
( Odcień snu – Anna Słoncz)
Daleko hen, poza kresami wszelkich znanych rzeczy, istniała gwiazda. Wspominam tylko o jednej – i nie bez powodu. Już sam fakt jej istnienia zdradzał, że nie był to świat podobny naszemu. Wokół kosmicznego giganta nie krążyły planety, jak nakazuje porządek znanych systemów, lecz jedna jedyna Wyspa – ogromna, milcząca, sunąca po pierścieniach planety niczym sen przesuwający się po granicy jawy i snu. Pierścienie mieniły się barwami nieznanymi żadnemu oku, kolorami, których nie sposób nazwać, a które zdawały się istnieć tylko przez krótką chwilę – wystarczająco długo, by je zapamiętać, lecz zbyt krótko, by je pojąć.
Wyspa była osobliwością nawet w tym kosmosie. Zwano ją Lawendowym Morzem. Gdziekolwiek sięgnął wzrok, falowały morza roślin o odcieniu królewskiej lawendy, a ich zapach przenikał powietrze jak słodka trucizna – gęsty, lepki, wprawiający umysł w niemal narkotyczny stan upojenia. Kwiaty szeptały cicho, jakby śniły cudze sny, a ich ruch był tak subtelny, że zdawało się, iż same oddychają.
Wyspa miała zaledwie dwoje mieszkańców – nie licząc śpiących dusz, drzemiących w parkach utkanych z odcieni snu. Adnewall żyła tu od niepamiętnych czasów i dawno przestała liczyć lata, gdy ich liczba przekroczyła kilka milionów. Mimo wieku pozostawała młodą lisicą o mlecznobiałym futrze, którego końcówki łagodnie przechodziły w lawendowy półcień, jakby sama natura uczyła ją harmonii z krainą snów. Jej karmazynowe oczy jaśniały niczym krwawy księżyc – zjawisko równie piękne, co przeraźliwie rzadkie.
Podniosła się ze swojego posłania i zaczęła starannie lizać dwanaście ogonów. Higiena była rzeczą świętą – nie mogła pozwolić sobie na pomieszanie odcieni snu, a tego dnia czekały ją miliony dusz do obsłużenia. Każdy ruch jej języka był precyzyjny, niemal rytualny, jak modlitwa wymawiana w ciszy kosmosu. Gdy wstała, złote dzwoneczki zawieszone na jej szyi zadźwięczały cicho, niemal nieśmiało, przerywając ciszę poranka – to był znak, że już czas.
Tuż obok niej wylądował skryba Aryp – niewielki, lecz krępy kruk w cylindrze, z monoklem i perfekcyjnie skrojonym garniturem. Już czekał z piórem uwięzionym w skrzydle oraz niekończącym się papirusowym zwojem, który rozwijał się sam, jakby znał przyszłość i przepowiadał każdy kolejny sen.

– Spieszmy się, kra – zakrakał, głos drgający niczym echo między falami lawendowego morza.
Adnewall stanęła pewnie na czterech łapach i pognała ku krańcowi wyspy, gdzie w pierścieniach planety zderzające się minerały rozbijały się o siebie, rodząc migotliwy, wielobarwny pył. Zanurzała w nim ogony – każdą końcówkę w innym kolorze. Z każdym ruchem świat stawał się jaśniejszy, jakby sama rzeczywistość nabierała oddechu, budziła się do życia. To był znak – pora rozpocząć pracę.
– Tu budzi się pierwszy – zakrakał Aryp, lądując obok pąka kwiatu, który powoli rozchylał płatki, drżąc jakby przed pierwszym oddechem życia.
W jego wnętrzu spoczywała drobna, wychudzona istota ludzka, o nieproporcjonalnie dużej głowie, skulona niczym zarodek myśli, która nie zdążyła dojrzeć. Jej ciało wydawało się jednocześnie kruche i pełne napięcia.
– Jaki odcień dziś dla tego człeka? – zapytała Adnewall, głos miękki, ale pełen skupienia.
– Czarny! Czarny! – odkrakał Aryp bez wahania, tonem pewnym i nieugiętym.
– A więc pustka… rozpacz… – westchnęła lisica.
Zbliżyła czarny koniec ogona do ust stworzenia. Istota zaczęła ssać, a po chwili jej ciało zwiotczało, twarz spowiła ciężka apatia. Rozpłakała się cicho, bezgłośnie, i wypełniła lawendowy świat cieniem smutku, zanim wysunęła się z kwiatu i zniknęła między falującymi łodygami.

– Ciekawe, co zobaczył… kra – mruknął Aryp.
– Też chciałabym wiedzieć – odpowiedziała Adnewall, patrząc w milczeniu na puste miejsce po duszy. Choć była malarką i dawczynią odcieni snu, nigdy nie wiedziała, co naprawdę zsyłała na te kruche istoty. Każdy kolor niósł inne doznania, a możliwość ich mieszania wcale nie czyniła zadania łatwiejszym.
– Tu! Tutaj! Tutaj! – kruk wzbił się w powietrze, opadając obok kolejnego pąka. – Dla niego fiolet.
Lisica podskoczyła z radością i delikatnością, nakarmiając następne stworzenie. Natychmiast się uspokoiło, policzki zapłonęły subtelnym rumieńcem, a ciało zaczęło kołysać się w miękkim, nielinearnym rytmie. Fiolet był jej ulubionym odcieniem – ludzie pod jego wpływem stawali się niezwykle poruszeni, otuleni osobliwym, trudnym do opisania ciepłem. Nie była to czerwień wstydu, lecz coś głębszego, niemal duchowego.
