Rozdział 1: Implozja w Szarym Pyle
Szary pył osiadał na spękanych wargach, zmieniając każdy oddech czterdziestoosobowej grupy w suche, urywane charczenie. Kolumna brnęła przez pogranicze martwego lasu – cmentarzyska, gdzie kikuty drzew sterczały z jałowej ziemi niczym zwęglone, powybijane kości. Pod stopami wypalona, lita skorupa gruntu nie ustępowała; każde uderzenie podkutego buta niosło ze sobą krótki, agresywny stukot, który natychmiast grzązł w martwym powietrzu.
Drewniane osie dwóch wozów skowytały przy każdym obrocie. Metalowe obręcze kół, natrafiając na luźne kamienie, dzwoniły wysokim, jazgotliwym tonem. Wszyscy mrużyli oczy, próbując przebić wzrokiem szarą nieskończoność pyłu w poszukiwaniu jakiegokolwiek znaku Szarej Twierdzy – odległego celu, który wciąż pozostawał ukryty za horyzontem i tumanami popiołu.
Boragan, idący na szpicy, odruchowo zacisnął dłoń na rękojeści. Stal była zimnym, martwym ciężarem. Gdy żołnierz wysunął głownię, ciszę rozdarło suche, piaszczyste tarcie metalu o stwardniałą skórę i okucia pochwy. Zwolnił, pozwalając cywilom i pozostałym żołnierzom się wyprzedzić, aż zrównał się z Erykiem.
Mag poruszał się z drapieżną płynnością, która kłóciła się z jego wiekiem. Pod zwojami ciężkiej, sztywnej od brudu peleryny, Boragan widział jedynie wąskie barki chłopaka – te same, które widywał u własnego syna, nim świat stał się popieliskiem. Nie potrafił pojąć, jak siedemnastolatek mógł emanować tak nieludzkim chłodem, gdy wokół szlak słał się trupami.
Żołnierz, nie przerywając marszu, wyciągnął przed siebie miecz. Eryk drgnął i wypuścił z płuc ciężkie westchnienie. Gdy uniósł dłoń, powietrze wokół stali natychmiast zgęstniało, falując od skoku ciśnienia. Z palców młodzieńca wystrzeliły złote wyładowania. Z drapieżną furią rzuciły się na głownię, wsączając się w każdą szczelinę i mikropęknięcie metalu, by wypełnić je płynnym światłem. Miecz zawtórował magii wysokim, metalicznym świstem. Wibracja była tak silna, że Boragan musiał chwycić jelce obiema rękami, czując, jak eter pulsuje w rytm jego własnego tętna.
– Gdzie… staniemy na obóz? – zapytał Eryk. Jego głos był skrajnie zmęczony, rwany haustami pyłu.
Boragan rozejrzał się po szarej zawiesinie, która tłumiła barwy świata.
– Jeśli pamięć mnie nie myli, pół dnia drogi stąd jest osada – odparł, walcząc z szarpnięciami rozgrzanej broni. – Chaty pewnie spłonęły, ale tamtejszy młyn był z kamienia. Powinien przetrwać atak zmor… i nasze kontrataki. Mam taką nadzieję.
Widząc, że ostatnia złota iskra stopiła się z metalem, żołnierz – wciąż w marszu – wsunął buchający żarem miecz do pochwy. Skóra akcesorium syknęła i skurczyła się pod wpływem temperatury. Eryk został na tyłach, osłaniając kolumnę. Gdy tylko Boragan oddalił się o kilka kroków, chłopak gwałtownie wypuścił powietrze. Dopiero teraz, w cieniu głębokiego kaptura, pozwolił sobie na słabość. Fala tępego bólu uderzyła w jego czaszkę, a oddech rzęził w piersi, ciężki jak płynny ołów, który z każdym wdechem parzył płuca od środka.
To była cena – krwawa danina za każdą sekundę eteru wtłoczoną w zimną stal.
Eryk wziął głęboki oddech, próbując uspokoić moc wciąż parzącą jego żyły. Zapach ołowianego pyłu ustąpił dusznej woni palonego wosku i ciężkiej atmosferze namiotu.
Chłopak trwał w pokłonie. Wzrok, wbity pionowo w dół, więzł w geometrycznym wzorze dywanu. Każdy włos wełny wydawał się nienaturalnie gruby. Ciężar ciała gniótł stawy skokowe, wywołując tętniący ból. Na podest spadł błękitny blask – to Iwan, nie patrząc na magów, przesunął dłonią nad matrycą mapy. Jego palec, zakuty w czarną stal rękawicy, z nieprzyjemnym chrzęstem zarysował powierzchnię stołu.
– Oddział siódmy. Stracony – rzucił Iwan. Uderzył pięścią w blat, a mapa zamigotała, wyrzucając z siebie iskry eteru, które zgasły w wełnie dywanu tuż przed twarzą Eryka.
Władca uniósł dłoń. Eryk poczuł, jak aura Iwana napiera mu na kark. Kroki Władcy były miarowe; ciężkie buty uderzały w deski z taką siłą, że woda w ozdobnej karafce drżała rytmicznie. Iwan zatrzymał się na krawędzi, a czubki jego wypolerowanych butów weszły w pole widzenia Eryka.
– Nie was jednak potrzebujemy do tego zadania, Maksymilianie. – Głos Iwana zawisł w próżni.
Zapadła miażdżąca pauza. Iwan powoli zdjął rękawicę, rzucając ją na mapę; metaliczny huk uderzenia był jak wyrok wydany w ciszy. Władca nachylił się nad chłopakiem. Eryk słyszał świst magicznej peleryny Iwana i wysoki dźwięk eteru wyciekającego z matrycy.
Władca wyprostował się, a pancerz skrzypnął zgrzytliwie.
– Twój uczeń… – Iwan zawiesił głos. Końcem buta niedbale pchnął fałd peleryny Eryka, sprawdzając opór materii. – Ponoć jest już w pełni wyszkolony. To on się tym zajmie. Tak zdecydowaliśmy.
Maksymilian drgnął. Iwan odwrócił się i jednym szarpnięciem wyłączył matrycę. Błękitne światło zgasło, pogrążając namiot w dusznym półmroku.
– Przepchniecie tych cywili do Szarej Twierdzy – rzucił z pogardą, wycierając dłoń jedwabną chustą. – Nieważne, czy dotrą tam o własnych siłach, czy na wozach. Mają zniknąć z Naszych oczu. Element nieprzynoszący zysku to błąd w matrycy. Wyeliminujcie go.
Przestrzeń wokół Władcy zaczęła drżeć od natężenia mocy, stając się ciężka i duszna.
– Powstańcie. Niech wasza obecność tutaj dobiegnie końca. Oczekujemy rezultatów przed świtem.
Eryk zaczął prostować zdrętwiałe plecy. Krew z impetem uderzyła w stopy, wywołując kaskadę bólu. Chłopak uniósł wzrok, lecz widział już tylko plecy Iwana i chustę rzuconą na martwą mapę. Podniósł się, słysząc, jak w stawach strzelają bąbelki powietrza – jedyny dźwięk buntu, na jaki mógł sobie pozwolić
Na zewnątrz powietrze było ostre, przesycone gryzącym dymem i metalicznym aromatem nasycanej stali. Maksymilian szedł przodem; jego wysoka sylwetka rzucała długi, łamany cień na błoto, które pod wpływem przymrozku chrupało pod podeszwami niczym tłuczone szkło. Dopiero gdy gwar obozu stał się jednostajnym szumem, mistrz nagle przystanął.
Odwrócił się gwałtownie, a jego szata otarła się o pancerz z suchym, pergaminowym szelestem. Nie było tu zapachu wina – od Maksymiliana bił chłodny, sterylny zapach ozonu. Zanim Eryk zdążył nabrać powietrza, zrogowaciałe palce mistrza uderzyły go prosto w czoło. Pstryknięcie było tak silne, że głowa chłopaka odskoczyła do tyłu.
– Myśl, Eryk – warknął Maksymilian. Głos mu wibrował, jakby w krtani trzymał uwięziony piorun. – Iwan nie prosi. On przesuwa wektory. A ty jesteś teraz jego najsłabszym elementem.
Mistrz nagle dopadł do niego i chwycił za mankiety peleryny, szarpiąc materiał tak mocno, że Eryk prawie stracił równowagę. Stary mag nie szukał amuletów; jego dłonie błądziły po tkaninie, sprawdzając stabilność nici eteru, które uczeń sam wplótł w sploty. Eryk poczuł szarpnięcie na ramionach i usłyszał wysoki, krystaliczny pisk – dźwięk drgającej struny – gdy Maksymilian brutalnym ruchem „dokręcił” poluzowany węzeł ochronny. W miejscu dotyku skóra Eryka zapiekła, jakby mistrz przypalał go rozgrzanym drutem.
– Sześć lat. Sześć lat marnowania mojego czasu na pokazywanie ci, jak nie spalić sobie brwi przy prostym splotowaniu – Maksymilian syknął, a z jego ust wydobył się gęsty kłąb pary. – A teraz masz służyć za przenośny piecyk dla stada owiec. Twoja magia powinna rozrywać sfery, a nie gotować owsiankę uchodźcom!
Maksymilian szarpnął go za kołnierz, przyciągając twarz tak blisko, że Eryk widział w jego oczach odbicia dogasających kandelabrów – wyglądały jak dwa kawałki płonącego węgla.
– Ale Iwan… jeśli pozwolisz, by choć jeden z tych „punktów” na mapie zgasł, on zgasi ciebie. I to będzie największa strata eteru w tej dekadzie. Słyszysz? Jeśli dasz się zabić przez nieuwagę, znajdę twoje resztki i będę je strofował przez całą wieczność za te twoje koślawe sploty.
Mistrz puścił go tak gwałtownie, że Eryk musiał zrobić krok w tył, by nie upaść w zamarznięte błoto.
– Masz wrócić – dodał Maksymilian ciszej, a w jego głosie na ułamek sekundy pojawił się ton, który nie był rozkazem. – Nie dlatego, że cię potrzebuję. Ale bez ciebie te narady z tępymi dowódcami są tak jałowe, że aż bolą mnie zęby. Rozumiesz?
Stary pryk znowu kłamie, pomyślał Eryk, czując, jak fala kojącego ciepła od poprawionego splotu rozlewa się po jego zdrętwiałych ramionach. Tęskniłby za moim narzekaniem już po godzinie.
Maksymilian odwrócił się na pięcie, a spod jego buta wydobyło się obrzydliwe mlaśnięcie błota.
– Wynocha! Zanim uznam, że muszę cię jeszcze raz nauczyć podstaw geometrii!
Zniknął w ciemnościach, zostawiając Eryka z piekącym czołem i aurą, która pod brutalną opieką mistrza stała się nagle stabilna jak nigdy dotąd.
Eryk gwałtownie wyrwał się z wizji. Obraz namiotu rozpadł się, a rzeczywistość uderzyła w niego mroźnym podmuchem i dzwoniącą w uszach ciszą. Ptaki zniknęły. Konie przy wozach nagle oszalały, rzucając się w zaprzęgach z taką siłą, że spod kopyt sypały się snopy iskier.
W tej samej sekundzie temperatura spadła poniżej zera. Wśród uchodźców wybuchł chaos. Ludzie, widząc narastający na ubraniach szron, zaczęli wrzeszczeć i tratować się nawzajem, próbując uciekać w głąb kolumny.
– Stać! Nie rozdzielać się! – ryczał Boragan, ale jego głos utonął w kakofonii przerażenia.
Eryk rzucił się do przodu, wyrzucając dłonie przed siebie. Błękitne nici eteru wystrzeliły z jego palców, by utkać kopułę, ale przerażony tłum falował, uniemożliwiając domknięcie splotu. Był o ułamek sekundy za wolny.
Z szarej zawiesiny wychunął kształt będący zaprzeczeniem materii. Kłąb dymnego mroku wystrzelił mackę prosto w lukę tarczy. Cień owinął się wokół pasa młodej kobiety stojącej na tyłach. Rozległ się mroźny chrobot, a kobieta wrzasnęła, gdy siła uderzenia rzuciła ją na ziemię. Bestia zaczęła wciągać ją w głąb pyłu z nieludzką prędkością.
– Boragan! – wychrypiał Eryk, czując, jak bariera drży pod naporem jego własnej, niestabilnej mocy.
Żołnierz dopadł do ofiary w jednym skoku. Jego miecz, wciąż buchający żarem, ciął dymne więzy z ogłuszającym skowytem rozdzieranej zasłony świata. Rozżarzona stal przecięła cień tuż przy ciele kobiety. Odcięta macka zwinęła się i wyparowała, a czarna krew zmory rozprysła się na błękitnej powłoce tarczy, wypalając w niej syczące szczeliny.
Eryk zatrzasnął barierę z głośnym sykiem, odcinając uchodźców od mrozu. Poczuł uderzenie Ceny – ból rozdarł mu pierś, a krew w żyłach gwałtownie ścięła się w lód.
Bestia, rozwścieczona utratą zdobyczy, uderzyła całym cielskiem w błękitną kopułę. Siła uderzenia rzuciła Eryka na kolana. Zaparł się nogami, napinając mięśnie, aż rzepki zatrzeszczały pod naciskiem ciśnienia. Skupił cały płonący w żyłach eter w jeden splot. Z jego dłoni wystrzelił słup gęstej, złotej plazmy.
Powietrze rycząc eksplodowało. Siła odrzutu była tak potężna, że stawy w barkach jęknęły, a podkute buty wyorały bruzdy w twardym gruncie. Magia uderzyła w środek cienia, parując go w ułamku sekundy. Dymna struktura bestii zagotowała się i eksplodowała nicością. Boragan dokończył dzieła, wbijając nasyconą stal prosto w dymiący rdzeń.
Gdy potwór rozwiał się w pył, w grupie zapanował oszołomiony bezruch, mącony jedynie przez szloch uratowanej kobiety i płacz dziecka. Eryk dyszał ciężko, trzymając się za pierś. Z jego nosa pociekła gęsta, ciemna krew, kapiąc na zmarzniętą glebę.
– Nie zatrzymywać się! – wyrzucił z siebie rwanym głosem. – Ruchy!
Boragan stanął obok niego, zasłaniając go przed wzrokiem tłumu szerokimi barami.
– Wycieraj twarz, młody. Cywile nie mogą widzieć, że krwawisz
Szok po ataku zmory ustąpił miejsca tępemu posłuszeństwu. Ludzie ruszyli nie dlatego, że odzyskali siły, ale dlatego, że surowy głos Eryka wyrywał ich z paraliżu. Szuranie setek stóp o litą, spękaną skorupę ziemi stało się jedynym rytmem w tym martwym świecie – monotonnym, ciężkim uderzeniem, które niosło jedynie konieczność przetrwania kolejnego kroku.
Sekundy zlewały się w godziny. Boragan zerknął na swój miecz; magia wciąż trzymała się głowni, choć oślepiający blask ustąpił miejsca morderczej gotowości. Stal jarzyła się teraz głębokim, matowym karmazynem, który pulsował w rytm oddechu żołnierza. Broń stała się przedłużeniem jego układu krwionośnego, karmiąc się każdym uderzeniem serca.
W pewnym momencie kolumna zamarła. Z pobliskiej osady, której szkielety chat majaczyły w szarej zawiesinie niczym rzędy wybitych zębów, dobiegł głośny, suchy trzask. Żołnierze instynktownie zacisnęli dłonie na rękojeściach, aż kostki im pobielały. Nastała cisza tak głęboka, że słychać było jedynie trzeszczenie stygnącej magii na mieczu Boragana. Okazało się jednak, że to tylko próchniejąca belka, która pod własnym ciężarem poddała się procesom rozkładu. Pękła z hukiem przypominającym wystrzał z muszkietu. Marsz został wznowiony w jeszcze większym napięciu.
Eryk regenerował siły w marszu. Szedł z przymkniętymi powiekami, pozwalając, by jego świadomość rozlała się po jałowym gruncie niczym sieć pajęcza. Czerpał eter z otoczenia – czuł, jak cząsteczki mocy uwięzione w pyle i martwych korzeniach drzew są wciągane do jego wnętrza. Proces ten przypominał wdychanie drobinek lodu, które wypełniały piekące kanały w jego żyłach kojącym, acz bolesnym chłodem.
Przy zmierzchu, gdy szarość zaczęła przechodzić w głuchą czerń, dostrzegli młyn. Jego kamienne ściany, potężne i niewzruszone, wydawały się jedynym stałym punktem w tym rozpadającym się świecie.
– Konie do młyna! – rozkazał Eryk, a jego głos przeciął ciszę z mocą wojskowego sygnału. – Przeszukać zgliszcza za opałem, a potem wszyscy do środka. Ruchy!
Kiedy ostatni z uchodźców zniknął w cieniu bramy, Eryk zatrzymał się na progu. Obok niego stanął Boragan, ciężko opierając dłoń na odrzwiach. Obaj spojrzeli w stronę horyzontu, tam gdzie zostawili front – miejsce, które powinno być uporządkowanym polem bitwy magów Iwana.
Nagle niebo pękło.
Z kierunku frontu wystrzelił potężny impuls. To nie był złoty blask splotów ani błękitna łuna tarcz. Niebo rozdarł rozbłysk, który płonął głębokim, trującym fioletem. Światło trwało stanowczo za długo, zalewając martwy las upiorną poświatą. Cienie ruin stały się nienaturalnie ostre, niemal wycięte z czarnego papieru, a pył w powietrzu zaczął wirować w rytm niesłyszalnej, wysokiej częstotliwości.
Eryk poczuł, jak świeżo odzyskany eter w jego żyłach reaguje gwałtownym buntem. To nie było współbrzmienie – to był zgrzyt. Jego magia, ta uporządkowana, geometryczna moc, którą wpajał mu Maksymilian, zaczęła się rwać. Sploty na jego szatach drżały, jakby chciały uciec od tego światła.
– Co to, na bogów, jest? – zapytał szeptem Boragan. Fioletowa łuna odbijała się w jego źrenicach, sprawiając, że wyglądały jak dwa martwe, ametystowe kamienie. – To wasi? Jakiś nowy rodzaj uderzenia?
Eryk nie odpowiedział od razu. Zacisnął dłonie na kamiennej framudze tak mocno, że paznokcie zazgrzytały o granit. Szukał w pamięci nauk o spektrach magii, o nasyceniu, o harmonicznych… i nie znajdował nic. Ten fiolet nie był częścią ich świata. Był jak błąd w tekście rzeczywistości.
– Nie wiem – wychrypiał. – To nie sploty. Patrzysz na zwęglony nieboskłon, ale to nie płomienie go pożarły. To coś znacznie gorszego.
Poczuł lodowate ukłucie w skroniach. Ten blask nie tylko oświetlał świat; on go zmieniał. Struktura powietrza stała się gęsta, metaliczna, niemal lepka.
– Jeśli Iwan to wywołał, to stracił kontrolę – dodał Eryk, a w jego oczach po raz pierwszy pojawił się autentyczny lęk. – A jeśli to nie on… to na froncie nie ma już kogo ratować. Tamta magia po prostu wymazała wszystko, co znaliśmy.
Światło powoli dogasało, zostawiając pod powiekami powidok czarnych żył, które pulsowały na tle nocnego nieba. Szara Twierdza przestała być tylko celem misji. Stała się jedynym miejscem, które mogło dać im odpowiedź, zanim ten fioletowy mrok ich dogoni
Eryk stał przy zaryglowanych wrotach, obserwując, jak ostatnie szczeliny znikają pod ciężarem drewna. Dopiero gdy Boragan potwierdził blokadę, mag odwrócił się i powolnym, niemal nieludzkim krokiem przeszedł na środek młyna. Echo jego podkutych butów na kamiennej posadzce niosło się nienaturalnie czysto, uciszając gwar uchodźców niczym uderzenia młota. Wewnątrz panował chłód i duszny zapach starej wilgoci, ale przynajmniej nie było pyłu, który na zewnątrz dławił płuca.
Chłopak zatrzymał się, czując na sobie wzrok czterdziestu par oczu szukających w nim boga, którym nie był.
– Słuchajcie mnie uważnie – rzucił, a jego głos odbił się od sklepień z twardością granitu. – Od tej pory nikt, pod żadnym pozorem, nie wychodzi z młyna. Choćbyście słyszeli za ścianą głosy matek, płacz dzieci albo własne imiona – nie otwierajcie. Jeśli to zrobicie, wpuścicie tu śmierć.
Zapanował grobowy bezruch. Eryk powoli osunął się na kolana; każdy staw w jego nogach zaprotestował suchym kliknięciem. Przycisnął dłonie do zimnej, chropowatej posadzki. Wziął głęboki oddech, próbując odizolować się od fioletowego rytmu, który wciąż pulsował mu pod czaszką, i gwałtownie uwolnił eter.
Z miejsca styku nie wystrzeliło światło, lecz dźwięk – głęboki, basowy pomruk fundamentów, który ludzie poczuli wprost w splotach słonecznych. Z palców maga wyciekła fala błękitnej potęgi o konsystencji płynnego szkła. Złociste nici splotów zaczęły wykwitać na podłodze, rozbiegając się promieniście niczym pęknięcia w krysztale. To była wyższa geometria, której uczył się przez sześć lat.
Świetliste pasma z metalicznym świstem wspięły się po ścianach, wnikając w każdą szczelinę między blokami i nasycając same wrota aurą ochronną. Eryk czuł każdy centymetr struktury – każdą rysę w kamieniu, każde gniazdo myszy pod podłogą. Budynek stał się jego pancerzem.
Gdy kopuła domknęła się pod dachem z głośnym, krystalicznym kliknięciem zaryglowanego splotu, powietrze naelektryzowało się tak mocno, że wszystkim włosy stanęły dęba, a w ustach pojawił się metaliczny posmak miedzi. Na posadzce pod dłońmi maga zostały wypalone dwa czarne ślady, żarzące się przygasającym blaskiem.
Eryk podniósł się z trudem. Jego twarz była trupio blada, a z kącika ust ściekała strużka ciemnej krwi – cena za przymusową stabilizację eteru po fioletowym wstrząsie. Nie patrząc na nikogo, usiadł w zacienionym kącie. Oparł potylicę o zimny kamień i przymknął powieki, czując, jak ciało staje się ołowiane.
Ciszę przerwało ciche tarcie bosej stopy o granit. Mały Janek zbliżył się niepewnie, gapiąc się na żarzące się ślady dłoni na środku podłogi.
– Panie magu… – zaczął szeptem. – A to prawda, że magowie nie muszą jeść, bo żywią się błyskawicami?
Eryk powoli uchylił jedno oko. Spojrzał na dzieciaka z absolutnym, egzystencjalnym zmęczeniem.
– Jakbym jadł błyskawice, to strzelałbym iskrami przy każdym kichnięciu – mruknął, a jego głos przypominał tarcie suchych desek. – Nie, Janku. Jemy normalnie. I w tej chwili oddałbym połowę swojego eteru za miskę gorącej zupy.
– Idź już, mały – przerwał mu Boragan, kładąc ciężką dłoń na głowie malca i delikatnie pchając go w stronę ogniska. Żołnierz usiadł obok Eryka, podając mu manierkę i kawałek suszonej wołowiny.
– Dzieciak wciąż szuka cudów w tym bagnie – odezwał się Boragan, upijając łyk wody. – Dla nich to wszystko jest prostsze. Ty świecisz, tarcza buczy, oni czują się bezpieczni. Ale po dzisiejszym… widzą, że ta tarcza kosztuje cię więcej niż zwykle. Widzą, że trzęsą ci się ręce.
Eryk przyjął manierkę, czując jej zbawienny chłód na spalonej skórze dłoni.
– To dobrze, że tak myślą – odparł cicho. – Strach jest gorszy od zmor, Boragan. Jeśli oni zaczną panikować, rozniosą ten młyn od środka szybciej niż bestie.
– Ten impuls z frontu… – Boragan nagle zniżył głos. – To nie był zwykły splot bojowy, prawda? Widziałem wiele bitew, widziałem jak Iwan rozrywa niebo, ale tamten kolor był… chory. Czułem go w zębach.
Eryk przestał żuć. Wbił wzrok w błękitną linię tarczy na ścianie.
– Nie wiem, co to było. Ale eter w tamtej stronie stał się ciężki. Jakby coś go skaziło. Maksymilian zawsze powtarzał, że magia to matematyka. Ale to, co widzieliśmy, wyglądało jak błąd w obliczeniach, który pożarł samo równanie.
Boragan pokiwał głową i wstał, otrzepując spodnie.
– Odpoczywaj, młody. Moi chłopaki trzymają wartę. Ja zostaję tutaj, przy tobie. Jak coś zacznie skrobać w barierę, będziesz pierwszym, który poczuje to w kościach
Spokój nocy nie pękł – on wyparował. Najpierw nadeszła cisza tak absolutna, że Eryk przestał słyszeć własne tętno. Wibracja błękitnej tarczy, do której zdążył się dostroić, nagle zamarła. Świat wstrzymał oddech, zastygając pod uniesionym toporem kata.
A potem rzeczywistość przestała go rozpoznawać.
To nie był wybuch, lecz fala nienaturalnego ciśnienia. Sama tkanka istnienia zwinęła się w sobie, by po chwili rozprężyć się z dławiącą siłą, niczym konwulsja umierającego boga. Błękitna tarcza na ścianach w jednej mikrosekundzie zbrązowiała, przechodząc w chory, trujący fiolet. Ludzie padli na ziemię, chwytając się za uszy, gdy powietrze stało się gęste, metaliczne i o smaku gorącej miedzi.
Eryk poczuł, jak eter w jego żyłach przechodzi w stan wrzenia. W kanały energetyczne wdarło się płynne szkło, które natychmiast zaczęło krystalizować, rozdzierając naczynia od środka miliardami lodowatych igieł. Agonia była tak obezwładniająca, że chłopak w akcie czystej paniki pchnął całą swoją świadomość w stronę frontu, porzucając walkę o własne, pękające ciało.
MISTRZU! MAKSYMILIANIE! – wył wewnątrz własnej czaszki, rzucając swoją świadomość w głąb eteru, rozpaczliwie szukając znajomego, szorstkiego splotu mocy mentora.
Odpowiedziała mu rycząca, czarna dziura, która pożarła jego wołanie z głuchym, duchowym mlaśnięciem. W akcie ostatecznej desperacji Eryk spróbował aportacji. Chciał rozszczepić własną materię i uciec bezpośrednio do Maksymiliana. Skupił całą wolę, splótł splot i… utknął. Przestrzeń wokół niego stwardniała jak beton. Zaklęcie nie wypaliło na zewnątrz – ono eksplodowało do środka, w jego własne mięśnie i nerwy.
Mag runął na kolana, a potem na twarz, wijąc się w pyle. Z jego ust wydobył się nieludzki, zdławiony ryk bólu. Ale wtedy nadeszło najgorsze.
Z mroku lasu dobiegło wycie zmor. To nie był ich drapieżny skowyt – to była czysta, metafizyczna agonia. Las „śpiewał” cierpieniem; był to dźwięk rozdzieranej blachy zmieszany z ludzkim szlochem. Słyszeć, jak wróg wyje z bólu i zdycha w męczarniach, było gorsze od jakiegokolwiek ataku. To oznaczało, że w mroku pojawiło się coś, co zabija same koszmary, nie uznając ich nawet za godnych walki.
W tym samym momencie cała misternie tkana tarcza rozpadła się na miliony drobnych, fioletowych elementów. Świetliste runy odrywały się od kamienia z dźwiękiem tłuczonego szkła i wyparowywały. Każdy z tych milionów pękających odłamków był częścią umysłu Eryka. Kiedy tarcza przestała istnieć, chłopak wygiął się w łuk, jakby raził go piorun, a potem zastygł w bezruchu, dławiąc się nagłą, martwą ciszą.
Eryk leżał z twarzą w błocie naniesionym do młyna, czekając na ostateczny cios. Na to „coś”, co zgasiło las i magię. Ale nad nim panowała jedynie obojętna, gęsta pustka. Kat nie tylko odłożył topór; on wyszedł z katowni, nie uznając skazańców za wartych nawet spojrzenia.
Boragan stał w ciemności, patrząc na swój miecz, który zgasł z cichym, żałosnym sykiem, stając się zwykłym kawałkiem zimnego żelaza. W oczach weterana pojawił się autentyczny, zwierzęcy strach.
– Eryk… – wychrypiał żołnierz, ale odpowiedziała mu tylko cisza, która zaczęła gęstnieć wokół zaryglowanych drzwi niczym lepka smoła.
Eryk spróbował odruchowo sięgnąć po eter, by choć trochę rozgrzać zmarznięte palce, ale natrafił na lodowatą próżnię. Czuł się jak człowiek, któremu właśnie wycięto zmysł wzroku i słuchu jednocześnie. Świat stał się płaski, niemy i pozbawiony głębi.
– Skoro tak… – zaczął Boragan, a jego głos odzyskał żołnierską, suchą chropowatość, choć dłonie mu drżały. – Skoro magia nie istnieje, a te przeklęte zmory wyzdychały, to zostajemy tutaj. Nie ma po co biegać po nocy po lesie, który właśnie przestał mieć sens. Słuchajcie! Odpoczywamy. Jutro ruszymy w drogę. Wolę zginąć wyspany, niż półprzytomnie uciekać przed niczym.
Boragan odwrócił się do Eryka i spojrzał na niego z szorstkim, niemal ojcowskim współczuciem.
– Siadaj, młody – mruknął, wskazując na tobołek. – Nie ma już tarczy. Twoje sploty i tak diabli wzięli. Teraz musisz po prostu przetrwać jako człowiek. Jeśli potrafisz.
Eryk osunął się pod ścianę. Przymknął oczy, ale pod powiekami wciąż widział te miliony pękających odłamków. Musiał nauczyć się żyć w świecie, który go wypluł
Marsz trwał. Czas, dotąd mierzony splotami oddechu i uderzeniami serca, rozpuścił się w jednostajnej, fioletowej martwocie. Niebo zastygło w barwie sińca, zmieniając krajobraz w płaską dekorację. Świat stracił głębię – wszystko wydawało się wycięte z szarego kartonu, pozbawione echa i cienia.
Eryk i Boragan szli na przedzie kolumny. Chłopak nie nosił już kaptura; jego twarz, niegdyś gładka, teraz wydawała się wykuta z tego samego granitu co fundamenty młyna. Nie było w nim już aury mocy, tylko surowe wycieńczenie objawiające się w zapadniętych policzkach i spowolnionym mruganiu powiek.
– Trzecia doba – mruknął Eryk. Głos miał suchy, całkowicie pozbawiony wilgoci; struny głosowe zamieniły się w szeleszczący pergamin. – Żadnej zmory. Żadnego skowytu. Nawet te przeklęte ptaki przestały krążyć. To nie jest normalne, Boragan.
Boragan splunął. Gęsta ciecz uderzyła w szary pył z cichym, stłumionym mlaśnięciem. Pył natychmiast oblepił wilgoć, tworząc brudną grudkę, która nie wsiąkła w grunt – ziemia była zbyt martwa, by cokolwiek przyjąć. Żołnierz poprawił pas; martwy miecz uderzał o jego udo z tępym, głuchym odgłosem żelastwa o kość.
– Zostały dwa dni do Szarej Twierdzy – odparł Boragan, choć jego bas stracił dawną pewność. – Jeśli tempo się utrzyma, trafimy na patrole. Muszą tam być.
Eryk nie odpowiedział. Wpatrywał się w swoje dłonie, które odruchowo zaciskały się i prostowały, szukając splotów. Czuł pod skórą fantomowe swędzenie, jakby nerwy wciąż próbowały przewodzić prąd, który dawno wysechł. Pod ich stopami wypalona skorupa ziemi zaczęła pękać w dziwny sposób. Szczeliny nie biegły chaotycznie; układały się w ostre kąty, przypominając martwe schematy geometrii eteru. Każdy krok wywoływał suchy, szklisty trzask, niosący się nienaturalnie daleko w gęstniejącej ciszy.
W południe bezimiennego dnia dotarli do osady. Chaty stały nienaruszone, choć ich dachy pokrywała gruba warstwa fioletowego nalotu, przypominającego osad z siarki. Panowała tam duszna, lepka cisza.
– Sprawdzić budynki! – rzucił krótko Boragan.
Po kilku minutach jeden z żołnierzy wybiegł z największej chaty.
– Są! Tutaj! Zapasy z Twierdzy!
Eryk i Boragan ruszyli w tamtą stronę. W sieni, pod grubą warstwą kurzu, stało kilka ciężkich, okutych skrzyń z wypalonym symbolem bramy wpisanej w romb. Dwóch żołnierzy wywlekło jedną na zewnątrz. Boragan podważył wieko toporkiem; drewno pękło z głośnym trzaskiem, obnażając zapasy.
– Suszona wołowina i chleb – stwierdził Boragan. Przesunął palcem po suchym prowiancie, mrużąc oczy. – Nasi tu byli. Wygląda na to, że urządzili punkt przerzutowy, zanim wszystko…
Boragan urwał. Podniósł kawałek chleba do nosa. W normalnych warunkach po trzech dniach w tej wilgoci powinien być twardy jak kamień lub spleśniały. Ten jednak pachniał świeżym ziarnem, jakby wyjęto go z pieca zaledwie godzinę temu.
Eryk podszedł bliżej i dotknął okucia skrzyni. Nie poczuł zimna metalu. Poczuł mrowienie, które sprawiło, że włosy na jego karku stanęły dęba. To nie były zwykłe skrzynie.
– One są zapieczętowane w czasie, Boragan – szepnął Eryk, cofając dłoń. – Widzisz te sploty na krawędziach? To magia Iwana. Ale sploty są martwe… a mimo to działają. To tak, jakby zegar w tym namiocie stanął, ale mechanizm wciąż tykał wewnątrz drewna
Eryk siedział na progu chaty, przeżuwając kęs suchej ryby. Jedzenie było nienaturalnie świeże, ale smakowało popiołem. Nagle zesztywniał. Kęs uwiązł mu w przełyku, drażniąc wysuszone gardło. Cisza martwego świata nie pękła – ona zaczęła wibrować. Najpierw poczuł to w zębach, potem w kościach czaszki; wysoki, piskliwy ton, który w ułamku sekundy przeszedł w ogłuszający skowyt rozdzieranej materii.
Pustka w jego żyłach, dotąd martwa i zimna, eksplodowała płynnym ogniem. Eter nie wrócił jako dar – uderzył w niego jak taran, rozbijając tamy, które postawiła fioletowa anomalia.
– Boragan… – Głos Eryka był tylko zdławionym charkotem.
Powietrze wokół niego pękło. Niewykorzystany splot aportacji, uwięziony w jego ciele od nocy w młynie, nagle odzyskał impet. Bez współrzędnych, bez matematycznej kotwicy Maksymiliana, zaklęcie stało się ślepym wybuchem kinetycznym. Eryk czuł, jak eter rozdziera mu kręgosłup, próbując przecisnąć całe ciało przez ucho igielne, którego nie było.
Uchodźcy zamarli, upuszczając zapasy w szary pył. Widzieli, jak mag zostaje brutalnie ciśnięty o ścianę chaty, by w następnej milisekundzie zniknąć w rozbłysku trujących, fioletowych iskier. Pojawił się dziesięć metrów dalej, wewnątrz wozu, z którego wyrzuciło go z siłą pocisku. Powietrze wokół niego implodowało z dźwiękiem pękającego lodu. Eryk wymiotował błękitnym światłem; każdy niekontrolowany przeskok był jak cięcie tępymi nożycami bezpośrednio przez nerwy.
– Co się z nim dzieje?! – wrzasnął Boragan. Żołnierz rzucił się do przodu, ale fala uderzeniowa skondensowanego powietrza grzmotnęła go w pierś, odrzucając na ziemię.
W końcu nastąpił finałowy wstrząs. Eryk poczuł, jak eter w jego żyłach dokonuje ostatecznego wyładowania, wysysając z niego resztki tlenu. Wszystko zniknęło. Ludzie w osadzie zobaczyli jedynie potężny słup światła, który wystrzelił prosto w niebo, rozdzierając fioletowe chmury na strzępy.
Potem zapadła martwa cisza. Eryk zniknął, zostawiając po sobie jedynie gryzący zapach ozonu i wypaloną, dymiącą dziurę w ziemi, która wciąż syczała od nadmiaru mocy.
Dla maga czas przestał istnieć. Czuł tylko nieskończony pęd i parzący chłód próżni, która chciała wyssać mu oczy z oczodołów. A potem – nagły, brutalny opór materii. Uderzył o mokrą ziemię z siłą, która wyrzuciła powietrze z jego płuc, a w barku usłyszał suchy trzask łamanej gałęzi lub własnej kości.
Przez ułamek sekundy, zanim wzrok mu zgasł, widział przed sobą potężny, czarny zarys murów. Nie przypominały niczego, co znał – były zbyt wysokie, zbyt nieludzkie, pozbawione jakiejkolwiek geometrii, którą mógłby zrozumieć. Ciemność ostatecznie go pochłonęła, a ostatnim dźwiękiem, jaki zarejestrował, był metaliczny szczęk przesuwanej rygli