Fantasy inspirowane mitologią nordycką i oczywiście pięknym zimowym pejzażem pani Anny.
Zapraszam do lektury!
Fantasy inspirowane mitologią nordycką i oczywiście pięknym zimowym pejzażem pani Anny.
Zapraszam do lektury!
Długa i żmudna wspinaczka dobiegła końca. Wulfhere stanął na szczycie ośnieżonej góry, a przed jego oczyma rozciągała się Dolina Wiecznej Zimy – cel podróży Nordlandczyka. Królestwo wielkiego Praojca, władcy lodowych olbrzymów. Miejsce przeszywające chłodem serce każdej śmiertelnej istoty, na tyle głupiej, by przekroczyć ogromne garby pradawnych gór i zstąpić do krainy boga. Wulfhere bez zastanowienia zszedł w dolinę. Nie bał się zimna, Praojca ani jego przerażającego potomstwa. Kroczył przed siebie niczym w transie. Czas na wątpliwości czy strach już dawno minął. Minął, kiedy wojownik opuszczał zgliszcza rodzinnej wioski i zadecydował o roznieceniu ognia zemsty w Dolinie Wiecznej Zimy. Był skupiony na celu wędrówki, pewny i spokojny jak nigdy w życiu. Oko za oko, ząb za ząb, życie za życie.
Wciąż szedł naprzód w stronę kolejnego, piętrzącego się na horyzoncie łańcucha górskiego. Przedwiecznej sadyby potępionego przez swą nieśmiertelną brać bóstwa. Władca olbrzymów nie zdawał sobie sprawy z prawdziwej siły oraz potencjału śmiertelników. Takich jak Wulfhere miał za nędzne, nic nieznaczące robactwo, którego krew stanowiła jedynie pożywkę dla jego wiecznie spragnionych pomiotów.
Ciężkie, wysokie buty Nordlandczyka tonęły w śniegu. Ciało drżało mimo okrycia z kilku warstw zwierzęcych futer. Wszędzie wokół biel, ani jednego drzewa, krzewu czy źdźbła trawy wychylającego się nieśmiało spod śnieżnego kobierca. Okropny wicher gwizdał szyderczo wśród licznych górskich jaskiń. Przypominał śmiech, okrutny, wysoki rechot.
– Śmiej się do woli! Śniegiem czy chłodem nie uda ci się złamać ostrza ludzkiej woli! – wykrzyczał wojownik na cały głos.
Udział w wielu wojnach z innymi klanami Nordlandu nauczył Wulfhere'a, że śmiech wroga oznacza paniczny strach i w takich przypadkach należy niezwłocznie roztrzaskać mu czerep toporem.
Rechot nagle ucichł, a czyste jak dotąd niebo zasnuły gęste chmury.
Instynkt podpowiadał Wulfherowi, że za chwilę coś się wydarzy. I nie zawiódł go. Nagle zadął potężny wicher, wzbijając w powietrze śnieżne drobiny. Zakrywające błękit północnego nieba obłoki, które pojawiły się niespodziewanie, szybko zstąpiły na ziemię i otoczyły wojownika niczym zasłona dymna. Nordlandczyk dobył topora. Nadchodzili wrogowie, forpoczta armii okrutnych sługusów. Wyczuł ich smród, zanim znaleźli się w zasięgu jego wzroku. Pierwszy zaatakował z lewej, wyskoczył zza woalu chmur niczym dziki zwierz. Wulfhere w porę zrobił unik, szybko odwrócił się w stronę potwora i rąbnął toporem w plugawy łeb. Monstrum padło bez życia na śnieżny kobierzec, jednak na ostrzu broni nie było ani kropli krwi.
To draugr – pomyślał wojownik.
Pojawiły się kolejne dwa monstra. Nieumarli mięsożercy o gorejących bluźnierczą energią życiową ślepiach. Uzbrojeni w zardzewiałe miecze i odziani w rozpadające się zbroje ruszyli do ataku. Prowadzony wprawną ręką Wulfhere'a topór zaśpiewał pieśń mordu pośród mroźnej zawieruchy. Poczwary nie miały szans, lecz po chwili spoza chaotycznego wiru przybyły następne. I kolejne, i kolejne. Nordlandczyk nienawidził uciekać z pola bitwy, lecz w tym przypadku nie miał innego wyjścia, draugrów było zbyt wiele. Zwinnie skoczył za zasłonę chmur i zaczął biec.