Zapewne zapytacie: czym były te istoty?
Odpowiedź była prosta – były to dusze ludzi, budzące się wtedy, gdy ich ciała na Ziemi zapadały w sen. To tutaj przeżywały swoje sny. A gdy ciało się budziło, dusza zasypiała na tej tajemniczej wyspie, pośród falującego morza lawendowych kwiatów, oddychając obcym niebem i śniąc sny, których ziemski świat nigdy nie zapamięta.
I tak mijał każdy dzień – podobny do poprzedniego jak odbicie w nieruchomej wodzie. Rutyna karmienia ludzi odcieniami snów stała się dla Adnewall czymś naturalnym, niemal mechanicznym. Czasami bawiła się z Arypem – grali w wymyślone gry, wsłuchiwali się w szelest lawendy, obserwowali budzące się dusze – lecz nawet to z czasem zaczęło ją nużyć. Nawet wieczność potrafi się znudzić, gdy nie niesie żadnej zmiany.
I wtedy to zauważyła. Jeden z kwiatów więdł.
Adnewall podeszła bliżej i w milczeniu obserwowała, jak pąk drży, jakby walczył z samym sobą. W końcu rozchylił się z cichym trzaskiem, a z jego wnętrza wysunęła się wychudzona, drobna ludzka istota. Mały człowiek chwiał się na nogach, a w jego oczach czaił się paniczny strach.
– Ja… ja nie chcę umierać… – wychrypiał, łzy spływały po zapadłych policzkach. – Nie teraz. Mam jeszcze tyle do osiągnięcia…
– Już za późno, kra – odezwał się Aryp chłodno, bez cienia litości.
– Twoje ciało już nie żyje – powiedziała Adnewall, kiwając powoli głową. Złote dzwoneczki na jej szyi zadźwięczały cicho, jak żałobny sygnał.
Skóra małego stworzenia zaczęła blednąć, potem ciemnieć, jakby czas nagle przyspieszył. Ciało wiotczało, a gnijące plamy rozlewały się po nim niczym atrament, tworząc obraz przemijania, który był jednocześnie przerażający i hipnotyzujący.
– Zły… zły! – zakrakał Aryp ostro, głos jego przeszywał ciszę niczym błyskawica. – Za życia popełniłeś wiele świństw.
Adnewall bez gniewu, bez litości chwyciła istotę w zęby. Człowiek szarpał się, wydając stłumione, zwierzęce dźwięki, lecz lisica nie okazywała słabości. Zaniosła go do miejsca, gdzie rośliny rosły blade i powykręcane, jakby sama ziemia odwróciła się od nich, odrzucając życie, które niosły.
– Nie szarp się tak – rzekła spokojnie. – Przecież wrócisz do życia. Po prostu… nie będziesz pamiętać poprzedniego.
Delikatnie położyła go pośród chorych łodyg i martwego pyłu.
– Jałowe miejsce dla złych ludzi – wymówiła cicho, niemal ceremonialnie. – Złe następne życie dla czarnych dusz, ku odkupieniu.
Lawendowe pola zaszumiały, jakby przytakując wyrokowi. Lisica wykopała dół, wrzuciła duszę do wnętrza i zasypała ziemią. Piach zaszeleścił, a z jego wnętrza dochodziły stłumione jęki rozpaczy, po czym wszystko ucichło.
– Oby w następnym życiu się poprawił…
– Ludzie się nie zmieniają. Czarny pozostanie zepsuty – odrzekł Aryp sucho.
– Nie bądź takim pesymistą – odpowiedziała Adnewall.
– Żyję wystarczająco długo, by znać ludzi. Oni nigdy nie korzystają z szansy.
– Zdarzają się dobrzy ludzie. Są wyjątkami… i jest ich coraz mniej.
*
W pokoju panowała cisza gęsta jak kurz osiadający na wspomnieniach, przerywana jedynie monotonnym, nieubłaganym tykaniem zegara. Każde uderzenie wskazówek było jak krok czasu zbliżającego się do kresu. Na dużym, białym łóżku leżała stara, schorowana kobieta. Jej oddech był płytki i nierówny, jakby ciało zapominało już, jak oddychać. Wiedziała – bez złudzeń i bez strachu – że czas ją dogania, a dni, które jej pozostały, można by policzyć na palcach jednej dłoni.
Była sama. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz odwiedził ją ktoś bliski, kiedy czyjaś obecność rozpraszała chłód tego miejsca. Choroba pożerała jej pamięć kawałek po kawałku, kradła imiona, daty, drobne szczegóły codzienności. A jednak teraz, tuż przed śmiercią, pamiętała więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Jakby umysł, świadomy końca, rozpaczliwie próbował ocalić to, co najważniejsze. Przed jej oczami migotały twarze bliskich – zamazane, lecz ciepłe, pełne dawnego życia.
Czuła żal. Cichy, niewypowiedziany. Dlaczego nie przychodzili już tak często jak kiedyś? Czy naprawdę umrze sama? W obcym miejscu, pośród bezimiennych lekarzy i pielęgniarek, w pokoju, który nigdy nie był jej domem? Przez całe życie była introwertyczką, przyzwyczajoną do samotności. Teraz jednak pragnęła czegoś prostego i ludzkiego – czyjegoś dotyku, dłoni, która ścisnęłaby jej rękę i dała znak, że nie odchodzi zupełnie sama.
