- Opowiadanie: Rejod - Dlaczego moja uczennica zawsze musi robić mi na przekór? Jako Mistrz wymagam dyscypliny, a Zuzanna zdaje się czerpać radość z wyprowadzania mnie z równowagi.

Dlaczego moja uczennica zawsze musi robić mi na przekór? Jako Mistrz wymagam dyscypliny, a Zuzanna zdaje się czerpać radość z wyprowadzania mnie z równowagi.

Witajcie! Zanim przejdziecie do lektury, chciałbym wyjaśnić kilka kwestii dotyczących formy tej opowieści:

Dlaczego taki tytuł? „Dlaczego moja uczennica zawsze musi robić mi na przekór? Jako Mistrz wymagam dyscypliny, a Zuzanna zdaje się czerpać radość z wyprowadzania mnie z równowagi” – tytuł jest długi i opisowy, ponieważ moją nadrzędną inspiracją jest gatunek Light Novel. Chciałem przenieść ten specyficzny styl na polski rynek, bo uważałem, że brakuje u nas takiego podejścia do narracji.

Gdzie jest Zuzanna? Skoro tytuł o niej wspomina, pewnie spodziewacie się jej od razu. Jednak wychodzę z założenia, że historię trzeba opowiedzieć od początku do końca, a nie zaczynać w połowie. Najpierw musimy poznać fundamenty losów Eryka. Rozdział 3 również będzie o nim, ale od 4. rozdziału zaczyna się właściwa zabawa z Zuzanną.

Zapraszam do świata, w którym dyscyplina Mistrza spotyka się z przekorą uczennicy!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Dlaczego moja uczennica zawsze musi robić mi na przekór? Jako Mistrz wymagam dyscypliny, a Zuzanna zdaje się czerpać radość z wyprowadzania mnie z równowagi.

Rozdział 2: Kruchy kark i krawędź eteru

Ciemność miała strukturę mokrego płótna. Oblepiała zmysły, wdzierając się w usta i nozdrza z gęstą, dławiącą bezwzględnością. Eryk leżał nieruchomo, wbity w taflę marmuru, która piła z niego resztki ciepła. Kamień nie był po prostu zimny; był drapieżny, wyciągał żar z mięśni z precyzją lodu kruszącego na skórze.

​Każdy haust powietrza smakował spalenizną i drobnym, ostrym pyłem, który osiadał na krtani. Mag spróbował unieść powieki, ale krew w żyłach stężała. Czuł się jak owad uwięziony w krzepnącej żywicy – każdy impuls nerwowy grzązł w bezwładzie skatowanego ciała.

​Świat zewnętrzny docierał do niego jedynie jako wibracja podłoża.

​– Ten jeszcze dycha. – Głos był suchy, chropowaty, tnący ciszę z mechaniczną nieustępliwością tępej piły. – Na siennik z nim.

​Zanim myśl o ucieczce sformułowała się w umyśle, na barkach zacisnęły się dłonie o uściskach żelaznych kleszczy. Szarpnięcie było gwałtowne. Tkanka, wciąż napięta po kolosalnym ciśnieniu próżni, zareagowała rwącym bólem.

​Strzępy szat, zwęglone na krawędziach po skoku, tarły o marmur z wysokim, metalicznym piskiem. Obok skroni dudniły miarowe uderzenia podkutych butów. Każdy krok niosło wielokrotne, suche echo, odbijające się od niewidzialnych sklepień hali.

​Do uszu wdarł się gwar, którego umysł nie potrafił przetworzyć. Niskie, dławione jęki rannych mieszały się z krótkim, żołnierskim śmiechem i rzuconym od niechcenia żartem. Ten dysonans pomiędzy agonią a rutyną był jak uderzenie w twarz.

​W nozdrza uderzyła duszna, metaliczna zawiesina. Zapach ozonu, ostrego jak po uderzeniu pioruna, splatał się z ciężką nutą rozgrzanego wosku i cierpkich ziół. Ta kombinacja drażniła receptory z taką agresją, że przepona Eryka drgnęła w instynktownym skurczu.

​Gdy ciało uderzyło o szorstki siennik, poczuł nagły skok statycznego napięcia na karku. To nie był dotyk fizyczny, lecz mrowienie pod łopatkami – drażniący, eteryczny impuls. Gdzieś w pobliżu pulsowało drugie źródło mocy.

​Słoma ukłuła go w policzek, a uderzenie wybiło resztki tlenu z płuc. Świadomość zgasła, zostawiając pod powiekami jedynie echo radosnych głosów tonących w skowycie konających.

 

​Światło przestało być oślepiającą eksplozją. Zastygło w mętną, szarą masę, która z trudem przeciskała się przez wąskie szczeliny w murach, znacząc upływ czasu grubymi pasmami wirującego kurzu. Cienie na granitowych ścianach wydłużyły się i znieruchomiały, sugerując, że od chwili upadku słońce zdążyło przebyć znaczną drogę.

​Eryk leżał bez ruchu. Każde źdźbło twardej słomy przebijało cienkie płótno siennika, drażniąc skórę z precyzją igieł. Hala, w której go złożono, była surowym monolitem; ciosany granit potęgował każdy odgłos, zamieniając urywane jęki rannych w jednostajny, duszny szum, wibrujący w fundamentach budynku.

​Ciszę regularnie rozdzierał wysoki, metaliczny szczęk narzędzi wrzucanych do cynowych misek. Dźwięk był zimny i powtarzalny, tnący gęste powietrze z rytmiką uderzeń kata.

​Obecność ozonu, która wcześniej dławiła go przy każdym oddechu, teraz zgęstniała. Stała się namacalną, statyczną warstwą zawieszoną tuż nad twarzą. Eryk spróbował napiąć mięśnie brzucha, by unieść tułów, ale ciało natychmiast wystawiło rachunek. Tępy, głęboki ból przeszył kręgosłup niczym rozżarzony drut, przybijając maga z powrotem do słomy. To było echo siły, która rozszarpała jego tkanki na gościńcu – teraz spowszedniałe, zastygłe w uporczywy puls.

​Nikt nie zwracał uwagi na drżenie jego palców. Dopiero gdy mag zakasłał, wypluwając z płuc resztki pyłu, nad legowiskiem wyrósł cień. Kobieta w grubym, poplamionym fartuchu przystanęła obok. Przyłożyła mu dłoń do czoła; jej skóra była sucha i szorstka, drażniąca ogień płonący pod czaszką.

​– Pamiętasz, jak masz na imię? – zapytała. Jej głos był wyprany z empatii, czysto zadaniowy, przypominający tarcie tępej piły o suche drewno.

