- Opowiadanie: Adexx - Odcienie snu

Odcienie snu

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Ambush, Finkla

Oceny

Odcienie snu

( Od­cień snu – Anna Słoncz)

Da­le­ko hen, poza kre­sa­mi wszel­kich zna­nych rze­czy, ist­nia­ła gwiaz­da. Wspo­mi­nam tylko o jed­nej – i nie bez po­wo­du. Już sam fakt jej ist­nie­nia zdra­dzał, że nie był to świat po­dob­ny na­sze­mu. Wokół ko­smicz­ne­go gi­gan­ta nie krą­ży­ły pla­ne­ty, jak na­ka­zu­je po­rzą­dek zna­nych sys­te­mów, lecz jedna je­dy­na Wyspa – ogrom­na, mil­czą­ca, su­ną­ca po pier­ście­niach pla­ne­ty ni­czym sen prze­su­wa­ją­cy się po gra­ni­cy jawy i snu. Pier­ście­nie mie­ni­ły się bar­wa­mi nie­zna­ny­mi żad­ne­mu oku, ko­lo­ra­mi, któ­rych nie spo­sób na­zwać, a które zda­wa­ły się ist­nieć tylko przez krót­ką chwi­lę – wy­star­cza­ją­co długo, by je za­pa­mię­tać, lecz zbyt krót­ko, by je pojąć.

Wyspa była oso­bli­wo­ścią nawet w tym ko­smo­sie. Zwano ją La­wen­do­wym Mo­rzem. Gdzie­kol­wiek się­gnął wzrok, fa­lo­wa­ły morza ro­ślin o od­cie­niu kró­lew­skiej la­wen­dy, a ich za­pach prze­ni­kał po­wie­trze jak słod­ka tru­ci­zna – gęsty, lepki, wpra­wia­ją­cy umysł w nie­mal nar­ko­tycz­ny stan upo­je­nia. Kwia­ty szep­ta­ły cicho, jakby śniły cudze sny, a ich ruch był tak sub­tel­ny, że zda­wa­ło się, iż same od­dy­cha­ją.

Wyspa miała za­le­d­wie dwoje miesz­kań­ców – nie li­cząc śpią­cych dusz, drze­mią­cych w par­kach utka­nych z od­cie­ni snu. Ad­ne­wall żyła tu od nie­pa­mięt­nych cza­sów i dawno prze­sta­ła li­czyć lata, gdy ich licz­ba prze­kro­czy­ła kilka mi­lio­nów. Mimo wieku po­zo­sta­wa­ła młodą li­si­cą o mlecz­no­bia­łym fu­trze, któ­re­go koń­ców­ki ła­god­nie prze­cho­dzi­ły w la­wen­do­wy pół­cień, jakby sama na­tu­ra uczy­ła ją har­mo­nii z kra­iną snów. Jej kar­ma­zy­no­we oczy ja­śnia­ły ni­czym krwa­wy księ­życ – zja­wi­sko rów­nie pięk­ne, co prze­raź­li­wie rzad­kie.

Pod­nio­sła się ze swo­je­go po­sła­nia i za­czę­ła sta­ran­nie lizać dwa­na­ście ogo­nów. Hi­gie­na była rze­czą świę­tą – nie mogła po­zwo­lić sobie na po­mie­sza­nie od­cie­ni snu, a tego dnia cze­ka­ły ją mi­lio­ny dusz do ob­słu­że­nia. Każdy ruch jej ję­zy­ka był pre­cy­zyj­ny, nie­mal ry­tu­al­ny, jak mo­dli­twa wy­ma­wia­na w ciszy ko­smo­su. Gdy wsta­ła, złote dzwo­necz­ki za­wie­szo­ne na jej szyi za­dźwię­cza­ły cicho, nie­mal nie­śmia­ło, prze­ry­wa­jąc ciszę po­ran­ka – to był znak, że już czas.

Tuż obok niej wy­lą­do­wał skry­ba Aryp – nie­wiel­ki, lecz krępy kruk w cy­lin­drze, z mo­no­klem i per­fek­cyj­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rem. Już cze­kał z pió­rem uwię­zio­nym w skrzy­dle oraz nie­koń­czą­cym się pa­pi­ru­so­wym zwo­jem, który roz­wi­jał się sam, jakby znał przy­szłość i prze­po­wia­dał każdy ko­lej­ny sen.

– Spiesz­my się, kra – za­kra­kał, głos drga­ją­cy ni­czym echo mię­dzy fa­la­mi la­wen­do­we­go morza.

Ad­ne­wall sta­nę­ła pew­nie na czte­rech ła­pach i po­gna­ła ku krań­co­wi wyspy, gdzie w pier­ście­niach pla­ne­ty zde­rza­ją­ce się mi­ne­ra­ły roz­bi­ja­ły się o sie­bie, ro­dząc mi­go­tli­wy, wie­lo­barw­ny pył. Za­nu­rza­ła w nim ogony – każdą koń­ców­kę w innym ko­lo­rze. Z każ­dym ru­chem świat sta­wał się ja­śniej­szy, jakby sama rze­czy­wi­stość na­bie­ra­ła od­de­chu, bu­dzi­ła się do życia. To był znak – pora roz­po­cząć pracę.

– Tu budzi się pierw­szy – za­kra­kał Aryp, lą­du­jąc obok pąka kwia­tu, który po­wo­li roz­chy­lał płat­ki, drżąc jakby przed pierw­szym od­de­chem życia.

W jego wnę­trzu spo­czy­wa­ła drob­na, wy­chu­dzo­na isto­ta ludz­ka, o nie­pro­por­cjo­nal­nie dużej gło­wie, sku­lo­na ni­czym za­ro­dek myśli, która nie zdą­ży­ła doj­rzeć. Jej ciało wy­da­wa­ło się jed­no­cze­śnie kru­che i pełne na­pię­cia.

– Jaki od­cień dziś dla tego człe­ka? – za­py­ta­ła Ad­ne­wall, głos mięk­ki, ale pełen sku­pie­nia.

– Czar­ny! Czar­ny! – od­kra­kał Aryp bez wa­ha­nia, tonem pew­nym i nie­ugię­tym.

– A więc pust­ka… roz­pacz… – wes­tchnę­ła li­si­ca.

Zbli­ży­ła czar­ny ko­niec ogona do ust stwo­rze­nia. Isto­ta za­czę­ła ssać, a po chwi­li jej ciało zwiot­cza­ło, twarz spo­wi­ła cięż­ka apa­tia. Roz­pła­ka­ła się cicho, bez­gło­śnie, i wy­peł­ni­ła la­wen­do­wy świat cie­niem smut­ku, zanim wy­su­nę­ła się z kwia­tu i znik­nę­ła mię­dzy fa­lu­ją­cy­mi ło­dy­ga­mi.

– Cie­ka­we, co zo­ba­czył… kra – mruk­nął Aryp.

– Też chcia­ła­bym wie­dzieć – od­po­wie­dzia­ła Ad­ne­wall, pa­trząc w mil­cze­niu na puste miej­sce po duszy. Choć była ma­lar­ką i daw­czy­nią od­cie­ni snu, nigdy nie wie­dzia­ła, co na­praw­dę zsy­ła­ła na te kru­che isto­ty. Każdy kolor niósł inne do­zna­nia, a moż­li­wość ich mie­sza­nia wcale nie czy­ni­ła za­da­nia ła­twiej­szym. 

– Tu! Tutaj! Tutaj! – kruk wzbił się w po­wie­trze, opa­da­jąc obok ko­lej­ne­go pąka. – Dla niego fio­let.

Li­si­ca pod­sko­czy­ła z ra­do­ścią i de­li­kat­no­ścią, na­kar­mia­jąc na­stęp­ne stwo­rze­nie. Na­tych­miast się uspo­ko­iło, po­licz­ki za­pło­nę­ły sub­tel­nym ru­mień­cem, a ciało za­czę­ło ko­ły­sać się w mięk­kim, nie­li­ne­ar­nym ryt­mie. Fio­let był jej ulu­bio­nym od­cie­niem – lu­dzie pod jego wpły­wem sta­wa­li się nie­zwy­kle po­ru­sze­ni, otu­le­ni oso­bli­wym, trud­nym do opi­sa­nia cie­płem. Nie była to czer­wień wsty­du, lecz coś głęb­sze­go, nie­mal du­cho­we­go.

Za­pew­ne za­py­ta­cie: czym były te isto­ty?

Od­po­wiedź była pro­sta – były to dusze ludzi, bu­dzą­ce się wtedy, gdy ich ciała na Ziemi za­pa­da­ły w sen. To tutaj prze­ży­wa­ły swoje sny. A gdy ciało się bu­dzi­ło, dusza za­sy­pia­ła na tej ta­jem­ni­czej wy­spie, po­śród fa­lu­ją­ce­go morza la­wen­do­wych kwia­tów, od­dy­cha­jąc obcym nie­bem i śniąc sny, któ­rych ziem­ski świat nigdy nie za­pa­mię­ta.

I tak mijał każdy dzień – po­dob­ny do po­przed­nie­go jak od­bi­cie w nie­ru­cho­mej wo­dzie. Ru­ty­na kar­mie­nia ludzi od­cie­nia­mi snów stała się dla Ad­ne­wall czymś na­tu­ral­nym, nie­mal me­cha­nicz­nym. Cza­sa­mi ba­wi­ła się z Ary­pem – grali w wy­my­ślo­ne gry, wsłu­chi­wa­li się w sze­lest la­wen­dy, ob­ser­wo­wa­li bu­dzą­ce się dusze – lecz nawet to z cza­sem za­czę­ło ją nużyć. Nawet wiecz­ność po­tra­fi się znu­dzić, gdy nie nie­sie żad­nej zmia­ny.

I wtedy to za­uwa­ży­ła. Jeden z kwia­tów więdł.

Ad­ne­wall po­de­szła bli­żej i w mil­cze­niu ob­ser­wo­wa­ła, jak pąk drży, jakby wal­czył z samym sobą. W końcu roz­chy­lił się z ci­chym trza­skiem, a z jego wnę­trza wy­su­nę­ła się wy­chu­dzo­na, drob­na ludz­ka isto­ta. Mały czło­wiek chwiał się na no­gach, a w jego oczach czaił się pa­nicz­ny strach.

– Ja… ja nie chcę umie­rać… – wy­chry­piał, łzy spły­wa­ły po za­pa­dłych po­licz­kach. – Nie teraz. Mam jesz­cze tyle do osią­gnię­cia…

– Już za późno, kra – ode­zwał się Aryp chłod­no, bez cie­nia li­to­ści.

– Twoje ciało już nie żyje – po­wie­dzia­ła Ad­ne­wall, ki­wa­jąc po­wo­li głową. Złote dzwo­necz­ki na jej szyi za­dźwię­cza­ły cicho, jak ża­łob­ny sy­gnał.

Skóra ma­łe­go stwo­rze­nia za­czę­ła bled­nąć, potem ciem­nieć, jakby czas nagle przy­spie­szył. Ciało wiot­cza­ło, a gni­ją­ce plamy roz­le­wa­ły się po nim ni­czym atra­ment, two­rząc obraz prze­mi­ja­nia, który był jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­ją­cy i hip­no­ty­zu­ją­cy.

– Zły… zły! – za­kra­kał Aryp ostro, głos jego prze­szy­wał ciszę ni­czym bły­ska­wi­ca. – Za życia po­peł­ni­łeś wiele świństw.

Ad­ne­wall bez gnie­wu, bez li­to­ści chwy­ci­ła isto­tę w zęby. Czło­wiek szar­pał się, wy­da­jąc stłu­mio­ne, zwie­rzę­ce dźwię­ki, lecz li­si­ca nie oka­zy­wa­ła sła­bo­ści. Za­nio­sła go do miej­sca, gdzie ro­śli­ny rosły blade i po­wy­krę­ca­ne, jakby sama zie­mia od­wró­ci­ła się od nich, od­rzu­ca­jąc życie, które nio­sły.

– Nie szarp się tak – rze­kła spo­koj­nie. – Prze­cież wró­cisz do życia. Po pro­stu… nie bę­dziesz pa­mię­tać po­przed­nie­go.

De­li­kat­nie po­ło­ży­ła go po­śród cho­rych łodyg i mar­twe­go pyłu.

– Ja­ło­we miej­sce dla złych ludzi – wy­mó­wi­ła cicho, nie­mal ce­re­mo­nial­nie. – Złe na­stęp­ne życie dla czar­nych dusz, ku od­ku­pie­niu.

La­wen­do­we pola za­szu­mia­ły, jakby przy­ta­ku­jąc wy­ro­ko­wi. Li­si­ca wy­ko­pa­ła dół, wrzu­ci­ła duszę do wnę­trza i za­sy­pa­ła zie­mią. Piach za­sze­le­ścił, a z jego wnę­trza do­cho­dzi­ły stłu­mio­ne jęki roz­pa­czy, po czym wszyst­ko uci­chło.

– Oby w na­stęp­nym życiu się po­pra­wił… 

– Lu­dzie się nie zmie­nia­ją. Czar­ny po­zo­sta­nie ze­psu­ty – od­rzekł Aryp sucho.

– Nie bądź takim pe­sy­mi­stą – od­po­wie­dzia­ła Ad­ne­wall.

– Żyję wy­star­cza­ją­co długo, by znać ludzi. Oni nigdy nie ko­rzy­sta­ją z szan­sy.

– Zda­rza­ją się do­brzy lu­dzie. Są wy­jąt­ka­mi… i jest ich coraz mniej.

*

W po­ko­ju pa­no­wa­ła cisza gęsta jak kurz osia­da­ją­cy na wspo­mnie­niach, prze­ry­wa­na je­dy­nie mo­no­ton­nym, nie­ubła­ga­nym ty­ka­niem ze­ga­ra. Każde ude­rze­nie wska­zó­wek było jak krok czasu zbli­ża­ją­ce­go się do kresu. Na dużym, bia­łym łóżku le­ża­ła stara, scho­ro­wa­na ko­bie­ta. Jej od­dech był płyt­ki i nie­rów­ny, jakby ciało za­po­mi­na­ło już, jak od­dy­chać. Wie­dzia­ła – bez złu­dzeń i bez stra­chu – że czas ją do­ga­nia, a dni, które jej po­zo­sta­ły, można by po­li­czyć na pal­cach jed­nej dłoni.

Była sama. Nie pa­mię­ta­ła już, kiedy ostat­ni raz od­wie­dził ją ktoś bli­ski, kiedy czy­jaś obec­ność roz­pra­sza­ła chłód tego miej­sca. Cho­ro­ba po­że­ra­ła jej pa­mięć ka­wa­łek po ka­wał­ku, kra­dła imio­na, daty, drob­ne szcze­gó­ły co­dzien­no­ści. A jed­nak teraz, tuż przed śmier­cią, pa­mię­ta­ła wię­cej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Jakby umysł, świa­do­my końca, roz­pacz­li­wie pró­bo­wał oca­lić to, co naj­waż­niej­sze. Przed jej ocza­mi mi­go­ta­ły twa­rze bli­skich – za­ma­za­ne, lecz cie­płe, pełne daw­ne­go życia.

Czuła żal. Cichy, nie­wy­po­wie­dzia­ny. Dla­cze­go nie przy­cho­dzi­li już tak czę­sto jak kie­dyś? Czy na­praw­dę umrze sama? W obcym miej­scu, po­śród bez­i­mien­nych le­ka­rzy i pie­lę­gnia­rek, w po­ko­ju, który nigdy nie był jej domem? Przez całe życie była in­tro­wer­tycz­ką, przy­zwy­cza­jo­ną do sa­mot­no­ści. Teraz jed­nak pra­gnę­ła cze­goś pro­ste­go i ludz­kie­go – czy­je­goś do­ty­ku, dłoni, która ści­snę­ła­by jej rękę i dała znak, że nie od­cho­dzi zu­peł­nie sama.

Ale ni­ko­go nie było.

Z łzami zbie­ra­ją­cy­mi się w oczach za­czę­ła li­czyć po­wo­li, cicho, jak dziec­ko pró­bu­ją­ce za­snąć po kosz­ma­rze. Każda licz­ba była mo­dli­twą, każda pauza – na­dzie­ją. Pra­gnę­ła za­snąć i już się nie obu­dzić, odejść we śnie, ła­god­nie, bez bólu, za­bie­ra­jąc ze sobą ostat­nie okru­chy wspo­mnień, zanim zga­śnie ostat­nie tyk­nię­cie ze­ga­ra.

*

Płat­ki kwia­tu drgnę­ły i po­wo­li roz­chy­li­ły się, jakby nie­chęt­nie ustę­po­wa­ły świa­tłu. W tej samej chwi­li ko­bie­ta od­zy­ska­ła świa­do­mość. Otwo­rzy­ła oczy i zo­ba­czy­ła, że z góry przy­glą­da jej się dziw­ny lis o wielu ogo­nach, a tuż obok niego stał kruk w cy­lin­drze, po­chy­lo­ny z god­no­ścią.

– Od­zy­ska­ła świa­do­mość? – za­py­tał lis z wy­raź­nym za­cie­ka­wie­niem. Jego ogony po­ru­szy­ły się nie­spo­koj­nie. – To nie zda­rza się zbyt czę­sto.

– Kim je­ste­ście…? Gdzie ja je­stem? – spy­ta­ła cicho Ma­rze­na, uno­sząc się na łok­ciach.

– Je­stem Ad­ne­wall, dawca od­cie­ni snów – od­po­wie­dzia­ła li­si­ca mięk­kim, lecz zmę­czo­nym gło­sem. – A to Aryp, skry­ba snów.

– Do usług – za­kra­kał kruk, uchy­la­jąc cy­lin­der i kła­nia­jąc się nisko w jej stro­nę.

– Znaj­du­jesz się w Kra­inie Snów. Rzad­ko, lecz cza­sa­mi, lu­dzie od­zy­sku­ją tu świa­do­mość pod­czas snu – do­da­ła Ad­ne­wall.

Czło­wie­czek ostroż­nie wy­szedł z kwia­tu i ro­zej­rzał się wokół. Le­ża­ła na la­wen­do­wym po­sła­niu z mięk­kiej trawy, po któ­rym peł­za­ły, bie­ga­ły i tur­la­ły się setki ma­łych, po­kracz­nych istot. Spoj­rza­ła na swoje dło­nie – były drob­ne, zde­for­mo­wa­ne, dziw­nie nie-ludz­kie. Wtedy do­tar­ło do niej, że wy­glą­da do­kład­nie tak samo jak one.

– Czemu… czemu tak wy­glą­dam? – wy­szep­ta­ła.

– Tak wy­glą­da­ją dusze ludz­kie – od­parł kruk. – Tylko one mogą prze­by­wać w Kra­inie Snów. Kra.

– Mam na imię Ma­rze­na – po­wie­dzia­ła, kła­nia­jąc się nie­zdar­nie na dwóch krót­kich no­gach. – Wciąż nie wie­rzę… to musi być sen.

– Jeśli chcesz, mogę ze­słać ci sen – za­pro­po­no­wa­ła li­si­ca, po­ru­sza­jąc ogo­na­mi. – Taki, z któ­re­go się nie pa­mię­ta.

– Nie trze­ba – od­po­wie­dzia­ła Ma­rze­na po chwi­li. – I tak… nie zo­sta­ło mi dużo czasu.

– Czas na ocenę! Czas na ocenę! – za­wo­łał Aryp, wzbi­ja­jąc się w po­wie­trze, trze­po­cząc skrzy­dła­mi.

– Oce­ni­my czy­stość two­jej duszy – rze­kła Ad­ne­wall i po­ru­szy­ła dzwon­ka­mi.

Skóra Ma­rze­ny za­czę­ła sza­rzeć w nie­któ­rych miej­scach, jakby cień po­wo­li ją obej­mo­wał. Inne frag­men­ty po­zo­sta­ły jed­nak jasne, nie­mal świe­tli­ste.

– Je­steś czy­sta – oznaj­mił kruk, sia­da­jąc obok niej.

– Chodź z nami. Czas cię za­sa­dzić do no­we­go życia.

Wszy­scy ru­szy­li ku buj­nej po­ła­ci ro­ślin, która pul­so­wa­ła ci­chym, zie­lo­nym świa­tłem. Li­si­ca wy­ko­pa­ła w ziemi nie­wiel­ki dół i od­su­nę­ła się o krok.

– Mo­żesz wejść do środ­ka?

– Po co? – za­py­ta­ła Ma­rze­na, marsz­cząc brwi.

– Mu­si­my cię za­sa­dzić na nowe życie – za­kra­kał Aryp.

Ma­rze­na po­dra­pa­ła się po gło­wie, pa­trząc na nich z ab­so­lut­nym nie­zro­zu­mie­niem.

– Ale ja je­stem czło­wie­kiem, nie ro­śli­ną! – pro­te­sto­wa­ła.

– W ten spo­sób wró­cisz do cyklu życia – od­po­wie­dzia­ła znu­żo­nym tonem Ad­ne­wall.

– Ale ja nie chcę żyć! – krzyk­nę­ła Ma­rze­na, nagle rzu­ca­jąc się do uciecz­ki.

– Aryp, goń ją!

 

Ma­rze­na bie­gła, ile sił miała w no­gach, mi­ja­jąc isto­ty po­dob­ne do niej samej – drob­ne, kru­che, za­gu­bio­ne. Każda z nich była po­chło­nię­ta po­go­nią za czymś, czego nie mogły do­tknąć: wy­cią­ga­ły ręce ku pu­st­ce, ucie­ka­ły przed wła­sny­mi cie­nia­mi albo stały nie­ru­cho­mo, uwię­zio­ne w le­tar­gu. Każde stwo­rze­nie nio­sło w sobie inną emo­cję – strach, żal, na­dzie­ję, tę­sk­no­tę – splą­ta­ne jak barwy snu, któ­rych nie dało się roz­dzie­lić ani na­zwać.