Ale nikogo nie było.
Z łzami zbierającymi się w oczach zaczęła liczyć powoli, cicho, jak dziecko próbujące zasnąć po koszmarze. Każda liczba była modlitwą, każda pauza – nadzieją. Pragnęła zasnąć i już się nie obudzić, odejść we śnie, łagodnie, bez bólu, zabierając ze sobą ostatnie okruchy wspomnień, zanim zgaśnie ostatnie tyknięcie zegara.
*
Płatki kwiatu drgnęły i powoli rozchyliły się, jakby niechętnie ustępowały światłu. W tej samej chwili kobieta odzyskała świadomość. Otworzyła oczy i zobaczyła, że z góry przygląda jej się dziwny lis o wielu ogonach, a tuż obok niego stał kruk w cylindrze, pochylony z godnością.
– Odzyskała świadomość? – zapytał lis z wyraźnym zaciekawieniem. Jego ogony poruszyły się niespokojnie. – To nie zdarza się zbyt często.
– Kim jesteście…? Gdzie ja jestem? – spytała cicho Marzena, unosząc się na łokciach.
– Jestem Adnewall, dawca odcieni snów – odpowiedziała lisica miękkim, lecz zmęczonym głosem. – A to Aryp, skryba snów.
– Do usług – zakrakał kruk, uchylając cylinder i kłaniając się nisko w jej stronę.
– Znajdujesz się w Krainie Snów. Rzadko, lecz czasami, ludzie odzyskują tu świadomość podczas snu – dodała Adnewall.
Człowieczek ostrożnie wyszedł z kwiatu i rozejrzał się wokół. Leżała na lawendowym posłaniu z miękkiej trawy, po którym pełzały, biegały i turlały się setki małych, pokracznych istot. Spojrzała na swoje dłonie – były drobne, zdeformowane, dziwnie nie-ludzkie. Wtedy dotarło do niej, że wygląda dokładnie tak samo jak one.
– Czemu… czemu tak wyglądam? – wyszeptała.
– Tak wyglądają dusze ludzkie – odparł kruk. – Tylko one mogą przebywać w Krainie Snów. Kra.
– Mam na imię Marzena – powiedziała, kłaniając się niezdarnie na dwóch krótkich nogach. – Wciąż nie wierzę… to musi być sen.
– Jeśli chcesz, mogę zesłać ci sen – zaproponowała lisica, poruszając ogonami. – Taki, z którego się nie pamięta.
– Nie trzeba – odpowiedziała Marzena po chwili. – I tak… nie zostało mi dużo czasu.
– Czas na ocenę! Czas na ocenę! – zawołał Aryp, wzbijając się w powietrze, trzepocząc skrzydłami.
– Ocenimy czystość twojej duszy – rzekła Adnewall i poruszyła dzwonkami.
Skóra Marzeny zaczęła szarzeć w niektórych miejscach, jakby cień powoli ją obejmował. Inne fragmenty pozostały jednak jasne, niemal świetliste.
– Jesteś czysta – oznajmił kruk, siadając obok niej.
– Chodź z nami. Czas cię zasadzić do nowego życia.
Wszyscy ruszyli ku bujnej połaci roślin, która pulsowała cichym, zielonym światłem. Lisica wykopała w ziemi niewielki dół i odsunęła się o krok.
– Możesz wejść do środka?
– Po co? – zapytała Marzena, marszcząc brwi.
– Musimy cię zasadzić na nowe życie – zakrakał Aryp.
Marzena podrapała się po głowie, patrząc na nich z absolutnym niezrozumieniem.
– Ale ja jestem człowiekiem, nie rośliną! – protestowała.
– W ten sposób wrócisz do cyklu życia – odpowiedziała znużonym tonem Adnewall.
– Ale ja nie chcę żyć! – krzyknęła Marzena, nagle rzucając się do ucieczki.
– Aryp, goń ją!

Marzena biegła, ile sił miała w nogach, mijając istoty podobne do niej samej – drobne, kruche, zagubione. Każda z nich była pochłonięta pogonią za czymś, czego nie mogły dotknąć: wyciągały ręce ku pustce, uciekały przed własnymi cieniami albo stały nieruchomo, uwięzione w letargu. Każde stworzenie niosło w sobie inną emocję – strach, żal, nadzieję, tęsknotę – splątane jak barwy snu, których nie dało się rozdzielić ani nazwać.
Gdy dobiegła do krańca wyspy, zatrzymała się nagle.
Widok odebrał jej dech.
Lawendowe Morze sunęło po pierścieniach planety niczym liść unoszony przez kosmiczny prąd. Kamyki i fragmenty minerałów zderzały się ze sobą w bezgłośnym tańcu, rozpadając na pył mieniący się setkami barw – kolorów, których Marzena nie potrafiła nazwać, a które czuła pod skórą, w głębi kości, w każdym oddechu. Usiadła na samym skraju wyspy, zwiesiła nogi w przestrzeń, a kolorowy proszek muskał je delikatnie, pieścił zmysły, jakby sama rzeczywistość próbowała ją uspokoić.
– Czemu uciekasz, kra?! – zawołał Aryp, nadlatując i siadając obok z trzepotem skrzydeł.
– Nie chcę wracać… – wyszeptała Marzena. – Tu jest pięknie. I pamiętam wszystko, co zapomniałam.