​Eryk rozwarł spękane wargi. Chciał zapytać o Boragana, ale z krtani wydobył się jedynie niski harkot – dźwięk żwiru szorującego o dno metalowego naczynia. Kobieta westchnęła. Po chwili wróciła z glinianym kubkiem. Wsunęła dłoń pod jego potylicę, uniosła ją gwałtownie, a chłód wody uderzył w gardło z bolesną ostrością, gasząc pożar w przełyku.

​Gdy odstawiła naczynie, glina uderzyła o posadzkę z głuchym, kamiennym stukotem. Kobieta ponownie świdrowała go spojrzeniem, czekając na sygnał, że umysł maga nie uległ ostatecznemu rozkładowi.

​– Pamiętasz imię?

 

​– Tak… – wychrypiał. Wilgoć przywracała elastyczność strunom głosowym, choć każde słowo wciąż brzmiało jak tarcie pękającej skóry o suchy pergamin. – Eryk.

​Pielęgniarka skinęła głową z suchą kalkulacją, nie odrywając wzroku od jego ran.

– Skąd ty się tu wziąłeś? Z jakiego transportu? Znaleźli cię na samym środku drogi. Leżałeś w pyle, w tych spalonych szatach… materiał niemal stopił się z mięsem.

​Eryk milczał, kierując wzrok na swoje dłonie. Spod zwęglonych resztek jedwabiu wyzierała żywa, zaczerwieniona tkanka. Pulsowała w rytm uderzeń serca, wyrzucając z siebie kolejne fale palącego gorąca. Uniósł podbródek, starając się nadać głosowi dawną wagę, choć każde słowo przypominało przeciąganie drutu kolczastego przez krtań.

​– Nie jestem… z transportu. Jestem magiem. Wyładowanie eteru wyrzuciło mnie na gościniec. Błąd w splotach.

​Zapadła cisza. Była długa, gęsta, wypełniona jedynie metalicznym oddechem hali. Kobieta zmrużyła oczy, a potem jej usta wygięły się w szerokim, bezlitosnym uśmiechu. Przez salę przetoczył się wybuch gardłowego śmiechu, który odbił się od granitowych murów niczym seria uderzeń ciężkiego młota o kowadło.

​– Magiem? – wykrztusiła, ocierając oko brudnym wierzchem dłoni. – Spójrz na siebie, chłopcze. Wyglądasz na kogoś, kto czyścił onuce, a nie na władcę eteru. Jesteś tylko stertą przypalonego mięsa w dziurawych łachach.

​Odwróciła głowę w stronę mężczyzn siedzących przy stole. Ich cienie kładły się na marmurze długimi, czarnymi pasami, które drgały w świetle dogasających pochodni.

– Hej! Mamy kolejnego „maga”! Następny szaleniec do kolekcji!

​Żołnierze odpowiedzieli serią kpiących parsknięć i agresywnym brzękiem metalowych misek. Eryk poczuł, jak krew uderza mu do twarzy. To nie był wstyd; to była bezsilna wściekłość, która szukała ujścia w sparaliżowanych mięśniach. Chciał sięgnąć po eter, wypalić ten drwiący grymas z jej twarzy, ale w jego wnętrzu trwała martwa, lodowata pustka.

​Był więźniem w ciele, które go zdradziło.

​Kobieta jednak nie odeszła. Jej wzrok, dotąd twardy jak kamień, nagle stracił ostrość. W kącikach oczu pojawiła się nuta pobłażliwej litości – tej samej, którą darzy się zwierzęta pędzone na rzeź

 

​– Wiesz co, magu? – mruknęła, sięgając do głębokiej kieszeni fartucha. – Zaraz dostaniesz coś, co faktycznie cię „postawi na nogi”.

​Wyciągnęła małą, okopconą fiolkę. Gdy podważyła korek, rozległo się suche, stłumione pyknięcie. W tej samej sekundzie do nozdrzy Eryka dotarł mdły, duszący odór zgniłych wodorostów i starego potu. Zapach nie był obcy; był jak drapieżny pazur wyrywający wspomnienia z najgłębszych zakamarków umysłu.

​– Nie… – wychrypiał, gwałtownie cofając głowę w szeleszczącą słomę. – Błagam… tylko nie eliksir od Eleonory…

​Kobieta zamarła. Przez chwilę patrzyła na niego z całkowitym zdezorientowaniem, po czym jej twarz wykrzywił grymas drwiny.

​– Eleonory? O czym ty bredzisz, durniu? – parsknęła, potrząsając fiolką tak mocno, że kilka kropli spadło na policzek maga. Skóra w miejscu kontaktu natychmiast zapiekła, jakby dotknięta żarem. – To towar od dowództwa. Prawdziwa chemia, która kosztuje więcej niż twoje życie, a nie jakieś baby z twoich majaków. Ty naprawdę masz pustkę pod czaszką.

​Pochyliła się, a jej dłoń o uścisku żelaznej obręczy zacisnęła się na szczęce chłopaka. Kciuki wbiły się w mięśnie żwaczy, bezlitośnie wymuszając otwarcie ust. Zimne, wyszczerbione szkło fiolki uderzyło o zęby Eryka z suchym, metalicznym stukotem.

​– Pij to, ty mały dezerterze. I ciesz się, że marnują na ciebie tak cenne krople.

​Gęsty, oleisty płyn wlał się do gardła. Smakował jak palona miedź i kwas, paląc przełyk żywym ogniem. Reakcja była natychmiastowa. Gdy tylko mikstura dotknęła żołądka, Erykiem rzuciło o siennik.

​To nie było zwykłe lekarstwo. To była surowa, źle zrównoważona potęga, która uderzyła w uśpione sploty eteryczne niczym taran rozbijający bramy twierdzy. Ciałem wstrząsnęły gwałtowne drgawki. Mięśnie napięły się do granic wytrzymałości, a pod skórą rozpełzło się nienaturalne pieczenie – jakby krew zamieniła się w biały żar. Każdy nerw zaczął wyć własnym, elektrycznym głosem.

​Pielęgniarka puściła go, prostując plecy z satysfakcją. Patrzyła na konwulsje z chłodnym uśmiechem, wycierając dłoń o poplamiony fartuch.

​– Widzisz? Mówiłam, że zadziała – rzuciła niedbale.

​Odwróciła się i ruszyła w stronę innych rannych. Echo jej ciężkich butów biło rytmicznie o posadzkę, oddalając się w stronę gwaru hali, podczas gdy Eryk zapadał się w płonący fundament własnej mocy

 

​Eryk zacisnął zęby. W stawach skroniowych eksplodował ból, a pod czaszką zawrzało. Chciał walczyć, odepchnąć tę brudną energię, która rozrywała mu żyły niczym wpompowane pod ciśnieniem tłuczone szkło. W samym środku chaosu, w mroku świadomości, wybrzmiało jednak echo głosu mistrza Maksymiliana: „Tylko głupiec walczy z nurtem, który może go ocalić”.

