Ostrzega się, że w opowiadaniu lekko odpięto wrotki :)
Wytrawne oko dostrzeże też w tekście nieme wołanie o międzynarodową wersję Przebojowej Alfy i Omegi :)
Zapraszam do lektury!
Ambush serdecznie dziękuję za betę!
Ostrzega się, że w opowiadaniu lekko odpięto wrotki :)
Wytrawne oko dostrzeże też w tekście nieme wołanie o międzynarodową wersję Przebojowej Alfy i Omegi :)
Zapraszam do lektury!
Ambush serdecznie dziękuję za betę!
Sprawa zaczęła się od tego, że w ciemnościach nocy zaświeciła tęcza.
Z początku zjawisko to było przynajmniej intrygujące, o ile nie ładne, jednak rychło okazało się wysoce uciążliwe. Trudno bowiem spać, gdy za oknami trwa istna balanga kolorów, o świetle tak silnym, że nie pomagają firanki, żaluzje i zazdrostki. Jednym słowem nic nie mogło się oprzeć najazdowi tęczy.
– Tęcza to twór magii. Pochodzi z niebios i nie zniknie, dopóki nie spełni swojego zadania! – orzekł Wielki Synoptyk, gdy sprowadzono go do wioski i zapytano o poradę.
– Jak to nie zniknie?!
– Jakiego zadania?
– Musimy coś zrobić, żeby zniknęła!
Tak powstał niepokój.
Wszystko wskazywało, że należało zadać okrutne pytanie: „dlaczego?”. A że nikt nie lubi na nie odpowiadać, to udano się po radę do wieszczki.
Całkiem jeszcze młoda dziewczyna, obdarzona darem doszczętnego obłąkania, podumała chwilkę masując skronie, następnie poobgryzała paznokcie i wydała dźwięk przypominający coś pomiędzy zarzynaną świnią a wyjącym wilkiem. Wreszcie otworzyła wielobarwne oczęta, którymi widziała wszystko. Albo co najmniej trochę wszystkiego.
– Tęcza to znak pojednania człowieka z orkiem! – krzyknęła zadowolona.
Zapanowało pewne poruszenie.
– Tylko że my jesteśmy elfami. Nie ma tu ludzi ani orków.
– A zatem… – Wieszczka wzięła głęboki oddech i zastygła na nieznośnie długą chwilę. – To symbol pojednania elfa z człowiekiem! Albo z orkiem! Na pewno z orkiem! Na pewno! Widzę… widzę…
– Co widzisz?! Mówże!
– Jutro może padać – stwierdziła wieszczka, grzebiąc palcem w uchu. – Ale zaraz… widzę… twarz pojednańca… Powiedzie lud do zgody, a imię jego będzie nie mniej niż czterdzieści trzy! Bez pojednania, tęcza będzie was prześladować na zawsze!
Resztę wieczoru wieszczka nie przestała wymieniać przepowiedni, które jej wszechwidzące oczy widziały lub nie w innych światach. Koncepcje oscylujące pomiędzy „to znak od bogów”, a „masło podrożeje” wybrzmiewały jeszcze przez dobry tydzień, gdy goście dawno już sobie poszli.
Ani nauka, ani wiedza z zaświatów nie przyniosły konkretnej odpowiedzi, co czynić, a problem się nasilił. Na końcu nieproszonej tęczy pojawił się piękny jak rozgnieciony karaluch skrzat w meloniku. Był nienagannie wychowany i uprzejmy, z tym jednak zastrzeżeniem, że nic nie mogło go powstrzymać przed wygrywaniem melodyjki na skrzypcach. Biedne elfy musiały znieść kolejnego nieproszonego intruza. W złości wyrzucono go parokrotnie do przepaści za cmentarzem, ale po chwili pojawiał się ponownie. Nie imały się go pęta, kajdany i kneble, z których elfy – z natury pacyfiści – niechętnie skorzystały. Skrzata nie dało się pozbyć, a nic nie mogło bardziej eskalować emocji niż jego uprzejmość.
Tak zaczęła się irytacja.
Kłopoty nie miały końca. O ile skrzat był jeden i ten sam, o tyle z upływem każdej doby pod tęczą pojawiał się nowy garnuszek ze złotem. Elfy pieniędzy nie używały, więc nie miały zielonego pojęcia, co z nimi zrobić. Próby wywiezienia lub zakopania mnożących się monet podziałały tak samo, jak ze skrzatem – pojawiały się ponownie, w tym samym miejscu pod tęczą.
Przez kilka trudnych tygodni złoto gromadziło się w zatrważającym tempie. Raz sterta, wysoka prawie jak sama tęcza, przewróciła się i zasypała dziecko. Z każdym dniem w osadzie nasilało się także średnie niewyspanie na elfa. Do tego, duchy lasu rozpoczęły strajk związany z przesypywaniem się sterty złota na ich terytorium.
Tak zaczął się gniew.
Rada Starszych elfickiej osady debatowała już od dłuższego czasu, spoczywając na świętych kamieniach runicznych. Jednak nawet od wysiadywania pradawnych głazów nie przybyło im mądrości pozwalającej wymyślić logiczny sposób na pozbycie się utrapienia.
Wioskowi mędrcy zjawisko rosnącej ilości monet oraz powiązanego z tym spadku pieniędzy z narastających stert nazwali „inflacja” (tłumacząc, że to imię jakiegoś mitycznego potwora). Sugerowali, że jedynym wyjściem może być opuszczenie skażonej osady, ale nikt nawet nie chciał o tym słyszeć. Elfy mieszkały tylko tu, w swoim pięknym azylu. I tylko tu miały swoją Świętą Nić, najbardziej elficką ze wszystkich rzeczy pod słońcem. Próżno też Rada Starszych przypominała o nadziei płynącej z pojednania pod znakiem co najmniej czterdzieści trzy. Lud nie słuchał i w desperackim niewyspaniu żądał najbardziej radykalnych kroków.
– Zlikwidować Radę Starszych!
– Wypuścić Krakena!
– Przecież siedzi za gwałt i pobicie.
– A faktycznie. Zatem wykorzystać Świętą Nić!
– Tak! Wykorzystać Świętą Nić, by pozbyć się złota!
– Wykorzystać Świętą Nić!
Na to Rada Starszych zawsze miała jedną odpowiedź. W końcu od niepamiętnych czasów najważniejszym jej zadaniem było pielęgnowanie i strzeżenie Świętej Nici.
– To nasze Elfickie Błogosławieństwo. Dzięki niemu elfy przewyższają ludzi oraz orków i mogą leczyć każdą ranę! Ale Święta Nić nie stanowi rozwiązania każdego problemu! – przypominali z wielką powagą mędrcy.
Tłuszcza elficka nie zamierzała się uspokoić i gotowa była wydrzeć cenne zasoby Nici, by zrobić z nią… właściwie nikt nie wiedział, co. Lud nie zdążył jednak sięgnąć po widły i pochodnie, bowiem z dalekich pagórków przybył zwiadowca z wiadomością.
„Idą orkowie”.
***
– To ma być „mała modlitwa”? Słyszę twój głos! – syknął.
Zwiadowca Erikh nie należał do istot społecznych, a przebywanie w towarzystwie zespołu śmiałków szybko przypomniało mu, dlaczego.
– Przecież szepczę! – oburzyła się głośno młoda elfka i dokończyła swoje modły, kilkanaście razy wspominające o Świętej Nici. – Lepiej wytłumacz, dlaczego czekamy akurat tutaj. Te kamienie się wrzynają!
– Góra, dolina, góra. – Zademonstrował ręką Erikh. – Którędy byś poszła? A w dolinie łatwo ich ubić.
Młódka, którą Erikh przezwał sobie „Panią Szlachcianką”, prychnęła urażona.
– Nie ubić. Pojednanie! Pojednanie zgasi piekielne światła tęczy i powstrzyma inflację, którymi pokarali nas bogowie! – wtrąciła się delegowana do sprawy członkini Rady Starszych, którą Erikh nazwał na własny użytek „Wielkogłową”.
– Tak właśnie myślałem, że orkowie przyszli się tu pojednać. – Kolejny, przezwany „Żołnierzykiem”, włączył się do rozmowy, prezentując swój ogromny miecz. Omal nie rozsiekał przy tym Pani Szlachcianki. – To chyba dobre na zgodę? – zaśmiał się, a śmiech miał równie potężny, co wzrost.
Jak to jest, że do misji pojednawczych zawsze wysyła się najbardziej tępych zabijaków. Odkąd Erikh przyniósł wieści o oddziale orków i podjął się prowadzenia grupy bohaterów z elfickiej osady, często wzdychał w myślach.
Kompanię śmiałków dopełniali czarodziejka „Czary-Mary” oraz jej uczeń „Czarek-Marek”. Erikh miał obawy, czy na orków to wystarczy, ale… to byli orkowie. Nie mieli Świętej Nici.
– Ktoś z was ma w ogóle jakiś spór z orkami? – zapytał, skoro i tak siedzieli bezczynnie.
– Raz tylko byłam za górami. Mili z nich ludzie… znaczy orkowie – wyrwało się Pani Szlachciance.
– Ubiłem pięciu w jednej walce. Z pozostałymi się upiłem. Twarde mają głowy! – uśmiechnął się Żołnierzyk. – Ale smutna to historia i upiłem się na smutno, bo straciłem druha.
– Orkowie ubili elfa? Nie uwierzę – prychnęła Czary-Mary.
– Nie obrażaj honoru mego druha, czarodziejko. Walczył mężnie tego dnia…
Historia Żołnierzyka zanosiła się na zbyt długą, by Erikh chciał jej słuchać. Wbił wzrok w dolinę, ale tam również nie działo się wiele ciekawego. Podjął więc czynność niebezpieczną, którą z zawodu trudnili się jedynie członkowie Rady Starszych. Zaczął myśleć.
W osadzie nocą świeciła tęcza, a oprócz jej światła, wioskę nawiedził uprzejmy skrzat i niekończący się strumień monet. Pozornie nie była to może najgorsza z klątw, ale dość przykra, by z czasem zajątrzyć się, jak pozornie niegroźna rana, od której zaczyna się gangrena. Tylko że rany zszywało się Świętą Nicią.
Erikh zaczynał żałować, że się w to wplątał.
Bo czy właściwie naprawdę widział tych orków, o których zameldował? To było w nocy, a wieczorem nieźle się napił wraz ze swoim odbiciem w jeziorze. Zasnął z jedną nogą w wodzie, co musiało skończyć się źle. Obudził się z mokrymi gaciami i bólem głowy, gdy księżyc jeszcze świecił na niebie. Wtedy usłyszał dźwięk równo stawianych kroków. Na szczęście był dość przytomny, by przekraść się niezauważonym w trzcinach do punktu obserwacyjnego.
Dojrzał kolumnę kilkudziesięciu istot maszerujących traktem. Barwne, pomarszczone twarze, od szarych, przez fioletowe, po brunatne, solidna budowa. niskie głosy i jeszcze niższe czoła sugerowały orków, choć ci nigdy nie zapuszczali się na tereny w okolicy osady elfów.
Jakby to nie było wystarczająco dziwne, to kolumnę zamykało największe cudo, jakie Erikh widział. Dwóch wojowników niosło deskę, na której urzędował równiutko ścięty na wysokości pępka tułów z rękami i głową, z której spływały kolorowe włosy, zwieńczone drewnianą koroną. Wszystko zwisało luźno i martwo. Natomiast najgorsza była druga część ciała. Nogi ubrane w słomianą spódniczkę, jak gdyby nigdy nic wesoło pląsające wokół trupiej lektyki. Same tańczące nogi. Co więcej, były to typowo elfickie, gładkie i ładnie umięśnione kończyny. Erikh aż odetchnął ciężej i spoliczkował się celem wytrzeźwienia. Niewiele to dało, ale najwyraźniej dźwięk dotarł do orków. Nogi zatrzymały się i na tyle, na ile potrafiły, „spojrzały” na zwiadowcę. Zaraz potem bezwładny tułów drgnął, głowa została podniesiona. Oczy zapaliły się wielokolorowym płomieniem i rzuciły Erikhowi przeszywające spojrzenie. Żywe spojrzenie.
Zwiadowca uciekł tak szybko, jak tylko mógł. Wskoczył do swojego czółna i wiosłował jakby goniła go nie jedna para nóg, ale cała stonoga z elfickimi odnóżami. Choć nikt nie ruszył w pogoń, dopiero na środku jeziora pozwolił sobie przestać. Dyszał ciężko, próbując się uspokoić. Spojrzał w swoje odbicie w wodzie, wyraźne w świetle księżyca.
– Więcej z tobą nie piję – mruknął i ruszył powiadomić osadę.
To było zaledwie parę dni temu, a wydawało się tak dawno.
– … mówię wam, historia, jakich mało! Żeby w jednej potyczce przepołowił się orkowski szaman i elficki wojownik! Żal, że mój druh stracił wtedy Nić. Żyłby do dziś! – Żołnierzyk właśnie kończył opowieść.
Przepołowił…
– Co ty powiedziałeś? Jeszcze raz, jak to się stało? – zapytał Erikh, skacząc do Żołnierzyka tak nagle, jakby chciał go zabić.
– Mówiłem już, ejże! – Wojownik odepchnął go i odruchowo zakręcił mieczem.
Erikh odskoczył, a wtedy jego trzecie oko (każdy zwiadowca elfów z tyłu głowy posiada trzecie oko – nie lubią się tym chwalić, stąd długie włosy ze specjalną szparką dla wizji) dostrzegło ruch w dolinie. Zapomniał o swoich przemyśleniach, skupiając się na zadaniu zwiadowcy – patrzeniu.
– Ach! Nadchodzą i oni! Ależ szpetna banda! – oznajmiła Pani Szlachcianka, dość donośnie, by głos zsunął się zboczem góry i rozgościł w dolinie.
– Nieźle uzbrojeni, jak na pojednywaczy! – rzucił równie głośno Żołnierzyk.
Erikh próbował dokładniej przyjrzeć się oddziałowi, licząc, że nie zobaczy tego, co tamtej nocy. Orkowie, uprzejmie powiadomieni okrzykami elfów, zaczęli ustawiać formację bojową. Mieli nawet kilku kuszników, z których dwóch już wystrzeliło bełty. Pociski z brzdękiem odbiły się od skał.
– Nie mamy zatargu z orkami, ale potrzebujemy pojednania. Wieszczka mogła mówić o sporze, który dopiero ma nastąpić! Tęcza przeważnie pojawia się po deszczu, w świetle słońca. Jej znak w ciemności mówi o tym, że to, czego się nie spodziewamy, może być naszym utrapieniem. Trzeba zażegnać to, co nienaturalne, a zatem spór z orkami, którego jeszcze nie ma! Do boju! Tylko bierzcie ich żywcem, potem się pojednamy! – oznajmiła zachwycona Wielkogłowa, aż klaszcząc w dłonie z radości.
– Połowa z nich jest moja. Druga połowa też! – krzyknął Żołnierzyk, kręcąc mieczem wielkie koło w powietrzu i ruszył do pojednawczego natarcia.
Połowa. Brrhh. Erikh aż się wzdrygnął. Wreszcie dostrzegł wśród orków przepołowione ciało na desce. Nigdzie nie było jednak pląsających elfickich nóg. Ork zresztą wydawał się całkiem martwy, co pocieszyło zwiadowcę.
– A ilu ich tam jest? – zastanowiła się Czary-Mary, przygotowując z Czarkiem-Markiem zaklęcia bojowe w postaci wielkiej, niebieskiej i lepkiej kuli. Magia płynąca we krwi elfów pozwalała na specjalne kształtowanie materii, co tym razem przybierało bardzo nieefektowny kształt.
Erikh zaczął zliczać.
– Czterdziestu trzech! – krzyknęła Pani Szlachcianka.
Nie do końca czterdziestu trzech.
***
Pani Szlachcianka miała uśmiech, który przypominał wspomnienia słodkiego dzieciństwa i z tym wyrazem twarzy posyłała kolejne strzały w kierunku orków. Żołnierzyk wpadł między wrogów, niszcząc ich formację samym swoim impetem. Jego oburęczny miecz zaczął przebijać zbroje i ścinać głowy. Dwójka czarodziejów doturlała swoje zaklęcie i jakkolwiek wyglądało to niepoważnie, tak jednak udało się im przykleić kilku orków do magicznej, lepkiej kuli. Pozbawieni magii w ciele orkowie byli bezradni wobec zaczarowanej materii i kleili się jak muchy do lepu. Wyższość elfów nad wrogiem była oczywista. Ponadto nie musieli przejmować się ranami.
Erikh skupił się na najbardziej interesującym go orku. A raczej „pół-orku”. Ciało dość beztrosko zwisało bez życia. Dzierżycieli jego deski już zarąbał Żołnierzyk i „lektyka” leżała na ziemi.
Zwiadowca przemknął przez dogasającą bitwę, by przyjrzeć się z bliska. Z całą pewnością to coś nie żyło. Widok z nocy musiał być tylko wymysłem fantazji. Z takich lub innych przyczyn orkowie mogli sobie nieść kawałek zabitego towarzysza, przecież nie było to zabronione. I nie oznaczało od razu, że ten kawałek żył.
Erikh zdążył złapać oddech i nawet chciał włączyć się do walki z ostatnimi wrogami, gdy jego trzecie oko zobaczyło, że głowa pół-orka odwróciła się i posłała mu upiorny uśmiech, świecąc tęczowymi oczami. Przerażony, kopnął monstrum, które przewróciło się na ziemię, tak bezwładnie, jak przystało na ciało martwego.
– Ach, nic nie jest w połowie tak słodkie, jak zwycięstwo! – oznajmił Żołnierzyk, triumfując nad pobojowiskiem jęczących orków.
W połowie…
– Gratulacje, zabiłeś chyba połowę. Wiesz, ile teraz będę musiała zmarnować Świętej Nici?! A jeszcze na rannych zejdzie! – zdenerwowała się Wielkogłowa, przystępując do zszywania, najpierw powierzchownych ran elfów, potem co bardziej porozcinanych orków.
Połowę…
Erikh długo trwał w miejscu jak słup, nie mogąc dojść do siebie. Czy umysł znów spłatał mu figla? Pochłonęła go gorączka bitwy? Dlaczego jeszcze przed chwilą połowa orka się na niego gapiła? Daremnie próbował uspokoić oddech.
– O, znakomicie, zwiadowco, znalazłeś jeszcze jednego! – ucieszyła się Wielkogłowa, podchodząc. Zdążyła już zszyć większość orków. Święta Nić pozwalała zasklepić każdą ranę, nawet śmiertelną, pod warunkiem, że w miarę świeżą, w tym przywrócić ledwo co zabrane życie. Dlatego żaden elf nie musiał bać się orka. – Tego to dopiero poharataliśmy! Ale kilka szybkich szwów i będzie jak nowy! Innemu przyszyłam głowę i żyje!
– Hm… – mruknął Erikh, przyglądając się uważnie.
Rzadko mógł oglądać Świętą Nić. Wielkogłowa odkręciła kolejny słoiczek i wyjęła z niego „Elfie Błogosławieństwo”. Srebrzysta, piękna i solidna. Jakby wykonana z gwiazdy lub z księżyca.
– Zaraz, ten nie umarł przed chwilą. Zresztą, gdzie są jego nogi? Nie mogę go zszyć bez nóg! – obruszyła się Wielkogłowa.
– Obawiam się… – zawahał się Erikh. Postanowił jednak stawić czoło lękowi. – Obawiam się, że on przed chwilą żył. Bez nóg.
– Co? Pół orka tak po prostu sobie żyło?!
– Tak. Spróbuj go doszyć do tej deski. Zobaczysz, że ożyje – powiedział Erikh, modląc się, by był w błędzie. Lepiej wyjść na szaleńca, niż przekonać się, że świat jest szalony.
– Zmarnuję na to Świętą Nić – żachnęła się Wielkogłowa.
– Jeśli trzeba, to oddam, mam chyba jeden słoiczek. A i tak do pojednania potrzebujemy co najmniej czterdziestu trzech orków. Tak mówiłaś, „pojednanie pod znakiem co najmniej czterdzieści trzy” – zauważył zwiadowca, nie wiedząc, dlaczego próbuje bronić tak bezsensownej tezy. Coś mu kazało. Może to samo „coś”, co ożywiało tego stwora.
– Masz rację. Co najmniej czterdzieści trzy. Tak! Dobrze pomyśla… powiedziałeś, zwiadowco! Jest nam potrzebnych czterdziestu trzech orków, a mamy czterdziestu dwóch! Jeśli to zadziała, być może dojdzie do pojednania, a tęcza zniknie!
Wielkogłowa szybko zabrała się do pracy, zręcznie przyszywając Świętą Nicią tułów do deski. Erikh miał wątpliwość, czy to w ogóle jest możliwe, ale zapomniał, że Nić jest materiałem niebios, spływającym na ziemię wraz z Błogosławionym Deszczem. Mogła naprawić niemal wszystko, choć elfy nie wiedziały do końca, dlaczego.
Praca została ukończona, Nić wchłonęła się w ciało i drewno, jednak tułów pozostał martwy.
– Czyli jesteś mi dłużny słoik Nici – mruknęła Wielkogłowa.
Erikh chciał odpowiedzieć, ale zanim to zrobił, odezwał się inny, zachrypnięty głos, któremu towarzyszył wielokolorowy płomień w oczodołach.
– Czas leczy rany…
***
Wszystkie liście były brązowe, a niebo szare. Jak na złość, aura ta tylko podkreślała jaskrawe kolory. Efekty ich działania dało się dobrze widzieć po zmęczonych i smutnych twarzach mieszkańców.
– Przyprowadziliśmy czterdziestu trzech żywych orków. Pojednajmy się z nimi, a spełni się przepowiednia! – przemówiła Wielkogłowa, gdy przedstawiono jeńców Radzie Starszych.
Kilkunastu sędziwych elfów nachyliło się, rzucając badawcze spojrzenie przedziwnej grupie. Prowadzenie czterdziestu dwóch pojmanych nie było wcale proste. Szczęśliwie Czary-Mary potrafiła przekształcić lepką niebieską kulę w coś na kształt jeszcze bardziej lepkiej i niebieskiej dżdżownicy, do której poprzyklejano orków, jakby skuto wszystkich długim łańcuchem. Wystarczyło, by silny Żołnierzyk mógł ich zaprowadzić do osady.
– A ten tu? Niezbyt on żywy. – Wskazano na tułów przyszyty do deski, który akurat nieśli osobno.
– Nie do końca – odparła uśmiechnięta Pani Szlachcianka i potrząsnęła ciałem.
Nic się nie wydarzyło.
– Powiedzże coś! Nie poddawaj się teraz! Nie teraz! – wrzasnęła głosem, który wybudziłby i zmarłego od stu lat, ale nie tego orka.
– Czterdziestu dwóch orków nie dam nam pojednania!
Zaczął się wspólny lament, szybko i sprawnie przekształcony we wzajemne oskarżenia. Doszło nawet do rękoczynu, w którym jeden z mieszkańców kopnął któregoś z orków, przerywając świeży szew na jego ranie. Przez chwilę wydawało się, że noga agresora nienaturalnie zagłębiła się w ciele jeńca, ale efekt szybko ustąpił, a w zamieszaniu nikt nie zwrócił na to uwagi. Może poza Erikhiem, który miał już dość dziwnych widoków. Trzymał się na uboczu, omijając pochwały dla zwycięzców i kuksańce dla przegranych. Zresztą naprawdę źle się czuł obcując z innymi istotami. Zwiadowca był od patrzenia, nie od słuchania czy mówienia.
Poszedł do źródła problemu. Łuk tęczy zaczynał się na jednym krańcu osady, a kończył na drugim, ale złośliwie biegł dość płasko i niewysoko nad ziemią, tak, że raził światłem po całej długości. Przy jednym krańcu znajdowała się wielka jak góra sterta złota.
– Dobry wieczór szanownemu panu! – pozdrowił go skrzekliwy głos.
Erikh spojrzał w dół i na skraju sterty dojrzał malutką, pomarszczoną istotę z haczykowatym nosem i wielkimi uszami. Wyglądała, jak pomieszanie goblina z… właściwie wyglądała, jak goblin.
– Jesteś skrzatem – stwierdził podejrzliwie zwiadowca. – Dlaczego się pojawiłeś? – dodał po chwili namysłu.
– A ty jesteś elfem. Dlaczego się pojawiłeś? – odparł całkiem wesoło skrzat, rozsiadując się wygodniej na garnczku złota.
– Znam Świętą Nić i mam trzecie oko. Dlatego jestem elfem i zwiadowcą. I chcę ratować swój lud, który z jakichś przyczyn napastujesz. Dlaczego się pojawiłeś? – ponowił pytanie Erikh.
Pomarszczone stworzonko zamyśliło się. Dumało całkiem długo, majtając luźno nogą.
– Jesteś elfem z wielu innych przyczyn. Masz skośne oczy, duży mózg i magię płynącą we krwi. Święta Nić to coś poza tobą – stwierdził.
Erikh chciał odpowiedzieć, ale zanim to zrobił, skrzat odskoczył zwinnie, a w miejscu, gdzie przed chwilą siedział, z dźwiękiem pękającej bańki mydlanej pojawił się nowy garczek złota.
– Oho, zaczęliśmy nową dobę! – oznajmił skrzat.
Erikh wziął do ręki kilka monet.
– Pieniądze są bezwartościowe. Co mamy z nimi robić? – prychnął.
– Ludzie kupują za to rzeczy – zauważył skrzat i zaczął dostrajać swoje skrzypce.
– Nie potrzebujemy niczego, co można kupić – mruknął Erikh. – Słyszałem, że zdarzają się lawiny złota. Że zasypało już kilka domów, emerytkę i turystę w klapkach. Przestań nas tym zasypywać… I musisz teraz grać?!
– Jestem bogaty,
Da-ba da-ba da-ba dum!
Całą wieczność zbieram baty,
Tra-la-la-la-la!
Skrzat przestał śpiewać i odłożył smyczek.
– Zapytałeś, dlaczego się pojawiłem – powiedział poważniej. – Nie mam pojęcia. Jak każdy skrzat, jestem niewolnikiem tęczy i muszę zjawiać się tam, gdzie ona i grać na skrzypcach. I zawsze towarzyszy temu złoto.
Bezradność w głosie skrzata spowodowała gniew Erikha. Chwycił malutkiego stworka i podniósł wysoko.
– Ale dlaczego znikałeś z poprzednich miejsc?! Co mamy zrobić, żebyś sobie poszedł?! – warknął.
– Prze-stań, bo mi u-szko-dzisz stru-ny! – wymamrotał skrzat. Erikh opuścił go na ziemię. – Tęcza zawsze ma jakiś cel. Osiąga go i znika – wyjaśnił stworek.
– To samo powiedziała wieszczka. „Pojednajcie się z orkami pod znakiem czterdzieści trzy”.
– To, na litość elfią, pojednajcie się i dajcie mi spokój. Jak świeciliśmy u orków, to dużo lepiej nas traktowali, bardzo chętnie stąd zniknę. Wiesz, ile razy zrzucano mnie tutaj z urwiska?!
– Byłeś wcześniej u orków?! To ty ich tu sprowadziłeś?! – Erikh prawie znów pochwycił skrzata, ale powstrzymał odruch.
Skrzat ponownie zaczął rzępolić.
– A ja wiem? Tęcza decyduje. Orkowie akurat chętnie brali złoto, ale tak jak u was, też zawsze powracało ono pod łuk. I nagle przeniosło nas tutaj – stwierdził i już w pełni zaangażował się w grę.
Jęcząca melodia wzniosła się wzdłuż kolorowej tęczy. Patrząc i słuchając Erikh zrozumiał, dlaczego mieszkańcy osady nie mogą sypiać.
***
– Gdzieś ponad tęczą jest piękny, cichy świat. Mamy Świętą Nić, mamy magię płynącą w żyłach, a mimo to nie potrafimy przegnać tego przekleństwa – zmartwiła się Wielkogłowa.
Wszyscy pozostali robili mniej więcej to samo, smutno wpatrując się w niewystarczającą ilość orków. Nawet jeńcom zrobiło się przykro i zaczęli pocieszać elfy. Litość z kolei poirytowała mieszkańców i znowu doszło do przepychanek.
– Żył, przecież widzieliśmy! – powtarzała Pani Szlachcianka, jakby to miało uchronić jej reputację.
– Cóż począć, cóż mamy począć – zastanawiali się mędrcy, siedząc w półkolu na runicznych kamieniach.
I wtedy w tułów orka wstąpiło życie i rozejrzał po wszystkich. Płonące, kolorowe oczy zatrzymały się na Erikhu, którzy zadrżał ze strachu i obrzydzenia.
– Śledź – oznajmiło pół orka.
Przez chwilę nikt nie odpowiadał, by potem wszyscy zaczęli mówić naraz i przerzucać się kolejnymi pytaniami do niespodziewanego rozmówcy.
– Śledź – powtórzył ork. – Śledź. Nogi. Śledź. Nogi. Pojednanie.
Komunikat zakończył aktywność tułowia, który znów osunął się bezwładnie, a płonące oczy przygasły. Wtedy zaczęła się prawdziwa narada.
– Śledź jest znakiem pojednania! Musimy dać orkom śledzia!
– Przecież mówił też o nogach. Śledź nie ma nóg.
– Ork nie ma nóg! A my nie mamy czterdziestu trzech orków, tylko czterdziestu dwóch i pół! Potrzebujemy jego nóg!
– I śledzia!
– Albo mamy wyśledzić jego nogi!
– I pojednać się z czterdziestoma trzema orkami!
Zaskakująco, burza mózgów przyniosła klarowne rozwiązanie, które oczywiście powierzono Erikhowi jako zwiadowcy. Nie miał w sobie dość siły, by spierać się z wolą wszystkich. Zwłaszcza, że lud już trzymał widły i pochodnie, choć na razie jeszcze nie czynił z nich użytku. Mimo wszystko, nie warto było stanowić wroga tłuszczy.
Erikha wyposażono we wszystko, co potrzebne, w tym dwie flaszki mocnej gorzałki i słoik Świętej Nici. Przyjął, co dali i ruszył na poszukiwania drugiej części swojego koszmaru.
***
„Idź, synu, idź do wody” mawiał zawsze ojciec Erikha. Tak też zrobił teraz, nie mając lepszego pomysłu niż przeprawić się przez jezioro i zacząć poszukiwania od miejsca, gdzie ostatnio widział nogi.
Jak to w ogóle brzmi?! Czego ja szukam?! Pląsających elfickich nóg? Które należą do orka?
To nie brzmiało, jak poważne zdanie dla bohatera z epickiej opowieści. Spojrzał na swoje odbicie w tafli wody. Nie było nawet zmęczone czy znużone, a raczej wątpiące.
Widziałeś mówiącą górę orka. Znajdziesz chodzący dół.
Ale to były nogi elfa! Nie orka!
Cóż, to jedyne nogi stanu wolnego, jakie znasz.
Odbicie zawsze okazywało się lepszym dyskutantem niż Erikh. Były tylko jedne wolne i żyjące nogi i jeden żyjący tułów. To dopasowanie przezwyciężało chyba różnice rasowe. Słyszał zresztą kiedyś o małżeństwie między człowiekiem i elfką. Może zatem były też małżeństwa orków i elfów? Skoro to do siebie pasowało, czemu dolna połowa jednego i górna drugiego miały nie współgrać?
Niespodziewanie, coś zmąciło przejrzystość tafli i wyrwało go z zamyślenia. W jeziorze zdarzały się ryby, ale nie aż tak duże. Erikh wytężył wzrok i przygotował nóż. W okolicy kręciły się coraz dziwniejsze stwory. Może ktoś rzeczywiście uwolnił Krakena, mimo ciążącego na nim wyroku?
Woda zafalowała intensywniej. Wreszcie rozległ się głośny plusk, a z wody wyskoczyło coś wyglądające, jak syrena. Erikh podążył tym tropem do brzegu, gdzie stworzenie wyszło z wody. Byłaby to syrena, gdyby syreny miały nogi i właściwie nic poza tym. Tak czy inaczej, odnalazł swój cel. Piękne, ociekające srebrzystą wodą, elfickie nogi.
Zwiadowca zamrugał i rzucił swojemu odbiciu spojrzenie oczekujące pomocy. Nie otrzymał jej. Zmuszony był zatem zapolować. Na nogi.
Wyszedł na brzeg w pewnej odległości od ofiary i zaczął skradać się w wysokich trawach. Nie spuszczał celu z oczu, widząc jak odpoczywa na brzegu. Krok po kroku był coraz bliżej. Przygotował sieć. Zataczał koła, maskował dźwięki. I wreszcie…
Rzucił się na ofiarę, pętając ją siecią. Nogi wierzgały, kopały, ale nie były w stanie wiele zrobić, gdy przygniótł je swoim ciałem. Erikh triumfował i mógł przyjrzeć się zdobyczy.
Nogi były bardzo elfickie, ładnie umięśnione, jak kończyny wojownika. Od góry wieńczyło je się poszarpane coś, co kiedyś stanowiło ciąg dalszy elfa, choć rany na swój dziwny sposób się zasklepiły.
Jest tylko jedna rzecz na świecie, która tak zasklepia rany. Ale nawet Święta Nić nie ożywiłaby dolnej połowy ciała. Chyba…
Zaniesienie pochwyconych nóg do wioski nie przysporzyło wielu problemów, choć główny trakt zajęty był przez strajkujące duchy lasu, z których część opętała drogę i nakazała jej nie przepuszczać wędrowców. Ugodowe rokowania ze Związkiem Zjaw utknęły w martwym punkcie, a związkowcy skutecznie wiązali ręce drogowcom. Erikh obszedł utrudnienia i całkiem zadowolony dotarł do osady.
Umęczone twarze, rozpromieniające się na jego widok, obudziły w zwiadowcy ciepłe uczucia.
– Całe szczęście, że jesteś! Zeszły już trzy lawiny złota! Kilka domów jest w gruzach!
– Mam nogi orka. Można przyszywać – powiedział Erikh, rzucając sieć na ziemię.
Z pewnym trudem nogi wyswobodziły się i teraz każdy mógł się im przyjrzeć. Zapanowała pełna konsternacji cisza.
– Toż to nogi mojego przepołowionego druha! Poznaję te buty! – ryknął Żołnierzyk.
– To miały być nogi orka!
– Herezja!
– Świętokradztwo!
– Chamstwo!
– Drobnomieszczaństwo!
Wzburzonym krzykom nie było końca.
– Nie rozumiecie. Ja widziałem te nogi przy orku! To w jakiś sposób są jego nogi. Przyszyjcie je, a klątwa ustąpi! – Daremnie Erikh próbował wyjaśnić swoje racje.
– Nigdy nie użyjemy Świętej Nici dla tak chorego pomysłu. Lepiej zginąć od klątwy niż stać się przeklętym! – odkrzyknął ktoś z Rady Starszych.
– Ale tylko pojednanie przegna tęczę i złoto! – upierał się zwiadowca, trzecim okiem widząc, jak wściekły tłum zachodzi go od tyłu.
– Wynoś się, heretyku!
– Wynoś się!
***
– To więcej niż uczucie! – oznajmił pustej przepaści, dopijając pierwszą butelkę gorzałki.
Po spontanicznym wygnaniu, Erikh ukrył się na skraju cmentarza przy przepaści. Trzecim okiem oglądał symboliczne pożegnanie towarzysza Żołnierzyka i pogrzeb wciąż żyjących nóg. Mimo wierzgań i kopniaków, elfy zamknęły je w trumnie i zakopały. Po jakimś czasie dudnienie spod ziemi ustało. Przewidzenie czy nie, ale przestało istnieć.
Nastała noc, wszyscy udali się na kiepski spoczynek w świetle tęczy i przy dźwiękach zsypującego się złota. Kres wioski był bliski i ponoć coraz poważniej rozważano ewakuację.
Skoro to pół elfa było towarzyszem Żołnierzyka, który poległ przy przepołowieniu orka, to może… Może to wszystko pasuje. Może to naprawdę elfickie nogi połączone z tułowiem orka. Tylko, co z tego? Jedno wielkie gówno. Złote gówno.
Zaśmiał się głośno, czknął i kontynuował sączenie drugiej butelki.
– Za Erikha, Łowcę Nóg! – krzyknął i wykończył wódkę długim haustem.
Potem poszedł spać. Był tak spity i zmęczony, że nawet wszechobecne, kolorowe światło nie przeszkadzało mu bardzo, choć sen miał płytki.
Zbudził go rytmiczny, głośny stukot, dochodzący jakby zewsząd.
Zmysły stępił mu alkohol. Zataczając się, spróbował wstać. Upadł kilkakrotnie, ale wreszcie chwycił się drzewa i popatrzył za źródłem dźwięku. Stukot był coraz głośniejszy, coraz bliższy. Ziemia drżała pod stopami.
Postawił kilka chwiejnych kroków, ale znów się przewrócił. Nie zdążył wstać, gdy z ziemi niedaleko jego głowy wydobyła się odziana w elficki but noga. Niczym upiór z koszmaru, wierciła się na wszystkie strony, rozsypując grudki ziemi. Erikh przyglądał się temu jak sparaliżowany. Rychło pojawiła się druga kończyna i obie, dzięki efektownemu saltu, osiągnęły pion. A następnie dolne pół elfa odwróciło się frontem do Erikha.
Zwiadowca próbował wstać, ale było to jeszcze trudniejsze niż przed chwilą. Zaczął odczołgiwać się od upiornego zmartwychwstańca, ale nogi były szybsze. Wykonały dwa szybkie susy w jego kierunku, a potem Erikh stracił na moment jakąkolwiek wizję, po otrzymaniu kopniaka z półobrotu w czoło. Podeszwa buta miękko pocałowała jego twarz. Podczas przebłysków świadomości mógł zobaczyć tylko, jak nogi zabierają jego słoik ze Świętą Nicią i w cudaczny sposób, trzymając zdobycz między kolanami, odskakują w mrok.
***
Witaj, ciemności, moja przyjaciółko. Przebłyski wizji delikatnie wkradały się w umysł Erikha i zasadzały nasiona tego, co się działo. Nie był w stanie przeciwdziałać, ale rozumiał.
Ktoś go podniósł i wymierzył parę ciosów. Rzucono go na ziemię, a cienie przemykały obok. Kolorowe ognie. Zapadł się w coś miękkiego, jak w materac… To coś szybko okazało się także lepkie i śmierdzące spoconym orkiem. Wieloma spoconymi orkami.
– Twoja krew zwiadowcy jest mniej przepełniona magią i przez chwilę będziesz się kleił – wyjaśnił uprzejmie niski głos z chrypką.
Jego brzmienie dopełniło rytuału wybudzenia. Erikh z trudem otworzył wszystkie oczy, przy czym tylnym zobaczył jedynie ciemność. Przednimi zaś ujrzał płomienne, kolorowe ślepia wpatrzone w niego.
Otrząsnął się, choć było to trudne. Jego ciało przyklejono do niebieskiej mazi zaklęcia, przy którym wcześniej trzymano orkowskich jeńców. Co gorsza, tą samą mazią miał zaklejone usta. Smakowała znacznie gorzej niż pachniała.
Rozległ się zadowolony śmiech.
– Gdy bezczelnie nas podglądałeś, chyba nie sądziłeś, że w tak krótkim czasie, tak daleko zajdę?
Zajdę…
Erikh przyjrzał się rozmówcy i szybko pożałował. Widział wiele monstrów, ale takiej obleśnej cudaczności jeszcze nie uświadczył. Prawie zwymiotował z wrażenia.
Przed nim, niczym flirtująca panna na wydaniu, paradował ork, który jeszcze do niedawna był połową orka. Z tym że teraz wydawał się mieć w sobie o wiele więcej życia, a przede wszystkim utrzymywał elegancki krok za pomocą elfickich nóg. Choć przyszyte zostały sprawnie, to i tak wyglądało to przerażająco.
– Wierz mi, też pragnę, by to wszystko się skończyło – przyznał wyrozumiale ork, nie przestając chodzić. – Wiele miesięcy trwałem na nikłej nici życia. Właściwie to na jednym, przypadkowo rozbitym w pojedynku, słoiczku.
Erikh nie mógł się powstrzymać przed powiedzeniem, że już wszystko rozumie. Efekt był taki, że prawie wyrwał sobie zęba i połknął grudkę obrzydliwej, magicznej papki.
– Byłem znacznie mądrzejszy od reszty orków jeszcze przed przepołowieniem, ale potem… Oni nie są w stanie zrozumieć, a mój geniusz pozostaje niewypowiedziany. Wysłuchasz mnie zatem, elfie. Takie dostałem polecenie od niej – powiedział.
Od niej. Od niej! Erikh wbił wzrok w płonące na tęczowo oczy orka, a potem rozejrzał się na tyle, na ile mógł. Nie ma światła tęczy. Jest ciemna noc.
– A tak, tęcza zniknęła, by wasz elfi lud mógł smacznie spać, podczas, gdy my zabierzemy to, co nam obiecała. Uczciwie, osiągnąwszy większe od elfów mistrzostwo w posługiwaniu się Świętą Nicią, zabieram, co do mnie należy – mówił spokojnie ork. – Ale zacznijmy od początku, gdy urodziłem się w biednej i smutnej lepiance moich poczciwych, ale niezaradnych rodziców…
Erikh sprawnie wyczuł, że to jest moment, w którym może nie słuchać i spróbować połączyć wszystkie tropy.
– …na uniwersytet, ale został wyszydzony i wzgardzony… – Czasami przez rozmyślenia przebijał się głos orka, który z ogromnym zaangażowaniem i emocjami opowiadał swoją historię.
– …przerosłem swego mistrza i porzuciłem służbę…
Głowa Erikha pulsowała od kaca po gorzałce i jeszcze bardziej po kopnięciu. Nie ułatwiało to skupienia.
– …i wtedy nastąpił feralny pojedynek, w którym obaj zostaliśmy przepołowieni…
Erikh bardzo chciał rozmasować skronie, ale nie był w stanie ruszyć choćby palcem. Czy tęcza faktycznie zgasła? Czy naprawdę wszyscy śpią? Przez lepiącą maź zaklęcia nie mógł nawet odwrócić głowy i musiał patrzeć na opowiadającego orka. Gdzieś za nim, w ciemności, orkowie ładowali wozy.
– …miałem tylko jeden słoik Świętej Nici…
Erikh zdał sobie sprawę, że historia zmierzała do interesującego momentu.
– Jednak, z woli tęczy i magii, rozbity słoik Świętej Nici utworzył więź między moim ciałem i ciałem elfa. Dość, by utrzymać życie w jego nogach i moim tułowiu. Ta wątlutka moc wystarczyła jednak, by objawiła mi się ona. Królowa Kolorów, Przewodniczka Losu. Zrozumiałem, że uczyni mnie wielkim, jeśli tylko spełnię jej przeznaczenie. Że muszę pozyskać więcej Nici, by przeżyć! Że muszę, jakimś cudem, odebrać wam ten jedyny skarb, mogący utrzymać mnie przy życiu!
Wtedy rozległo się skrzypnięcie drzwi i błysk latarni. Erikh nie sądził, że kiedykolwiek tak się ucieszy na widok Żołnierzyka.
Teraz się doigrałeś, panie proroku tęczy!
Pokrzykiwania wypełniły całą osadę, a z niedalekich chatek wyszły zaspane elfy. Orkowie spanikowali i rzucili się do ucieczki. Wszyscy poza jednym.
– I na tym polega właśnie moja wyższość nad wami – uśmiechnął się lider najeźdźców, po czym wyciągnął kawałek Świętej Nici, który szybko zaplótł między palcami w coś na kształt dziwnej, trójkątnej pętli, jakby figury niemogącej istnieć naprawdę.
Erikh nie zdążył mrugnąć i znów panowała cisza, a nikt z mieszkańców nie biegł z odsieczą. Wszystko wróciło do stanu sprzed chwili.
– Trochę prostej geometrii, figur niemożliwych i mogę cofnąć czas. Niezłe, co? A wy używaliście Nici tylko do leczenia ran! – zaśmiał się ork. – Oświecony przez tęczę, zrozumiałem tę prostą zależność. Obiecała mi Świętą Nić, bym mógł zgłębiać jej tajniki, a moim orkowskim braciom złoto, inaczej nigdy nie zgodziliby się pomóc. Teraz mają go tyle, że aż wam sporo zostanie. Szczęściarze! Oby nasz los znów się kiedyś przeciął, będę was ciepło wspominał, zwiadowco!
Ork ukłonił się nisko, a jego oczy utraciły swoją kolorową barwę. Następnie tanecznym krokiem ruszył w kierunku załadowanych złotem i słoikami z Nicią wozów. Wkrótce szepty orków i turkot kół ucichły, gdy złodzieje odjechali. Została osada, pogrążona w długo wyczekiwanej ciszy.
***
Erikh odszedł nad ranem, gdy wreszcie odkleił się od mazi zaklęcia. Bez słowa opuścił pozbawioną Świętej Nici wioskę zanim ktokolwiek wstał, zostawiając za plecami wciąż niemałą górę złota i wreszcie śpiących mieszkańców. Nie chciał nawet myśleć, co będzie się działo, gdy przebudzą się pierwsze elfy.
Był wściekły na swoje słabe ciało i jeszcze słabszy umysł. W ustach wciąż miał gorzki posmak mazi śmierdzącej orkiem. Jednak jeszcze gorsze było poczucie porażki. Nie jego, ale wszystkich elfów.
Parę dni błąkał się bez celu po wzgórzach. Obserwował świat trzema oczami, jakby oczekując, że rychło nastąpi prawdziwy kataklizm lub inny orkogedon. Milczące pagórki wciąż były jednak takie same, a czas biegł jak dotychczas.
Przeprawiając się przez jezioro swoim czółnem, nie miał ochoty rozmawiać z odbiciem. Cóż zresztą mógłby powiedzieć? Kto w ogóle miał odpowiedzi na wszystkie powstałe wątpliwości?
Oj, wiesz, kto ma.
Odbicie jak zawsze miało rację.
Po kilku dniach podróży dotarł do celu. Przed zapyziałą chatką na dalekim uboczu, piękna dziewczyna w żółtej sukni obgryzała paznokcie.
– Ponoć powiedziałaś, że pojednanie z orkami rozwiąże problem, wieszczko. To miałaś na myśli?! – krzyknął do niej na powitanie, czując wzrastający gniew.
Dziewczę rzuciło mu spojrzenie obłąkanych oczu, z których jedno sporadycznie odwracało się gdzieś w głąb czaszki.
– Rzadko miewam rację, ale tym razem miałam – stwierdziła, drapiąc się po nosie. – Tak, jak wtedy, gdy zjadłam swojego piega. Był bardzo smaczny. W przeciwieństwie do tamtego grzyba.
Erikh wypuścił powietrze i podszedł bliżej.
– Elfy utraciły swoją najcenniejszą sztukę. Bez Świętej Nici jesteśmy prości, jak ludzie! – warknął, gotów uderzyć bezczelnie uśmiechającą się wieszczkę.
– I nawet macie pieniądze! Ludzie też lubią pieniądze! – powiedziała zadowolona i zamknęła oczy. – Widzę… Widzę… Widzę, że za dwa tygodnie kupicie od duchów lasu dziesięć hektarów. Albo posąg z masła. Któreś z tych. A poza tym, będzie padać. Więc lepiej kupcie hektary.
– Jakie hektary, co ty pleciesz?! Pieniądze nie mają wartości dla duchów lasu! – Erikh usiadł załamany na kamieniu obok wieszczki.
Dziewczyna poklepała go po ramieniu.
– Mają, mają. Kupią za nie krasnoludzki denaturat. I tak to już pójdzie. Gospodarka, kredyty hipoteczne, przedsiębiorstwa państwowe, promocje dwie kostki masła w cenie jednej…
– Od początku wiedziałaś, że tak się to skończy. Byłaś w zmowie z tym orkiem – warknął, gotów sięgnąć po nóż.
– Bardziej z tęczą, ale tak – odpowiedziała z rozbrajającą szczerością. – Widziałam dokładnie to, co się wydarzyło. I ceny masła, naprawdę, za tydzień będą niskie jak nigdy, zapamiętaj! Taka jest przyszłość, nie może być teraźniejszością! Coś musi się zmienić.
Erikh westchnął i pokiwał głową zrezygnowany.
– Ten ork posiadł umiejętność manipulowania czasem, a my straciliśmy Świętą Nić, która leczy wszelkie rany. Co w tym mogą zmienić pieniądze?
Wieszczka zeskoczyła z kamienia, pocałowała go w czoło i cicho czknęła.
– Och, wcale nie tak dobrze jest mieć władzę nad czasem. Miło po prostu poddać się jego biegowi – stwierdziła, rzucając mu złotą monetę. – A zresztą, czas to pieniądz, mój drogi!
Zwabił mnie tytuł. Pół orka zapowiadało, że będzie śmiesznie.
No i było! A do tego jeszcze zwroty akcji… lub akcja z samych zwrotów.
W każdym razie dobrze się bawiłem. Sporo gagów, barwni bohaterowie (każdy z głównych bohaterów ma wyraźnie określony charakter), nieoczywiste rozwiązania, szablony i odwracanie ról…
Moment, w którym przepołowiony ork dzieli się historią swojego życia, to moim zdaniem wisienka na torcie.
A że bywalcy biblioteki nie są molami i samym papierem nie żyją, tort zdecydowanie tam się przyda!
Witaj. :)
Fragmenty, które zatrzymały mnie i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):
– Musimy zrobić wszystko, żeby zniknęła!
Tak powstał niepokój.
Wszystko wskazywało, że należało zadać okrutne pytanie: „dlaczego?”. – powtórzenie?
Całkiem jeszcze młoda dziewczyna, obdarzona darem doszczętnego obłąkania, podumała chwilkę masując skronie, następnie poobgryzała paznokcie i wydała dźwięk przypominający coś pomiędzy zarzynaną świnią, a wyjącym wilkiem. – zbędny ostatni przecinek?
Ani nauka, ani wiedza z zaświatów nie przyniosły konkretnej odpowiedzi (przecinek?) co czynić, a problem się nasilił.
Skrzata porostu nie dało się pozbyć, a nic nie mogło bardziej eskalować emocji niż jego uprzejmość. – omyłkowy wyraz?
Kłopotom jednak nie było końca. O ile skrzat był jeden i ten sam, o tyle z upływem każdej doby pod tęczą pojawiał się nowy garnuszek ze złotem. – powtórzenie?
O ile skrzat był jeden i ten sam, o tyle z upływem każdej doby pod tęczą pojawiał się nowy garnuszek ze złotem. Elfy pieniędzy nie używały, więc nie miały zielonego pojęcia, co z nimi zrobić. Próby wywiezienia lub zakopania mnożących się monet podziałały tak samo (przecinek?) jak ze skrzatem – pojawiały się ponownie, w tym samym miejscu pod tęczą. – i tu?
Z każdym dniem w osadzie nasilało się także średnie niewyspanie na elfa. – jak rozumiem jest to żartobliwe określenie, może zatem dać w cudzysłów?
Sugerowali, że jedynym wyjściem może być opuszczenie skażonej osady, ale nikt nawet nie chciał o tym słyszeć. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?
Tłuszcza elficka nie zamierzała się uspokoić i gotowa była wydrzeć cenne zasoby Nici, by zrobić z nią… właściwie nikt nie wiedział (przecinek?) co.
Pojednanie zgasi piekielne światła tęczy i powstrzyma inflację, którymi pokarali nas bogowie! – wtrąciła się delegowana do sprawy członkini Rady Starszych, którą Erikh nazwał na własny użytek „Wielkogłową”. – powtórzenie?
To chyba dobre na zgodę? – zaśmiał się, a śmiech miał równie potężny (przecinek?) co wzrost.
Jak to jest, że do misji pojednawczych zawsze wysyła się najbardziej tępych zabijaków. – czy to nie zdanie pytające?
Kompanię śmiałków dopełniali (dwukropek?) czarodziejka „Czary-Mary” oraz jej uczeń „Czarek-Marek”.
Nogi zatrzymały się i na tyle, na ile potrafiły (przecinek?) „spojrzały” na zwiadowcę.
Wskoczył do swojego czółna i wiosłował (przecinek?) jakby goniła go nie jedna para nóg, ale cała stonoga z elfickimi odnóżami.
– … mówię wam, historia (przecinek?) jakich mało!
Pozbawieni magii w ciele orkowie byli bezradni wobec zaczarowanej materii i lepili się jak muchy do lepu. – stylistyczny?
– O (przecinek?) znakomicie, zwiadowco, znalazłeś jeszcze jednego! – ucieszyła się Wielkogłowa, podchodząc.
Dobrze pomyśla… powiedziałeś (przecinek?) zwiadowco!
Mogła naprawić niemal wszystko, choć elfy nie wiedziały do końca (i tu?) dlaczego.
Doszło nawet do rękoczynu, w którym jeden z mieszkańców kopnął któregoś z orków, przerywając świeży szew na jego ranie. Przez chwilę wydawało się nawet, że noga agresora nienaturalnie zagłębiła się w ciele jeńca, ale efekt szybko ustąpił, a w zamieszaniu nikt nie zwrócił na to uwagi. – powtórzenie?
Łuk tęczy zaczynał się na jednym krańcu osady, a kończył na drugim, ale złośliwie biegł dość płasko i niewysoko nad ziemią, tak (przecinek?) że raził światłem po całej długości.
Wyglądała, jak pomieszanie goblina z… właściwie wyglądała (przecinek?) jak goblin.
Masz skośne oczy, duży mózg i magię płynącą we krwi. Święta Nić to coś poza tobą – stwierdził.
Erikh chciał coś powiedzieć, ale zanim to zrobił, skrzat odskoczył zwinnie, a w miejscu, gdzie przed chwilą siedział, z dźwiękiem pękającej bańki mydlanej, (zbędny przecinek?) pojawił się nowy garczek złota. – powtórzenie?; literówka?
– To (przecinek?) na litość elfią, pojednajcie się i dajcie mi spokój.
Erikh prawie znów pochwycił skrzata, ale powstrzymał odruch.
Skrzat ponownie zaczął rzępolić. – powtórzenie?
Orkowie akurat chętnie brali złoto, ale tak (przecinek?) jak u was, też zawsze powracało ono pod łuk.
– Cóż począć, cóż mamy począć – zastanawiali się mędrcy, siedząc w półkolu na runicznych kamieniach. – czy oni nie zadali pytania?
Przyjął (przecinek?) co dali i ruszył na poszukiwania drugiej części swojego koszmaru.
„Idź (i tu?) synu, idź do wody” mawiał zawsze ojciec Erikha.
To nie brzmiało (przecinek?) jak poważne zdanie dla bohatera z epickiej opowieści.
– Wynoś się (znów przecinek przy Wołaczu?) heretyku!
Tylko (przecinek?) co z tego?
Był tak spity i zmęczony, że nawet wszechobecne, kolorowe światło nie przeszkadzało mu tak bardzo, choć sen miał płytki. – powtórzenie?
Rychło pojawiła się druga kończyna i obie, dzięki efektownemu saltu (przecinek?) osiągnęły pion.
Zwiadowca próbował wstać, ale było to jeszcze trudniejsze niż przed chwilą. Zaczął odczołgiwać się od upiornego zmartwychwstańca, ale nogi były szybsze. Wykonały dwa szybkie susy w jego kierunku, a potem Erikh stracił na chwilę jakąkolwiek wizję, po otrzymaniu kopniaka z półobrotu w czoło. – powtórzenia?
Przednimi zaś ujrzał płomienne (przecinek?) kolorowe ślepia wpatrzone w niego.
Otrząsnął się, choć było to trudne. Jego ciało było przyklejone do niebieskiej mazi zaklęcia, przy którym wcześniej trzymano orkowskich jeńców. – powtórzenie?
– Gdy bezczelnie nas podglądałeś, chyba nie sądziłeś, że w tak krótkim czasie, tak daleko zajdę? – powtórzenie; zbędny ostatni przecinek?
Czasem piszesz przymiotnik: „elfi”, czasem – „elficki” – czy nie trzeba tego ujednolicić?
Uczciwie, osiągnąwszy większe od elfów mistrzostwo w posługiwaniu się Świętą Nicią, zabieram (przecinek?) co do mnie należy – mówił spokojnie ork.
– …i wtedy nastąpił feralny pojedynek, w którym oboje zostaliśmy przepołowieni… – tu dopytam: czyli on i jakaś kobieta/elfka? ; hmmm, dalej jednak piszesz tak:
– Jednak, z woli tęczy i magii, rozbity słoik Świętej Nici utworzył więź między moim ciałem i ciałem elfa. Dość, by utrzymać życie w jego nogach i moim tułowiu. – czyli to był elf, czy elfka?
Przeprawiając się przez jezioro swoim czółnem, nie miał ochoty rozmawiać z odbiciem. Cóż zresztą mógłby powiedzieć? Kto w ogóle miał odpowiedzi na wszystkie powstałe wątpliwości. – czy to ostatnie zdanie też nie jest pytające?
Oj (przecinek?) wiesz (i tu?) kto ma.
Dziewczę rzuciło mu spojrzenie obłąkanych oczu, z których jedno sporadycznie odwracało się gdzieś w głąb czaski. – literówka?
Tak (przecinek?) jak wtedy, gdy zjadłam swojego piega.
Opowiadanie zdumiewa dziwaczną fabułą oraz nieprzewidywalnością. Jak rozumiem, mnóstwo dowcipu i absurdu ma zadziałać na korzyść bizarro i moim zdaniem świetnie Ci się to udało. :) Tekst jest imponująco wręcz absurdalny! :)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet
Czasem piszesz przymiotnik: „elfi”, czasem – „elficki” – czy nie trzeba tego ujednolicić?
sjp.pl mówi, że obie formy są poprawne ;) osobiście mnie to nie przeszkadza, moim zdaniem można je stosować wzajemnie, lecz przypominam, że jestem prostym inżynierem i magistrem historii, więc kompetetny w tej kwestii absolutnie nie jestem :) Mówię tak na chłopski rozum.
Ogólem stworzyłeś bardzo fajne, humorystyczne opowiadanie fantasy. Bardzo mi sie podoba ten styl tak samo jak poprzedniego opowiadania i juz pedzę kliknąć :)
Melendur88
sjp.pl mówi, że obie formy są poprawne ;) osobiście mnie to nie przeszkadza, moim zdaniem można je stosować wzajemnie, lecz przypominam, że jestem prostym inżynierem i magistrem historii, więc kompetetny w tej kwestii absolutnie nie jestem :) Mówię tak na chłopski rozum.
Melendurze88, bardzo możliwe, stąd – zawsze podkreślam, że to tylko sugestie, wątpliwości oraz zapytania, pojawiające się podczas czytania; też mi nie przeszkadzają, bynajmniej, wolę jednak dopytać. :)
Pozdrawiam serdecznie, ja nawet nie jestem inżynierem… :))
Pecunia non olet
Pozdrawiam serdecznie, ja nawet nie jestem inżynierem… :))
Może i lepiej :) Pozdrawiam i miłego wieczora bruce!
Melendur88
Może i lepiej :) Pozdrawiam i miłego wieczora bruce!
Dla mnie z pewnością.
Wzajemnie. :)
Pecunia non olet
Drodzy!
marzanie
jak to się mówi ładnie po polsku, lange nicht gesehen!
Dobrze, że zwabił Cię tytuł, mój bezczelny chwyt marketingowy zatem działa!
Dziękuję Ci za tak pozytywną opinię! Nie wiem, co chciałem tym tekstem powiedzieć o życiu, chyba wszystko i nic, ale dojrzewał we mnie jakiś już czas.
A do tego jeszcze zwroty akcji… lub akcja z samych zwrotów
Ależ zręcznie ujęte!
Moment, w którym przepołowiony ork dzieli się historią swojego życia, to moim zdaniem wisienka na torcie.
A że bywalcy biblioteki nie są molami i samym papierem nie żyją, tort zdecydowanie tam się przyda!
A to już w ogóle świetne sformułowanie i jakże dla mnie korzystne.
Bardzo się cieszę, że dobrze się bawiłeś i dzięki za tak pozytywny komentarz i klik!
bruce
bardzo dziękuję za łapankę, troszku się tego zebrało. Odniosę się chętnie do niektórych potem, bo część powtórzeń, czy sformułowań jest bardziej niż mniej celowa. Niemniej, jestem wdzięczny za poprawki i jak najszybciej je naniosę.
No i fajnie, że tekst się spodobał. Wiadomo, że jest on w trakcie konkursu, więc pewnie atencja będzie mniejsza, plus no, nie każdemu spodoba się odklejenie. Ale ostatnio świat wydaje mi się absurdalny :)
Dziękuję Ci bardzo 
melendurze88
dziękuję Ci za odwiedziny i pozytywną opinię. Cóż, o ile w poprzednich tekstach zdecydowanie wrotki były zapięte, tak tutaj zebrały się wszystkie moje cudaczne refleksje, prowadzące do odpięcia wrotek :). Miło, że i jedno i drugie jest dla Ciebie strawnym.
I bardzo dobrze, że masz już moc klików (dla mnie podwójnie dobrze), bo dużo się udzielasz!
Pozdrawiam!
PS:
A z elfim vs elfickim – o ile oba są poprawne w mojej ocenie, o tyle drugi jest raczej zwykły, traktuję to jako “ludzki”. A elfi ma dla mnie bardziej wydźwięk takiej gawędy, jak “człeczy”. I po prostu mi pasuje :)
A sądzę, bruce, że gdybyś była inżynierem, to znakomitym i kreatywnym. Ale zapewne lepiej dla wszechświata, że wybrałaś inne role :)
Bardzo dziękuję za łapankę, troszku się tego zebrało. Odniosę się chętnie do niektórych potem, bo część powtórzeń, czy sformułowań jest bardziej niż mniej celowa. Niemniej, jestem wdzięczny za poprawki i jak najszybciej je naniosę.
Przypuszczam, że część jest celowa, stąd tylko moje zapytania. :)
No i fajnie, że tekst się spodobał. Wiadomo, że jest on w trakcie konkursu, więc pewnie atencja będzie mniejsza, plus no, nie każdemu spodoba się odklejenie. Ale ostatnio świat wydaje mi się absurdalny :)
Dziękuję Ci bardzo
I ja bardzo dziękuję. :) Fakt – absurdu wokół nas coraz więcej. :)
PS:
A z elfim vs elfickim – o ile oba są poprawne w mojej ocenie, o tyle drugi jest raczej zwykły, traktuję to jako “ludzki”. A elfi ma dla mnie bardziej wydźwięk takiej gawędy, jak “człeczy”. I po prostu mi pasuje :)
No i wszystko jasne. ![]()
A sądzę, bruce, że gdybyś była inżynierem, to znakomitym i kreatywnym. Ale zapewne lepiej dla wszechświata, że wybrałaś inne role :)
Bardzo dzięki za tak miłe słowa. 
Jako dziecko dwojga magistrów-inżynierów, za żadne skarby świata bym nie chciała podążać Ich śladem i zdawać takich trudnych egzaminów, jakie Oni musieli w latach 50/60-tych. :) Teraz jednak to często po prostu wymóg czasów – część uczelni najzwyczajniej w świecie zamiast licencjata daje tytuł inżyniera. :)
Pecunia non olet
Witaj beeeecki,
Czyta się płynnie. Momentami bawi, a jako całość nie nudzi.
Wrotki (lub łyżwy) faktycznie odjeżdżają.
Masz dobre pióro do lekkich tekstów.
Duuuży plus za odwołanie do “Sound of Silence” S&G! (Witaj, ciemności, moja przyjaciółko.)
Czytałem w trybie szybkiego czytelnika (ze względu na dobicie projektami) więc żadnych sugestii poprawek 
Serdecznie pozdrawiam.
bruce
melduję, poprawki naniesiono! Jesteś Mistrzynią! Przecinki to chyba w Twoich żyłach pływają!
Z każdym dniem w osadzie nasilało się także średnie niewyspanie na elfa. – jak rozumiem jest to żartobliwe określenie, może zatem dać w cudzysłów?
Cały ten tekst jest żartobliwy, więc da radę bez ;)
pojawiały się ponownie, w tym samym miejscu pod tęczą. – i tu?
Tu zostawiam, bo ma podkreślać.
Jak to jest, że do misji pojednawczych zawsze wysyła się najbardziej tępych zabijaków. – czy to nie zdanie pytające?
Psułby mi tu pytajnik.
Czy garczek to nie synonim garnczka? Chyba jest. Kubuś Puchatek nie miał garczka?
– Cóż począć, cóż mamy począć – zastanawiali się mędrcy, siedząc w półkolu na runicznych kamieniach. – czy oni nie zadali pytania?
Tak samo, psułby mi pytajnik.
Bardzo dziękuję, mam nadzieję, że naniesione wszystko, bo robię to trochę na szybko (jutro cały dzień w drodze).
Jako dziecko dwojga magistrów-inżynierów, za żadne skarby świata bym nie chciała podążać Ich śladem i zdawać takich trudnych egzaminów, jakie Oni musieli w latach 50/60-tych. :) Teraz jednak to często po prostu wymóg czasów – część uczelni najzwyczajniej w świecie zamiast licencjata daje tytuł inżyniera. :)
Ale, przynajmniej po Twoich tekstach, wydaje mi się, że dobrze na tym wyszłaś, bo chyba lubisz swoje zajęcie i pasje :)
Czołem Piotrze,
Czytałem w trybie szybkiego czytelnika (ze względu na dobicie projektami) więc żadnych sugestii poprawek
Tym bardziej doceniam, że zdecydowałeś się poświęcić czas właśnie na mój tekst. Naprawdę :). Życzę, by projekty poskromiono, niczym niegodziwych antagonistów.
Duuuży plus za odwołanie do “Sound of Silence” S&G! (Witaj, ciemności, moja przyjaciółko.)
No tak się starałem sporo odwołań zrobić. Fajnie, że wychwyciłeś :)
Masz dobre pióro do lekkich tekstów.
Bardzo dziękuję. Cieszy 
Pozdrawiam!!!
Wrotki w opowiadaniu zostały wypięte całkiem. Autor pojechał dalej, ale trzeba przyznać, że z podwójnym tulupem.
Opowieść z drużyną, wędrówką, niebezpieczeństwami. Tylko nie ma pierścienia i jest sporo szaleństwa, ale może dlatego czyta się to lekko i z przyjemnością.
delulu managment
Beeeecki, dziękuję za dobre słowo. 
Przecinki to chyba w Twoich żyłach pływają!
Bardzo bym chciała. Niestety, z moich żałosnych tekstów wcale tak nie wynika… 
Czy garczek to nie synonim garnczka? Chyba jest. Kubuś Puchatek nie miał garczka?
A, możliwe, możliwe, nie spotkałam się z taką formą, Kubusia już nie pamiętam… :)
Wszystkie inne sprawy dyskusyjne – jasne, rozumiem. ![]()
Ale, przynajmniej po Twoich tekstach, wydaje mi się, że dobrze na tym wyszłaś, bo chyba lubisz swoje zajęcie i pasje :)
Bycie fanką Fantastyki – uwielbiam! 
Szkoły (jako instytucji) – nienawidzę od zawsze. :)
Historia – może być, choć nie ta wpajana łopatologicznie. :)
Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dzięki. :)
Pecunia non olet
Ambush, bardzo mnie to cieszy. Pierścienia powiadasz… :). Tulup, jakie piękne słowo! Dzięki za pomoc z opowiadaniem!
Bruce, nie wolno tak mówić o swoich tekstach! Swoją drogą, dlaczego ostatnio ich nie ma?! Smuteczek. A historia jest piękna, wpajanie jej łopatą to oczywista zbrodnia na sztuce :)
Beeeecki, tak rzeczywiście o nich myślę i dlatego piszę szczerze. :) Na razie skupiam się na innych priorytetach, niemniej – bardzo dziękuję. :)
Historia faktycznie jest piękna. :)
Pozdrowionka. 
Pecunia non olet