Adnewall podeszła powolnym krokiem i usiadła obok, obserwując kruche stworzenie bawiące się odcieniami snów, przesypującymi się między palcami jak piasek.
– Musisz wrócić do kręgu życia – powiedziała spokojnie. – Takie są zasady.
– Ale kiedy wrócę, nie będę już sobą! – zaprotestowała Marzena, a jej głos drżał jak listowie na wietrze.
– Czemu? – zapytała zdziwiona Adnewall.
– Bo nie będę pamiętać tego, co mnie tworzyło… tego wszystkiego, kim byłam… – głos jej zadrżał.
– Ale czeka cię nowe życie! – zakrakał Aryp, dziobiąc drobne kamyki leżące przy krawędzi wyspy.
Marzena spuściła wzrok, a w jej oczach zaszkliły się łzy.
– A co, jeśli w nowym życiu znów będę chorować? – wyszeptała. – Nie chcę przeżywać tego jeszcze raz.
Lisica przez chwilę milczała. Potem powoli zaczęła lizać swoje futro, jakby porządkowała własne myśli, a każdy ruch ogonów tworzył miękką, spokojną melodię.
– Nikt nie wie, co cię czeka w nowym życiu – odparła w końcu. – Ale twoja dusza jest w miarę czysta. Nie spotka cię nic złego… przynajmniej nie od razu.
I tak siedzieli razem w ciszy, obserwując barwy przesuwające się po pierścieniach planety, bawiąc się odcieniami snów, które migotały między nimi jak wspomnienia niechcące odejść.
Gdy Marzena obudziła się w swoim łóżku, kurczowo trzymała się nowych wspomnień, jakby były kruche, nietrwałe, jakby każde mogło rozpaść się w pył. Bała się, że choroba pożre świeżo uformowane obrazy, zanim zdążą zakorzenić się w jej umyśle. Uniosła dłoń – pomarszczoną, cienką, prześwitującą, pokrytą plamami starczymi. Jakże była teraz krucha.
W świecie snów mogła biegać. Nic jej nie bolało. Nie czuła głodu ani innych przyziemnych pragnień. Tam istnienie było lekkie, niemal bezcielesne. Tutaj każdy oddech, każdy ruch, każdy uderzający rytm serca przypominał jej o ograniczeniach ciała.
Jakże okrutny jest ten świat – pomyślała. Przychodzimy do niego mali i bezradni, w bólu i krzyku, a odchodzimy w podobny sposób: słabi, zależni, zapominani.
Od czasu do czasu zaglądali do niej lekarze. Ich twarze zmieniały się, imiona nie miały znaczenia, a słowa brzmiały zawsze podobnie – rzeczowe, chłodne, pozbawione czułości. Rodzina jakby o niej zapomniała. Obcy interesowali się jej stanem bardziej niż ci, którzy kiedyś nazywali ją bliską. To bolało bardziej niż choroba.
Zaczęła myśleć o tym, co po sobie zostawi. O tym, kim była i co osiągnęła. Odpowiedź przyszła szybko, brutalnie prosta: niewiele. Pamięć o niej będzie krótka. Rozpadnie się szybko, strawiona przez zapomnienie, jak wszystko inne.
Zastanawiała się, czy mogła zrobić więcej. Czy mogła bardziej się starać, odważyć, powiedzieć coś głośniej, żyć intensywniej. Może wtedy życie wyglądałoby inaczej. Może byłoby lepsze. A może tylko inaczej bolałoby na końcu.
Leżała więc w ciszy, wsłuchana w własny oddech, starając się nie pozwolić, by nowe wspomnienia – lawenda, kolory, pierścienie i lisica o wielu ogonach – rozpłynęły się jak sen o poranku.
*
Marzena odzyskała świadomość na wyspie po raz kolejny. Lawendowe morze roślin falowało leniwie pod obcym, bezkresnym niebem, a powietrze było ciężkie od zapachu snów – słodkie, lepkie, obiecujące i tajemnicze zarazem. Tego dnia pomagała karmić dusze odcieniami snów – zadanie proste, a zarazem dziwnie kojące, jakby każdy ruch rąk wyciszał puls rzeczywistości. Niosła w drobnych dłoniach różowy proszek, lekki niczym pyłek kwiatowy, miękki jak wspomnienie dotyku. Zgodnie ze wskazaniami Arypa podeszła do jednej z istot i ostrożnie wsunęła w jej wnętrze barwę.
– Czym jest kolor różowy? – zapytała, obserwując, jak proszek znika, wchłonięty przez ciało duszy.
– To kolor miłości! – zakrakał Aryp, siadając obok niej i poprawiając cylinder.
– Natalia Kowalska dziś będzie śnić o miłości swojego życia – ciągnął tonem kronikarza. – O miłości niespełnionej, o tej, o którą nigdy nie odważyła się zapytać. Powiadają, że miłość uskrzydla… Też chciałbym kiedyś to poczuć, kra.
– Nigdy nikogo nie kochałeś? – zapytała Marzena, siadając w miękkiej trawie lawendowej.
– My, przedwieczni, nie mamy uczuć – odparł Aryp, a na jego ptasim dziobie igrał cień znudzenia. – Życie byłoby ciekawsze z emocjami.
– Nie możecie zażyć odcieni snów?
– Na nas nie działają – odparł kruk, potrząsając głową. – Macie szczęście, wy ludzie. Choć wasze życie jest krótkie, bywa piękne.
– Jest pełne cierpienia – wyszeptała Marzena.
– Ale też pełne pięknych chwil – odpowiedział Aryp, podchodząc bliżej i delikatnie dziobiąc ją w ramię. – Uśmiechnij się. Twoje następne życie będzie lepsze.
Marzena spuściła wzrok. W jej oczach migotał strach i melancholia.
– Czy będę pamiętać?
– Co takiego? – zapytał kruk.
– To wszystko… – wskazała ręką na horyzont, na lawendowe pola, pierścienie planety, barwy snów.
Aryp spuścił wzrok.
– Zapomnisz o wszystkim.
Po chwili dodał ciszej:
– Chodź. Czeka nas jeszcze sporo pracy.
Marzena wstała powoli, a różowy pył rozsypał się między jej palcami jak uczucie, którego nie zdążyła nazwać.
– Męczące to zajęcie – westchnęła, niosąc kolejną garść proszku. – Czy bez tego nie będą śnić?
– Nie. Sen jest im potrzebny. Bez niego nie mogą żyć, uczyć się, trwać… – odpowiedziała spokojnie Adnewall.
Marzena patrzyła z przerażeniem na lawendowe pola, z których wyłaniały się drobne ludziki. Jedne pąki dopiero się rodziły, inne już więdły, zapadając się w sobie jak wypalone świece.
– Chodź, pomożesz zasadzić człowieka – zawołała lisica.
Gdy podeszli bliżej, jeden z kwiatów nagle zgasł. Stworzenie uwięzione w jego wnętrzu zaczęło wyć z bólu, cienkim, rozpaczliwym głosem. Lisica jednym szybkim ruchem pochwyciła je w łapy – jakby łapała mysz.
– Aryp, wykopiesz dół? – zapytała.
– Pobrudzę swój garnitur? – oburzył się kruk. – Jako urzędnik wysokiego szczebla muszę być wiecznie czysty i gotowy na kontrolę wyższych instancji! Eech… niech Marzenka ci pomoże.
Marzena uklękła i zaczęła rozgarniać piach, drapiąc ziemię gołymi dłońmi. Gdy zobaczyła, jak lisica wrzuca protestujące stworzenie do dołu i zasypuje je ziemią, przeszedł ją lodowaty dreszcz. Po chwili piasek przestał drgać, a z ziemi wyłoniła się cienka łodyga kiełkującego kwiatu.
– Czy… czy to go bolało? – zapytała cicho.
– W Krainie Snu nie czujecie zbyt wiele – odparła Adnewall. – On po prostu się bał.
Marzena stała nieruchomo, patrząc na świeżo usypany kopczyk ziemi. Nie potrafiła wyobrazić sobie, że kiedyś ona sama pójdzie tą drogą. A jednak wiedziała, że nadejdzie jej kolej.
Po skończonej pracy wszyscy usiedli w trawie, wpatrując się w chaos wywołany przez krzątające się stworzenia.
– I co dalej? – zapytała Marzena.
– Nic. Czekamy na następny dzień – zakrakał Aryp.
– Będziecie się tak nudzić przez kilka godzin?
– Zagrajmy w liczenie – zaproponowała Adnewall. Lisica i kruk zaczęli powoli liczyć ludzkie dusze. Jedną po drugiej.
– Ale to strasznie nudne! – protestowała Marzena.
– Jak taka mądra, to zaproponuj coś innego – odparł kruk.
– Zagrajmy w chowanego, berka… cokolwiek. – Uśmiechnęła się Marzena, przypominając sobie dzieciństwo.
Kolejne dni mijały na nowych zabawach, najczęściej wymyślanych przez Marzenę. Lawendowe morze rozkwitło jak nigdy dotąd – jakby śmiech i beztroska potrafiły oszukać czas. Fioletowe łany falowały pod ich krokami, nasycone echem radości, której ta kraina dawno nie znała.

Dni jednak płynęły dalej, nieubłagane, a Marzena z każdym porankiem była coraz bardziej świadoma własnego końca.
– Wy, nieśmiertelni, macie szczęście – powiedziała w końcu, z tęsknotą drżącą w głosie.
– A to niby dlaczego? – zapytała Adnewall, unosząc pysk znad trawy.
– Nie umieracie. Żyjecie wiecznie.
Aryp, leżący wśród lawendy, zakrakał cicho:
– Gdybyśmy mogli, zamienilibyśmy się z tobą bez wahania.
– Nieśmiertelne życie jest nudne – dodała lisica, kładąc się obok niego.
– I pozbawione sensu – dorzucił kruk.
Marzena spojrzała na nich ze smutkiem, po raz pierwszy próbując naprawdę zrozumieć ich słowa.
– Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób…
– Wasze życie, choć krótkie, ma znaczenie – odezwała się lisica, wpatrując się w niebo bez chmur, jakby szukała tam odpowiedzi. – Macie do czego dążyć.
– Macie przed czym uciekać – zakrakał Aryp. – Śmierć nadaje waszemu istnieniu sens.
Nagle zerwał się na równe nogi.
– Wiednie! Wiednie! Musimy zasadzić nowego człowieka!
– Czy mogę tym razem zrobić to ja? – zapytała cicho Marzena.
Wszyscy podeszli do gasnącego kwiatu. Płatki drżały, a małe stworzenie wypadło z wnętrza, osuwając się na ziemię. Marzena uklękła i wyciągnęła do niego dłoń.