Byle szybko, byle przed siebie. Mimo wyjącego wiatru, cały czas słyszał za sobą trzask śniegu, odgłos pokracznie stawianych przez potwory kroków. Doskonały słuch wojownika jeszcze nie zawodził, niestety wzrok już tak. Gęste obłoki oraz śnieżyca bardzo ograniczały widoczność. Obawiał się, iż przez to wpadnie do jakiejś rozpadliny, która nagle pojawi się przed nim niczym szamańska iluzja. W końcu jego wróg na pewno miał w zanadrzu więcej niespodzianek i innych sztuczek.
Ponownie przeczucie go nie zawiodło. Niespodziewanie stracił grunt pod stopami i upadł. Stoczył się z jakiegoś urwiska ukrytego wśród magicznej zasłony. Turlał się dłuższą chwilę, by ostatecznie legnąć plackiem w miękkim śniegu. Był tylko nieco poobijany, toteż szybko wstał na równe nogi. Dziękował bogom, że nie wyrżnął głową o jakiś wystający głaz, inaczej tlący się w nim płomień zemsty prędko by zgasł. Podziękował niebiańskim raz jeszcze, gdy zauważył, iż nie stracił swego wiernego topora. Spojrzał do tyłu, aby przyjrzeć się urwisku, z którego tak spektakularnie zleciał, jednakże nie dostrzegł ani zbocza ani draugrów. Jedynie płaski śnieżny kobierzec i otulony woalem mgły szczyt, na który nie tak dawno się wspinał.
Cóż za plugawa sztuczka! – pomyślał.
Skierował wzrok naprzód. Zobaczył w oddali znajomy łańcuch górski – sadybę Praojca oraz las, nad którym zawisła gęsta chmura, jedna z tych, które wcześniej zasnuły całe niebo.
Nie było czasu na odpoczynek czy mitrężenie. Wulfhere ruszył dalej, popychany naprzód przez własny gniew i pragnienie odpłacenia się władcy skutych lodem ziem.
Szedł w stronę lasu. Śnieżna okrywa wyglądała na cieńszą niż wcześniej. Spod martwej bieli wychylały się liche źdźbła trawy oraz krzewy. Słabe i żałosne jak dusze potępionych cierpiące w najgłębszych czeluściach zaświatów.
Gdy ołowiane niebo przysłoniły korony pradawnych sosen, ciało Nordlandczyka przeszedł dreszcz. W otoczeniu drzew chłód jeszcze bardziej dawał się we znaki. Kolejna zapowiedź czegoś niedobrego. Zasadzka draugrów, pułapka, a może atak jakiegoś nowego monstrum na usługach Praojca i jego świty? Wulfhere drżał jak osika, lecz nie mógł się poddać. Chwilowe przycupnięcie na jednym z pobliskich głazów oznaczałoby porażkę. Musiał zmuszać swe ciało do ciągłego ruchu, inaczej zamarzłby na śmierć.
Niepokojąco cichy bór powoli gęstniał, w miarę szeroka ścieżka zwężała się coraz bardziej. Chorobliwa martwota otoczenia na szczęście nie przytępiła wyostrzonych zmysłów wojownika. Trzask zdeptanej gałązki, który usłyszał, był niczym okrzyk bojowy stu wojów szarżujących na wroga. Odwrócił się szybko, dobył topora. Zaczął kręcić nim młynki w powietrzu, nie mógł trwać w bezruchu.
Na wąziutką ścieżynę wyskoczył czarny jak noc wilk o gorejących ślepiach. Bez wahania ruszył na Wulfhere'a. Zęby oraz pazury zwierzęcia nie miały szans w starciu z ostrzem topora. Czerwień wilczej krwi ozdobiła biel śniegu. Kolejne wściekłe bestie wychynęły z zarośli. Wulfhere ciął dziko i bezlitośnie. Gdy jeden z atakujących wilków wbił zębiska w jego łydkę, wojownik zaśmiał się tylko i rozpłatał stworowi czaszkę. Czarnofutre monstra wciąż napierały, lecz Nordlandczyk nie dawał za wygraną. Walczył jak na prawdziwego syna północy przystało.
Kiedy ostatnie wilczysko zwaliło się bez życia na ziemię, Wulfhere padł na kolana. Krwawił z łydki oraz boku. Był zdyszany, wychłodzony i głodny, jednakże ponownie zbył śmiechem swe nieszczęśliwe położenie.
– Tylko na tyle cię stać? No już, wyjdź z ukrycia i spróbuj się ze mną w honorowej walce, wiedźmo! – wywrzeszczał.
Zjawiła się wreszcie. Ta, którą miał nadzieję odnaleźć i zabić. Córka Praojca. Wyłoniła się zza drzewa. Biała niczym otaczający ją śnieg i zupełnie naga. Piękną twarz otulały kasztanowe loki.
– Nie jesteś tak głupi jak myślałam, barbarzyńco – odezwała się melodyjnym, hipnotyzującym głosem.
Wulfhere uśmiechnął się.
– Doskonale wiedziałem, że twój tchórzliwy ojciec nie zmierzy się ze mną osobiście i wyśle swą małą czarownicę, by szybko zabiła nieproszonego gościa. Ale ty lubisz bawić się z ofiarą jak kot. Tak, dużo o tobie wiem, trzeba znać swego przeciwnika. Dobądź broni, Signe, i przygotuj się na śmierć – rzekł, usiłując z trudem wstać na równe nogi.
– Och, jakie to urocze, znasz nawet me imię – odparła z przekąsem.
– No już, wiedźmo! Pewnie się boisz, co? Całą moc przeznaczyłaś na magiczne sztuczki i przywoływanie potworów. Jesteś bezbronna. Stawaj do walki lub giń bez honoru!
– Ledwo żyjesz, nie dasz rady nawet mnie drasnąć! Skończysz jak twoi pobratymcy.
– Ty, przeklęta ladacznico, skrócę cię o głowę!
– Najpierw mnie złap, wojowniku!
Zaczęła biec. Szybko i zwinnie niczym łania. Nordlandczyk wyprostował się, zacieśnił uchwyt zaczerwienionej dłoni na toporze i ruszył za nią. Bolały go mięśnie, skóra szczypała z zimna, błysk w niebieskich oczach przygasał, lecz nie mógł się poddać. Nie teraz, gdy miał szansę wreszcie dokonać zemsty. Musiał przyspieszyć. Szybciej, jeszcze szybciej. Dyszał ciężko, serce waliło jak młotem, trzymana broń i przywdziane futra okropnie mu ciążyły. Musiał ją dogonić. Był już blisko, jeszcze bardziej przyspieszył, jednak ona wciąż się oddalała, śmiejąc się szyderczo.
– No już, złap mnie, złap, a będę twoja. Jesteś zbyt przystojny, aby tak po prostu wyssać z ciebie krew i porzucić na lodzie! – powiedziała Signe.
– Nie podzielę losu mego klanu ani nie dam sobie zamroczyć umysłu! Zabiję cię! – wysapał.
– To może dołączysz do naszej świty? Potrzebujemy takich silnych mężów! Byłby z ciebie doskonały olbrzym albo draugr.
– Nigdy! Już po tobie, podstępna żmijo!
Coraz szybciej i szybciej. Był już blisko, jeszcze kilka kroków, jeden zamach toporem i koniec. Otaczający Wulfhere'a świat rozmywał się, mężczyzna był skrajnie wyczerpany.
Nie! Nie teraz, muszę biec dalej, dogonię ją – mówił sobie w myślach.
Oboje wybiegli z lasu na otwartą przestrzeń. Warstwa śniegu stawała się coraz grubsza, Nordlandczykowi trudniej było przeć naprzód, Signe natomiast biegła tak samo szybko i zwinnie, chichocząc radośnie. Po dłuższej chwili biały kobierzec zastąpiła lodowa tafla – znaleźli się na zamarzniętej rzece. Było strasznie ślisko i Wulfhere upadł z impetem ku wielkiej uciesze boskiej córy. Nie miał już sił biec dalej, podniósł się z wielkim trudem, wziął zamach i rzucił toporem. Ostatnia nadzieja na zwycięstwo w tym szalonym pościgu. Broń przecinała powietrze w drodze do celu. Signe popełniła największy błąd, jaki można popełnić podczas bitwy. Widząc powalonego wroga natychmiastowo odwróciła się do niego plecami, pewna własnego triumfu. Jej uszu dobiegł świst nadlatującej śmierci, obejrzała się. Ostrze topora rozcięło gardło wiedźmy, a ona upadła na lodową taflę rzeki.
– Nie zwyciężyłaś, jeśli nie pozbawiłaś swego przeciwnika życia – szepnął Wulfhere i padł na twarz.
– Ty… Mój ojciec rozerwie cię na strzępy… Bragi, Bori… bracia kochani… uratujcie waszą siostrę… proszę… – wykrztusiła i zamknęła oczy na zawsze.
Wulfhere z ogromnym trudem przewrócił się na plecy, ostatni raz spojrzał śmiertelnymi oczyma na ołowiane niebo Doliny Wiecznej Zimy i wyzionął ducha.
Zemsta dokonana. Głód wewnętrznego płomienia Nordlandczyka został zaspokojony na zawsze. Tak jak mroźne legiony Praojca odebrały mu rodzinę i cały klan, tak on odebrał bogu jedyną córkę. Tamtej nocy cała dolina zadrżała w posadach, z gór stoczyły się ogromne głazy, lodowa tafla zamarzniętej rzeki pękła. Draugry, wilki oraz lodowe olbrzymy utworzyły żałobny kondukt i wniosły ciało Signe na najwyższy szczyt ośnieżonych gór.
Skute lodem królestwo zasnuł kir bezgwiezdnej nocy, lecz rządy martwej ciemności nie trwały długo, bowiem nagle mrok rozświetliła zorza polarna. I każdy wojownik północy spoglądając na pokaz widmowych świateł wiedział, że jest on symbolem wielkiego żalu oraz rozpaczy.
Praojciec złożył swą córę do lodowej trumny i tym samym utracił część siebie.
Oko za oko, ząb za ząb, życie za życie.

„Zima”, Anna Słoncz
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

Pecunia non olet
Piękne, szczegółowe opisy świata. Naprawdę czułam się, jakbym tam była. Mroźny krajobraz, śnieg, wiatr, wszystko pasuje do nastroju opowieści. Pasuje też do obecnie panującej pogody brrr
Zakończenie jest bardzo intensywne. Bohater poświęcił samego siebie, by dokonać zemsty, a ta ofiara nie przyniosła ulgi, jedynie domknęła krąg cierpienia.
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
bruce
Dziękuję za jurorski komentarz!
betweenthelines
Nie ukrywam, że oprócz obrazu pani Anny, inspirację dla tych opisów stanowił też po części widok z mojego okna ;D
Bardzo mnie cieszy, że opowieść się podobała. Dziękuję za lekturę.
Do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem!
Hej, trochę jak fragment sagi. Wyprawa wikinga była ciekawa – pełna walki i chwały, jak to w sagach:). Opisy potyczki z nieumarłymi, wilkam i pościg za wiedźmą wszystko fajnie zagrało i czytało się bardzo dobrze. Klikam i pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Czas na wątpliwości czy strach już dawno minął. Minął, kiedy wojownik opuszczał zgliszcza rodzinnej wioski i zadecydował o roznieceniu ognia zemsty w Dolinie Wiecznej Zimy.
Powtórzenie.
Takich jak Wulfhere miał za nędzne, nic nieznaczące robactwo, którego krew stanowiła jedynie pożywkę dla jego wiecznie spragnionych pomiotów.
Trochę nie wiadomo czyich pomiotów.
Bardzo połnocnie wyszło;)
Poczułam klimat sag, pradawnych wyrywających serca wrogom i przejmujący chłód.
Sagi niosą pewne ograniczenie, ale podobało mi się pójście dużo dalej poza obraz.
delulu managment
Hej, Bardziejaskrze
Dzięki za komentarz i klika bibliotecznego!
Cieszy mnie, że czytało się dobrze. Wikiński vibe jest, choć w zamyśle bohater miał być takim trochę kuzynem Conana Barbarzyńcy.
Choć przy pisaniu sekwencji walki, słuchałem utworów zespołu Heilung, więc ostatecznie chyba masz rację, że więcej tu z sag wikingów niż z Conana ;)
Pozdrawiam również!
Ambush
To powtórzenie akurat jest celowe, aby podkreślić trochę dramatyzm, nie wiem czy ostatecznie mi wyszło.
Chłodna pora roku, to musi być chłód w opowiadaniach ;)
Super, że się podobało i nie wyszło generycznie.
Pozdrawiam i dziękuję za kliczka!

Podążaj za białym królikiem.

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,
tekst poznałem rzetelnie, na nowo.
Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,
nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.
You cannot petition the Lord with prayer!
bruce
Dziękuję za jurorski komentarz!

Pecunia non olet
nie zdawał sobie sprawy z prawdziwej siły oraz potencjału śmiertelników.
Słowo “potencjału” burzy nastrój, brzmi w tym zdaniu zbyt współcześnie. Siły wystarczy.
W pierwszej scenie od razu przypomniało mi się Jotunheimen, to pasmo jest chyba pierwowzorem.
Zwinnie skoczył za zasłonę chmur i zaczął biec.
Brzmi trochę tak, jakby chmura była dekoracją teatralną.
na szczęście nie przytępiła wyostrzonych zmysłów wojownika
Jak się przytępi wyostrzone, to może otrzyma się normalne? ;D Zabrzmiało to nieco sztucznie.
Widząc powalonego wroga natychmiastowo odwróciła się do niego plecami, pewna własnego triumfu
Istotnie, niezbyt mądrze jak na czarownicę, ale też niezbyt przekonująco dla czytelnika.
Ostrze topora wbiło jej się w gardło,
Hola, hola, a nie w kark, jeśli stała do niego tyłem?
Wulfhere z ogromnym trudem przewrócił się na plecy, ostatni raz spojrzał śmiertelnymi oczyma na ołowiane niebo Doliny Wiecznej Zimy i wyzionął ducha.
Bo co, serce mu pękło? Za dużo bekonu z jajecznicą? Nie kupiłem tego. Chłop się przebiegł i wykitował?
Historia opowiedziała ładnie i obrazowo. Język może trochę zbyt “napuszony”, miejscami miałem wrażenie, że dramatyzm jest budowany przez określenia, nie przez działanie. Niemniej dobrze się czyta.
Finał – wybacz, Autorze, ale trochę mdły. Opowieść jest liniowa. Niby na końcu pokazuje się zorza, Praojciec rozpacza po stracie córki, ale…
… nie prowokuje do myślenia. Nie zostaje w pamięci. Nie zadaje pytań. Wiem, wiem, napiszecie że czas skręcania umysłu czytelnika w pętelkę minął, to nie Twin Peaks tylko opowieść o wikingu, prosty chłop zrobił co miał zrobić i umarł. Tylko są tacy, którzy marzą o czymś więcej. O tym, żebym po przeczytaniu poczuł się, jakby ten gość przywalił mi młotem.
Więc… jest napisane dobrze, sprawnie, ale to tyle.
Z uwag technicznych, warto zaznaczyć wyraźniej, że bohater w trakcie akcji udaje się w dolinę. Skoro zaczął wysoko, gdzie nie ma drzew, to żeby zejść na poziom sosen (masz tam sosny i bór) musi stracić sporo wysokości. W Skandynawii występują wyraźne piętra roślinności, poniżej tych pustkowi będą jeszcze lasy brzozowe, a dopiero potem sosna skandynawska. Rzeka też musi być stosunkowo płaska, żeby mogła zamarznąć i żeby mogli po niej biec.
Może wiedźma celowo wiedzie go w dolinę, żeby uchronić ojca? Jak ptaki, które uciekają przed drapieżnikiem od gniazda, udając, że są ranne? Takie odwrócenie ról, gdyby wybrzmiało, byłoby ciekawe.
Dodane: uwaga techniczna 2: większość ówczesnych technik rzutu toporkiem (toporem raczej trudno) nadawała raczej ostrzu broni kierunek pionowy. W rekonstrukcjach ludzie prawie zawsze tak rzucają, jest to bardziej naturalne ze względu na ruch nadgarstka. Zatem ostrze musiało ją precyzyjnie trafić w kręgosłup (skoro była tyłem) i to pionowo. Jest to bardzo malutki cel! Hm, ja bym z tego wybrnął tak, że bohater krzyczy “bogowie, prowadźcie moje ostrze zemsty” albo coś w tym stylu, wtedy wątpiący czytelnik nie będzie się czepiał – jak napisała kiedyś Finkla, bez magii się nie da 
Bardzo klimatyczne opowiadanie. Choć cel i motywacja głównego bohatera nie były niczym zaskakującym, kibicowałem mu przez cały tekst. Prosi się o cytat z “Dziadów”.
Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, –
Krew poczuła: z pod ziemi wygląda,
I jak upiór powstaje krwi głodna,
I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda.
Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,
Z Bogiem – i choćby mimo Boga!
Czytało się przyjemnie. Życzę powodzenia w konkursie! :D
ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz
.gif)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Witaj Storm !!
Króciutkie opowiadanie, szkoda, bo czytało się bardzo przyjemnie. Twist niebyt duży (zwłaszcza, że ostatnio czytałem twist Hesketa w opowiadaniu Creator). Na plus fajny klimat.
Pozdrawiam serdecznie!!!
Jestem niepełnosprawny...
Michaelu, Marszawo, Holly
dziękuję za komentarze jurorskie
Marszawo, oby ten kotek nie był zbyt surowy w ocenie ;>
marzan
Bo co, serce mu pękło? Za dużo bekonu z jajecznicą? Nie kupiłem tego. Chłop się przebiegł i wykitował?
Był wyczerpany, zmarznięty na kość i oprócz tego krwawił z łydki oraz boku. Może nie umarłby tak szybko, ale wciąż zagrożenie życia było realne.
Hola, hola, a nie w kark, jeśli stała do niego tyłem?
Fakt, ale w tym momencie mogła na przykład odwrócić się do niego. Zmodyfikuję ten fragment i będzie w porządku.
Zgadza się, wyszło bardziej nastrojowo, dlatego fabuła jest trochę liniowa, ale taki był plan.
Na miażdżące zakończenia przyjdzie jeszcze czas.
Dzięki za lekturę!
Gryzok_Półpospolity
Cieszy mnie, że się podobało. Na początku chciałem zarzucić jakimś wierszowanym wstępem, ale się rozmyśliłem. Eddą Sturlusona na przykład, choć Mickiewicz też nawet pasuje fabularnie., klimatycznie już mniej.
Dzięki i pozdrawiam!
dawidiq150
Przyjdzie jeszcze czas na szalone zwroty akcji ;D
Fakt, też się zastanawiałem czy nie dodać tu czegoś więcej. Wyleciała na przykład walka z lodowymi olbrzymami. Czas na dopiski niestety już minął.
Dziękuję, że wpadłeś i czekam na Twój konkursowy tekst!
A mi się podobało. Jako wielki fan Skyrima mogę tylko przyklasnąć rzezi draugrów, wilków i innego tałatajstwa. :D Swoją drogą, nie inspirowałeś się przypadkiem opowiadaniem ,,Córka lodowego giganta”? Kilka fragmentów (głównie pogoń za Signe i moment, w którym czarodziejka wzywa swoich braci na pomoc) wyglądało mi na celowe nawiązanie.
Dobądź broni(,) Signe(,) i przygotuj się na śmierć (…).
Wołacz z obu stron oddzielamy przecinkami. W pierwszej chwili pomyślałem, że ,,Signe” to nazwa broni. :P
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...
SNDWLKR
Cieszę się bardzo, że się podobało.
No, nareszcie ktoś odgadł trzecią inspirację :D (obraz „Zima”, widok z okna i oczywiście „Córka lodowego olbrzyma”)
To była pierwsza opowieść z Conanem Barbarzyńcą w roli głównej, jaką przeczytałem, nie mogłem sobie odpuścić, by nie pożyczyć co nieco od pana Howarda.
A Skyrim i pozostałe Elder Scrollsy jeszcze przede mną ;<
Dodałem przecinki.
Dzięki za lekturę oraz komentarz!
Cześć, Storm
Bardzo udana scena. Myślę, że w punkt objętościowo dlatego, że gdyby opko było dłuższe i utrzymane w formie relacji z walki, zaczęłoby usypiać. Nordyckie klimaty, zimno, pojedynek z czarownicą – podobało mi się. Tak się zastanawiam nad dialogami podczas pojedynków, bo nawet w przypadku bójki, w sensie w rzeczywistości, mało kto wdaje się w dyskusje, a w literaturze czy filmie, często bohaterowie pogaduszki sobie robią, no ale widocznie taki urok fikcji :-)
Wyraz futra, zamieniłbym na skóry, ale to moje widzi mi się :-)
Klik
Powodzenia w konkursie.
Pozdrawiam
Hej Hesket
Dzięki za komentarz i klika bibliotecznego!
Miło mi, że się podobało.
Też rozkminiałem czy nie zamienić futer na skóry, ostatecznie zdecydowałem się na futra, ale jeszcze się zastanowię.
Pozdrawiam również!
Bardzo mi się podobało. Zemsta najlepiej smakuje na zimno. Wyruszyłem z Wulfherem na tę wyprawę i czułem jak rośnie we mnie żądza krwi wrogów. Całość prosta, “liniowa” i dobrze. Nie ma co przy takich historiach kombinować.
Pozdrawiam!
AP
Dziękuję za lekturę i klika bibliotecznego.
Również jestem zdania, że jeśli opowieść jest dobra, to na liniowość można przymknąć oko.
Cieszy mnie, że według Ciebie tutaj się to udało.
Pozdrawiam również!
No, nareszcie ktoś odgadł trzecią inspirację :D
Yay! Co wygrałem? XD
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...