Przejście nie było teleportacją. Teleportacja to były bajki dla naiwnych – proste, czyste, natychmiastowe. To, co robił Aeren, nie miało w sobie nic z czystości. To było brutalne dostrojenie. Przemoc wyrządzana własnej tożsamości, by przez chwilę pasowała do innego miejsca.
Stał w sercu tymczasowej enklawy, którą wyhodował w opuszczonej lodowni. Ściany pokryte były jego pismem – nazwami punktów orientacyjnych z Varynth, które już nie istniały, współrzędnymi emocjonalnymi zapachów, zapisem drżenia podłogi, gdy ciężarówki z zaopatrzeniem mijały ulicę trzy piętra wyżej. To była jego kotwica. Punkt startu. Musiał go nazwać, uczynić tak realnym w umyśle, jak tylko potrafił. Szeptał teraz te nazwy, nie słowami, ale serią gardłowych zaślizgów, kliknięć i wydechów, które tworzyły wielowymiarową mapę „tu” i „teraz”.
– Przygotowany? – głos Kaela dobiegał zza jego pleców, stłumiony, jakby przez warstwę wody.
Aeren nie odpowiedział. Nie mógł. Cała jego uwaga skupiała się na drugiej części równania: na celu. Kethryn. Nie widział go oczami. Czuł. Jak rozgrzaną płytę kamienia pod stopami po całym dniu słońca. Jak zapach spalonej oliwy i wilgotnego wapienia. Jak ucisk w skroniach, który zawsze towarzyszył silnym skupiskom emocji – gniewu, nadziei, rozpaczy. Świat runy i krwi oddychał uczuciami, a one zostawiały ślad w Eidonie niczym odcisk palca. Aeren łapał ten ślad i ciągnął ku sobie.
Pierwsza faza: nazwanie. Druga: pozostawienie znaku. Wyciągnął z pochwy na nadgarstku krótki, ostry rylec z białej kości słoniowej – starożytne narzędzie, dziedziczone po poprzednikach. Przyłożył jego czubek do nagiego nadgarstka lewej ręki. Nie było to symboliczne. Było konieczne. Wbił rylec i przeciągnął, ryjąc w skórze prosty znak – nie runę, ale kartograficzny glif oznaczający „punkt wyjścia”. Krew, ciemna i gęsta, sączyła się natychmiast, spływając kroplami na przygotowany wcześniej kawałek czystego, szarego płótna. Ból był ostry, czysty, skupiający. To nie była ofiara dla bogów. To był rachunek. Płacił cząstką siebie, by świat pamiętał, skąd wyszedł. Płótno chłonęło krew, tworząc mokrą, czerwoną plamę. To był jego depozyt. Znak zostawiony po złej stronie.
Trzecia faza: zapłata.
Zamknął oczy. W umyśle scalił obraz kotwicy z wrażeniem celu. Dwie sprzeczne rzeczywistości, każda domagająca się pierwszeństwa. I między nimi – on. Chęć bycia gdzie indziej była momentem największego ryzyka. Jeśli koncentracja zawiodła, jeśli którakolwiek z nazw w umyśle zbladła choć na moment, mógł zostać rozerwany. Nie fizycznie, ale ontologicznie. Jego „ja” mogło rozproszyć się między światami, pozostawiając po sobie jedynie echo bez pamięci.
Poczuł opór. Jakby cała materia wokół niego zgęstniała, stając się lepkim, niewidzialnym syropem. Powietrze w lodowni przestało wchodzić do płuc. Zamiast tego wdychał coś innego – gorący, suchy pył, zapach kurzu i dymu. Słyszał dzwony. Niskie, żałobne uderzenia gdzieś w oddali. To nie były dźwięki Varynth.
Zapłata.
Nagły, rozdzierający skurcz w klatce piersiowej, jakby coś złapało go za serce i ścisnęło. Krztusił się. W ustach pojawił się smak miedzi i soli. Krew. Jego własna, tryskająca z uszkodzonych naczyń pod naporem stresu. Połykał ją, dławiąc się. W tym samym momencie w jego głowie coś się przesunęło. Jak segment układanki, który nagle znika, pozostawiając puste, bolesne miejsce. Nie mógł powiedzieć, co to było. Wspomnienie? Obraz twarzy? Ulotna myśl? Zniknęło. Wypłacone jako pierwsza rata za przejście.
Świat Varynth zgasł. Nie z hukiem, ale z cichym chrupnięciem, jak pękające szkło pod wodą. Zimno lodowni, zapach pleśni i jego własnej krwi na płótnie – wszystko to zostało odcięte. Przestało być.
Lądowanie nie było miłe.
Upadł na twardą, nierówną powierzchnię, zwymiotował strumieniem żółci i krwi. Powietrze, które teraz wciągał chciwie, paliło płuca – było cienkie, ostre, przepełnione pyłem i dymem. Otworzył oczy. Niebo nad nim było koloru popiołu i ochry, bez słońca, ale rozświetlone wewnętrznym, złowrogim blaskiem. Leżał na dachu jakiegoś niskiego budynku z płaskiego, szarego kamienia. Wokół pięły się inne dachy, wieże, potworne, kanciaste struktury przypominające bardziej twierdze niż domy. W oddali, za potężnym, zębatym murem, widać było dymiące słupy – nie z kominów, ale z pożarów.
Kethryn.
Przełyk palił go od wymiocin i krwi. Podniósł się na kolana, plując na kamień czerwoną plwociną. Drżał na całym ciele, jak po długotrwałym ataku febry. Spojrzał na nadgarstek. Znak był wyraźny, ale krew już nie płynęła. Rana wyglądała na tygodniową, choć minęło może dziesięć sekund. Koszt. Część ceny zapłacona ciałem.
A potem uderzyła go dziura.
Nie fizyczna. W pamięci. Stał, patrzył na swoje dłonie, na rylec wciąż zaciśnięty w prawej dłoni, i wiedział, że przed chwilą był w Varynth. Wiedział, że zostawił tam Kaela. Ale gdy próbował przywołać szczegóły – wyraz twarzy Kaela w ostatniej chwili, ostatnie słowa, które wymienili – napotkał tylko mglistą, bezcielesną koncepcję „bycia razem”. Szczegóły wyparowały. Została tylko emocjonalna resztka: ucisk niepokoju, gorzki posmak odpowiedzialności. Ale treść? Treść została w Varynth. Zapłacona.
– Kurwa – wyszeptał ochryple.
To było gorsze niż ból fizyczny. To uczucie okradzenia, amputacji fragmentu własnego życia. I najgorsze było to, co przyszło zaraz potem: chłodna, kartograficzna świadomość, że to nie był jednorazowy koszt. To była zaliczka. Dziura będzie wracać. Będzie go szukać w snach, w chwilach nieuwagi, jak odsetki od moralnego długu, który właśnie zaciągnął, by być tutaj.