
Słońce dopiero wspinało się nad Brinvale, rozlewając po białych wieżach i blankach ciepły blask. Miasto budziło się niechętnie, jak ktoś, kto przespał zbyt krótką noc. Z podwórek dobiegał szczek psów, z uliczek gwar pierwszych targowych przekupek, a z murów słychać było stłumione okrzyki wartowników. Daleko, niemal na samym skraju horyzontu, migotała w świetle poranka rzeka Lemne, leniwa i szeroka niczym pas srebra przecinający położoną między Północą a Południem równinę.
Na jednej z najwyższych wież, gdzie w powietrzu czuło się jeszcze nocny chłód, stało dwóch mężczyzn. Starszy, około sześćdziesięcioletni, opierał się o kamienne krenelaże. Purpurowo-złote szaty lśniły w pierwszym świetle dnia, a na jego dłoni, w której trzymał zmięty list, połyskiwał pierścień namiestnika. Znak przysięgi, której sam już nie był pewien.
Obok niego, schowany lekko w cieniu, stał młodszy człowiek – drobny, z elegancką bródką i czarnymi włosami gładko zaczesanymi do tyłu oraz spojrzeniem, w którym czaiła się czujność. Choć z pozoru rozmówców różniło wszystko – wiek, pochodzenie, sposób, w jaki trzymali się na nogach – to jednak łączyło jedno: obaj wiedzieli, że świt nie przynosi dziś ulgi.
Gar Vestings stał chwilę w milczeniu, jakby ważąc w dłoni nie tylko list, lecz całą swoją przyszłość. Wzrok miał skierowany na północ, na migoczącą w oddali rzekę i ziemie po drugiej stronie. W końcu odezwał się cicho, bardziej do siebie niż do swojego towarzysza:
– Gdy król Gordon mianował mnie namiestnikiem Nowego Południa, sądziłem, że to największy zaszczyt, jaki mógł mnie spotkać.
Mówił lekko podniesionym głosem, w którym dało się słyszeć twardy północny akcent. Spojrzał na pierścień na palcu, obracając go powoli, jakby jego ciężar stał się teraz nie do zniesienia.
– Myślałem, że po okrutnych rządach Tana Kesslera, to właśnie ja przyniosę Południu długo wyczekiwane wytchnienie. A teraz widzę, że to była pułapka. Sidła, które zastawili na mnie moi wrogowie w Karthalion.
Spojrzał na trzymany w dłoni list, po czym wskazał go swojemu rozmówcy.
– Stolica żąda wyjaśnień. Chcą raportów, liczb, nazwisk. Ale przede wszystkim szybkiego opanowania sytuacji. – Jego głos stwardniał. – Jeśli tego nie zrobię…
Odwrócił się i gorzkim wzrokiem spojrzał na horyzont.
– Wystawili mnie między gniew Króla a Południa. Manewr z lokalnymi zarządcami miał mi zjednać przychylność tutejszych rodów. Pokazać, że mogą mieć głos. A mimo to znów sięgają po broń. Wyciągnąłem do nich rękę, a oni wzięli to za słabość.
Stojący o krok za nim mężczyzna, milczał chwilę, po czym odezwał się spokojnie, z nutą ostrożnej zuchwałości:
– Może, panie, problem nie w tym, że byłeś zbyt łagodny…
ale w tym, że zaufałeś niewłaściwym ludziom.
Mimo, iż ubrany był w modne północne szaty, w jego miękkim głosie wyraźnie dźwięczał południowy akcent.
Gar obejrzał się przez ramię.
– Niewłaściwym?
– Takim, którzy mają więcej własnych ambicji niż lojalności – wzruszył ramionami. – Chciałeś pokazać, że rozumiesz Południe i liczysz się z jego głosem. Ale może zapomniałeś, jak bardzo dumny jest to lud.
– Może masz rację. A może po prostu nie wszyscy potrafią się tak dostosować jak ty, Lysie Cartage.
Młody mężczyzna uniósł brew i uśmiechnął się lekko.
– Adaptacja to kwestia przetrwania, mój panie. Nie ideałów.
Vestings milczał przez chwilę. Wsłuchiwał się w dobiegający z dołu gwar miasta. Tam życie trwało dalej, jakby nic się nie działo. A jednak w spojrzeniu namiestnika nie było ulgi.
– Co zamierzasz teraz zrobić? – zapytał cicho Lys.
Gar nie odpowiedział od razu, wciąż patrzył w dal.
– Podjąłem już stosowne kroki w celu rozwiązania problemu buntowników. – Zamilkł na chwilę, jakby ważył każde słowo. – Jeśli wierzysz w bogów, Lys, módl się, by to zadziałało. Bo jeśli nie… to nie Darion Hall będzie się musiał martwić o swoją głowę.
W powietrzu zawisła cisza, jakby nawet wiatr wstrzymał oddech. Cartage przestąpił z nogi na nogę, nagle mniej pewny siebie.
– Aż tak obawiasz się króla Gregora?
Namiestnik uśmiechnął się gorzko.
– Nie. To nie króla trzeba się lękać, mój chłopcze.
Vestings przyjrzał się trzymanemu w dłoni listowi, po czym nagle rozdarł pergamin w pół. Potem jeszcze raz. I jeszcze.
Wychylił się przez blanki i wyrzucił strzępy w powietrze. Wiatr porwał je natychmiast, roznosząc nad dziedzińcem. Kilka z nich zatańczyło na tle nieba, unosząc się jak blade, nieme ptaki. Na jednym z fragmentów, wirującym przez krótką chwilę w świetle poranka, błysnęła krwistoczerwona pieczęć z odciśniętym znakiem klucza – symbol Wielkiego Kanclerza.

†
Koniec lata rozlał się po Kade ciepłem i złotym blaskiem. Pola po obu stronach drogi miały barwę dojrzewających zbóż, a na rosnących gęsto wzdłuż traktów drzewach liście dopiero zaczynały żółknąć, zapowiadając zmianę. W powietrzu unosił się zapach kurzu, siana i dymu – gdzieś w oddali ktoś palił resztki zżętego zboża.
Po ubitej, lekko błotnistej drodze od północy zbliżało się czterech jeźdźców. Ich konie, zmęczone długą drogą, stąpały ostrożnie po nierównościach, ale żaden z mężczyzn nie wyglądał na znużonego. Rozmawiali półgłosem. Czasem któryś z nich cicho się zaśmiał, jakby dzielili żart, który tylko oni mogli zrozumieć.
Na czele jechał mężczyzna w lekkim, srebrnym pancerzu. Jego ciemne włosy zaczesane były do tyłu, a kruczoczarne wąsy przystrzyżone z niemal dworską starannością. Na plecach miał prostą, drewnianą tarczę w kształcie koła, na której widniał wyryty herb – pojedyncze pawie pióro, ledwie widoczne spod warstwy kurzu i błota. Zresztą, cały ekwipunek rycerza sprawiał wrażenie bardziej praktycznego niż wystawnego. Wyjątkiem był jedynie wiszący u pasa długi miecz z ozdobną rękojeścią.
Gdy minęli zakręt, zobaczyli samotnego chłopa prowadzącego obładowanego workami osiołka. Wiódł zwierzę powoli, uważając, by nie wpadło w koleinę. Zatrzymał się, gdy dostrzegł jeźdźców, i instynktownie uchylił głowę.
Dowódca uniósł dłoń, zatrzymując swoją grupę. Przez chwilę patrzył na chłopa z uśmiechem, który, gdyby nie lekki błysk w oku, można by uznać za przyjazny.
– Dobre południe, gospodarzu – odezwał się, zsiadając z konia.
– Dobre, panie – odparł przechodzień, zerkając niepewnie na dyndający u pasa nieznajomego miecz.
– Powiedz mi, przyjacielu, którędy do Arven?
Chłop przez moment milczał, jakby się zastanawiał, czy pytanie to nie ma drugiego dna. Potem wskazał palcem na południowy wschód, w stronę, gdzie trakt znikał między wzgórzami porośniętymi lasem.
– Tamtędy, panie. Dwa dni jazdy, jeśli konie dobre, a pogoda dopisze. Ale to niebezpieczne okolice, lasy pełne są włóczęgów i gorzej jeszcze…
– Włóczędzy nas nie przerażają, przyjacielu – przerwał mu nieznajomy. – A to za twoją dobrą radę.
Mężczyzna uśmiechnął się szerzej i rzucił chłopu coś błyszczącego. Złota moneta z miękkim dźwiękiem uderzyła o wyciągniętą dłoń.
Podczas gdy rolnik z niedowierzaniem patrzył na błyszczący w jego ręce pieniądz, rycerz wsiadł na konia i wrócił do swoich towarzyszy.
– Jeśli nadal będziesz taki hojny, to złoto skończy się nam szybciej niż wino, Patrick – rzucił jeden z nich.
– Dlatego właśnie trzeba wiedzieć, gdzie znaleźć go więcej – odpowiedział dowódca.
Ruszyli z wolna we wskazanym przez chłopa kierunku a ich śmiech niósł się jeszcze chwilę po drodze, mieszając się z szumem wiatru i stukotem końskich kopyt. Po chwili Wesoła Kompania, pogwizdując cicho, zniknęła między wzgórzami.
†
Słońce stało wysoko, a sierpniowe powietrze drżało lekko od ciepła. Od czasu pojedynku Davrela z Nairem Waldronem w Arven i okolicach nastał niespotykany wręcz spokój. Patrole wojska zniknęły bez śladu, a i ruch oporu jakby ograniczył swoją działalność. Byli jednak i tacy, którzy w panującej wszem i wobec sielance przeczuwali kolejny podstęp nieprzyjaciela z Północy.
Na pastwisku za stajnią stały dwa konie a ich grzbiety rzucały krótkie i ostre cienie na wyschniętą ziemię. Davrel klęczał przy jednym z nich, poprawiając żelazną podkowę. Co jakiś czas przeganiał muchy, które uporczywie siadały na jego szyi. Wokół pachniało sianem i potem zwierząt, a z oddali dolatywał odgłos uderzającego o kowadło młota. Gdzieś na drodze przejeżdżał wóz, a jego skrzypienie mieszało się z gdakaniem kur i nawoływaniami dzieci.
Mężczyzna wstał, przeciągnął się i przesunął dłonią po karku konia. Ciepła skóra drżała pod palcami. Wtem, na żwirowej ścieżce prowadzącej od centrum Arven, usłyszał pośpieszne kroki.
– Davrel! – Głos należał do Retha Antonina. Księgarz zbliżał się szybko, niemalże biegiem.
– Co tam Reth, zabrakło ci pergaminu? – rzucił szlachcic półżartem.
Zapytany nie odpowiedział od razu. Był wyraźnie zdenerwowany – ubranie miał w nieładzie, twarz spoconą a włosy przyklejone do czoła. Kiedy wreszcie się odezwał, jego głos był suchy i chropawy.
– Nie uwierzysz co mi się dziś przytrafiło – urwał na chwilę, próbując złapać oddech. – Rano odwiedził mnie pewien człowiek. Twierdził, że jest czarodziejem!
– Czarodziejem? – powtórzył z rozbawieniem Davrel, wycierając ręce o skórzany fartuch. – I co, chciał może jakąś magiczną księgę?
– To też, ale przede wszystkim pytał o Dariona.
– O Dariona?
Davrel spoważniał. Nie ruszył się, tylko przez moment milczał, jakby ważył słowa, które właśnie usłyszał. Potem odwrócił się do konia i pogładził go po szyi, jakby nic się nie stało.
– I co mu powiedziałeś? – zapytał spokojnie.
– Prawdę – odparł Reth. – Że od czasu nieudanego ataku na garnizon w Harrowden nikt go tutaj nie widział.
Szlachcic skinął głową, nie odzywając się więcej, choć w jego oczach dało się dostrzec cień czujności.
Reth milczał przez chwilę, jakby nie chciał mówić dalej, ale w końcu dodał cicho:
– Kiedy już odchodził, podziękował i… dał mi to!
Wyjął z kieszeni złotą, błyszczącą monetę. Davrel rzucił na nią okiem, a w jego spojrzeniu pojawił się nagle dziwny błysk.
– Hojny jak na czarodzieja.
– To nie wszystko. Powiedział, że jeśli jeszcze coś sobie przypomnę, to ma takich więcej.
– A jak wyglądał ten twój mag?
– Szczerze mówiąc, dość przeciętnie – odpowiedział Reth, a w jego głosie wybrzmiała nutka rozczarowania. – Młody, nie więcej niż trzydzieści lat. Krótkie włosy w kolorze słomy. Na sobie miał zwykłe ubranie, choć porządne. I szkarłatną pelerynę z kapturem. Dobra tkanina, nie jakaś szmata z jarmarku.
Davrel roześmiał się mimo woli.
– Opis zaprawdę godny księgarza – powiedział z rozbawieniem. – A wiesz może gdzie znajdę tego czarodzieja?
– Powiedział, że zatrzymał się w gospodzie Pod Czerwonym Zającem. Możliwe, że jeszcze tam jest.
– Zobaczymy – powiedział z namysłem Davrel. – Dziękuję ci, Reth. Dobrze, że przyszedłeś. Zawsze lepiej wiedzieć, kto się kręci po mieście.
Następnie podszedł do jednego z koni i, trzymając się jedynie grzywy, płynnym ruchem wskoczył na jego grzbiet.
– A ty dokąd? – zapytał zdumiony księgarz.
– Zapytać o kilka spraw.
– Ale tak bez siodła?
– Nie jest mi potrzebne, na wschodzie też się tak jeździ – to powiedziawszy spiął piętami boki rumaka i ruszył w stronę miasteczka.
Reth skinął mu na pożegnanie i odszedł, wciąż trzymając monetę, jakby nie wiedział, czy powinna go ona cieszyć czy niepokoić.
Słońce chyliło się powoli ku zachodowi, a kurz unoszący się za kopytami jego konia błyszczał w złotym świetle. Przed Davrelem, na drugim końcu traktu, widać już było dachy Arven i stary szyld gospody Pod Czerwonym Zającem, kołyszący się leniwie na wietrze.
†
Wnętrze gospody Pod Czerwonym Zającem pachniało piwem, dymem i starym drewnem. Powietrze było ciężkie od ciepła paleniska i rozmów, które to gasły, to znów podnosiły się, w miarę jak opróżniano i napełniano kolejne kufle. Davrel zatrzymał się w progu, przyzwyczajając wzrok do półmroku.
Zauważył ich od razu. Siedzieli w kącie sali, przy stole, który aż uginał się od lokalnych przysmaków. Jednak znajdującym się przy nim mężczyznom wyglądem daleko było do typowych mieszkańców Arven. Na tle pozostałych gości wyróżniali się nie tylko swoim barwnym ubiorem, ale też bijącym od nich spokojem. A także tą trudną do przeoczenia aurą, jaka otacza poszukiwaczy przygód.
Przywódca bandy, którego pozostali nazywali Patrickiem, siedział bokiem do reszty, wsparty łokciem o stół. W dłoni trzymał karty a cała jego sylwetka emanowała pewnością siebie.
Jego rywalem w rozgrywce był drobny mężczyzna o jasnych włosach i niemal dziecięcej twarzy całkowicie pozbawionej zarostu. Nerwowo miął karty w dłoniach, co chwila spoglądając na przeciwnika. Krwiście czerwona peleryna zwisała z oparcia jego krzesła.
Po jego prawej stronie siedział chudy i blady jegomość, z czarnymi włosami i rzadkim zarostem. Ubrany był cały na czarno a przez ramię przewieszony miał pas z nożami do rzucania. Jeden z nich obracał w palcach, z wprawą człowieka, który potrafiłby z odległości dziesięciu kroków trafić przeciwnika prosto w oko.
Ostatnim w towarzystwie był natomiast człowiek krągły i pogodny. Ciemne włosy, starannie ogolona twarz i szeroki uśmiech, odsłaniający charakterystyczną szparę między górnymi zębami, nadawały mu niezwykle sympatycznego wyglądu. Jedynie błysk inteligencji w oczach zdawał się zdradzać jego prawdziwą naturę. Ubrany był w skromny wojskowy kaftan barwy dojrzałych śliwek, a w dłoniach trzymał lutnię, na której brzdękał lekką, nieco ironiczną melodię.
Davrel zatrzasnął za sobą drzwi, poprawił płaszcz i ruszył przez salę w ich kierunku.
– A niech mnie… – rzucił, zatrzymując się przy stole. – Patrick de Coteau i reszta Wesołej Kompanii. Spodziewałbym się was wszędzie, tylko nie w Arven!
– Nie wierzę, toż to Davrel Gris! – przywódca grupy wydawał się szczerze zaskoczony. – My jesteśmy tu w interesach, ale powiedz co, na bogów, ty robisz w takiej dziurze.
– Mieszkam. Arven to mój dom.
– Teraz to żeś palnął, Pat! – mężczyzna w śliwkowym kaftanie roześmiał się gromko.
– Ty się, Generał, już dziś lepiej nie odzywaj… – odpowiedział mu Patrick, po czym zwracają się znów do Davrela rzekł:
– Chodź, niech no cię uściskam.
Wstał od stołu, a wraz z nim pozostali członkowie Wesołej Kompanii. Po kolei zaczęli widać się z nowoprzybyłym. Pozostali goście, wśród których znajdował się również Adam de Vrij, przyglądali się im z niedowierzaniem.
– A cóż to za interes, o którym wspominałeś, macie do ubicia w Arven? – zapytał Davrel, gdy już ponownie usiedli przy stole.
– Taki jak zwykle. Jest nagroda za głowę jednego buntownika. Darion Hall, słyszałeś o nim może?
– Jak chyba każdy w Kade. Ale to nie temat na rozmowę w takim miejscu. Pod moim dachem będzie ciszej – dodał po chwili, zniżając głos. – Przyjdźcie dziś na kolację.
– Uuu, czyżby szykowała się darmowa wyżerka? – zapytał wesoło ten, którego Patrick nazwał wcześniej Generałem – A wino też będzie?
– Oczywiście. W końcu Kade z niego słynie. Bądźcie o zachodzie. A tymczasem muszę wracać do pracy – powiedziawszy to odwrócił się i swobodnym krokiem opuścił gospodę. Kompania została przy stole; przez krótką chwilę siedzieli w ciszy. W końcu Generał mruknął pod nosem:
– Ciekawe, czego od nas chce.

†
W izbie pachniało mięsem, pieczonym chlebem i winem. Na stole paliły się dwie świece, a ich światło drżało na glinianych naczyniach i twarzach zebranych. Za oknem słychać było cichy szum drzew i pohukiwanie sowy. Wieczór był spokojny, jakby po wydarzeniach minionych tygodni Arven w końcu łapało oddech.
Davrel siedział na czele stołu, w prostym, lnianym ubraniu, z kielichem w dłoni. Po jego bokach – Martin i Aidan, co rusz rzucający niespokojne spojrzenia na przybyszów. Naprzeciw nich Wesoła Kompania: Patrick, Mikkel, Pio i Generał – rozmowni i skorzy do żartów. A jednak każdy z nich miał w sobie coś, co zdradzało, że przeżyli zbyt wiele bitew, a za mało spokojnych dni.
Rozmowa toczyła się niespiesznie. Patrick, jak zwykle, nadawał ton. Z wrodzoną pewnością siebie opowiadał o sytuacji politycznej na Północy oraz o tym, co przeżyli od czasu, gdy ostatni raz widzieli Davrela. Wtórował mu Generał, – okrągły, wesoły, o błyszczących oczach. Zaczął właśnie opowiadać jakąś anegdotę o przeprawie przez góry, w której, jak twierdził, tylko jego rozsądek uratował ich wszystkich przed śmiercią. Mikkel, jasnowłosy czarodziej o chłopięcej twarzy, słuchał go z uwagą. Kielich z winem trzymał ostrożnie, jakby bał się, że go upuści i raz po raz wybuchał nerwowym śmiechem. Natomiast Pio, blady i zasępiony, sprawiał wrażenie, jakby myślami był gdzie indziej. Jedynie jego cięte komentarze pozwalały pozostałym biesiadnikom zorientować się, że cały czas słucha z uwagą.
– Na bogów, Davrel, kiedy ostatnio piliśmy razem? – zapytał Patrick, odchylając się na krześle. – Chyba pod Severen, jeśli dobrze pamiętam.
– To już… prawie dwa lata – odparł Davrel. – Może nawet dwa i pół.
– To były czasy – wtrącił Generał.
– No a jak ci tu teraz, Gris? – zapytał Pio, unosząc wzrok znad noża. – Jak to jest po tylu latach wędrówki wrócić w końcu do spokojnego życia?
Davrel uśmiechnął się lekko, bez przekonania.
– Moje spokojne życie nie okazało się aż tak spokojne jak się spodziewałem.
Pio parsknął śmiechem, ale nikt inny się nie odezwał.
W powietrzu zawisła krótka cisza, przerwana dopiero przez Martina:
– A tak właściwie, to jak poznaliście? – zapytał, zerkając po zebranych. – Bo to chyba ciekawa historia.
Patrick ponownie odchylił się na krześle i spojrzał w płomień świecy. Uśmiech wrócił mu na usta.
– Ciekawa – odpowiedział. – A także długa i krwawa. I zaczęła się tam, gdzie większość porządnych historii. Przed gospodą w Redmarsh. Mieliśmy zlecenie, chodziło o Bandę Czerwonego Młota. Brakowało nam jednego człowieka, a on… – skinął głową na Davrela – pojawił się w idealnym momencie.
– Właściwie to tłukł się przed gospodą – wtrącił wesoło Generał.
– Walczyłem z jakimiś zbirami. Próbowali wymusić opłatę za przejście przez strumień.
– Wtedy uznaliśmy, że to człowiek z zasadami – uśmiechnął się Pio, kręcąc nożem w palcach. – Ale potem wyszło, że raczej człowiek z talentem do miecza.
Mikkel zaśmiał się nerwowo.
– Miałeś wtedy tę minę, pamiętasz? Jakbyś już wiedział, że skończysz z nami w błocie po kolana.
– Z wami? – Davrel uniósł kielich. – Raczej przez was.
– Ale bitka była zacna.
– To prawda – przyznał sięgając pamięcią do wspomnień.
---
Błoto. Krzyki. Świst żelaza. Deszcz zacinał pod kątem, wbijając się w twarz niczym igły. Bełt z kuszy świsnął w powietrzu. Davrel w ostatniej chwili odbił go stalowym ostrzem miecza. Szczęk metalu rozciął noc. Potem szybki obrót, krótkie uderzenie i przeciwnik padł na ziemię.
Obok Patrick, osłaniając się tarczą, uderzał ciężko, systematycznie, z dyscypliną człowieka, który zna rytm miecza i własnego oddechu. Każdy ruch – wyuczony, kontrolowany, jakby nawet chaos miał tu swoje reguły.
Dalej Pio przemykał między cieniami, ledwo widoczny. Jego krótkie noże błyskały w świetle księżyca. Jeden z bandytów runął na kolana, zanim zdążył krzyknąć.
Trochę na prawo Mikkel, jak zawsze nieco nerwowy. Ale kiedy rozwarł dłonie i wypowiedział zaklęcie, język ognia przeciął otaczającą ciemność. A strach ustąpił miejsca czystemu instynktowi.
Generał stał nieco z tyłu, przy wozie. Głośnymi okrzykami zagrzewał kompanów do walki.
– Przyłóż mu z prawej, Pat! Mikkel, uważaj co robisz! – darł się.
Bardziej strateg niż wojownik.
Chwilę później było po wszystkim. Pięciu mężczyzn dyszało ciężko pośrodku błotnistej polany, usłanej ciałami poległych.
W nocnej ciszy słychać było tylko krople deszczu i daleki skowyt wilka.
---
– To były czasy – powtórzył Generał.
Patrick oparł się o stół.
– Po tej akcji zrobiliśmy wspólnie jeszcze kilka zleceń. Dobrze nam się razem pracowało. Ale po tym jak odszedłeś – tu zwrócił się znów do Davrela – szczęście przestało nam sprzyjać.
– Kto wie, skoro znów się spotkaliśmy, to może fortuna się odwróci – wtrącił z nadzieją Mikkel.
De Coteau odchylił się lekko do tyłu, przetarł dłonią twarz, a potem spojrzał na gospodarza.
– Skoro już i tak wiesz… – zaczął powoli. – nasze nowe zlecenie to Darion Hall.
W pomieszczeniu zapanowała cisza. Nawet ogień w kominku jakby przygasł. Martin i Aidan wymienili krótkie spojrzenia.
– Co możesz nam o nim powiedzieć?
– A co chcecie wiedzieć?
Generał uniósł brew.
– Co nieco już słyszeliśmy. Lider ruchu oporu. Mówi się o nim, że to bohater, a nie bandyta. A ty co myślisz?
Davrel nie odrywał wzroku od stołu.
– W każdej plotce tkwi ziarno prawdy.
– Wiesz gdzie jest teraz?
– Nie widziałem go od czasu ataku na garnizon w Harrowden.
– Słyszałem o tym ataku – wtrącił się Pio. – Fuszerka.
Davrel spojrzał na niego ostro, podczas gdy Martin zacisnął dłonie na kolanach. – Nie fuszerka. Ktoś uprzedził Waldrona. W ruchu oporu jest zdrajca.
Jego słowa zawisły w powietrzu.
Patrick milczał przez chwilę, po czym nachylił się do przodu, opierając łokcie o stół.
– Dużo wiesz o tym Hallu. Nie ukrywasz go przypadkiem?
Gospodarz obrzucił go zmęczonym spojrzeniem.
– Nie. Ale był moim przyjacielem.
– Był czy jest? – zapytał rycerz z błyskiem w oku.
– Ile? – spokojnie odpowiedział mu szlachcic.
De Coteau zmarszczył brwi.
– Co ile?
– Ile musiałbym wam zapłacić, żebyście odstąpili od zlecenia.
Nikt się nie odezwał. Pio przestał bawić się nożem, a Mikkel odwrócił wzrok. Tylko Patrick patrzył dalej.
– Wiesz, że to tak nie działa – powiedział w końcu. – Kto przyjął zlecenie, ten musi je dokończyć.
Davrel westchnął i oparł się na dłoniach, jakby chciał coś jeszcze dodać. Milczał jednak, szukając właściwych słów. Potem powiedział cicho:
– Kazałem mu uciekać do Idris. Jeśli chcecie go złapać, jedźcie do północnej prowincji.
Jego słowa opadły ciężko, jakby samą swoją obecnością zmieniły powietrze w pomieszczeniu.
Mikkel ze świstem wypuścił powietrze, ale nic nie powiedział. Generał potarł brodę, mierząc Davrela wzrokiem.
– A może i ty byś z nami pojechał, co? – zaproponował. – Albo chociaż dołączył po wszystkim. Nadal brakuje nam piątego.
Patrick nie skomentował, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego.
Davrel nie odpowiedział. Przez chwilę tylko słuchał, jak deszcz bębni o dach a ktoś w oddali gra na lutni smutną, rozstrojoną melodię.
Myślał.
Może jego życie byłoby prostsze, gdyby nigdy nie wrócił do Arven. Może powinien był zostać z Wesołą Kompanią – w świecie, w którym wszystko jest łatwe, bo albo żyjesz albo nie.
– Nie mogę – powiedział w końcu i zamknął oczy. Płomienie świec przygasły, zostawiając po sobie zapach wosku i ciepłe cienie na ścianach. Cisza była jak dawno niewidziany przyjaciel – niby znajoma, ale jakby inna.
†
Dom de Vrijów pachniał ziołami, pieczonym chlebem i świeżo ściętym drewnem. W korytarzu, w którym zawsze panował porządek, światło z witrażowego okna barwiło ściany ciepłymi odcieniami złota i szafiru. Lysia otworzyła drzwi, trzymając w dłoni kuchenną ścierkę.
– Wiedziałam, że się spóźnisz – powiedziała z lekkim uśmiechem, cofając się, by go wpuścić.
– Miałem trochę roboty w stajni – odparł Davrel, zdejmując płaszcz. – A Aidan zniknął gdzieś z samego świtu.
– Niech zgadnę. Pewnie w karczmie?
– Prawdopodobnie – mruknął i podążył za nią do jadalni.
Wójt czekał na nich przy prosto, ale starannie nakrytym stole. Przed nim, na kremowym obrusie, stały już miska z gorącą zupą, dzban z winem i świeży chleb, którego zapach mieszał się z wonią tymianku. Gdy Davrel wszedł, Adam de Vrij wstał, uśmiechnął się i wskazał mu miejsce.
– Wreszcie jakiś dzień bez kłótni, bez skarg i bez pijackich awantur – powiedział, nalewając wino. – Aż zaczynam podejrzewać, że to cisza przed burzą.
– Ostatnio w Arven spokój rzadko trwa długo – odparł szlachcic, zajmując miejsce.
Zjedli kilka kęsów w milczeniu, dopiero potem gospodarz odezwał się ponownie:
– Gar Vestings wciąż nie wyznaczył nowego zarządcy Kade. Minęły trzy tygodnie, a z Brinvale cisza. Żadnych listów, żadnych wysłanników.
Lysia przysiadła się bliżej, zerkając raz na ojca, raz na ukochanego.
– To chyba zły znak, prawda? – zapytała. – Powinien był już kogoś przysłać.
Wójt skinął głową.
– Namiestnik nigdy nie działa pochopnie. Czeka i obserwuje. Ale jeśli do tej pory nie podjął decyzji… to znaczy, że coś go powstrzymuje.
– Może nie wie, komu zaufać?
– To całkiem możliwe.
– A pan, panie wójcie? – wtrącił się Davrel – Nie chciałby pan być zarządcą?
– Nie pcham się do polityki. To nie miejsce dla takich jak ja.
– A ty, Davrel? – zapytała półżartem Lysia.
– To ciekawa propozycja – odparł, a w jego oczach pojawił się błysk ambicji.
– Chyba nie mówisz poważnie?! Naprawdę mógłbyś służyć tym draniom z Północy?
Davrel odłożył łyżkę i przez moment przyglądał się płomieniowi świecy.
– Oczywiście, że nie. Tylko żartowałem.
– Kogokolwiek by nie mianował – wtrącił łagodząco wójt – przeczuwam, że będą z tego kłopoty.
– Och, a tak marzyłam o chwili spokoju.
– Spokoju? – de Vrij uśmiechnął się gorzko. – My, kochanie, od dwudziestu lat żyjemy między burzami. A Vestings dba jedynie, żeby pioruny nie uderzały w jego dach.
Zapadła chwila milczenia. Tylko ciche stukanie deszczu o szyby przypominało, że za oknem życie toczy się dalej – obojętne na ich rozmowę.
Szlachcic podniósł kielich, jakby chciał zakończyć temat.
– Oby tym razem burza przeszła bokiem.
Lysia odłożyła łyżkę i oparła łokcie o stół.
– To teraz powiedz mi, Davrelu Gris, kim właściwie byli twoi wczorajsi goście? – zapytała z udawaną lekkością, ale w jej oczach tliła się szczera ciekawość. – Od wczoraj gada o nich pół Arven.
– Wesoła Kompania, czy tak? – mruknął Adam z cieniem uśmiechu. – Nazwa niezbyt pasuje do czterech jegomości wyglądających, jakby dopiero co przeszli przez piekło.
Davrel odchylił się na krześle.
– Pasuje im bardziej, niż myślisz. Śmieją się, gdy mają z czego, piją, gdy mają za co, a walczą, gdy nie mają za co pić.
– I to wszystko? – Lysia zmrużyła oczy. – Opowiedzże o nich coś więcej.
– Ich przywódca, Patrick de Coteau – zaczął spokojnie Davrel – to szlachcic z Północy. Machinacje wuja pozbawiły go rodzinnej fortuny. Od tego czasu nosi zbroję i zarabia mieczem. – Uśmiechnął się krótko. – Ale do dziś zachowuje się jak człowiek, któremu nie obce są dworskie maniery.
– Czyli duma w nim nie zginęła – zauważył Adam, sięgając po kielich.
– Nigdy – przyznał Davrel. – Drugi to Pio. Kiedyś był zabójcą na usługach lordów z Karthalion. Bardzo skutecznym zabójcą.
Lysia zmarszczyła brwi.
– Nie brzmi… zachęcająco.
– Każdy ma jakąś historię. Po za tym zrezygnował, gdy kazano mu zabić dziecko.
Cisza zawisła w powietrzu. Wójt westchnął i dolał wszystkim wina.
– Czarodziej, o którym opowiadał Reth to Mikkel Skald. Mag ognia. Wyruszył w podróż, aby nauczyć się kontrolować swoje moce…. – Davrel zawahał się na chwilę – po tym jak niemal doszczętnie spalił rodzinną wioskę.
– Zawsze chciałem poznać jakiegoś czarodzieja. Może wyczarowałby mi nową laskę – wtrącił dowcipnie de Vrij.
– A ten czwarty? – zapytała dziewczyna.
– Generał. – Davrel wzruszył ramionami. – Tak go nazywają. Nigdy nie powiedział, jak naprawdę się nazywa, ale to chyba były wojskowy. Wie dużo na temat strategii, ale o nim samym nikt nie wie nic.
– Brzmi jak banda ludzi, którzy uciekają przed przeszłością – stwierdziła cicho Lysia.
– Może właśnie dlatego tak dobrze czuję się w ich towarzystwie – roześmiał się.
– No a czego chcieli od Ciebie?
– Pytali o Dariona. Przyjęli na niego zlecenie.
– I co im powiedziałeś?
– Żeby nie szukali go w Kade.
Adam uniósł wzrok, a Lysia odłożyła kielich.
– Powiedziałeś im, że jest gdzie indziej – powiedziała po chwili, jakby z niedowierzaniem. – Że uciekł do Idris?
– Tak – potwierdził Davrel. – Wiedziałem, że i tak będą go ścigać. Ale jeśli mają to robić, to lepiej, żeby robili to z dala od naszego miasteczka.
Lysia spojrzała na niego z wyrzutem.
– Dlaczego to zrobiłeś?
– Chronię Arven – odparł cicho. – A Darion jest sprytny. Nie da się łatwo złapać.
Adam, który do tej pory milczał, w końcu wtrącił się spokojnym tonem:
– Davrel ma rację. Bez nich w mieście będzie bezpieczniej.
– No pięknie! Zmówiliście się dziś przeciwko mnie, czy co? – córka wójta skrzyżowała ramiona, ale w jej głosie pojawiła się cień rozbawienia. – Dobrze, już dobrze – poddała się po chwili. – Ale w takim razie, powiedz mi Davrelu Gris… – pochyliła się ku niemu z figlarnym błyskiem w oku – …czy i ja nie powinnam się obawiać?
Szlachcic uniósł brew.
– Czego?
– Konkurencji! Widziałam dziś rano Marinę, córkę karczmarza, jak wymykała się przez twoją furtkę – odparła tonem zbyt niewinnym, by był szczery. – Może mam się martwić, że ktoś inny skradnie ci serce?
Davrel spojrzał na nią porozumiewawczo po czym wyszeptał:
– Aidan…
Wszyscy troje zgodnie parsknęli śmiechem.
– O bogowie, tego się nie spodziewałam – roześmiała się Lysia. – Ma dziewczyna gust. Ciekawe tylko czy stary Gerd wie.
Jej ukochany jedynie pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
Za oknem słońce chyliło się ku zachodowi, a w jadalni de Vrijów zapanował ten rzadki rodzaj spokoju, który zdarza się tylko między ludźmi dzielącymi zarówno dobre, jak i złe chwile.
†
Jesień rozgościła się w Kade na dobre. Pola miały teraz barwę wypłowiałego złota, a na drzewach liście płonęły czerwienią i miedzią. Wiatr niósł zapach mokrej ziemi i dymu – na okolicznych zagonach chłopi palili zeschnięte liście.
Davrel jechał powoli, trzymając wodze jedną ręką. Koń stąpał równo, a żelazne podkowy wydawały z siebie rytmiczny, niemal uspokajający dźwięk. Dzień był ciepły jak na początek września. Słońce wisiało nisko, rozlewając po równinach miodowe światło.
Od wyjazdu Wesołej Kompanii minęły prawie dwa tygodnie, podczas których w Arven panował spokój. Zbytni spokój, jak mawiał czasem Adam de Vrij, ale Davrel nie narzekał. Miasteczko potrzebowało oddechu. On też.
Kiedy w oddali zobaczył dach domu wójta, poczuł lekką tremę. Choć wiedział, co chce powiedzieć, to z każdym końskim krokiem miał wrażenie, że słowa, które przygotował poprzedniego dnia, z trudem przejdą mu przez gardło.
Gospodarz przyjął Davrela serdecznie, jak zawsze. Wstał z ławy przed domem, uścisnął mu dłoń i zaprosił do środka. Przez otwarte okno do wnętrza wpadał zapach mięty i dźwięk śpiewu ptaków – ostatnich, które nie odleciały jeszcze z Semenii.
– Co cię sprowadza, mój chłopcze? – zapytał, nalewając wino do dwóch glinianych kielichów. – Bo po oczach widzę, że nie przejechałeś tu tylko by pogadać o pogodzie.
Szlachcic uśmiechnął się, ale nie odpowiedział od razu.
– To prawda – rzekł w końcu, biorąc głęboki wdech. – Przyszedłem… z prośbą.
Wójt z zaciekawieniem uniósł brew, milczał jednak, pozwalając gościowi mówić dalej.
– Chciałbym prosić o rękę twojej córki.
Na chwilę zapadła cisza. Adam de Vrij odsunął kielich, oparł się na dłoniach i przyjrzał Davrelowi uważnie. W jego spojrzeniu nie było zaskoczenia – raczej pewność wskazującą, iż już od jakiegoś czasu spodziewał się takiego obrotu spraw.
– Zawsze wiedziałem, że masz odwagę, Gris – powiedział z lekkim uśmiechem. – Ale są sprawy, w których lepiej zapytać samą zainteresowaną.
Wstał i otworzył drzwi do ogrodu.
– Lysio! – zawołał. – Pan Davrel Gris chciałby cię o coś zapytać!
Dziewczyna pojawiła się po chwili, trzymając w dłoniach wiklinowy koszyk pełen świeżych ziół. Miała na sobie prostą, kremową sukienkę i fartuch przewiązany w pasie. Kosmyk włosów przykleił jej się do policzka, który szybko otarła wierzchem dłoni.
– Coś się stało? – zapytała z uśmiechem. – Wyglądacie, jakbyście planowali jakąś naradę wojenną.
Adam ustąpił miejsca i wskazał na szlachcica.
– Nie ja tu jestem wodzem. – Mrugnął do niej porozumiewawczo. – Pan Gris chciałby ci coś powiedzieć.
Davrel zrobił krok naprzód. Przez moment milczał, jakby szukał właściwych słów. Potem odchrząknął, spojrzał jej prosto w oczy i powiedział cicho, ale pewnie:
– Lysio… Chciałbym, żebyś została moją żoną.
Na twarzy dziewczyny pojawiło się zaskoczenie, które niemal natychmiast ustąpiło miejsca wzruszeniu. Koszyk wypadł jej z dłoni, zioła rozsypały się po ziemi, a ona sama – po krótkim, niepewnym wahaniu – rzuciła się w ramiona ukochanego.
– Oczywiście, że tak – wyszeptała, wtulając się w Davrela.
Pocałowali się – długo, nieśpiesznie, jakby czas na moment przestał płynąć. Wójt odwrócił się dyskretnie, udając, że zajmuje się winem.
– No, wygląda na to, że jednak warto było dziś wstać z łóżka – mruknął półgłosem, a zakochani roześmiali się cicho.
Potem Davrel i Lysia wyszli do ogrodu, gdzie usiedli razem na ławce pod drzewem. Lysia wciąż trzymała jego dłoń, jej oczy błyszczały w słońcu.
– Mam jeden warunek – powiedziała nagle, a jej lekki ton tylko z pozoru brzmiał żartobliwie.
Mężczyzna spojrzał na nią z uśmiechem.
– Proszę, nie mów, że chcesz, żebym na ślub włożył tę niebieską koszulę.
– Nie o to chodzi – powiedziała spokojnie, ale jej spojrzenie stwardniało, a w twarzy coś się zmieniło. – Chcę… żebyś pogodził się z Darionem.
Zaskoczony Davrel uniósł wysoko brwi.
– Pogodził? – powtórzył, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał. – Po tym wszystkim?
– Tak. I żebyś dołączył do ruchu oporu.
Na moment zapadła cisza, którą przerywał tylko lekki szelest liści poruszanych wiatrem. Szlachcic wpatrywał się w nią, próbując zrozumieć czy to żart. Ale dziewczyna nie żartowała.
– Ty naprawdę mówisz poważnie… – wyszeptał.
– Całkiem poważnie. – Jej głos był spokojny, ale była w nim siła. – Nie możesz stać z boku, kiedy inni ryzykują życie. Darion wierzy, że wciąż jesteś po jego stronie. I ja też w to wierzę.
Davrel odsunął się lekko, jakby coś go ukłuło. Fragmenty wspomnień nagle powróciły i zaczęły układać się w całość. Spór Lysii z ojcem i surowy głos mówiący Ruch oporu to nie zabawa!. Tamta kłótnia z Darionem w dniu, gdy ten poprosił go o dołączenie do Zielonych Opończy. Wreszcie srebrny wisiorek, który miała na szyi – mały ptak z rozpostartymi skrzydłami. W końcu zrozumiał.
– To ty… – powiedział cicho. – Ty jesteś Szpakiem.
Lysia drgnęła. Nie zaprzeczyła. Nie musiała. Jej twarz była blada, ale spojrzenie pozostało spokojne.
– Nie chciałam, żebyś tak się dowiedział – powiedziała w końcu. – Ale masz rację. Wspólnie z Darionem kieruję ruchem oporu. A teraz proszę cię, żebyś do nas dołączył…
Szlachcic wstał powoli, bez słowa. Wyglądał, jakby nie wiedział, co zrobić z rękami, a każde słowo, które mógłby powiedzieć, miało jedynie pogorszyć sytuację.
– Oszukałaś mnie… – wyszeptał w końcu, ledwie słyszalnie. – Kłamałaś od samego początku.
– To nie tak – próbowała wytłumaczyć dziewczyna. – Zrobiłam to dla Arven. Dla nas wszystkich…
– Dla nas? – głos mężczyzny nabrał twardości. Już nawet nie próbował ukrywać kipiącej w nim złości. – Chyba dla siebie. Jak mogłem być aż tak głupi!
Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
– Davrel! – zawołała za nim, ale mężczyzna się nie odwrócił.
Trzasnęły drzwi.
– Kocham cię – wyszeptała Lysia, a po jej policzkach spłynęły pierwsze łzy.
W domu panowała cisza. Davrel długo siedział przy stole, nie zdejmując płaszcza. Wpatrywał się w pusty kielich, jakby na jego dnie szukał odpowiedzi na dręczące go pytanie: dlaczego?
Kiedy w końcu położył się spać, długo nie mógł zasnąć. Myśli kłębiły się w głowie, wracały, zapętlały. Twarz Lysii, jej głos, błysk srebrnego wisiorka – wszystko mieszało się z obrazami przeszłości.
Sen przyszedł dopiero nad ranem. Znowu był tam koń – biały, silny, o oczach błyszczących jak tafle lodu. Biegł ścieżką, pośród pól spowitych mgłą, a ziemia drżała pod jego kopytami. Gdy dotarł do rozwidlenia dróg, zatrzymał się, jakby z zawahaniem. Nie skręcił jednak w żadnym kierunku. Rzucił się prosto przed siebie. Krzaki i ciernie rozdzierały mu skórę, lecz on nie zwalniał. Liście sypały się wokół niczym iskry, a niebo – bladoniebieskie, nienaturalnie ciche – rozciągało się bez końca.
Davrel obudził się nagle, z sercem bijącym jak młot. Leżał chwilę nieruchomo, patrząc w ciemność. Nie wiedział, co oznaczał sen, ale wiedział już którą drogą iść i jak odpowiedzieć na warunek Lysii.

†
Wiatr przetaczał się przez wzgórza, niosąc ze sobą zapach wilgotnej trawy i spadających liści. Słońce zniżało się ku zachodowi, a światło miało kolor miodu i starego bursztynu. Pod samotnym dębem, którego gałęzie rozpościerały się szeroko niczym ramiona dawnego strażnika, stał Davrel.
Poprawił rzemień przy siodle i spojrzał na ścieżkę wiodącą z Arven. Był spokojny, choć w środku wciąż czuł napięcie, którego nie potrafił do końca nazwać. Z jednej strony odczuwał ulgę, że w końcu coś się wydarzy, z drugiej, bał się tego, co przyniesie dzisiejsze spotkanie. Wiedział jednak, że nie może już dłużej zwlekać.
Zza zakrętu wyłoniło się dwoje jeźdźców. Lysia jechała pierwsza – w brązowym płaszczu, z włosami splecionymi w warkocz, wyglądała poważniej niż zwykle. Ku swojemu zdumieniu, w jadącym za nią mężczyźnie Davrel rozpoznał… Corrina.
– A ty co tutaj robisz? – zapytał mrużąc oczy z niedowierzania.
– Tego się nie spodziewałeś, co? – rzucił z uśmiechem pomocnik młynarza, podjeżdżając bliżej. – Wiesz, chciałem się wypisać z tego całego ruchu oporu… tylko jakoś tak nie miałem kiedy.
– Nie miałeś kiedy?
– No bo tak… – rozłożył ręce – teraz kiedy Anna jest w ciąży pracuję trochę więcej. Poza tym Zielone Opończe wykorzystują mnie głównie jako gońca. A ja zawsze lubiłem jeździć konno.
– I całkiem nieźle gotują – wtrąciła z półuśmiechem Lysia.
– Właśnie! – przytaknął Corrin. – A zresztą, Dav, ty zawsze powtarzałeś, że człowiek powinien robić w życiu to, co potrafi najlepiej. Ja umiem jeździć. Więc jeżdżę.
Davrel parsknął cicho, potrząsając głową.
– Zaczynam się obawiać, że jeszcze zostaniesz bohaterem rebelii.
– Tylko jeśli to dobrze płatne – odparł Corrin z powagą, po czym pogładził konia po szyi i spojrzał przed siebie. – To jak, ruszamy?
Droga, którą zmierzali w kierunku Idris, wiodła coraz wyżej i wyżej. Z każdą chwilą krajobraz stawał się bardziej surowy, jakby sama ziemia chciała ich ostrzec, że zbliżają się do granicy, za którą kończy się spokój. Stare dęby ustępowały miejsca poskręcanym jałowcom, a wiatr przybierał na sile, niosąc ze sobą odgłosy nocy.
Nikt się nie odzywał. Lysia jechała przodem, trzymając wodze z pewnością, której Davrel wcześniej u niej nie widział. Corrin, pogwizdywał coś pod nosem, ale i ten dźwięk zdawał się być tłumiony przez ciszę otaczających ich wzgórz. Sam Davrel myślał tylko o tym, jak dziwne było to uczucie – jechać z nimi, wiedząc, że czeka go spotkanie, od którego zależeć może cała jego przyszłość.
Wreszcie droga skończyła się u podnóża kamiennego pagórka. Na szczycie majaczyły ruiny dawnego klasztoru. Z bliska wyglądały jak wypalone wnętrze olbrzymiej świątyni – puste okna, popękane mury, resztki krużganków oplecione bluszczem. Pośród kamieni płonęły ogniska, a w ich blasku poruszali się ludzie w prostych, zielonych płaszczach.
– O rany – mruknął Corrin, zerkając w górę. – Miejsce jak z koszmaru.
– Kiedyś była tu świątynia Naari, bogini wiatru – odpowiedziała Lysia, nie odwracając głowy.
Kiedy wjechali na dziedziniec z cienia wyłonili się strażnicy. Podeszli do nich, a rozpoznawszy Lysię skinęli głowami. Zanim przyjezdni zdążyli zsiąść z koni, między murami pojawiła się znajoma postać.
Darion Hall miał na sobie zniszczoną pelerynę w kolorze popiołu, a pod nią prosty skórzany napierśnik. Szedł pewnym krokiem, jak ktoś, kto od dawna wie, dokąd zmierza.
Zatrzymał się kilka kroków od Davrela i przyjrzał mu się uważnie. W blasku ognia jego twarz wyglądała szczuplej niż kiedyś, lecz w oczach wciąż tlił się dawny zapał.
– Davrel Gris – powiedział cicho, a w jego głosie wybrzmiała odrobina nostalgii. – Nie wierzyłem, że jeszcze się spotkamy.
– Wiele się zmieniło – odparł chłodno Davrel, zsiadając z konia.
– Więcej chyba dla mnie niż dla ciebie.
Na krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały. Wróciły wspomnienia. Wspólne biesiady, wyścigi konne, potem walka ramię w ramię, krzyk, kurz, aż wreszcie chłód ostatniego pożegnania.
Darion pierwszy zrobił krok naprzód i wyciągnął dłoń.
– Mimo wszystko, dobrze cię widzieć.
– Ciebie też, Darion. Nieźle się trzymasz jak na człowieka, na którego poluje całe Kade.
– I jeszcze pół Idris. – Hall zaśmiał się cicho, ale zaraz spoważniał. – Naprawdę cieszę się, że zmieniłeś zdanie. Wspólnie możemy dokonać wielkich rzeczy.
– Zmieniłem zdanie?
– Przecież dlatego tu jesteś, prawda? – Darion uniósł brew. – Lysia mówiła, że postanowiłeś wreszcie stanąć po właściwej stronie.
Davrel milczał chwilę, a potem uśmiechnął się krótko – z tym charakterystycznym cieniem ironii, który jego przyjaciel znał aż za dobrze.
– Obawiam się, że źle mnie zrozumieliście. Nie przyjechałem, żeby wstępować do ruchu oporu.
Wokół zapanowała cisza. Kilku ludzi stojących przy ognisku odwróciło się w ich stronę. Lysia wstrzymała oddech, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie znalazła właściwych słów. Darion natomiast wciąż patrzył na Davrela, nie poruszając się ani o krok.
– Więc po co tu jesteś?
– Mam dość patrzenia, jak giną ludzie z Kade – odparł z chłodną pewnością siebie. – Ale nie zamierzam walczyć w twojej wojnie.
Przywódca Zielonych Opończy zmarszczył brwi.
Davrel zrobił kilka kroków, zatrzymał się naprzeciw niego i spojrzał na rozciągające się w dole pola, skryte obecnie w mrokach otaczającej ich nocy.
– Większość członków ruchu oporu to chłopi i rzemieślnicy – powiedział po chwili. – Nie wiedzą, jak walczyć, jak przetrwać. Kiedy staną naprzeciw armii Północy, zginą. Nie mogę na to pozwolić.
– Co zatem zamierzasz?
– Będę was szkolił. Nauczę was jak walczyć, jak reagować podczas bitwy, jak przewidywać ruchy wroga. Ale to tyle. Nie stanę z wami w szeregu, a już na pewno nie będę podpalał stodół.
Darion wyglądał na zaskoczonego. Odwrócił wzrok, przesuwając dłonią po karku. Potem spojrzał pytająca na Lysię, a jego wzrok wyrażał zarówno zawód, jak i szacunek. Nie znalazłszy w oczach dziewczyny poparcia, którego szukał, ponownie zwrócił się w stronę dawnego przyjaciela.
– A ty jak zwykle po swojemu, Dav. Ale to też coś. – Po czym dodał: – Niech będzie. Przyjmuję twój układ. Będziesz szkolił Zielone Opończe. A ja będę miał nadzieję, że kiedyś jednak do nas dołączysz.
Ponownie zerknął na stojącą w milczeniu Lysię.
– Jest coś jeszcze o czym chciałem wam powiedzieć. Pozyskaliśmy nowego sojusznika. – Uśmiechnął się z lekkim zmęczeniem. – To lord Christopher Blake z Whiterock. Jeden z najpotężniejszych ludzi w Idris.
Davrel uniósł brew, zaskoczony.
– Ma wpływy i pieniądze. Jest gotów poprzeć rebelię przeciw Północy, pod warunkiem, że to Kade jako pierwsza prowincja oficjalnie przeciwstawi się najeźdźcom.
Słowa Dariona zawisły w wieczornym powietrzu niczym omen. Gdzieś nad ruinami przeleciała wrona, a jej skrzek odbił się echem w pustych murach klasztoru. Szlachcic długo patrzył na przyjaciela, po czym skinął powoli głową.
– W takim razie mamy mniej czasu, niż myślałem.
Kiedy wracali, noc powoli miała się już ku kresowi. Droga wiła się między polami, które w bladym świetle księżyca przypominały poruszane niewidzialnym wiatrem morze. Corrin kłusował przodem, nucąc coś pod nosem, jakby cała wyprawa była dla niego błahostką. Davreli Lysia jechali obok siebie w milczeniu.
W końcu to dziewczyna odezwała się pierwsza:
– Nie spodziewałam się, że tak to się skończy.
– Ani ja – bez uśmiechu odparł mężczyzna. – Darion zawsze był uparty. Bałem się, że nie przystanie na moją propozycję.
Córka wójta spojrzała na niego z ukosa.
– Nie bądź dla niego aż tak surowy. Przynajmniej próbuje coś zmienić.
– Wiem. Ale nie chcę, żebyśmy wszyscy zginęli przez jego zapał – odparł cicho.
Jechali dalej, a szum trawy przy drodze i stukot końskich kopyt zagłuszały myśli, których żadne z nich nie chciało wypowiedzieć na głos.
– Jesteś zadowolona z mojej decyzji? – zapytał wreszcie szlachcic.
Lysia odwróciła się ku niemu, a w jej oczach odbijało się srebrne światło księżyca.
– Chyba nigdy do końca cię nie zrozumiem – odparła w zamyśleniu. – Ale kocham cię. I jeśli to twój sposób, żeby pomóc, to nie będę cię od niego odwodzić.
Zatrzymali się na chwilę na skraju wzgórza. Z tej wysokości widać było już blask powoli budzącego się Arven.
Davrel odwrócił się do niej.
– A więc zgodzisz się za mnie wyjść?
Uśmiechnęła się lekko.
– Jeśli nadal tego chcesz.
Zeskoczył z konia i pomógł jej zrobić to samo. Stali naprzeciw siebie w ciszy, którą przerywało tylko cykanie świerszczy.
– Mam jeden warunek – powiedział z półuśmiechem.
– Jaki?
– Nigdy więcej sekretów.
Lysia spojrzała na niego długo, z powagą, która nie pasowała do jej młodej twarzy. Potem skinęła głową.
– Obiecuję.
Davrel uśmiechnął się blado i dotknął jej dłoni. A potem się pocałowali – spokojnie i z uczuciem, które nie potrzebowało słów.
Noc była piękna i pachniała wrzosami. Gdzieś w oddali rozbrzmiał pierwszy cichy grzmot.
