- Opowiadanie: TKII - V. Rewelacje

V. Rewelacje

Cześć!

Za­pra­szam na dal­szą część przy­gód Da­vre­la po po­wro­cie w ro­dzin­ne stro­ny. W tym roz­dzia­le nasz bo­ha­ter do­wia­du­je się szo­ku­ją­cej praw­dy. W Arven po­ja­wia­ją się także po­sta­cie z jego prze­szło­ści. Ale czy dawni to­wa­rzy­sze teraz nie okażą się wro­ga­mi?

Po­przed­nie frag­men­ty hi­sto­rii zna­leźć mo­że­cie tutaj:

Po­wrót

Nowe po­cząt­ki

De­cy­zje

Kon­flikt

Ak­tu­ali­za­cja 22.03.2026: Dal­sza część opo­wia­da­nia do­stęp­na tutaj – Od­po­wie­dzial­ność.

Oceny

V. Rewelacje

Słoń­ce do­pie­ro wspi­na­ło się nad Bri­nva­le, roz­le­wa­jąc po bia­łych wie­żach i blan­kach cie­pły blask. Mia­sto bu­dzi­ło się nie­chęt­nie, jak ktoś, kto prze­spał zbyt krót­ką noc. Z po­dwó­rek do­bie­gał szczek psów, z uli­czek gwar pierw­szych tar­go­wych prze­ku­pek, a z murów sły­chać było stłu­mio­ne okrzy­ki war­tow­ni­ków. Da­le­ko, nie­mal na samym skra­ju ho­ry­zon­tu, mi­go­ta­ła w świe­tle po­ran­ka rzeka Lemne, le­ni­wa i sze­ro­ka ni­czym pas sre­bra prze­ci­na­ją­cy po­ło­żo­ną mię­dzy Pół­no­cą a Po­łu­dniem rów­ni­nę.

Na jed­nej z naj­wyż­szych wież, gdzie w po­wie­trzu czuło się jesz­cze nocny chłód, stało dwóch męż­czyzn. Star­szy, około sześć­dzie­się­cio­let­ni, opie­rał się o ka­mien­ne kre­ne­la­że. Pur­pu­ro­wo-zło­te szaty lśni­ły w pierw­szym świe­tle dnia, a na jego dłoni, w któ­rej trzy­mał zmię­ty list, po­ły­ski­wał pier­ścień na­miest­ni­ka. Znak przy­się­gi, któ­rej sam już nie był pe­wien.

Obok niego, scho­wa­ny lekko w cie­niu, stał młod­szy czło­wiek – drob­ny, z ele­ganc­ką bród­ką i czar­ny­mi wło­sa­mi gład­ko za­cze­sa­ny­mi do tyłu oraz spoj­rze­niem, w któ­rym cza­iła się czuj­ność. Choć z po­zo­ru roz­mów­ców róż­ni­ło wszyst­ko – wiek, po­cho­dze­nie, spo­sób, w jaki trzy­ma­li się na no­gach – to jed­nak łą­czy­ło jedno: obaj wie­dzie­li, że świt nie przy­no­si dziś ulgi.

Gar Ve­stings stał chwi­lę w mil­cze­niu, jakby ważąc w dłoni nie tylko list, lecz całą swoją przy­szłość. Wzrok miał skie­ro­wa­ny na pół­noc, na mi­go­czą­cą w od­da­li rzekę i zie­mie po dru­giej stro­nie. W końcu ode­zwał się cicho, bar­dziej do sie­bie niż do swo­je­go to­wa­rzy­sza:

– Gdy król Gor­don mia­no­wał mnie na­miest­ni­kiem No­we­go Po­łu­dnia, są­dzi­łem, że to naj­więk­szy za­szczyt, jaki mógł mnie spo­tkać.

Mówił lekko pod­nie­sio­nym gło­sem, w któ­rym dało się sły­szeć twar­dy pół­noc­ny ak­cent. Spoj­rzał na pier­ścień na palcu, ob­ra­ca­jąc go po­wo­li, jakby jego cię­żar stał się teraz nie do znie­sie­nia.

– My­śla­łem, że po okrut­nych rzą­dach Tana Kes­sle­ra, to wła­śnie ja przy­nio­sę Po­łu­dniu długo wy­cze­ki­wa­ne wy­tchnie­nie. A teraz widzę, że to była pu­łap­ka. Sidła, które za­sta­wi­li na mnie moi wro­go­wie w Kar­tha­lion.

Spoj­rzał na trzy­ma­ny w dłoni list, po czym wska­zał go swo­je­mu roz­mów­cy.

– Sto­li­ca żąda wy­ja­śnień. Chcą ra­por­tów, liczb, na­zwisk. Ale przede wszyst­kim szyb­kie­go opa­no­wa­nia sy­tu­acji. – Jego głos stward­niał. – Jeśli tego nie zro­bię…

Od­wró­cił się i gorz­kim wzro­kiem spoj­rzał na ho­ry­zont.

– Wy­sta­wi­li mnie mię­dzy gniew Króla a Po­łu­dnia. Ma­newr z lo­kal­ny­mi za­rząd­ca­mi miał mi zjed­nać przy­chyl­ność tu­tej­szych rodów. Po­ka­zać, że mogą mieć głos. A mimo to znów się­ga­ją po broń. Wy­cią­gną­łem do nich rękę, a oni wzię­li to za sła­bość.

Sto­ją­cy o krok za nim męż­czy­zna, mil­czał chwi­lę, po czym ode­zwał się spo­koj­nie, z nutą ostroż­nej zu­chwa­ło­ści:

– Może, panie, pro­blem nie w tym, że byłeś zbyt ła­god­ny…

ale w tym, że za­ufa­łeś nie­wła­ści­wym lu­dziom.

Mimo, iż ubra­ny był w modne pół­noc­ne szaty, w jego mięk­kim gło­sie wy­raź­nie dźwię­czał po­łu­dnio­wy ak­cent.

Gar obej­rzał się przez ramię.

– Nie­wła­ści­wym?

– Takim, któ­rzy mają wię­cej wła­snych am­bi­cji niż lo­jal­no­ści – wzru­szył ra­mio­na­mi. – Chcia­łeś po­ka­zać, że ro­zu­miesz Po­łu­dnie i li­czysz się z jego gło­sem. Ale może za­po­mnia­łeś, jak bar­dzo dumny jest to lud.

– Może masz rację. A może po pro­stu nie wszy­scy po­tra­fią się tak do­sto­so­wać jak ty, Lysie Car­ta­ge.

Młody męż­czy­zna uniósł brew i uśmiech­nął się lekko.

– Ad­ap­ta­cja to kwe­stia prze­trwa­nia, mój panie. Nie ide­ałów.

Ve­stings mil­czał przez chwi­lę. Wsłu­chi­wał się w do­bie­ga­ją­cy z dołu gwar mia­sta. Tam życie trwa­ło dalej, jakby nic się nie dzia­ło. A jed­nak w spoj­rze­niu na­miest­ni­ka nie było ulgi.

– Co za­mie­rzasz teraz zro­bić? – za­py­tał cicho Lys.

Gar nie od­po­wie­dział od razu, wciąż pa­trzył w dal.

– Pod­ją­łem już sto­sow­ne kroki w celu roz­wią­za­nia pro­ble­mu bun­tow­ni­ków. – Za­milkł na chwi­lę, jakby ważył każde słowo. – Jeśli wie­rzysz w bogów, Lys, módl się, by to za­dzia­ła­ło. Bo jeśli nie… to nie Da­rion Hall bę­dzie się mu­siał mar­twić o swoją głowę.

W po­wie­trzu za­wi­sła cisza, jakby nawet wiatr wstrzy­mał od­dech. Car­ta­ge prze­stą­pił z nogi na nogę, nagle mniej pewny sie­bie.

– Aż tak oba­wiasz się króla Gre­go­ra?

Na­miest­nik uśmiech­nął się gorz­ko.

– Nie. To nie króla trze­ba się lękać, mój chłop­cze.

Ve­stings przyj­rzał się trzy­ma­ne­mu w dłoni li­sto­wi, po czym nagle roz­darł per­ga­min w pół. Potem jesz­cze raz. I jesz­cze.

Wy­chy­lił się przez blan­ki i wy­rzu­cił strzę­py w po­wie­trze. Wiatr po­rwał je na­tych­miast, roz­no­sząc nad dzie­dziń­cem. Kilka z nich za­tań­czy­ło na tle nieba, uno­sząc się jak blade, nieme ptaki. Na jed­nym z frag­men­tów, wi­ru­ją­cym przez krót­ką chwi­lę w świe­tle po­ran­ka, bły­snę­ła krwi­sto­czer­wo­na pie­częć z od­ci­śnię­tym zna­kiem klu­cza – sym­bol Wiel­kie­go Kanc­le­rza.

 

 

Ko­niec lata roz­lał się po Kade cie­płem i zło­tym bla­skiem. Pola po obu stro­nach drogi miały barwę doj­rze­wa­ją­cych zbóż, a na ro­sną­cych gęsto wzdłuż trak­tów drze­wach li­ście do­pie­ro za­czy­na­ły żółk­nąć, za­po­wia­da­jąc zmia­nę. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach kurzu, siana i dymu – gdzieś w od­da­li ktoś palił reszt­ki zżę­te­go zboża.

Po ubi­tej, lekko błot­ni­stej dro­dze od pół­no­cy zbli­ża­ło się czte­rech jeźdź­ców. Ich konie, zmę­czo­ne długą drogą, stą­pa­ły ostroż­nie po nie­rów­no­ściach, ale żaden z męż­czyzn nie wy­glą­dał na znu­żo­ne­go. Roz­ma­wia­li pół­gło­sem. Cza­sem któ­ryś z nich cicho się za­śmiał, jakby dzie­li­li żart, który tylko oni mogli zro­zu­mieć.

Na czele je­chał męż­czy­zna w lek­kim, srebr­nym pan­ce­rzu. Jego ciem­ne włosy za­cze­sa­ne były do tyłu, a kru­czo­czar­ne wąsy przy­strzy­żo­ne z nie­mal dwor­ską sta­ran­no­ścią. Na ple­cach miał pro­stą, drew­nia­ną tar­czę w kształ­cie koła, na któ­rej wid­niał wy­ry­ty herb – po­je­dyn­cze pawie pióro, le­d­wie wi­docz­ne spod war­stwy kurzu i błota. Zresz­tą, cały ekwi­pu­nek ry­ce­rza spra­wiał  wra­że­nie bar­dziej prak­tycz­ne­go niż wy­staw­ne­go. Wy­jąt­kiem był je­dy­nie wi­szą­cy u pasa długi miecz z ozdob­ną rę­ko­je­ścią.

Gdy mi­nę­li za­kręt, zo­ba­czy­li sa­mot­ne­go chło­pa pro­wa­dzą­ce­go ob­ła­do­wa­ne­go wor­ka­mi osioł­ka. Wiódł zwie­rzę po­wo­li, uwa­ża­jąc, by nie wpa­dło w ko­le­inę. Za­trzy­mał się, gdy do­strzegł jeźdź­ców, i in­stynk­tow­nie uchy­lił głowę.

Do­wód­ca uniósł dłoń, za­trzy­mu­jąc swoją grupę. Przez chwi­lę pa­trzył na chło­pa z uśmie­chem, który, gdyby nie lekki błysk w oku, można by uznać za przy­ja­zny.

– Dobre po­łu­dnie, go­spo­da­rzu – ode­zwał się, zsia­da­jąc z konia.

– Dobre, panie – od­parł prze­cho­dzień, zer­ka­jąc nie­pew­nie na dyn­da­ją­cy u pasa nie­zna­jo­me­go miecz.

– Po­wiedz mi, przy­ja­cie­lu, któ­rę­dy do Arven?

Chłop przez mo­ment mil­czał, jakby się za­sta­na­wiał, czy py­ta­nie to nie ma dru­gie­go dna. Potem wska­zał pal­cem na po­łu­dnio­wy wschód, w stro­nę, gdzie trakt zni­kał mię­dzy wzgó­rza­mi po­ro­śnię­ty­mi lasem.

– Tam­tę­dy, panie. Dwa dni jazdy, jeśli konie dobre, a po­go­da do­pi­sze. Ale to nie­bez­piecz­ne oko­li­ce, lasy pełne są włó­czę­gów i go­rzej jesz­cze…

– Włó­czę­dzy nas nie prze­ra­ża­ją, przy­ja­cie­lu – prze­rwał mu nie­zna­jo­my. – A to za twoją dobrą radę.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się sze­rzej i rzu­cił chło­pu coś błysz­czą­ce­go. Złota mo­ne­ta z mięk­kim dźwię­kiem ude­rzy­ła o wy­cią­gnię­tą dłoń.

Pod­czas gdy rol­nik z nie­do­wie­rza­niem pa­trzył na błysz­czą­cy w jego ręce pie­niądz, ry­cerz wsiadł na konia i wró­cił do swo­ich to­wa­rzy­szy.

– Jeśli nadal bę­dziesz taki hojny, to złoto skoń­czy się nam szyb­ciej niż wino, Pa­trick – rzu­cił jeden z nich.

– Dla­te­go wła­śnie trze­ba wie­dzieć, gdzie zna­leźć go wię­cej – od­po­wie­dział do­wód­ca.

Ru­szy­li z wolna we wska­za­nym przez chło­pa kie­run­ku a ich śmiech niósł się jesz­cze chwi­lę po dro­dze, mie­sza­jąc się z szu­mem wia­tru i stu­ko­tem koń­skich kopyt. Po chwi­li We­so­ła Kom­pa­nia, po­gwiz­du­jąc cicho, znik­nę­ła mię­dzy wzgó­rza­mi.

 

 

Słoń­ce stało wy­so­ko, a sierp­nio­we po­wie­trze drża­ło lekko od cie­pła. Od czasu  po­je­dyn­ku Da­vre­la z Na­irem Wal­dro­nem w Arven i oko­li­cach na­stał nie­spo­ty­ka­ny wręcz spo­kój. Pa­tro­le woj­ska znik­nę­ły bez śladu, a i ruch oporu jakby ogra­ni­czył swoją dzia­łal­ność. Byli jed­nak i tacy, któ­rzy w pa­nu­ją­cej wszem i wobec sie­lan­ce prze­czu­wa­li ko­lej­ny pod­stęp nie­przy­ja­cie­la z Pół­no­cy.  

Na pa­stwi­sku za staj­nią stały dwa konie a ich grzbie­ty rzu­ca­ły krót­kie i ostre cie­nie na wy­schnię­tą zie­mię. Da­vrel klę­czał przy jed­nym z nich, po­pra­wia­jąc że­la­zną pod­ko­wę. Co jakiś czas prze­ga­niał muchy, które upo­rczy­wie sia­da­ły na jego szyi. Wokół pach­nia­ło sia­nem i potem zwie­rząt, a z od­da­li do­la­ty­wał od­głos ude­rza­ją­ce­go o ko­wa­dło młota. Gdzieś na dro­dze prze­jeż­dżał wóz, a jego skrzy­pie­nie mie­sza­ło się z gda­ka­niem kur i na­wo­ły­wa­nia­mi dzie­ci.

Męż­czy­zna wstał, prze­cią­gnął się i prze­su­nął dło­nią po karku konia. Cie­pła skóra drża­ła pod pal­ca­mi. Wtem, na żwi­ro­wej ścież­ce pro­wa­dzą­cej od cen­trum Arven, usły­szał po­śpiesz­ne kroki.

– Da­vrel! – Głos na­le­żał do Retha An­to­ni­na. Księ­garz zbli­żał się szyb­ko, nie­mal­że bie­giem.

– Co tam Reth, za­bra­kło ci per­ga­mi­nu? – rzu­cił szlach­cic pół­żar­tem.

Za­py­ta­ny nie od­po­wie­dział od razu. Był wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny – ubra­nie miał w nie­ła­dzie, twarz spo­co­ną a włosy przy­kle­jo­ne do czoła. Kiedy wresz­cie się ode­zwał, jego głos był suchy i chro­pa­wy.

– Nie uwie­rzysz co mi się dziś przy­tra­fi­ło – urwał na chwi­lę, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. – Rano od­wie­dził mnie pe­wien czło­wiek. Twier­dził, że jest cza­ro­dzie­jem!

– Cza­ro­dzie­jem? – po­wtó­rzył z roz­ba­wie­niem Da­vrel, wy­cie­ra­jąc ręce o skó­rza­ny far­tuch. – I co, chciał może jakąś ma­gicz­ną księ­gę?

– To też, ale przede wszyst­kim pytał o Da­rio­na.

– O Da­rio­na?

Da­vrel spo­waż­niał. Nie ru­szył się, tylko przez mo­ment mil­czał, jakby ważył słowa, które wła­śnie usły­szał. Potem od­wró­cił się do konia i po­gła­dził go po szyi, jakby nic się nie stało.

– I co mu po­wie­dzia­łeś? – za­py­tał spo­koj­nie.

– Praw­dę – od­parł Reth. – Że od czasu nie­uda­ne­go ataku na gar­ni­zon w Har­row­den nikt go tutaj nie wi­dział.

Szlach­cic ski­nął głową, nie od­zy­wa­jąc się wię­cej, choć w jego oczach dało się do­strzec cień czuj­no­ści.

Reth mil­czał przez chwi­lę, jakby nie chciał mówić dalej, ale w końcu dodał cicho:

– Kiedy już od­cho­dził, po­dzię­ko­wał i… dał mi to!

Wyjął z kie­sze­ni złotą, błysz­czą­cą mo­ne­tę. Da­vrel rzu­cił na nią okiem, a w jego spoj­rze­niu po­ja­wił się nagle dziw­ny błysk.

– Hojny jak na cza­ro­dzie­ja.

– To nie wszyst­ko. Po­wie­dział, że jeśli jesz­cze coś sobie przy­po­mnę, to ma ta­kich wię­cej.

– A jak wy­glą­dał ten twój mag?

– Szcze­rze mó­wiąc, dość prze­cięt­nie – od­po­wie­dział Reth, a w jego gło­sie wy­brzmia­ła nutka roz­cza­ro­wa­nia. – Młody, nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat. Krót­kie włosy w ko­lo­rze słomy. Na sobie miał zwy­kłe ubra­nie, choć po­rząd­ne. I szkar­łat­ną pe­le­ry­nę z kap­tu­rem. Dobra tka­ni­na, nie jakaś szma­ta z jar­mar­ku.

Da­vrel ro­ze­śmiał się mimo woli.

– Opis za­praw­dę godny księ­ga­rza – po­wie­dział z roz­ba­wie­niem. – A wiesz może gdzie znaj­dę tego cza­ro­dzie­ja?

– Po­wie­dział, że za­trzy­mał się w go­spo­dzie Pod Czer­wo­nym Za­ją­cem. Moż­li­we, że jesz­cze tam jest.

– Zo­ba­czy­my – po­wie­dział z na­my­słem Da­vrel. – Dzię­ku­ję ci, Reth. Do­brze, że przy­sze­dłeś. Za­wsze le­piej wie­dzieć, kto się kręci po mie­ście.

Na­stęp­nie pod­szedł do jed­ne­go z koni i, trzy­ma­jąc się je­dy­nie grzy­wy, płyn­nym ru­chem wsko­czył na jego grzbiet.

– A ty dokąd? – za­py­tał zdu­mio­ny księ­garz.

– Za­py­tać o kilka spraw.

– Ale tak bez sio­dła?

– Nie jest mi po­trzeb­ne, na wscho­dzie też się tak jeź­dzi – to po­wie­dziaw­szy spiął pię­ta­mi boki ru­ma­ka i ru­szył w stro­nę mia­stecz­ka.

Reth ski­nął mu na po­że­gna­nie i od­szedł, wciąż trzy­ma­jąc mo­ne­tę, jakby nie wie­dział, czy po­win­na go ona cie­szyć czy nie­po­ko­ić.

Słoń­ce chy­li­ło się po­wo­li ku za­cho­do­wi, a kurz uno­szą­cy się za ko­py­ta­mi jego konia błysz­czał w zło­tym świe­tle. Przed Da­vre­lem, na dru­gim końcu trak­tu, widać już było dachy Arven i stary szyld go­spo­dy Pod Czer­wo­nym Za­ją­cem, ko­ły­szą­cy się le­ni­wie na wie­trze.

 

 

Wnę­trze go­spo­dy Pod Czer­wo­nym Za­ją­cem pach­nia­ło piwem, dymem i sta­rym drew­nem. Po­wie­trze było cięż­kie od cie­pła pa­le­ni­ska i roz­mów, które to gasły, to znów pod­no­si­ły się, w miarę jak opróż­nia­no i na­peł­nia­no ko­lej­ne kufle. Da­vrel za­trzy­mał się w progu, przy­zwy­cza­ja­jąc wzrok do pół­mro­ku.

Za­uwa­żył ich od razu. Sie­dzie­li w kącie sali, przy stole, który aż ugi­nał się od lo­kal­nych przy­sma­ków. Jed­nak znaj­du­ją­cym się przy nim męż­czy­znom wy­glą­dem da­le­ko było do ty­po­wych miesz­kań­ców Arven. Na tle po­zo­sta­łych gości wy­róż­nia­li się nie tylko swoim barw­nym ubio­rem, ale też bi­ją­cym od nich spo­ko­jem. A także tą trud­ną do prze­ocze­nia aurą, jaka ota­cza po­szu­ki­wa­czy przy­gód.

Przy­wód­ca bandy, któ­re­go po­zo­sta­li na­zy­wa­li Pa­tric­kiem, sie­dział bo­kiem do resz­ty, wspar­ty łok­ciem o stół. W dłoni trzy­mał karty a cała jego syl­wet­ka ema­no­wa­ła pew­no­ścią sie­bie.

Jego ry­wa­lem w roz­gryw­ce był drob­ny męż­czy­zna o ja­snych wło­sach i nie­mal dzie­cię­cej twa­rzy cał­ko­wi­cie po­zba­wio­nej za­ro­stu. Ner­wo­wo miął karty w dło­niach, co chwi­la spo­glą­da­jąc na prze­ciw­ni­ka. Krwi­ście czer­wo­na pe­le­ry­na zwi­sa­ła z opar­cia jego krze­sła.

Po jego pra­wej stro­nie sie­dział chudy i blady je­go­mość, z czar­ny­mi wło­sa­mi i rzad­kim za­ro­stem. Ubra­ny był cały na czar­no a przez ramię prze­wie­szo­ny miał pas z no­ża­mi do rzu­ca­nia. Jeden z nich ob­ra­cał w pal­cach, z wpra­wą czło­wie­ka, który po­tra­fił­by z od­le­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków tra­fić prze­ciw­ni­ka pro­sto w oko.

Ostat­nim w to­wa­rzy­stwie był na­to­miast czło­wiek krą­gły i po­god­ny. Ciem­ne włosy, sta­ran­nie ogo­lo­na twarz i sze­ro­ki uśmiech, od­sła­nia­ją­cy cha­rak­te­ry­stycz­ną szpa­rę mię­dzy gór­ny­mi zę­ba­mi, nada­wa­ły mu nie­zwy­kle sym­pa­tycz­ne­go wy­glą­du. Je­dy­nie błysk in­te­li­gen­cji w oczach zda­wał się zdra­dzać jego praw­dzi­wą na­tu­rę. Ubra­ny był w skrom­ny woj­sko­wy ka­ftan barwy doj­rza­łych śli­wek, a w dło­niach trzy­mał lut­nię, na któ­rej brzdę­kał lekką, nieco iro­nicz­ną me­lo­dię.

Da­vrel za­trza­snął za sobą drzwi, po­pra­wił płaszcz i ru­szył przez salę w ich kie­run­ku.

– A niech mnie… – rzu­cił, za­trzy­mu­jąc się przy stole. – Pa­trick de Co­te­au i resz­ta We­so­łej Kom­pa­nii. Spo­dzie­wał­bym się was wszę­dzie, tylko nie w Arven!

– Nie wie­rzę, toż to Da­vrel Gris! – przy­wód­ca grupy wy­da­wał się szcze­rze za­sko­czo­ny. – My je­ste­śmy tu w in­te­re­sach, ale po­wiedz co, na bogów, ty ro­bisz w ta­kiej dziu­rze.

– Miesz­kam. Arven to mój dom.

– Teraz to żeś pal­nął, Pat! – męż­czy­zna w śliw­ko­wym ka­fta­nie ro­ze­śmiał się grom­ko.  

– Ty się, Ge­ne­rał, już dziś le­piej nie od­zy­waj… – od­po­wie­dział mu Pa­trick, po czym zwra­ca­ją się znów do Da­vre­la rzekł:

– Chodź, niech no cię uści­skam.

Wstał od stołu, a wraz z nim po­zo­sta­li człon­ko­wie We­so­łej Kom­pa­nii. Po kolei za­czę­li widać się z no­wo­przy­by­łym. Po­zo­sta­li go­ście, wśród któ­rych znaj­do­wał się rów­nież Adam de Vrij, przy­glą­da­li się im z nie­do­wie­rza­niem.

– A cóż to za in­te­res, o któ­rym wspo­mi­na­łeś, macie do ubi­cia w Arven? – za­py­tał Da­vrel, gdy już po­now­nie usie­dli przy stole.

– Taki jak zwy­kle. Jest na­gro­da za głowę jed­ne­go bun­tow­ni­ka. Da­rion Hall, sły­sza­łeś o nim może?

– Jak chyba każdy w Kade. Ale to nie temat na roz­mo­wę w takim miej­scu. Pod moim da­chem bę­dzie ci­szej – dodał po chwi­li, zni­ża­jąc głos. – Przyjdź­cie dziś na ko­la­cję.

– Uuu, czyż­by szy­ko­wa­ła się dar­mo­wa wy­żer­ka? – za­py­tał we­so­ło ten, któ­re­go Pa­trick na­zwał wcze­śniej Ge­ne­ra­łem – A wino też bę­dzie?

– Oczy­wi­ście. W końcu Kade z niego sły­nie. Bądź­cie o za­cho­dzie. A tym­cza­sem muszę wra­cać do pracy – po­wie­dziaw­szy to od­wró­cił się i swo­bod­nym kro­kiem opu­ścił go­spo­dę. Kom­pa­nia zo­sta­ła przy stole; przez krót­ką chwi­lę sie­dzie­li w ciszy. W końcu Ge­ne­rał mruk­nął pod nosem:

– Cie­ka­we, czego od nas chce.

 

 

W izbie pach­nia­ło mię­sem, pie­czo­nym chle­bem i winem. Na stole pa­li­ły się dwie świe­ce, a ich świa­tło drża­ło na gli­nia­nych na­czy­niach i twa­rzach ze­bra­nych. Za oknem sły­chać było cichy szum drzew i po­hu­ki­wa­nie sowy. Wie­czór był spo­koj­ny, jakby po wy­da­rze­niach mi­nio­nych ty­go­dni Arven w końcu ła­pa­ło od­dech.

Da­vrel sie­dział na czele stołu, w pro­stym, lnia­nym ubra­niu, z kie­li­chem w dłoni. Po jego bo­kach – Mar­tin i Aidan, co rusz rzu­ca­ją­cy nie­spo­koj­ne spoj­rze­nia na przy­by­szów. Na­prze­ciw nich We­so­ła Kom­pa­nia: Pa­trick, Mik­kel, Pio i Ge­ne­rał – roz­mow­ni i sko­rzy do żar­tów. A jed­nak każdy z nich miał w sobie coś, co zdra­dza­ło, że prze­ży­li zbyt wiele bitew, a za mało spo­koj­nych dni.

Roz­mo­wa to­czy­ła się nie­spiesz­nie. Pa­trick, jak zwy­kle, nada­wał ton. Z wro­dzo­ną pew­no­ścią sie­bie opo­wia­dał o sy­tu­acji po­li­tycz­nej na Pół­no­cy oraz o tym, co prze­ży­li od czasu, gdy ostat­ni raz wi­dzie­li Da­vre­la. Wtó­ro­wał mu Ge­ne­rał, – okrą­gły, we­so­ły, o błysz­czą­cych oczach. Za­czął wła­śnie opo­wia­dać jakąś aneg­do­tę o prze­pra­wie przez góry, w któ­rej, jak twier­dził, tylko jego roz­są­dek ura­to­wał ich wszyst­kich przed śmier­cią. Mik­kel, ja­sno­wło­sy cza­ro­dziej o chło­pię­cej twa­rzy, słu­chał go z uwagą. Kie­lich z winem trzy­mał ostroż­nie, jakby bał się, że go upu­ści i raz po raz wy­bu­chał ner­wo­wym śmie­chem. Na­to­miast Pio, blady i za­sę­pio­ny, spra­wiał wra­że­nie, jakby my­śla­mi był gdzie in­dziej. Je­dy­nie jego cięte ko­men­ta­rze po­zwa­la­ły po­zo­sta­łym bie­siad­ni­kom zo­rien­to­wać się, że cały czas słu­cha z uwagą.

– Na bogów, Da­vrel, kiedy ostat­nio pi­li­śmy razem? – za­py­tał Pa­trick, od­chy­la­jąc się na krze­śle. – Chyba pod Se­ve­ren, jeśli do­brze pa­mię­tam.

– To już… pra­wie dwa lata  – od­parł Da­vrel. – Może nawet dwa i pół.

– To były czasy – wtrą­cił Ge­ne­rał.

– No a jak ci tu teraz, Gris? – za­py­tał Pio, uno­sząc wzrok znad noża. – Jak to jest po tylu la­tach wę­drów­ki wró­cić w końcu do spo­koj­ne­go życia?

Da­vrel uśmiech­nął się lekko, bez prze­ko­na­nia.

– Moje spo­koj­ne życie nie oka­za­ło się aż tak spo­koj­ne jak się spo­dzie­wa­łem.

Pio par­sk­nął śmie­chem, ale nikt inny się nie ode­zwał.

W po­wie­trzu za­wi­sła krót­ka cisza, prze­rwa­na do­pie­ro przez Mar­ti­na:

– A tak wła­ści­wie, to jak po­zna­li­ście? – za­py­tał, zer­ka­jąc po ze­bra­nych. – Bo to chyba cie­ka­wa hi­sto­ria.

Pa­trick po­now­nie od­chy­lił się na krze­śle i spoj­rzał w pło­mień świe­cy. Uśmiech wró­cił mu na usta.

– Cie­ka­wa – od­po­wie­dział. – A także długa i krwa­wa. I za­czę­ła się tam, gdzie więk­szość po­rząd­nych hi­sto­rii. Przed go­spo­dą w Red­marsh. Mie­li­śmy zle­ce­nie, cho­dzi­ło o Bandę Czer­wo­ne­go Młota. Bra­ko­wa­ło nam jed­ne­go czło­wie­ka, a on… – ski­nął głową na Da­vre­la – po­ja­wił się w ide­al­nym mo­men­cie.

– Wła­ści­wie to tłukł się przed go­spo­dą – wtrą­cił we­so­ło Ge­ne­rał. 

– Wal­czy­łem z ja­ki­miś zbi­ra­mi. Pró­bo­wa­li wy­mu­sić opła­tę za przej­ście przez stru­mień.

– Wtedy uzna­li­śmy, że to czło­wiek z za­sa­da­mi – uśmiech­nął się Pio, krę­cąc nożem w pal­cach. – Ale potem wy­szło, że ra­czej czło­wiek z ta­len­tem do mie­cza.

Mik­kel za­śmiał się ner­wo­wo.

– Mia­łeś wtedy tę minę, pa­mię­tasz? Jak­byś już wie­dział, że skoń­czysz z nami w bło­cie po ko­la­na.

– Z wami? – Da­vrel uniósł kie­lich. – Ra­czej przez was.

– Ale bitka była zacna.

– To praw­da – przy­znał się­ga­jąc pa­mię­cią do wspo­mnień.

 

---

 

Błoto. Krzy­ki. Świst że­la­za. Deszcz za­ci­nał pod kątem, wbi­ja­jąc się w twarz ni­czym igły. Bełt z kuszy świ­snął w po­wie­trzu. Da­vrel w ostat­niej chwi­li odbił go sta­lo­wym ostrzem mie­cza. Szczęk me­ta­lu roz­ciął noc. Potem szyb­ki obrót, krót­kie ude­rze­nie i prze­ciw­nik padł na zie­mię.

Obok Pa­trick, osła­nia­jąc się tar­czą, ude­rzał cięż­ko, sys­te­ma­tycz­nie, z dys­cy­pli­ną czło­wie­ka, który zna rytm mie­cza i wła­sne­go od­de­chu. Każdy ruch – wy­uczo­ny, kon­tro­lo­wa­ny, jakby nawet chaos miał tu swoje re­gu­ły.

Dalej Pio prze­my­kał mię­dzy cie­nia­mi, ledwo wi­docz­ny. Jego krót­kie noże bły­ska­ły w świe­tle księ­ży­ca. Jeden z ban­dy­tów runął na ko­la­na, zanim zdą­żył krzyk­nąć.

Tro­chę na prawo Mik­kel, jak za­wsze nieco ner­wo­wy. Ale kiedy roz­warł dło­nie i wy­po­wie­dział za­klę­cie, język ognia prze­ciął ota­cza­ją­cą ciem­ność. A strach ustą­pił miej­sca czy­ste­mu in­stynk­to­wi.

Ge­ne­rał stał nieco z tyłu, przy wozie. Gło­śny­mi okrzy­ka­mi za­grze­wał kom­pa­nów do walki.

– Przy­łóż mu z pra­wej, Pat! Mik­kel, uwa­żaj co ro­bisz! – darł się.

Bar­dziej stra­teg niż wo­jow­nik.

Chwi­lę póź­niej było po wszyst­kim. Pię­ciu męż­czyzn dy­sza­ło cięż­ko po­środ­ku błot­ni­stej po­la­ny, usła­nej cia­ła­mi po­le­głych.

W noc­nej ciszy sły­chać było tylko kro­ple desz­czu i da­le­ki sko­wyt wilka.

 

---

 

– To były czasy – po­wtó­rzył Ge­ne­rał.

Pa­trick oparł się o stół.

– Po tej akcji zro­bi­li­śmy wspól­nie jesz­cze kilka zle­ceń. Do­brze nam się razem pra­co­wa­ło. Ale po tym jak od­sze­dłeś – tu zwró­cił się znów do Da­vre­la – szczę­ście prze­sta­ło nam sprzy­jać.

– Kto wie, skoro znów się spo­tka­li­śmy, to może for­tu­na się od­wró­ci – wtrą­cił z na­dzie­ją Mik­kel.

De Co­te­au od­chy­lił się lekko do tyłu, prze­tarł dło­nią twarz, a potem spoj­rzał na go­spo­da­rza.

– Skoro już i tak wiesz… – za­czął po­wo­li. – nasze nowe zle­ce­nie to Da­rion Hall.

W po­miesz­cze­niu za­pa­no­wa­ła cisza. Nawet ogień w ko­min­ku jakby przy­gasł. Mar­tin i Aidan wy­mie­ni­li krót­kie spoj­rze­nia.

– Co mo­żesz nam o nim po­wie­dzieć?

– A co chce­cie wie­dzieć?

Ge­ne­rał uniósł brew.

– Co nieco już sły­sze­li­śmy. Lider ruchu oporu. Mówi się o nim, że to bo­ha­ter, a nie ban­dy­ta. A ty co my­ślisz?

Da­vrel nie od­ry­wał wzro­ku od stołu.

– W każ­dej plot­ce tkwi ziar­no praw­dy.

– Wiesz gdzie jest teraz?

– Nie wi­dzia­łem go od czasu ataku na gar­ni­zon w Har­row­den.

– Sły­sza­łem o tym ataku – wtrą­cił się Pio. – Fu­szer­ka.

Da­vrel spoj­rzał na niego ostro, pod­czas gdy Mar­tin za­ci­snął dło­nie na ko­la­nach. – Nie fu­szer­ka. Ktoś uprze­dził Wal­dro­na. W ruchu oporu jest zdraj­ca.

Jego słowa za­wi­sły w po­wie­trzu.

Pa­trick mil­czał przez chwi­lę, po czym na­chy­lił się do przo­du, opie­ra­jąc łok­cie o stół.

– Dużo wiesz o tym Hallu. Nie ukry­wasz go przy­pad­kiem?

Go­spo­darz ob­rzu­cił go zmę­czo­nym spoj­rze­niem.

– Nie. Ale był moim przy­ja­cie­lem.

– Był czy jest? – za­py­tał ry­cerz z bły­skiem w oku.

– Ile? – spo­koj­nie od­po­wie­dział mu szlach­cic.

De Co­te­au zmarsz­czył brwi.

– Co ile?

– Ile mu­siał­bym wam za­pła­cić, że­by­ście od­stą­pi­li od zle­ce­nia.

Nikt się nie ode­zwał. Pio prze­stał bawić się nożem, a Mik­kel od­wró­cił wzrok. Tylko Pa­trick pa­trzył dalej.

– Wiesz, że to tak nie dzia­ła – po­wie­dział w końcu. – Kto przy­jął zle­ce­nie, ten musi je do­koń­czyć.

Da­vrel wes­tchnął i oparł się na dło­niach, jakby chciał coś jesz­cze dodać. Mil­czał jed­nak, szu­ka­jąc wła­ści­wych słów. Potem po­wie­dział cicho:

– Ka­za­łem mu ucie­kać do Idris. Jeśli chce­cie go zła­pać, jedź­cie do pół­noc­nej pro­win­cji.

Jego słowa opa­dły cięż­ko, jakby samą swoją obec­no­ścią zmie­ni­ły po­wie­trze w po­miesz­cze­niu.

Mik­kel ze świ­stem wy­pu­ścił po­wie­trze, ale nic nie po­wie­dział. Ge­ne­rał po­tarł brodę, mie­rząc Da­vre­la wzro­kiem.

– A może i ty byś z nami po­je­chał, co? – za­pro­po­no­wał. – Albo cho­ciaż do­łą­czył po wszyst­kim. Nadal bra­ku­je nam pią­te­go.

Pa­trick nie sko­men­to­wał, ale w jego spoj­rze­niu po­ja­wi­ło się coś mięk­kie­go.

Da­vrel nie od­po­wie­dział. Przez chwi­lę tylko słu­chał, jak deszcz bębni o dach a ktoś w od­da­li gra na lutni smut­ną, roz­stro­jo­ną me­lo­dię.

My­ślał.

Może jego życie by­ło­by prost­sze, gdyby nigdy nie wró­cił do Arven. Może po­wi­nien był zo­stać z We­so­łą Kom­pa­nią – w świe­cie, w któ­rym wszyst­ko jest łatwe, bo albo ży­jesz albo nie.

– Nie mogę – po­wie­dział w końcu i za­mknął oczy. Pło­mie­nie świec przy­ga­sły, zo­sta­wia­jąc po sobie za­pach wosku i cie­płe cie­nie na ścia­nach. Cisza była jak dawno nie­wi­dzia­ny przy­ja­ciel – niby zna­jo­ma, ale jakby inna.

 

 

Dom de Vri­jów pach­niał zio­ła­mi, pie­czo­nym chle­bem i świe­żo ścię­tym drew­nem. W ko­ry­ta­rzu, w któ­rym za­wsze pa­no­wał po­rzą­dek, świa­tło z wi­tra­żo­we­go okna bar­wi­ło ścia­ny cie­pły­mi od­cie­nia­mi złota i sza­fi­ru. Lysia otwo­rzy­ła drzwi, trzy­ma­jąc w dłoni ku­chen­ną ścier­kę.

– Wie­dzia­łam, że się spóź­nisz – po­wie­dzia­ła z lek­kim uśmie­chem, co­fa­jąc się, by go wpu­ścić.

– Mia­łem tro­chę ro­bo­ty w staj­ni – od­parł Da­vrel, zdej­mu­jąc płaszcz. – A Aidan znik­nął gdzieś z sa­me­go świtu.

– Niech zgad­nę. Pew­nie w karcz­mie?

– Praw­do­po­dob­nie – mruk­nął i po­dą­żył za nią do ja­dal­ni.

Wójt cze­kał na nich przy pro­sto, ale sta­ran­nie na­kry­tym stole. Przed nim, na kre­mo­wym ob­ru­sie, stały już miska z go­rą­cą zupą, dzban z winem i świe­ży chleb, któ­re­go za­pach mie­szał się z wonią ty­mian­ku. Gdy Da­vrel wszedł, Adam de Vrij wstał, uśmiech­nął się i wska­zał mu miej­sce.

– Wresz­cie jakiś dzień bez kłót­ni, bez skarg i bez pi­jac­kich awan­tur – po­wie­dział, na­le­wa­jąc wino. – Aż za­czy­nam po­dej­rze­wać, że to cisza przed burzą.

– Ostat­nio w Arven spo­kój rzad­ko trwa długo – od­parł szlach­cic, zaj­mu­jąc miej­sce.

Zje­dli kilka kęsów w mil­cze­niu, do­pie­ro potem go­spo­darz ode­zwał się po­now­nie:

– Gar Ve­stings wciąż nie wy­zna­czył no­we­go za­rząd­cy Kade. Mi­nę­ły trzy ty­go­dnie, a z Bri­nva­le cisza. Żad­nych li­stów, żad­nych wy­słan­ni­ków.

Lysia przy­sia­dła się bli­żej, zer­ka­jąc raz na ojca, raz na uko­cha­ne­go.

– To chyba zły znak, praw­da? – za­py­ta­ła. – Po­wi­nien był już kogoś przy­słać.

Wójt ski­nął głową.

– Na­miest­nik nigdy nie dzia­ła po­chop­nie. Czeka i ob­ser­wu­je. Ale jeśli do tej pory nie pod­jął de­cy­zji… to zna­czy, że coś go po­wstrzy­mu­je.

– Może nie wie, komu za­ufać?

– To cał­kiem moż­li­we.

– A pan, panie wój­cie? – wtrą­cił się Da­vrel – Nie chciał­by pan być za­rząd­cą?

– Nie pcham się do po­li­ty­ki. To nie miej­sce dla ta­kich jak ja.

– A ty, Da­vrel? – za­py­ta­ła pół­żar­tem Lysia.

– To cie­ka­wa pro­po­zy­cja – od­parł, a w jego oczach po­ja­wił się błysk am­bi­cji.

– Chyba nie mó­wisz po­waż­nie?! Na­praw­dę mógł­byś słu­żyć tym dra­niom z Pół­no­cy?

Da­vrel odło­żył łyżkę i przez mo­ment przy­glą­dał się pło­mie­nio­wi świe­cy.

– Oczy­wi­ście, że nie. Tylko żar­to­wa­łem.

– Ko­go­kol­wiek by nie mia­no­wał – wtrą­cił ła­go­dzą­co wójt – prze­czu­wam, że będą z tego kło­po­ty.

– Och, a tak ma­rzy­łam o chwi­li spo­ko­ju.

– Spo­ko­ju? – de Vrij uśmiech­nął się gorz­ko. – My, ko­cha­nie, od dwu­dzie­stu lat ży­je­my mię­dzy bu­rza­mi. A Ve­stings dba je­dy­nie, żeby pio­ru­ny nie ude­rza­ły w jego dach.

Za­pa­dła chwi­la mil­cze­nia. Tylko ciche stu­ka­nie desz­czu o szyby przy­po­mi­na­ło, że za oknem życie toczy się dalej – obo­jęt­ne na ich roz­mo­wę.

Szlach­cic pod­niósł kie­lich, jakby chciał za­koń­czyć temat.

– Oby tym razem burza prze­szła bo­kiem.

Lysia odło­ży­ła łyżkę i opar­ła łok­cie o stół.

– To teraz po­wiedz mi, Da­vre­lu Gris, kim wła­ści­wie byli twoi wczo­raj­si go­ście? – za­py­ta­ła z uda­wa­ną lek­ko­ścią, ale w jej oczach tliła się szcze­ra cie­ka­wość. – Od wczo­raj gada o nich pół Arven.

– We­so­ła Kom­pa­nia, czy tak? – mruk­nął Adam z cie­niem uśmie­chu. – Nazwa nie­zbyt pa­su­je do czte­rech je­go­mo­ści wy­glą­da­ją­cych, jakby do­pie­ro co prze­szli przez pie­kło.

Da­vrel od­chy­lił się na krze­śle.

– Pa­su­je im bar­dziej, niż my­ślisz. Śmie­ją się, gdy mają z czego, piją, gdy mają za co, a wal­czą, gdy nie mają za co pić.

– I to wszyst­ko? – Lysia zmru­ży­ła oczy. – Opo­wiedz­że o nich coś wię­cej.

– Ich przy­wód­ca, Pa­trick de Co­te­au – za­czął spo­koj­nie Da­vrel – to szlach­cic z Pół­no­cy. Ma­chi­na­cje wuja po­zba­wi­ły go ro­dzin­nej for­tu­ny. Od tego czasu nosi zbro­ję i za­ra­bia mie­czem. – Uśmiech­nął się krót­ko. – Ale do dziś za­cho­wu­je się jak czło­wiek, któ­re­mu nie obce są dwor­skie ma­nie­ry.

– Czyli duma w nim nie zgi­nę­ła – za­uwa­żył Adam, się­ga­jąc po kie­lich.

– Nigdy – przy­znał Da­vrel. – Drugi to Pio. Kie­dyś był za­bój­cą na usłu­gach lor­dów z Kar­tha­lion. Bar­dzo sku­tecz­nym za­bój­cą.

Lysia zmarsz­czy­ła brwi.

– Nie brzmi… za­chę­ca­ją­co.

– Każdy ma jakąś hi­sto­rię. Po za tym zre­zy­gno­wał, gdy ka­za­no mu zabić dziec­ko.

Cisza za­wi­sła w po­wie­trzu. Wójt wes­tchnął i dolał wszyst­kim wina.

– Cza­ro­dziej, o któ­rym opo­wia­dał Reth to Mik­kel Skald. Mag ognia. Wy­ru­szył w po­dróż, aby na­uczyć się kon­tro­lo­wać swoje moce…. – Da­vrel za­wa­hał się na chwi­lę – po tym jak nie­mal do­szczęt­nie spa­lił ro­dzin­ną wio­skę.

– Za­wsze chcia­łem po­znać ja­kie­goś cza­ro­dzie­ja. Może wy­cza­ro­wał­by mi nową laskę – wtrą­cił dow­cip­nie de Vrij.

– A ten czwar­ty? – za­py­ta­ła dziew­czy­na.

– Ge­ne­rał. – Da­vrel wzru­szył ra­mio­na­mi. – Tak go na­zy­wa­ją. Nigdy nie po­wie­dział, jak na­praw­dę się na­zy­wa, ale to chyba były woj­sko­wy. Wie dużo na temat stra­te­gii, ale o nim samym nikt nie wie nic.

– Brzmi jak banda ludzi, któ­rzy ucie­ka­ją przed prze­szło­ścią – stwier­dzi­ła cicho Lysia.

– Może wła­śnie dla­te­go tak do­brze czuję się w ich to­wa­rzy­stwie – ro­ze­śmiał się.

– No a czego chcie­li od Cie­bie?

– Py­ta­li o Da­rio­na. Przy­ję­li na niego zle­ce­nie.

– I co im po­wie­dzia­łeś?

– Żeby nie szu­ka­li go w Kade.

Adam uniósł wzrok, a Lysia odło­ży­ła kie­lich.

– Po­wie­dzia­łeś im, że jest gdzie in­dziej – po­wie­dzia­ła po chwi­li, jakby z nie­do­wie­rza­niem. – Że uciekł do Idris?

– Tak – po­twier­dził Da­vrel. – Wie­dzia­łem, że i tak będą go ści­gać. Ale jeśli mają to robić, to le­piej, żeby ro­bi­li to z dala od na­sze­go mia­stecz­ka.

Lysia spoj­rza­ła na niego z wy­rzu­tem.

– Dla­cze­go to zro­bi­łeś?

– Chro­nię Arven – od­parł cicho. – A Da­rion jest spryt­ny. Nie da się łatwo zła­pać.

Adam, który do tej pory mil­czał, w końcu wtrą­cił się spo­koj­nym tonem:

– Da­vrel ma rację. Bez nich w mie­ście bę­dzie bez­piecz­niej.

– No pięk­nie! Zmó­wi­li­ście się dziś prze­ciw­ko mnie, czy co? – córka wójta skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na, ale w jej gło­sie po­ja­wi­ła się cień roz­ba­wie­nia. – Do­brze, już do­brze – pod­da­ła się po chwi­li. – Ale w takim razie, po­wiedz mi Da­vre­lu Gris… – po­chy­li­ła się ku niemu z fi­glar­nym bły­skiem w oku – …czy i ja nie po­win­nam się oba­wiać?

Szlach­cic uniósł brew.

– Czego?

– Kon­ku­ren­cji! Wi­dzia­łam dziś rano Ma­ri­nę, córkę karcz­ma­rza, jak wy­my­ka­ła się przez twoją furt­kę – od­par­ła tonem zbyt nie­win­nym, by był szcze­ry. – Może mam się mar­twić, że ktoś inny skrad­nie ci serce?

Da­vrel spoj­rzał na nią po­ro­zu­mie­waw­czo po czym wy­szep­tał:

– Aidan…

Wszy­scy troje zgod­nie par­sk­nę­li śmie­chem.

– O bo­go­wie, tego się nie spo­dzie­wa­łam – ro­ze­śmia­ła się Lysia. – Ma dziew­czy­na gust. Cie­ka­we tylko czy stary Gerd wie.

Jej uko­cha­ny je­dy­nie po­krę­cił głową z lek­kim uśmie­chem.

Za oknem słoń­ce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, a w ja­dal­ni de Vri­jów za­pa­no­wał ten rzad­ki ro­dzaj spo­ko­ju, który zda­rza się tylko mię­dzy ludź­mi dzie­lą­cy­mi za­rów­no dobre, jak i złe chwi­le.

 

 

Je­sień roz­go­ści­ła się w Kade na dobre. Pola miały teraz barwę wy­pło­wia­łe­go złota, a na drze­wach li­ście pło­nę­ły czer­wie­nią i mie­dzią. Wiatr niósł za­pach mo­krej ziemi i dymu – na oko­licz­nych za­go­nach chło­pi pa­li­li ze­schnię­te li­ście.

Da­vrel je­chał po­wo­li, trzy­ma­jąc wodze jedną ręką. Koń stą­pał równo, a że­la­zne pod­ko­wy wy­da­wa­ły z sie­bie ryt­micz­ny, nie­mal uspo­ka­ja­ją­cy dźwięk. Dzień był cie­pły jak na po­czą­tek wrze­śnia. Słoń­ce wi­sia­ło nisko, roz­le­wa­jąc po rów­ni­nach mio­do­we świa­tło.

Od wy­jaz­du We­so­łej Kom­pa­nii mi­nę­ły pra­wie dwa ty­go­dnie, pod­czas któ­rych w Arven pa­no­wał spo­kój. Zbyt­ni spo­kój, jak ma­wiał cza­sem Adam de Vrij, ale Da­vrel nie na­rze­kał. Mia­stecz­ko po­trze­bo­wa­ło od­de­chu. On też.

Kiedy w od­da­li zo­ba­czył dach domu wójta, po­czuł lekką tremę. Choć wie­dział, co chce po­wie­dzieć, to z każ­dym koń­skim kro­kiem miał wra­że­nie, że słowa, które przy­go­to­wał po­przed­nie­go dnia, z tru­dem przej­dą mu przez gar­dło.

Go­spo­darz przy­jął Da­vre­la ser­decz­nie, jak za­wsze. Wstał z ławy przed domem, uści­snął mu dłoń i za­pro­sił do środ­ka. Przez otwar­te okno do wnę­trza wpa­dał za­pach mięty i dźwięk śpie­wu pta­ków – ostat­nich, które nie od­le­cia­ły jesz­cze z Se­me­nii.

– Co cię spro­wa­dza, mój chłop­cze? – za­py­tał, na­le­wa­jąc wino do dwóch gli­nia­nych kie­li­chów. – Bo po oczach widzę, że nie prze­je­cha­łeś tu tylko by po­ga­dać o po­go­dzie.

Szlach­cic uśmiech­nął się, ale nie od­po­wie­dział od razu.

– To praw­da – rzekł w końcu, bio­rąc głę­bo­ki wdech. – Przy­sze­dłem… z proś­bą.

Wójt z za­cie­ka­wie­niem uniósł brew, mil­czał jed­nak, po­zwa­la­jąc go­ścio­wi mówić dalej.

– Chciał­bym pro­sić o rękę two­jej córki.

Na chwi­lę za­pa­dła cisza. Adam de Vrij od­su­nął kie­lich, oparł się na dło­niach i przyj­rzał Da­vre­lo­wi uważ­nie. W jego spoj­rze­niu nie było za­sko­cze­nia – ra­czej pew­ność wska­zu­ją­cą, iż już od ja­kie­goś czasu spo­dzie­wał się ta­kie­go ob­ro­tu spraw.

– Za­wsze wie­dzia­łem, że masz od­wa­gę, Gris – po­wie­dział z lek­kim uśmie­chem. – Ale są spra­wy, w któ­rych le­piej za­py­tać samą za­in­te­re­so­wa­ną.

Wstał i otwo­rzył drzwi do ogro­du.

– Lysio! – za­wo­łał. – Pan Da­vrel Gris chciał­by cię o coś za­py­tać!

Dziew­czy­na po­ja­wi­ła się po chwi­li, trzy­ma­jąc w dło­niach wi­kli­no­wy ko­szyk pełen świe­żych ziół. Miała na sobie pro­stą, kre­mo­wą su­kien­kę i far­tuch prze­wią­za­ny w pasie. Ko­smyk wło­sów przy­kle­ił jej się do po­licz­ka, który szyb­ko otar­ła wierz­chem dłoni.

– Coś się stało? – za­py­ta­ła z uśmie­chem. – Wy­glą­da­cie, jak­by­ście pla­no­wa­li jakąś na­ra­dę wo­jen­ną.

Adam ustą­pił miej­sca i wska­zał na szlach­ci­ca.

– Nie ja tu je­stem wo­dzem. – Mru­gnął do niej po­ro­zu­mie­waw­czo. – Pan Gris chciał­by ci coś po­wie­dzieć.

Da­vrel zro­bił krok na­przód. Przez mo­ment mil­czał, jakby szu­kał wła­ści­wych słów. Potem od­chrząk­nął, spoj­rzał jej pro­sto w oczy i po­wie­dział cicho, ale pew­nie:

– Lysio… Chciał­bym, żebyś zo­sta­ła moją żoną.

Na twa­rzy dziew­czy­ny po­ja­wi­ło się za­sko­cze­nie, które nie­mal na­tych­miast ustą­pi­ło miej­sca wzru­sze­niu. Ko­szyk wy­padł jej z dłoni, zioła roz­sy­pa­ły się po ziemi, a ona sama – po krót­kim, nie­pew­nym wa­ha­niu – rzu­ci­ła się w ra­mio­na uko­cha­ne­go.

– Oczy­wi­ście, że tak – wy­szep­ta­ła, wtu­la­jąc się w Da­vre­la.

Po­ca­ło­wa­li się – długo, nie­śpiesz­nie, jakby czas na mo­ment prze­stał pły­nąć. Wójt od­wró­cił się dys­kret­nie, uda­jąc, że zaj­mu­je się winem.

– No, wy­glą­da na to, że jed­nak warto było dziś wstać z łóżka – mruk­nął pół­gło­sem, a za­ko­cha­ni ro­ze­śmia­li się cicho.

Potem Da­vrel i Lysia wy­szli do ogro­du, gdzie usie­dli razem na ławce pod drze­wem. Lysia wciąż trzy­ma­ła jego dłoń, jej oczy błysz­cza­ły w słoń­cu.

– Mam jeden wa­ru­nek – po­wie­dzia­ła nagle, a jej lekki ton tylko z po­zo­ru brzmiał żar­to­bli­wie.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią z uśmie­chem.

– Pro­szę, nie mów, że chcesz, żebym na ślub wło­żył tę nie­bie­ską ko­szu­lę.

– Nie o to cho­dzi – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie, ale jej spoj­rze­nie stward­nia­ło, a w twa­rzy coś się zmie­ni­ło. – Chcę… żebyś po­go­dził się z Da­rio­nem.

Za­sko­czo­ny Da­vrel uniósł wy­so­ko brwi.

– Po­go­dził? – po­wtó­rzył, jakby nie był pe­wien, czy do­brze usły­szał. – Po tym wszyst­kim?

– Tak. I żebyś do­łą­czył do ruchu oporu.

Na mo­ment za­pa­dła cisza, którą prze­ry­wał tylko lekki sze­lest liści po­ru­sza­nych wia­trem. Szlach­cic wpa­try­wał się w nią, pró­bu­jąc zro­zu­mieć czy to żart. Ale dziew­czy­na nie żar­to­wa­ła.

– Ty na­praw­dę mó­wisz po­waż­nie… – wy­szep­tał.

– Cał­kiem po­waż­nie. – Jej głos był spo­koj­ny, ale była w nim siła. – Nie mo­żesz stać z boku, kiedy inni ry­zy­ku­ją życie. Da­rion wie­rzy, że wciąż je­steś po jego stro­nie. I ja też w to wie­rzę.

Da­vrel od­su­nął się lekko, jakby coś go ukłu­ło. Frag­men­ty wspo­mnień nagle po­wró­ci­ły i za­czę­ły ukła­dać się w ca­łość. Spór Lysii z ojcem i su­ro­wy głos mó­wią­cy Ruch oporu to nie za­ba­wa!. Tamta kłót­nia z Da­rio­nem w dniu, gdy ten po­pro­sił go o do­łą­cze­nie do Zie­lo­nych Opoń­czy. Wresz­cie srebr­ny wi­sio­rek, który miała na szyi – mały ptak z roz­po­star­ty­mi skrzy­dła­mi. W końcu zro­zu­miał.

– To ty… – po­wie­dział cicho. – Ty je­steś Szpa­kiem.

Lysia drgnę­ła. Nie za­prze­czy­ła. Nie mu­sia­ła. Jej twarz była blada, ale spoj­rze­nie po­zo­sta­ło spo­koj­ne.

– Nie chcia­łam, żebyś tak się do­wie­dział – po­wie­dzia­ła w końcu. – Ale masz rację. Wspól­nie z Da­rio­nem kie­ru­ję ru­chem oporu. A teraz pro­szę cię, żebyś do nas do­łą­czył…

Szlach­cic wstał po­wo­li, bez słowa. Wy­glą­dał, jakby nie wie­dział, co zro­bić z rę­ka­mi, a każde słowo, które mógł­by po­wie­dzieć, miało je­dy­nie po­gor­szyć sy­tu­ację.

– Oszu­ka­łaś mnie… – wy­szep­tał w końcu, le­d­wie sły­szal­nie. – Kła­ma­łaś od sa­me­go po­cząt­ku.

– To nie tak – pró­bo­wa­ła wy­tłu­ma­czyć dziew­czy­na. – Zro­bi­łam to dla Arven. Dla nas wszyst­kich…

– Dla nas? – głos męż­czy­zny na­brał twar­do­ści. Już nawet nie pró­bo­wał ukry­wać ki­pią­cej w nim zło­ści. – Chyba dla sie­bie. Jak mo­głem być aż tak głupi!

Od­wró­cił się i ru­szył w stro­nę wyj­ścia.

– Da­vrel! – za­wo­ła­ła za nim, ale męż­czy­zna się nie od­wró­cił.

Trza­snę­ły drzwi.

– Ko­cham cię – wy­szep­ta­ła Lysia, a po jej po­licz­kach spły­nę­ły pierw­sze łzy.

 

W domu pa­no­wa­ła cisza. Da­vrel długo sie­dział przy stole, nie zdej­mu­jąc płasz­cza. Wpa­try­wał się w pusty kie­lich, jakby na jego dnie szu­kał od­po­wie­dzi na drę­czą­ce go py­ta­nie: dla­cze­go?

Kiedy w końcu po­ło­żył się spać, długo nie mógł za­snąć. Myśli kłę­bi­ły się w gło­wie, wra­ca­ły, za­pę­tla­ły. Twarz Lysii, jej głos, błysk srebr­ne­go wi­sior­ka – wszyst­ko mie­sza­ło się z ob­ra­za­mi prze­szło­ści.

Sen przy­szedł do­pie­ro nad ranem. Znowu był tam koń – biały, silny, o oczach błysz­czą­cych jak tafle lodu. Biegł ścież­ką, po­śród pól spo­wi­tych mgłą, a zie­mia drża­ła pod jego ko­py­ta­mi. Gdy do­tarł do roz­wi­dle­nia dróg, za­trzy­mał się, jakby z za­wa­ha­niem. Nie skrę­cił jed­nak w żad­nym kie­run­ku. Rzu­cił się pro­sto przed sie­bie. Krza­ki i cier­nie roz­dzie­ra­ły mu skórę, lecz on nie zwal­niał. Li­ście sy­pa­ły się wokół ni­czym iskry, a niebo – bla­do­nie­bie­skie, nie­na­tu­ral­nie ciche – roz­cią­ga­ło się bez końca.

Da­vrel obu­dził się nagle, z ser­cem bi­ją­cym jak młot. Leżał chwi­lę nie­ru­cho­mo, pa­trząc w ciem­ność. Nie wie­dział, co ozna­czał sen, ale wie­dział już którą drogą iść i jak od­po­wie­dzieć na wa­ru­nek Lysii.

 

 

Wiatr prze­ta­czał się przez wzgó­rza, nio­sąc ze sobą za­pach wil­got­nej trawy i spa­da­ją­cych liści. Słoń­ce zni­ża­ło się ku za­cho­do­wi, a świa­tło miało kolor miodu i sta­re­go bursz­ty­nu. Pod sa­mot­nym dębem, któ­re­go ga­łę­zie roz­po­ście­ra­ły się sze­ro­ko ni­czym ra­mio­na daw­ne­go straż­ni­ka, stał Da­vrel.

Po­pra­wił rze­mień przy sio­dle i spoj­rzał na ścież­kę wio­dą­cą z Arven. Był spo­koj­ny, choć w środ­ku wciąż czuł na­pię­cie, któ­re­go nie po­tra­fił do końca na­zwać. Z jed­nej stro­ny od­czu­wał ulgę, że w końcu coś się wy­da­rzy, z dru­giej, bał się tego, co przy­nie­sie dzi­siej­sze spo­tka­nie. Wie­dział jed­nak, że nie może już dłu­żej zwle­kać.

Zza za­krę­tu wy­ło­ni­ło się dwoje jeźdź­ców. Lysia je­cha­ła pierw­sza – w brą­zo­wym płasz­czu, z wło­sa­mi sple­cio­ny­mi w war­kocz, wy­glą­da­ła po­waż­niej niż zwy­kle. Ku swo­je­mu zdu­mie­niu, w ja­dą­cym za nią męż­czyź­nie Da­vrel roz­po­znał… Cor­ri­na.

– A ty co tutaj ro­bisz? – za­py­tał mru­żąc oczy z nie­do­wie­rza­nia.

– Tego się nie spo­dzie­wa­łeś, co? – rzu­cił z uśmie­chem po­moc­nik mły­na­rza, pod­jeż­dża­jąc bli­żej. – Wiesz, chcia­łem się wy­pi­sać z tego ca­łe­go ruchu oporu… tylko jakoś tak nie mia­łem kiedy.

– Nie mia­łeś kiedy?

– No bo tak… – roz­ło­żył ręce – teraz kiedy Anna jest w ciąży pra­cu­ję tro­chę wię­cej. Poza tym Zie­lo­ne Opoń­cze wy­ko­rzy­stu­ją mnie głów­nie jako gońca. A ja za­wsze lu­bi­łem jeź­dzić konno.

– I cał­kiem nie­źle go­tu­ją – wtrą­ci­ła z pół­u­śmie­chem Lysia.

– Wła­śnie! – przy­tak­nął Cor­rin. – A zresz­tą, Dav, ty za­wsze po­wta­rza­łeś, że czło­wiek po­wi­nien robić w życiu to, co po­tra­fi naj­le­piej. Ja umiem jeź­dzić. Więc jeż­dżę.

Da­vrel par­sk­nął cicho, po­trzą­sa­jąc głową.

– Za­czy­nam się oba­wiać, że jesz­cze zo­sta­niesz bo­ha­te­rem re­be­lii.

– Tylko jeśli to do­brze płat­ne – od­parł Cor­rin z po­wa­gą, po czym po­gła­dził konia po szyi i spoj­rzał przed sie­bie. – To jak, ru­sza­my?

 

Droga, którą zmie­rza­li w kie­run­ku Idris, wio­dła coraz wyżej i wyżej. Z każdą chwi­lą kra­jo­braz sta­wał się bar­dziej su­ro­wy, jakby sama zie­mia chcia­ła ich ostrzec, że zbli­ża­ją się do gra­ni­cy, za którą koń­czy się spo­kój. Stare dęby ustę­po­wa­ły miej­sca po­skrę­ca­nym ja­łow­com, a wiatr przy­bie­rał na sile, nio­sąc ze sobą od­gło­sy nocy.

Nikt się nie od­zy­wał. Lysia je­cha­ła przo­dem, trzy­ma­jąc wodze z pew­no­ścią, któ­rej Da­vrel wcze­śniej u niej nie wi­dział. Cor­rin, po­gwiz­dy­wał coś pod nosem, ale i ten dźwięk zda­wał się być tłu­mio­ny przez ciszę ota­cza­ją­cych ich wzgórz. Sam Da­vrel my­ślał tylko o tym, jak dziw­ne było to uczu­cie – je­chać z nimi, wie­dząc, że czeka go spo­tka­nie, od któ­re­go za­le­żeć może cała jego przy­szłość.

Wresz­cie droga skoń­czy­ła się u pod­nó­ża ka­mien­ne­go pa­gór­ka. Na szczy­cie ma­ja­czy­ły ruiny daw­ne­go klasz­to­ru. Z bli­ska wy­glą­da­ły jak wy­pa­lo­ne wnę­trze ol­brzy­miej świą­ty­ni – puste okna, po­pę­ka­ne mury, reszt­ki kruż­gan­ków ople­cio­ne blusz­czem. Po­śród ka­mie­ni pło­nę­ły ogni­ska, a w ich bla­sku po­ru­sza­li się lu­dzie w pro­stych, zie­lo­nych płasz­czach.

– O rany – mruk­nął Cor­rin, zer­ka­jąc w górę. – Miej­sce jak z kosz­ma­ru.

– Kie­dyś była tu świą­ty­nia Naari, bo­gi­ni wia­tru – od­po­wie­dzia­ła Lysia, nie od­wra­ca­jąc głowy.

Kiedy wje­cha­li na dzie­dzi­niec z cie­nia wy­ło­ni­li się straż­ni­cy. Po­de­szli do nich, a roz­po­znaw­szy Lysię ski­nę­li gło­wa­mi. Zanim przy­jezd­ni zdą­ży­li zsiąść z koni, mię­dzy mu­ra­mi po­ja­wi­ła się zna­jo­ma po­stać.

Da­rion Hall miał na sobie znisz­czo­ną pe­le­ry­nę w ko­lo­rze po­pio­łu, a pod nią pro­sty skó­rza­ny na­pier­śnik. Szedł pew­nym kro­kiem, jak ktoś, kto od dawna wie, dokąd zmie­rza.

Za­trzy­mał się kilka kro­ków od Da­vre­la i przyj­rzał mu się uważ­nie. W bla­sku ognia jego twarz wy­glą­da­ła szczu­plej niż kie­dyś, lecz w oczach wciąż tlił się dawny zapał.

– Da­vrel Gris – po­wie­dział cicho, a w jego gło­sie wy­brzmia­ła odro­bi­na no­stal­gii. – Nie wie­rzy­łem, że jesz­cze się spo­tka­my.

– Wiele się zmie­ni­ło – od­parł chłod­no Da­vrel, zsia­da­jąc z konia.

– Wię­cej chyba dla mnie niż dla cie­bie.

Na krót­ką chwi­lę ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Wró­ci­ły wspo­mnie­nia. Wspól­ne bie­sia­dy, wy­ści­gi konne, potem walka ramię w ramię, krzyk, kurz, aż wresz­cie chłód ostat­nie­go po­że­gna­nia.

Da­rion pierw­szy zro­bił krok na­przód i wy­cią­gnął dłoń.

– Mimo wszyst­ko, do­brze cię wi­dzieć.

– Cie­bie też, Da­rion. Nie­źle się trzy­masz jak na czło­wie­ka, na któ­re­go po­lu­je całe Kade.

– I jesz­cze pół Idris. – Hall za­śmiał się cicho, ale zaraz spo­waż­niał. – Na­praw­dę cie­szę się, że zmie­ni­łeś zda­nie. Wspól­nie mo­że­my do­ko­nać wiel­kich rze­czy.

– Zmie­ni­łem zda­nie?

– Prze­cież dla­te­go tu je­steś, praw­da? – Da­rion uniósł brew. – Lysia mó­wi­ła, że po­sta­no­wi­łeś wresz­cie sta­nąć po wła­ści­wej stro­nie.

Da­vrel mil­czał chwi­lę, a potem uśmiech­nął się krót­ko – z tym cha­rak­te­ry­stycz­nym cie­niem iro­nii, który jego przy­ja­ciel znał aż za do­brze.

– Oba­wiam się, że źle mnie zro­zu­mie­li­ście. Nie przy­je­cha­łem, żeby wstę­po­wać do ruchu oporu.

Wokół za­pa­no­wa­ła cisza. Kilku ludzi sto­ją­cych przy ogni­sku od­wró­ci­ło się w ich stro­nę. Lysia wstrzy­ma­ła od­dech, jakby chcia­ła coś po­wie­dzieć, ale nie zna­la­zła wła­ści­wych słów. Da­rion na­to­miast wciąż pa­trzył na Da­vre­la, nie po­ru­sza­jąc się ani o krok.

– Więc po co tu je­steś?

– Mam dość pa­trze­nia, jak giną lu­dzie z Kade – od­parł z chłod­ną pew­no­ścią sie­bie. – Ale nie za­mie­rzam wal­czyć w two­jej woj­nie.

Przy­wód­ca Zie­lo­nych Opoń­czy zmarsz­czył brwi.

Da­vrel zro­bił kilka kro­ków, za­trzy­mał się na­prze­ciw niego i spoj­rzał na roz­cią­ga­ją­ce się w dole pola, skry­te obec­nie w mro­kach ota­cza­ją­cej ich nocy.

– Więk­szość człon­ków ruchu oporu to chło­pi i rze­mieśl­ni­cy – po­wie­dział po chwi­li. – Nie wie­dzą, jak wal­czyć, jak prze­trwać. Kiedy staną na­prze­ciw armii Pół­no­cy, zginą. Nie mogę na to po­zwo­lić.

– Co zatem za­mie­rzasz?

– Będę was szko­lił. Na­uczę was jak wal­czyć, jak re­ago­wać pod­czas bitwy, jak prze­wi­dy­wać ruchy wroga. Ale to tyle. Nie stanę z wami w sze­re­gu, a już na pewno nie będę pod­pa­lał sto­dół.

Da­rion wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go. Od­wró­cił wzrok, prze­su­wa­jąc dło­nią po karku. Potem spoj­rzał py­ta­ją­ca na Lysię, a jego wzrok wy­ra­żał za­rów­no zawód, jak i sza­cu­nek. Nie zna­la­zł­szy w oczach dziew­czy­ny po­par­cia, któ­re­go szu­kał, po­now­nie zwró­cił się w stro­nę daw­ne­go przy­ja­cie­la.

– A ty jak zwy­kle po swo­je­mu, Dav. Ale to też coś. – Po czym dodał: – Niech bę­dzie. Przyj­mu­ję twój układ. Bę­dziesz szko­lił Zie­lo­ne Opoń­cze. A ja będę miał na­dzie­ję, że kie­dyś jed­nak do nas do­łą­czysz.

Po­now­nie zer­k­nął na sto­ją­cą w mil­cze­niu Lysię.

– Jest coś jesz­cze o czym chcia­łem wam po­wie­dzieć. Po­zy­ska­li­śmy no­we­go so­jusz­ni­ka. – Uśmiech­nął się z lek­kim zmę­cze­niem. – To lord Chri­sto­pher Blake z Whi­te­rock. Jeden z naj­po­tęż­niej­szych ludzi w Idris.

Da­vrel uniósł brew, za­sko­czo­ny.

– Ma wpły­wy i pie­nią­dze. Jest gotów po­przeć re­be­lię prze­ciw Pół­no­cy, pod wa­run­kiem, że to Kade jako pierw­sza pro­win­cja ofi­cjal­nie prze­ciw­sta­wi się na­jeźdź­com.

Słowa Da­rio­na za­wi­sły w wie­czor­nym po­wie­trzu ni­czym omen. Gdzieś nad ru­ina­mi prze­le­cia­ła wrona, a jej skrzek odbił się echem w pu­stych mu­rach klasz­to­ru. Szlach­cic długo pa­trzył na przy­ja­cie­la, po czym ski­nął po­wo­li głową.

– W takim razie mamy mniej czasu, niż my­śla­łem.

 

Kiedy wra­ca­li, noc po­wo­li miała się już ku kre­so­wi. Droga wiła się mię­dzy po­la­mi, które w bla­dym świe­tle księ­ży­ca przy­po­mi­na­ły po­ru­sza­ne nie­wi­dzial­nym wia­trem morze. Cor­rin kłu­so­wał przo­dem, nucąc coś pod nosem, jakby cała wy­pra­wa była dla niego bła­host­ką. Da­vre­li Lysia je­cha­li obok sie­bie w mil­cze­niu.

W końcu to dziew­czy­na ode­zwa­ła się pierw­sza:

– Nie spo­dzie­wa­łam się, że tak to się skoń­czy.

– Ani ja – bez uśmie­chu od­parł męż­czy­zna. – Da­rion za­wsze był upar­ty. Bałem się, że nie przy­sta­nie na moją pro­po­zy­cję.

Córka wójta spoj­rza­ła na niego z ukosa.

– Nie bądź dla niego aż tak su­ro­wy. Przy­naj­mniej pró­bu­je coś zmie­nić.

– Wiem. Ale nie chcę, że­by­śmy wszy­scy zgi­nę­li przez jego zapał – od­parł cicho.

Je­cha­li dalej, a szum trawy przy dro­dze i stu­kot koń­skich kopyt za­głu­sza­ły myśli, któ­rych żadne z nich nie chcia­ło wy­po­wie­dzieć na głos.

– Je­steś za­do­wo­lo­na z mojej de­cy­zji? – za­py­tał wresz­cie szlach­cic.

Lysia od­wró­ci­ła się ku niemu, a w jej oczach od­bi­ja­ło się srebr­ne świa­tło księ­ży­ca.

– Chyba nigdy do końca cię nie zro­zu­miem – od­par­ła w za­my­śle­niu. – Ale ko­cham cię. I jeśli to twój spo­sób, żeby pomóc, to nie będę cię od niego od­wo­dzić.

Za­trzy­ma­li się na chwi­lę na skra­ju wzgó­rza. Z tej wy­so­ko­ści widać było już blask po­wo­li bu­dzą­ce­go się Arven.

Da­vrel od­wró­cił się do niej.

– A więc zgo­dzisz się za mnie wyjść?

Uśmiech­nę­ła się lekko.

– Jeśli nadal tego chcesz.

Ze­sko­czył z konia i po­mógł jej zro­bić to samo. Stali na­prze­ciw sie­bie w ciszy, którą prze­ry­wa­ło tylko cy­ka­nie świersz­czy.

– Mam jeden wa­ru­nek – po­wie­dział z pół­u­śmie­chem.

– Jaki?

– Nigdy wię­cej se­kre­tów.

Lysia spoj­rza­ła na niego długo, z po­wa­gą, która nie pa­so­wa­ła do jej mło­dej twa­rzy. Potem ski­nę­ła głową.

– Obie­cu­ję.

Da­vrel uśmiech­nął się blado i do­tknął jej dłoni. A potem się po­ca­ło­wa­li – spo­koj­nie i z uczu­ciem, które nie po­trze­bo­wa­ło słów.

Noc była pięk­na i pach­nia­ła wrzo­sa­mi. Gdzieś w od­da­li roz­brzmiał pierw­szy cichy grzmot.

 

Z no­wych po­sta­ci wy­stą­pi­li:

 

 

Do­dat­ko­wo, Lysia jako Szpak oraz Darion jako przywódca Zielonych Opończy:

Koniec
Nowa Fantastyka