– Umarłeś – wyszeptała miękko, kojąco. – Ale możesz wrócić. Dalej żyć, w nowym wcieleniu.
Mały człowieczek bez oporu ujął jej dłoń. Razem podeszli do dołu wykopanego przez lisicę. Marzena przytuliła drżące stworzenie, a ono powoli się uspokoiło.
– To potrwa tylko chwilę. Nie będzie bolało – wyszeptała. – Zamknij oczy. Będzie łatwiej. I… powodzenia w następnym życiu.
Lawenda znów poruszyła się lekko, jakby oddychała.
– Jak ty to zrobiłaś? – zapytała z podziwem Adnewall. – Przed nami zawsze uciekają.
– Wystarczy odrobina współczucia – odpowiedziała Marzena z cichą dumą. – I uczuć. Mogę was tego nauczyć.
I tak przez kolejne godziny Marzena uczyła ich czegoś, co było dla nich obce, niepojęte – a co dla ludzi od zawsze było najprostsze i najtrudniejsze zarazem.
– Czemu jesteś smutna? – zapytał Aryp, podlatując do Marzeny.
– Niedługo się obudzę… i wrócę do świata ludzi – odpowiedziała cicho, patrząc w dal.
– Sen duszy jest aż tak zły? – zapytał z troską skrzydlaty towarzysz.
– A więc… rzeczywistość to tylko kolejny sen śniony przez duszę? – spytała zrezygnowana.
– Niestety, tak właśnie jest – odpowiedziała Adnewall, przechodząc obok nich i siadając w miękkiej, lawendowej trawie. Jej głos brzmiał jak echo wiatru między kwiatami.
– A więc co jest prawdziwe? – zapytała Marzena z łzami w oczach.
– Tego nikt nie wie – westchnęła Lisca. – Może nawet kraina snu jest tylko snem w śnie.
– Prawdziwe jest to, co zostaje w naszej pamięci – pocieszył ją Aryp, lekko trzepocząc skrzydłami, jakby chciał strząsnąć z powietrza cień smutku.
– A więc życie to niekończący się cykl śnienia duszy i ciała? – spytała Marzena zaintrygowana.
– Chyba tak – odpowiedział z dumą w głosie Adnewall. – Takie jest życie ludzi. Jesteście źródłem energii całego świata… dlatego istniejecie.
– Bóg… o ile istnieje… jest okrutny – wyszeptała po chwili ciszy.
– Gdyby był okrutny, zesłałby wam nieśmiertelność – odparł spokojnie Aryp. – To dopiero byłoby przekleństwo.
– Moje ciało tam umiera… moja rodzina… – powiedziała Marzena, spuszczając głowę.
Adnewall uniosła rękę, a jej długi, czarny ogon zadrżał w powietrzu niczym kłąb dymu.
– Jeśli chcesz… możemy dać im nauczkę. Aryp ma w spisie ich imiona. Wystarczy, że je podasz, a zesłalibyśmy im koszmary.
– Czy to… nie będzie czymś złym? – zapytała z wahaniem Marzena.
– Tu nie istnieje dobro ani zło – odparł Aryp cicho. – Tutaj istnieje tylko sen.
I tak, jak uzgodnili, zesłali koszmary na członków rodziny Marzeny.
Tamtej nocy wszystkim śniła się staruszka, która pojawiła się dzień przed śmiercią – i spojrzała na nich tak, jakby znała wszystkie ich sekrety.
– Gdybyś mógł zmienić swoje życie, Arypie… co byś uczynił? Kim byś był?
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Paradoks tkwi w tym, że choć jestem nieśmiertelny i mam czasu pod dostatkiem, zostałem skrybą. Mógłbym, korzystając z darowanego mi czasu, spróbować wszystkiego, co istnieje i co dopiero zaistnieje, ale moje miejsce jest tutaj – przy Adnewall. Tu czuję sens i mam cel. Wielu z nas, nieśmiertelnych, błądzi, brodząc w nowych pomysłach i próbując wciąż innych dróg, aż w końcu przepada bez powrotu. Mnogość wyboru potrafi nam nieźle namieszać w głowach.Może sens istnienia to zwykła owsianka – nie za ciepła i nie za wykwintna, taka, jaka jest. Niektórzy nie potrzebują niczego więcej. Może to właśnie pogoń za wiecznie lepszym jest pomyłką.
– I nigdy nie wątpiłeś?
– Każdy, kto oddycha, wątpi, moja droga Marzeno. Nawet my. A może zwłaszcza my, nieśmiertelni.
– A ty, Adnewall? – spytała Marzena, widząc podchodzącą lisicę. – Nigdy nie chciałaś czegoś więcej… niż tego? – wskazała Krainę Snów.
– Chodź, mała. Ta kraina jest dla mnie całym światem. Bycie w tym, co znane, jest miłe i wygodne. Nie kusi mnie nieznane, bo choć to zajęcie bywa nudne i monotonne, dla mnie wciąż jest wszystkim, co mam.
*
Marzena obudziła się w łóżku.
Jej oddech był ciężki – każdy wdech przychodził wolniej od poprzedniego, jakby powietrze musiało przedzierać się przez gęstą, lepką wodę. Ból zniknął gdzieś po drodze, pozostawiając jedynie zmęczenie i ciepłą obojętność.
A więc tak wygląda śmierć? – pomyślała.