Gdy do­bie­gła do krań­ca wyspy, za­trzy­ma­ła się nagle.

Widok ode­brał jej dech.

La­wen­do­we Morze su­nę­ło po pier­ście­niach pla­ne­ty ni­czym liść uno­szo­ny przez ko­smicz­ny prąd. Ka­my­ki i frag­men­ty mi­ne­ra­łów zde­rza­ły się ze sobą w bez­gło­śnym tańcu, roz­pa­da­jąc na pył mie­nią­cy się set­ka­mi barw – ko­lo­rów, któ­rych Ma­rze­na nie po­tra­fi­ła na­zwać, a które czuła pod skórą, w głębi kości, w każ­dym od­de­chu. Usia­dła na samym skra­ju wyspy, zwie­si­ła nogi w prze­strzeń, a ko­lo­ro­wy pro­szek mu­skał je de­li­kat­nie, pie­ścił zmy­sły, jakby sama rze­czy­wi­stość pró­bo­wa­ła ją uspo­ko­ić.

– Czemu ucie­kasz, kra?! – za­wo­łał Aryp, nad­la­tu­jąc i sia­da­jąc obok z trze­po­tem skrzy­deł.

– Nie chcę wra­cać… – wy­szep­ta­ła Ma­rze­na. – Tu jest pięk­nie. I pa­mię­tam wszyst­ko, co za­po­mnia­łam.

Ad­ne­wall po­de­szła po­wol­nym kro­kiem i usia­dła obok, ob­ser­wu­jąc kru­che stwo­rze­nie ba­wią­ce się od­cie­nia­mi snów, prze­sy­pu­ją­cy­mi się mię­dzy pal­ca­mi jak pia­sek.

– Mu­sisz wró­cić do kręgu życia – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie. – Takie są za­sa­dy.

– Ale kiedy wrócę, nie będę już sobą! – za­pro­te­sto­wa­ła Ma­rze­na, a jej głos drżał jak li­sto­wie na wie­trze.

– Czemu? – za­py­ta­ła zdzi­wio­na Ad­ne­wall.

– Bo nie będę pa­mię­tać tego, co mnie two­rzy­ło… tego wszyst­kie­go, kim byłam… – głos jej za­drżał.

– Ale czeka cię nowe życie! – za­kra­kał Aryp, dzio­biąc drob­ne ka­my­ki le­żą­ce przy kra­wę­dzi wyspy.

Ma­rze­na spu­ści­ła wzrok, a w jej oczach za­szkli­ły się łzy.

– A co, jeśli w nowym życiu znów będę cho­ro­wać? – wy­szep­ta­ła. – Nie chcę prze­ży­wać tego jesz­cze raz.

Li­si­ca przez chwi­lę mil­cza­ła. Potem po­wo­li za­czę­ła lizać swoje futro, jakby po­rząd­ko­wa­ła wła­sne myśli, a każdy ruch ogo­nów two­rzył mięk­ką, spo­koj­ną me­lo­dię.

– Nikt nie wie, co cię czeka w nowym życiu – od­par­ła w końcu. – Ale twoja dusza jest w miarę czy­sta. Nie spo­tka cię nic złego… przy­naj­mniej nie od razu.

I tak sie­dzie­li razem w ciszy, ob­ser­wu­jąc barwy prze­su­wa­ją­ce się po pier­ście­niach pla­ne­ty, ba­wiąc się od­cie­nia­mi snów, które mi­go­ta­ły mię­dzy nimi jak wspo­mnie­nia nie­chcą­ce odejść.

 

Gdy Ma­rze­na obu­dzi­ła się w swoim łóżku, kur­czo­wo trzy­ma­ła się no­wych wspo­mnień, jakby były kru­che, nie­trwa­łe, jakby każde mogło roz­paść się w pył. Bała się, że cho­ro­ba pożre świe­żo ufor­mo­wa­ne ob­ra­zy, zanim zdążą za­ko­rze­nić się w jej umy­śle. Unio­sła dłoń – po­marsz­czo­ną, cien­ką, prze­świ­tu­ją­cą, po­kry­tą pla­ma­mi star­czy­mi. Jakże była teraz kru­cha.

W świe­cie snów mogła bie­gać. Nic jej nie bo­la­ło. Nie czuła głodu ani in­nych przy­ziem­nych pra­gnień. Tam ist­nie­nie było lek­kie, nie­mal bez­cie­le­sne. Tutaj każdy od­dech, każdy ruch, każdy ude­rza­ją­cy rytm serca przy­po­mi­nał jej o ogra­ni­cze­niach ciała.

Jakże okrut­ny jest ten świat – po­my­śla­ła. Przy­cho­dzi­my do niego mali i bez­rad­ni, w bólu i krzy­ku, a od­cho­dzi­my w po­dob­ny spo­sób: słabi, za­leż­ni, za­po­mi­na­ni.

Od czasu do czasu za­glą­da­li do niej le­ka­rze. Ich twa­rze zmie­nia­ły się, imio­na nie miały zna­cze­nia, a słowa brzmia­ły za­wsze po­dob­nie – rze­czo­we, chłod­ne, po­zba­wio­ne czu­ło­ści. Ro­dzi­na jakby o niej za­po­mnia­ła. Obcy in­te­re­so­wa­li się jej sta­nem bar­dziej niż ci, któ­rzy kie­dyś na­zy­wa­li ją bli­ską. To bo­la­ło bar­dziej niż cho­ro­ba.

Za­czę­ła my­śleć o tym, co po sobie zo­sta­wi. O tym, kim była i co osią­gnę­ła. Od­po­wiedź przy­szła szyb­ko, bru­tal­nie pro­sta: nie­wie­le. Pa­mięć o niej bę­dzie krót­ka. Roz­pad­nie się szyb­ko, stra­wio­na przez za­po­mnie­nie, jak wszyst­ko inne.

Za­sta­na­wia­ła się, czy mogła zro­bić wię­cej. Czy mogła bar­dziej się sta­rać, od­wa­żyć, po­wie­dzieć coś gło­śniej, żyć in­ten­syw­niej. Może wtedy życie wy­glą­da­ło­by ina­czej. Może by­ło­by lep­sze. A może tylko ina­czej bo­la­ło­by na końcu.

Le­ża­ła więc w ciszy, wsłu­cha­na w wła­sny od­dech, sta­ra­jąc się nie po­zwo­lić, by nowe wspo­mnie­nia – la­wen­da, ko­lo­ry, pier­ście­nie i li­si­ca o wielu ogo­nach – roz­pły­nę­ły się jak sen o po­ran­ku.

*

Ma­rze­na od­zy­ska­ła świa­do­mość na wy­spie po raz ko­lej­ny. La­wen­do­we morze ro­ślin fa­lo­wa­ło le­ni­wie pod obcym, bez­kre­snym nie­bem, a po­wie­trze było cięż­kie od za­pa­chu snów – słod­kie, lep­kie, obie­cu­ją­ce i ta­jem­ni­cze za­ra­zem. Tego dnia po­ma­ga­ła kar­mić dusze od­cie­nia­mi snów – za­da­nie pro­ste, a za­ra­zem dziw­nie ko­ją­ce, jakby każdy ruch rąk wy­ci­szał puls rze­czy­wi­sto­ści. Nio­sła w drob­nych dło­niach ró­żo­wy pro­szek, lekki ni­czym pyłek kwia­to­wy, mięk­ki jak wspo­mnie­nie do­ty­ku. Zgod­nie ze wska­za­nia­mi Arypa po­de­szła do jed­nej z istot i ostroż­nie wsu­nę­ła w jej wnę­trze barwę.

– Czym jest kolor ró­żo­wy? – za­py­ta­ła, ob­ser­wu­jąc, jak pro­szek znika, wchło­nię­ty przez ciało duszy.

– To kolor mi­ło­ści! – za­kra­kał Aryp, sia­da­jąc obok niej i po­pra­wia­jąc cy­lin­der.

– Na­ta­lia Ko­wal­ska dziś bę­dzie śnić o mi­ło­ści swo­je­go życia – cią­gnął tonem kro­ni­ka­rza. – O mi­ło­ści nie­speł­nio­nej, o tej, o którą nigdy nie od­wa­ży­ła się za­py­tać. Po­wia­da­ją, że mi­łość uskrzy­dla… Też chciał­bym kie­dyś to po­czuć, kra.

– Nigdy ni­ko­go nie ko­cha­łeś? – za­py­ta­ła Ma­rze­na, sia­da­jąc w mięk­kiej tra­wie la­wen­do­wej.

– My, przed­wiecz­ni, nie mamy uczuć – od­parł Aryp, a na jego pta­sim dziobie igrał cień znu­dze­nia. – Życie by­ło­by cie­kaw­sze z emo­cja­mi.

– Nie mo­że­cie zażyć od­cie­ni snów?

– Na nas nie dzia­ła­ją – od­parł kruk, po­trzą­sa­jąc głową. – Macie szczę­ście, wy lu­dzie. Choć wasze życie jest krót­kie, bywa pięk­ne.

– Jest pełne cier­pie­nia – wy­szep­ta­ła Ma­rze­na.

– Ale też pełne pięk­nych chwil – od­po­wie­dział Aryp, pod­cho­dząc bli­żej i de­li­kat­nie dzio­biąc ją w ramię. – Uśmiech­nij się. Twoje na­stęp­ne życie bę­dzie lep­sze.

Ma­rze­na spu­ści­ła wzrok. W jej oczach mi­go­tał strach i me­lan­cho­lia.

– Czy będę pa­mię­tać?

– Co ta­kie­go? – za­py­tał kruk.

– To wszyst­ko… – wska­za­ła ręką na ho­ry­zont, na la­wen­do­we pola, pier­ście­nie pla­ne­ty, barwy snów.

Aryp spu­ścił wzrok.

– Za­po­mnisz o wszyst­kim.

Po chwi­li dodał ci­szej:

– Chodź. Czeka nas jesz­cze sporo pracy.

Ma­rze­na wsta­ła po­wo­li, a ró­żo­wy pył roz­sy­pał się mię­dzy jej pal­ca­mi jak uczu­cie, któ­re­go nie zdą­ży­ła na­zwać.

– Mę­czą­ce to za­ję­cie – wes­tchnę­ła, nio­sąc ko­lej­ną garść prosz­ku. – Czy bez tego nie będą śnić?

– Nie. Sen jest im po­trzeb­ny. Bez niego nie mogą żyć, uczyć się, trwać… – od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nie Ad­ne­wall.

Ma­rze­na pa­trzy­ła z prze­ra­że­niem na la­wen­do­we pola, z któ­rych wy­ła­nia­ły się drob­ne lu­dzi­ki. Jedne pąki do­pie­ro się ro­dzi­ły, inne już wię­dły, za­pa­da­jąc się w sobie jak wy­pa­lo­ne świe­ce.

– Chodź, po­mo­żesz za­sa­dzić czło­wie­ka – za­wo­ła­ła li­si­ca.

Gdy po­de­szli bli­żej, jeden z kwia­tów nagle zgasł. Stwo­rze­nie uwię­zio­ne w jego wnę­trzu za­czę­ło wyć z bólu, cien­kim, roz­pacz­li­wym gło­sem. Li­si­ca jed­nym szyb­kim ru­chem po­chwy­ci­ła je w łapy – jakby ła­pa­ła mysz.

– Aryp, wy­ko­piesz dół? – za­py­ta­ła.

– Po­bru­dzę swój gar­ni­tur? – obu­rzył się kruk. – Jako urzęd­nik wy­so­kie­go szcze­bla muszę być wiecz­nie czy­sty i go­to­wy na kon­tro­lę wyż­szych in­stan­cji! Eech… niech Ma­rzen­ka ci po­mo­że.

Ma­rze­na uklę­kła i za­czę­ła roz­gar­niać piach, dra­piąc zie­mię go­ły­mi dłoń­mi. Gdy zo­ba­czy­ła, jak li­si­ca wrzu­ca pro­te­stu­ją­ce stwo­rze­nie do dołu i za­sy­pu­je je zie­mią, prze­szedł ją lo­do­wa­ty dreszcz. Po chwi­li pia­sek prze­stał drgać, a z ziemi wy­ło­ni­ła się cien­ka ło­dy­ga kieł­ku­ją­ce­go kwia­tu.

– Czy… czy to go bo­la­ło? – za­py­ta­ła cicho.

– W Kra­inie Snu nie czu­je­cie zbyt wiele – od­par­ła Ad­ne­wall. – On po pro­stu się bał.

Ma­rze­na stała nie­ru­cho­mo, pa­trząc na świe­żo usy­pa­ny kop­czyk ziemi. Nie po­tra­fi­ła wy­obra­zić sobie, że kie­dyś ona sama pój­dzie tą drogą. A jed­nak wie­dzia­ła, że na­dej­dzie jej kolej.

Po skoń­czo­nej pracy wszy­scy usie­dli w tra­wie, wpa­tru­jąc się w chaos wy­wo­ła­ny przez krzą­ta­ją­ce się stwo­rze­nia.

– I co dalej? – za­py­ta­ła Ma­rze­na.

– Nic. Cze­ka­my na na­stęp­ny dzień – za­kra­kał Aryp.

– Bę­dzie­cie się tak nu­dzić przez kilka go­dzin?

– Za­graj­my w li­cze­nie – za­pro­po­no­wa­ła Ad­ne­wall. Li­si­ca i kruk za­czę­li po­wo­li li­czyć ludz­kie dusze. Jedną po dru­giej.

– Ale to strasz­nie nudne! – pro­te­sto­wa­ła Ma­rze­na.

– Jak taka mądra, to za­pro­po­nuj coś in­ne­go – od­parł kruk.

– Za­graj­my w cho­wa­ne­go, berka… co­kol­wiek. – Uśmiech­nę­ła się Ma­rze­na, przy­po­mi­na­jąc sobie dzie­ciń­stwo.

Ko­lej­ne dni mi­ja­ły na no­wych za­ba­wach, naj­czę­ściej wy­my­śla­nych przez Ma­rze­nę. La­wen­do­we morze roz­kwi­tło jak nigdy dotąd – jakby śmiech i bez­tro­ska po­tra­fi­ły oszu­kać czas. Fio­le­to­we łany fa­lo­wa­ły pod ich kro­ka­mi, na­sy­co­ne echem ra­do­ści, któ­rej ta kra­ina dawno nie znała.

Dni jed­nak pły­nę­ły dalej, nie­ubła­ga­ne, a Ma­rze­na z każ­dym po­ran­kiem była coraz bar­dziej świa­do­ma wła­sne­go końca.

– Wy, nie­śmier­tel­ni, macie szczę­ście – po­wie­dzia­ła w końcu, z tę­sk­no­tą drżą­cą w gło­sie.

– A to niby dla­cze­go? – za­py­ta­ła Ad­ne­wall, uno­sząc pysk znad trawy.

– Nie umie­ra­cie. Ży­je­cie wiecz­nie.

Aryp, le­żą­cy wśród la­wen­dy, za­kra­kał cicho:

– Gdy­by­śmy mogli, za­mie­ni­li­by­śmy się z tobą bez wa­ha­nia.

– Nie­śmier­tel­ne życie jest nudne – do­da­ła li­si­ca, kła­dąc się obok niego.

– I po­zba­wio­ne sensu – do­rzu­cił kruk.

Ma­rze­na spoj­rza­ła na nich ze smut­kiem, po raz pierw­szy pró­bu­jąc na­praw­dę zro­zu­mieć ich słowa.

– Nigdy nie pa­trzy­łam na to w ten spo­sób…

– Wasze życie, choć krót­kie, ma zna­cze­nie – ode­zwa­ła się li­si­ca, wpa­tru­jąc się w niebo bez chmur, jakby szu­ka­ła tam od­po­wie­dzi. – Macie do czego dążyć.

– Macie przed czym ucie­kać – za­kra­kał Aryp. – Śmierć na­da­je wa­sze­mu ist­nie­niu sens.

Nagle ze­rwał się na równe nogi.

– Wied­nie! Wied­nie! Mu­si­my za­sa­dzić no­we­go czło­wie­ka!

– Czy mogę tym razem zro­bić to ja? – za­py­ta­ła cicho Ma­rze­na.

Wszy­scy po­de­szli do ga­sną­ce­go kwia­tu. Płat­ki drża­ły, a małe stwo­rze­nie wy­pa­dło z wnę­trza, osu­wa­jąc się na zie­mię. Ma­rze­na uklę­kła i wy­cią­gnę­ła do niego dłoń.

– Umar­łeś – wy­szep­ta­ła mięk­ko, ko­ją­co. – Ale mo­żesz wró­cić. Dalej żyć, w nowym wcie­le­niu.

Mały czło­wie­czek bez oporu ujął jej dłoń. Razem po­de­szli do dołu wy­ko­pa­ne­go przez li­si­cę. Ma­rze­na przy­tu­li­ła drżą­ce stwo­rze­nie, a ono po­wo­li się uspo­ko­iło.

– To po­trwa tylko chwi­lę. Nie bę­dzie bo­la­ło – wy­szep­ta­ła. – Za­mknij oczy. Bę­dzie ła­twiej. I… po­wo­dze­nia w na­stęp­nym życiu.

La­wen­da znów po­ru­szy­ła się lekko, jakby od­dy­cha­ła.

– Jak ty to zro­bi­łaś? – za­py­ta­ła z po­dzi­wem Ad­ne­wall. – Przed nami za­wsze ucie­ka­ją.

– Wy­star­czy odro­bi­na współ­czu­cia – od­po­wie­dzia­ła Ma­rze­na z cichą dumą. – I uczuć. Mogę was tego na­uczyć.

I tak przez ko­lej­ne go­dzi­ny Ma­rze­na uczy­ła ich cze­goś, co było dla nich obce, nie­po­ję­te – a co dla ludzi od za­wsze było naj­prost­sze i naj­trud­niej­sze za­ra­zem.

– Czemu je­steś smut­na? – za­py­tał Aryp, pod­la­tu­jąc do Ma­rze­ny.

– Nie­dłu­go się obu­dzę… i wrócę do świa­ta ludzi – od­po­wie­dzia­ła cicho, pa­trząc w dal.

– Sen duszy jest aż tak zły? – za­py­tał z tro­ską skrzy­dla­ty to­wa­rzysz.

– A więc… rze­czy­wi­stość to tylko ko­lej­ny sen śnio­ny przez duszę? – spy­ta­ła zre­zy­gno­wa­na.

– Nie­ste­ty, tak wła­śnie jest – od­po­wie­dzia­ła Ad­ne­wall, prze­cho­dząc obok nich i sia­da­jąc w mięk­kiej, la­wen­do­wej tra­wie. Jej głos brzmiał jak echo wia­tru mię­dzy kwia­ta­mi.

– A więc co jest praw­dzi­we? – za­py­ta­ła Ma­rze­na z łzami w oczach.

– Tego nikt nie wie – wes­tchnę­ła Lisca. – Może nawet kra­ina snu jest tylko snem w śnie.

– Praw­dzi­we jest to, co zo­sta­je w na­szej pa­mię­ci – po­cie­szył ją Aryp, lekko trze­po­cząc skrzy­dła­mi, jakby chciał strzą­snąć z po­wie­trza cień smut­ku.

– A więc życie to nie­koń­czą­cy się cykl śnie­nia duszy i ciała? – spy­ta­ła Ma­rze­na za­in­try­go­wa­na.

– Chyba tak – od­po­wie­dział z dumą w gło­sie Ad­ne­wall. – Takie jest życie ludzi. Je­ste­ście źró­dłem ener­gii ca­łe­go świa­ta… dla­te­go ist­nie­je­cie.

– Bóg… o ile ist­nie­je… jest okrut­ny – wy­szep­ta­ła po chwi­li ciszy.

– Gdyby był okrut­ny, ze­słał­by wam nie­śmier­tel­ność – od­parł spo­koj­nie Aryp. – To do­pie­ro by­ło­by prze­kleń­stwo.

– Moje ciało tam umie­ra… moja ro­dzi­na… – po­wie­dzia­ła Ma­rze­na, spusz­cza­jąc głowę.

Ad­ne­wall unio­sła rękę, a jej długi, czar­ny ogon za­drżał w po­wie­trzu ni­czym kłąb dymu.

– Jeśli chcesz… mo­że­my dać im na­ucz­kę. Aryp ma w spi­sie ich imio­na. Wy­star­czy, że je po­dasz, a ze­sła­li­by­śmy im kosz­ma­ry.

– Czy to… nie bę­dzie czymś złym? – za­py­ta­ła z wa­ha­niem Ma­rze­na.

– Tu nie ist­nie­je dobro ani zło – od­parł Aryp cicho. – Tutaj ist­nie­je tylko sen.

I tak, jak uzgod­ni­li, ze­sła­li kosz­ma­ry na człon­ków ro­dzi­ny Ma­rze­ny.

Tam­tej nocy wszyst­kim śniła się sta­rusz­ka, która po­ja­wi­ła się dzień przed śmier­cią – i spoj­rza­ła na nich tak, jakby znała wszyst­kie ich se­kre­ty.

– Gdy­byś mógł zmie­nić swoje życie, Ary­pie… co byś uczy­nił? Kim byś był?

– Nigdy się nad tym nie za­sta­na­wia­łem. Pa­ra­doks tkwi w tym, że choć je­stem nie­śmier­tel­ny i mam czasu pod do­stat­kiem, zo­sta­łem skry­bą. Mógł­bym, ko­rzy­sta­jąc z da­ro­wa­ne­go mi czasu, spró­bo­wać wszyst­kie­go, co ist­nie­je i co do­pie­ro za­ist­nie­je, ale moje miej­sce jest tutaj – przy Ad­ne­wall. Tu czuję sens i mam cel. Wielu z nas, nie­śmier­tel­nych, błą­dzi, bro­dząc w no­wych po­my­słach i pró­bu­jąc wciąż in­nych dróg, aż w końcu prze­pa­da bez po­wro­tu. Mno­gość wy­bo­ru po­tra­fi nam nie­źle na­mie­szać w gło­wach.Może sens ist­nie­nia to zwy­kła owsian­ka – nie za cie­pła i nie za wy­kwint­na, taka, jaka jest. Nie­któ­rzy nie po­trze­bu­ją ni­cze­go wię­cej. Może to wła­śnie pogoń za wiecz­nie lep­szym jest po­mył­ką.

– I nigdy nie wąt­pi­łeś?

– Każdy, kto od­dy­cha, wątpi, moja droga Ma­rze­no. Nawet my. A może zwłasz­cza my, nie­śmier­tel­ni.

– A ty, Ad­ne­wall? – spy­ta­ła Ma­rze­na, wi­dząc pod­cho­dzą­cą li­si­cę. – Nigdy nie chcia­łaś cze­goś wię­cej… niż tego? – wska­za­ła Kra­inę Snów.

– Chodź, mała. Ta kra­ina jest dla mnie całym świa­tem. Bycie w tym, co znane, jest miłe i wy­god­ne. Nie kusi mnie nie­zna­ne, bo choć to za­ję­cie bywa nudne i mo­no­ton­ne, dla mnie wciąż jest wszyst­kim, co mam.

*

Ma­rze­na obu­dzi­ła się w łóżku.

Jej od­dech był cięż­ki – każdy wdech przy­cho­dził wol­niej od po­przed­nie­go, jakby po­wie­trze mu­sia­ło prze­dzie­rać się przez gęstą, lepką wodę. Ból znik­nął gdzieś po dro­dze, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie zmę­cze­nie i cie­płą obo­jęt­ność.

A więc tak wy­glą­da śmierć? – po­my­śla­ła.

Je­dy­nym, co jesz­cze trzy­ma­ło ją przy życiu, była Kra­ina Snów. Pra­gnie­nie, by trwać – choć­by tylko tam – spra­wia­ło, że kur­czo­wo obej­mo­wa­ła nowe wspo­mnie­nia, jakby mogły stać się ko­twi­cą dla duszy. La­wen­do­we pola, śmiech, za­ba­wy, ciche roz­mo­wy z isto­ta­mi, które nigdy nie umie­ra­ły, otu­la­ły ją swoim spo­ko­jem.

Po­wo­li czuła, jak życie od­pły­wa z jej ciała. Apa­ra­tu­ra, do któ­rej była pod­łą­czo­na, wy­da­wa­ła coraz rzad­sze, coraz wol­niej­sze dźwię­ki – me­ta­licz­ny rytm końca. Każdy sy­gnał brzmiał jak od­li­cza­nie, jakby czas wy­co­fy­wał się z jej życia.

Myśli ko­tło­wa­ły się w jej gło­wie, wszyst­kie naraz, bez po­rząd­ku. Życie prze­la­ty­wa­ło przed ocza­mi klat­ka po klat­ce – uryw­ki dzie­ciń­stwa, twa­rze, głosy, chwi­le, które kie­dyś wy­da­wa­ły się nie­istot­ne, a teraz były wszyst­kim. Zro­zu­mia­ła, że nie ma się czego bać. Nie wie­dzia­ła, jakie bę­dzie jej na­stęp­ne życie, ale może cho­ro­ba, z którą wal­czy­ła przez całe lata i która tra­wi­ła jej pa­mięć, nie bę­dzie jej już do­skwie­rać. Chcia­ła za­ry­zy­ko­wać. Zro­zu­mia­ła, że życie jest pięk­ne wła­śnie dla­te­go, że ma swoje wzlo­ty i upad­ki oraz wy­raź­ny po­czą­tek i nie­uchron­ny ko­niec.

Od­dech za­trzy­mał się.

Ma­rze­na zmar­ła w obec­no­ści le­ka­rzy. Jej ro­dzi­na nie przy­szła. Ostat­nim dźwię­kiem, jaki usły­sza­ła, było mil­cze­nie po usta­niu wła­sne­go serca.

 

Otwo­rzy­ła oczy i zo­ba­czy­ła usy­cha­ją­cy kwiat. Jej małe ciało opa­dło bez­wład­nie na zie­mię. Wokół pa­no­wa­ła cisza, prze­ry­wa­na je­dy­nie sze­le­stem la­wen­do­wych łodyg, które fa­lo­wa­ły cicho, jakby wspo­mi­na­ły każdy jej od­dech. Spo­strze­gła lisa i kruka sto­ją­cych spo­koj­nie obok, jak straż­ni­ków czasu i snów.

– A więc… to już ko­niec? – za­py­ta­ła, a w gło­sie drżał strach.

– Tak, to już ko­niec – od­po­wie­dzia­ła Ad­ne­wall, pod­cho­dząc po­wo­li. Jej pu­cha­te ogony otu­li­ły Ma­rze­nę ni­czym mięk­ki, cie­pły koc. – Nie ży­jesz.

Schy­li­ła się i de­li­kat­nie po­li­za­ła ją w po­li­czek, jakby chcia­ła prze­ka­zać ostat­nie cie­pło.

– Oca­le­nie… mo­głaś mi je da­ro­wać? – szep­nę­ła Ma­rze­na z lek­kim uśmie­chem, choć świat wy­da­wał się nagle od­le­gły i nie­rze­czy­wi­sty.

Aryp stał przy wy­ko­pa­nym rowie, skrzy­dła zło­żo­ne sta­ran­nie, mo­nokl błysz­czał w sła­bym świe­tle. Wszy­scy po­de­szli razem, w mil­cze­niu, każdy krok od­bi­jał się echem w prze­strze­ni mię­dzy kwia­ta­mi.

– Hmmm… tak, to już ko­niec – po­wie­dzia­ła Ad­ne­wall spo­koj­nym, ak­sa­mit­nym gło­sem. – Ale nie dla cie­bie… o ile ze­chcesz.

– Co? – za­py­ta­ła Ma­rze­na, zdez­o­rien­to­wa­na, uno­sząc po­wie­ki coraz cięż­sze od zmę­cze­nia i życia.

– Mo­że­my cię za­trud­nić jako spe­cja­list­kę od po­grze­bów i spraw ludzi – za­kra­kał Aryp, lekko uno­sząc się w po­wie­trzu. – O ile nie prze­szka­dza ci gar­ni­tur i wiecz­ność w na­szym to­wa­rzy­stwie.

Ma­rze­na przez chwi­lę mil­cza­ła, wpa­tru­jąc się w za­głę­bie­nie wy­ko­pa­ne w ziemi, w któ­rym miała teraz sta­nąć.

– Dużo my­śla­łam o życiu – po­wie­dzia­ła w końcu cicho, sta­wia­jąc pierw­szy krok w dół. – I prze­pra­szam… ja po­trze­bu­ję sensu. Jest jedna rzecz ktora chcia­la bym bysmy zro­bi­li razem.

Wszy­scy po­szli na skraj wyspy. Ma­rze­na umo­czy­ła palce w od­cie­niach snów i za­czę­ła ma­lo­wać swoje ciało, jak i oko­licz­ną zie­mię.

– Czas nadać tej kra­inie nowe ko­lo­ry, Ad­ne­wall. Aryp, do­łą­czy­cie?

Razem za­czę­li ma­lo­wać swoje ciała, a także ciała dusz.

– Co?! Ej, co wy ro­bi­cie? To nie­do­pusz­czal­ne! – pro­te­sto­wał Aryp, lecz po dłuż­szej chwi­li do­łą­czył do przy­ja­ciół i uznał, że jest to… miłe.

– Od teraz, w ten jeden dzień, bę­dzie­my ma­lo­wać całą wyspę – po­wie­dzia­ła Ad­ne­wall. – To bę­dzie Dzień Od­cie­ni Snów.

 Dło­nie Ma­rze­ny drża­ły lekko, ale pew­ność w oczach rosła z każ­dym ru­chem. We­szła w dół, a la­wen­do­we pola wy­da­wa­ły się szep­nąć jej po­że­gna­nie i po­wi­ta­nie jed­no­cze­śnie, jakby cała Kra­ina Snów ob­ser­wo­wa­ła jej de­cy­zję, re­spek­tu­jąc wolę no­we­go życia.

– Że­gnam was, Pyra i La­wen­da – za­wo­ła­ła z dołu, zanim za­snę­ła.

– Zaraz, czemu Pyra i La­wen­da? – za­kra­kał Aryp.

– Jesz­cze tego nie po­ją­łeś? – za­śmia­ła się Ad­ne­wall. – Kie­dyś ci wy­tłu­ma­czę.

Koniec

Komentarze

Jak poprawiłeś, to publikuj. 

Porządnie jest napisane, a przecinków nie znajdę;)

delulu managment

Hej 

 

Podniosła się ze swojego posłania i zaczęła starannie lizać dwanaście ogonów.

Kwiaty szeptały cicho, jakby śniły cudze sny, a ich ruch był tak subtelny, że zdawało się, iż same oddychają.

 

Ok w środku są dusze więc pierwsza część ok, ale – a ich ruch był tak subtelny, że zdawało się, iż same oddychają. – to jest dla mnie niezrozumiałe 

 

 Wokół kosmicznego giganta nie krążyły planety, jak nakazuje porządek znanych systemów, lecz jedna jedyna Wyspa – ogromna, milcząca, sunąca po pierścieniach planety niczym sen przesuwający się po granicy jawy i snu.

 

Była jedna gwiazda i zero planet, za to wyspa. Ale po chwili piszesz, że sunącą po pierścieniach planety i ja już nie wiem o co chodzi. Zastanawia mnie też słowo “milcząca”, nie wiem czy planety mają coś do powiedzenia albo wyspy.

 

 Każdy ruch jej języka był precyzyjny, niemal rytualny, jak modlitwa wymawiana w ciszy kosmosu.

I tu znowu – pierwsza płowa ok, ale druga rytualny ruch języka, precyzyjny jak modlitwa… Nie wiem naprawdę skąd te porównanie.

 

Z każdym ruchem świat stawał się jaśniejszy, jakby sama rzeczywistość nabierała oddechu, budziła się do życia.

jaśniejszy tak jakby rzeczywistości nabierała oddechu? I to jeszcze oznacza, że budziła się do życia 

 

który powoli rozchylał płatki, drżąc jakby przed pierwszym oddechem życia.

te porównania są bardzo ryzykowne 

 

W jego wnętrzu spoczywała drobna, wychudzona istota ludzka, o nieproporcjonalnie dużej głowie, skulona niczym zarodek myśli, która nie zdążyła dojrzeć.

do zarodek ok, ale myśli, która nie zdążyła dojrzeć, do czego? 

 

Rozpłakała się cicho, bezgłośnie, i wypełniła lawendowy świat cieniem smutku, zanim wysunęła się z kwiatu i zniknęła między falującymi łodygami.

Albo cicho albo bezgłośnie

 

Lisica podskoczyła z radością i delikatnością, nakarmiając następne stworzenie

Nie wiem czy nie karmiąc

 

 Zapewne zapytacie: czym były te istoty?

Wcześniej napisałeś, że duszami 

 

To tutaj przeżywały swoje sny.

A gdy ciało się budziło, dusza zasypiała na tej tajemniczej wyspie, pośród falującego morza lawendowych kwiatów, oddychając obcym niebem i śniąc sny, których ziemski świat nigdy nie zapamięta.

oddychając obcym niebem  – chyba powietrzem 

 

 

Adexx, te porównania i metafory mnie pokonały – wybacz ale to nie jest teks dla mnie. Może dla kogoś, kto doceni jego poetycki sznyt 

 

Pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Zgadzam się z Bardemjaskrem, że jest bardzo poetycko. Mi to akurat pasowało.

ZA to na początku nieco przeszkadzała mi bajkowość, zwłaszcza w połączeniu ze słodziutkimi obrazkami. 

Natomiast potem autorowi udało się tę słodycz doprawić kilkoma łyżkami dziegciu. 

Wciągnęłam się w opowieść, poruszyła mnie i zaniepokoiła. 

Pomysł nieco ryzykowny, ale ciekawy. 

 

delulu managment

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Hejka!

Opowiadanie jest mocno poetyckie i od pierwszych zdań widać bogactwo Twojej wyobraźni i dbałość o detale. Momentami jest jednak zbyt rozwlekłe, a liczba opisów przytłacza i spowalnia akcję, przez co trudniej było mi utrzymać pełne napięcie. Kontrast między ulotnością ludzkiego życia a wiecznością oraz metafory kolorów snów są ciekawe. Moim zdaniem, tekst to takie przypomnienie, że życie jest kruche, ale pełne barw i doświadczeń, które warto zapamiętać.

Mnie osobiście obrazki dekoncentrowały i odebrały znaczną rolę obrazu, który powinien być podstawą opowiadania, ale to tylko moje marudzenie. 

Pozdrawiam.

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Nie wiem, co powiedzieć. Na dzień dobry ujrzałem taki oto kwiatek:

niczym sen przesuwający się po granicy jawy i snu

więc podszedłem do tekstu, no, z mało optymistycznym nastawieniem. Drażniły mnie gawędziarskie wstawki – ,,drogi czytelniku, to ja, narrator; będę ci przypominać, że to tylko bajka” – i niespójności fabularne. Najpierw przedwieczni gonią Marzenę, żeby ją siłą ,,reinkarnować”, a chwilę później są już zakolegowani i pozwalają jej pomagać? To jakaś demonstracja logiki snu, bo inaczej nie umiem tego wytłumaczyć?

Odnoszę wrażenie, że celowałeś w pixarowskie klimaty, ale moim zdaniem nie do końca wyszło. Z drugiej strony, sam nie lubię rzewnych opowieści (poważnie, skąd ta moda na epatowanie żałością?) i jestem raczej odporny na próby wzbudzenia emocji. Tak czy inaczej, opowiadanie nie przypadło mi do gustu. 

P.S. Nie chcę się czepiać, ale tag ,,dark fantasy” moim zdaniem jest tu nie na miejscu – ani to fantasy, ani szczególnie mroczne.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Zgadzam się, że to bardzo poetyckie opowiadanie. I kolorowe, plastyczne.

Bohaterowie wszyscy sympatyczni i dobrzy. Trochę jak w bajce – zbyt szlachetni, żeby mogli być prawdziwi.

Dodanie innych obrazów to ciekawe zagranie, ale stylistycznie nijak nie pasują do pierwszego, a to trochę zgrzyta.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarze. Pozdrawiam. 

 

Podążaj za białym królikiem.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Nowa Fantastyka