​Poczuł piekący wstyd, gęstszy niż eliksir. Rozluźnił mięśnie. Zamiast stawiać opór, zaczął chwytać dzikie, mętne pasma mocy, kierując je tam, gdzie ciało było najbardziej zdruzgotane.

​Trzeźwiąca myśl uderzyła w niego niczym lodowata dłoń. Skoro eliksiry krążyły w oficjalnych dostawach armii, Eleonora żyła. Jej manufaktury wciąż dymiły. Fioletowa katastrofa nie była końcem wszystkiego. Jestem najgłupszym magiem na pograniczu – przemknęło mu przez myśl z gorzką furią. Dał się zwieść rozpaczy, podczas gdy dowody na trwanie świata spływały mu właśnie do żołądka pod postacią mdłego wywaru.

​Eryk odciął się od hali. Wcisnął potylicę w twardy siennik. Świat zewnętrzny przestał istnieć, zastąpiony przez wewnętrzną matrycę czarnych, powypalanych kanałów. Wyłuskał z żołądka pierwsze pasmo mętnej mocy – brudne i niefiltrowane. Z bezlitosną precyzją rzeźnika operującego tępym dłutem, wbił je prosto w pogruchotane żebra.

​Halę wypełniło nagłe, mokre chrupnięcie. To nie był dźwięk gojenia; to była egzekucja na własnej anatomii. Odłamki kości, napędzane surowym eterem, zaczęły przesuwać się pod skórą, trąc o siebie z jazgotliwym, wapiennym zgrzytem. Eryk wygiął się w łuk. Z jego gardła wyrwał się zduszony, świszczący bulgot. Każda nitka mięśniowa była chwytana siłą woli i wiązana z sąsiadem. Czuł to tak, jakby ktoś zszywał mu żywe mięso rozżarzonym drutem, każdorazowo przypalając krawędzie ran.

​Skóra na przedramionach bielała i pękła z suchym trzaskiem pod naporem ciśnienia. W uszach narastało wysokie dzwonienie – sygnał przeładowanych splotów, które ledwo wytrzymywały napór potęgi Eleonory. Kolejne uderzenie mocy skierował w stawy skokowe. Trzask, krótki i twardy jak łamana gałąź dębu, sprawił, że pod powiekami rozbłysły białe słońca. Płynna magia przepalała naczynia krwionośne, zostawiając w nich osad podobny do metalicznych opiłków.

​Jeśli teraz odpuści, sploty zastygną w połowie drogi, zmieniając go w nieruchomego kalekę o zwichrowanej geometrii. Zacisnął dłonie na słomie. Paznokcie przebiły płótno, a krew zmieszała się z pyłem siennika.

​Dopiero gdy ostatnia więź wskoczyła na miejsce z metalicznym kliknięciem, Eryk opadł na słomę. Jego ciało parowało, oddając gorączkę do wilgotnego powietrza sali. Leżał wykręcony. Ból przechodził w tętniące echo, uderzające miarowo w granitowe ściany. Był poskładany, ale czuł się tak, jakby młyńskie żarna właśnie skończyły mielić jego kości.

​Zaczął rejestrować świat. Surowy, wilgotny kamień, odór kwaśnego potu, ciężkie, stojące powietrze. To nie był loch – to była masowa umieralnia dla tych, których magia nie zdołała uleczyć od razu.

​Zacisnął zęby. Powoli, milimetr po milimetrze, zaczął unosić się na łokciach. Ciało było sztywne, a nowo zrośnięte tkanki protestowały tępym, rwącym oporem, ale konstrukcja wytrzymała. Był sprawny. Gdy tak trwał w półmroku, próbując zrozumieć, gdzie rzucił go eter, do jego uszu dobiegły głosy

 

​Obok, na sąsiednich siennikach, leżało dwóch żołnierzy. Mówili cicho, ale w ich głosach drgało niemal zwierzęce przerażenie. Rozmawiali o nocy, która zmieniła wszystko.

​– Ile to już? Czternaście dni? – wychrypiał pierwszy, a Eryk słyszał, jak tamtemu świszcze oddech w poranionych płucach, przypominając tarcie mokrej skóry o szkło. – Dwa tygodnie gnicia w tym smrodzie, a ja wciąż czuję na twarzy tamten żar. Pamiętasz tę noc? To nie był ogień. To było tak, jakby samo niebo pękło na pół w samym środku ciemności.

​Eryk zamarł. Czternaście dni. Ta liczba uderzyła go mocniej niż jakakolwiek implozja. Pod czaszką zaczął gorączkowo składać pękniętą oś czasu. Młyn i zanik eteru… od tego momentu uciekali w panice przez równe trzy dni, aż do osady. Tam nastąpił skok. Skok, który powinien trwać mgnienie oka.

​Jeśli dzisiaj mija czternasty dzień od „pęknięcia nieba”, to gdzie podziało się jedenaście dób?

​– Nie da się zapomnieć – odszepnął drugi z obłąkańczą radością. – Człowiek czekał na świt, a dostał słońce, które wypaliło mu dziury w oczach. W jednej sekundzie te zmory po prostu wyparowały. A potem… ruszyli oni. Jasne upiory. Nie dotykali ziemi, sunęli nad pobojowiskiem. Wygrali nam to w jedną noc.

​Eryk zacisnął palce na słomie. Jedenaście dni. Dryfował w próżni przez jedenaście dni. Podczas gdy on był zawieszony w nicości, jego mistrzowie rozrywali noc na strzępy. To, co wziął za „koniec magii” w młynie, było jedynie wstrzymaniem oddechu przez świat przed potwornym wyładowaniem.

​– Jedenaście dni… – szepnął, a jego głos był suchym chrobotem. – Byłem tam przez jedenaście dni.

​Zalała go fala lodowatego wstydu. Wynalazł metodę na przespanie finału wojny w próżni, podczas gdy inni krwawili. Wyobraził sobie twarz Maksymiliana i poczuł na sobie jego ciężkie, granitowe spojrzenie. Mistrz spojrzy tylko z tym swoim wyrazem chłodnego zawodu, który pali mocniej niż biały żar eliksiru. Podczas gdy inni magowie płynęli w powietrzu jako bogowie wojny, on wypadł z nurtu czasu i został wypluty na margines jako niepotrzebny odpad.

​Eryk leżał nieruchomo, wpatrzony w surowy, popękany sufit hali. Pod czaszką, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno huczał eter, teraz pulsowała jedynie lodowata pewność: Jestem skończony. Jedenastu dni nieobecności nie dało się wymazać. Dla Maksymiliana nie był już uczniem, był usterką w systemie, nowicjuszem, który w godzinie próby dał się rzucić próżni jak szmaciana lalka.

​Pomyliłem się we wszystkim – pomyślał, a wstyd palił mocniej niż eliksir w żołądku. Uznał „fioletową pośmiertną poświatę” za koniec świata, podczas gdy ona była zaledwie sygnałem do ataku. Wycofał się w lęk, gdy należało uderzyć. Teraz jedyną szansą na ocalenie twarzy przed Mistrzem była wiedza. Potrzebował raportu, faktów, prawdy o tym, co wydarzyło się w nocy zwycięstwa.

​Musiał dopaść tego drugiego maga. Tylko on mógł mu wyjaśnić, jak eter zmienił się w broń i dlaczego skok trwał jedenaście dni. Z tymi odpowiedziami mógłby stanąć przed Maksymilianem nie jako dezerter, ale jako badacz anomalii.

​Zacisnął zęby i powoli usiadł, ignorując rwanie w nowo zrośniętych tkankach. Postawił bose stopy na posadzce; marmur był lepki od rozlanych płynów i pyłu, mlaskał nieprzyjemnie przy każdym milimetrze ruchu. Gdy wstał, hala wykonała gwałtowny obrót, a surowe ściany zawirowały w szarym tańcu.

​Ruszył przed siebie, zamieniając lazaret w labirynt. Rzędy sienników tworzyły pułapkę z brudnego płótna i bezwładnych kończyn. Mijał rannych o ziemistych cerach i starców majaczących w gorączce. Zapach ropy i starej krwi mieszał się z eterycznym mrowieniem, które dzwoniło mu w zębach. Sygnatura drugiego maga była tak silna, że powinna niemal oślepiać, a jednak Eryk błąkał się jak ślepiec w pokoju pełnym luster.

​Oficjalnie. Jestem upośledzony magicznie – skwitował, mijając po raz trzeci ten sam wyszczerbiony filar. Stał w epicentrum mocy, a gapił się na te nędzne resztki ludzkich istnień jak podróżnik na mapę, której nie potrafi rozłożyć.

​Potknął się o czyjąś nogę, niemal upadając na skrwawione bandaże, po czym gwałtownie skręcił w przejście zastawione ciężkimi szafami. Drewno pachniało stęchlizną i kamforą. Wiedział, że patrzy prosto na cel, a jednak oczy odmawiały mu posłuszeństwa.

​Zatrzymał się, ciężko dysząc. Bose stopy kleiły mu się do lepkiej mazi. Wokół niego, na zaszczanych siennikach, wegetowała masa, która przegrała wszystko. Czuł na karku ich spojrzenia – tępe, brutalne.

​Patrzcie uważnie – pomyślał, zaciskając pięści tak mocno, że nowa skóra na kostkach napięła się do granic pęknięcia. Oto uczeń Maksymiliana, który walczy o równowagę na warstwie zaschniętego moczu. Jeśli to nie był szczyt jego kariery, to dno właśnie zaczęło ustępować pod jego stopami.

​Wbił wzrok w przestrzeń między szafami. Mrowienie pod łopatkami przeszło w palący impuls.

​– O proszę! – Głos szafarki medykamentów, ostry jak tarcie grubego piasku o zardzewiałą blachę, uderzył Eryka w plecy.

​Kobieta przedarła się przez gęsty zaduch hali. Szelest jej sztywnego, poplamionego fartucha brzmiał w tej ciszy jak darcie arkuszy grubego papieru. Szła pewnie, roztrącając bose stopy rannych wystające z sienników niczym połamane gałęzie.

​– Widzę, że towar od dowództwa zaczął działać. Młody jesteś, to i krew prędzej mieli to świństwo – rzuciła, podchodząc blisko. Wycierała dłonie w szorstką płachtę, która chrobotała pod jej palcami niczym sucha kora. Zmierzyła go wzrokiem z taką bezczelnością, że pod lewą powieką Eryka pulsowała irytująca żyłka.

​– Dlaczego ty w ogóle wstałeś? – fuknęła, a w jej tonie pobrzmiewała upokarzająca litość. – Powinieneś leżeć, ty mój kochany „magu”. Wracaj na słomę, zanim ci się te nowe kosteczki posypią i zostaniesz workiem gruzu.

​Na dźwięk słowa „magu” przez salę przeszedł pomruk rozbawienia. Ktoś rzucił krótkim, gardłowym śmiechem, ktoś inny splunął na posadzkę, co skwitowało głośne, mokre mlaśnięcie o marmur. Żołnierze o ziemistych twarzach patrzyli na trzęsącego się Eryka jak na szaleńca, który uroił sobie potęgę w chwili największego poniżenia.

​Eryk wyprostował się gwałtownie. Nowo zrośnięte tkanki na boku napięły się z suchym, krótkim trzaskiem.

​– Nie przeszkadzaj mi, kobieto – wyrzucił z siebie. Głos miał szorstki, metaliczny, tnący powietrze niczym stalowy brzeszczot. – Nie masz pojęcia o sprawach, które tu prowadzę. Muszę znaleźć maga, który się tu znajduje.

​Kobieta uniosła brwi, po czym wybuchnęła krótkim, suchym śmiechem, przypominającym łamanie chrustu pod ciężkim butem.

​– Maga? Słyszeliście go? Pan wielmożny szuka drugiego pana wielmożnego! – Rozejrzała się po sali, a ranni odpowiedzieli rechotem, który odbił się od kamiennych ścian jak seria uderzeń w żeliwny kocioł. – Nie ma tu żadnych magów, durniu! Są tylko tacy jak ty – połamani i niepotrzebni. Jeśli szukasz czarów, to idź do wychodka, może tam ci się coś objawi!

​Jeden z żołnierzy, z twarzą owiniętą brudnym bandażem, uniósł się na łokciu i wskazał na Eryka palcem.

– Może chce zapytać te puste ściany, dlaczego tamci nie poczekali, aż wyjdziemy z okopów, zanim podpalili niebo? – zachrypiał z czystą nienawiścią.

​Eryk nie odpowiedział. Ignorując ich rechot i wyciągnięte palce, odwrócił się plecami do szafarki. Dla nich to pomieszczenie było końcem drogi, ale dla niego – labiryntem, w którym ukryto klucz do jego przetrwania. Zaczął iść w stronę ciężkich, dębowych szaf, prowadziło go tylko dzwonienie w zębach i palący impuls pod łopatkami

 

​Eryk poczuł, jak krew uderza mu do skroni. Stał tam, publicznie wyszydzony przez masę, która dwa tygodnie temu miała jedynie zaszczyt patrzeć na plecy prawdziwych magów. Skończony idiota – skarcił się w duchu, a jad we własnych myślach był gęstszy niż eliksir. Wspaniale, Eryku. Musisz udowadniać tej kobiecie, tej plebejskiej szafarce, że potrafisz zagiąć eter. Mistrz Maksymilian byłby wprost wniebowzięty, widząc, jak marnuję rzadkie sploty na uciszanie kogoś, kto zajmuje się praniem zakrwawionych gaci.

​Musiał to przeciąć, choćby po to, by przestać czuć na sobie ten lepki, prostacki śmiech.

​Niemal od niechcenia, jakby odganiał natrętną muchę, machnął dłonią w krótkim, gwałtownym geście.

​W martwej ciszy rozległ się krótki, krystaliczny dźwięk pękającego lodu. Pomiędzy twarzą Eryka a nosem kobiety wykwitła lodowa róża. Idealnie wyrzeźbione, ostre płatki zawisły w gęstym powietrzu, emanując mrozem, który palił skórę. Z kwiatka sypał się drobny szron, osiadając na brudnej zapasce szafarki z cichym, metalicznym sykiem.

​Reakcja była natychmiastowa. Śmiechy zdechły, ucięte jak nożem. Sala zamarła w paraliżującym, zwierzęcym strachu. Żołnierze – zwycięzcy znad frontu – gwałtownie odwracali wzrok, szurając na słomie, byle tylko nie przyciągnąć uwagi bóstwa, z którego przed chwilą drwili. Kobieta cofnęła się tak gwałtownie, że jej plecy uderzyły o kamienny filar z głuchym, mięsistym łoskotem. Twarz stała się trupio biała, a jej paznokcie zaczęły stukać o siebie niczym drobne krzemienie rzucone na taflę szkła.

​– Twoje przeprosiny mnie nie obchodzą – rzucił Eryk. Głos miał teraz fakturę tarcia piasku o granit. – Prowadź mnie do niego. Natychmiast.

​– Panie… – wykrztusiła, a jej zęby dzwoniły o siebie z suchym, rytmicznym stukotem. – Tu nie ma żadnego innego maga! Przysięgam na słońce!

​Eryk stał nieruchomo, czując, jak sploty mocy drażnią mu zakończenia nerwowe, wywołując pod czaszką wysoki, metaliczny pisk. Ktoś tu był i drwił z niego w najlepsze. Zgasił lodową różę jednym, gwałtownym skurczem dłoni; lód prysnął na posadzkę z ostrym, szklanym trzaskiem, a jego okruchy zasyczały w zetknięciu z brudnym marmurem. Mag wskazał palcem na ciężkie, dębowe drzwi na samym końcu hali.

​– Co jest tam? – rzucił, a jego głos był szorstki jak żwir mielony w moździerzu.

​– Tam? – Kobieta nerwowo miętosiła rąbek fartucha, a jej paznokcie stukały o siebie z częstotliwością drżeń gorączkowych. – Tam są tylko… dzieci, panie. Sierociniec. Noworodki…

​Eryk skrzywił się, jakby połknął kwas. Bachory? „Przekleństwo eteru, jeśli mag ukrywa się pośród pieluch, to jest jeszcze większym nędzarzem niż ja” – pomyślał, czując narastający, mdły absurd sytuacji. „Uczeń wielkiego Maksymiliana, tropiciel splotów, ganiający za potęgą w przedszkolu. Brawo, Eryku. Następnym krokiem będzie pojedynek na zaklęcia z grzechotką o prawo do czystej onucy”.

​Ruszył przed siebie, przecinając salę długimi krokami. Ranni żołnierze gwałtownie cofali bose stopy pod sienniki, robiąc mu przejście w absolutnej, grobowej ciszy, przerywanej jedynie ich świszczącymi oddechami i nerwowym szelestem słomy. Bose stopy maga zostawiały mokre, ciemne ślady na zakurzonym pyle posadzki – dowód jego fizycznej słabości, który teraz, po pokazie lodu, wydawał się żołnierzom jedynie złudzeniem.

​Dopadł do wrót i pchnął je z furią. Ciężkie, stalowe zawiasy wrzasnęły metalicznie, tnąc zaduch hali niczym brzytwa

 

​Wkroczył do środka, a uderzenie zapachu – mieszanki kwaśnego mleka, ługu i czegoś, co pachniało jak obietnica wiecznego niewyspania – niemal cofnęło go w progu. Fantastycznie, pomyślał, mrużąc oczy w półmroku. Oto sala tronowa mojego przeznaczenia. Jeśli Maksymilian dowie się, że odnalazłem zaginiony eter między kołyską a nocnikiem, osobiście wymaże moje imię z kronik zakonu, żeby nie zarażać ich taką dawką żenady.

​Szedł wąskim przejściem, a za jego plecami, w bezpiecznej odległości, dreptała szafarka. Słyszał jej przyspieszony oddech i szelest krochmalonego fartucha – pilnowała go jak natrętny cień, gotowa interweniować, gdyby „pan mag” postanowił rzucić lodem w którąś z kołysek. Z każdego kąta dobiegały go mlaski i rytmiczne, irytujące posapywanie. Każdy ten dźwięk uderzał w jego nadwrażliwe zmysły jak mały, gumowy młoteczek.

​Zaczął krążyć między rzędami z drapieżną czujnością. Eryk gwałtownie dopadł do ciężkiej szafy pod oknem. Szarpnął za klamkę – masywne, żeliwne okucie szczęknęło o dąb z tępym, głuchym pogłosem. Pusto. Odwrócił się na pięcie, zaglądając za kolejny parawan, który szurał o posadzkę z wysokim, irytującym piskiem. Czuł na karku wzrok kobiety – nieme, pełne politowania świadectwo jego szaleństwa.

​Gdzie on jest? Przecież ten splot drze mi bębenki! – wściekał się w duchu.

​Zwolnił. Dotarł do ostatniego rzędu łóżeczek, gdzie mrok był najgęstszy. Mrowienie pod łopatkami przeszło w palący żar. Zatrzymał się, ciężko dysząc. Wpatrywał się w ciemną wnękę muru, oczekując, że zaraz materializuje się tam potężna postać, że eter w końcu eksploduje mu przed oczami, demaskując intruza.

​Nic. Tylko miarowy oddech niemowlęcia i smród mokrego płótna.

​Poczucie klęski spłynęło na niego gwałtownie, zimne i lepkie. Stał boso w ochronce dla bękartów, otoczony przez rzędy wiklinowych koszy, trzęsąc się z wysiłku, by utrzymać splot, który najwidoczniej był tylko urojeniem jego pękniętego mózgu. Był najgłupszym magiem w historii zakonu. Przyszedł tu z lodową różą w dłoni, by toczyć wojnę z duchami w miejscu, które śmierdziało uryną. To nie był błąd – to była największa kompromitacja w jego życiu.

​– Mówiłam, panie… – Głos szafarki dobiegł z tyłu, cichy, ale teraz podszyty tą najgorszą, prawdziwą litością. – Tu nie ma nikogo. Tylko one.

​Eryk nie odwrócił się. Wbił wzrok w ostatnią kołyskę, czując, jak duma, którą tak starannie pielęgnował u boku Maksymiliana, ostatecznie obraca się w popiół

 

​Odwrócił się gwałtownie, tnąc powietrze ramieniem w geście ostatecznej rezygnacji. Mijał kołyski obojętnie – był człowiekiem, który właśnie przełknął gorycz porażki i własnej nieudolności. Zrobił jeden krok, drugi, trzeci… i wtedy sploty mocy szarpnęły nim tak mocno, że niemal wykręciło mu bark ze stawu.

​Eryk zamarł. Bose palce kurczowo wbiły się w zimną posadzkę, szukając punktu oparcia w świecie, który właśnie przestał być logiczny. Niewidzialny taran uderzył go prosto w potylicę. Poczuł, jakby ktoś z potworną siłą cisnął w niego granitowy blok, rozrywając tkankę rzeczywistości na strzępy. Świat zalała oślepiająca, lodowata biel, a w uszach eksplodował wysoki, metaliczny jazgot – dźwięk, jakby pękła napięta do granic możliwości struna harfy wykonana z hartowanej stali.

​Impuls był tak gęsty, że mag zachwiał się, a jego kolana uderzyły o kamień z głuchym, mięsistym łoskotem. Serce łomotało mu o żebra niczym uwięziony, przerażony ptak, a treść żołądka podeszła mu do gardła palącą falą kwasu.

​Nie. To niemożliwe – przemknęło mu przez głowę. Taka sygnatura? Przecież to powinno być źródło, ktoś, kto udzieli odpowiedzi, a nie… nie tutaj.

​Powoli, milimetr po milimetrze, zaczął obracać głowę. Każdy kręg w jego szyi trzeszczał jak nieoliwiony, zardzewiały mechanizm. Wzrok Eryka spoczął na skromnej, dębowej kołysce. Tej samej, którą przed chwilą minął z pogardliwym prychnięciem.

​Zrobił krok w tył, ciągnąc gołą piętą po pyle, który zazgrzytał o marmur niczym drobny piasek. Szafarka zamarła w progu; jej oddech stał się krótkim, świszczącym dźwiękiem, gdy patrzyła na maga, który pobladł do koloru starego wapna. Eryk podszedł do łóżeczka. Cień jego wysokiej sylwetki padł na mały tobołek, przecinając blask wpadający przez wąskie okno.

​Wewnątrz, pod warstwą pożółkłego, szorstkiego płótna, spoczywało dziecko. Mogło mieć trzy, może cztery miesiące. Niemowlę nie płakało. Leżało w absolutnym bezruchu, a jego drobna twarz emanowała dziwnym, ciężkim spokojem. Nad wikliną powietrze drgało w nienaturalny sposób. Sploty eteru, których tak desperacko szukał pod sufitem i za szafami, tutaj zaciskały się w ciasny, błękitnawy kokon.

​To nie była niszczycielska siła ani wypracowana potęga – to była po prostu Iskra. Surowa, nagięta do granic fizjologii i obecna w każdym płytkim oddechu śpiącego stworzenia. Powietrze wokół kołyski pachniało ozonem i kwaśnym mlekiem – absurdalna, drażniąca nozdrza mieszanka metafizycznej mocy i biologicznego prymitywizmu.

​Eryk patrzył na małą dłoń dziecka, która bezwiednie zacisnęła się na krawędzi szorstkiego koca. Mrowienie na jego własnej skórze powoli ustępowało miejsca lodowatemu zrozumieniu.

​Skończony idiota – pomyślał, a kącik jego ust wykrzywił się w grymasie, który nie był już ironią, lecz czystym przerażeniem. Wielki tropiciel splotów znalazł swoje źródło. Szkoda tylko, że źródło właśnie uczy się kontrolować zwieracze, a nie eter. Jeśli to jest ten mag, który miał mi wyjaśnić koniec świata, to Maksymilian umrze ze śmiechu, zanim zdążę mu o tym opowiedzieć.

​To nie był nikt, kogo można by przesłuchać. To był po prostu Mag. Początek czegoś, co za kilka dekad mogło obracać miasta w pył, a teraz zaledwie moczyło pieluchy. To był czysty, niefiltrowany kanał mocy, otwarty w ciele, które nie było nawet świadome własnego istnienia, a co dopiero potęgi, którą dźwiga.

​Eryk stał nad kołyską, a jego barki drgały w rytm krótkich, spazmatycznych skurczów. Uniósł dłonie i splótł je ciasno na potylicy, jakby chciał powstrzymać czaszkę przed rozpadnięciem się na kawałki. Z jego gardła wydobyło się chrobotanie żwiru o zardzewiałą blachę – chrapliwy, pusty śmiech uderzył w kamienne sklepienie hali i wrócił suchym, drwiącym echem. Mag wyrzucił z siebie ostre przekleństwo, po czym gwałtownie potarł twarz wnętrzem dłoni, naciągając skórę tak mocno, że jego oczy stały się na moment wąskimi szczelinami.

​Wbił wzrok w małą, zaciśniętą piąstkę niemowlęcia. Los właśnie wbił ostatni gwóźdź do wieka jego ironicznej trumny. Wojna zdechła dwa tygodnie temu, on zawiódł mistrza na wszystkich frontach, oszalał z wycieńczenia, a jedyną odpowiedzią wszechświata na to wszystko był ten pomarszczony tobołek zawinięty w brudne płótno, który śpi, sra i nie ma pojęcia o istnieniu eteru.

​Był załamany. To nie była już tylko porażka; to było całkowite duchowe unicestwienie w oparach skwaśniałego mleka

 

​– Dlaczego pan stoi nad tym dzieckiem i tak się śmieje? – Głos szafarki, piskliwy jak tarcie niedostrojonych skrzypiec, rozdarł gęstą atmosferę. Kobieta zamarła kilka kroków dalej, szarpiąc rąbek fartucha tak mocno, że sztywny materiał trzeszczał w jej palcach niczym łamany chrust.

​Eryk gwałtownie odwrócił się do niej, niemal tracąc równowagę. Oparł się ciężko o krawędź wiklinowej kołyski, która pod jego ciężarem zajęczała długim, suchym skrzypieniem. Mięśnie jego policzków pulsowały pod skórą jak uwięzione owady.

​– Bo szukałem maga – wychrypiał przez pył z tłuczonego szkła, który wypełniał mu krtań. Zaczął nerwowo drapać się po przedramieniu, tam gdzie nowa tkanka wciąż piekła żywym ogniem. – I w końcu go znalazłem. W tej kupce nieszczęścia.

​Kobieta cofnęła podbródek, uderzając plecami o wystającą szafę, aż żeliwne okucia szczęknęło o drewno.

​– To… mag? – Jej głos załamał się pod ciężarem absurdu. – Przecież wasz przywódca żyje od dwóch wieków. Jak takie małe coś może nim być?

​Eryk wyciągnął dłoń, drżącą i niepewną. Gdy jego palce zawisły nad szarym płótnem, powietrze między jego skórą a dzieckiem pękło z suchym, elektrycznym trzaskiem. Błękitna, ostra iskra rozdarła przestrzeń, a towarzyszył jej metaliczny dźwięk – jakby stalowy rylec uderzył w gładką, zamarzniętą taflę jeziora. W tej samej milisekundzie Eryka oślepił biały impuls. Rozbłysk uderzył od środka czaszki, rozrywając ciemność pod powiekami czystą, mleczną bielą.

​Mag zatoczył się, uderzając biodrem o szafkę z lekami, która odpowiedziała brzękiem przesuwanych szklanych fiolek. Zamrugał gwałtownie, próbując złapać pion na drżących nogach.

​– Przecież ja czy mój mistrz też kiedyś byliśmy tacy mali – rzucił przez zęby, prostując się z trudem i splatając ramiona na piersi w geście obronnym. Każde słowo odbiło się od ścian hali twardym, ostrym tonem uderzającego krzemienia. – Magowie nie wyrastają z grządek jak kapusta. Chociaż ten okaz wygląda, jakby go przed chwilą wykopali z błota.

​Pochylił się gwałtownie, a jego dłonie zawisły nad tobołkiem z tą samą paraliżującą sztywnością, z jaką zbliża się do pękniętego artefaktu grożącego implozją. Jego palce, nawykłe do kreślenia precyzyjnych run w lodowatym eterze, teraz przypominały bezużyteczne, drewniane grabie. Wsunął je pod niemowlę, ale nie czuł ciężaru, tylko obcą, pulsującą miękkość, która przerażała go bardziej niż najczarniejszy splot.

​Gdy uniósł zawiniątko, głowa dziecka, pozbawiona wsparcia, bezwładnie opadła do tyłu. Naciągnięta wątła szyja niemowlęcia wyglądała tak krucho, jakby miała pęknąć pod własnym ciężarem.

​Szafarka wyrzuciła z siebie krótki, gardłowy pisk, który przypominał pęknięcie napiętej struny. Rzuciła się do przodu, a jej podkute buty wyrżnęły o marmur z jazgotliwym zgrzytem żelaza o osełkę. Jej dłonie, szerokie i czerwone, wystrzeliły w stronę Eryka, by wyszarpać mu dziecko, zanim mag dokona ostatecznego zniszczenia.

​– Panie, na miłość boską, kark! Trzymaj mu kark! – zawyła, a jej głos wibrował autentyczną, zwierzęcą paniką.

​Eryk, zaskoczony jej furią, szarpnął nadgarstkami w górę. Zrobił to zbyt mocno, zbyt gwałtownie. Niemowlę podskoczyło w jego uścisku, a mag, próbując ratować sytuację, niemal boleśnie przygniótł tobołek do własnej piersi. Poczuł pod żebrami twardy guzik swojego ubrania wrzynający się w ciało dziecka. W łokciach Eryka odezwało się suche, bolesne strzykanie – efekt mięśni napiętych do granic wytrzymałości.

​– No, cześć, mały magu – wychrypiał, próbując zamaskować drżenie rąk. – Witaj w świecie, w którym nic już nie jest na swoim miejscu.

​Zmienił chwyt, czując pod palcami bicie serca – tak szybkie i drobne, że niemal zlewało się w jeden wibrujący ton. Szafarka stała tuż obok, dysząc ciężko; zapach jej strachu, mieszanka starego potu i octu, uderzył go w twarz. Odchrząknęła gwałtownie – dźwięk był krótki i suchy, jak pękniecie cienkiej gałązki pod ciężkim butem.

​– Panie… – zaczęła, a jej wzrok przeskakiwał nerwowo między kamienną twarzą maga a dzieckiem. – To dziewczynka.

​Eryk zamarł. Mięśnie jego żuchwy drgnęły z taką siłą, że w uszach usłyszał metaliczny pisk – jazgot pilnika po zardzewiałej blasze.

​Skończony idiota – skwitował w myślach, czując, jak fala gorącego zażenowania pełznie mu po karku pod brudny kołnierz. W całym tym bagnie porażki, pośród dogasających zgliszcz swojej kariery, pominąłeś najbardziej oczywisty fakt. Gratulacje, Eryku. Nawet płeć własnego znaleziska jest dla ciebie zbyt skomplikowaną zagadką. Maksymilian będzie zachwycony twoją „wnikliwością”.

​Uniósł brwi, a jego usta wykrzywiły się w gorzkim grymasie. Los właśnie splunął mu w twarz, a on nawet nie zauważył kierunku uderzenia. Stał nieruchomo, czując pod dłonią to drobne, drapieżne tętno eteryczne.

​– Nie mam pojęcia, co z tobą zrobić – wychrypiał tym piaskiem trącym o granit. – Cóż, zabiorę cię do mistrza. On będzie wiedzieć. Albo on, albo stos

 

​Eryk stał nieruchomo, czując ciężar dziecka, który wydawał się z każdą sekundą rosnąć, jakby trzymał w dłoniach stygnącą bryłę ołowiu. Zamknął oczy, ignorując piskliwe protesty szafarki i zaduch sali. Musiał to zrobić. Musiał poczuć obecność Maksymiliana, ten charakterystyczny, lodowaty chłód mistrza, który zawsze był dla niego jedynym stałym punktem orientacyjnym.

​Skupił się, wypuszczając mentalną nić w stronę Wiecznego Pałacu. Szukał splotu, który łączył go z mentorem od lat, tej jednej, konkretnej wibracji w eterze.

​Nic. Pustka była tak gęsta, że aż huczała mu w czaszce. W jego głowie, niczym ostrzegawcze sygnały, zapaliły się dwie lampki.

​Pierwsza: Skreślił mnie. Myśl uderzyła go mocniej niż impuls Iskry. Maksymilian był bezwzględny. Jeśli uznał, że Eryk zawiódł na froncie, jeśli wyczuł jego fizyczną i psychiczną sypkość, mógł go po prostu odciąć. Jednym precyzyjnym cięciem woli wymazać go ze swojego splotu, pozostawiając go na pastwę losu w tym sypiącym się świecie. Stał się dla mistrza martwym odłamkiem, który nie jest już wart uwagi.

​Druga: Wieczny Pałac triumfuje. Jeśli wojna naprawdę się skończyła, tam teraz musi trwać szaleństwo zwycięstwa. Pałac kipiał od magii; setki magów, tysiące splotów pychy, radości i dziękczynnych rytuałów tworzyły tam teraz nieprzenikniony, złoty szum. Szukanie w tym bębniącym chaosie pojedynczej, wąskiej nitki eteru mistrza było ponad jego obecne siły. Był zbyt wyczerpany, zbyt rozbity, by przebić się przez ten ryczący blask cudzego triumfu.

​Eryk otworzył oczy. Były teraz mętne, pozbawione tego ostrego, błękitnego blasku, który jeszcze godzinę temu przerażał żołnierzy.

​– On mnie nie słyszy – wychrypiał do siebie, a szafarka cofnęła się o kolejny krok, słysząc ten ton totalnej rezygnacji.

​Spojrzał na dziewczynkę. Los nie tylko wrzucił go do ochronki dla bękartów i kazał nosić noworodka. Los właśnie przeciął jego pępowinę z jedynym światem, jaki znał

 

​Eryk uniósł tobołek nieco wyżej, przyglądając się pomarszczonej buzi dziewczynki z mieszaniną odrazy i dziwnej, bolesnej fascynacji.

​– No cóż, mój mały magu… – zaczął, ale natychmiast ugryzł się w język. Skrzywił się, czując na karku lodowaty powiew zażenowania. – No cóż… mała magini. Masz szczęście. Zabiorę cię do Wiecznego Pałacu. Trafisz do swojego domu i to od razu. Ja tyle szczęścia nie miałem. Musiałem na to zapracować krwią i latami w gnoju.

​Szafarka, słysząc nazwę Pałacu, pobladła tak gwałtownie, że aż chwyciła się ramy najbliższej kołyski. Jej palce zbielały na ciemnym drewnie.

​– Do Pałacu?! – wykrzyknęła, a jej głos przeszedł w piskliwy rejestr czystego przerażenia. – Panie, przecież tam… tam mury oddychają! Ludzie mówią, że zwykły człowiek nie przejdzie przez bramę, by nie spłonąć od środka! Tam jest śmierć, tam jest czyste zło! Chce pan zabić to maleństwo? Oddaj mi ją, ty potworze!

​Rzuciła się w jego stronę, wyciągając swe czerwone, spracowane dłonie, by wyszarpnąć dziecko. Eryk nawet nie drgnął. Jedynie jego spojrzenie, zimne i puste, sprawiło, że kobieta zamarła w połowie kroku, jakby uderzyła w niewidzialną ścianę lodu.

​Eryk westchnął głęboko. Czuł się potwornie zmęczony, jakby musiał tłumaczyć komuś, że dwa dodać dwa to cztery, podczas gdy ten ktoś właśnie histeryzuje.

​– Kobieto, uspokój się – wychrypiał, a w jego głosie nie było już gniewu, tylko ta męcząca, niemal litościwa cierpliwość. – Ona jest magiem. Rozumiesz? Ona nie jest „zwykłym człowiekiem”. Dla niej ten pałac to nie jest pułapka, to jest gniazdo. To miejsce jest ulepione z tej samej materii, która krąży w jej żyłach.

​Zacisnął dłonie na zawiniątku, nie pozwalając szafarce podejść bliżej.

​– Prędzej mury tego zamku pokłonią się temu dziecku, niż zrobią mu krzywdę – dodał, a kącik jego ust drgnął w gorzkim grymasie. – To ja powinienem się bać. To ja jestem tam teraz intruzem, którego nikt nie wyczekuje. Ona? Ona wraca do siebie.

​Stał tak przez chwilę, górując nad kobietą, podczas gdy zapach octu i strachu mieszał się z nienaturalnym aromatem ozonu bijącym od noworodka.

​– Ona tam przetrwa, bo jest częścią tego mechanizmu – mruknął bardziej do siebie niż do niej. – Przetrwa wszystko, o czym ty nawet boisz się śnić w tej swojej norze.

 

​Eryk spojrzał ostatni raz na szafarkę, która dygotała pod ścianą, niezdolna do wydobycia z siebie choćby słowa. Jej przerażenie było już tylko tłem, nieistotnym szumem w obliczu tego, co musiał zrobić. Uniósł wolną dłoń – tę, która nie podtrzymywała kruchego karku dziecka – i wykonał nią jeden, krótki, niemal niedbały gest.

​To nie był ruch pełen gracji. Przypominał raczej cięcie niewidzialnym nożem albo szarpnięcie za luźną nitkę w tkaninie świata.

​Powietrze przed nim stężało, a potem pękło z ogłuszającym, suchym trzaskiem, jakby ktoś rozłupał stuletni dąb na pół. W samym środku sali ochronki otworzyła się wyrwa – postrzępiona, czarna szczelina, której krawędzie wibrowały oślepiającym, błękitnym światłem. Pociągnęło od niej nagłym, lodowatym wichrem, który wymiótł pył z posadzki i sprawił, że płótna w kołyskach załopotały gwałtownie.

​Wyrwa nie prowadziła do konkretnego miejsca, które można by dostrzec okiem; była jedynie przejściem przez nicość, surowym skrótem w eterze, który śmierdział ozonem i nicością.

​Eryk ciężko westchnął. To był dźwięk człowieka, który wchodzi do własnego grobu, wiedząc, że nie ma innej drogi. Poprawił uchwyt na dziecku, przycisnął je mocniej do piersi i bez słowa pożegnania, bez oglądania się za siebie, wszedł prosto w drgającą ciemność.

​Gdy tylko jego bosa pięta zniknęła w szczelinie, wyrwa zapadła się w sobie z głośnym, implodującym mlaśnięciem. Powietrze zasyczało, wypełniając próżnię, a w sali zapadła martwa, dzwoniąca w uszach cisza. Został tylko zapach spalenizny i jedna, powoli opadająca na brudny marmur, biała nitka z dziecięcego kocyka

Koniec

Komentarze

Rejodzie, prezentujesz tu nie opowiadania, a kolejne rozdziały chyba powieści, dlatego bądź uprzejmy zmienić oznaczenia na FRAGMENT, zarówno tutaj, jak i w dodanym chwilę wczesniej pierwszym rozdziale.

Usuń też kropkę z tytułu. Kropka w tytule jest błędem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka