01_Pies
– Czy może wreszcie coś z tym zrobić!?
W oczach dziecka tliły się łzy, poobgryzane paznokcie składały się jak do modlitwy. Stała zupełnie bezradna – ni to prosząc, ni to próbując zrozumieć sytuację. Wpatrywała się w niego oczami pełnymi bezbrzeżnego błagania…
– A co niby mam zrobić?
– Spraw, żeby przestał go bić!
Kilkadziesiąt metrów dalej sąsiad katował psa. Zwierzę uwiązane do drzewa początkowo próbowało się wyrywać, ale z każdym szarpnięciem obroża z cienkiej linki mocniej wpijała się w szyję. Coraz bardziej zakrwawiony kłębek futra rzucał się słabiej i słabiej, skuczał ciszej, a czasami jego skowyt przechodził w zupełnie ludzki, dogorywający jęk.
– To nie jest mój pies.
– Ale tak nie wolno! – tupnęła nogą.
Jej dotychczasowa bezradność przeradzała się w gniew. Dziecięca psychika nie chciała przyjąć do wiadomości tego, co się działo. Odrzucała nadchodzący, okrutny koniec czworonoga i gorączkowo szukała rozwiązania. Lubiła Buffeta, bawiła się z nim codziennie, był jej towarzyszem wycieczek, przyjacielem i obrońcą. Z oczu płynęły jej ciężkie łzy.
– Zrób coś!!
– To nie jest mój pies – powtórzył spokojnie, patrząc jej prosto w oczy.
– Jesteś podły! Jesteś podłym, złym, dzikim człowiekiem! – odwróciła się gwałtownie, zanosząc się płaczem.
Pies skomlał już prawie bezgłośnie, ostatnimi resztkami sił prosząc o litość. Człowiek stojący nad nim – czerwony na twarzy, zasapany, spocony – na chwilę przerwał katownię. Sięgnął po manierkę, pociągnął solidny łyk samogonu i oparł się plecami o ścianę.
– Proszę pana… – zbliżyła się nieśmiało. – Czy mogę prosić, żeby pan przestał go bić? Już dostał za swoje…
Patrzył na nią małymi, wciśniętymi w opuchłą od alkoholu twarz oczami jak bladawe guziki. Uśmiechnął się obleśnie, wyciągnął papierosa. Nie odpowiedział. Zaciągnął się.
Pobiegła do pobliskiego wiadra, napełniła miskę wodą, zwilżyła gąbkę. Może chociaż uda się ulżyć biedakowi w ostatnich chwilach. Może poczuje, że ktoś go jednak kochał, zanim odejdzie w nicość…
Patrzył, jak się nim opiekuje – jak delikatnie luzuje zaciśniętą na gardle linkę, jak poi, wyciskając wodę z gąbki na zapieczony, suchy pysk. Trzymała delikatnie rękę na jego pysku i powtarzała cicho:
– Będzie dobrze, Buffet. Będzie dobrze…
Łzy gęsto płynęły jej po policzkach.
Odepchnął dziewczynkę na bok jak niechciany przedmiot. Woda z miski rozlała się po bruku. Zamachnął się kijem, żeby zadać kolejną serię ciosów…
Z furią złapała go za nadgarstek i ugryzła z całej siły. Warknął gniewnie, próbował wyrwać rękę – ale wpiła się zębami jak suka broniąca szczeniąt. Człowiek zawył z bólu. Kij, który miał spaść na psa, wylądował na jej głowie. Padła na ziemię ogłuszona.
– Ty cholerna… – klął, trzymając się za krwawiący nadgarstek. – Prawie mi rękę odgryzłaś, szmaciaro!
Rozglądał się nerwowo – nie wiadomo, czy bardziej zdumiony jej atakiem, czy też w poczuci zagrożenia sprawdzając kto jeszcze czai się za jego plecami.
– Poczekaj, nauczę cię moresu, smarkaczu.
– Nie! – krzyknęła przeraźliwie, gdy jego cień stanął nad nią, a ciężki kij uniósł się wysoko.
Niebo było wyjątkowo czyste, o głęboko nasyconym, ciemnym błękicie, przez który przebijały srebrzyste promienie słońca. Piękny dzień, pomyślała. Taki piękny dzień…
Przed oczami zaczęły jej się pojawiać widokówki wspomnień – radosne chwile, pełne uśmiechu, ciepła i bliskości. Dni przedwcześnie zakończonego beztroskiego dzieciństwa. Potem wszystko zawirowało i opadł na nią bezpieczny, ciemny koc nieświadomości.
Obudziła się, czując delikatny dotyk mokrej gąbki na czole. Otworzyła oczy ostrożnie, jakby bała się potwierdzić, że wciąż żyje. Przez małą szybkę izdebki wpadały już słabnące promienie – dzień chylił się ku zachodowi. Próbowała poruszyć głową – tylko jęknęła, przeszyta ostrym bólem.
– W porządku, nie ruszaj się. Musisz odpocząć.
– Co z Buffetem?
– Jest twój. Leży obok.
– Jak to się stało?
Uśmiechnął się krzywo i nie odpowiedział. To nie była dobra wiadomość. Zacisnęła powieki.
„Boże, w co ja nas wplątałam” – pomyślała.
02_Ława
– Szanowni zebrani, proszę o ciszę. Przypominam o regułach zgromadzenia.
Sędzia śledczy podniósł głos i kilkukrotnie uderzył drewnianym młotkiem w ławę.
– Zebranie ma na celu wyjaśnienie okoliczności zajścia, które zakończyło się śmiercią obywatela naszej społeczności.
Izba na co dzień służyła za szkołę, wieczorami za świetlicę, a w razie potrzeby – za miejsce większych uroczystości lub zgromadzeń politycznych. Wykorzystywano ją także do postępowań prowadzonych w trybie „inquisitio”.
– Faktem jest, że poszkodowany obywatel naszego miasta poniósł śmierć w następstwie działań oskarżonego. Czy ktoś wnosi sprzeciw? Nie słyszę.
– Faktem jest, że poszkodowany uczestniczył w zajściu prywatnym, dotyczącym rzeczy będącej jego własnością, w co w sposób nieuprawniony włączyło się obce dziecko. Sprzeciw? Ponownie nie słyszę.
– Faktem jest, że dziecko usiłowało przeszkadzać poszkodowanemu, a usunięte siłowo z drogi odpowiedziało agresją – gryząc go najwyraźniej głęboko i boleśnie w nadgarstek. Sprzeciw?
– Faktem jest, że poszkodowany odpowiedział przemocą, broniąc siebie oraz swojej własności przed nieuprawnioną interwencją, uderzając dziecko drewnianą pałką. Sprzeciwu nie ma?
Sędzia przedstawiał ogólnie znane fakty, poddając je pod publiczny osąd. W izbie panowała względna cisza – przerywana jedynie pokasływaniami i chrząknięciami. Nie było dzieci ani kobiet. Tylko mężczyźni – ci, którym lokalne prawo przyznawało głos i prawo uczestnictwa w zgromadzeniach.
Rodzinę zmarłego reprezentowało dwóch braci siedzących w ławie po prawej stronie sędziego. Oskarżony siedział naprzeciwko. Bronił się sam.
– Według rodziny poszkodowanego zmarły poniósł śmierć wskutek uderzenia zadanego od tyłu w potylicę. Co na to oskarżony?
– To nie jest prawda. Śmierć była następstwem wypadku. Pchnąłem go, żeby obronić własne dziecko przed kolejnymi ciosami. Tamten, będąc nietrzeźwy, potknął się o własne nogi i huknął łbem o bruk.
Na sali podniósł się cichy szmer. Oskarżony mówił beznamiętnym głosem świadka zdarzenia – ani w tonie, ani na twarzy nie dało się wyczytać emocji czy poczucia winy. Sędzia uderzył kilkukrotnie młotkiem.
– Jest prawdą, że moja córka zachowała się niewłaściwie i spotkała ją za to słuszna kara. Od trzech dni nie wstaje z posłania, została ciężko pobita za swoje przewinienie. Gdybym jednak nie interweniował, niechybnie już by nie żyła.
– Co na to przedstawiciele poszkodowanego? – sędzia zwrócił się w prawo.
Bracia przez chwilę szeptem się naradzali.
– Możemy przyjąć do wiadomości wyjaśnienia oskarżonego, aczkolwiek nie dajemy im pełnej wiary. Nasze stanowisko jest proste: cokolwiek się tam wydarzyło, życia mu nie przywróci. Zwracamy jednak uwagę, że to oskarżony wmieszał się w nie swoje sprawy. Czy dziecko przeżyłoby słusznie wymierzoną karę – to hipoteza, której nie da się zweryfikować. Natomiast faktem jest, i sam oskarżony to potwierdził, że w następstwie jego działania – zamierzonego czy nie – poszkodowany nie żyje.
– Ów był cenionym członkiem naszej społeczności. Garbarz z zawodu, jak wiemy. Dostarczał skóry, z których nasza rodzina wyrabiała buty – dla nas i dla innych miast w tych trudnych czasach. Dzięki jego pracy i rzemiosłu społeczeństwo miało towary na wymianę. To przyczyniało się do względnej zamożności wielu z tu zebranych, a innych po prostu ratowało przed skrajnym ubóstwem.
Nikt ze zgromadzonych nie wymienił imienia zmarłego. Wraz z upadkiem starej cywilizacji wróciły dawne przesądy – o nieżyjących nie mówiono wprost najlepiej wcale, a już zwłaszcza w takich okolicznościach. Emocje trzymano na wodzy, nie chcąc przywoływać sił, które mogłyby zakłócić i tak kruchą równowagę zebrania.
– W efekcie zarówno nasza rodzina, jak i cała społeczność ponieśliśmy wymierne straty materialne. Kto nam to teraz zadośćuczyni? Oskarżony nie posiada majątku rzeczowego wartego poważniejszej uwagi.
Sędzia kiwnął głową – rozumiał i podzielał linię rozumowania.
– Działając jednak przede wszystkim ku wspólnemu dobru i zgodzie, jako odpowiedzialni obywatele jesteśmy gotowi cofnąć zarzuty wobec oskarżonego i zapomnieć o całej sprawie. Jeśli mamy tak uczynić, oskarżony w rewanżu wydaje nam swoją córkę na własność – jako ekwiwalent strat ludzkich, jakie nasza rodzina poniosła. Dziewczynka jest młoda, ogólnie zdrowa. Może porodzić wielu chłopców, którzy z czasem przejmą obowiązki garbarza, a może i nasze – jako szewców. To rzekłem i na tym kończę.
Rozprawa najwyraźniej zmierzała szybko ku końcowi, a postawione warunki brzmiały w tym świecie dość uczciwie. Życia nie przywrócisz, ale nowe na świat przynieść – możesz. Tłum pokiwał głowami w milczącym zrozumieniu.
– Nie ma na to mojej zgody – odpowiedział spokojnie oskarżony.
Zapadła konsternacja.
Sędzia wymienił spojrzenia z braćmi zmarłego i zwrócił się ku niemu suchym tonem:
– Oskarżony przemyśli swoje stanowisko. Propozycja jest nad wyraz hojna, biorąc pod uwagę straty, jakie rodzina poszkodowanego i cała społeczność poniosły.
Zrobił efektowną pauzę – cisza miała dać oskarżonemu przedsmak tego, co nieuchronnie nadchodzi.
Ten jednak nie odezwał się słowem. W jego spojrzeniu nie było emocji – tylko niezmienna, twarda wola, której żadne okoliczności nie mogły już ruszyć.
– Dobrze. Zatem pora na wyrok.
Uderzył trzy razy młotkiem w ławę.
– Oskarżony nie przystał na propozycję polubownego rozwiązania sprawy. Wykazał się przy tym bezdusznością i niskim poziomem odpowiedzialności za problemy naszego społeczeństwa, które przecież wynikły z jego własnych nieprzemyślanych działań. Ktoś taki nie może być członkiem naszego miasta. W związku z czym skazuję oskarżonego na banicję i nakazuję opuszczenie bram w terminie najbliższym.
– Kara ta nie wyłącza dochodzenia strat prywatnych przez przedstawicieli poszkodowanego. Mają prawo egzekwować je siłowo, stosując przemoc według potrzeby i uznania. Skazany, jako osoba wyjęta spod prawa, nie może liczyć na jego ochronę.
– Posiedzenie uznaję za zamknięte.
03_Wojna
Wojna.
Wojna tak naprawdę nigdy nie ustała.
Co jakiś czas milkły działa, chowano karabiny, ogłaszano pokój – tylko po to, żeby odbudować magazyny, wychować nowe, naiwne pokolenie i wyznaczyć kolejne cele do zniszczenia.
Wojna była konieczna. Tylko w niej można było uzasadnić rozwalenie starych cudów architektury, kultury i sztuki. Wynalazków, które przeczyły współczesnemu pojmowaniu nauki. Wojna – odwołująca się do najstarszego instynktu przetrwania – odwracała uwagę od tego, co naprawdę istotne. Od rzeczywistego celu procesów, które w niemal niewidoczny sposób przewijały się w tle.
Tu nigdy nie chodziło o ludzkość. Nie było dla niej planu zbawienia ani nawet doczesnej, szczęśliwej przyszłości. Ludzie byli potrzebni tak samo jak tanie narzędzia – po skończonej robocie wrzuca się je do pudła. Albo do trumny.
Szare ulice donikąd prowadziły szpalery pustych domów. Ich ślepe, wyłupione okna zastygły w martwym punkcie – jak wygasłe wspomnienia śmiechu bawiących się dzieci, wesołych rodzinnych spotkań, krewnych i znajomych. Pamięć o życiu, które istniało zanim nastała noc drapieżców. Zanim ciche, stalowe anioły śmierci przyniosły zagładę z powietrza.
Mówiono potem, że wśród ulic plątali się żywi-nieumarli. Chudzi, mizerni, ledwo trzymający się na nogach. Wypatrywali gorejącymi oczami miejsc, rzeczy, ludzi. Twarze wysuszone kurzem i łzami nie wyrażały już emocji – pozostał tylko grymas milczącego bólu. Nie odzywali się. Jedli niewiele i byle co. Tak, jakby życie z nich uleciało, a śmierć z nieznanych powodów wciąż ociągała się z zabraniem ciała.
Puste kościoły z wybitymi drzwiami i rozsypanymi witrażami stały już ciche, na zawsze ogłuszone. W ławkach tu i ówdzie zostali skostniali w samotnej modlitwie wierni – czekający na objawienie. Czym zawinili, że kazano im żyć w tak potwornych czasach? Przecież byli dobrymi ojcami, matkami, rodzicami… Kto i dlaczego ukradł im ich świat i podrzucił trupa?
Zapowiadano, że ludzkość skończy żywot raczej skomleniem niż hukiem. Nikt jednak nie wyobrażał sobie, jaka to będzie udręka. Czy nie prościej było załatwić sprawę jednym pociągnięciem – dużą bombą, najlepiej zrzuconą nocą, na ludzi we śnie?
Nikt tak naprawdę nie rozumiał, co się stało. Światowi eksperci mieli teorie, mistycy wizje, księża kazania. Politycy i elity władzy pochowali się jak szczury w norach – w przepastnie głębokich podziemnych bunkrach – i stamtąd co jakiś czas emitowali propagandowe bzdury. Tak, rząd sam się wyżywi… przynajmniej tak długo, jak starczy konserw w katakumbach. A potem najwyżej zaczną się dobierać do własnych czterech liter. Nic nowego. Robili to przez całe życie.
A miało być tak pięknie.
Sztuczna inteligencja zyskiwała nowe funkcje. Uczyła się błyskawicznie. Przejmowała kolejne zadania niezbyt lotnych przedstawicieli gatunku ludzkiego. Najpierw przestali być potrzebni dziennikarze i nauczyciele, zaraz potem lekarze. Ich praca i tak była już dawno oproceduralizowana w nieskończonym dendrycie decyzyjnym – którego zastosowanie wykluczało ludzkie podejście do człowieka: czytelnika, ucznia, pacjenta.
Następni odpadli prawnicy. System legislacyjny pączkował z taką obfitością, że zawód ten rozszczepiał się na coraz węższe kategorie ekspertów, usiłujących sprostać coraz większym wymaganiom w coraz ciaśniejszej specjalizacji. To i tak było nic w porównaniu z momentem, gdy w procesy prawotwórcze włączono AI. Dzienna liczba generowanych regulacji przekroczyła cały literacki dorobek ludzkości w znanym jej zakresie historii.
Jakieś pytania, wysoki sądzie?
Najdłużej trzymała się policja – choć główną robotę i tak wykonywali agenci AI: aniołowie stróże na stałe wpięci we wszystkie systemy komunikacji. Miałeś kiedyś słuchawki w uszach? A przyszło ci do głowy, że potrafią czytać fale mózgowe, a twój telefon dekoduje z tego twoje własne myśli?
Ludzie cieszyli się technologią zupełnie jak dzieci. Niewielu przyszła do głowy prosta konstatacja: to nie oni władają urządzeniami. Urządzenia władają nimi. Przecież to było wiadome od samego początku – od pierwszego czarnobiałego telewizora.
Prawda jest też taka, że nikt nie hodował ludzi po to, aby byli mądrzy i samodzielni. Mieli być użyteczni w wielkim dziele, którego ani nie znali, ani nie mieliby szans zrozumieć. Rodzice oddawali pociechy do szkoły z ulgą, wierząc, że ktoś wykona za nich trudną robotę wychowania. Sami wyszli z tych samych budynków, ławek, 45-minutowych lekcji i dawno zapomnieli, co podpowiadał im pierwotny, zdrowy dziecięcy instynkt: że szkoły to więzienia dla dzieci. Miejsca, w których naturalną inteligencję i chęć poznawania świata dławi się i tłumi, wpychając do młodych głów bezsensowne regułki. Po kilkunastu latach takiego procesu nawet najzdolniejszy kandydat zostawał najczęściej tylko mocno przytępionym posiadaczem tytułu magistra.
Jednostki, które widziały, co się święci, były w daremnej mniejszości. Zresztą nawet one nie ogarniały skali procederu, w którym nieświadomie brały udział. To mniej więcej tak, jakby ktoś próbował trzy-miesięcznemu tucznikowi – na dzień przed wizytą w rzeźni – wyłożyć zasady funkcjonowania supermarketów.
Tu nie było przypadku ani przestrzeni na bunt. System doskonale znał reguły i umiejętnie kanalizował niechętne nastroje, puszczając nagromadzoną parę w gwizdek. Zarządzanie ludzką masą było bardziej nudne niż trudne.
Zresztą rządzący sami byli tylko pionkami. Wiedzieli, że od nich nic nie zależy, więc zajmowali się walką o stołki, korupcją i intrygami. Kiedy przychodził rozkaz – należało go wykonać: ubrać maseczki, zaszczepić się, pogrozić palcem wrogowi demokracji. A potem można było znowu udawać wybrańca narodu – pod warunkiem, że udało się wstać trzeźwym.
Kluczowym poziomem decyzyjnym byli Regulatorzy. Oni – jako jedyni – znali plan dla ludzkości, jeśli nie w całości, to przynajmniej na najbliższe pięćdziesiąt lub sto lat. Na tyle, ile trzeba, żeby pogonić trzodę pod właściwy adres. Niewiele o nich tak naprawdę było wiadomo. Wśród nielicznych świadomych przewijała się nazwa „trzynaście rodzin”. Każdy jednak, kto zaszedł tak daleko w poznawaniu prawdziwej struktury władzy, wiedział też jedno: trzynaście rodzin nie może rządzić. Bo władza – cokolwiek by was w szkole o jej trójpodziale nie uczyli – jest ontologicznie niepodzielna.
Trzynaście rodzin to były słupy. Filary systemu, którego apex sięgał nieba. Tego sklepienia ze szklanego sufitu, którego nie widać. Którego nie da się przebić, ani argumentem, ani myślą, ani włócznią.
„Dowodem istnienia potwora są jego ofiary. Jest to dowód nie wprost, ale wystarczający.”
Szary, zapylony wiatr zamiatał ulice pełne śmieci i wspomnień.