Jedynym, co jeszcze trzymało ją przy życiu, była Kraina Snów. Pragnienie, by trwać – choćby tylko tam – sprawiało, że kurczowo obejmowała nowe wspomnienia, jakby mogły stać się kotwicą dla duszy. Lawendowe pola, śmiech, zabawy, ciche rozmowy z istotami, które nigdy nie umierały, otulały ją swoim spokojem.
Powoli czuła, jak życie odpływa z jej ciała. Aparatura, do której była podłączona, wydawała coraz rzadsze, coraz wolniejsze dźwięki – metaliczny rytm końca. Każdy sygnał brzmiał jak odliczanie, jakby czas wycofywał się z jej życia.
Myśli kotłowały się w jej głowie, wszystkie naraz, bez porządku. Życie przelatywało przed oczami klatka po klatce – urywki dzieciństwa, twarze, głosy, chwile, które kiedyś wydawały się nieistotne, a teraz były wszystkim. Zrozumiała, że nie ma się czego bać. Nie wiedziała, jakie będzie jej następne życie, ale może choroba, z którą walczyła przez całe lata i która trawiła jej pamięć, nie będzie jej już doskwierać. Chciała zaryzykować. Zrozumiała, że życie jest piękne właśnie dlatego, że ma swoje wzloty i upadki oraz wyraźny początek i nieuchronny koniec.
Oddech zatrzymał się.
Marzena zmarła w obecności lekarzy. Jej rodzina nie przyszła. Ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszała, było milczenie po ustaniu własnego serca.

Otworzyła oczy i zobaczyła usychający kwiat. Jej małe ciało opadło bezwładnie na ziemię. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie szelestem lawendowych łodyg, które falowały cicho, jakby wspominały każdy jej oddech. Spostrzegła lisa i kruka stojących spokojnie obok, jak strażników czasu i snów.
– A więc… to już koniec? – zapytała, a w głosie drżał strach.
– Tak, to już koniec – odpowiedziała Adnewall, podchodząc powoli. Jej puchate ogony otuliły Marzenę niczym miękki, ciepły koc. – Nie żyjesz.
Schyliła się i delikatnie polizała ją w policzek, jakby chciała przekazać ostatnie ciepło.
– Ocalenie… mogłaś mi je darować? – szepnęła Marzena z lekkim uśmiechem, choć świat wydawał się nagle odległy i nierzeczywisty.
Aryp stał przy wykopanym rowie, skrzydła złożone starannie, monokl błyszczał w słabym świetle. Wszyscy podeszli razem, w milczeniu, każdy krok odbijał się echem w przestrzeni między kwiatami.
– Hmmm… tak, to już koniec – powiedziała Adnewall spokojnym, aksamitnym głosem. – Ale nie dla ciebie… o ile zechcesz.
– Co? – zapytała Marzena, zdezorientowana, unosząc powieki coraz cięższe od zmęczenia i życia.
– Możemy cię zatrudnić jako specjalistkę od pogrzebów i spraw ludzi – zakrakał Aryp, lekko unosząc się w powietrzu. – O ile nie przeszkadza ci garnitur i wieczność w naszym towarzystwie.
Marzena przez chwilę milczała, wpatrując się w zagłębienie wykopane w ziemi, w którym miała teraz stanąć.
– Dużo myślałam o życiu – powiedziała w końcu cicho, stawiając pierwszy krok w dół. – I przepraszam… ja potrzebuję sensu. Jest jedna rzecz ktora chciala bym bysmy zrobili razem.
Wszyscy poszli na skraj wyspy. Marzena umoczyła palce w odcieniach snów i zaczęła malować swoje ciało, jak i okoliczną ziemię.
– Czas nadać tej krainie nowe kolory, Adnewall. Aryp, dołączycie?
Razem zaczęli malować swoje ciała, a także ciała dusz.
– Co?! Ej, co wy robicie? To niedopuszczalne! – protestował Aryp, lecz po dłuższej chwili dołączył do przyjaciół i uznał, że jest to… miłe.
– Od teraz, w ten jeden dzień, będziemy malować całą wyspę – powiedziała Adnewall. – To będzie Dzień Odcieni Snów.
Dłonie Marzeny drżały lekko, ale pewność w oczach rosła z każdym ruchem. Weszła w dół, a lawendowe pola wydawały się szepnąć jej pożegnanie i powitanie jednocześnie, jakby cała Kraina Snów obserwowała jej decyzję, respektując wolę nowego życia.
– Żegnam was, Pyra i Lawenda – zawołała z dołu, zanim zasnęła.
– Zaraz, czemu Pyra i Lawenda? – zakrakał Aryp.
– Jeszcze tego nie pojąłeś? – zaśmiała się Adnewall. – Kiedyś ci wytłumaczę.
Jak poprawiłeś, to publikuj.
Porządnie jest napisane, a przecinków nie znajdę;)
delulu managment
Hej
Podniosła się z
e swojego posłania i zaczęła starannie lizać dwanaście ogonów.
Kwiaty szeptały cicho, jakby śniły cudze sny, a ich ruch był tak subtelny, że zdawało się, iż same oddychają.
Ok w środku są dusze więc pierwsza część ok, ale – a ich ruch był tak subtelny, że zdawało się, iż same oddychają. – to jest dla mnie niezrozumiałe
Wokół kosmicznego giganta nie krążyły planety, jak nakazuje porządek znanych systemów, lecz jedna jedyna Wyspa – ogromna, milcząca, sunąca po pierścieniach planety niczym sen przesuwający się po granicy jawy i snu.
Była jedna gwiazda i zero planet, za to wyspa. Ale po chwili piszesz, że sunącą po pierścieniach planety i ja już nie wiem o co chodzi. Zastanawia mnie też słowo “milcząca”, nie wiem czy planety mają coś do powiedzenia albo wyspy.
Każdy ruch jej języka był precyzyjny, niemal rytualny, jak modlitwa wymawiana w ciszy kosmosu.
I tu znowu – pierwsza płowa ok, ale druga rytualny ruch języka, precyzyjny jak modlitwa… Nie wiem naprawdę skąd te porównanie.
Z każdym ruchem świat stawał się jaśniejszy, jakby sama rzeczywistość nabierała oddechu, budziła się do życia.
jaśniejszy tak jakby rzeczywistości nabierała oddechu? I to jeszcze oznacza, że budziła się do życia
który powoli rozchylał płatki, drżąc jakby przed pierwszym oddechem życia.
te porównania są bardzo ryzykowne
W jego wnętrzu spoczywała drobna, wychudzona istota ludzka, o nieproporcjonalnie dużej głowie, skulona niczym zarodek myśli, która nie zdążyła dojrzeć.
do zarodek ok, ale myśli, która nie zdążyła dojrzeć, do czego?
Rozpłakała się cicho, bezgłośnie, i wypełniła lawendowy świat cieniem smutku, zanim wysunęła się z kwiatu i zniknęła między falującymi łodygami.
Albo cicho albo bezgłośnie
Lisica podskoczyła z radością i delikatnością, nakarmiając następne stworzenie
Nie wiem czy nie karmiąc
Zapewne zapytacie: czym były te istoty?
Wcześniej napisałeś, że duszami
To tutaj przeżywały
swojesny.
A gdy ciało się budziło, dusza zasypiała na tej tajemniczej wyspie, pośród falującego morza lawendowych kwiatów, oddychając obcym niebem i śniąc sny, których ziemski świat nigdy nie zapamięta.
oddychając obcym niebem – chyba powietrzem
Adexx, te porównania i metafory mnie pokonały – wybacz ale to nie jest teks dla mnie. Może dla kogoś, kto doceni jego poetycki sznyt
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

Pecunia non olet
Zgadzam się z Bardemjaskrem, że jest bardzo poetycko. Mi to akurat pasowało.
ZA to na początku nieco przeszkadzała mi bajkowość, zwłaszcza w połączeniu ze słodziutkimi obrazkami.
Natomiast potem autorowi udało się tę słodycz doprawić kilkoma łyżkami dziegciu.
Wciągnęłam się w opowieść, poruszyła mnie i zaniepokoiła.
Pomysł nieco ryzykowny, ale ciekawy.
delulu managment

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,
tekst poznałem rzetelnie, na nowo.
Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,
nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.
You cannot petition the Lord with prayer!
Hejka!
Opowiadanie jest mocno poetyckie i od pierwszych zdań widać bogactwo Twojej wyobraźni i dbałość o detale. Momentami jest jednak zbyt rozwlekłe, a liczba opisów przytłacza i spowalnia akcję, przez co trudniej było mi utrzymać pełne napięcie. Kontrast między ulotnością ludzkiego życia a wiecznością oraz metafory kolorów snów są ciekawe. Moim zdaniem, tekst to takie przypomnienie, że życie jest kruche, ale pełne barw i doświadczeń, które warto zapamiętać.
Mnie osobiście obrazki dekoncentrowały i odebrały znaczną rolę obrazu, który powinien być podstawą opowiadania, ale to tylko moje marudzenie.
Pozdrawiam.
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Nie wiem, co powiedzieć. Na dzień dobry ujrzałem taki oto kwiatek:
niczym sen przesuwający się po granicy jawy i snu
więc podszedłem do tekstu, no, z mało optymistycznym nastawieniem. Drażniły mnie gawędziarskie wstawki – ,,drogi czytelniku, to ja, narrator; będę ci przypominać, że to tylko bajka” – i niespójności fabularne. Najpierw przedwieczni gonią Marzenę, żeby ją siłą ,,reinkarnować”, a chwilę później są już zakolegowani i pozwalają jej pomagać? To jakaś demonstracja logiki snu, bo inaczej nie umiem tego wytłumaczyć?
Odnoszę wrażenie, że celowałeś w pixarowskie klimaty, ale moim zdaniem nie do końca wyszło. Z drugiej strony, sam nie lubię rzewnych opowieści (poważnie, skąd ta moda na epatowanie żałością?) i jestem raczej odporny na próby wzbudzenia emocji. Tak czy inaczej, opowiadanie nie przypadło mi do gustu.
P.S. Nie chcę się czepiać, ale tag ,,dark fantasy” moim zdaniem jest tu nie na miejscu – ani to fantasy, ani szczególnie mroczne.
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...
Zgadzam się, że to bardzo poetyckie opowiadanie. I kolorowe, plastyczne.
Bohaterowie wszyscy sympatyczni i dobrzy. Trochę jak w bajce – zbyt szlachetni, żeby mogli być prawdziwi.
Dodanie innych obrazów to ciekawe zagranie, ale stylistycznie nijak nie pasują do pierwszego, a to trochę zgrzyta.
Babska logika rządzi!
Dziękuję za komentarze. Pozdrawiam.

Podążaj za białym królikiem.
.gif)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć