po czym wyciągnął dwa niewielkie, żółte owoce. – Babka gada, że to płonki, ale są naprawdę dobre, kwaśne, ale dobre i chciałem ci kilka przynieść.

Kazik przyjął podarunek i z chrzęstem odgryzł wielki kęs jabłka. Cierpki smak wypełnił mu usta, ale nie skrzywił się, żeby nie zrobić rozpromienionemu Frankowi przykrości.

– No, trochę kwaśne – rzucił, mocno pracując szczęką. – Ale dobre. A powiedz ty mi, Francik, gdzie Kasia? Z matulą i babką?

– Kasia nad wodą była, mówiła, że się przejdzie w dół rzeki, wiesz, zanim pójdziemy dalej.

– Aha. No dobrze, zaraz ruszamy, więc biegnij do matki i powiedz jej, żeby czasu nie mitrężyły. Tylko bez butów na ścieżkę nie właź.

Chłopaczek już miał się zerwać do biegu, kiedy zatrzymał się w pół kroku, odwrócił i z zafrasowaną miną spojrzał Kazikowi w twarz.

– Kazik… A powiesz mi, kto to jest dezerter? Bo babka cały czas gada, że ty i jeszcze Jurek od Mykoniów i ten drugi, ten co stał z tobą przedtem, jesteście tchórze, bo zamiast walczyć to uciekacie i ona powiedziała, że jesteście dezertery, a potem jeszcze…

– Franek – przerwał dziecku Kazik po raz kolejny. – Nie słuchaj babki, stara jest i o wojnie nic nie wie. Jakby wiedziała, to by rozumiała, że tu przecież same baby z dziećmi i starcy uciekają, a chronić ich ktoś musi. I to właśnie robimy. Ale jak was już przeprawimy na drugi brzeg, tam gdzie inne państwo, gdzie wróg ścigać was nie będzie, to ja, Jurek i Feliks zostaniemy po naszej stronie. Będziemy walczyć i wygramy, żebyście mogli wrócić do wsi, do naszego kraju.

Na twarzy dziecka malowała się powaga, kiedy słuchał uroczystych zapewnień młodego mężczyzny. 

– A jak dostanę jakieś ordery, to wiesz… Postanowiłem, że dam ci jeden. Umowa stoi?

– Stoi! – Franek na powrót się rozpromienił, skinął głową i w podskokach pognał między zbierających się do dalszej podróży ludzi.

Kazik, kiedy tylko stracił chłopca z oczu, westchnął ciężko i podrzucił w dłoni nadgryzione, kwaśne jabłko. Obrócił je w palcach, a potem wziął zamach, po czym cisnął nim wzdłuż ścieżki, w kierunku odległej linii drzew po prawej, wyznaczających początek rzadkiego lasu.

 

***

 

Mgła kłębi się już ponad główkami maków. Jeszcze widać w niej te najbliższe.

Staruszka, prowadząca niewielki sklepik w pobliskiej wsi ostrzegała, żebym tutaj nie szedł, kiedy zapytałem ją o ścieżkę, prowadzącą wzdłuż rzeki. Ludzie stąd wciąż pamiętają. 

Ja też już pamiętam. Przypominam sobie to, co chciałem i co musiałem zapomnieć, żeby móc jakoś żyć.

Kobiecina prosiła, prawie błagała: nie idźcie tam. Z końcem lata nikt tam nie chodzi. Jesienią, zimą, na wiosnę to tak, ale nie teraz. Bo teraz mgła znad rzeki wypełza, snuje się po makach, ich kolory jak krew wypija. Tylko na ścieżkę nie wstępuje.

Wtedy nie było tam kwiatów.

A jak kto w tę mgłę wejdzie – kontynuowała – to go na następny dzień z rzeki utopionego wyławiają.

Sięgam do kieszeni i wyciągam srebrną monetę z otworem, przez który przewlekłem długi pukiel jasnych włosów.

Wtedy zamiast nich był rzemyk.

 

*** 

 

Na brzegu, pod otoczonym krzakami rozłożystym bukiem, siedziała jasnowłosa dziewczyna. Moczyła stopy w nurcie płynącej w tym miejscu dnem płytkiego jaru rzeczki, ręce miała zajęte ściskaniem podwiniętej bordowej sukienki, nuciła piosenkę.

Wpatrywała się w korony drzew na drugim brzegu. Czasem mrużyła oczy od błyskających wśród listowia promieni popołudniowego, wrześniowego słońca. Stopami mąciła wodę.

Trzask gałązki za plecami usłyszała w tym samym momencie, w którym silna dłoń zacisnęła się na jej ustach, a druga złapała ją wpół, wyciągając z wody. Potem napastnik postawił dziewczynę na ziemi i stanowczym ruchem odwrócił ku sobie. 

– Ty durny…! – uniosła się Kaśka na widok uśmiechniętej twarzy Kazika.

– Cicho! – syknął chłopak, przytykając wskazujący palec do ust. – Nie po to się tutaj spotykamy, żebyś krzykiem nam na głowy jakichś ludzi sprowadziła.

– Już myślałam, że nie przyjdziesz – fuknęła dziewczyna z pretensją.

– Przepraszam, Kasia. Z Felkiem i Jurkiem musiałem pogadać, a potem jeszcze mnie twój brat zatrzymał.

– A co ten mały znowu od ciebie chciał? Paple jak najęty, a co chwila Kazik to, a Kazik tamto, a z Kazikiem, do Kazika…

– To chyba dobrze, że mnie lubi? 

– Dobrze. Ale najlepiej by było, gdyby choć pół tego lubienia matce oddał, a babce też by się zdało. – Kasi przeszła już złość, ale nie omieszkała przywołać kpiącego uśmiechu i poczynić ostatniej kąśliwej uwagi, zanim rzuciła się Kazikowi na szyję, zasypując go pocałunkami.

Po chwili uwolniła chłopaka z miłosnego uścisku i cofnęła się o krok.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała z powagą, patrząc kochankowi głęboko w oczy.

Wyciągnęła przed siebie dłoń, na której leżała stara moneta, przebita na wylot przy krawędzi, z rzemykiem przeplecionym przez otwór.

– Co to?

– Amulet na szczęście. Żebyś wrócił do mnie cały. Wygrał wojnę i wrócił.

Kasia złapała Kazika za rękę, przyciągnęła ją i podwinęła rękaw płóciennej koszuli, którą chłopak miał na sobie. Oplotła rzemieniem nadgarstek ukochanego, tworząc z amuletu bransoletkę.

– Szczęściem się wojen nie wygrywa. Trzeba też odwagi. – Kazik opuścił rękaw, zasłaniając prezent.

– To niech to będzie, awansem, medal za odwagę.

– Mój pierwszy medal – zaśmiał się chłopak. – Najważniejszy, bo od przyszłej żony.

Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, splatając oddechy.

– Zaraz ruszamy. Idź już. – Kazik pogładził dziewczynę po policzku. – Ale wzdłuż rzeki, coby nas razem nikt nie widział.

Kaśka cmoknęła Kazika ostatni raz, po czym chłopak odwrócił się i ruszył przez krzaki, tym razem nie przejmując się czynionym hałasem. Kiedy tylko wyszedł na polanę, kroki skierował pomiędzy zbierających się niemrawo ludzi.

– No, z życiem! – zawołał. – Ruszamy! Pakować dobytek i naprzód, już niedaleko!

Szedł od czoła tego wygnańczego pochodu na sam jego tył, raz po raz wykrzykując ponaglenia do wymarszu. Kiedy dotarł na koniec, odwrócił się i z zadowoleniem zauważył, że jego słowa nie przeszły bez echa, bo cała ta masa ludzka zaczynała pełznąć do ścieżki, a potem wzdłuż niej, ku przeprawie i ocaleniu.

Kary wałach, obok którego chłopak przystanął, nagle uniósł łeb i zastrzygł uszami. Kazik spojrzał na zwierzę podejrzliwie, przechylił głowę, wytężył słuch. Wśród dźwięków ludzkiej krzątaniny i nawoływań zdało mu się, że słyszy również ciche, basowe brzęczenie.

Tknięty złym przeczuciem spojrzał na łagodne wzniesienie, z którego zeszli przed godziną, kierując się ku przystani. Na biegnącej środkiem pagórka drodze nie było niczego podejrzanego, lecz powietrze nad nim zdawało się ciemniejsze, poprzecinane wątłymi smugami tańczącej na wietrze czerni.

Kazik pomyślał najpierw, że to może dym z ogniska, albo pożar jakiś. Lecz kiedy podniósł wzrok wyżej i zauważył na tle jasnego nieba trzy nadlatujące w ich stronę kształty, zalała go fala strachu.

– Samoloty! – krzyknął z całych sił. – Kryć się! Do lasu, ludzie! Uciekać! 

 

***

 

Tumany czerwieni sięgają wyżej niż moja głowa. W wieczornym półmroku wydają się lśnić własnym blaskiem.

Siedzę w tym upiornym tunelu, którego granice wyznaczają krawędzie ścieżki. Wpatruję się w wirujący miazmat. Dostrzegam w nim ludzkie oblicza. Z każdą kolejną twarzą wracają wspomnienia, z zakamarków pamięci wyłaniają się imiona i nazwiska.

Stara Wójcikowa i jej synowa, Maria. Pobrużdżona od picia starcza gęba Józka Nowaka. Nastoletnie lica córek Dybuków – Wiery i Elizy.

Jurek.

Feliks.

Pod widmową twarzą tego ostatniego ze ściany mgły wysuwa się rachityczna smuga szkarłatu. Faluje, jak macka jakiegoś morskiego stworzenia, po czym przybiera kształt przedramienia z dłonią o rozcapierzonych palcach. Wyciąga się, lecz jest zbyt wątła. Znika, nim zdoła mnie sięgnąć.

W tej nienaturalnej ciszy wsłuchuję się w rezonujące pod czaszką echa przeszłości – reminescencje karabinowej palby, metalowych zgrzytów pająkopodonych machin, posykiwania siłowników owadzich pancerzy.

Robi się chłodno.

W głowie kręci mi się od imion i twarzy.

 

***

 

Ludzie bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki. Zamiast pójść w rozsypkę, próbowali sobie pomagać, wpadali na siebie i tworzyli ciasne grupki. 

Nad całym tym chaosem unosiła się wrzawa, a narastające brzęczenie silników latających maszyn bezlitośnie wdzierało się w każdy skrawek ciszy pomiędzy lamentami.

Kazik biegł środkiem tego bałaganu, kiedy umocowane na skrzydłach samolotów karabiny zaterkotały ołowianym staccato. Pociski wystrzelone z pierwszej maszyny przeorały łąkę, wgryzły się w glebę i ciała, wypełniły powietrze zapachem krwi oraz wzruszonej ziemi.

Dwa z trzech samolotów z rykiem przeleciały nisko nad głową Kazika, uniosły nosy i zaczęły wspinać się ku niebu. Trzeciej z maszyn nie dostrzegł, ponieważ wybuch bomby, która spadła kilkanaście metrów za jego plecami, rzucił nim w trawę.

Silny podmuch sponiewierał go, ale nie pozbawił przytomności. 

 Podniósł się na czworaka. Czuł, jakby mu ktoś do głowy trocin napchał, a w mętnych oczach świat bujał się i wirował, rozmazywał w barwny kalejdoskop. W uszach słyszał tylko wysoki pisk.

Wtem ktoś złapał go za ramię, szarpnął, obrócił ku sobie.

Kilka sekund zajęło Kazikowi rozpoznanie w pochylającym się nad nim bladym bohomazie twarzy Feliksa. Przyjaciel krzyczał, lecz dźwięki dochodziły do ogłuszonego chłopaka zniekształcone i stłumione, jakby znajdował się pod wodą. 

Dopiero gdy Feliks ręką wskazał kierunek i pociągnął go za sobą, Kazikowi wróciła świadomość. Stawiał właśnie pierwszy, niepewny krok, kiedy samoloty nadleciały po ciasnym nawrocie i raz jeszcze wypluły z luf grad ołowiu.

Chłopak skulił się i zamknął oczy. Usłyszał świst, poczuł na policzku żar pocisku, który o włos minął jego głowę.

Uchwyt palców na ramieniu zelżał.

Kazik rozwarł powieki.

Zamiast Feliksa zobaczył krwawy strzęp o ludzkim kształcie, leżący obok, na zbryzganej czerwienią trawie. I kikut przedramienia z palcami wciąż zaciśniętymi na rękawie swojej koszuli.

Kolejny szok wpompował w tętnice Kazika jeszcze więcej adrenaliny i dopiero teraz chłopak rozejrzał się, chłonąc całym sobą grozę otaczającego go krajobrazu. Dziesiątki ciał zalegało wszędzie wokół – większość rozczłonkowana, niekompletna, posiekana wielkokalibrowymi seriami. Starcy i dzieci, kobiety i mężczyźni.

Kazik złapał uczepiony rękawa kikut, zerwał go i wyrzucił precz, pomiędzy inne ludzkie szczątki.

Gdzieś za jego plecami rozległ się przeszywający uszy zgrzyt, a potem uderzenie, od którego zadrżała ziemia.

Odwrócił głowę i zobaczył coś, o czym dotąd tylko słyszał, raz widział na zdjęciu w gazecie, ale mimo to powątpiewał by mogło istnieć: walcowaty stalowy korpus, w którym pomieścić by się mogli wszyscy mieszkańcy sioła, wsparty na sześciu pajęczych nogach wielkości zbożowych silosów. Z dwóch wysokich kominów na szczycie cylindra buchały kłęby czarnego dymu, a trzy wianuszki karabinowych luf, które rozmieszczone były u spodu, w połowie i przy górnej krawędzi walca, bezustannie poruszały się w poszukiwaniu celów i raz za razem pluły ogniem.

Jedna z przednich nóg machiny uniosła się wysoko i w akompaniamencie kolejnego zgrzytu opadła z impetem na furmankę oraz zaprzęgniętego do niej konia. Ziemia zadrżała, kiedy nieszczęsne zwierzę i jego ładunek zniknęli pod setkami ton stali, wbici głęboko w miękką glebę. Następnie wszystkie sześć nóg kolosa z sapnięciem ugięło się w stawach i jego korpus zawisł nisko nad poziomem gruntu. Na dole walca pojawiły się dwa otwory, z których po stromych rampach wysypało się mrowie żołnierzy w dziwnych, ażurowych pancerzach z żelaza.

Kazik myślał już tylko o ucieczce. Byle do drzew, do rzeki za nimi, na drugi brzeg i przez łąki, i dalej, jak najdalej od hekatomby.

Zerwał się do biegu, nie bacząc czy stąpa po ziemi, czy po trupach. Potykał się o martwe ciała, ślizgał na utopionej we krwi trawie. Słyszał zgrzyty i krzyki, klekot i płacz, lecz ani razu nie spojrzał wstecz.

Wreszcie dotarł do drzew, zeskoczył ze skarpy w środek nurtu. Rzeka nie była szeroka, nie więcej niż na cztery metry, bieg miała łagodny, a na środku, w najgłębszym punkcie, sięgała Kazikowi do połowy piersi. Pomagając sobie rękami w trzech krokach dopadł przeciwległego skraju i uczepił się długich źdźbeł traw, gęsto zwieszających się z brzegu. Podciągnął się, kiedy pomiędzy liśćmi mignęła mu jasna, niemal biała czupryna. 

Bez zastanowienia opuścił się z powrotem do wody i rozgarnął mokre liście.

W wyżłobionej przez wodę, zasłoniętej długimi trawami, przybrzeżnej jamie ukrywał się Franek. Dziecko wlepiło oczy w twarz Kazika z mieszaniną przerażenia i nadziei. Chłopak wsunął się obok malca i przyciągnął go do siebie. Pod roślinnym baldachimem ponad taflę wystawały tylko ich głowy.

– Ciii, Franula. Będzie dobrze, tylko siedź cicho, rozumiesz?

Chłopczyk kiwnął głową.

– Dobrze. – Kazik przytulił dziecko mocniej.

Trwali tak przez kilkanaście uderzeń przerażonych serc, nim doszedł ich trzask łamanych zarośli. Ktoś przedzierał się ku rzece, jednak przez wąskie, pionowe szpary w skrywającej ich zielonej zasłonie, dostrzec można było tylko samo podnóże skarpy. 

Czyjeś stopy zaszurały na zboczu. Rozległ się huk bliskiego wystrzału.

Ciało obleczone w prostą, bordową sukienkę, stoczyło się i z pluskiem wpadło do wody. Po chwili wypłynęło na powierzchnię, z bezwładnie rozrzuconymi rękami i jasnymi jak promyki słońca włosami, falującymi wokół głowy.

Głowa dziewczyny przechyliła się w bok, pusty wzrok spoczął na kryjówce za kurtyną traw.

– Kasia… – szepnął Kazik i znów poczuł w głowie trociny.

Ponownie rozległ się trzask gałęzi, coś zaklekotało mechanicznie i sapnęło. Stawiając ciężkie kroki, na brzeg zszedł żołnierz z karabinem o długiej lufie. Z zakrywającego całą głowę hełmu ciągnęło się kilka grubych przewodów, których przeciwległe końce znikały w niesionym na plecach, plującym tłustymi spalinami urządzeniu. Kolejne rurki i kable prowadziły od plecaka do posykujących siłowników, zamontowanych na oplatającym nogi, korpus i ręce stalowym szkielecie wroga.

Jeden dźwięk i obaj będą martwi.

Kazik poczuł pod ręką, jak pierś Franka unosi się gwałtownie, płuca wypełnia powietrze. Zrozumiał, co zaraz się stanie.

Jeden szloch i obaj będą martwi.

Mocno zacisnął ramię na brzuchu dziecka, drugą dłonią zamknął mu usta. Franek sięgnął rączkami, złapał Kazika za koszulę i rzemyk amuletu, szarpnął.

Jeden głośniejszy plusk i obaj będą martwi.

Pod wodą nie będzie plusku i szlochu. Kazik zmienił chwyt i wepchnął Franka głęboko pod powierzchnię. Stamtąd żadne dźwięki się nie wydostaną.

Żołnierz w pancerzu wciąż stał na brzegu, lustrował otoczenie zza pary osadzonych w hełmie owalnych soczewek.

Usta Kazika szeptały słowa modlitwy. Łagodny prąd zabrał ciało Kasi, a zza drzew przestały dochodzić krzyki i wystrzały. W zaciśniętych kurczowo dłoniach dziko szarpało się dziecko.

Odmawiał piątą zdrowaśkę, gdy Franek przestał walczyć.

Odmówił jeszcze dwie, zanim wróg odszedł.

I kolejne cztery, nim wyciągnął bezwładne ciałko na powierzchnię.

 

***

 

Wojna skończyła się dawno temu.

Pochłonęła miliony istnień, lecz bez mojego udziału. Do samego jej końca ukrywałem się w głuszy, w strachu zbyt wielkim, by odczuwać wstyd.

Można zepchnąć jakąś część siebie głęboko, pogrzebać ją i zapomnieć. 

Ale sny… One nie pozwolą. 

W trakcie wojny i jeszcze długo po niej – podczas życia na obczyźnie jako inny człowiek – śniłem biegnącą przez pustkę rzekę. Moją własną Lete, przemierzającą bezświetlne podziemia Hadesu. Przez wiele lat sny płynęły wraz z jej spokojnym nurtem, unosiły na powierzchni, z dala od głębin.

Aż pewnej nocy coś zaczęło mnie łapać za nogi, ściągać w dół. Uwalniałem się i uciekałem na brzeg. Po skarpie, pomiędzy drzewa, na skąpaną we krwi łąkę. Lepka czerwień kleiła się do stóp w moim szaleńczym biegu ku czarnej wstążce ścieżki. Z traw wyrastały maki, od rzeki nadchodził opar. Niebo szarzało, w mgle kłębiły się kształty.

Każdy kolejny sen prowadził mnie odrobinę dalej.

Odrobinę bliżej.

 

***

 

Niebo było tej nocy wolne od chmur, gwiazdy świeciły jasno, a garbaty księżyc barwił srebrem spokojną taflę rzeki.

Kazik ostrożnie stawiał kroki, brodząc tuż przy brzegu. Na każdy dźwięk zanurzał się w wodzie po usta i nasłuchiwał. 

Zdążał do miejsca, w którym rzeczka wpadała do wyznaczającej granice państw większej siostry. Tam znajdowała się przeprawa na drugą stronę. Tam wróg za nim nie pójdzie.

Kiedy nad ranem dotarł wreszcie do celu, nie zobaczył czekającego przy brzegu promu, pomostu z zacumowanymi doń łódkami czy drewnianej szopy przystani. Zamiast nich były wystające z wody resztki szkieletu zatopionej barki, dogasające zgliszcza oraz zalegające wokół trupy. Wiele trupów. Najeźdźcy musieli trafić tutaj na inną, czekającą na łąkach wokół przeprawy grupę uchodźców, których zmasakrowali równie bezlitośnie, jak tę, której on przewodził jeszcze kilka godzin temu. 

Na drugim brzegu, w obcym kraju, płonęły dwa ogniska. Odległość była zbyt duża, by można cokolwiek usłyszeć, ale Kazik dojrzał poruszające się w migotliwym blasku ciemne sylwetki. Przez otwarte drzwi budynku przystani po drugiej stronie właśnie ktoś wychodził. W padającym na zewnątrz prostokącie światła pojawiła się jedna postać, a zaraz za nią druga. Drzwi zamknęły się za nimi i obie utonęły w ciemnościach. 

Kazik ruszył ku resztkom drewnianej szopy, starając się trzymać skraju pobojowiska. Kiedy zatrzymał się na krawędzi głębokiego dołu, o mało do niego nie wpadając, z drugiego brzegu rozbrzmiał huk wystrzału. 

Chłopak przypadł do ziemi. Zsunął się wgłąb dziury i obserwował przeciwległy brzeg, gdzie drzwi przystani ponownie stanęły otworem, a z mroku oderwał się samotny cień i zniknął wewnątrz budynku.

To nie do niego strzelano, choć w stu procentach pewnym być nie mógł. Kazik rozejrzał się wokół, lustrując dno i krawędzie dołu. Wzdrygnął się, gdy zrozumiał, że w tym miejscu jedną ze swoich pajęczych nóg musiała postawić bojowa machina wroga. 

Odczekał jeszcze moment, po czym wygramolił się na zewnątrz i zaczął czołgać do kolejnego dołu, który na tle łąki odcinał się plamą gęstszej czerni. Po drodze mijał martwe ciała, raz czy dwa trafił dłonią na coś zimnego i śliskiego – cofał wówczas rękę z obrzydzeniem, ale nie ustawał w parciu naprzód. 

Musiał znaleźć coś, czym będzie mógł przeprawić się na drugi brzeg. Wpław nie dałby rady, zbyt daleko, a do tego nurt granicznej rzeki był silniejszy niż bieg wód jej dopływów.

Szukając po omacku wreszcie natknął się na kilka zbitych razem, nadpalonych desek, które mogły być fragmentem zniszczonego pomostu. Z trudem dociągnął tę prowizoryczną tratwę nad brzeg, zwodował i położył się na niej.

Tak jak przewidział, nurt rzeki pociągnął go ze sobą, oddalając od przystani. Było mu to na rękę, ponieważ nie wiedział jakiego traktowania może oczekiwać ze strony pilnujących drugiego brzegu żołnierzy. W końcu trwała wojna, a bratni naród, z którym dotąd handlowano i utrzymywano całkiem zażyłe kontakty, mógł teraz odwrócić się od sąsiadów w obawie przed wciągnięciem w konflikt. Takie sugestie i obawy słyszał w ostatnich dniach wiele razy, lecz dotąd je odrzucał. Teraz jednak, kiedy sam doświadczył okrucieństwa wojennej zawieruchy, stracił wcześniejszą pewność. Lepiej było nie ryzykować. 

Kiedy dotarł do połowy szerokości, zniosło go już kilkaset metrów od przystani. Zaczęło dawać znać o sobie zmęczenie – oddech przyspieszył, a mięśnie ramion piekły coraz mocniej od bezustannego wiosłowania. 

Był prawie na drugim brzegu, gdy coś złapało go za nogę i ściągnęło z tratwy.

Czyjeś dłonie uczepiły się spodni i koszuli, wciągały Kazika w głębiny. Chłopak poczuł dojmujący ból w nadgarstku, kiedy smukłe, zimne palce wsunęły się pod rzemień i silnym szarpnięciem zerwały amulet. 

Nie chciał umierać. Nie po to przeżył masakrę, dotarł tak daleko, żeby poddać się bez walki. Wziął głęboki wdech i zanurkował.

W panujących pod wodą ciemnościach na oślep sięgnął ku agresorowi. Lewą dłonią udało mu się uchwycić coś miękkiego, delikatnego w dotyku, z kolei prawą cudem natrafił na zerwaną bransoletkę. Zacisnął obie dłonie w pięści, targnął nimi ku górze, a jednocześnie pchnął nogami w dół, jakby się chciał odbić od dna. Stopy natrafiły na opór, gwałtowne szarpnięcie zerwało z koszuli chwyt napastnika.

Zdołał się wyswobodzić.

Wynurzył głowę – był tuż przy brzegu, gęsty las ciemniał nad nim w ostatnich godzinach nocy.

Nie rozwierając zaciśniętych kurczowo pięści wydostał się na brzeg. Jego serce uderzało z częstotliwością terkotu serii karabinowej, w głowie znów czuł trociny.

Naraz pomiędzy drzewami pojawiły się dwa snopy światła. Ktoś krzyknął kilka słów w obcym języku.

Chłopak w panice rzucił się w leśną gęstwę. Trzaskiem łamanych gałązek ściągnął na siebie uwagę. Usłyszał szczekliwe rozkazy, potem kilka wystrzałów, jednak żaden go nie dosięgnął.

Zatrzymał się dopiero, kiedy zastał go świt. Usiadł wśród paproci, pod omszałym pniem przewróconego drzewa, zwiesił głowę i uspokoił oddech. Spojrzał na pobielałe kłykcie wciąż zaciśniętych pięści.

Rozwarł prawą dłoń.

W jej wnętrze boleśnie wżynała się pozbawiona rzemyka, przedziurawiona moneta.

Rozwarł lewą.

Trzymał w niej pukiel długich, jasnych włosów.

 

***

 

Już pora.

Stare kości trzeszczą, kiedy wstaję.

Wyciągam przed siebie amulet, robię krok naprzód i wchodzę w opar. Sny podpowiedziały, co muszę zrobić, by zapomnieć i odzyskać spokój – tym razem już na zawsze.

To dla niego. Jedyny order, który dostałem. Niezasłużony medal.

Upuszczam go pomiędzy wyblakłe, przezroczyste maki, otwieram usta i wypełniam płuca czerwienią. 

Biorę swój ostatni oddech.

Jego ostatni.

Koniec

Komentarze

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

– Franek, stój! – Kazik przerwał rwący strumień słowotoku, kładąc palec wskazujący na ustach dziecka. – Tyle gadasz, że ja się zastanawiam, kiedy oddech bierzesz pomiędzy słowami…

Czytelnik się zorientuje, że przerwał słowotok, wystarczy stwierdzenie o położeniu palca.

 

Moczyła stopy w łagodnym nurcie płynącej w tym miejscu dnem płytkiego jaru rzeczki,

Nieco za dużo określeń. Zdanie-potykacz

 

ponieważ wybuch bomby, która spadła kilkanaście metrów za jego plecami, rzucił nim naprzód i obalił w trawę.

Oczywiste, że wybuch rzucił nim w opisywanym kierunku.

 

Kazik poczuł pod ręką, jak klatka Franka unosi się gwałtownie, płuca wypełnia powietrze. Zrozumiał, co zaraz się stanie.

Zamieniłbym klatka na żebra. W poprzednich akapitach masz wiele “steampunkowych” opisów, i słowo “klatka” budzi niejasne skojarzenia. Wyobraźnia tak szybko nie przestawia się z egzoszkieletów na organikę :)

 

ponieważ nie wiedział jakiego traktowania może oczekiwać ze strony żołnierzy pilnujących drugiej strony.

Zdanie wielokrotnie złożone, brakowało mi przecinka

 

A wrażenia ogólne: rewelacyjne. Opowiadanie zbudowane przede wszystkim na atmosferze. Akcję da się streścić w kilku zdaniach, ale liczy się sposób jej opowiedzenia, a ten jest świetny. Powolne tempo w czasie teraźniejszym, fatum ciążące nad bohaterem, opisy mgieł, niepokój, śmierć, którą można wyczytać już spomiędzy wierszy w pierwszych fragmentach, a im dalej, tym bardziej staje się oczywista.

Dla mnie było to opowiadanie, w którym wiem, co się stanie (w czasie teraźniejszym, w retrospekcji nie do końca), a mimo to pozwalam się wciągać opowieści. 

Bardzo ładnie napisane sceny w obu czasach. Dobrze użyte metafory, świetne nawiązanie do obrazu. Uśmiechnąłem się od ucha do ucha przeczytawszy zdanie o Lete, właśnie teraz o niej piszę, jakże uniwersalny wątek.

To opowiadanie pozwala zanurzyć się w świat jak w muliste wody rzeki, a potem płynąć, czy tego chcemy czy nie.

 

Ale gwoli ścisłości dodam, że bohater nie musiał topić malca. Mógł go uderzyć w splot słoneczny, nawet złamać mu żebra. Uderzyć pięścią w szczękę, ogłuszyć. Mniejsze zło. Rozumiem jednak, że było to potrzebne do zbudowania dalszych scen, a bohater jest oszołomiony atakiem i nie działa racjonalnie. Więc… nie jest to najbardziej prawdopodobny wariant, ale mogło się tak stać, jako czytelnik nie będę protestował.

 

Materiał i do biblioteki, i moim zdaniem do piórka.

Witaj Outta Sewer!

 

Frapująca historia z gęstym klimatem. Centralnym punktem jest dylemat bohatera, który w obliczu śmiertelnego zagrożenia postępuje w zasadzie racjonalnie, a mimo to jego czyn jest potworny. A może było inne wyjście niż przytrzymanie chłopca pod wodą? Czy rolą Kazika było rozstrzygać tę sytuację? A może powinien zginąć razem z Frankiem? Jak na ironię, ukochana wcześniej, “z góry”, wręcza mu amulet-medal, dla przyszłego bohatera, który później staje się wyrzutem sumienia. 

Przez chwilę przyszła mi do głowy jeszcze jedna interpretacja. Kazik wpycha Franka pod wodę, kiedy martwe ciało ukochanej Kasi wpada do rzeki. Więc czy kieruje nim zimna kalkulacja (jedna śmierć jest mniejszym złem niż dwie), czy rozpacz po uświadomieniu sobie, że Kasia nie żyje?

Dobrym kontrapunktem dla “ludowego” klimatu jest pojawienie się gigantycznego pojazdu na czterech nogach. Pojazd wprowadza element surrealistyczny i jednocześnie pokazuje w jak beznadziejnej sytuacji są uciekinierzy. Ale też każe się zastanawiać, czy rzeczywiście Kazik mógł być realną obstawą dla uciekinierów? Może od początku kierował nim strach i istotnie, był ukrytym dezerterem?

Bardzo udane opowiadanie, które zmusza do refleksji. Zgłaszam do biblioteki.

 

Detal techniczny,

Ludzie rzucili bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki.

Cześć, Outta Sewer

 Temat trudny, wojenny, ale napisałeś to w sposób tak rzetelny, że czytanie było dla mnie przyjemnością. Dopatrzyłem się kilku literówek, ale nie punktuję. Masz lekkość w pisaniu i widzę, że warsztatowo wysoki poziom. 

Bardzo dobre opowiadanie. Zalecam wyjustować tekst. 

Życzę powodzenia w konkursie.

Klik

Pozdrawiam

Hej:) Fajnie zbudowane opowiadanie. Wprowadzasz nas w świat wojny za pomocą chłopaka i zaraz budujesz więź z Kazikiem. To więź, która będzie nam towarzyszyć do samego końca. Bo to nie opowiadanie tylko o wojnie ale o tym, jak rozbija ludzi. Wiec budujesz relacje chłopak – Kazik. Nasz bohater ma też ukochną – i to chyba nie byle co, bo tam jakieś podarki lecą itp. No ale dochodzi do masakry – bardzo ładnie opisanej, swoją drogą. Nasz bohater już nie jest takim bohaterem, jak chcieliśmy go widzieć, oczami chłopaka, z początku histori. Staje się zwykłym walczącym o życie człowiekiem. Calkiem pospolitym bym powiedział. Jego zachowania, też są zwyczajne. Kalkuluje albo my obaj albo tylko dziecko – tu też mam wątpliwości z topieniem, czy to najlepsze wyjście z sytuacji. Uduszenie lub skręcenie karku wydaje się pewniejsze i bardziej dyskretne. Ale wracając, to bardzo dobry pomysł na opowiadanie, tylko zabrakło scen z chłopakiem i dziewczyną. Celowo nie używam ich imion, choć mogę to sprawdzić, bo ich nie zapamiętałem. Po jednej scenie to za mało by zbudować uczucie straty. Gdyby zrezygnować z barwnego opisu masakry albo dodać z 10 tys. znaków dla chłopaka i dziewczyny to by pozwoliło głębiej wejść w relacje między nimi, a Kazikiem. Ale to czysto subiektywne, raczej chodzi o poziom wrażliwości, a nie błąd w konstrukcji :). No i czuć tu Jakuba Różalskiego :) Ale nie dziwę się, bo jak patrzę na obraz, który wybrałeś, też widzę mechy wychodzące zza drzew :). Dodam jeszcze, że podoba mi się przesłanie, że wojna niszczy ludzi długo jeszcze po jej zakończeniu. Kilam i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Powiem wprost, @Outta_Sewer – to kompletnie nie moja bajka.

 

Pod kątem samej narracji, która brnie w trudne tematy. Ale żeby oddać tekstowi sprawiedliwość, muszę przyznać, że sam pomysł świetnie zagrał tu z obrazem. Zestawienie wiejskiej sielanki i jasnowłosego Franka z brutalnym wejściem tych kroczących, żelaznych "pająków" (wizual z silosami na nogach to bardzo konkretny, uczciwy detal) tworzy mocny kontrast.

 

Scena w rzece też wypada dobrze, bo jest surowa; zamiast lać wodę i nadmiernie dramatyzować, zostawiłeś brutalną kalkulację i odliczanie zdrowasiek. I słusznie, bo jak zawsze powtarzam: tam, gdzie autor trochę milknie, czytelnik sam zaczyna myśleć.

 

Reasumując: prefencyjnie odbiłem się od tego jak od ściany, ale od strony technicznej i wizualnego pomysłu wycisnąłeś z tego motywu to, co należało.

Kliknę :)

Bo czytałem też twoje inne teksty, niektóre siadły, niektóre nie, ale naprawdę masz ogromną wyobraźnię i przyznaję, że ja bym inaczej wziął ten obraz.

No i warsztat. Bardzo dobry. 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Hejka! 

 Bardzo dobre, ale też wymagające opowiadanie. Ma świetny klimat i ogromną siłę emocjonalną, szczególnie w drugiej połowie, kiedy zaczyna się ukazywać pełny obraz tego, co naprawdę się wydarzyło.  Opisy i atmosfera są bardzo obrazowe. Mgła, maki, cisza, powracające wspomnienia tworzą niemal filmowy nastrój. Finał jest naprawdę mocny, bo nie daje łatwego usprawiedliwienia bohatera. Czytało się przyjemnie.

Pozdrawiam.

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Siema!

Dzięki za komentarze, odniosę się do kilku pokrótce.

 

@bruce

Witam jurorkę :)

 

@marzan

Dzięki za uwagi, kilka zostanie wprowadzonych (lub już zostało).

Uśmiechnąłem się od ucha do ucha przeczytawszy zdanie o Lete, właśnie teraz o niej piszę, jakże uniwersalny wątek.

Już kiedyś użyłem Lete w jednym opowiadaniu. W ogóle ze wszystkich rzek Hadesu, Lete wydaje się najelegantsza ;) A tutaj mi spasowała metafora, dlatego została użyta.

 

Ale gwoli ścisłości dodam, że bohater nie musiał topić malca. Mógł go uderzyć w splot słoneczny, nawet złamać mu żebra. Uderzyć pięścią w szczękę, ogłuszyć.

Może wyjaśnię dokładniej, jak ja sobie wyobrażam tę scenę: dwójka ludzi schowana pod zwieszającymi się z brzegu trawami. Za tą zasłoną wyżłobione w brzegu zagłębienie, to w nim konkretnie się znajdują. Obaj są zanurzeni w wodzie po szyje. Maluch zaczyna się wiercić, zaraz wybuchnie płaczem. Tu nie ma miejsca na ruch, bo każdy ruch skupi uwagę żołnierza. 

Uderzenie w splot słoneczny – czyli gwałtowny ruch, do tego wymaga obrócenia malca tak, żeby to było możliwe. Za duże ryzyko.

Łamanie żeber – jak wyżej.

Uderzenie w szczękę, ogłuszenie – jak wyżej.

Rozumiem jednak, że było to potrzebne do zbudowania dalszych scen, a bohater jest oszołomiony atakiem i nie działa racjonalnie.

W zasadzie to cały pomysł opiera się na śmierci dziecka. Maki reprezentują zabitych w masakrze, zaś mgła jest ostatnim oddechem Franka. Ale masz rację – człowiek w sytuacji, w której znalazł się Kazik, nie działa racjonalnie, a instynktownie.

 

Więc… nie jest to najbardziej prawdopodobny wariant

Ja jednak uważam, że to właśnie jest najbardziej prawdopodobny wariant ;)

 

@kronos

 

Miło widzieć, dawno Cię chyba nie było na forum :) Albo to mnie nie ma tu za często. 

 

Jak na ironię, ukochana wcześniej, “z góry”, wręcza mu amulet-medal, dla przyszłego bohatera, który później staje się wyrzutem sumienia.

Ten motyw został dodany pod sam koniec, kiedy postanowiłem, że w scenach nieretrospektywnych zawrę coś, co będzie się odbijało w jakiś sposób w tych retrospektywnych. Kiedy doszedł amulet, byłem zmuszony nieco przebudować kilka fragmentów. 

Więc czy kieruje nim zimna kalkulacja (jedna śmierć jest mniejszym złem niż dwie), czy rozpacz po uświadomieniu sobie, że Kasia nie żyje?

Możesz interpretować, jak uważasz, jednak ja skłaniam się ku pierwszej opcji. 

Ale też każe się zastanawiać, czy rzeczywiście Kazik mógł być realną obstawą dla uciekinierów? Może od początku kierował nim strach i istotnie, był ukrytym dezerterem?

Brawa, kronosie. Tak, pierwotnie Kazik był dezerterem, nie miał zamiaru walczyć, więc gratsy, że wpadłeś na takie rozwiązanie. Jednak w trakcie pisania uznałem, że zrobię z Kazika takiego gieroja, co to chce walczyć i twierdzi, że się nie boi, ale tylko dlatego, że nie wie, jak wygląda walka, ani też nie ma świadomości, jaką potęgą dysponuje wróg. Kiedy Kazik sam doświadcza okrucieństwa wojny, kiedy zaczyna rozumieć naprzeciw czemu chce stanąć, wtedy ukazuje się jego prawdziwe oblicze, którego on sam może nawet nie był wcześniej świadom – człowieka, który chce przede wszystkim przeżyć; człowieka, który walczy, ale tylko dla siebie i swojego ocalenia.

 

@Hesket

 

Temat trudny, wojenny, ale napisałeś to w sposób tak rzetelny, że czytanie było dla mnie przyjemnością.

Staram się z tą rzetelnością. Cieszy mnie, że tutaj wyszła :)

 

@Bard

 

Uduszenie lub skręcenie karku wydaje się pewniejsze i bardziej dyskretne.

Skręcenie karku nie jest takie proste i wymaga jednak wykonania dość gwałtownego ruchu. Uduszenie… No, przecież on go dusi :/ Dość długo się zastanawiałem nad tym, i po przeprowadzeniu w głowie kilkunastu symulacji wyszło mi, że wepchnięcie pod wodę w jego sytuacji było najpewniejszym, mającym największe szanse powodzenia rozwiązaniem. Możecie twierdzić inaczej, ale nie dam sie przekonać :P

 

Po jednej scenie to za mało by zbudować uczucie straty. Gdyby zrezygnować z barwnego opisu masakry albo dodać z 10 tys. znaków dla chłopaka i dziewczyny to by pozwoliło głębiej wejść w relacje między nimi, a Kazikiem.

Rozumiem zarzut, jednak spróbuję go odeprzeć: w opowiadaniu Kasia nie odgrywa większej roli. Prawdę rzekłszy, to początkowo miała tylko jedną, krótką scenkę z Kazikiem w zaroślach. Kiedy w trakcie pisania ubzdurałem sobie motyw z amuletem, uznałem za konieczne danie jej trochę więcej miejsca: stąd scena przekazania amuletu, stąd jej śmierć i upadek do rzeki, a także jej domniemane pojawienie się na końcu, kiedy próbuje wciągnąć Kazika pod wodę i odzyskać amulet. Jednak na żadnym etapie pisania nie miałem zamiaru kierować uwagi czytelnika na relację Kazika i Kasi w kontekście doświadczenia straty. Fabularnie jej postać stanowi wsparcie dla ogólnego zamysłu, a nie dla podbudowania postaci Kazika. 

No i czuć tu Jakuba Różalskiego :) Ale nie dziwę się, bo jak patrzę na obraz, który wybrałeś, też widzę mechy wychodzące zza drzew :).

Bingo! Niedawno skończyłem ostatnie z opowiadań z tej antologii, która powstała na bazie inspiracji jego obrazami :)

 

@melendur

 

Rozumiem, mnie też zdarza się odbić od czegoś tylko dlatego, że to nie mój klimat. Ale nie do końca rozumiem, co Ci nie pasuje – to, że opowiadanie nie jest przygodówką, tylko idzie w dramat? 

(wizual z silosami na nogach to bardzo konkretny, uczciwy detal)

Bardzo mnie cieszy ta uwaga – przez jakieś dziesięć minut guglałem silosy, żeby zobaczyć, czy można uzyć takiego porównania. A potem jeszcze kilka minut poświęciłem na sprawdzenie, czy w głowie Kazika mogło ono zaistnieć.

 

zamiast lać wodę i nadmiernie dramatyzować, zostawiłeś brutalną kalkulację i odliczanie zdrowasiek.

Człowiek walczący o życie nie dramatyzuje. Zawsze śmieszą mnie przeciągnięte opisy czyjejś śmierci, bo to trąci patosem. Nie, żebym sam patosu nie stosował, ale tam gdzie trzeba działać, gdzie trzeba pokazać odruchy, nie powinno być na niego miejsca. 

 

Bo czytałem też twoje inne teksty, niektóre siadły, niektóre nie

O! Może coś konkretniej? Co siadło, a co nie? 

 

@beetwenthelines

 

Finał jest naprawdę mocny, bo nie daje łatwego usprawiedliwienia bohatera.

W moim odczuciu nie ma niczego, co by go usprawiedliwiało.

 

Dziękuję wszystkim za czas poświęcony na lekturę i podzielenie się wrażeniami.

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

Known some call is air am

@bruce

Witam jurorkę :)

heart

Pecunia non olet

to, że opowiadanie nie jest przygodówką, tylko idzie w dramat? 

Tak :) Zapewne już wiesz, że przygodówki to mój bajer i moja osobista preferencja. Fabułę naprawdę dobrą zrobiłeś i z obrazu wycisnąłeś wszystko co mogłeś do swojego pomysłu. Ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Jak wspomniałem, pomysł i zastosowania są super. Nie mniej czytałem też twoje inne dziełka, i np “Ruch jest życiem” który mi siadł bardzo (czytałem piórkowe:P), i trochę czegoś innego się spodziewałem.

Nie siadła mi chyba… tematyka blisko wojenna, a z racji tego, że mnienmam że bohaterowie są Polakami i choć nie wypowiedziałeś tego wprost, trochę mi się to skojarzyło z II wojną. Ja jakoś tak średnio lubię opki z tego z okresu, być może dlatego. Bo sama beznadzieja wojenna ok. Lecz nie wydaniu martyologii narodu polskiego, bo trudno znosiłem lektury szkolne z tego okresu :) Więc chyba właśnie chyba klimat. Ale przyczepić z technikaliów mi się niezmiernie ciężko do czegokolwiek :) Mam nadzieje, co już powatrzałem, nie bierzesz tego do siebie.

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Możecie twierdzić inaczej, ale nie dam sie przekonać :P

Jak się zrobi cieplej, trzeba będzie zrobić nowy odcinek zrobić Mythbusters: Uciszanie Franka laugh

Potem w opowiadaniu jest napisane, że on szamoce się pod wodą, więc wcale tak cicho i sprawnie nie jest. Cios w brzuch pod wodą wytworzy mniej hałasu, ale nie będę się sprzeczał.

Nigdy, przenigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby utopić malca, starałbym się odebrać mu możliwość jęczenia/płaczu. Gdyby mi się nie udało, trudno. Nie jest to warte życia. Rozumiem, że fikcyjny bohater myśli inaczej i tak został stworzony. Skupia się potem na walce o życie, znika malec, znika Kasia, zostają zredukowani do topielców, choć pośrednio lub bezpośrednio jest odpowiedzialny za ich śmierć. Trauma dusi wszystko to, co powinien czuć. Refleksja przychodzi znacznie później, czy samobójstwo zadośćuczyniło ich śmierci – nie, ale przynajmniej dało mu ukojenie.

Hej!

 

@melendur

 

“Ruch jest życiem” który mi siadł bardzo

To opowiadanie mnie prześladuje do dziś, a ja chciałem tylko napisać tekst, w którym apokalipsa została wywołana czymś, czego jeszcze nie było :P Ale rozumiem skąd taka opinia. Tylko muszę Cię zmartwić, bo “Ruch…” napisałem dość dawno temu i już chyba nie potrafię tak pisać – teraz wtykam w swoje teksty więcej rzeczy, nad którymi się zastanawiam; o których myślę pod kątem przyczyn ich zaistnienia. Czyli więcej trudnych tematów, mniej przygody.

 

a z racji tego, że mnienmam że bohaterowie są Polakami i choć nie wypowiedziałeś tego wprost, trochę mi się to skojarzyło z II wojną.

To właściwe skojarzenie. Ale uważałem, żeby nie napisać niczego na temat tożsamości wrogów, tożsamości tych zza rzeki i tak dalej.

 

Lecz nie wydaniu martyologii narodu polskiego

Tu nie ma martyrologii. Jest dramat jednostek. 

 

Mam nadzieje, co już powatrzałem, nie bierzesz tego do siebie.

Nie znamy się jeszcze za dobrze, więc powiem Ci coś, co wiedzą tutaj wszyscy – ja mało co biorę do siebie, a obrazić mnie w zasadzie nie sposób. Więc do mnie można (a nawet trzeba) prosto i bez owijania w bawełnę – jak się coś nie podoba, to luz, możemy o tym pogadać, moje ego nie jest kruche ;)

 

@marzan

 

Jak się zrobi cieplej, trzeba będzie zrobić nowy odcinek zrobić Mythbusters: Uciszanie Franka

O! I to jest pomysł. Pomysł na szorta. Zakodowane ;)

 

Potem w opowiadaniu jest napisane, że on szamoce się pod wodą, więc wcale tak cicho i sprawnie nie jest.

Zrób eksperyment, marzanie, i poproś kogoś o to, żeby poruszał się trochę pod wodą, może być nawet gwałtowanie. Ty stój na brzegu i spróbuj te ruchy usłyszeć. Niczego nie usłyszysz, gwarantuję Ci. Poza tym to walka szcześciolatka z mniej więcej osiemnastolatkiem – dziecko się szamocze, ale dla Kazika nie jest te jego szamotanie żadnym wyzwaniem. 

 

Nigdy, przenigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby utopić malca, starałbym się odebrać mu możliwość jęczenia/płaczu. Gdyby mi się nie udało, trudno. Nie jest to warte życia.

No i Kazik przecież odebrał mu mozliwość jęczenia i płaczu. Poza tym nie wiesz jakbyś się zachował, możesz tylko domniemywać :)

 

Dzięki za komentarze i dyskusję!

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

 

Podążaj za białym królikiem.

Witam panią jurorkę :)

Known some call is air am

Dobry dzień,

 

czy w drugiej i dwóch ostatnich częściach rozjechało się justowanie? 

 

Kobiecina prosiła, prawie błagała: nie idźcie tam. Z końcem lata nikt tam nie chodzi. Jesienią, zimą, na wiosnę to tak, ale nie teraz. Bo teraz mgła znad rzeki wypełza, snuje się po makach, ich kolory jak krew wypija. Tylko na ścieżkę nie wstępuje.

Wiem, że to kwestia nawiązania do obrazu i tytułu oraz budowanie klimatu, ale mgieł to chyba jednak więcej wiosną i jesienią mimo wszystko ;)

 

Trwali tak przez kilkanaście uderzeń przerażonych serc

 

To jest ładny zabieg, ale traci siłę, gdy wyżej było już coś podobnego: Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, na kilka uderzeń serca splatając oddechy.

 

Rzeka nie była szeroka, nie więcej niż na cztery metry, bieg miała łagodny, a na środku, w najgłębszym punkcie, sięgała Kazikowi do połowy piersi.

Jeden głośniejszy plusk i obaj będą martwi.

Kazik zmienił chwyt i wepchnął Franka głęboko pod powierzchnię. Stamtąd żadne dźwięki się nie wydostaną.

Ok, rzeka, która sięga dorosłemu facetowi do połowy piersi, dla dziecka jest bardzo głęboka, ale oni są przy brzegu. Jak głęboko musiałby go wepchnąć, aby dziecko w naturalnym odruchu trzepania rękami i nogami pod wodą nie wywołało żadnego plusku?

 

Poza tym drobiazgami całość bardzo na plus – tekst jest obrazowy, dobrze buduje napięcie i ma mocny, zapadający w pamięć finał. Czytało się naprawdę dobrze.

Those who don't believe in magic will never find it

Hej!

 

Wiem, że to kwestia nawiązania do obrazu i tytułu oraz budowanie klimatu, ale mgieł to chyba jednak więcej wiosną i jesienią mimo wszystko ;)

No task, nawiązanie do obrazu, ale nawet gdyby nie było, to zarzut i tak jest nieuprawniony. Ostatni oddech lata, czyli przełom lata i jesieni, który przypada na końcówkę września. I dałęm chyba dość tropów, żeby uznać, że właśnie w tym okresie się akcja opowiadania dzieje. Poza tym – mgła częsciej pojawia się przy rzekach. Rzekę tam mam. Inna sprawa, że to nie jest naturalna mgła, tylko ostatni oddech Franka, który mgłą się objawia.

 

To jest ładny zabieg, ale traci siłę, gdy wyżej było już coś podobnego: Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, na kilka uderzeń serca splatając oddechy.

Słusznie. Już przemodelowane :)

 

Ok, rzeka, która sięga dorosłemu facetowi do połowy piersi, dla dziecka jest bardzo głęboka, ale oni są przy brzegu. Jak głęboko musiałby go wepchnąć, aby dziecko w naturalnym odruchu trzepania rękami i nogami pod wodą nie wywołało żadnego plusku?

Jeśli ręce i nogi nie przebiją powierzchni, to nie będzie plusku. W przypadku sześciolatka wystarczy żeby rzeka w miejscu kryjówki miała około siedemdziesięciu centymetrów głębokości. To takki rodzaj rzeki, który wygląda jak miejscami Pasłęka albo Zbrucz – zaraz przy brzegu jest dość głęboko.

 

 

Dzięki za lekturę i pozostawienie po sobie śladu :)

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć,

 

I dałęm chyba dość tropów, żeby uznać, że właśnie w tym okresie się akcja opowiadania dzieje.

No dałeś, dlatego zaczynam od: Wiem, że to kwestia nawiązania do obrazu i tytułu oraz budowanie klimatu ;)

 

Poza tym – mgła częsciej pojawia się przy rzekach. Rzekę tam mam. Inna sprawa, że to nie jest naturalna mgła, tylko ostatni oddech Franka, który mgłą się objawia.

 

Jasne, rozumiem koncepcję i to, że mgła nie jest tu do końca naturalnym zjawiskiem. Chodzi mi bardziej o logikę wypowiedzi staruszki. Skoro mówi, że jesienią, zimą i wiosną ludzie tam chodzą normalnie, to znaczy, że sama mgła nad rzeką nie jest tam niczym niezwykłym ani szczególnie strasznym.

A zaraz potem wynika z jej słów, że właśnie mgła jest powodem, żeby tam nie iść.

Those who don't believe in magic will never find it

No, ale właśnie o to chodzi, że jesienią, zimą i wiosną nie pojawia się nienaturalna mgła – ona tylko z końcem lata się pojawia i wtedy tam nie wolno chodzić. Nadal nie rozumiem o co Ci chodzi, bo logika wypowiedzi tutaj nigdzie nie zgrzyta, wszystko jest jasne i staruszka nigdzie nie sugeruje, że w pozostałe okresy roku jest tam mgła albo jej nie ma, ona na ten temat słowa nie wypowiada.

Known some call is air am

Ok, rozpiszę, co mi zgrzyta. 

 

Końcem lata nikt tam nie chodzi, bo teraz mgła znad rzeki wypełza…

 

Czytam to automatycznie to jako związek przyczynowy, że nie można chodzić, bo mgła jest niebezpieczna. I myślę sobie “zaraz, przecież mgły przy rzekach pojawiają się najczęściej wiosną/jesienią” więc jest dysonans, bo wg słów staruszki te okresy są już ok na wypady nad rzekę.

 

Jasne, wiem, że w opowiadaniu chodzi o mgłę nadnaturalną i symboliczną. Problem polega tylko na tym, że w tym miejscu tekst nie sygnalizuje tego jeszcze wyraźnie.

 

Staruszka mówi: bo teraz mgła znad rzeki wypełza…, a nie np. bo wtedy wypełza ta mgła (co by ją jakoś odróżniało od zwykłego zjawiska). 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Czyli, jeśli dobrze rozumiem, masz problem z tym, że jeszcze nie wiesz czym jest mgła o której mówi staruszka. Gdybyś wiedziała, problemu by nie było. Dziwny argument. To tak jakby mieć za złe, że – rzucam pierwszy z brzegu przykład, broń Wisznu żebym się porównywał – Tolkien nie napisał wcześniej, że Gandalf nie chce iść przez Morię, bo jest tam balrog. Bo gdybyśmy wiedzieli, że jest tam balrog i czym on jest, to jako czytelnicy mielibyśmy pełniejszy obraz, już na wstępie wyklarowany i nic by nas nie zaskoczyło później. Ok, może nie lubisz być zaskakiwana, rozumiem.

A wracając do mgły znad rzeki: czytasz to automatycznie jako związek przyczynowy, że nie można tam chodzić bo mgła jest niebezpieczna. I piszesz, że masz dysonans bo zakładasz, że ze słów staruszki wynika, że pozostałe okresy są już ok. No tak, to wynika ze słów staruszki i jest zgodne z prawdą, więc gdzie ten dysonans? Ja go nie widzę, bo wszystkie założenia są u Ciebie właściwe – przeprowadziłas właściwe wnioskowanie na podstawie tego, co jest w tekście, więc zapytam raz jeszcze: where is dysonans?

Twój problem polega na tym, że tekst tego nie sygnalizuje baaaardzo wyraźnie, tylko zarysowuje. 

Piszesz: staruszka mówi: bo teraz mgła znad rzeki wypełza. Równie dobrze mogłabyś to odczytać, że tylko teraz mgła wypełza, a nigdy wcześniej ani później jej tam nie ma. I w zasadzie to mogłoby być prawda. Przy takim wnioskowaniu nadal dostrzegasz dysonans? 

OldGuard, uważam, że podniesiony zarzut to już czepialstwo wysokiego levelu i nie widzę celowości dalszej dyskusji na ten temat. Tobie się po prostu nie podoba coś, co jest w Twojej głowie, a nie w tekście. Bywa ¯\_(ツ)_/¯

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Wow, nie sądziłam, że dość niewinna uwaga wywoła w Tobie takie emocje. W porządku, jest to jakaś nauka na przyszłość, aby ich nie dawać, bo prowadzą do konfrontacji, gdzie już powoli wchodzisz w argumenty ad personam.

 

Założyłam, że dyskusje pod tekstem są wartościowe, bo pokazują różne spojrzenia na ten sam tekst – nie tylko takie, jakie autor miał w głowie. Mój błąd.

Those who don't believe in magic will never find it

Gdzie widzisz te emocje, OG? To przecież spokojna, merytoryczna replika, którą po prostu klaruję Ci, czemu czepiasz się czegoś, czego nie ma. Dobrze założyłaś, że dyskusja pod tekstem jest wartościową, bo pokazuje różne spojrzenia, ale jeśli to spojrzenie skierowane jest nie na przedmiot dyskusji tylko na to, co się wydaje, wtedy wartość spada. A spada jeszcze bardziej, kiedy rzeczowe argumenty nie prowadzą do ewentualnej rewizji swoich tez, tylko do prób wzbudzenia u rozmówcy poczucia winy, że miał czelność się z nimi nie zgodzić.

Ja się nie chce kłócić z Tobą, ale nie mam też zamiaru przechodzić do porządku dziennego nad nieuprawnionym foszkiem, który wychodzi poza merytoryke, a wkracza na grunt emocji, które z Twojej strony są wyraźniejsze niż – jak to zarzucasz – u mnie.

Known some call is air am

Witam :]

 

Podobały mi się fragmenty w onirycznej atmosferze i topienie dzieciaka z tchórzostwa, ewentualnie z konieczności – bardzo emocjonalne. Szybko ujawniasz istnienie mgły, ale tłumaczysz sprawę stopniowo i w oparciu o pobudzające wyobraźnię scenki, więc fajnie się to czyta.

 

Nie podobało mi się tylko, jak ta maszyna krocząca wkroczyła – w sensie, ona sama w sobie jest okej, ale nie miałem (chyba że coś przegapiłem…?) wcześniej powodu podejrzewać, że jesteśmy w jakimś steampunku, czy tam dieselpunku, więc strasznie wytrąciła mnie z rytmu.

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Witaj.

Cieszy mnie, że dobrze się czytało. Scena z mechem weszła spontanicznie, ponieważ chciałem przede wszystkim pokazać odczłowieczenie najeźdźców nie tylko w kontekście popełnianych zbrodni, ale również w ich wyglądzie. A że diesel punkowa zbroja nadawała się do tego świetnie, pociągnąłem ten diesel punk jeszcze nieco dalej, dodając mecha. Rozumiem skonfundowanie, jest w pełni uprawnione, ponieważ pojawieniem się mecha stoi w silnym kontraście do wcześniejszych scen – ale też i o to mi chodziło, jak w obrazach wspomnianego Jakuba Różalskiego.

Dzięki za lekturę i opinię:)

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Cześć,

Bardzo mocne, mnie przeniosło w literaturę i filmografię portugalską, gdzie nadal rozliczają się z wojną kolonialną. Perspektywa chłopaka, który musi wybierać, a postawiony został w sytuacji, gdzie nie wybiera się i nie decyduje tylko reaguje. I dlatego potem weteran nie znajdzie zrozumienia. “Ja bym tak nie mogła”, “Ja bym tak nigdy nie zrobiła” i mój faworyt: “Jak ja bym była na jego na jego miejscu…”. A guzik człowiek wie, co by zrobił na jego miejscu.

Też maszyna krocząca – super kontrapunkt dla ludzkiej perspektywy i świetny, bardzo sensualny opis przyrody.

Echo szczególnego rodzaju literatury wojennej, trochę klimat niektórych opowiadań Strugackich gdzieś z daleka Hemingway.

Świetne opowiadanie.

Mal

„Ostatni oddech lata” mocno mnie poruszył, tak z racji opisanych wydarzeń, jak i doskonale oddanego klimatu, że o makabrze wojny nie wspomnę.

Przyszło mi przeczytać o bardzo przygnębiających sprawach, ale jednocześnie bardzo staram się zrozumieć, że w zaistniałych okolicznościach chyba nie można było inaczej. I choć Kazik przetrwał, to tamten przeszły czas pozostał z nim i w nim na zawsze.

Ze mną Twoje opowiadanie też pozostanie na długo, dlatego idę odwiedzić nominowalnię.

I bardzo mi się spodobało, że w opowiadaniu pokazałeś mecha.

 

po­chy­lam się i pod­no­szę jeden z szorst­kich oto­cza­ków. → Owszem, wspominasz, że za linią drzew jest rzeka, ale czy na drodze na pewno był otoczak?

Poza tym wydaje mi się, że otoczaki, wygładzone wodą, nie są szorstkie.

 

Zsu­nął się wgłąb dziu­ry i ob­ser­wo­wał… → Zsu­nął się w głąb dziu­ry i ob­ser­wo­wał

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Temat jest ciężki. Po przeczytaniu musiałem dać sobie dobę, zanim zdecydowałem się napisać komentarz.

Ten problem funkcjonuje w literaturze i filozofii jako dylemat wagonika. Sam kiedyś sporo go wałkowałem, pisząc opowiadanie, które akurat nie było science fiction. Dużo wtedy o tym myślałem i dlatego ten tekst mnie poruszył.

Odwrotnie niż sugerują niektóre komentarze, mnie się wydaje, że odruchem wcale nie bywa poświęcenie jednego życia. Sądzę, że w odruchu będziemy raczej ratować każde życie. Ewentualna chłodna analiza, odarta z emocji, może doprowadzić do wniosku, że lepiej dopuścić jedną śmierć niż dwie.

Ale nawet gdyby kalkulacja wskazała na takie rozwiązanie, to zostanie mnóstwo „a może…”. Może nawet gdyby dziecko zdradziło kryjówkę, wcale nie musiałyby z tego wyniknąć dwie śmierci? Może tylko jedna? A może żadna? Tego nie da się wiedzieć. Dopiero zimna kalkulacja prawdopodobieństwa – przy dużej liczbie pewnych danych i małej liczbie niewiadomych – może prowadzić do takiej brzemiennej decyzji.

Twój Kazik jest w jeszcze trudniejszej sytuacji, bo jest emocjonalnie związany z Frankiem. Zna go, lubi, jest dla niego kimś w rodzaju bohatera. To wszystko dodatkowo podnosi stawkę i sprawia, że późniejsze wyrzuty sumienia wybrzmiewają mocniej. W moim opowiadaniu sytuacja była pod tym względem łatwiejsza, bo osoba, którą trzeba było poświęcić, była dla bohatera kimś neutralnym. Pomimo to, gdy skończyłem pisanie, miałem poczucie czegoś w rodzaju wyrzutów sumienia "autora" indecision.

 

Poruszyłeś niełatwy problem. Do tego świetnie wykorzystałeś obraz pani Anny – nie tyle inspirując się nim, co wręcz absorbując go do opowiadania.

Na pewno długo będę pamiętał Twoje opowiadanie.

Gratuluję, Outta Sewerze

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Hej! 

@Mal

A guzik człowiek wie, co by zrobił na jego miejscu.

No właśnie. Możemy zakładać, ale nie możemy być pewni. 

Dziękuję Ci za tak miłą recenzję, Mal. A skoro już Ci odpowiadam tutaj, to co z Twoim tekstem? Podszlifujesz? Czy wolisz zacząć coś od nowa i nie wracać?

 

@Reg

Hello! Robię również dziękuję za miłe słowa i nominację. I fajnie, że mech Ci się podobał, bo mnie też się podoba ;) Wskazane błędy zostaną poprawione.

 

@Koala

Dzięki za odwiedziny i lekturę!

 

@Berig

Ja zawsze rozpatrywałem dylemat wagonika pod kątem nie samego aktu przestawienia (lub nieprzestawienia) zwrotnicy i dlaczego podejmuje się taką, a nie inną decyzję, a bardziej pod kątem zaistnienia możliwości, żeby to zrobić. Gdyby byli ludzie na torach, wagonik i zwrotnica, ale nie było by komu jej przestawić, to nie ma decyzji – rzeczy dzieją się, bo tak skonstruowana jest rzeczywistość. W jakim stopniu możemy na nią wpływać i czy w ogóle możemy, kierując się własnym, subiektywnym do niej podejściem? W dylemacie wagonika wpływamy wyłącznie na czyjeś życie lub śmierć, zaś w opowiadaniu Kazik sam jest zagrożony. Owszem, jest tu coś ze wspomnianego przez Ciebie problemu, ale nie na tym się skupiłem :) 

Te wyrzuty sumienia autorskie też miewam, ale trzeba się do nich przyzwyczaić – no, chyba, że wolisz pisać tylko wesołe historie z happy endem, w której bohaterami będą same polyanny. Ale mam nadzieję, że nie w takie klimaty masz zamiar celować u siebie ;)

Cieszy mnie Twoja recenzja, a także to, że uważasz opowiadanie za kompatybilne z obrazem.

 

@Holly

 

Witam jurorkę!

 

Dziękuję Wam bardzo za lekturę i komentarze.

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Outta Sewerze,

Losowe wyłapanie

Ludzie obok których malec przebiega twarze mają posępne

Przecinek po “ludzie”?

 

Wrażenie po tekście jest po jedynie pobieżnym przejrzeniu komentarzy powyżej – zapewne się powtórzę z przedpiścami.

 

Bardzo spodobał mi się język, który zastosowałeś w tym opowiadaniu. Jest on poetycki, pełen intrygujących metafor, jak “zaterkotały ołowianym staccato” – to akurat szczególnie zapamiętałem. Do tego opisy krajobrazu, również ciekawe, ładne, plastyczne – dobrze korelują z obrazem będącym inspiracją. A równocześnie ten sam język, mam wrażenie, głównie przez dialogi, ale nie tylko, ma w sobie coś ze swojskości. To uwiarygadnia narrację, jak się zdaje, prostych ludzi, uciekających przed wojną.

Robotycznych wojowników się nie spodziewałem, ale właściwie dodali temu opowiadaniu jeszcze jeden wątek. Może chciałbym choć minimalnie bardziej mieć wyjaśnione czyje państwo, z kim wojuje i dlaczego, ale ok, akceptuję, że to nie jest ważne.

Dołączam się do pewnych wątpliwości z utopieniem Franuli. Zwłaszcza, że wcześniej piszesz “Jeden dźwięk i obaj będą martwi”. Czy wsadzenie głowy pod wodę wbrew woli chłopca to nie będzie ten “dźwięk”? Nie musisz odpowiadać, bo już to powyżej zrobiłeś, nie jest to zresztą jakiś fatalny błąd logiczny, przy odrobinie dobrej woli czytelnik może to po prostu zaakceptować. I to czynię, to Ty prowadzisz tą historię i tak chciałeś to zrobić. Na pewno dramaturgia wypadła mocno.

No i jeszcze Kazik – bardzo ciekawy bohater. Zdaje się, skrajny pragmatyk, gość, który pazurami jest gotów wydrzeć losowi swoje przetrwanie, wbrew wszystkiemu i wszystkim. Ileż to mamy bohaterów, którzy od początku lub w pewnym momencie, stają się szlachetni i skłonni do poświęcenia? Wielu. Chyba potrzebowałem takiego Kazika dla odmiany.

 

Bardzo intrygujący tekst, wcale niełatwy i wcale niełatwo napisany, ale imponujący. 

 

PS: widzę, że pewien pomysł na technikę nawiązania do obrazu mieliśmy podobny, pod kątem rozbicia na przeplatające się wątki laugh

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Siema, beeeecki!

 

Jeśli chodzi o język, to staram się go dostosowywać do tego, co chcę opowiedzieć. Raz wyjdzie, raz nie :) Poza tym, od dłuższego czasu staram się też nie szarżować z metaforami, a jeśli już je wrzucam to sporadycznie, bo są jak przyprawy – trochę dla smaku, ma być je czuć, ale nie mogą dominować.

Czyje państwo, z kim wojuje i tak dalej – specjalnie nie użyłem żadnego słowa, które wskazywałoby w sposób bezpośredni jaki to konflikt. Ale po realiach, po tych kilku opisach, dotyczących ludzi i tego jak uciekają, po porze roku i wzmiankach o bratnim narodzie można chyba dojść do tego, jaki konflikt miałem na myśli, nawet pomimo dodania mechów i żołnierzy w pancerzach wspomaganych. Ale nie napiszę tego prosto z mostu nawet tutaj ;)

Topienie Franka – musiałbym Ci napisać dokładnie jak ja to sobie wizualizuję. Dziecko jest zanurzone po samą głowę, Kazikowi wystaje ponad taflę jeszcze pół klatki piersiowej pod zasłoną z traw. Kazik przyciska Franka do siebie, obejmuje go ręką na wysokości zanurzonej w wodzie piersi dziecka. Kiedy Franek nabiera tchu do krzyku, Kazik wolną ręką zamyka mu usta i mocniej przyciska do siebie. Teraz wystarczy, żeby Kazik docisnął do swojej piersi głowę dziecka i ugiął nogi, żeby samemu zanurzyć się po samą głowę. Teraz unieruchomione dziecko jest całe pod wodą, więc Kazik może je wepchnąć jeszcze głębiej, żeby ręce Franka nie przebiły tafli, powodując jakikolwiek dźwięk. 

Co do postaci Kazika, napiszę tak: tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Kazika myślał, że jest gieroj, ale po zetknięciu się ze śmiercią okazało się, że tylko tak myślał. To było to, co go sprawdziło i zweryfikowało.

I tak, masz rację, też to zauważyłem w trakcie lektury Twojego tekstu. Bardzo podobna kompozycja. Great minds think alike ;):)

Dzięki za lekturę i miły komentarz!

 

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Mnie również mech skojarzył się z Różalskim.

Sama opowieść ciekawa i wciągająca. Bardzo dramatyczna, ale dramatyzm usprawiedliwia osadzenie akcji w czasach wojennych. Podobały mi się również przerywniki umieszczone pomiędzy wojenną historią Kazika, jest w nich pewna melancholijna poetyckość.

 

 

Hej!

Dzięki za lekturę, Storm. Cieszy mnie, że przerywniki Ci się podobały, bo na początku miałem tylko je :D Reszta historii (a w zasadzie cała historia) wyklarowała się później, w trakcie pisania rozdziałów retrospektywnych i wymagała finalnie przemodelowania trochę tych fragmentów, które osadziłem kilkadziesiąt lat po wojnie.

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Hej, bardzo przyjemna lektura, mimo że temat nieprzyjemny. To jeden z tych tekstów, w których następuje zderzenie czytelnika z ponurą rzeczywistością a jednocześnie doświadcza się obcowania z dobrym warsztatem, dopracowaną fabułą i pięknym językiem. 

Trochę subiektywnego czepiania:

 

Ludzie obok których malec przebiega twarze mają posępne, skupione, na niejednej malują się strach i niepewność.

 

Zmieniłabym szyk, bo mamy dwa różne podmioty i trochę to zdanie zatrzymuje. Np.: Twarze ludzi, obok których przebiega malec, są posępne, skupione, na niejednej malują się strach i niepewność. 

Nawet jeżeli nic nie zmienisz, to koniecznie wstaw wówczas przecinek po ludziach. 

 

Ta ledwo odrosła od ziemi płowowłosa iskierka żywotności wydaje się być nie na miejscu; jej radość w mijanych ludziach budzi niechęć, jakby swoim zachowaniem dziecko celowo drwiło z ich nieszczęścia, naigrywało się z przeszłego, teraźniejszego i przyszłego bólu.

Jej radość budzi niechęć w mijanych ludziach. Teraz brzmi, jakby radość siedziała w mijanych ludziach. 

 

. Odwrócił głowę i zobaczył coś, o czym dotąd tylko słyszał, raz widział na zdjęciu w dzienniku, ale mimo to powątpiewał by coś takiego mogło istnieć:

Zdjęcie w dzienniku. Hmm. Lniane koszule, giezła, a tu zdjęcie w dzienniku. Ok, mamy Mechy, mamy fantastykę, ale imho dziennik to już przesada – o wiele lepsza byłaby po prostu gazeta, pismo, może nawet wojenna broszura. Codzienne wydania są przecież  domeną wielkich miast. 

Sam szyk zdania trochę zatrzymuje, można by nad nim pomyśleć. 

 

 Wynurzył głowę – był tuż przy brzegu, gęsty las ciemniał nad nim w ostatnich godzinach nocy.

Fajne. Prosty opis, ale tak obrazowy, że zobaczyłam tę scenę. Po raz których dochodzę do wniosku, że  prostsze opisy czasem lepiej przemawiają, niż te rozwlekłe, do których, niestety, mam słabość. 

 

Trochę rozumiem o czym pisała Old Guard – o tej obecności mgły nad rzeką, tej specjalnej tylko pod koniec lata – podczas gdy mgła nad rzeką jest bardzo często – to trochę nie wybrzmiało. Dlatego na końcu, przez chwilę nie chwyciło, o co chodzi z ostatnim zdaniem. To bardzo drobny zarzut – po prostu daję Ci znać o moich odczuciach. 

Tekst jest porządny. Tak po prostu. Wciąga, pochłania czytelnika. Myślę, że na wielu płaszczyznach – staranność jest widoczna, obrazowość opisów, klarowność. Dla mnie opko zasługuje na nominację. “Ostani oddech lata” to piękny tekst.

Pozdrawiam serdecznie! 

Oj, długo myślałem, o tym tekście, długo.

Bo, kurde, jak Cię Q lubię, to za ten tekst mam ochotę Ci dać po głowie. Ot co.

 

Kurde.

 

Zalazł mi za skórę – i to tak w takim niedobrym sensie.

 

Kurde bele.

 

I siedzę sobie teraz wśród czerwonych, czerwioniutkich maków nad rzeką zapomnienia i prawie zapomniałem, co miałem Ci napisać.

 

Klimat.

 

Tak, klimatem ten tekst stoi.

Taka niespieszna, leniwa ta rzeczka – ale już nas wicher porywa i wartki nurt – na chwilę. A potem znów to samo. I mgła. Mgła. Co z tą mgłą? Wyciągają się z niej ręce, czepiają. Foreshadowing cholernie dobrze poprowadzony.

 

Na shoutboxie jakiś czas temu rzuciłem link i zacząłem dyskusję o radosze, jaką mieli piloci z mordowania ludzi. Rycerze przestworzy. Czysta wojna w białych rękawiczkach, a tam na dole – jakieś bydło dwunogie do zabicia. Kolejne cele w grze, które można tak pięknie rozwalić. Buchną krwią. Ale fajna adrenalinka.

 

A na dole, na dole – chaos, jęki ludzi. Ale czy to ludzie? Ot, cele tylko. Wielkokalibrowe działka robią z nich marnoladę.

 

Pokazujesz to z ziemii. Bardzo sugestywnie.

A potem dokładasz pająka.

 

I wiesz – gdyby nie ten pająk i te późniejsze mechy – to pytałbym gdzie tu fantastyka? Bo to jakby przyszyte na siłę, by dobre opowiadanie wojenne ufantastycznić. Tylko po co? No tak, jesteśmy na portalu NF i tu teksty niefantastyczne są zakazane. Ok, rozumiem. No i konkurs ma swoje prawa, prawda? No… ok.

Ale jednak mnie ten pająk i mech nie przekonuje.

Wiesz czemu?

Tak Cię chwaliłem za ten foreshadowing – ale tego nie zapowiedziałeś. Nijak. A wystarczyłoby odrobinę, rzucić choćby kawałek, drobną uwagę.

 

Czy utopienie dzieciaka było konieczne? NIe wiem. Pewnie i narrator też tego nie wie. Wchodzi we mgłę by spłacić dług, dług którego spłacić się nie da. Wszak – jeśli dobrze zrozumiałem – to on był przewodnikiem, prawda? To nie tylko tej jednej śmierci może się czuć winny – a każdej z nich. Nawet gdyby nie zabił własnymi rękoma – to jednak by ciężar winy nie dał mu spać po nocach. Bo ci co przeżyli, zawsze czują się winni, nawet jeśli nic nie zrobili – a czasem – zwłaszcza, gdy nic nie zrobili.

Ale on – zrobił – jest winny i sam siebie już osądził. Osądził go też amulet / order i jego była narzeczona. Osądził zabity brat. Wystarczy tylko wykonać wyrok.

 

Fajnie to wszystko jest skonstruowane – mimo że nic tu nie zaskakuje (poza pająkiem i mechem – ale to nie są takie zaskoczenia, jakich bym chciał – rozumiesz o czym mówię, prawda?) – to przecież żadnych zaskoczeń nie potrzeba – tu ta nieuchronność, to ciążące fatum – jest właśnie najlepsze – bo jedynie na co czekamy, to to, jak to się w szczegółach rozwiąże.

 

A mimo tej fajnej konstrukcji i ogólnej dobrej roboty – pomarudzę jeszcze trochę – na tempo tekstu.

Wiem, wiem, wiem – celowo chciałeś, by był taki niespieszny, by potem właśnie przyspieszyć, pokazać tę dynamikę, zakręcić, podkręcić, jeszcze mocniej uderzyć tempem dwadzieścia dwa, klocki w zęby.

Niby dobrze – ale jednak – w moim odczuciu, troszkę przegiąłeś.

I nie, nie w tym, że to się długo rozkręca i z pozoru tak niewinnie, ale tym, że jednak za mało w tym rozbiegu pokazałeś. Brakuje tu silniejszej relacji między postaciami…

Wstyd się przyznać – ale mi zupełnie na tej Kaśce nie zależało, ani na dzieciaku. Owszem, scena topienia dość dramatyczna, ale dzieciak w istocie nie miał wcześniej nic w sobie takiego, za co bym go polubił na tyle, by mi było go naprawdę szkoda. Gdzieś to budowanie relacji po prostu nie wyszło – co paradoksalne – w tej powolnej, wręcz nieruchomej toni początku – za szybko chciałeś przejść do porządku dziennego z tym, że – ok, mamy parę zakochanych, ok, mamy nieco irytującego brata narzeczonej, ok, to są osoby, które łączą jakieś głębsze uczucia.

 

Wiesz, Q, do kogo innego takich pretensji bym o to nie miał, ale do Ciebie mam właściwie z dwóch powodów – po pierwsze, dlatego, że Cię personalnie lubię, po drugie – bo wiem, że umiesz lepiej.

 

No ale dobra – teraz w końcu do sedna, Jimie, do sedna – dlaczego tak długo zwlekałem z tym komentarzem.

 

Bo mimo tych mankamentów – opowiadanie jest cholernie dobre. Ta spokojna akcja (owszem – jak pisałem wyżej – ciut za spokojna i nie zawierająca wszystkiego co bym chciał) – wręcz senna, wręcz anemiczna – a jednak buduje kroczek po kroczku niesamowity wprost klimat – a do tego – wspominałeś w przedmowie o synergii – ta synergia z obrazem, to współgranie z tytułem i treścią malowidła – wyszło Ci nieprzeciętnie.

 

Podoba mi się postać głónego bohatera. Jest naprawdę dobrze poprowadzona, świetnie zarysowana – może i nie przejmujemy się całą resztą, ale nim – się przejąć musimy – i te dwie perspektywy – retrospekcyjna, pisana w trzeciej osobie i współczesna, pisana w pierwszej – doskonale się uzupełniają.

 

Język – samo mięcho. Ogólnie słodzić bym mógł Ci jeszcze długo wymieniając rozliczne aspekty tekstu, o których wiesz dobrze, że są dobre – ale zbytnio Cię szanuję, by takie laurki pisać. Praktycznie wszystkie rzeczy, poza tymi, na które zwróciłem uwagę jako problematyczne – mam za co najmniej poprawne. Tekst jest mocny i się broni.

 

Dlaczego więc zwlekałem z komentarzem?

 

Cóż. Bo to, że utwór jest dobry – to fakt. Ale czy jest dobry na tyle, by przy tych wszystkich mankamentach polecić go do piórka?

 

I teraz wreszcie skończyłem walkę z myślami i uznałem, że tak.

 

Pozdrawiam.

 

 

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Hej.

 

@JolkaK

Kilka słusznych sugestii zostało zaimplementowanych do opowiadania. Dzięki wielkie, teraz jest lepiej. Cieszy mnie, że lektura Co się spodobała na tyle, by tekst nominować do piórka. Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam serdecznie 

Q

 

@Jim

Na razie nie mam czasu, żeby Ci coś konkretniej odpisać, tylko napomknenwiec o tym, że podesłany przez Ciebie materiał o pilotach był wielce pomocny. No i masz rację z tym foreshadowinegiem a propos mecha. Do czasu ogłoszenia wyników nie będę w tym dłubał, ale potem dodam coś, co może przygotować na mecha. Kiedy znajdę moment odpisze Ci obszerniej, a na razie pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Ja również pozdrawiam, nie spiesz się, ja i tak nie miałbym teraz czasu przeczytać Twoją odpowiedź :)

 

Jak będziesz miał chwilę, zerknij, jakie jeszcze opka w tym miesiącu (poza Twoim) uznałem za warte piórka:

 

OldGuard –  "Most Westchnień"

Jamesmas – Sekwencja

Caern –  "Gdy zostanę lepszym człowiekiem"

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

 

Witaj, Outta Sewer. :)

 

Podziękowania za udział w Konkursie. Komentarz stworzony zaraz p przeczytaniu.

Sprawy techniczne i nasuwające się wątpliwości oraz sugestie (zawsze tylko do przemyślenia):

Ludzie (przecinek?) obok których malec przebiega (i tu?) twarze mają posępne, skupione, na niejednej malują się strach i niepewność.

Ta (i tu?) ledwo odrosła od ziemi (i tu?) płowowłosa iskierka żywotności (i tu?) wydaje się być nie na miejscu; jej radość w mijanych ludziach budzi niechęć, jakby swoim zachowaniem dziecko celowo drwiło z ich nieszczęścia, naigrywało się z przeszłego, teraźniejszego i przyszłego bólu.

Nie dość (przecinek?) że brudne, to jeszcze żeś je na kamieniach poranił.

Jeśli nic się nie wydarzy (przecinek?) dotrzemy na przystań przed zmrokiem.

Bo babka cały czas gada, że ty i jeszcze Jurek od Mykoniów i ten drugi, ten (przecinek?) co stał z tobą przedtem, jesteście tchórze, bo zamiast walczyć to uciekacie i ona powiedziała, że jesteście dezertery, a potem jeszcze…

Ale (przecinek?) jak was już przeprawimy na drugi brzeg, tam (i tu?) gdzie inne państwo, gdzie wróg ścigać was nie będzie, to ja, Jurek i Feliks zostaniemy po naszej stronie.

Kasia złapała Kazika za rękę, przyciągnęła ją do siebie i podwinęła rękaw płóciennej koszuli, która miał na sobie. – literówka?

To niech to będzie awansem medal za odwagę. – powtórzenie (może celowe, bo to mowa potoczna)?

Ludzie rzucili bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki. – omyłkowe powtórzenie

Dziesiątki ciał zalegało wszędzie wokół – większość rozczłonkowana, posiekana wielkokalibrowymi seriami. – czy ta aliteracja celowa?

Odwrócił głowę i zobaczył coś, o czym dotąd tylko słyszał, raz widział na zdjęciu w dzienniku, ale mimo to powątpiewał (przecinek?) by coś takiego mogło istnieć: walcowaty (i tu?) stalowy korpus, w którym pomieścić by się mogła cała wieś, wsparty na czterech pajęczych nogach wielkości zbożowych silosów.

Zerwał się do biegu, nie bacząc (przecinek?) czy stąpa po ziemi, czy po trupach.

Kazik odmawiał piątą zdrowaśkę (przecinek?) gdy Franek przestał walczyć.

Zsunął się wgłąb dziury i obserwował przeciwległy brzeg, gdzie drzwi przystani ponownie stanęły otworem, po czym z mroku oderwał się samotny cień i zniknął wewnątrz budynku. – ort. – osobno?

Było mu to na rękę, ponieważ nie wiedział (przecinek?) jakiego traktowania może oczekiwać ze strony żołnierzy pilnujących drugiej strony.

Kazik zatrzymał się (i tu?) dopiero kiedy zastał go świt.

Sny podpowiedziały mi (przecinek?) co muszę zrobić, by zapomnieć i odzyskać spokój.

 

Niezwykle gorzkie, przejmujące, bolesne opowiadanie. Tak straszliwa wina latami ciąży i piecze, sprawia, że nie można zapomnieć… Bardzo mocny tekst, trzyma w napięciu, każe czytelnikowi przemyśleć kwestie rozliczeń oraz rachunku sumienia bohatera, którego losy i wybory przedstawiłeś w tak dramatyczny sposób. Interesujące nawiązanie do obrazu. :)

 

Przy okazji składam serdeczne życzenia: Zdrowych, Pogodnych i Wesołych Świąt dla Ciebie oraz Twoich Bliskich. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, klik podwójny, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Hej! 

Cieszy mnie, że uznaleas tekst za interesujący na tyle, by nominować go do piórka. Powiadasz, że.to bolesne opowiadanie… Patrząc po moich ostatnich tekstach, wychodzi mi, że od jakiegoś czasu już tylko takie piszę. Niech ktoś zrobi jakiś humorystyczny konkurs, to może zmienię klimat choć na moment ;)

Dzięki za życzenia i oczywiście Tobie oraz dzieciom również życzę zdrowych, spokojnych i pogodnych świąt. Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

heartkiss Dziękuję. :)

Bolesne opka wychodzą Ci wręcz fenomenalnie. :) Nigdy nie zapomnę “Abrakadabry”. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, co to nominacje czy kliki biblioteczne, ale tekst pamiętać będę zawsze. :)

Wow, zerknęłam z ciekawości. Ona nadal nie ma nawet Biblioteki? surprise Już klikam. :))

Pozdro! :))

Pecunia non olet

Hej, 

Co tu dużo mówić – świetny tekst. Językowo bardzo dobrze. Pomysł genialny, mocny, emocjonalny. Lubię takie. Oddałeś fascynująco realia śmierci, strachu, chaosu, winy. Właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Emocje.

Kazik jest bardzo dobrze napisanym bohaterem. Jego załamania, zmiany, po prostu bycie człowiekiem wypadło świetnie. 

Scena utopienia dziecka – mocna, gorzka. Ale uwierzyłem w nią, spodziewam się, że i gorsze miały miejsce podczas wojny. Niestety, zło, brud, chaos i okropne czyny miały, mają i będą mieć miejsce, nie ma co zamykac oczu. Możemy tego nie chcieć, ignorować, ale to nic nie da. Smutna i wzruszająca scena, ale nie bardziej niż wyrzuty sumienia Kazika, które powodują, co powodują. 

Nie rozpisując się za bardzo – tekst genialny, naprawdę o włos nie wszedł na podium, a za sprawą… interpretacji obrazu. Nie będę robił z tego tajemnicy, nie kupiłem w stu procentach tych maków. Żebym został dobrze zrozumiany – to było świetne, klimatyczne, pasowało do opowiadania, ale mam wrażenie, że jakby odpiąć to od całości, tekst by nie stracił za dużo. A jednak to interpretacja i nierozłączność obrazu z tekstem były jednymi z najważniejszych kryteriów. 

Za to z chęcią nominowałem do piórka i liczę na to, że tekst je dostanie, bo zasługuje. Jedno już dostał ode mnie – złote! :D

Bardzo Ci dziękuję za wzięcie udziału w konkursie, to była czysta przyjemność przeczytać Twoje opowiadanie. 

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej ho!

Tyle gadasz, że ja się zastanawiam, kiedy oddechy bierzesz…

Gdybym tylko wiedziała, że to zapowiedź tego, co się wydarzy dalej, może bym się jakoś przygotowała. Tymczasem zostałam przeorana emocjonalnie.

 

 

Mimo że opowieści z wojną w tle nie należą do najprostszych, bardzo je lubię. Jest to temat niezwykle poruszający i wciąż aktualny, który można opowiadać na wiele rozmaitych sposobów. Udało ci się stworzyć niepokojący klimat, charakterystycznych bohaterów i opowiedzieć bardzo wciągającą emocjonalną historię, której zakończenia mogłam się spodziewać, a i tak mnie zaskoczyło. 

Do tego wszystkiego świetnie wplotłeś obraz pani Anny! Motyw oddechu przewijał się od początku do końca. Uważam też, że bardzo trafne jest skojarzenie czerwonych maków z żołnierzem. Mnie kojarzą się z „Remembrance poppy”, które upamiętniają żołnierzy poległych w wojnach. Zresztą w Polsce mamy przecież „Czerwone maki na Monte Cassino”. :) Mam wrażenie, że to wszystko ładnie spina się w całość. 

Bo teraz mgła znad rzeki wypełza, snuje się po makach, ich kolory jak krew wypija.

Korci mnie by podsunąć “spija” zamiast “wypija”. :) 

 

Początkowo czytając Twoje opowiadanie automatycznie osadziłam je w czasach drugiej wojny światowej. Miłym zaskoczeniem okazało się wprowadzenie elementów fantastycznych, takich jak bojowe machiny na pajęczych nogach. To dodało opowiadaniu trochę świeżości i unikalności. 

 

Bardzo mocna i poruszająca tematyka oraz świetny warsztat sprawiły, że w moim osobistym rankingu “Ostatni oddech lata” wylądował na pierwszym miejscu.

 

 

Szkoda, że nie udało mi się przekabacić pozostałych jurków i do podium odrobinę zabrakło. Kurczę, teraz myślę, że mogłam się bardziej kłócić! :D Ale hej! Cieszę się, że pani Anna zdecydowała się je wyróżnić. 

Nominuje je do piórka i mam nadzieję, ze Loża też je doceni! :)

 

Pozdrawiam serdecznie

 

 

Podążaj za białym królikiem.

Hej.

 

@bruce

 

Abrakadabra ma biblio, więc chyba jest Ok :) Cieszy mnie, że wciąż pamiętasz to opowiadanie, bo siedziało w mojej głowie przez kilka lat, zanim zacząłem pisać i przelałem je w literki. 

 

@Michael

 

Dzięki za zorganizowanie konkursu. Fajnie, że Twoje zajawki potrafią wejść w korelację z zajawką mamy – to pokazuje nie tylko podobny poziom wrażliwości, ale też wskazuje na bliskość Waszych relacji. A to bardzo cenne i tak po prostu, po ludzku, ogromnie mnie cieszy. 

Cieszy mnie również to, że widać w tym dramacie, który upichciłem, emocje. Kazik może być każdym z nas, bo jest prawdziwy w tym, co myśli o co sobie na swój temat wyobraża. Napisałem gdzieś wyżej w komentarzu, że tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono. I to jest prawda. Możemy myśleć, że zareagujemy w dany sposób; że nasza moralność jest niezachwiana; że odnajdziemy się w hipotetycznej sytuacji. A potem, kiedy ta hipotetyczność staje się realną, całe nasze wyobrażenie o siebie może runąć w jednej chwili. Albo nie. W tekście OldGuard jest coś podobnego, gdy jej bohater postanawia zareagować i wejść do płonącego budynku. Tyle, że u niej protagonista wyszedł z asekuranctwa, złamał siebie i zadziałał. I mnie odwrotnie – Kazik nie zadziałał, tak jak powinien; z wyobrażenia o własnej bezkompromisowości wpadł w studnię asekuranctwa, która popchnęła go do zadania śmierci. Scena topienia dziecka była dla mnie najtrudniejsza, bo cholernie nie lubię scen cierpienia dzieci u autorów – zawsze powodują u mnie sprzeciw, zazwyczaj dlatego, że są niepotrzebnym epatowaniem okrucieństwem. Ale te kilka (na przykład u MacCarthyego albo Simmonsa) które mają cel, są po coś, choć powodują sprzeciw nie mniejszy, zostają we mnie na zawsze, skłaniając do zastanawiania się co jakiś czas nad kondycją psychiczną niektórych ludzi.

Interpretacja obrazu, hmm. Może i masz rację. Chyba bardziej skupiłem się na tytule obrazu, który z miejsca do mnie przemówił. Z kolei obraz uzupełnił wizję, która z tytułu wyrosła. Prawdę rzekłszy, napisałem najpierw tę pierwszą scenę i nie wiedziałem przez kilka dni co dalej. A potem nagle przyszła rezta fabuły. No więc tak: bardziej zasugerowałem się tytułem, a obraz stanowił tylko tło dla niej. Rozumiem więc wątpliwości. 

Dzięki wielkie za miłe słowa i pozdrawiam serdecznie 

Q

 

PS. Marszawo, Tobie odpisze później, bo muszę obiad ugotować ;)

 

Known some call is air am

Abrakadabra ma biblio, więc chyba jest Ok :) Cieszy mnie, że wciąż pamiętasz to opowiadanie, bo siedziało w mojej głowie przez kilka lat, zanim zacząłem pisać i przelałem je w literki. 

 

To dobrze, jakoś widocznie źle spojrzałam w pośpiechu, ale klik i tak poszedł – na wszelki wypadek. :) 

Pamiętam, a jakże. :) 

Pecunia non olet

Hej. 

Trochę mi zeszło, ale jestem.

Bardzo przepraszam za emocjonalne przeoranie, choć jednocześnie odczuwam pewna dumę z faktu, że na kogoś moje pisanie w taki sposób wpłynęło. 

Piszesz, że motyw oddechu przewija się przez cały tekst. To prawda, tak miało być i cieszy mnie, że to zauważyłaś. I – odnosząc się do komentarza wcześniejszego, skierowanego do Michaela – w tym chyba leży problem. Bardziej skupiłem się na tytule, zaś sam obraz potraktowałem jako scenografię dla fragmentu opowieści. Wynika to pewnie z mojej miłości do komiksów, gdzie obraz stanowi tło dla fabuły, lub sam jest fabuły częścią, a pojedyncze plansze są jak wyrwane z kontekstu zdania. Dostrzegam ten mankament i dlatego uważam, że pozostali jurorzy mogli mieć wątpliwości. Kiedy teraz o tym myślę, obraz pani Anny byłby idealnym intro i outro takiej graficznej opowieści, gdzie pełniłby rolę fabularnej klamry.

Czasowo dobrze osadziłaś opowiadanie. To w zasadzie jest druga wojna światowa, w końcu lato oddaje swój ostatni oddech we wrześniu, a co się wtedy zaczęło wszyscy wiemy. Więc od pory roku wyszedłem, potem skojarzyłem wspomniane przez Ciebie maki z pamięcią poległych pod Monte Casino żołnierzy i już nie było odwrotu – to musiała być IIWŚ. Tylko dodałem do niej dieselpunkowe i żołnierzy w zbrojach, głównie żeby odczłowieczyć wrogów nawet wizualnie, choć i po to, by dodać nieco więcej fantastyki. Choć i bez dieselpunka tekst ma motywy fantastyczne, tyle że paranormalne.

Dzięki wielkie za przemiły komentarz i nominację piórkową.

Jestem również wdzięczny za podjęcie o moje opowiadanie walki z resztą jurorów. Ja bym się bał zadzierać z Bruce, żeby nie oberwać jakiegoś ciosu śmierci, czy coś. Zresztą z Michaelem też lepiej nie zaczynać – Hitchcock nauczył mnie bać się ptaków, niezależnie od gatunku ;) A o czarnych smokach to już nawet nie ma co wspominać.

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Q

Known some call is air am

laughheartkiss

Pecunia non olet

Cześć, 

Twoje opowiadanie przeczytałem na początku marca, ale zwlekałem z komentarzem. Wolałem poczekać, aż inni cię wychwalą – na co twój tekst jak najbardziej zasługuje.

Zastanawiałem się również czy ten komentarz publikować. Dlatego, że tekst średnio przypadł mi do gustu. I nie zrozum mnie źle: jest on napisany pięknie, jest bardzo nastrojowy i plastyczny. Widziałem Twoich bohaterów, ich dialogi były dla mnie mega naturalne, ale nie potrafiłem się z nimi zżyć. Nie lubię tematyki wojennej, a jeszcze mniej lubię sci-fi – i to jest powód dla którego tekst średnio mi siadł.

Do momentu nalotu i ucieczki w las czytało mi się bardzo przyjemnie. Czułem sielankę, śmiałem się z Franka i widziałem Kasię zanurzającą nogi w wodzie – i jeżeli poszłoby to dalej w tym kierunku, byłoby to dla mnie jedno z lepszych opowiadań konkursowych. Ale to jest tylko moja opinia i moje upodobania :)

Potem jest panika, ucieczka. I znowu – jest to doskonale poprowadzone, ale przez to, że nie zżyłem się z bohaterem nie byłem w stanie tego poczuć.

Potem mamy topienie chłopca – rozumiem zamysł, ale dla mnie jest to troszeczkę naciągane. Ma to pociągnąć przemianę bohatera, ale ja tego osobiście nie kupuje – Franek zbiera się do krzyku w momencie, gdy słyszą łamane gałązki. Dlaczego nie krzyknął wcześniej na huk wystrzału, dlaczego nie krzyknął na widok martwej siostry – przecież musiał usłyszeć szept Kazika, a co za tym idzie odwróciłby głowę.

To co mi rzeczywiście bardzo przeszkadzało, wręcz irytowało to: „w głowie miał trociny”. Średnio rozumiem to porównanie.

Tekst jest gęsty od metafor, działa na wysokim rejestrze emocjonalnym i to jest super, ale mi najzwyczajniej nie podszedł i proszę się tym nie przejmować :) Tak jak wyżej: wahałem się czy ten komentarz publikować, ale chciałem się odwdzięczyć. Twój komentarz pod moim opkiem był merytoryczny, zmuszał do zastanowienia, a co za tym idzie jest dla mnie rozwijający. Nie chciałem żebyś pomyślał, że Ciebie olałem ^^

Napisałeś wyżej w odpowiedzi do Bruce, że jak będzie konkurs humorystyczny, to też takie opowiadanie napiszesz. Ja zachęcam żebyś napisał je bez konkursu – z pewnością je przeczytam :)

Hej!

Po pierwsze, nie musiałeś się zastanawiać nad publikowaniem komentarza. Przyjmuję każdą krytykę, jeśli jej autor nie myli krytyki z krytykanctwem. Poza tym, ja się nie obrażam – to, że Ci nie siadło, to wyłącznie Twoja wina ;) A serio, to każdy z nas ma jakieś preferencje, coś lubi, czegoś nie. I nie ma w tym nic złego. Podzielenie się opinią i zostawianie po sobie śladu, informacji że się przeczytało, jest dla autora cenne, więc dzięki wielkie, że przeczytałeś i zostawiłeś komentarz. 

Po drugie, zajmiemy się Twoimi wątpliwościami. Piszesz, że czytało się przyjemnie do momentu, w którym następuje dramat. Ok, tylko bez tego dramatu nie byłoby fabuły, a więc gdzieś trzeba było zrobić ostrzejszy zwrot i nadać początkowi sens i kierunek.

Topienie dziecka i przemiana bohatera. Nie. Tu nie ma przemiany bohatera, on się nie zmienia. On jest weryfikowany, a ta weryfikacja jego wyobrażeń o sobie sprawia, że działa zgodnie ze swoją prawdziwą naturą. Kazik poległ. A raczej jego mniemanie o sobie poległo, uwidaczniając to, jaki jest naprawdę. 

Czemu Franek zbiera się do krzyku. Nie wiem, czy to ja nie dowiozlem tej sceny, czy ki diabeł, ale mnie się wydaje, że tutaj wszytko jest jasne – Franek zbiera się do krzyku na widok martwej siostry. Ludzie różnie reagują, a ja uznałem, że skoro Franek uciekł do rzeki, to widział trupy, widział panikę i strach i teraz siedzi cicho. Zauważ, że Kazik szepcze imię dziewczyny, potem następuje opis żołnierza, po którym Kazik czuje, jak pierś Franka wypełnia się powietrzem. W tekście jest to rozciągnięte, ale pomiędzy odwróconą głową trupa siostry a nabraniem oddechu przez dziecko nie mija więcej niż sekunda, dwie. Dziecko chce krzyknąć na widok martwej siostry.

Trociny w głowie to moim zdaniem panująca metafora. Zarzut oddalam:O

A tekstów humorystycznych kilka napisałem. Niestety te dwa najbardziej humorystyczne są na stronie niedostępne, ponieważ były publikowane na papierze i taki jest wymóg. Ale na profilu wisi śmieszno gorzkie "Looney AutoTunes", więc jak chcesz sprawdzić jak mi wychodzi humor, to tam. A, jest jeszcze króciutki humorystyczny szorciak "Heuralink".

Pozdrawiam serdecznie 

Q

 

Known some call is air am

Dzięki za zorganizowanie konkursu. Fajnie, że Twoje zajawki potrafią wejść w korelację z zajawką mamy – to pokazuje nie tylko podobny poziom wrażliwości, ale też wskazuje na bliskość Waszych relacji. A to bardzo cenne i tak po prostu, po ludzku, ogromnie mnie cieszy. 

Dzięki!

Kazik może być każdym z nas, bo jest prawdziwy w tym, co myśli o co sobie na swój temat wyobraża. Napisałem gdzieś wyżej w komentarzu, że tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono. I to jest prawda. Możemy myśleć, że zareagujemy w dany sposób; że nasza moralność jest niezachwiana; że odnajdziemy się w hipotetycznej sytuacji. A potem, kiedy ta hipotetyczność staje się realną, całe nasze wyobrażenie o siebie może runąć w jednej chwili. Albo nie. W tekście OldGuard jest coś podobnego, gdy jej bohater postanawia zareagować i wejść do płonącego budynku. Tyle, że u niej protagonista wyszedł z asekuranctwa, złamał siebie i zadziałał. I mnie odwrotnie – Kazik nie zadziałał, tak jak powinien; z wyobrażenia o własnej bezkompromisowości wpadł w studnię asekuranctwa, która popchnęła go do zadania śmierci. Scena topienia dziecka była dla mnie najtrudniejsza, bo cholernie nie lubię scen cierpienia dzieci u autorów – zawsze powodują u mnie sprzeciw, zazwyczaj dlatego, że są niepotrzebnym epatowaniem okrucieństwem. Ale te kilka (na przykład u MacCarthyego albo Simmonsa) które mają cel, są po coś, choć powodują sprzeciw nie mniejszy, zostają we mnie na zawsze, skłaniając do zastanawiania się co jakiś czas nad kondycją psychiczną niektórych ludzi.

Aż skopiuję cały fragment Twojego komentarza. Twój sposób myślenia jest mi bardzo bliski, uważam tak samo. To, że coś uważamy za straszne, złe, nawet głupie – nie znaczy, że się nie dzieje. Miałem podobny problem w opowiadaniu “Pod maską”, bohater zrobił coś głupiego, bo wokół była wojna, chaos, śmierć, stres. Wiele osób podnosiło, że to zachowanie było głupie i nielogiczne, argumentując, że powinien zrobić inaczej. I tak, powinien, ale właśnie tak głupie zachowania w określonych warunkach są dla mnie o wiele bardziej wiarygodne niż wyliczone i poprawne. 

Dlatego też fragment z utopieniem dziecka przypadł mi do gustu i uznałem, że jest on bardziej wiarygodny niż byśmy sobie tego życzyli. 

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Dobry tekst.

Utopienie dzieciaka stanowi bardzo mocny moment. Można się zastanawiać, czy było konieczne, czy praktyczne itp. 

Tak z ciekawostek – kiedyś próbowałam, czy potrafię bezszelestnie wiosłować na kajaku. No, chyba tylko bardzo wolno. Jeśli ruch wiosłem wytwarza drobne wiry, to one cicho szumią.

Mechy mnie też kojarzyły się z Różalskim. I trochę zazgrzytały – samoloty bombardujące uciekających cywilów wyglądały na II światową. A tu nagle wyskakuje gigantyczna (żeby jedną łapą zadeptać konia z wozem, mała być nie może) bestia z jakiejś innej epoki – może steampunk, może diesel-, może cyber-… Nie jestem pewna, czy coś tak wielkiego może się przemieszczać na marnych sześciu nogach. W sensie fizycznym – masa całości, obciążenie na metr kwadratowy nogi, te rzeczy. Czy jest w stanie unieść paliwo potrzebne do wprawienia siebie w ruch?

Jaką broń miał Kazik przeciwko takim przeciwnikom? Czy był w ogóle sens wysyłać go z taką misją?

Konstrukcja bardzo dobra, robisz z czytelnikiem, co chcesz.

Czytało się przyjemnie.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Hej!

 

@Michael

To świetnie, że się zgadzamy w tej kwestii :)

 

@Finkla

Wiosłowania bezdźwięcznego nie próbowałem, ale pływanie bez generowania dźwięków nie jest możliwe. Dlatego dobrze przemyślałem ten motyw z topieniem dziecka.

Mech – fakt – jest ogromny. Pozwoliłem sobie na przedstawienie machin w sposób dieselpunkowy, wraz z dobrodziejstwem inwentarza, czyli rozbuchaną gigantomanią, jak w WH40K na przykład – tam są dwunożne mechy wielkości wieżowców. Ten jest nieco mniejszy, ale nadal ogromny. Nie wiem, czy fizycznie istnienie takiej maszyny byłoby możliwe. Podejrzewam, że nie, bo – jak słusznie zauważyłaś – rozłożenie masy takiego molocha na sześć nóg, nawet wielkości zbożowych silosów, byłoby zbyt wielkim obciążeniem. Ale nie takie cuda w steampunku czy dieselpunku istnieją, więc uznałem, że u mnie też to przejdzie.

Kazik nie miał żadnej broni przeciw takim wrogom. Według zamysłu Kazik i tych kilku chłopaków mieli chronić ludzi bardziej przed innymi uciekinierami, jakimiś bandytami oraz szabrownikami, czy innym elementem, który – pozbawiony moralnych zasad – gotów byłby obłowić się kosztem biednych ludzi, uciekających przed wojną. 

Dzięki wielkie za lekturę i TAKa.

Pozdrawiam serdecznie:) 

Q

Known some call is air am

pływanie bez generowania dźwięków nie jest możliwe.

Czy ja wiem? Może żabką emerytką albo pieskiem? Grunt, żeby nie przebijać szybkim ruchem powierzchni wody. Kaczkom chyba sztuka pływania w ciszy się udaje.

Wielkość mecha. Piszesz, że w korpusie mieści się wieś. Masz na myśli wieś jako zbiór chałup (większy niż wieżowiec) czy wieś jako zbiór mieszkańców (mniejszy)?

Babska logika rządzi!

Chodziło mi o zbiór mieszkańców. Może powinien to jakoś przeredagować, żeby nie myliło.

Known some call is air am

Dziń dybry,

 

niektóre uwagi mogą być już nieaktualne.

 


 

choć jego treść znacząco odbiega od sielskości przestawionego przez Panią Annę krajobrazu

przedstawionego

 

Zmęczone oczy przez grube szkła spoglądają w dal, ponad kotłującymi się, coraz gęstszymi miazmatami. 

Czy miazmaty są widoczne?

 

mleczny opar tryska spomiędzy kwiatów po drugiej stronie ścieżki.

Chyba bardziej: tryska pomiędzy kwiatami. Bo spomiędzy sugeruje, że mleczny opar skądś się wydobywa, czyli wytryskuje.

 

Czerwienieje od dotyku płatków, wysysa z nich barwę. 

Hm, brzydkie to czerwienieje. Może:

Z płatków wysysa intensywną czerwień.

 

Tekst trzeba wyjustować.

 

Ludzie obok których malec przebiega twarze mają posępne, skupione, na niejednej malują się strach i niepewność.

Brzmi niezgrabnie.

Twarze ludzi, obok których malec przebiega, są posępne, skupione, wyrażają strach i niepewność.

 

Jeśli nic się nie wydarzy dotrzemy na przystań przed zmrokiem.

Jeśli nic się nie wydarzy, dotrzemy na przystań przed zmrokiem.

 

Na twarzy dziecka malowała się powaga

Lubisz malować twarze ????

 

Staruszka, prowadząca niewielki sklepik w pobliskiej wsi ostrzegała,

Staruszka, prowadząca niewielki sklepik w pobliskiej wsi, ostrzegała,

 

Ludzie stąd wciąż pamiętają. 

Tutejsi wciąż pamiętają. 

 

Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, splatając oddechy.

Bardzo ładne.

 

rachityczna smuga szkarłatu.

Czy smuga może być rachityczna? Chyba bardziej drzewa czy coś. Ale smuga?

 

Faluje, jak macka jakiegoś morskiego stworzenia

Faluje jak macka jakiegoś morskiego stworzenia

 

Wyciąga się

Hm. A nie lepiej: rozciąga się?

 

Ludzie bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki.

A czy ktokolwiek kiedykolwiek uciekał spokojnie i składnie?

 

Czuł, jakby mu ktoś do głowy trocin napchał, a w mętnych oczach świat bujał się i wirował, rozmazywał w barwny kalejdoskop. W uszach słyszał tylko wysoki pisk.

Brakuje zwrotnego się przy czuł. Mętne oczy dla niego samego nie mogą być widoczne. Dźwięk nie może być wysoki, może mieć wysoką częstotliwość co najwyżej. No i trudno słyszeć pisk gdzie indziej niż w uszach.

Miał wrażenie, ktoś mu napchał trocin do głowy, w której rozlegał się tylko pisk. Świat bujał się i wirował, rozmazywał w barwny kalejdoskop.

 

Kilka sekund zajęło mu rozpoznanie w pochylającym się nad nim bladym bohomazie twarzy Feliksa.

Okropne jest to zdanie, nieskładne, chaotyczne.

Z trudem rozpoznał twarz Feliksa, która bardziej przypominała blady, rozmyty bohomaz.

 

Chłopak skulił się i zamknął oczy. Usłyszał świst, poczuł na policzku żar pocisku, który o włos minął jego głowę.

Uchwyt palców na ramieniu zelżał.

Kazik rozwarł powieki.

Zamiast Feliksa zobaczył krwawy strzęp o ludzkim kształcie, leżący obok, na zbryzganej czerwienią trawie. I kikut przedramienia z palcami wciąż zaciśniętymi na rękawie swojej koszuli.

Hehehe. Nie znam się na batalistyce, ale wydaje mi się, że przy takim rażeniu Kazik też by tego nie przeżył.

 

ale mimo to powątpiewał by coś takiego mogło istnieć

ale mimo to powątpiewał w istnienie tego czegoś

 

Kazik odmawiał piątą zdrowaśkę gdy Franek przestał walczyć.

Kazik odmawiał piątą zdrowaśkę, gdy Franek przestał walczyć.

 

Hm, trochę ta śmierć bez sensu. Bo samo zanurzenie się też wywołuje plusk.

 

Odległość była zbyt duża, by można cokolwiek usłyszeć,

Odległość nie pozwalała na usłyszenie czegokolwiek

 

Zsunął się wgłąb dziury

w głąb

 

ponieważ nie wiedział jakiego traktowania może oczekiwać ze strony pilnujących drugiego brzegu żołnierzy

ponieważ nie wiedział, jakiego traktowania może oczekiwać ze strony pilnujących drugiego brzegu żołnierzy

 

w głowie znów czuł trociny.

Co Ty masz z tymi trocinami ;p I jak można czuć trociny w głowie, jakie to uczucie?

 

 

Mmmm.

Jestem trochę rozczarowana. Nie ukrywam, że od Twojego nicku oczekiwałam opowiadania, które mnie wbije w fotel, albo które pozwoli przeżyć katharsis. Niestety nie zadziała się żadna z tych rzeczy. Trudno powiedzieć, dlaczego, bo przecież warsztatowo jest wspaniale (choć wkradło się parę zgrzytów językowych i logicznych). Może tematyka wojenna nie przekonuje mnie do końca? Nie znalazłam też szczególnego połączenia z obrazem. No nie wiem, nie wiem. Maruda ze mnie.

 

Mam nadzieję, że nie zrazisz się do mnie po tym komentarzu, przecież znasz swoją wartość :) Tak czy siak, na pewno z ciekawością przeczytam Twoje kolejne opowiadania i cieszę się, że wziąłeś udział w konkursie :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Ach no i jeszcze ocena Piórkowa:

 

 

3 TAKi, 6 NIEtów, czyli NIE.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Cześć, Holly. 

Tak na szybko, więc bez strzępienia języka.

 

Tak, miazmaty mogą być widoczne, a jako figura stylistyczna mogą jeszcze bardziej. 

Nie, tryska spomiędzy kwiatów. Na początku masz zdanie o tym, że mgła spływa w dół, do korzeni traw. Chodzi o to, że nie występuje na ścieżkę, więc wnika w ziemię i tryska spomiędzy kwiatów po drugiej stronie ścieżki. 

Czerwienieje jest ładne, a intensywna czerwień taka se, bo oklepana :P 

Na twarzy dziecka malowała się powaga. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie spotkałaś się z takim określeniem w prozie? :/

Ludzie stąd brzmi lepiej od "tutejsi", które wyrosło z korzeni regionalizmu.

Tak, smuga może być rachityczna, jak rachityczne może być wiele innych rzeczy. 

Nie, ona się wyciąga, a nie rozciąga. To dwa różne pojęcia.

Czy ktoś uciekał spokojnie? Ziobro, Romanowski, Majtczak. Ale żarty na bok, teraz serio: "bez ładu i składu" sugeruje chaos i bieganie to w jedną, to w drugą stronę, a przymiotnik "panicznej" dookreśla ich stan psychiczny. To pierwsze jest podłożem dla faktu, że w trakcie takiej ucieczki nie zwraca się uwagi na nic i nikogo, zaś to drugie wyjaśnia dlaczego zachodzi pierwsze. Mógłbym to gdzieś później dodać, mógłbym przerobić, ale w ten mój sposób załatwiam jednym zdaniem zobrazowanie szerszego kontekstu. Może Ci się to nie podobać, jasne, każdy ma swoje preferencje. 

Nie brakuje się. On to czuł, a nie czuł się. Uwagi o mętnych oczach, które nie mogły być dla niego samego widoczne nie rozumiem, bo nie wiem skąd się wziął pomysł, że on się sam widział. Dźwięk z kolei może być wysoki. Tak jak mówimy o niskim lub wysokim głosie, a nie o jego częstotliwości. A więc też nie rozumiem zarzutu. Co do dźwięku w uszach masz w pewnym sensie rację, ale nie bierzesz pod uwagę faktu, że on go słyszał, choć nic go nie wydawało. W ten mój sposób właśnie to sugeruję tym zdaniem – nie, że słyszał dochodzący skądś pisk, tylko to, że pisk był poniekąd dysfunkcją narządu słuchu, spowodowaną bliskim wybuchem. 

Też się nie znam na balistyce, ale wiem, że pocisk o kalibrze, powiedzmy, 20mm nie zrobi ci krzywdy, jeśli w ciebie nie trafi. Więc pocisk nie trafił Kazika, tylko obok niego przeleciał, trafiając Feliksa. Skąd miałyby się wziąć obrażenia Kazika? Nie rozumiem zarzutu, po raz kolejny. 

Śmierć nie jest bez sensu. Oprócz sensu fabularnego, ma też sens, jeśli chodzi o Kazika. Piszesz, że zanurzenie powoduje plusk. W pewnych warunkach nie, a w jeszcze innych jest ów plusk na tyle cichy, by nie wzbudzić podejrzeń. To jest rzeka, leniwa, ale rzeka, więc coś tam chłopcze, bulgocze, a zanurzenie się w sposób,w jaki już kilka razy objasnialem w komentarzach nie spowoduje plusku, który byłby szczególnie podejrzany. Więc nie, jak wcześniej przy odpowiedziach, nie zgadzam się z tą uwagą.

Jakie to uczucie mieć w głowie trociny? To uczucie ciężkiej głowy, jakby ktoś ją czymś wypchał, przez co wolniej się myśli, wolniej reaguje na bodźce. Jestem zdumiony, że to określenie jest niezrozumiałe, bo nie Ty jedna podnioslas ten zarzut. 

 

To, że Ci się nie podobało przyjmuję z pokorą, tak jak przyjmuję wszystkie komentarze. Hej, masz przecież prawo mieć własny gust i własne zdanie. Ja na przykład słabo reaguję na YA, high fantasy, a ostatnio na angel fantasy. Więc spoko, Twój odbiór jest Twój, ja mogę tylko przyjąć do wiadomości i nie zamierzam się wykłócać:)

Jednak trochę inaczej jest z wieloma Twoimi uwagami, bo one nie wynikają z gustu. A więc z czego? Czy miazmaty są widoczne, czy pocisk z karabinu nie trafiając kogoś może mu zrobić krzywdę, czy smuga może być rachityczna, czy lubię malować twarze – to przykłady uwag, które odbieram jako czepialstwo, bo przecież ich poprawności można sprawdzić i nie trzeba pytać mnie, tylko słownika na przykład. Czy mgła wytryskuje spomiędzy kwiatów, czy macka się wyciąga czy rozciąga, czy zanurzenie głowy dziecka spowoduje plusk, który na tle dźwięków wydawanych przez rzekę będzie podejrzany – to z kolei przykłady uwag, które – jak mniemam – wynikają z przeoczenia jakichś fragmentów tekstu.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie mam Ci za złe komentarza, ale ja po prostu nie rozumiem skąd się wzięły te zarzuty. Masz kilka uwag słusznych, głównie dotyczących szyku lub konstrukcji dwóch, trzech zdań, ale skąd reszta? Nie mam w zwyczaju bronić swojego stanowiska, jeśli potrafie dostrzec swój błąd. Jeśli go widzę, to sypię głowę popiołem, przyznaje się do niego i naprawiam. A tutaj muszę bronić większości zastosowanych przez siebie zdań/motywów/rozwiązań fabularnych, bo nie dostrzegam sensu w ich krytyce. Mam nadzieję, że nie weźmiesz tego do siebie, ale z mojej perspektywy to wygląda na czepialstwo ¯\_(ツ)_/¯

Na koniec odniosę się do tabelki piórkowej, którą stosujesz. To, że jesteś na nie przyjmuję bez szemrania – nie podobało Ci się, bo miało prawo, więc spoko, luz. Tylko Ty wyszczególniasz pewne składowe w tej tabeli, więc zadam Ci pytanie a propos niej.

Czy jest w większej mierze poprawny językowo? NIE. – gdzie te niepoprawności językowe, które indukują NIE? Te kilka przecinków, albo szyk, który Ci się nie podobał?

Ma solidnie zbudowane zawieszenie niewiary? NIE. – co sprawiło, że zawieszenie niewiary jest słabe? Topienie dziecka? Czy może ten poruszany wielokrotnie plusk przy zanurzaniu głowy?

Jest pozbawiony luk fabularnych lub logicznych? NIE. – byłabyś uprzejma wskazać te luki fabularne lub logiczne? Znów chodzi o plusk przy zanurzaniu głowy? :/

Co do reszty NIE nie mam pytań, bo wynikają z Twoich preferencji. Pytam więc tylko o te, które są mniej więcej obiektywnie mierzalne. 

 

Dzięki za lekturę i podzielenie się opinią. I mam nadzieję, że – abstrahując od opinii i własnych preferencji – wytłumaczysz mi zasadność choć części Twoich zarzutów. 

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Hej, Outta,

 

z radością pochylam się nad Twoją odpowiedzią, lubię dyskutować na tematy językowe.

 

Tak, miazmaty mogą być widoczne, a jako figura stylistyczna mogą jeszcze bardziej. 

Sprawdzałam kilka razy to słowo i nadal nie rozumiem, jak wyziewy mogą być widoczne. W sensie, że to przypomina parę?

A po drugie, wydaje mi się, że wszystko w sumie można bronić figurą stylistyczną… Dzięki, zapamiętam laugh

 

Nie, tryska spomiędzy kwiatów. Na początku masz zdanie o tym, że mgła spływa w dół, do korzeni traw. Chodzi o to, że nie występuje na ścieżkę, więc wnika w ziemię i tryska spomiędzy kwiatów po drugiej stronie ścieżki. 

Hm. Dobrze, rozumiem, niech tryska :P

 

Czerwienieje jest ładne, a intensywna czerwień taka se, bo oklepana :P 

O Ty!

 

Na twarzy dziecka malowała się powaga. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie spotkałaś się z takim określeniem w prozie? :/

Wielokrotnie. Tylko chyba ktoś mi kiedyś tutaj zwracał uwagę na tę figurę stylistyczną (!), że tak się nie powinno pisać. Albo coś mi się już pomerdało w głowie.

 

Ludzie stąd brzmi lepiej od "tutejsi", które wyrosło z korzeni regionalizmu.

A co jest złego w regionalizmach?

Ale jeśli Ci bardziej odpowiada Twoja wersja, to oczywiście rozumiem. Wszystko jest przecież sugestią.

 

Tak, smuga może być rachityczna, jak rachityczne może być wiele innych rzeczy. 

Dobrze, zapamiętam, że nawet smuga może być rachityczna.

 

Nie, ona się wyciąga, a nie rozciąga. To dwa różne pojęcia.

Aha, dobrze.

 

Czy ktoś uciekał spokojnie? Ziobro, Romanowski, Majtczak. Ale żarty na bok, teraz serio: "bez ładu i składu" sugeruje chaos i bieganie to w jedną, to w drugą stronę, a przymiotnik "panicznej" dookreśla ich stan psychiczny. To pierwsze jest podłożem dla faktu, że w trakcie takiej ucieczki nie zwraca się uwagi na nic i nikogo, zaś to drugie wyjaśnia dlaczego zachodzi pierwsze. Mógłbym to gdzieś później dodać, mógłbym przerobić, ale w ten mój sposób załatwiam jednym zdaniem zobrazowanie szerszego kontekstu. Może Ci się to nie podobać, jasne, każdy ma swoje preferencje. 

No tak, tylko wiesz, mi chodzi bardziej o to, że przecież to jest oczywiste, że jak ktoś ucieka to bez ładu i składu i w panice. Chyba że… ktoś planuje ucieczkę, to przecież wtedy nie jest to bez ładu i składu. Hm. No nic, zrobisz, jak uważasz.

 

Nie brakuje się. On to czuł, a nie czuł się. Uwagi o mętnych oczach, które nie mogły być dla niego samego widoczne nie rozumiem, bo nie wiem skąd się wziął pomysł, że on się sam widział.

Miałam wrażenie, że przedstawiasz historię z jego perspektywy, więc wydało mi się to niezrozumiałe. Jednak z Twojej wypowiedzi wynika, że zdecydowałeś się na narratora wszechwiedzącego. W takim przypadku rzeczywiście mój zarzut jest bezpodstawny.

 

Co do dźwięku w uszach masz w pewnym sensie rację, ale nie bierzesz pod uwagę faktu, że on go słyszał, choć nic go nie wydawało. W ten mój sposób właśnie to sugeruję tym zdaniem – nie, że słyszał dochodzący skądś pisk, tylko to, że pisk był poniekąd dysfunkcją narządu słuchu, spowodowaną bliskim wybuchem. 

No tak, dysfunkcją narządu słuchu, czyli nie mógł go słyszeć nigdzie indziej niż w uszach ;p

 

Też się nie znam na balistyce, ale wiem, że pocisk o kalibrze, powiedzmy, 20mm nie zrobi ci krzywdy, jeśli w ciebie nie trafi. Więc pocisk nie trafił Kazika, tylko obok niego przeleciał, trafiając Feliksa. Skąd miałyby się wziąć obrażenia Kazika? Nie rozumiem zarzutu, po raz kolejny. 

No dobra, ale z Feliksa został krwawy strzęp o ludzkim kształcie, więc nie mógł to być raczej tylko 20mmetrowy pocisk…

 

Śmierć nie jest bez sensu. Oprócz sensu fabularnego, ma też sens, jeśli chodzi o Kazika. Piszesz, że zanurzenie powoduje plusk. W pewnych warunkach nie, a w jeszcze innych jest ów plusk na tyle cichy, by nie wzbudzić podejrzeń. To jest rzeka, leniwa, ale rzeka, więc coś tam chłopcze, bulgocze, a zanurzenie się w sposób,w jaki już kilka razy objasnialem w komentarzach nie spowoduje plusku, który byłby szczególnie podejrzany. Więc nie, jak wcześniej przy odpowiedziach, nie zgadzam się z tą uwagą.

Być może, pływać nie umiem, więc co ja tam wiem. Najwyraźniej jest tak, jak mówisz.

 

Jakie to uczucie mieć w głowie trociny? To uczucie ciężkiej głowy, jakby ktoś ją czymś wypchał, przez co wolniej się myśli, wolniej reaguje na bodźce. Jestem zdumiony, że to określenie jest niezrozumiałe, bo nie Ty jedna podnioslas ten zarzut. 

No cóż, najwyraźniej czytamy różne książki ;p Naprawdę wcześniej się z tym nie spotkałam.

 

To, że Ci się nie podobało przyjmuję z pokorą, tak jak przyjmuję wszystkie komentarze. Hej, masz przecież prawo mieć własny gust i własne zdanie. Ja na przykład słabo reaguję na YA, high fantasy, a ostatnio na angel fantasy. Więc spoko, Twój odbiór jest Twój, ja mogę tylko przyjąć do wiadomości i nie zamierzam się wykłócać:)

Hej laugh

Angel fantasy, nie wiedziałam, że jest coś takiego ;p

 

Czy miazmaty są widoczne, czy pocisk z karabinu nie trafiając kogoś może mu zrobić krzywdę, czy smuga może być rachityczna, czy lubię malować twarze – to przykłady uwag, które odbieram jako czepialstwo, bo przecież ich poprawności można sprawdzić i nie trzeba pytać mnie, tylko słownika na przykład.

No, może to jest czepialstwo. Jednak wydaje mi się, że każdy tutaj komentuje na swój sposób i wymienia to, co go uwiera. Wszystko jest subiektywne. Dosłownie wszystko, nie wiem, czy istnieje w ogóle obiektywizm (moglibyśmy o tym podyskutować, gdybyś miał ochotę, bo serio się nad tym zastanawiam, a masz obszerną wiedzę ogólną). W każdym razie nie wiem, czy uwagi innych też odbierasz jako czepialstwo, bo nie czytałam poprzednich komentarzy, czy może już jako po prostu subiektywne odczucia?

Co do pytania Ciebie, robię to, bo chcę się wspólnie zastanowić nad daną kwestią. Nie wiem, dlaczego, do jasnej anielki, większość użytkowników uważa moje opinie za jakieś arbitralne albo traktują moje sugestie, jakbym należała do jakiejś Rady Językowej. Ja też wszystkiego nie wiem. Ja też się uczę. Jeśli pytam, czy coś może być rachityczne, nie jest to pytanie sarkastyczne, tylko ja się po prostu “głośno” zastanawiam, przy okazji zwracam uwagę na ten fakt autorowi, bo albo napisał zdanie z rozpędu albo faktycznie ma rację, a ja po prostu danej rzeczy jeszcze nie wiedziałam.

 

Czy mgła wytryskuje spomiędzy kwiatów, czy macka się wyciąga czy rozciąga, czy zanurzenie głowy dziecka spowoduje plusk, który na tle dźwięków wydawanych przez rzekę będzie podejrzany – to z kolei przykłady uwag, które – jak mniemam – wynikają z przeoczenia jakichś fragmentów tekstu.

Oczywiście, mogło tak być, że coś przeoczyłam. I’m only human after all. Może się zdarzyć dzień, że słabiej kojarzę fakty, mam problemy z zapamiętaniem jednego i drugiego wątku, jak każdy. I to wpływa na odbiór. Ale z tym trzeba się liczyć wszędzie. Tak samo jest z odbiorem piosenek, filmów, muzyki. Czyjaś twórczość może nam się nie spodobać tylko dlatego, że mieliśmy gorszy dzień i czegoś nie wyłapaliśmy. Albo po prostu nie zrozumieliśmy i nie zrozumiemy, nawet jeśli będziemy w świetnej kondycji. Więc istnieje możliwość, że mam po prostu za mały móżdżek, by docenić pewne rzeczy w Twoim tekście i zamiast mnie zachwycić, zirytowały. Uważam, że ta teoria jest bardzo prawdopodobna, bo inni jurorzy wręcz rozpływali się w komplementach nad Twoim opowiadaniem, więc uznałam, że chyba to ze mną jest coś nie tak :P Jednak, zarówno moje komentarze, jak i tabelka, są tylko moją opinią. Oczywiście, że nie zawsze będę mieć rację. Ale nie znam racji takiej ogólnej. Znam tylko swoją.

 

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie mam Ci za złe komentarza, ale ja po prostu nie rozumiem skąd się wzięły te zarzuty. Masz kilka uwag słusznych, głównie dotyczących szyku lub konstrukcji dwóch, trzech zdań, ale skąd reszta? Nie mam w zwyczaju bronić swojego stanowiska, jeśli potrafie dostrzec swój błąd. Jeśli go widzę, to sypię głowę popiołem, przyznaje się do niego i naprawiam. A tutaj muszę bronić większości zastosowanych przez siebie zdań/motywów/rozwiązań fabularnych, bo nie dostrzegam sensu w ich krytyce. Mam nadzieję, że nie weźmiesz tego do siebie, ale z mojej perspektywy to wygląda na czepialstwo ¯\_(ツ)_/¯

I bardzo dobrze, że bronisz swojego opowiadania i swojego stanowiska. Oczywiście, że nie mam tego za złe, jak już wspomniałam wielokrotnie, lubię przeprowadzać takie dyskusje.

Co do czepialstwa, to powtórzę pytanie z wcześniej: gdzie kończy się opinia i sugestia, a zaczyna czepialstwo? :)

 

Na koniec odniosę się do tabelki piórkowej, którą stosujesz. To, że jesteś na nie przyjmuję bez szemrania – nie podobało Ci się, bo miało prawo, więc spoko, luz. Tylko Ty wyszczególniasz pewne składowe w tej tabeli, więc zadam Ci pytanie a propos niej.

Oczywiście, lecimy.

 

Czy jest w większej mierze poprawny językowo? NIE. – gdzie te niepoprawności językowe, które indukują NIE? Te kilka przecinków, albo szyk, który Ci się nie podobał?

Ale Ty jesteś niedobry dla mnie. Oczywiście, że nie dałabym NIE tylko ze względu na przecinki i szyk. Bardziej chodzi o to, co uznałeś wcześniej za czepialstwo. Trociny w głowie, rachityczne smugi, malowanie twarzy. Pochyliłam się jednak bardziej nad tymi figurami stylistycznymi czy też idiomami i wynika z tego, że nie są błędne, tylko ja po prostu ich nie znałam. Więc chyba będę musiała zmienić głos w jednym przypadku.

 

Ma solidnie zbudowane zawieszenie niewiary? NIE. – co sprawiło, że zawieszenie niewiary jest słabe? Topienie dziecka? Czy może ten poruszany wielokrotnie plusk przy zanurzaniu głowy?

Też, z tym pluskiem nadal mnie to nie przekonuje, że można zanurzyć się nie wydając żadnego dźwięku, może to przez filmy, bo ilekroć widziałam taką scenę, to plusk był zawsze słyszalny. Z zawieszenia niewiary wybiła mnie też scena, gdzie Feliksa dosłownie zmasakrował pocisk, a Kazikowi nic się nie stało, mimo że byli bardzo blisko siebie.

 

Jest pozbawiony luk fabularnych lub logicznych? NIE. – byłabyś uprzejma wskazać te luki fabularne lub logiczne? Znów chodzi o plusk przy zanurzaniu głowy? :/

Plusk, plusk, plusk. Tak. No i ten nieszczęsny pocisk.

 

Dzięki za lekturę i podzielenie się opinią. I mam nadzieję, że – abstrahując od opinii i własnych preferencji – wytłumaczysz mi zasadność choć części Twoich zarzutów. 

Nie ma za co! Mam nadzieję, że jesteś zadowolony z mojej odpowiedzi. Jeśli nie, to możemy dalej podyskutować, lubię poszerzać wiedzę.

 

Zgodnie z obietnicą poprawiam tabelkę, ponieważ jak wynikło z naszej dyskusji, jednego NIEta dałam przez swoją niewiedzę:

 

Dziękuję za owocną dyskusję i pozdrawiam!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Tak na szybko, Holly. 

Wpisz sobie w gogla pocisk 20 mam i jakie powoduje obrażenia. W zasadzie rozrywa ciało po bezpośrednim uderzeniu. Ponadto nie mógł to być większy kaliber – działka samolotów z tamtego okresu, czyli mniej więcej druga wojna światowa – nie używały większej amunicji. Pocisk 20mm to pocisk penetrujący pancerz :) 

Tej tabelki nie zmieniaj, słowo się rzekło, więc niech jest jak jest, ja naprawdę nie mam Ci za złe odbioru i opinii :)

Known some call is air am

Wpisz sobie w gogla pocisk 20 mam i jakie powoduje obrażenia. W zasadzie rozrywa ciało po bezpośrednim uderzeniu. Ponadto nie mógł to być większy kaliber – działka samolotów z tamtego okresu, czyli mniej więcej druga wojna światowa – nie używały większej amunicji. Pocisk 20mm to pocisk penetrujący pancerz :) 

No to tym bardziej pokiereszowałoby też Kazika!! O tym piszę ciągle :P

 

Tej tabelki nie zmieniaj, słowo się rzekło, więc niech jest jak jest, ja naprawdę nie mam Ci za złe odbioru i opinii :)

Zmieniłam, bo jeden głos na NIE wynikał z mojej niewiedzy, a nie z braków warsztatowych, więc uznałam za słuszne go zmienić. Trzeba też umieć przyznać się do błędu i ja tę umiejętność troskliwie w sobie pielęgnuję.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Ale jak pokiereszowalby Kazika, skoro w niego nie trafił? To nie jest pocisk, który się rozpada po uderzeniu w miękkie ciało, więc trafiając w Feliksa, który stoi za Kazikiem, rozprulby Feliksa a następnie uderzyłby w ziemię. Więc nie, nie zrobiłby Kazikowi krzywdy, nie ma takiej możliwości. Nie wiem jak Ci to przystępniej wytłumaczyć, żebyś zrozumiała. Może wyobraź sobie oszczep, który trafia gościa, przebija go i wbija się w ziemię. Jeśli ktoś stał obok nieszczęśnika, krzywda mu się nie dzieje, ponieważ energia kinetyczna pocisku nie ma wpływu na to, co nie zostało przez pocisk trafione. To nie jest broń wybuchająca lub odłamkowa. 

Known some call is air am

Hej, Outta!

Zafundowałem sobie pobieżną lekturę Twojego tekstu niedługo po publikacji. Może warto by było dać znać i podziękować, ale słaby jestem w tych krótkich grzecznościowych wpisach, a raczej miałem ochotę szybko wyrzucić go z głowy, niż układać solidny merytoryczny komentarz. Od razu powiem, że to wyrzucanie nie poszło dobrze, opowiadanie zapada w pamięć, co korzystnie o nim świadczy. Skoro wpadło w obowiązki lożowe, przeczytałem drugi raz, uważniej…

Z mocnych stron: na pewno cechuje się porządnym warsztatem literackim w sensie odmalowania szczegółów świata, drobiazgów zachowań i reakcji, nadania bohaterom indywidualności, żeby nie byli tylko płaskimi narzędziami narracyjnymi. Podoba mi się, że opis jest rzeczowy, nie popada w melodramatyzm, emocje wydają mi się wynikać z podanych zdarzeń, a nie z manipulacji czytelnikiem. Przez dłuższy czas po lekturze współdzieliłem podnoszoną wielokrotnie wątpliwość, czy utopienie Franka mogło być dość ciche, czy Kazik nie mógł postąpić inaczej i skuteczniej – ale połapałem się w końcu, że to jest dobrze zrobione, bo podsuwasz odbiorcy te same rozterki, które musiały nękać sumienie bohatera: “może mogłem go tylko ogłuszyć, przecież i tak rozległo się niezłe pluśnięcie, może ten żołnierz w ogóle był przygłuchy…”.

Nie spodobało mi się natomiast, że z ciężkostrawnego emocjonalnie, o nikłej wartości rozrywkowej opowiadania nie wyniosłem też użytecznych przemyśleń czy morału, bo naprawdę zdaję sobie sprawę, że wojna jest okropieństwem i nikt nie wie, jak zachowałby się w sytuacji skrajnej. To jednak zarzut ściśle subiektywny, ponieważ niewątpliwie istnieją czytelnicy, którzy bardzo potrzebują odświeżenia tego ważnego przesłania, zwłaszcza dziś, gdy pokolenie naprawdę pamiętające wojnę wymiera. (Ciekawe, że nikt dotąd nie podniósł, iż można też zachować się… jak Franek – to znaczy zacząć histerycznie szlochać czy rechotać i dać się udusić lub utopić ratującym własne życie towarzyszom – naprawdę zdarza się nie tylko sześciolatkom). Bardziej obiektywny mam zarzut konstrukcyjny: wydaje mi się dosyć rażące, że całość jest zbudowana jak opowiadanie obyczajowe osadzone w realiach kampanii wrześniowej, z elementami fantastycznymi wyraźnie dodanymi po to, by wpasować się w założenia portalu i konkursu.

Zastanawiam się, dlaczego nie wprowadzasz poprawek, to “wgłąb” to dość uderzający ortograf i już parę osób zwracało Ci na niego uwagę. Poprawiłbym też zwłaszcza “W jej wnętrze boleśnie wżynała się pozbawiona rzemyka, przedziurawiona moneta” – powinno być “wrzynała”, od rżnięcia, a nie od żęcia. Odnośnie do dyskusji z Holly: prawda, tekst czytałoby się lepiej, gdyby był wyjustowany, a nie wyrównany do lewej. “Na twarzy malowała się powaga” – dla mnie to normalne użycie, https://sjp.pwn.pl/sjp/malowa%C4%87-si%C4%99;2480881.html. Jednak określenia “rachityczny” nie stosowałbym do czegoś, co nie jest z ciała lub przynajmniej litej materii (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/rachityczny;5488368). W sprawie nieszczęsnego Feliksa wydaje mi się, że takie obrażenia (rozerwanie tułowia na “krwawy strzęp”, urazowa amputacja ręki) wymagałyby więcej niż jednego trafienia z działka 20 mm, a w takim razie stojący przy nim Kazik miałby małe szanse, żeby również nie oberwać choćby wskutek nadpenetracji; oczywiście nie jest to niemożliwe, ale analizowanie tego zatrzymało mnie na moment podczas lektury.

Łącznie biorąc, te zalety i zastrzeżenia ważą się w miarę równo, kwestię Piórka wolałbym jeszcze przetrawić, chyba że oczekujesz stanowczej decyzji.

Pozdrawiam serdecznie,

Ś.

Ale jak pokiereszowalby Kazika, skoro w niego nie trafił? To nie jest pocisk, który się rozpada po uderzeniu w miękkie ciało, więc trafiając w Feliksa, który stoi za Kazikiem, rozprulby Feliksa a następnie uderzyłby w ziemię. Więc nie, nie zrobiłby Kazikowi krzywdy, nie ma takiej możliwości. Nie wiem jak Ci to przystępniej wytłumaczyć, żebyś zrozumiała. Może wyobraź sobie oszczep, który trafia gościa, przebija go i wbija się w ziemię. Jeśli ktoś stał obok nieszczęśnika, krzywda mu się nie dzieje, ponieważ energia kinetyczna pocisku nie ma wpływu na to, co nie zostało przez pocisk trafione. To nie jest broń wybuchająca lub odłamkowa. 

Też o tym pomyślałam potem, że to niekoniecznie działa tak, jak automatycznie mój mózg to sobie wyobraża. Dziękuję za wyjaśnienie :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Ciekawe, że nikt dotąd nie podniósł, iż można też zachować się… jak Franek – to znaczy zacząć histerycznie szlochać czy rechotać i dać się udusić lub utopić ratującym własne życie towarzyszom – naprawdę zdarza się nie tylko sześciolatkom.

Ciekawe zagadnienie, podniesione przez Ślimaka Zagłady, rzeczywiście dało mi do myślenia. I to na tyle, że odświeżyłam sobie na szybko ten wspaniały tekst. :)

O ile – w sferze doszukiwania się regulaminowego, ciągłego związku z obrazem konkursowym – miałam tu pewne zastrzeżenia, w czym zgadzałam się z Michaelem, o tyle przesłanie opowiadania samego w sobie jest moim zdaniem absolutnym majstersztykiem. Rzuca na kolana i powala w wielu aspektach. :)

Franek to naiwne dziecko, nie dopuszczające nawet w najczarniejszych myślach scenariusza tego, co mu się przytrafi. Jim pyta, czy jego utopienie było konieczne. Moim zdaniem – tak. Brzmi to okrutnie, wiem, ale mam na myśli oczywiście “konieczność na potrzeby tej konkretnej fabuły”. Kazik uważał, że zachowanie chłopca pogrąży ich obu. Podobnie jak wcześniej, gdy nie myślał o nikim, a tylko o jak najszybszej ucieczce i ratowaniu własnego życia, tak i teraz myśli wyłącznie o sobie. A zatem – poprzez pryzmat jego dążeń – zabicie Frania było konieczne. To taka, a nie inna sytuacja go do tego zmusiła, ale mógł oczywiście postąpić inaczej. Nie postąpił. Stąd rozterki i wyrzuty sumienia, ciążące do końca na steranym wojną i kolejnymi latami człowieku. 

Pewnie, że można zachować się, jak Franek. Mnóstwo osób w ekstremalnych sytuacjach ufa innym. Część się zawodzi, część – nie. Przyszedł mi na myśl przykład z wycieczek w góry. I, wybaczcie nieplanowaną propagandę, od razu skojarzyłam tę sytuację z genialnym tekstem znakomitej piosenki Włodzimierza Wysockiego pt. “Ballada o przyjacielu”, który często sobie śpiewam, przypominając lekcje rosyjskiego z LO (miałam to szczęście, że “zaliczałam” liceum w latach przemian i Gorbaczowa, kiedy to przenikały do mediów pewne krytyki “jedynego słusznego ustroju”), który pozwolę sobie tu zacytować:

“Eсли друг оказался вдруг

И не друг, и не враг, а – так,

Если сразу не разберёшь,

Плох он или хорош, -

 

Парня в горы тяни, – рискни!

Не бросай одного его,

Пусть он в связке в одной с тобой, -

Там поймешь, кто такой.

 

Если парень в горах – не ах,

Если сразу раскис – и вниз,

Шаг ступил на ледник – и сник,

Оступился – и в крик, -

 

Значит, рядом с тобой – чужой,

Ты его не брани, – гони:

Вверх таких не берут, и тут

Про таких не поют.

 

Если ж он не скулил, не ныл,

Пусть он хмур был и зол, но шёл,

А когда ты упал со скал,

Он стонал, но держал,

 

Если шел за тобой, как в бой,

На вершине стоял хмельной, -

Значит, как на себя самого

Положись на него.

 

(tekstowo.pl).

 

Poeta opowiada o rozmaitych zachowaniach pseudoprzyjaciół. Dopiero na końcu podaje przykład idealny najlepszego przyjaciela – druha (tłumaczenie, zapamiętane z lekcji):

“Jeśli on nie narzekał, nie psioczył,

chociaż naburmuszony i zły, lecz szedł (dalej z tobą),

a – kiedy spadłeś ze skały -

on jęczał/wył z bólu, ale trzymał.

 

Jeżeli szedł z tobą, jak na/w bój,

na szczycie stał, niczym pijany/chwiejąc się,

to znaczy, że – jak na siebie samego –

możesz liczyć na niego”.

 

Franek ufał Kazikowi bezgranicznie. Wierzył mu, kochał go, bardziej nawet niż swoich krewnych. Młody mężczyzna był dla niego wzorem. Ideałem. Bożyszczem. 

Wielu tak ma. Wielu działa, jak Kazik, niestety. I wielu parzy się, bezgranicznie ufając innym. 

 

Bardzo trudno potępić jednoznacznie Kazika, tak uważam. Oczywiście, na pierwszy rzut oka czarne jest czarne, a białe – białe. Niczym u Norwida – “bez światłocienia”. A jednak podczas wojny ludzie postępują bardzo nietypowo. Kazik akurat był takim człowiekiem, który postąpił tak, a nie inaczej. Na pewno nie jest to odosobniony przykład. Wojna jest wyjątkowym zjawiskiem, wyzwala dziwne instynkty. Tchórze, zdrajcy czy mordercy byli zawsze. Podczas wojen pojawiali się zawsze. Wielu umiało z tym żyć: uciekało przed wymiarem sprawiedliwości, zakładało nowe rodziny, miało nową tożsamość, dożywało spokojnej starości w bogactwie i dobrobycie. Ich sumienia były, jak smoła, a jednak to im nie przeszkadzało. Kazik tak nie umiał. 

 

Zauważcie, proszę, ile niesamowitych emocji niesie w sobie ten przekaz, jak wielowątkowe opowiadanie stworzył nam Outta Seweryessmiley

 

Pozdrawiam Was serdecznie. heartkiss

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka