- Opowiadanie: beeeecki - O prorokach, pieniądzu i czterdziestu dwóch i pół orkach

O prorokach, pieniądzu i czterdziestu dwóch i pół orkach

Ostrze­ga się, że w opo­wia­da­niu lekko od­pię­to wrot­ki :)

Wy­traw­ne oko do­strze­że też w tek­ście nieme wo­ła­nie o mię­dzy­na­ro­do­wą wer­sję Prze­bo­jo­wej Alfy i Omegi :)

 

Za­pra­szam do lek­tu­ry!

 

Am­bush ser­decz­nie dzię­ku­ję za betę!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

O prorokach, pieniądzu i czterdziestu dwóch i pół orkach

Spra­wa za­czę­ła się od tego, że w ciem­no­ściach nocy za­świe­ci­ła tęcza.

Z po­cząt­ku zja­wi­sko to było przy­naj­mniej in­try­gu­ją­ce, o ile nie ładne, jed­nak ry­chło oka­za­ło się wy­so­ce uciąż­li­we. Trud­no bo­wiem spać, gdy za okna­mi trwa istna ba­lan­ga ko­lo­rów, o świe­tle tak sil­nym, że nie po­ma­ga­ją fi­ran­ki, ża­lu­zje i za­zdrost­ki. Jed­nym sło­wem nic nie mogło się oprzeć na­jaz­do­wi tęczy.

– Tęcza to twór magii. Po­cho­dzi z nie­bios i nie znik­nie, do­pó­ki nie speł­ni swo­je­go za­da­nia! – orzekł Wiel­ki Syn­op­tyk, gdy spro­wa­dzo­no go do wio­ski i za­py­ta­no o po­ra­dę.

– Jak to nie znik­nie?!

– Ja­kie­go za­da­nia?

– Mu­si­my coś zrobić, żeby znik­nę­ła!

Tak po­wstał nie­po­kój.

Wszyst­ko wska­zy­wa­ło, że na­le­ża­ło zadać okrut­ne py­ta­nie: „dla­cze­go?”. A że nikt nie lubi na nie od­po­wia­dać, to udano się po radę do wieszcz­ki.

Cał­kiem jesz­cze młoda dziew­czy­na, ob­da­rzo­na darem do­szczęt­ne­go obłą­ka­nia, po­du­ma­ła chwil­kę ma­su­jąc skro­nie, na­stęp­nie po­ob­gry­za­ła pa­znok­cie i wy­da­ła dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy coś po­mię­dzy za­rzy­na­ną świ­nią a wy­ją­cym wil­kiem. Wresz­cie otwo­rzy­ła wie­lo­barw­ne oczę­ta, któ­ry­mi wi­dzia­ła wszyst­ko. Albo co naj­mniej tro­chę wszyst­kie­go.

– Tęcza to znak po­jed­na­nia czło­wie­ka z or­kiem! – krzyk­nę­ła za­do­wo­lo­na.

Za­pa­no­wa­ło pewne po­ru­sze­nie.

– Tylko że my je­ste­śmy el­fa­mi. Nie ma tu ludzi ani orków.

– A zatem… – Wieszcz­ka wzię­ła głę­bo­ki od­dech i za­sty­gła na nie­zno­śnie długą chwi­lę. – To sym­bol po­jed­na­nia elfa z czło­wie­kiem! Albo z or­kiem! Na pewno z or­kiem! Na pewno! Widzę… widzę…

– Co wi­dzisz?! Mówże!

– Jutro może padać – stwier­dzi­ła wieszcz­ka, grze­biąc pal­cem w uchu. – Ale zaraz… widzę… twarz po­jed­nań­ca… Po­wie­dzie lud do zgody, a imię jego bę­dzie nie mniej niż czter­dzie­ści trzy! Bez po­jed­na­nia, tęcza bę­dzie was prze­śla­do­wać na za­wsze!

Resz­tę wie­czo­ru wieszcz­ka nie prze­sta­ła wy­mie­niać prze­po­wied­ni, które jej wszech­wi­dzą­ce oczy wi­dzia­ły lub nie w in­nych świa­tach. Kon­cep­cje oscy­lu­ją­ce po­mię­dzy „to znak od bogów”, a „masło po­dro­że­je” wy­brzmie­wa­ły jesz­cze przez dobry ty­dzień, gdy go­ście dawno już sobie po­szli.

Ani nauka, ani wie­dza z za­świa­tów nie przy­nio­sły kon­kret­nej od­po­wie­dzi, co czy­nić, a pro­blem się na­si­lił. Na końcu nie­pro­szo­nej tęczy po­ja­wił się pięk­ny jak roz­gnie­cio­ny ka­ra­luch skrzat w me­lo­ni­ku. Był nie­na­gan­nie wy­cho­wa­ny i uprzej­my, z tym jed­nak za­strze­że­niem, że nic nie mogło go po­wstrzy­mać przed wy­gry­wa­niem me­lo­dyj­ki na skrzyp­cach. Bied­ne elfy mu­sia­ły znieść ko­lej­ne­go nie­pro­szo­ne­go in­tru­za. W zło­ści wy­rzu­co­no go pa­ro­krot­nie do prze­pa­ści za cmen­ta­rzem, ale po chwi­li po­ja­wiał się po­now­nie. Nie imały się go pęta, kaj­da­ny i kne­ble, z któ­rych elfy – z na­tu­ry pa­cy­fi­ści – nie­chęt­nie sko­rzy­sta­ły. Skrza­ta nie dało się po­zbyć, a nic nie mogło bar­dziej eska­lo­wać emo­cji niż jego uprzej­mość.

Tak za­czę­ła się iry­ta­cja.

Kłopoty nie miały końca. O ile skrzat był jeden i ten sam, o tyle z upły­wem każ­dej doby pod tęczą po­ja­wiał się nowy gar­nu­szek ze zło­tem. Elfy pie­nię­dzy nie uży­wa­ły, więc nie miały zie­lo­ne­go po­ję­cia, co z nimi zro­bić. Próby wy­wie­zie­nia lub za­ko­pa­nia mno­żą­cych się monet po­dzia­ła­ły tak samo, jak ze skrza­tem – po­ja­wia­ły się po­now­nie, w tym samym miej­scu pod tęczą.

Przez kilka trud­nych ty­go­dni złoto gro­ma­dzi­ło się w za­trwa­ża­ją­cym tem­pie. Raz ster­ta, wy­so­ka pra­wie jak sama tęcza, prze­wró­ci­ła się i za­sy­pa­ła dziec­ko. Z każ­dym dniem w osa­dzie na­si­la­ło się także śred­nie nie­wy­spa­nie na elfa. Do tego, duchy lasu roz­po­czę­ły strajk zwią­za­ny z prze­sy­py­wa­niem się ster­ty złota na ich te­ry­to­rium.

Tak za­czął się gniew.

Rada Star­szych el­fic­kiej osady de­ba­to­wa­ła już od dłuż­sze­go czasu, spo­czy­wa­jąc na świę­tych ka­mie­niach ru­nicz­nych. Jed­nak nawet od wy­sia­dy­wa­nia pra­daw­nych gła­zów nie przy­by­ło im mą­dro­ści po­zwa­la­ją­cej wy­my­ślić lo­gicz­ny spo­sób na po­zby­cie się utra­pie­nia.

Wio­sko­wi mę­dr­cy zja­wi­sko ro­sną­cej ilo­ści monet oraz po­wią­za­ne­go z tym spad­ku pie­nię­dzy z na­ra­sta­ją­cych stert na­zwa­li „in­fla­cja” (tłu­ma­cząc, że to imię ja­kie­goś mi­tycz­ne­go po­two­ra). Su­ge­ro­wa­li, że je­dy­nym wyj­ściem może być opusz­cze­nie ska­żo­nej osady, ale nikt nawet nie chciał o tym sły­szeć. Elfy miesz­ka­ły tylko tu, w swoim pięk­nym azylu. I tylko tu miały swoją Świę­tą Nić, naj­bar­dziej el­fic­ką ze wszyst­kich rze­czy pod słoń­cem. Próż­no też Rada Star­szych przy­po­mi­na­ła o na­dziei pły­ną­cej z po­jed­na­nia pod zna­kiem co naj­mniej czter­dzie­ści trzy. Lud nie słu­chał i w de­spe­rac­kim nie­wy­spa­niu żądał naj­bar­dziej ra­dy­kal­nych kro­ków.

– Zli­kwi­do­wać Radę Star­szych!

– Wy­pu­ścić Kra­ke­na!

– Prze­cież sie­dzi za gwałt i po­bi­cie.

– A fak­tycz­nie. Zatem wy­ko­rzy­stać Świę­tą Nić!

– Tak! Wy­ko­rzy­stać Świę­tą Nić, by po­zbyć się złota!

– Wy­ko­rzy­stać Świę­tą Nić!

Na to Rada Star­szych za­wsze miała jedną od­po­wiedź. W końcu od nie­pa­mięt­nych cza­sów naj­waż­niej­szym jej za­da­niem było pie­lę­gno­wa­nie i strze­że­nie Świę­tej Nici.

– To nasze El­fic­kie Bło­go­sła­wień­stwo. Dzię­ki niemu elfy prze­wyż­sza­ją ludzi oraz orków i mogą le­czyć każdą ranę! Ale Świę­ta Nić nie sta­no­wi roz­wią­za­nia każ­de­go pro­ble­mu! – przy­po­mi­na­li z wiel­ką po­wa­gą mę­dr­cy.

Tłusz­cza el­fic­ka nie za­mie­rza­ła się uspo­ko­ić i go­to­wa była wy­drzeć cenne za­so­by Nici, by zro­bić z nią… wła­ści­wie nikt nie wie­dział, co. Lud nie zdą­żył jed­nak się­gnąć po widły i po­chod­nie, bo­wiem z da­le­kich pa­gór­ków przy­był zwia­dow­ca z wia­do­mo­ścią.

„Idą or­ko­wie”.

***

– To ma być „mała mo­dli­twa”? Sły­szę twój głos! – syk­nął.

Zwia­dow­ca Erikh nie na­le­żał do istot spo­łecz­nych, a prze­by­wa­nie w to­wa­rzy­stwie ze­spo­łu śmiał­ków szyb­ko przy­po­mnia­ło mu, dla­cze­go.

– Prze­cież szep­czę! – obu­rzy­ła się gło­śno młoda elfka i do­koń­czy­ła swoje modły, kil­ka­na­ście razy wspo­mi­na­ją­ce o Świę­tej Nici. – Le­piej wy­tłu­macz, dla­cze­go cze­ka­my aku­rat tutaj. Te ka­mie­nie się wrzy­na­ją!

– Góra, do­li­na, góra. – Za­de­mon­stro­wał ręką Erikh. – Któ­rę­dy byś po­szła? A w do­li­nie łatwo ich ubić.

Młód­ka, którą Erikh prze­zwał sobie „Panią Szlach­cian­ką”, prych­nę­ła ura­żo­na.

– Nie ubić. Po­jed­na­nie! Po­jed­na­nie zgasi pie­kiel­ne świa­tła tęczy i po­wstrzy­ma in­fla­cję, któ­ry­mi po­ka­ra­li nas bo­go­wie! – wtrą­ci­ła się de­le­go­wa­na do spra­wy człon­ki­ni Rady Star­szych, którą Erikh na­zwał na wła­sny uży­tek „Wiel­ko­gło­wą”.

– Tak wła­śnie my­śla­łem, że or­ko­wie przy­szli się tu po­jed­nać. – Ko­lej­ny, prze­zwa­ny „Żoł­nie­rzy­kiem”, włą­czył się do roz­mo­wy, pre­zen­tu­jąc swój ogrom­ny miecz. Omal nie roz­sie­kał przy tym Pani Szlach­cian­ki. – To chyba dobre na zgodę? – za­śmiał się, a śmiech miał rów­nie po­tęż­ny, co wzrost.

Jak to jest, że do misji po­jed­naw­czych za­wsze wy­sy­ła się naj­bar­dziej tę­pych za­bi­ja­ków. Odkąd Erikh przy­niósł wie­ści o od­dzia­le orków i pod­jął się pro­wa­dze­nia grupy bo­ha­te­rów z el­fic­kiej osady, czę­sto wzdy­chał w my­ślach.

Kom­pa­nię śmiał­ków do­peł­nia­li cza­ro­dziej­ka „Cza­ry-Ma­ry” oraz jej uczeń „Cza­rek-Ma­rek”. Erikh miał obawy, czy na orków to wy­star­czy, ale… to byli or­ko­wie. Nie mieli Świę­tej Nici.

– Ktoś z was ma w ogóle jakiś spór z or­ka­mi? – za­py­tał, skoro i tak sie­dzie­li bez­czyn­nie.

– Raz tylko byłam za gó­ra­mi. Mili z nich lu­dzie… zna­czy or­ko­wie – wy­rwa­ło się Pani Szlach­cian­ce.

– Ubi­łem pię­ciu w jed­nej walce. Z po­zo­sta­ły­mi się upi­łem. Twar­de mają głowy! – uśmiech­nął się Żoł­nie­rzyk. – Ale smut­na to hi­sto­ria i upi­łem się na smut­no, bo stra­ci­łem druha.

– Or­ko­wie ubili elfa? Nie uwie­rzę – prych­nę­ła Cza­ry-Ma­ry.

– Nie ob­ra­żaj ho­no­ru mego druha, cza­ro­dziej­ko. Wal­czył męż­nie tego dnia…

Hi­sto­ria Żoł­nie­rzy­ka za­no­si­ła się na zbyt długą, by Erikh chciał jej słu­chać. Wbił wzrok w do­li­nę, ale tam rów­nież nie dzia­ło się wiele cie­ka­we­go. Pod­jął więc czyn­ność nie­bez­piecz­ną, którą z za­wo­du trud­ni­li się je­dy­nie człon­ko­wie Rady Star­szych. Za­czął my­śleć.

W osa­dzie nocą świe­ci­ła tęcza, a oprócz jej świa­tła, wio­skę na­wie­dził uprzej­my skrzat i nie­koń­czą­cy się stru­mień mo­ne­t. Po­zor­nie nie była to może naj­gor­sza z klątw, ale dość przy­kra, by z cza­sem za­ją­trzyć się, jak po­zor­nie nie­groź­na rana, od któ­rej za­czy­na się gan­gre­na. Tylko że rany zszy­wa­ło się Świę­tą Nicią.

Erikh za­czy­nał ża­ło­wać, że się w to wplą­tał.

Bo czy wła­ści­wie na­praw­dę wi­dział tych orków, o któ­rych za­mel­do­wał? To było w nocy, a wie­czo­rem nie­źle się napił wraz ze swoim od­bi­ciem w je­zio­rze. Za­snął z jedną nogą w wo­dzie, co mu­sia­ło skoń­czyć się źle. Obu­dził się z mo­kry­mi ga­cia­mi i bólem głowy, gdy księ­życ jesz­cze świe­cił na nie­bie. Wtedy usły­szał dźwięk równo sta­wia­nych kro­ków. Na szczę­ście był dość przy­tom­ny, by prze­kraść się nie­zau­wa­żo­nym w trzci­nach do punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go.

Doj­rzał ko­lum­nę kil­ku­dzie­się­ciu istot ma­sze­ru­ją­cych trak­tem. Barw­ne, po­marsz­czo­ne twa­rze, od sza­rych, przez fio­le­to­we, po bru­nat­ne, so­lid­na bu­do­wa. ni­skie głosy i jesz­cze niż­sze czoła su­ge­ro­wa­ły orków, choć ci nigdy nie za­pusz­cza­li się na te­re­ny w oko­li­cy osady elfów.

Jakby to nie było wy­star­cza­ją­co dziw­ne, to ko­lum­nę za­my­ka­ło naj­więk­sze cudo, jakie Erikh wi­dział. Dwóch wo­jow­ni­ków nio­sło deskę, na któ­rej urzę­do­wał rów­niut­ko ścię­ty na wy­so­ko­ści pępka tułów z rę­ka­mi i głową, z któ­rej spły­wa­ły ko­lo­ro­we włosy, zwień­czo­ne drew­nia­ną ko­ro­ną. Wszyst­ko zwi­sa­ło luźno i mar­two. Na­to­miast naj­gor­sza była druga część ciała. Nogi ubra­ne w sło­mia­ną spód­nicz­kę, jak gdyby nigdy nic we­so­ło plą­sa­ją­ce wokół tru­piej lek­ty­ki. Same tań­czą­ce nogi. Co wię­cej, były to ty­po­wo el­fic­kie, gład­kie i ład­nie umię­śnio­ne koń­czy­ny. Erikh aż ode­tchnął cię­żej i spo­licz­ko­wał się celem wy­trzeź­wie­nia. Nie­wie­le to dało, ale naj­wy­raź­niej dźwięk do­tarł do orków. Nogi za­trzy­ma­ły się i na tyle, na ile po­tra­fi­ły, „spoj­rza­ły” na zwia­dow­cę. Zaraz potem bez­wład­ny tułów drgnął, głowa zo­sta­ła pod­nie­sio­na. Oczy za­pa­li­ły się wie­lo­ko­lo­ro­wym pło­mie­niem i rzu­ci­ły Eri­kho­wi prze­szy­wa­ją­ce spoj­rze­nie. Żywe spoj­rze­nie.

Zwia­dow­ca uciekł tak szyb­ko, jak tylko mógł. Wsko­czył do swo­je­go czół­na i wio­sło­wał jakby go­ni­ła go nie jedna para nóg, ale cała sto­no­ga z el­fic­ki­mi od­nó­ża­mi. Choć nikt nie ru­szył w pogoń, do­pie­ro na środ­ku je­zio­ra po­zwo­lił sobie prze­stać. Dy­szał cięż­ko, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. Spoj­rzał w swoje od­bi­cie w wo­dzie, wy­raź­ne w świe­tle księ­ży­ca.

– Wię­cej z tobą nie piję – mruk­nął i ru­szył po­wia­do­mić osadę.

To było za­le­d­wie parę dni temu, a wy­da­wa­ło się tak dawno.

– … mówię wam, hi­sto­ria, ja­kich mało! Żeby w jed­nej po­tycz­ce prze­po­ło­wił się or­kow­ski sza­man i el­fic­ki wo­jow­nik! Żal, że mój druh stra­cił wtedy Nić. Żyłby do dziś! – Żoł­nie­rzyk wła­śnie koń­czył opo­wieść.

Prze­po­ło­wił…

– Co ty po­wie­dzia­łeś? Jesz­cze raz, jak to się stało? – za­py­tał Erikh, ska­cząc do Żoł­nie­rzy­ka tak nagle, jakby chciał go zabić.

– Mó­wi­łem już, ejże! – Wo­jow­nik ode­pchnął go i od­ru­cho­wo za­krę­cił mie­czem.

Erikh od­sko­czył, a wtedy jego trze­cie oko (każdy zwia­dow­ca elfów z tyłu głowy po­sia­da trze­cie oko – nie lubią się tym chwa­lić, stąd dłu­gie włosy ze spe­cjal­ną szpar­ką dla wizji) do­strze­gło ruch w do­li­nie. Za­po­mniał o swo­ich prze­my­śle­niach, sku­pia­jąc się na za­da­niu zwia­dow­cy – pa­trze­niu.

– Ach! Nad­cho­dzą i oni! Ależ szpet­na banda! – oznaj­mi­ła Pani Szlach­cian­ka, dość do­no­śnie, by głos zsu­nął się zbo­czem góry i roz­go­ścił w do­li­nie.

– Nie­źle uzbro­je­ni, jak na po­jed­ny­wa­czy! – rzu­cił rów­nie gło­śno Żoł­nie­rzyk.

Erikh pró­bo­wał do­kład­niej przyj­rzeć się od­dzia­ło­wi, li­cząc, że nie zo­ba­czy tego, co tam­tej nocy. Or­ko­wie, uprzej­mie po­wia­do­mie­ni okrzy­ka­mi elfów, za­czę­li usta­wiać for­ma­cję bo­jo­wą. Mieli nawet kilku kusz­ni­ków, z któ­rych dwóch już wy­strze­li­ło bełty. Po­ci­ski z brzdę­kiem od­bi­ły się od skał.

– Nie mamy za­tar­gu z or­ka­mi, ale po­trze­bu­je­my po­jed­na­nia. Wieszcz­ka mogła mówić o spo­rze, który do­pie­ro ma na­stą­pić! Tęcza prze­waż­nie po­ja­wia się po desz­czu, w świe­tle słoń­ca. Jej znak w ciem­no­ści mówi o tym, że to, czego się nie spo­dzie­wa­my, może być na­szym utra­pie­niem. Trze­ba za­że­gnać to, co nie­na­tu­ral­ne, a zatem spór z or­ka­mi, któ­re­go jesz­cze nie ma! Do boju! Tylko bierz­cie ich żyw­cem, potem się po­jed­na­my! – oznaj­mi­ła za­chwy­co­na Wiel­ko­gło­wa, aż klasz­cząc w dło­nie z ra­do­ści.

– Po­ło­wa z nich jest moja. Druga po­ło­wa też! – krzyk­nął Żoł­nie­rzyk, krę­cąc mie­czem wiel­kie koło w po­wie­trzu i ru­szył do po­jed­naw­cze­go na­tar­cia.

Po­ło­wa. Brrhh. Erikh aż się wzdry­gnął. Wresz­cie do­strzegł wśród orków prze­po­ło­wio­ne ciało na desce. Ni­g­dzie nie było jed­nak plą­sa­ją­cych el­fic­kich nóg. Ork zresz­tą wy­da­wał się cał­kiem mar­twy, co po­cie­szy­ło zwia­dow­cę.

– A ilu ich tam jest? – za­sta­no­wi­ła się Cza­ry-Ma­ry, przy­go­to­wu­jąc z Czar­kiem-Mar­kiem za­klę­cia bo­jo­we w po­sta­ci wiel­kiej, nie­bie­skiej i lep­kiej kuli. Magia pły­ną­ca we krwi elfów po­zwa­la­ła na spe­cjal­ne kształ­to­wa­nie ma­te­rii, co tym razem przy­bie­ra­ło bar­dzo nie­efek­tow­ny kształt.

Erikh za­czął zli­czać.

– Czter­dzie­stu trzech! – krzyk­nę­ła Pani Szlach­cian­ka.

Nie do końca czter­dzie­stu trzech.

***

Pani Szlach­cian­ka miała uśmiech, który przy­po­mi­nał wspo­mnie­nia słod­kie­go dzie­ciń­stwa i z tym wy­ra­zem twa­rzy po­sy­ła­ła ko­lej­ne strza­ły w kie­run­ku orków. Żoł­nie­rzyk wpadł mię­dzy wro­gów, nisz­cząc ich for­ma­cję samym swoim im­pe­tem. Jego obu­ręcz­ny miecz za­czął prze­bi­jać zbro­je i ści­nać głowy. Dwój­ka cza­ro­dzie­jów do­tur­la­ła swoje za­klę­cie i jak­kol­wiek wy­glą­da­ło to nie­po­waż­nie, tak jed­nak udało się im przy­kle­ić kilku orków do ma­gicz­nej, lep­kiej kuli. Po­zba­wie­ni magii w ciele or­ko­wie byli bez­rad­ni wobec za­cza­ro­wa­nej ma­te­rii i kleili się jak muchy do lepu. Wyż­szość elfów nad wro­giem była oczy­wi­sta. Po­nad­to nie mu­sie­li przej­mo­wać się ra­na­mi.

Erikh sku­pił się na naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cym go orku. A ra­czej „pół-or­ku”. Ciało dość bez­tro­sko zwi­sa­ło bez życia. Dzier­ży­cie­li jego deski już za­rą­bał Żoł­nie­rzyk i „lek­ty­ka” le­ża­ła na ziemi.

Zwia­dow­ca prze­mknął przez do­ga­sa­ją­cą bitwę, by przyj­rzeć się z bli­ska. Z całą pew­no­ścią to coś nie żyło. Widok z nocy mu­siał być tylko wy­my­słem fan­ta­zji. Z ta­kich lub in­nych przy­czyn or­ko­wie mogli sobie nieść ka­wa­łek za­bi­te­go to­wa­rzy­sza, prze­cież nie było to za­bro­nio­ne. I nie ozna­cza­ło od razu, że ten ka­wa­łek żył.

Erikh zdą­żył zła­pać od­dech i nawet chciał włą­czyć się do walki z ostat­ni­mi wro­ga­mi, gdy jego trze­cie oko zo­ba­czy­ło, że głowa pół-or­ka od­wró­ci­ła się i po­sła­ła mu upior­ny uśmiech, świe­cąc tę­czo­wy­mi ocza­mi. Prze­ra­żo­ny, kop­nął mon­strum, które prze­wró­ci­ło się na zie­mię, tak bez­wład­nie, jak przy­sta­ło na ciało mar­twe­go.

– Ach, nic nie jest w po­ło­wie tak słod­kie, jak zwy­cię­stwo! – oznaj­mił Żoł­nie­rzyk, trium­fu­jąc nad po­bo­jo­wi­skiem ję­czą­cych orków.

W po­ło­wie…

– Gra­tu­la­cje, za­bi­łeś chyba po­ło­wę. Wiesz, ile teraz będę mu­sia­ła zmar­no­wać Świę­tej Nici?! A jesz­cze na ran­nych zej­dzie! – zde­ner­wo­wa­ła się Wiel­ko­gło­wa, przy­stę­pu­jąc do zszy­wa­nia, naj­pierw po­wierz­chow­nych ran elfów, potem co bar­dziej po­roz­ci­na­nych orków.

Po­ło­wę…

Erikh długo trwał w miej­scu jak słup, nie mogąc dojść do sie­bie. Czy umysł znów spła­tał mu figla? Po­chło­nę­ła go go­rącz­ka bitwy? Dla­cze­go jesz­cze przed chwi­lą po­ło­wa orka się na niego ga­pi­ła? Da­rem­nie pró­bo­wał uspo­ko­ić od­dech.

– O, zna­ko­mi­cie, zwia­dow­co, zna­la­złeś jesz­cze jed­ne­go! – ucie­szy­ła się Wiel­ko­gło­wa, pod­cho­dząc. Zdą­ży­ła już zszyć więk­szość orków. Świę­ta Nić po­zwa­la­ła za­skle­pić każdą ranę, nawet śmier­tel­ną, pod wa­run­kiem, że w miarę świe­żą, w tym przy­wró­cić ledwo co za­bra­ne życie. Dla­te­go żaden elf nie mu­siał bać się orka. – Tego to do­pie­ro po­ha­ra­ta­li­śmy! Ale kilka szyb­kich szwów i bę­dzie jak nowy! In­ne­mu przy­szy­łam głowę i żyje!

– Hm… – mruk­nął Erikh, przy­glą­da­jąc się uważ­nie.

Rzad­ko mógł oglą­dać Świę­tą Nić. Wiel­ko­gło­wa od­krę­ci­ła ko­lej­ny sło­iczek i wy­ję­ła z niego „Elfie Bło­go­sła­wień­stwo”. Sre­brzy­sta, pięk­na i so­lid­na. Jakby wy­ko­na­na z gwiaz­dy lub z księ­ży­ca.

– Zaraz, ten nie umarł przed chwi­lą. Zresz­tą, gdzie są jego nogi? Nie mogę go zszyć bez nóg! – ob­ru­szy­ła się Wiel­ko­gło­wa.

– Oba­wiam się… – za­wa­hał się Erikh. Po­sta­no­wił jed­nak sta­wić czoło lę­ko­wi. – Oba­wiam się, że on przed chwi­lą żył. Bez nóg.

– Co? Pół orka tak po pro­stu sobie żyło?!

– Tak. Spró­buj go do­szyć do tej deski. Zo­ba­czysz, że ożyje – po­wie­dział Erikh, mo­dląc się, by był w błę­dzie. Le­piej wyjść na sza­leń­ca, niż prze­ko­nać się, że świat jest sza­lo­ny.

– Zmar­nu­ję na to Świę­tą Nić – żach­nę­ła się Wiel­ko­gło­wa.

– Jeśli trze­ba, to oddam, mam chyba jeden sło­iczek. A i tak do po­jed­na­nia po­trze­bu­je­my co naj­mniej czter­dzie­stu trzech orków. Tak mó­wi­łaś, „po­jed­na­nie pod zna­kiem co naj­mniej czter­dzie­ści trzy” – za­uwa­żył zwia­dow­ca, nie wie­dząc, dla­cze­go pró­bu­je bro­nić tak bez­sen­sow­nej tezy. Coś mu ka­za­ło. Może to samo „coś”, co oży­wia­ło tego stwo­ra.

– Masz rację. Co naj­mniej czter­dzie­ści trzy. Tak! Do­brze po­my­śla… po­wie­dzia­łeś, zwia­dow­co! Jest nam po­trzeb­nych czter­dzie­stu trzech orków, a mamy czter­dzie­stu dwóch! Jeśli to za­dzia­ła, być może doj­dzie do po­jed­na­nia, a tęcza znik­nie!

Wiel­ko­gło­wa szyb­ko za­bra­ła się do pracy, zręcz­nie przy­szy­wa­jąc Świę­tą Nicią tułów do deski. Erikh miał wąt­pli­wość, czy to w ogóle jest moż­li­we, ale za­po­mniał, że Nić jest ma­te­ria­łem nie­bios, spły­wa­ją­cym na zie­mię wraz z Bło­go­sła­wio­nym Desz­czem. Mogła na­pra­wić nie­mal wszyst­ko, choć elfy nie wie­dzia­ły do końca, dla­cze­go.

Praca zo­sta­ła ukoń­czo­na, Nić wchło­nę­ła się w ciało i drew­no, jed­nak tułów po­zo­stał mar­twy.

– Czyli je­steś mi dłuż­ny słoik Nici – mruk­nę­ła Wiel­ko­gło­wa.

Erikh chciał od­po­wie­dzieć, ale zanim to zro­bił, ode­zwał się inny, za­chryp­nię­ty głos, któ­re­mu to­wa­rzy­szył wie­lo­ko­lo­ro­wy pło­mień w oczo­do­łach.

– Czas leczy rany…

***

Wszyst­kie li­ście były brą­zo­we, a niebo szare. Jak na złość, aura ta tylko pod­kre­śla­ła ja­skra­we ko­lo­ry. Efek­ty ich dzia­ła­nia dało się do­brze wi­dzieć po zmę­czo­nych i smut­nych twa­rzach miesz­kań­ców.

– Przy­pro­wa­dzi­li­śmy czter­dzie­stu trzech ży­wych orków. Po­jed­naj­my się z nimi, a speł­ni się prze­po­wied­nia! – prze­mó­wi­ła Wiel­ko­gło­wa, gdy przed­sta­wio­no jeń­ców Ra­dzie Star­szych.

Kil­ku­na­stu sę­dzi­wych elfów na­chy­li­ło się, rzu­ca­jąc ba­daw­cze spoj­rze­nie prze­dziw­nej gru­pie. Pro­wa­dze­nie czter­dzie­stu dwóch poj­ma­nych nie było wcale pro­ste. Szczę­śli­wie Cza­ry-Ma­ry po­tra­fi­ła prze­kształ­cić lepką nie­bie­ską kulę w coś na kształt jesz­cze bar­dziej lep­kiej i nie­bie­skiej dżdżow­ni­cy, do któ­rej po­przy­kle­ja­no orków, jakby skuto wszyst­kich dłu­gim łań­cu­chem. Wy­star­czy­ło, by silny Żoł­nie­rzyk mógł ich za­pro­wa­dzić do osady.

– A ten tu? Nie­zbyt on żywy. – Wska­za­no na tułów przy­szy­ty do deski, który aku­rat nie­śli osob­no.

– Nie do końca – od­par­ła uśmiech­nię­ta Pani Szlach­cian­ka i po­trzą­snę­ła cia­łem.

Nic się nie wy­da­rzy­ło.

– Po­wiedz­że coś! Nie pod­da­waj się teraz! Nie teraz! – wrza­snę­ła gło­sem, który wy­bu­dził­by i zmar­łe­go od stu lat, ale nie tego orka.

– Czter­dzie­stu dwóch orków nie dam nam po­jed­na­nia!

Za­czął się wspól­ny la­ment, szyb­ko i spraw­nie prze­kształ­co­ny we wza­jem­ne oskar­że­nia. Do­szło nawet do rę­ko­czy­nu, w któ­rym jeden z miesz­kań­ców kop­nął któ­re­goś z orków, prze­ry­wa­jąc świe­ży szew na jego ranie. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że noga agre­so­ra nie­na­tu­ral­nie za­głę­bi­ła się w ciele jeńca, ale efekt szyb­ko ustą­pił, a w za­mie­sza­niu nikt nie zwró­cił na to uwagi. Może poza Eri­khiem, który miał już dość dziw­nych wi­do­ków. Trzy­mał się na ubo­czu, omi­ja­jąc po­chwa­ły dla zwy­cięz­ców i kuk­sań­ce dla prze­gra­nych. Zresz­tą na­praw­dę źle się czuł ob­cu­jąc z in­ny­mi isto­ta­mi. Zwia­dow­ca był od pa­trze­nia, nie od słu­cha­nia czy mó­wie­nia.

Po­szedł do źró­dła pro­ble­mu. Łuk tęczy za­czy­nał się na jed­nym krań­cu osady, a koń­czył na dru­gim, ale zło­śli­wie biegł dość pła­sko i nie­wy­so­ko nad zie­mią, tak, że raził świa­tłem po całej dłu­go­ści. Przy jed­nym krań­cu znaj­do­wa­ła się wiel­ka jak góra ster­ta złota.

– Dobry wie­czór sza­now­ne­mu panu! – po­zdro­wił go skrze­kli­wy głos.

Erikh spoj­rzał w dół i na skra­ju ster­ty doj­rzał ma­lut­ką, po­marsz­czo­ną isto­tę z ha­czy­ko­wa­tym nosem i wiel­ki­mi usza­mi. Wy­glą­da­ła, jak po­mie­sza­nie go­bli­na z… wła­ści­wie wy­glą­da­ła, jak go­blin.

– Je­steś skrza­tem – stwier­dził po­dejrz­li­wie zwia­dow­ca. – Dla­cze­go się po­ja­wi­łeś? – dodał po chwi­li na­my­słu.

– A ty je­steś elfem. Dla­cze­go się po­ja­wi­łeś? – od­parł cał­kiem we­so­ło skrzat, roz­sia­du­jąc się wy­god­niej na garncz­ku złota.

– Znam Świę­tą Nić i mam trze­cie oko. Dla­te­go je­stem elfem i zwia­dow­cą. I chcę ra­to­wać swój lud, który z ja­kichś przy­czyn na­pa­stu­jesz. Dla­cze­go się po­ja­wi­łeś? – po­no­wił py­ta­nie Erikh.

Po­marsz­czo­ne stwo­rzon­ko za­my­śli­ło się. Du­ma­ło cał­kiem długo, maj­ta­jąc luźno nogą.

– Je­steś elfem z wielu in­nych przy­czyn. Masz sko­śne oczy, duży mózg i magię pły­ną­cą we krwi. Świę­ta Nić to coś poza tobą – stwier­dził.

Erikh chciał odpo­wie­dzieć, ale zanim to zro­bił, skrzat od­sko­czył zwin­nie, a w miej­scu, gdzie przed chwi­lą sie­dział, z dźwię­kiem pę­ka­ją­cej bańki my­dla­nej po­ja­wił się nowy gar­czek złota.

– Oho, za­czę­li­śmy nową dobę! – oznaj­mił skrzat.

Erikh wziął do ręki kilka monet.

– Pie­nią­dze są bez­war­to­ścio­we. Co mamy z nimi robić? – prych­nął.

– Lu­dzie ku­pu­ją za to rze­czy – za­uwa­żył skrzat i za­czął do­stra­jać swoje skrzyp­ce.

– Nie po­trze­bu­je­my ni­cze­go, co można kupić – mruk­nął Erikh. – Sły­sza­łem, że zda­rza­ją się la­wi­ny złota. Że za­sy­pa­ło już kilka domów, eme­ryt­kę i tu­ry­stę w klap­kach. Prze­stań nas tym za­sy­py­wać… I mu­sisz teraz grać?!

Je­stem bo­ga­ty,

Da-ba da-ba da-ba dum!

Całą wiecz­ność zbie­ram baty,

Tra-la-la-la-la!

Skrzat prze­stał śpie­wać i odło­żył smy­czek.

– Za­py­ta­łeś, dla­cze­go się po­ja­wi­łem – po­wie­dział po­waż­niej. – Nie mam po­ję­cia. Jak każdy skrzat, je­stem nie­wol­ni­kiem tęczy i muszę zja­wiać się tam, gdzie ona i grać na skrzyp­cach. I za­wsze to­wa­rzy­szy temu złoto.

Bez­rad­ność w gło­sie skrza­ta spo­wo­do­wa­ła gniew Eri­kha. Chwy­cił ma­lut­kie­go stwor­ka i pod­niósł wy­so­ko.

– Ale dla­cze­go zni­ka­łeś z po­przed­nich miejsc?! Co mamy zro­bić, żebyś sobie po­szedł?! – wark­nął.

– Prze-stań, bo mi u-szko-dzisz stru-ny! – wy­mam­ro­tał skrzat. Erikh opu­ścił go na zie­mię. – Tęcza za­wsze ma jakiś cel. Osią­ga go i znika – wy­ja­śnił stwo­rek.

– To samo po­wie­dzia­ła wieszcz­ka. „Po­jed­naj­cie się z or­ka­mi pod zna­kiem czter­dzie­ści trzy”.

– To, na li­tość elfią, po­jed­naj­cie się i daj­cie mi spo­kój. Jak świe­ci­li­śmy u orków, to dużo le­piej nas trak­to­wa­li, bar­dzo chęt­nie stąd znik­nę. Wiesz, ile razy zrzu­ca­no mnie tutaj z urwi­ska?!

– Byłeś wcze­śniej u orków?! To ty ich tu spro­wa­dzi­łeś?! – Erikh pra­wie znów po­chwy­cił skrza­ta, ale po­wstrzy­mał od­ruch.

Skrzat po­now­nie za­czął rzę­po­lić.

– A ja wiem? Tęcza de­cy­du­je. Or­ko­wie aku­rat chęt­nie brali złoto, ale tak jak u was, też za­wsze po­wra­ca­ło ono pod łuk. I nagle prze­nio­sło nas tutaj – stwier­dził i już w pełni za­an­ga­żo­wał się w grę.

Ję­czą­ca me­lo­dia wznio­sła się wzdłuż ko­lo­ro­wej tęczy. Pa­trząc i słu­cha­jąc Erikh zro­zu­miał, dla­cze­go miesz­kań­cy osady nie mogą sy­piać.

***

– Gdzieś ponad tęczą jest pięk­ny, cichy świat. Mamy Świę­tą Nić, mamy magię pły­ną­cą w ży­łach, a mimo to nie po­tra­fi­my prze­gnać tego prze­kleń­stwa – zmar­twi­ła się Wiel­ko­gło­wa.

Wszy­scy po­zo­sta­li ro­bi­li mniej wię­cej to samo, smut­no wpa­tru­jąc się w nie­wy­star­cza­ją­cą ilość orków. Nawet jeń­com zro­bi­ło się przy­kro i za­czę­li po­cie­szać elfy. Li­tość z kolei po­iry­to­wa­ła miesz­kań­ców i znowu do­szło do prze­py­cha­nek.

– Żył, prze­cież wi­dzie­li­śmy! – po­wta­rza­ła Pani Szlach­cian­ka, jakby to miało uchro­nić jej re­pu­ta­cję.

– Cóż po­cząć, cóż mamy po­cząć – za­sta­na­wia­li się mę­dr­cy, sie­dząc w pół­ko­lu na ru­nicz­nych ka­mie­niach.

I wtedy w tułów orka wstą­pi­ło życie i ro­zej­rzał po wszyst­kich. Pło­ną­ce, ko­lo­ro­we oczy za­trzy­ma­ły się na Eri­khu, któ­rzy za­drżał ze stra­chu i obrzy­dze­nia.

– Śledź – oznaj­mi­ło pół orka.

Przez chwi­lę nikt nie od­po­wia­dał, by potem wszy­scy za­czę­li mówić naraz i prze­rzu­cać się ko­lej­ny­mi py­ta­nia­mi do nie­spo­dzie­wa­ne­go roz­mów­cy.

– Śledź – po­wtó­rzył ork. – Śledź. Nogi. Śledź. Nogi. Po­jed­na­nie.

Ko­mu­ni­kat za­koń­czył ak­tyw­ność tu­ło­wia, który znów osu­nął się bez­wład­nie, a pło­ną­ce oczy przy­ga­sły. Wtedy za­czę­ła się praw­dzi­wa na­ra­da.

– Śledź jest zna­kiem po­jed­na­nia! Mu­si­my dać orkom śle­dzia!

– Prze­cież mówił też o no­gach. Śledź nie ma nóg.

– Ork nie ma nóg! A my nie mamy czter­dzie­stu trzech orków, tylko czter­dzie­stu dwóch i pół! Po­trze­bu­je­my jego nóg!

– I śle­dzia!

– Albo mamy wy­śle­dzić jego nogi!

– I po­jed­nać się z czter­dzie­sto­ma trze­ma or­ka­mi!

Za­ska­ku­ją­co, burza mó­zgów przy­nio­sła kla­row­ne roz­wią­za­nie, które oczy­wi­ście po­wie­rzo­no Eri­kho­wi jako zwia­dow­cy. Nie miał w sobie dość siły, by spie­rać się z wolą wszyst­kich. Zwłasz­cza, że lud już trzy­mał widły i po­chod­nie, choć na razie jesz­cze nie czy­nił z nich użyt­ku. Mimo wszyst­ko, nie warto było sta­no­wić wroga tłusz­czy.

Eri­kha wy­po­sa­żo­no we wszyst­ko, co po­trzeb­ne, w tym dwie flasz­ki moc­nej go­rzał­ki i słoik Świę­tej Nici. Przy­jął, co dali i ru­szył na po­szu­ki­wa­nia dru­giej czę­ści swo­je­go kosz­ma­ru.

***

„Idź, synu, idź do wody” ma­wiał za­wsze oj­ciec Eri­kha. Tak też zro­bił teraz, nie mając lep­sze­go po­my­słu niż prze­pra­wić się przez je­zio­ro i za­cząć po­szu­ki­wa­nia od miej­sca, gdzie ostat­nio wi­dział nogi.

Jak to w ogóle brzmi?! Czego ja szu­kam?! Plą­sa­ją­cych el­fic­kich nóg? Które na­le­żą do orka?

To nie brzmia­ło, jak po­waż­ne zda­nie dla bo­ha­te­ra z epic­kiej opo­wie­ści. Spoj­rzał na swoje od­bi­cie w tafli wody. Nie było nawet zmę­czo­ne czy znu­żo­ne, a ra­czej wąt­pią­ce.

Wi­dzia­łeś mó­wią­cą górę orka. Znaj­dziesz cho­dzą­cy dół.

Ale to były nogi elfa! Nie orka!

Cóż, to je­dy­ne nogi stanu wol­ne­go, jakie znasz.

Od­bi­cie za­wsze oka­zy­wa­ło się lep­szym dys­ku­tan­tem niż Erikh. Były tylko jedne wolne i ży­ją­ce nogi i jeden ży­ją­cy tułów. To do­pa­so­wa­nie prze­zwy­cię­ża­ło chyba róż­ni­ce ra­so­we. Sły­szał zresz­tą kie­dyś o mał­żeń­stwie mię­dzy czło­wie­kiem i elfką. Może zatem były też mał­żeń­stwa orków i elfów? Skoro to do sie­bie pa­so­wa­ło, czemu dolna po­ło­wa jed­ne­go i górna dru­gie­go miały nie współ­grać?

Nie­spo­dzie­wa­nie, coś zmą­ci­ło przej­rzy­stość tafli i wy­rwa­ło go z za­my­śle­nia. W je­zio­rze zda­rza­ły się ryby, ale nie aż tak duże. Erikh wy­tę­żył wzrok i przy­go­to­wał nóż. W oko­li­cy krę­ci­ły się coraz dziw­niej­sze stwo­ry. Może ktoś rze­czy­wi­ście uwol­nił Kra­ke­na, mimo cią­żą­ce­go na nim wy­ro­ku?

Woda za­fa­lo­wa­ła in­ten­syw­niej. Wresz­cie roz­legł się gło­śny plusk, a z wody wy­sko­czy­ło coś wy­glą­da­ją­ce, jak sy­re­na. Erikh po­dą­żył tym tro­pem do brze­gu, gdzie stwo­rze­nie wy­szło z wody. By­ła­by to sy­re­na, gdyby sy­re­ny miały nogi i wła­ści­wie nic poza tym. Tak czy ina­czej, od­na­lazł swój cel. Pięk­ne, ocie­ka­ją­ce sre­brzy­stą wodą, el­fic­kie nogi.

Zwia­dow­ca za­mru­gał i rzu­cił swo­je­mu od­bi­ciu spoj­rze­nie ocze­ku­ją­ce po­mo­cy. Nie otrzy­mał jej. Zmu­szo­ny był zatem za­po­lo­wać. Na nogi.

Wy­szedł na brzeg w pew­nej od­le­gło­ści od ofia­ry i za­czął skra­dać się w wy­so­kich tra­wach. Nie spusz­czał celu z oczu, wi­dząc jak od­po­czy­wa na brze­gu. Krok po kroku był coraz bli­żej. Przy­go­to­wał sieć. Za­ta­czał koła, ma­sko­wał dźwię­ki. I wresz­cie…

Rzu­cił się na ofia­rę, pę­ta­jąc ją sie­cią. Nogi wierz­ga­ły, ko­pa­ły, ale nie były w sta­nie wiele zro­bić, gdy przy­gniótł je swoim cia­łem. Erikh trium­fo­wał i mógł przyj­rzeć się zdo­by­czy.

Nogi były bar­dzo el­fic­kie, ład­nie umię­śnio­ne, jak koń­czy­ny wo­jow­ni­ka. Od góry wień­czy­ło je się po­szar­pa­ne coś, co kie­dyś sta­no­wi­ło ciąg dal­szy elfa, choć rany na swój dziw­ny spo­sób się za­skle­pi­ły.

Jest tylko jedna rzecz na świe­cie, która tak za­skle­pia rany. Ale nawet Świę­ta Nić nie oży­wi­ła­by dol­nej po­ło­wy ciała. Chyba…

Za­nie­sie­nie po­chwy­co­nych nóg do wio­ski nie przy­spo­rzy­ło wielu pro­ble­mów, choć głów­ny trakt za­ję­ty był przez straj­ku­ją­ce duchy lasu, z któ­rych część opę­ta­ła drogę i na­ka­za­ła jej nie prze­pusz­czać wę­drow­ców. Ugo­do­we ro­ko­wa­nia ze Związ­kiem Zjaw utknę­ły w mar­twym punk­cie, a związ­kow­cy sku­tecz­nie wią­za­li ręce dro­go­wcom. Erikh ob­szedł utrud­nie­nia i cał­kiem za­do­wo­lo­ny do­tarł do osady.

Umę­czo­ne twa­rze, roz­pro­mie­nia­ją­ce się na jego widok, obu­dzi­ły w zwia­dow­cy cie­płe uczu­cia.

– Całe szczę­ście, że je­steś! Ze­szły już trzy la­wi­ny złota! Kilka domów jest w gru­zach!

– Mam nogi orka. Można przy­szy­wać – po­wie­dział Erikh, rzu­ca­jąc sieć na zie­mię.

Z pew­nym tru­dem nogi wy­swo­bo­dzi­ły się i teraz każdy mógł się im przyj­rzeć. Za­pa­no­wa­ła pełna kon­ster­na­cji cisza.

– Toż to nogi mo­je­go prze­po­ło­wio­ne­go druha! Po­zna­ję te buty! – ryk­nął Żoł­nie­rzyk.

– To miały być nogi orka!

– He­re­zja!

– Świę­to­kradz­two!

– Cham­stwo!

– Drob­no­miesz­czań­stwo!

Wzbu­rzo­nym krzy­kom nie było końca.

– Nie ro­zu­mie­cie. Ja wi­dzia­łem te nogi przy orku! To w jakiś spo­sób są jego nogi. Przy­szyj­cie je, a klą­twa ustą­pi! – Da­rem­nie Erikh pró­bo­wał wy­ja­śnić swoje racje.

– Nigdy nie uży­je­my Świę­tej Nici dla tak cho­re­go po­my­słu. Le­piej zgi­nąć od klą­twy niż stać się prze­klę­tym! – od­krzyk­nął ktoś z Rady Star­szych.

– Ale tylko po­jed­na­nie prze­gna tęczę i złoto! – upie­rał się zwia­dow­ca, trze­cim okiem wi­dząc, jak wście­kły tłum za­cho­dzi go od tyłu.

– Wynoś się, he­re­ty­ku!

– Wynoś się!

***

– To wię­cej niż uczu­cie! – oznaj­mił pu­stej prze­pa­ści, do­pi­ja­jąc pierw­szą bu­tel­kę go­rzał­ki.

Po spon­ta­nicz­nym wy­gna­niu, Erikh ukrył się na skra­ju cmen­ta­rza przy prze­pa­ści. Trze­cim okiem oglą­dał sym­bo­licz­ne po­że­gna­nie to­wa­rzy­sza Żoł­nie­rzy­ka i po­grzeb wciąż ży­ją­cych nóg. Mimo wierz­gań i kop­nia­ków, elfy za­mknę­ły je w trum­nie i za­ko­pa­ły. Po ja­kimś cza­sie dud­nie­nie spod ziemi usta­ło. Prze­wi­dze­nie czy nie, ale prze­sta­ło ist­nieć.

Na­sta­ła noc, wszy­scy udali się na kiep­ski spo­czy­nek w świe­tle tęczy i przy dźwię­kach zsy­pu­ją­ce­go się złota. Kres wio­ski był bli­ski i ponoć coraz po­waż­niej roz­wa­ża­no ewa­ku­ację.

Skoro to pół elfa było to­wa­rzy­szem Żoł­nie­rzy­ka, który po­legł przy prze­po­ło­wie­niu orka, to może… Może to wszyst­ko pa­su­je. Może to na­praw­dę el­fic­kie nogi po­łą­czo­ne z tu­ło­wiem orka. Tylko, co z tego? Jedno wiel­kie gówno. Złote gówno.

Za­śmiał się gło­śno, czknął i kon­ty­nu­ował są­cze­nie dru­giej bu­tel­ki.

– Za Eri­kha, Łowcę Nóg! – krzyk­nął i wy­koń­czył wódkę dłu­gim hau­stem.

Potem po­szedł spać. Był tak spity i zmę­czo­ny, że nawet wszech­obec­ne, ko­lo­ro­we świa­tło nie prze­szka­dza­ło mu bar­dzo, choć sen miał płyt­ki.

Zbu­dził go ryt­micz­ny, gło­śny stu­kot, do­cho­dzą­cy jakby ze­wsząd.

Zmy­sły stę­pił mu al­ko­hol. Za­ta­cza­jąc się, spró­bo­wał wstać. Upadł kil­ka­krot­nie, ale wresz­cie chwy­cił się drze­wa i po­pa­trzył za źró­dłem dźwię­ku. Stu­kot był coraz gło­śniej­szy, coraz bliż­szy. Zie­mia drża­ła pod sto­pa­mi.

Po­sta­wił kilka chwiej­nych kro­ków, ale znów się prze­wró­cił. Nie zdą­żył wstać, gdy z ziemi nie­da­le­ko jego głowy wy­do­by­ła się odzia­na w el­fic­ki but noga. Ni­czym upiór z kosz­ma­ru, wier­ci­ła się na wszyst­kie stro­ny, roz­sy­pu­jąc grud­ki ziemi. Erikh przy­glą­dał się temu jak spa­ra­li­żo­wa­ny. Ry­chło po­ja­wi­ła się druga koń­czy­na i obie, dzię­ki efek­tow­ne­mu saltu, osią­gnę­ły pion. A na­stęp­nie dolne pół elfa od­wró­ci­ło się fron­tem do Eri­kha.

Zwia­dow­ca pró­bo­wał wstać, ale było to jesz­cze trud­niej­sze niż przed chwi­lą. Za­czął od­czoł­gi­wać się od upior­ne­go zmar­twych­wstań­ca, ale nogi były szyb­sze. Wy­ko­na­ły dwa szyb­kie susy w jego kie­run­ku, a potem Erikh stra­cił na moment ja­ką­kol­wiek wizję, po otrzy­ma­niu kop­nia­ka z pół­ob­ro­tu w czoło. Po­de­szwa buta mięk­ko po­ca­ło­wa­ła jego twarz. Pod­czas prze­bły­sków świa­do­mo­ści mógł zo­ba­czyć tylko, jak nogi za­bie­ra­ją jego słoik ze Świę­tą Nicią i w cu­dacz­ny spo­sób, trzy­ma­jąc zdo­bycz mię­dzy ko­la­na­mi, od­ska­ku­ją w mrok.

***

Witaj, ciem­no­ści, moja przy­ja­ciół­ko. Prze­bły­ski wizji de­li­kat­nie wkra­da­ły się w umysł Eri­kha i za­sa­dza­ły na­sio­na tego, co się dzia­ło. Nie był w sta­nie prze­ciw­dzia­łać, ale ro­zu­miał.

Ktoś go pod­niósł i wy­mie­rzył parę cio­sów. Rzu­co­no go na zie­mię, a cie­nie prze­my­ka­ły obok. Ko­lo­ro­we ognie. Za­padł się w coś mięk­kie­go, jak w ma­te­rac… To coś szyb­ko oka­za­ło się także lep­kie i śmier­dzą­ce spo­co­nym or­kiem. Wie­lo­ma spo­co­ny­mi or­ka­mi.

– Twoja krew zwia­dow­cy jest mniej prze­peł­nio­na magią i przez chwi­lę bę­dziesz się kleił – wy­ja­śnił uprzej­mie niski głos z chryp­ką.

Jego brzmie­nie do­peł­ni­ło ry­tu­ału wy­bu­dze­nia. Erikh z tru­dem otwo­rzył wszyst­kie oczy, przy czym tyl­nym zo­ba­czył je­dy­nie ciem­ność. Przed­ni­mi zaś uj­rzał pło­mien­ne, ko­lo­ro­we śle­pia wpa­trzo­ne w niego.

Otrzą­snął się, choć było to trud­ne. Jego ciało przyklejono do nie­bie­skiej mazi za­klę­cia, przy któ­rym wcze­śniej trzy­ma­no or­kow­skich jeń­ców. Co gor­sza, tą samą mazią miał za­kle­jo­ne usta. Sma­ko­wa­ła znacz­nie go­rzej niż pach­nia­ła.

Roz­legł się za­do­wo­lo­ny śmiech.

– Gdy bez­czel­nie nas pod­glą­da­łeś, chyba nie są­dzi­łeś, że w tak krót­kim cza­sie, tak da­le­ko zajdę?

Zajdę…

Erikh przyj­rzał się roz­mów­cy i szyb­ko po­ża­ło­wał. Wi­dział wiele mon­strów, ale ta­kiej ob­le­śnej cu­dacz­no­ści jesz­cze nie uświad­czył. Pra­wie zwy­mio­to­wał z wra­że­nia.

Przed nim, ni­czym flir­tu­ją­ca panna na wy­da­niu, pa­ra­do­wał ork, który jesz­cze do nie­daw­na był po­ło­wą orka. Z tym że teraz wy­da­wał się mieć w sobie o wiele wię­cej życia, a przede wszyst­kim utrzy­my­wał ele­ganc­ki krok za po­mo­cą el­fic­kich nóg. Choć przy­szy­te zo­sta­ły spraw­nie, to i tak wy­glą­da­ło to prze­ra­ża­ją­co.

– Wierz mi, też pra­gnę, by to wszyst­ko się skoń­czy­ło – przy­znał wy­ro­zu­mia­le ork, nie prze­sta­jąc cho­dzić. – Wiele mie­się­cy trwa­łem na ni­kłej nici życia. Wła­ści­wie to na jed­nym, przy­pad­ko­wo roz­bi­tym w po­je­dyn­ku, sło­icz­ku.

Erikh nie mógł się po­wstrzy­mać przed po­wie­dze­niem, że już wszyst­ko ro­zu­mie. Efekt był taki, że pra­wie wy­rwał sobie zęba i po­łknął grud­kę obrzy­dli­wej, ma­gicz­nej papki.

– Byłem znacz­nie mą­drzej­szy od resz­ty orków jesz­cze przed prze­po­ło­wie­niem, ale potem… Oni nie są w sta­nie zro­zu­mieć, a mój ge­niusz po­zo­sta­je nie­wy­po­wie­dzia­ny. Wy­słu­chasz mnie zatem, elfie. Takie do­sta­łem po­le­ce­nie od niej – po­wie­dział.

Od niej. Od niej! Erikh wbił wzrok w pło­ną­ce na tę­czo­wo oczy orka, a potem ro­zej­rzał się na tyle, na ile mógł. Nie ma świa­tła tęczy. Jest ciem­na noc.

– A tak, tęcza znik­nę­ła, by wasz elfi lud mógł smacz­nie spać, pod­czas, gdy my za­bie­rze­my to, co nam obie­ca­ła. Uczci­wie, osią­gnąw­szy więk­sze od elfów mi­strzo­stwo w po­słu­gi­wa­niu się Świę­tą Nicią, za­bie­ram, co do mnie na­le­ży – mówił spo­koj­nie ork. – Ale za­cznij­my od po­cząt­ku, gdy uro­dzi­łem się w bied­nej i smut­nej le­pian­ce moich po­czci­wych, ale nie­za­rad­nych ro­dzi­ców…

Erikh spraw­nie wy­czuł, że to jest mo­ment, w któ­rym może nie słu­chać i spró­bo­wać po­łą­czyć wszyst­kie tropy.

– …na uni­wer­sy­tet, ale zo­stał wy­szy­dzo­ny i wzgar­dzo­ny… – Cza­sa­mi przez roz­my­śle­nia prze­bi­jał się głos orka, który z ogrom­nym za­an­ga­żo­wa­niem i emo­cja­mi opo­wia­dał swoją hi­sto­rię.

– …prze­ro­słem swego mi­strza i po­rzu­ci­łem służ­bę…

Głowa Eri­kha pul­so­wa­ła od kaca po go­rzał­ce i jesz­cze bar­dziej po kop­nię­ciu. Nie uła­twia­ło to sku­pie­nia.

– …i wtedy na­stą­pił fe­ral­ny po­je­dy­nek, w któ­rym obaj zo­sta­li­śmy prze­po­ło­wie­ni…

Erikh bar­dzo chciał roz­ma­so­wać skro­nie, ale nie był w sta­nie ru­szyć choć­by pal­cem. Czy tęcza fak­tycz­nie zga­sła? Czy na­praw­dę wszy­scy śpią? Przez le­pią­cą maź za­klę­cia nie mógł nawet od­wró­cić głowy i mu­siał pa­trzeć na opo­wia­da­ją­ce­go orka. Gdzieś za nim, w ciem­no­ści, or­ko­wie ła­do­wa­li wozy.

– …mia­łem tylko jeden słoik Świę­tej Nici…

Erikh zdał sobie spra­wę, że hi­sto­ria zmie­rza­ła do in­te­re­su­ją­ce­go mo­men­tu.

– Jed­nak, z woli tęczy i magii, roz­bi­ty słoik Świę­tej Nici utwo­rzył więź mię­dzy moim cia­łem i cia­łem elfa. Dość, by utrzy­mać życie w jego no­gach i moim tu­ło­wiu. Ta wą­tlut­ka moc wy­star­czy­ła jed­nak, by ob­ja­wi­ła mi się ona. Kró­lo­wa Ko­lo­rów, Prze­wod­nicz­ka Losu. Zro­zu­mia­łem, że uczy­ni mnie wiel­kim, jeśli tylko speł­nię jej prze­zna­cze­nie. Że muszę po­zy­skać wię­cej Nici, by prze­żyć! Że muszę, ja­kimś cudem, ode­brać wam ten je­dy­ny skarb, mo­gą­cy utrzy­mać mnie przy życiu!

Wtedy roz­le­gło się skrzyp­nię­cie drzwi i błysk la­tar­ni. Erikh nie są­dził, że kie­dy­kol­wiek tak się ucie­szy na widok Żoł­nie­rzy­ka.

Teraz się do­igra­łeś, panie pro­ro­ku tęczy!

Po­krzy­ki­wa­nia wy­peł­ni­ły całą osadę, a z nie­da­le­kich cha­tek wy­szły za­spa­ne elfy. Or­ko­wie spa­ni­ko­wa­li i rzu­ci­li się do uciecz­ki. Wszy­scy poza jed­nym.

– I na tym po­le­ga wła­śnie moja wyż­szość nad wami – uśmiech­nął się lider na­jeźdź­ców, po czym wy­cią­gnął ka­wa­łek Świę­tej Nici, który szyb­ko za­plótł mię­dzy pal­ca­mi w coś na kształt dziw­nej, trój­kąt­nej pętli, jakby fi­gu­ry nie­mo­gą­cej ist­nieć na­praw­dę.

Erikh nie zdą­żył mru­gnąć i znów pa­no­wa­ła cisza, a nikt z miesz­kań­ców nie biegł z od­sie­czą. Wszyst­ko wró­ci­ło do stanu sprzed chwi­li.

– Tro­chę pro­stej geo­me­trii, figur nie­moż­li­wych i mogę cof­nąć czas. Nie­złe, co? A wy uży­wa­li­ście Nici tylko do le­cze­nia ran! – za­śmiał się ork. – Oświe­co­ny przez tęczę, zro­zu­mia­łem tę pro­stą za­leż­ność. Obie­ca­ła mi Świę­tą Nić, bym mógł zgłę­biać jej taj­ni­ki, a moim or­kow­skim bra­ciom złoto, ina­czej nigdy nie zgo­dzi­li­by się pomóc. Teraz mają go tyle, że aż wam sporo zo­sta­nie. Szczę­ścia­rze! Oby nasz los znów się kie­dyś prze­ciął, będę was cie­pło wspo­mi­nał, zwia­dow­co!

Ork ukło­nił się nisko, a jego oczy utra­ci­ły swoją ko­lo­ro­wą barwę. Na­stęp­nie ta­necz­nym kro­kiem ru­szył w kie­run­ku za­ła­do­wa­nych zło­tem i sło­ika­mi z Nicią wozów. Wkrót­ce szep­ty orków i tur­kot kół uci­chły, gdy zło­dzie­je od­je­cha­li. Zo­sta­ła osada, po­grą­żo­na w długo wy­cze­ki­wa­nej ciszy.

***

Erikh od­szedł nad ranem, gdy wresz­cie od­kle­ił się od mazi za­klę­cia. Bez słowa opu­ścił po­zba­wio­ną Świę­tej Nici wio­skę zanim kto­kol­wiek wstał, zo­sta­wia­jąc za ple­ca­mi wciąż nie­ma­łą górę złota i wresz­cie śpią­cych miesz­kań­ców. Nie chciał nawet my­śleć, co bę­dzie się dzia­ło, gdy prze­bu­dzą się pierw­sze elfy.

Był wście­kły na swoje słabe ciało i jesz­cze słab­szy umysł. W ustach wciąż miał gorz­ki po­smak mazi śmier­dzą­cej or­kiem. Jed­nak jesz­cze gor­sze było po­czu­cie po­raż­ki. Nie jego, ale wszyst­kich elfów.

Parę dni błą­kał się bez celu po wzgó­rzach. Ob­ser­wo­wał świat trze­ma ocza­mi, jakby ocze­ku­jąc, że ry­chło na­stą­pi praw­dzi­wy ka­ta­klizm lub inny or­ko­ge­don. Mil­czą­ce pa­gór­ki wciąż były jed­nak takie same, a czas biegł jak do­tych­czas.

Prze­pra­wia­jąc się przez je­zio­ro swoim czół­nem, nie miał ocho­ty roz­ma­wiać z od­bi­ciem. Cóż zresz­tą mógł­by po­wie­dzieć? Kto w ogóle miał od­po­wie­dzi na wszyst­kie po­wsta­łe wąt­pli­wo­ści?

Oj, wiesz, kto ma.

Od­bi­cie jak za­wsze miało rację.

Po kilku dniach po­dró­ży do­tarł do celu. Przed za­py­zia­łą chat­ką na da­le­kim ubo­czu, pięk­na dziew­czy­na w żół­tej sukni ob­gry­za­ła pa­znok­cie.

– Ponoć po­wie­dzia­łaś, że po­jed­na­nie z or­ka­mi roz­wią­że pro­blem, wieszcz­ko. To mia­łaś na myśli?! – krzyk­nął do niej na po­wi­ta­nie, czu­jąc wzra­sta­ją­cy gniew.

Dziew­czę rzu­ci­ło mu spoj­rze­nie obłą­ka­nych oczu, z któ­rych jedno spo­ra­dycz­nie od­wra­ca­ło się gdzieś w głąb czaszki.

– Rzad­ko mie­wam rację, ale tym razem mia­łam – stwier­dzi­ła, dra­piąc się po nosie. – Tak, jak wtedy, gdy zja­dłam swo­je­go piega. Był bar­dzo smacz­ny. W prze­ci­wień­stwie do tam­te­go grzy­ba.

Erikh wy­pu­ścił po­wie­trze i pod­szedł bli­żej.

– Elfy utra­ci­ły swoją naj­cen­niej­szą sztu­kę. Bez Świę­tej Nici je­ste­śmy pro­ści, jak lu­dzie! – wark­nął, gotów ude­rzyć bez­czel­nie uśmie­cha­ją­cą się wieszcz­kę.

– I nawet macie pie­nią­dze! Lu­dzie też lubią pie­nią­dze! – po­wie­dzia­ła za­do­wo­lo­na i za­mknę­ła oczy. – Widzę… Widzę… Widzę, że za dwa ty­go­dnie ku­pi­cie od du­chów lasu dzie­sięć hek­ta­rów. Albo posąg z masła. Któ­reś z tych. A poza tym, bę­dzie padać. Więc le­piej kup­cie hek­ta­ry.

– Jakie hek­ta­ry, co ty ple­ciesz?! Pie­nią­dze nie mają war­to­ści dla du­chów lasu! – Erikh usiadł za­ła­ma­ny na ka­mie­niu obok wieszcz­ki.

Dziew­czy­na po­kle­pa­ła go po ra­mie­niu.

– Mają, mają. Kupią za nie kra­sno­ludz­ki de­na­tu­rat. I tak to już pój­dzie. Go­spo­dar­ka, kre­dy­ty hi­po­tecz­ne, przed­się­bior­stwa pań­stwo­we, pro­mo­cje dwie kost­ki masła w cenie jed­nej…

– Od po­cząt­ku wie­dzia­łaś, że tak się to skoń­czy. Byłaś w zmo­wie z tym or­kiem – wark­nął, gotów się­gnąć po nóż.

– Bar­dziej z tęczą, ale tak – od­po­wie­dzia­ła z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią. – Wi­dzia­łam do­kład­nie to, co się wy­da­rzy­ło. I ceny masła, na­praw­dę, za ty­dzień będą ni­skie jak nigdy, za­pa­mię­taj! Taka jest przy­szłość, nie może być te­raź­niej­szo­ścią! Coś musi się zmie­nić.

Erikh wes­tchnął i po­ki­wał głową zre­zy­gno­wa­ny.

– Ten ork po­siadł umie­jęt­ność ma­ni­pu­lo­wa­nia cza­sem, a my stra­ci­li­śmy Świę­tą Nić, która leczy wszel­kie rany. Co w tym mogą zmie­nić pie­nią­dze?

Wieszcz­ka ze­sko­czy­ła z ka­mie­nia, po­ca­ło­wa­ła go w czoło i cicho czknę­ła.

– Och, wcale nie tak do­brze jest mieć wła­dzę nad cza­sem. Miło po pro­stu pod­dać się jego bie­go­wi – stwier­dzi­ła, rzu­ca­jąc mu złotą mo­ne­tę. – A zresz­tą, czas to pie­niądz, mój drogi!

Koniec

Komentarze

Zwabił mnie tytuł. Pół orka zapowiadało, że będzie śmiesznie.

No i było! A do tego jeszcze zwroty akcji… lub akcja z samych zwrotów.

W każdym razie dobrze się bawiłem. Sporo gagów, barwni bohaterowie (każdy z głównych bohaterów ma wyraźnie określony charakter), nieoczywiste rozwiązania, szablony i odwracanie ról…

Moment, w którym przepołowiony ork dzieli się historią swojego życia, to moim zdaniem wisienka na torcie.

A że bywalcy biblioteki nie są molami i samym papierem nie żyją, tort zdecydowanie tam się przyda! 

Witaj. :)

Fragmenty, które zatrzymały mnie i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):

– Musimy zrobić wszystko, żeby zniknęła!

Tak powstał niepokój.

Wszystko wskazywało, że należało zadać okrutne pytanie: „dlaczego?”. – powtórzenie?

Całkiem jeszcze młoda dziewczyna, obdarzona darem doszczętnego obłąkania, podumała chwilkę masując skronie, następnie poobgryzała paznokcie i wydała dźwięk przypominający coś pomiędzy zarzynaną świnią, a wyjącym wilkiem. – zbędny ostatni przecinek?

Ani nauka, ani wiedza z zaświatów nie przyniosły konkretnej odpowiedzi (przecinek?) co czynić, a problem się nasilił.

Skrzata porostu nie dało się pozbyć, a nic nie mogło bardziej eskalować emocji niż jego uprzejmość. – omyłkowy wyraz?

Kłopotom jednak nie było końca. O ile skrzat był jeden i ten sam, o tyle z upływem każdej doby pod tęczą pojawiał się nowy garnuszek ze złotem. – powtórzenie?

O ile skrzat był jeden i ten sam, o tyle z upływem każdej doby pod tęczą pojawiał się nowy garnuszek ze złotem. Elfy pieniędzy nie używały, więc nie miały zielonego pojęcia, co z nimi zrobić. Próby wywiezienia lub zakopania mnożących się monet podziałały tak samo (przecinek?) jak ze skrzatem – pojawiały się ponownie, w tym samym miejscu pod tęczą. – i tu?

Z każdym dniem w osadzie nasilało się także średnie niewyspanie na elfa. – jak rozumiem jest to żartobliwe określenie, może zatem dać w cudzysłów?

Sugerowali, że jedynym wyjściem może być opuszczenie skażonej osady, ale nikt nawet nie chciał o tym słyszeć. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

Tłuszcza elficka nie zamierzała się uspokoić i gotowa była wydrzeć cenne zasoby Nici, by zrobić z nią… właściwie nikt nie wiedział (przecinek?) co.

Pojednanie zgasi piekielne światła tęczy i powstrzyma inflację, którymi pokarali nas bogowie! – wtrąciła się delegowana do sprawy członkini Rady Starszych, którą Erikh nazwał na własny użytek „Wielkogłową”. – powtórzenie?

To chyba dobre na zgodę? – zaśmiał się, a śmiech miał równie potężny (przecinek?) co wzrost.

Jak to jest, że do misji pojednawczych zawsze wysyła się najbardziej tępych zabijaków. – czy to nie zdanie pytające?

Kompanię śmiałków dopełniali (dwukropek?) czarodziejka „Czary-Mary” oraz jej uczeń „Czarek-Marek”.

Nogi zatrzymały się i na tyle, na ile potrafiły (przecinek?) „spojrzały” na zwiadowcę.

Wskoczył do swojego czółna i wiosłował (przecinek?) jakby goniła go nie jedna para nóg, ale cała stonoga z elfickimi odnóżami.

– … mówię wam, historia (przecinek?) jakich mało!

Pozbawieni magii w ciele orkowie byli bezradni wobec zaczarowanej materii i lepili się jak muchy do lepu. – stylistyczny?

– O (przecinek?) znakomicie, zwiadowco, znalazłeś jeszcze jednego! – ucieszyła się Wielkogłowa, podchodząc.

Dobrze pomyśla… powiedziałeś (przecinek?) zwiadowco!

Mogła naprawić niemal wszystko, choć elfy nie wiedziały do końca (i tu?) dlaczego.

Doszło nawet do rękoczynu, w którym jeden z mieszkańców kopnął któregoś z orków, przerywając świeży szew na jego ranie. Przez chwilę wydawało się nawet, że noga agresora nienaturalnie zagłębiła się w ciele jeńca, ale efekt szybko ustąpił, a w zamieszaniu nikt nie zwrócił na to uwagi. – powtórzenie?

Łuk tęczy zaczynał się na jednym krańcu osady, a kończył na drugim, ale złośliwie biegł dość płasko i niewysoko nad ziemią, tak (przecinek?) że raził światłem po całej długości.

Wyglądała, jak pomieszanie goblina z… właściwie wyglądała (przecinek?) jak goblin.

Masz skośne oczy, duży mózg i magię płynącą we krwi. Święta Nić to coś poza tobą – stwierdził.

Erikh chciał coś powiedzieć, ale zanim to zrobił, skrzat odskoczył zwinnie, a w miejscu, gdzie przed chwilą siedział, z dźwiękiem pękającej bańki mydlanej, (zbędny przecinek?) pojawił się nowy garczek złota. – powtórzenie?; literówka?

– To (przecinek?) na litość elfią, pojednajcie się i dajcie mi spokój.

Erikh prawie znów pochwycił skrzata, ale powstrzymał odruch.

Skrzat ponownie zaczął rzępolić. – powtórzenie?

Orkowie akurat chętnie brali złoto, ale tak (przecinek?) jak u was, też zawsze powracało ono pod łuk.

Cóż począć, cóż mamy począć – zastanawiali się mędrcy, siedząc w półkolu na runicznych kamieniach. – czy oni nie zadali pytania?

Przyjął (przecinek?) co dali i ruszył na poszukiwania drugiej części swojego koszmaru.

„Idź (i tu?) synu, idź do wody” mawiał zawsze ojciec Erikha.

To nie brzmiało (przecinek?) jak poważne zdanie dla bohatera z epickiej opowieści.

– Wynoś się (znów przecinek przy Wołaczu?) heretyku!

Tylko (przecinek?) co z tego?

Był tak spity i zmęczony, że nawet wszechobecne, kolorowe światło nie przeszkadzało mu tak bardzo, choć sen miał płytki. – powtórzenie?

Rychło pojawiła się druga kończyna i obie, dzięki efektownemu saltu (przecinek?) osiągnęły pion.

Zwiadowca próbował wstać, ale było to jeszcze trudniejsze niż przed chwilą. Zaczął odczołgiwać się od upiornego zmartwychwstańca, ale nogi były szybsze. Wykonały dwa szybkie susy w jego kierunku, a potem Erikh stracił na chwilę jakąkolwiek wizję, po otrzymaniu kopniaka z półobrotu w czoło. – powtórzenia?

Przednimi zaś ujrzał płomienne (przecinek?) kolorowe ślepia wpatrzone w niego.

Otrząsnął się, choć było to trudne. Jego ciało było przyklejone do niebieskiej mazi zaklęcia, przy którym wcześniej trzymano orkowskich jeńców. – powtórzenie?

– Gdy bezczelnie nas podglądałeś, chyba nie sądziłeś, że w tak krótkim czasie, tak daleko zajdę? – powtórzenie; zbędny ostatni przecinek?

 

Czasem piszesz przymiotnik: „elfi”, czasem – „elficki” – czy nie trzeba tego ujednolicić?

 

Uczciwie, osiągnąwszy większe od elfów mistrzostwo w posługiwaniu się Świętą Nicią, zabieram (przecinek?) co do mnie należy – mówił spokojnie ork.

– …i wtedy nastąpił feralny pojedynek, w którym oboje zostaliśmy przepołowieni… – tu dopytam: czyli on i jakaś kobieta/elfka? ; hmmm, dalej jednak piszesz tak:

– Jednak, z woli tęczy i magii, rozbity słoik Świętej Nici utworzył więź między moim ciałem i ciałem elfa. Dość, by utrzymać życie w jego nogach i moim tułowiu. – czyli to był elf, czy elfka?

Przeprawiając się przez jezioro swoim czółnem, nie miał ochoty rozmawiać z odbiciem. Cóż zresztą mógłby powiedzieć? Kto w ogóle miał odpowiedzi na wszystkie powstałe wątpliwości. – czy to ostatnie zdanie też nie jest pytające?

Oj (przecinek?) wiesz (i tu?) kto ma.

Dziewczę rzuciło mu spojrzenie obłąkanych oczu, z których jedno sporadycznie odwracało się gdzieś w głąb czaski. – literówka?

Tak (przecinek?) jak wtedy, gdy zjadłam swojego piega.

 

Opowiadanie zdumiewa dziwaczną fabułą oraz nieprzewidywalnością. Jak rozumiem, mnóstwo dowcipu i absurdu ma zadziałać na korzyść bizarro i moim zdaniem świetnie Ci się to udało. :) Tekst jest imponująco wręcz absurdalny! :)

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Pecunia non olet

Czasem piszesz przymiotnik: „elfi”, czasem – „elficki” – czy nie trzeba tego ujednolicić?

sjp.pl mówi, że obie formy są poprawne ;) osobiście mnie to nie przeszkadza, moim zdaniem można je stosować wzajemnie, lecz przypominam, że jestem prostym inżynierem i magistrem historii, więc kompetetny w tej kwestii absolutnie nie jestem :) Mówię tak na chłopski rozum.

 

Ogólem stworzyłeś bardzo fajne, humorystyczne opowiadanie fantasy. Bardzo mi sie podoba ten styl tak samo jak poprzedniego opowiadania i juz pedzę kliknąć :)

Melendur88

sjp.pl mówi, że obie formy są poprawne ;) osobiście mnie to nie przeszkadza, moim zdaniem można je stosować wzajemnie, lecz przypominam, że jestem prostym inżynierem i magistrem historii, więc kompetetny w tej kwestii absolutnie nie jestem :) Mówię tak na chłopski rozum.

 

Melendurze88, bardzo możliwe, stąd – zawsze podkreślam, że to tylko sugestie, wątpliwości oraz zapytania, pojawiające się podczas czytania; też mi nie przeszkadzają, bynajmniej, wolę jednak dopytać. :)

Pozdrawiam serdecznie, ja nawet nie jestem inżynierem… :))

 

 

 

Pecunia non olet

Pozdrawiam serdecznie, ja nawet nie jestem inżynierem… :))

Może i lepiej :) Pozdrawiam i miłego wieczora bruce!

Melendur88

Może i lepiej :) Pozdrawiam i miłego wieczora bruce!

Dla mnie z pewnością. 

Wzajemnie. :) 

Pecunia non olet

Drodzy!

marzanie

jak to się mówi ładnie po polsku, lange nicht gesehen!

Dobrze, że zwabił Cię tytuł, mój bezczelny chwyt marketingowy zatem działa!

 

Dziękuję Ci za tak pozytywną opinię! Nie wiem, co chciałem tym tekstem powiedzieć o życiu, chyba wszystko i nic, ale dojrzewał we mnie jakiś już czas. 

A do tego jeszcze zwroty akcji… lub akcja z samych zwrotów

Ależ zręcznie ujęte!

Moment, w którym przepołowiony ork dzieli się historią swojego życia, to moim zdaniem wisienka na torcie.

A że bywalcy biblioteki nie są molami i samym papierem nie żyją, tort zdecydowanie tam się przyda! 

A to już w ogóle świetne sformułowanie i jakże dla mnie korzystne.

 

Bardzo się cieszę, że dobrze się bawiłeś i dzięki za tak pozytywny komentarz i klik!

 

bruce

bardzo dziękuję za łapankę, troszku się tego zebrało. Odniosę się chętnie do niektórych potem, bo część powtórzeń, czy sformułowań jest bardziej niż mniej celowa. Niemniej, jestem wdzięczny za poprawki i jak najszybciej je naniosę.

 

No i fajnie, że tekst się spodobał. Wiadomo, że jest on w trakcie konkursu, więc pewnie atencja będzie mniejsza, plus no, nie każdemu spodoba się odklejenie. Ale ostatnio świat wydaje mi się absurdalny :)

Dziękuję Ci bardzo heart

 

melendurze88

dziękuję Ci za odwiedziny i pozytywną opinię. Cóż, o ile w poprzednich tekstach zdecydowanie wrotki były zapięte, tak tutaj zebrały się wszystkie moje cudaczne refleksje, prowadzące do odpięcia wrotek :). Miło, że i jedno i drugie jest dla Ciebie strawnym.

 

I bardzo dobrze, że masz już moc klików (dla mnie podwójnie dobrze), bo dużo się udzielasz!

 

Pozdrawiam!

 

PS:

A z elfim vs elfickim – o ile oba są poprawne w mojej ocenie, o tyle drugi jest raczej zwykły, traktuję to jako “ludzki”. A elfi ma dla mnie bardziej wydźwięk takiej gawędy, jak “człeczy”. I po prostu mi pasuje :)

A sądzę, bruce, że gdybyś była inżynierem, to znakomitym i kreatywnym. Ale zapewne lepiej dla wszechświata, że wybrałaś inne role :)

 

Bardzo dziękuję za łapankę, troszku się tego zebrało. Odniosę się chętnie do niektórych potem, bo część powtórzeń, czy sformułowań jest bardziej niż mniej celowa. Niemniej, jestem wdzięczny za poprawki i jak najszybciej je naniosę.

Przypuszczam, że część jest celowa, stąd tylko moje zapytania. :)

 

No i fajnie, że tekst się spodobał. Wiadomo, że jest on w trakcie konkursu, więc pewnie atencja będzie mniejsza, plus no, nie każdemu spodoba się odklejenie. Ale ostatnio świat wydaje mi się absurdalny :)

Dziękuję Ci bardzo

I ja bardzo dziękuję. :) Fakt – absurdu wokół nas coraz więcej. :) 

 

PS:

A z elfim vs elfickim – o ile oba są poprawne w mojej ocenie, o tyle drugi jest raczej zwykły, traktuję to jako “ludzki”. A elfi ma dla mnie bardziej wydźwięk takiej gawędy, jak “człeczy”. I po prostu mi pasuje :)

No i wszystko jasne. yes

 

A sądzę, bruce, że gdybyś była inżynierem, to znakomitym i kreatywnym. Ale zapewne lepiej dla wszechświata, że wybrałaś inne role :)

 Bardzo dzięki za tak miłe słowa. heart

laugh Jako dziecko dwojga magistrów-inżynierów, za żadne skarby świata bym nie chciała podążać Ich śladem i zdawać takich trudnych egzaminów, jakie Oni musieli w latach 50/60-tych. :) Teraz jednak to często po prostu wymóg czasów – część uczelni najzwyczajniej w świecie zamiast licencjata daje tytuł inżyniera. :) 

Pecunia non olet

Witaj beeeecki,

Czyta się płynnie. Momentami bawi, a jako całość nie nudzi.

Wrotki (lub łyżwy) faktycznie odjeżdżają.

Masz dobre pióro do lekkich tekstów.

 

Duuuży plus za odwołanie do “Sound of Silence” S&G! (Witaj, ciemności, moja przyjaciółko.)

 

Czytałem w trybie szybkiego czytelnika (ze względu na dobicie projektami) więc żadnych sugestii poprawek sad

Serdecznie pozdrawiam.

bruce

melduję, poprawki naniesiono! Jesteś Mistrzynią! Przecinki to chyba w Twoich żyłach pływają!

Z każdym dniem w osadzie nasilało się także średnie niewyspanie na elfa. – jak rozumiem jest to żartobliwe określenie, może zatem dać w cudzysłów?

Cały ten tekst jest żartobliwy, więc da radę bez ;)

pojawiały się ponownie, w tym samym miejscu pod tęczą. – i tu?

Tu zostawiam, bo ma podkreślać.

Jak to jest, że do misji pojednawczych zawsze wysyła się najbardziej tępych zabijaków. – czy to nie zdanie pytające?

Psułby mi tu pytajnik.

 

Czy garczek to nie synonim garnczka? Chyba jest. Kubuś Puchatek nie miał garczka?

– Cóż począć, cóż mamy począć – zastanawiali się mędrcy, siedząc w półkolu na runicznych kamieniach. – czy oni nie zadali pytania?

Tak samo, psułby mi pytajnik.

 

Bardzo dziękuję, mam nadzieję, że naniesione wszystko, bo robię to trochę na szybko (jutro cały dzień w drodze).

laugh Jako dziec­ko dwoj­ga ma­gi­strów-in­ży­nie­rów, za żadne skar­by świa­ta bym nie chcia­ła po­dą­żać Ich śla­dem i zda­wać ta­kich trud­nych eg­za­mi­nów, jakie Oni mu­sie­li w la­tach 50/60-tych. :) Teraz jed­nak to czę­sto po pro­stu wymóg cza­sów – część uczel­ni naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­miast li­cen­cja­ta daje tytuł in­ży­nie­ra. :) 

Ale, przynajmniej po Twoich tekstach, wydaje mi się, że dobrze na tym wyszłaś, bo chyba lubisz swoje zajęcie i pasje :)

 

Czołem Piotrze,

Czytałem w trybie szybkiego czytelnika (ze względu na dobicie projektami) więc żadnych sugestii poprawek sad

Tym bardziej doceniam, że zdecydowałeś się poświęcić czas właśnie na mój tekst. Naprawdę :). Życzę, by projekty poskromiono, niczym niegodziwych antagonistów.

Duuuży plus za odwołanie do “Sound of Silence” S&G! (Witaj, ciemności, moja przyjaciółko.)

No tak się starałem sporo odwołań zrobić. Fajnie, że wychwyciłeś :)

Masz dobre pióro do lekkich tekstów.

Bardzo dziękuję. Cieszy laugh

 

Pozdrawiam!!!

Wrotki w opowiadaniu zostały wypięte całkiem. Autor pojechał dalej, ale trzeba przyznać, że z podwójnym tulupem. 

Opowieść z drużyną, wędrówką, niebezpieczeństwami. Tylko nie ma pierścienia i jest sporo szaleństwa, ale może dlatego czyta się to lekko i z przyjemnością.

delulu managment

Beeeecki, dziękuję za dobre słowo. heart

Przecinki to chyba w Twoich żyłach pływają!

Bardzo bym chciała. Niestety, z moich żałosnych tekstów wcale tak nie wynika… blush

 

Czy garczek to nie synonim garnczka? Chyba jest. Kubuś Puchatek nie miał garczka?

A, możliwe, możliwe, nie spotkałam się z taką formą, Kubusia już nie pamiętam… :)

 

Wszystkie inne sprawy dyskusyjne – jasne, rozumiem. yes

 

Ale, przynajmniej po Twoich tekstach, wydaje mi się, że dobrze na tym wyszłaś, bo chyba lubisz swoje zajęcie i pasje :)

Bycie fanką Fantastyki – uwielbiam! heart

Szkoły (jako instytucji) – nienawidzę od zawsze. :)

Historia – może być, choć nie ta wpajana łopatologicznie. :)

 

Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dzięki. :)

Pecunia non olet

Ambush, bardzo mnie to cieszy. Pierścienia powiadasz… :). Tulup, jakie piękne słowo! Dzięki za pomoc z opowiadaniem!

Bruce, nie wolno tak mówić o swoich tekstach! Swoją drogą, dlaczego ostatnio ich nie ma?! Smuteczek. A historia jest piękna, wpajanie jej łopatą to oczywista zbrodnia na sztuce :)

Beeeecki, tak rzeczywiście o nich myślę i dlatego piszę szczerze. :) Na razie skupiam się na innych priorytetach, niemniej – bardzo dziękuję. :) 

Historia faktycznie jest piękna. :)

Pozdrowionka. heart

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka