- Opowiadanie: Semrau - Syreny

Syreny

Moje uszanowanie

W ramach mojego pierwszego wkładu, chciałem podzielić się fragmentem książki nad którą od jakiegoś czasu pracuję. Mam szczerą nadzieję, że fragment rozdziału przypadnie do gustu. Proszę o opinie oraz przemyślenia i życzę miłego czytania.

Oceny

Syreny

 

Garfiel, którego erudycja malała proporcjonalnie do ilości alkoholu we krwioobiegu, wyraźnie już odprężony przysunął się nieco bliżej stołu i przyjrzał się twarzy skrzywionej niczym nos jej posiadacza. Patrzył, jak Beelz wprost przeciwnie do niego, z każdym kolejnym łykiem coraz bardziej gorzknieje.

Garfiel, który już do pewnego stopnia zaczął na piciu polegać w swym codziennym życiu, patrzył jak jego kompan, który to jakiś czas temu przedstawił mu owe cudowne rozwiązanie, na męczący go od tygodni problem, tak jak i on próbuje teraz zalewać smutki, ale osiąga zgoła odmienny efekt.

Skoczna muzyka, która przygrywała z drugiej strony wyraźnie kontrastowała z białym obliczem At Avarusa, którego uśmiech żadną miarą nie mógł wywrócić się do góry. Ludzie rozmawiali, kelnerka się krzątała, muzyka grała a śmiechy raz po raz rozbrzmiewały z różnych kątów tłocznego lokalu. Beelz natomiast z każdą chwilą coraz bardziej markotniał. Garfiel widząc to spróbował temu jakoś zaradzić.

– Czy chce może pan usłyszeć ciekawą historię, panie At Avarus?

Beelz nie zareagował w żaden sposób, obracając jedynie z grobowym wyrazem twarzy kufel, który już od pewnej chwili był praktycznie pusty.

– Widzi pan, jeszcze do niedawna w moim rodzinnym mieście żyły syreny. – Powiedział niespeszony brakiem zainteresowania ze strony kolegi.

Tu też Beelz pierwszy raz od jakiegoś czasu wykazał zainteresowanie. Nie zmieniając pozycji wbił spojrzenie w chłopaka i uważnie mu się przyjrzał. Minę dalej miał srogą, ale jego gadzie oczy zabłysły płomieniem fascynacji. To co przed chwilą usłyszał żywo go zaintrygowało. Po chwili odłożył naczynie i nieco się nachylił nad stołem.

– Niemożliwe. Atowie wybili całe to nieludzkie ścierwo zaraz po tym jak tu przybyli.

– Nie całe. Ja już tego nie pamiętam, ale w mojej rodzinnej miejscowości jeszcze nieco ponad dekadę temu żyło wiele syren. – Mówił Garfiel plącząc niekiedy słowa, ale za każdym razem szybko się poprawiając. – Żyły nad morzem i czasami zapuszczały się do rzeki nieopodal miasteczka. Były w zasadzie nieszkodliwe. Pływały tylko, śpiewały i czasami podkradały zdobycz rybakom, ale nigdy nikomu nie zaszkodziły, w zasadzie to w większości przypadków unikały wszelkich kontaktów. Podobnie zresztą robili ludzie unikali ich. Na początku gdy pierwszy raz zaobserwowano je koło wiosek i miast to wezwano oczywiście straż, ale nikt nie wierzył, że w szesnastej erze są w tej krainie jeszcze jakieś syreny. Nikt więc z nimi nic nie zrobił i tak już ludzie się do nich przyzwyczaili. Po prostu nie pozwalano dzieciom bawić się nad wodą i tak to już zostawiono. One unikały nas, a my ich. Najczęstszym i nieomal jedynym typem interakcji z nimi były te polegające na mimowolnych obserwacjach. Ludzie czasem z własnej inicjatywy, a czasem z przymusu zapuszczali się nad rzekę i przysłuchiwali ich pieśniom. Było to rzecz jasna pewnego rodzaju tabu, więc nikt nie stawał nad brzegiem, czy nie wskakiwał do wody by się im przysłuchiwać, z tyłu głowy zawsze była jednak ta myśl, że to potwory. Była ona u wszystkich z wyjątkiem głowy mojego stryja.

Beelz teraz już z nieukrywaną ciekawością usadowił się nieco wygodniej na krześle i założył rękę na rękę, jednocześnie jeszcze się trochę przysuwając.

– Czyli wychowywałeś się w mieście nawiedzanym przez syreny, przez prawdziwe syreny? – Powiedział Beelz bardziej do siebie niż do Garfiela, po czym odchylił się na siedzeniu.

– Tak, tak panie At Avarus. – Odparł roztargnionym głosem Varnan. – Jak już mówiłem, do tych jakby niepisanych zasad dotyczących syren nie stosował się mój stryj. Widzi pan jak mówił mi ojciec, syreny z czasem na dobre zagnieździły się w rzece. Widziano je niemal codziennie, a ich śpiew niósł się do miasta. W śpiewie tym natomiast rozkochał się mój stryj, który codziennie szedł nad rzekę i przysłuchiwał się syrenom, które nazywał rzecznymi damami. W wolniejsze dni mógł tam spędzać całe godziny. Wszyscy mu to odradzali, ale jemu jednak się nic nigdy nie stało. Syreny siedziały w wodzie i nigdy z niej nie wyszły, a stryj dalej nad tą wodę chodził. W pewnym momencie z nieznanych nikomu powodów zaczął do syren śpiewać i niekiedy przygrywać na flecie, z kolei te jak mu się zdawało zostały przez jego śpiew oczarowane. Te rzeczne damy zawsze trzymały się na dystans, gdy tylko ktoś zbliżał się do brzegu, albo przechodził przez most, to te do niego podpływały i przyglądały mu się, przysłuchiwały. Pływały za nim i nie opuszczały go nawet na krok, aż nie wrócił do miasta, albo nie wszedł na trakt po drugiej stronie rzeki. Stryj pewny tego, że stworom podobała się jego pieśń zaczął chodzić do nich jeszcze częściej, niekiedy zaniedbując nawet siebie i gospodarstwo. Siadał na plaży i śpiewał, próbował nawet imitować pieśni syren, które z kolei nieomal wychodziły na brzeg i słuchały, jak ten niekiedy i przez godzinę śpiewał i grał przeróżne wiejskie przyśpiewki, jak i te bardziej popularne kawałki. W okolicy zaczęli mówić na niego rzeczny kochanek, jako żart oczywiście. – Zatrzymał się na chwilę, by przetrzeć nos i podnieść jeszcze raz kufel. Ta pauza wyraźnie zirytowała serpenta siedzącego naprzeciw, który nic nie powiedział, tylko nerwowo pstryknął stawami. – No cóż, żarty ze stryjka w końcu jednak ustały. To co kiedyś było uznawane za niepokojące i głupie, teraz w oczach ludu uchodziło za godne podziwu i niezwykłe. Gadali, że prześpiewał syreny i że uwiódł je swoją pieśnią. Przynajmniej do czasu, bo pewnego jesiennego popołudnia, gdy stryjek jak co dzień poszedł nad rzekę, wyskoczyły na niego z wody wszystkie syreny, do których przez ostatnie miesiące śpiewał. Stryjek musiał źle zinterpretować sytuację, bo jak mówił mężczyzna, który wszystko obserwował z daleka, to ten zamiast uciekać podszedł jeszcze do nich z otwartymi ramionami, które zaraz potem wyrwały mu te diablice. Okazało się, że stryj nie był tak dobrym śpiewakiem, jak mu się wydawało, a jego rzeczne damy nie były mu szczególnie wdzięczne za dotrzymywanie czasu. Po tym wydarzeniu z małą pomocą posiłków wysłanych przez Annę, mieszkańcy wybili wszystkie syreny, które ostały się tam po Atach, a przynajmniej wszystkie które mieszkały w naszej rzece.

Beelz pobujał się chwilę na krześle, po czym podniósł głowę i spojrzał z zamyśleniem w sufit. Na jego twarzy malował się duży, wredny uśmiech. Mężczyzna po chwili lekko parsknął i zwrócił się do Garfiela.

– No no, niezła historyjka, chociaż wciąż ciężko mi uwierzyć, że jakieś potwory mogły jeszcze żyć, a w dodatku tak blisko ludzi. – Szczerzył się serpent.

– Miło mi to słyszeć. – Odparł Garfiel, którego pogodny nastrój nieco przygasł, gdzieś w połowie opowieści, a dość osobliwa reakcja na wieść o śmierci jego krewniaka nie do końca pomogła mu odzyskać dobry humor.

Beelz dopił ostatni, mały łyk i z wrednym uśmieszkiem rozejrzał się dookoła. Opowieść o śpiewaku ewidentnie poprawiła mu humor, ale tak samo jak dobry nastrój do niego przyszedł, tak samo, a może nawet szybciej, owy huraoptymizm go opuścił, pozostawiając go raz jeszcze zgorzkniałym. Jego uśmieszek nie zanikł całkowicie i nie od razu. Powoli przemieniał się w grymas niezadowolenia, pozostawiając jego bladą twarz pochmurną. Ta drastyczna i w zasadzie dość dziwna zmiana w wyrazie twarzy rudego serpenta, nie umknęła Garfielowi, którego zdrowe zmysły jeszcze nie opuściły mimo dobrych paru kolejek.

Koniec

Komentarze

Widzi pan jak mówił mi ojciec, w pewnym momencie syreny praktycznie na dobre zagnieździły się w rzece i widziano je tam już praktycznie każdego dnia, a przede wszystkim każdego dnia je słyszano. Ich śpiew w niektóre dni niósł się aż do miasta.”

 

propozycja redakcyjna:

Jak mówił mi ojciec, syreny z czasem na dobre zagnieździły się w rzece. Widziano je niemal codziennie, a ich śpiew niósł się do miasta.

 

Beelz jednak z czasem jedynie markotniał.”

 

„jednak”, „z czasem”, „jedynie” – trzy hamulce w jednym zdaniu

propozycja:

Beelz z każdą chwilą coraz bardziej markotniał.

 

Te rzeczne damy zawsze trzymały się na dystans, gdy tylko ktoś zbliżał się do brzegu, albo przechodził przez most, to te do niego podpływały i przyglądały mu się, przysłuchiwały.”

 

propozycja:

Rzeczne damy zazwyczaj trzymały dystans. Gdy jednak ktoś zbliżał się do brzegu lub przechodził przez most, podpływały bliżej, przyglądając mu się i nasłuchując.

 

Najczęstszym i nieomal jedynym typem interakcji z nimi były te polegające na mimowolnych obserwacjach.”

 

propozycja:

Najczęściej jedynym kontaktem z syrenami były przypadkowe, krótkie obserwacje.

https://www.wattpad.com/user/Pankovski

O faktycznie można poprawić te powtórzenia, dzięki za komentarz

MOJE USZANOWANIE 

 

Debiutu nie pogratuluję, gdyż żaden z Ciebie debiutant, tylko stary pisarzyna, dziadek literacki wręcz. A zatem;

 

Nie pamiętam tych widełek, ale 7k znaków to chyba jeszcze szort. Jak, źle mówię, niech mnie ktoś poprawi.

 

Garfiel, który już do pewnego stopnia zaczął na piciu polegać w swym codziennym życiu, patrzył jak jego kompan, który to jakiś czas temu przedstawił mu owe cudowne rozwiązanie, na męczący go od tygodni problem, tak jak i on próbuje teraz zalewać smutki, ale osiąga zgoła odmienny efekt.

Dużo powtórzeń, zaś sam początek drugiego akapitu wygląda bliźniaczo w stosunku do otwarcia pierwszego. Końcówka trochę niezgrabna, jest natłok informacji na krótkim odcinku tekstu. Moja propozycja;

 

“Garfiel zaczął do pewnego stopnia polegać na piciu w swym codziennym życiu. Owe cudowne rozwiązanie na każdy problem przedstawił mu pewnego razu właśnie jego kompan, który teraz siedział obok niego również próbując zalewać smutki. Efekt osiągał on jednak zgoła odmienny.”

 

Skoczna muzyka, która przygrywała z drugiej strony wyraźnie kontrastowała z białym obliczem At Avarusa, którego uśmiech żadną miarą nie mógł wywrócić się do góry.

Nie wiem, czy to błąd, raczej nie, ale ta muzyka kontrastująca bezpośrednio z obliczemm trochę mi zgrzyta. A co do uśmiechu, to słowo to niepotrzebnie tutaj padło, skoro zdanie wskazuje na tegoż uśmiechu brak. Jeszcze przydałoby się nieco podkręcić te zgorzknienie bohatera. Przeredagowałbym tak;

 

“Wesoły ton skocznej muzyki, która przygrywała z drugiej strony, kontrastowała wyraźnie z bladym, marsowym obliczem At Avarusa, którego kąciki ust za żadne skarby świata nie chciały unieść się do góry.”

 

– Widzi pan, jeszcze do niedawna w moim rodzinnym mieście żyły syreny. – Powiedział niespeszony brakiem zainteresowania ze strony kolegi.

Przydługie to didaskalium. Zrób może tak;

 

(…) syreny. – Kontynuował niespeszony postawą kolegi.

 

– Widzi pan, jeszcze do niedawna w moim rodzinnym mieście żyły syreny. – Powiedział niespeszony brakiem zainteresowania ze strony kolegi.

Tu też Beelz pierwszy raz od jakiegoś czasu wykazał zainteresowanie. Nie zmieniając pozycji wbił spojrzenie w chłopaka i uważnie mu się przyjrzał.

Powtórzenie, a do tego zmiana jego postawy nie została dobrze nakreślona. Ogólnie sprzęgnąłbym to jeszcze jakoś bardziej z dialogiem. Czyli uznaj moją poprzednią propozycję za niebyłą, bo całokształt proponowałbym taki;

 

– Bo widzi pan. – Kontynuował niespeszony postawą kolegi. – Jeszcze do niedawna w moim rodzinnym mieście żyły syreny.

Beelzowi drgnęła głowa. Podniósł wzrok z blatu i zaczął uważnie lustrować chłopaka. Minę dalej miał srogą, ale jego gadzie oczy płonęły płomieniem fascynacji. Widać pierwszy raz tego wieczoru coś szczerze go zainteresowało. Odłożył naczynie i z lekka nachylił się nad stołem.

– Niemożliwe. Atowie wybili całe to nieludzkie ścierwo zaraz po tym, jak tu przybyli.

 

Wywaliłem dwie rzeczy, już mówię dlaczego. Informacja o tym, że nie zmienił pozycji jest tutaj zbędna, zaś fakt, że Beelza zaintrygowało, wynika już z całości fragmentu.

 

– Nie całe. Ja już tego nie pamiętam, ale w mojej rodzinnej miejscowości jeszcze nieco ponad dekadę temu żyło wiele syren. – Mówił Garfiel plącząc niekiedy słowa, ale za każdym razem szybko się poprawiając

Błędu nie ma, ale jakoś zgrzyta. Nie wiem czemu. Zmień może na;

 

– Mówił Garfiel plącząc czasem słowa, jednak szybko się poprawiał

 

Sam nie wiem, nawet moja wersja mi zgrzyta xddd. Może w ogóle wywal to o poprawianiu? Wiem, co miałeś na myśli pisząc to , ale nie mam pomysłu jak zrobić wersję która by to oddawała i jednocześnie nie zakłócała w tym miejscu płynności. 

 

Podobnie zresztą robili ludzie unikali ich.

Tu chyba zjadłeś myślnik lub przecinek.

 

Beelz teraz już z nieukrywaną ciekawością usadowił się nieco wygodniej na krześle i założył rękę na rękę, jednocześnie jeszcze się trochę przysuwając.

Kolejność czynności do poprawy. W sumie to “usadowił” można wyrzucić, bo w końcu on cały czas siedzi, do tego za dużo orzeczeń by było. No ale może zostać, jak już wolisz. Moja propozycja;

 

Beelz, nie ukrywając już swojej ciekawości, przysunął się nieco bliżej. Usadowiwszy się wygodniej w fotelu skrzyżował ręce na piersiach.

 

– Powiedział Beelz bardziej do siebie niż do Garfiela, po czym odchylił się na siedzeniu.

Powtórzenie imienia. Można wyciąć. 

 

Tak, tak panie At Avarus. – Odparł roztargnionym głosem Varnan.

Zmień na “odrzekł”, to nie kłótnia.

 

. W śpiewie tym natomiast rozkochał się mój stryj, który codziennie szedł nad rzekę i przysłuchiwał się syrenom, które nazywał rzecznymi damami.

To “natomiast” tutaj jest bez sensu. Usuń lub wstaw tam “właśnie”

 

Te rzeczne damy zawsze trzymały się na dystans, gdy tylko ktoś zbliżał się do brzegu, albo przechodził przez most, to te do niego podpływały i przyglądały mu się, przysłuchiwały.

Logicznie trochę to błądzi. Ponadto tego olbrzyma podzieliłbym na mniejsze zdania i zgoła pdrasował;

 

Te rzeczne damy zawsze trzymały się na dystans. Gdy tylko ktoś zbliżał się do brzegu, lub przechodził przez most, chowały się w szuwarach. Z moim stryjem było jednak inaczej; Podpływały i przyglądały mu się, słuchając, jak gra.

 

Zatrzymał się na chwilę, by przetrzeć nos i podnieść jeszcze raz kufel. Ta pauza wyraźnie zirytowała serpenta siedzącego naprzeciw, który nic nie powiedział, tylko nerwowo pstryknął stawami.

==> Przerwał, by przetrzeć nos i raz jeszcze podnieść kufel. Nagła pauza zirytowała siedzącego naprzeciw serpenta, który z niecierpliwości zaczął aż pstrykać stawami. 

 

Okazało się, że stryj nie był tak dobrym śpiewakiem, jak mu się wydawało, a jego rzeczne damy nie były mu szczególnie wdzięczne za dotrzymywanie czasu.

==> Towarzystwa.

 

Beelz pobujał się chwilę na krześle, po czym podniósł głowę i spojrzał z zamyśleniem w sufit. Na jego twarzy malował się duży, wredny uśmiech. Mężczyzna po chwili lekko parsknął i zwrócił się do Garfiela.

To “mężczyzna” zbędne, psuje rytm.

 

Odparł Garfiel, którego pogodny nastrój nieco przygasł, gdzieś w połowie opowieści, a dość osobliwa reakcja na wieść o śmierci jego krewniaka nie do końca pomogła mu odzyskać dobry humor.

==> jeszcze pogorszyła jego humor.

 

Beelz dopił ostatni, mały łyk i z wrednym uśmieszkiem rozejrzał się dookoła. Opowieść o śpiewaku ewidentnie poprawiła mu humor, ale tak samo jak dobry nastrój do niego przyszedł, tak samo, a może nawet szybciej, owy huraoptymizm go opuścił, pozostawiając go raz jeszcze zgorzkniałym. Jego uśmieszek nie zanikł całkowicie i nie od razu. Powoli przemieniał się w grymas niezadowolenia, pozostawiając jego bladą twarz pochmurną. Ta drastyczna i w zasadzie dość dziwna zmiana w wyrazie twarzy rudego serpenta, nie umknęła Garfielowi, którego zdrowe zmysły jeszcze nie opuściły mimo dobrych paru kolejek.

Pan wybaczy, Panie Von Samplau, ale w tym fragmencie dzieje się jakieś absolutne trünzledage. No, ale spróbujmy;

 

Beelz dopił ostatni, mały łyk i z wrednym uśmieszkiem rozejrzał się dookoła. Opowieść o stryju-śpiewaku ewidentine poprawiła mu humor, ale cóż, nic nie trwa wiecznie. Mina w końcu zaczęła mu znów tężeć, i to w takim nie tempie, że krótką chwilę później, po junackim nastroju serpenta, nie było nawet śladu. Sam uśmieszek nie znikł jednak od razu, o nie! Przemieniał się on, wykrzywiał, by wreszcie ozdobić, w nowej, przedziwnej odsłonie, jego bladą, znów zgorzkniąłą mordę. Te mimiczne akrobacje straszące zza kosmyków rudej czupryny, nie umknęły uwadze Garfiela, który ciągle zachowywał czujność mimo wielu kolejek za sobą.

 

Opowieść o stryju i syrenach wspaniała, wyczuwam głębię, choć na ścisłą interpretację nas nie naprowadziłeś. Fabularnie rzecz ujmując, przedstawiona scena nie jest wyodrębniona jakoś brutalnie, nie trzeba znać całego kontekstu, by ją enjoyować, ale sugerowałbym dodać/dokleić jeszcze coś na końcu. Jaką konkluzję, lub pyskówkę bohaterów na przykład. Może jakieś filozofowanie? Rękoczyny też mile widziane.

 

SŁODKICH SNÓW! 

 

 

 

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Dzięki za komentarz i jak tak teraz patrzę to faktycznie da się jeszcze trochę, albo odrobinę więcej wygładzić, ale na usprawiedliwienie mogę rzec, że ten konkretny fragment pisałem już jakiś czas temu, a w dodatku w nieco chaotyczny sposób. Miło, że pomimo potknięć interpunkcyjnych i niekiedy logicznych powiastka przypadła do gustu. Poprawkami się zajmę, a co do kontekstu to postaram się jeszcze co nieco powrzucać, żeby nieco przybliżyć charakter bohaterów i ogólny zarys świata. Jeśli chodzi o pyskówkę, czy rękoczyny, to niestety z racji dość poczciwej natury Garfiela nie wchodzą one w grę, ale o tym da się przekonać na łamach całej książki. Jak Bóg pozwoli to kolejne fragmenty, które ewentualnie zamieszczę, będą lepiej doszlifowane.

 

Raz jeszcze dzięki i dobrej nocy życzę.

 

„wprost przeciwnie do niego”

Dla mnie brzmi jakoś  niezgrabnie, co powiesz na: „Beelz natomiast, w przeciwieństwie do niego, coraz bardziej gorzkniał” ?

 

 „Ludzie rozmawiali, kelnerka się krzątała, muzyka grała a śmiechy raz po raz rozbrzmiewały z różnych kątów tłocznego lokalu.”  

Brak przecinka przed „a”.

Powiedział niespeszony brakiem zainteresowania ze strony kolegi.”

Niespeszony? Może lepiej niezrażony.

 

„Na początku gdy pierwszy raz zaobserwowano je koło wiosek i miast to wezwano oczywiście straż”

Przecinki :)  Powinno być: „Na początku, gdy pierwszy raz zaobserwowano je koło wiosek i miast, to wezwano oczywiście straż”

 

„Tak panie At Avarus”

 Brak przecinka po „tak”: „Tak, panie At Avarus.”

 

„Odparł roztargnionym głosem Varnan.”

 Może lepiej będzie brzmieć:  „Odparł Varnan roztargnionym głosem.”

 

Tekst jest ciekawy i wciągający, z dobrze zarysowanymi postaciami i klimatem. Warto jednak wprowadzić kilka poprawek stylistycznych. Po dopracowaniu będzie jeszcze lepszy! laugh

 

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Nowa Fantastyka