Harmonia w Aelionie nie była dźwiękiem. Była stanem istnienia. Powietrze wibrowało subtelnymi, precyzyjnymi częstotliwościami, które układały się we wzór tak złożony, że umysł postronnego obserwatora mógłby go odebrać jako ciszę. Sareth stała na Moście Czystej Kwinty, łukowatej konstrukcji ze stężonego dźwięku, i wciągała to wibrujące powietrze do płuc. Każdy oddech niósł ze sobą nutę, akord, frazę. Od dzieciństwa ta symfonia była jej domem, językiem, całym wszechświatem. A teraz, od kilku dni, czuła w niej fałsz.
Nie było to fałszywe nuty w tradycyjnym znaczeniu. Żaden dźwięk nie był za wysoki lub za niski. Raczej cała struktura, całe tkane z wibracji tło Aelionu, stało się zbyt równe. Zbyt gładkie. Jak pieśń, z której wycięto wszystkie nieoczekiwane modulacje, wszystkie oddechy wykonawcy, wszystkie ślady życia. Była to harmonia doskonała. I to właśnie było przerażające.
Sareth ruszyła wzdłuż mostu. Jej forma, jak wszystkich Aelin, nie była stała. W zależności od rezonansu otoczenia mogła się zagęszczać, rozpraszać, przybierać lekkie zarysy ludzkiej sylwetki lub rozpływać w świetlistej mgle. Teraz, zaniepokojona, skupiła się w kształt smukłej, androgynicznej postaci, której kontury drgały w rytm otaczających wibracji. Szła w kierunku Centrum Rezonansu, serca Aelionu, gdzie pulsował Kamerton.
Komnata Kamertonu była kulistą przestrzenią zawieszoną w samym środku miasta-dźwięku. Jej ściany były nieprzezroczystymi stojącymi falami dźwiękowymi, a w centrum unosił się sam artefakt – nie przedmiot w sensie materialnym, ale złożony, wielowymiarowy wzór interferencyjny. Wyglądał jak skrzyżowanie kryształu z równaniem, wirujący i stały jednocześnie. Jego zadaniem było nieustanne strojenie rzeczywistości Aelionu, utrzymywanie harmonii, która pozwalała Aelin istnieć i komunikować się.
Gdy Sareth weszła do środka, fałsz stał się namacalny. Powietrze, zawsze drgające żywą, organiczną polifonią, teraz wibrowało jednym, czystym, niezmiennym tonem podstawowym. Był piękny. Był doskonały. I był martwy. Nie było w nim miejsca na dialog, na pytanie, na zmianę. Był monologiem rzeczywistości samej ze sobą, zapętlonym w nieskończoność.
– Nie czujesz tego? – głos dobiegł z boku.
To był Niv, jeden z Dyrygentów Chóru Wysokiego. Jego forma była bardziej zdefiniowana niż Sareth, przypominała starszego mężczyznę o srebrnych, falujących włosach i poważnych oczach. – Czystość. Po tylu wiekach niestabilności, szumu, dysonansów… wreszcie osiągamy stan idealnej zgodności.
Sareth obróciła się ku niemu. Jej własna wibracja, zwykle płynnie dostrajająca się do otoczenia, zadygotała lekko, wchodząc w kolizję z tym nienaturalnym porządkiem.
– To nie jest czystość, Nivie. To sterylizacja. Wycięto z pieśni cały wybór. Całą możliwość błędu, która czyniła ją naszą.
Niv uniósł dłoń, a jego palce poruszyły się, wywołując serię doskonałych harmonicznych dźwięków.
– Błąd jest… niedoskonałością. Źródłem cierpienia. Spójrz na światy zewnętrzne, Sareth. Rozdzierane przez wojny, magię, chaos. Ich rzeczywistość pęka, bo nie potrafią utrzymać stroju. My osiągamy coś wyższego. Porządek. Bezpieczeństwo. To jest właśnie ta „Korekta”, o której mówią posłańcy z innych domen. Nie zagłada. Uzdrowienie.
Słowo „Korekta” zawisło w powietrzu, obce, metaliczne. Sareth słyszała o tym wcześniej, z opowieści wędrownych rezonatorów, którzy przynosili wieści z Varynth. Mówili o siłach, które „naprawiały” rzeczywistość, czyniąc ją zgodną z jakimś zewnętrznym modelem. W ich opisach zawsze był ten sam szczegół: zapach suchego ozonu i wrażenie duszącej doskonałości.
– To oni tutaj są? – zapytała, a jej głos, fala dźwiękowa o precyzyjnej częstotliwości, zadrgał niepokojem. – Ci „korektorzy”? Wpływają na Kamerton?
– Współpracują z nami – poprawił ją Niv, a jego ton stał się mentorski, ale i stanowczy. – Dostarczają nam… wzorców. Algorytmów stabilizacji. Pomagają nam oczyścić pieśń Aelionu z wszelkich szumów. Z wszelkich niepotrzebnych wariantów. Dzięki temu nasza egzystencja będzie wieczna, niezmącona.
Sareth podeszła bliżej do wirującego wzoru Kamertonu. Nie dotykała go fizycznie – dotyk w tym miejscu był wymianą częstotliwości, intymnym połączeniem. Wysłała ku niemu cichy, badawczy impuls, strunę własnego rezonansu.
Odpowiedź była natychmiastowa i miażdżąca. Nie była to wymiana, ale narzucenie. Do jej świadomości wdarł się nie dźwięk, lecz geometria. Bezduszny, matematyczny schemat „idealnej harmonii”. Widziała w nim, jak każda możliwa nuta, każdy akord, ma swoje jedno, przypisane miejsce. Żadnej improwizacji. Żadnego swobodnego przepływu. Był to porządek cmentarza, gdzie każdy głaz leży równo i nic nigdy nie wyrośnie między nimi.
I wtedy, w samym środku tego schematu, dostrzegła coś innego. Drobny, prawie niewidoczny wzór rezonansowy, który nie pasował. Był jak obcy organizm, wszczepiony w system. Emitował charakterystyczną, suchą częstotliwość, którą Sareth rozpoznała z opisów: ozonowy dysonans Korekty. To był adres. Podpis. Ślad ingerencji.
– Widzisz? – głos Niva zabrzmiał tuż za nią. – Doskonałość.
Sareth cofnęła swój impuls, czując się niemal splugawiona.
– To nie jest doskonałość. To jest więzienie. Pieśń bez wolności przestaje być pieśnią. Staje się… instrukcją obsługi.
Niv zmarszczył brwi. Jego forma na moment straciła na gęstości, zdradzając irytację.
– Twój opór jest przejawem tego samego chaosu, który chcemy uleczyć, Sareth. Chór Wysoki uznał tę ścieżkę za słuszną. Twoje indywidualne „ja” jest właśnie takim szumem. Powinnaś się dostroić.
Indywidualne „ja”. To było kolejne obce pojęcie, które wślizgnęło się do Aelionu wraz z „Korektą”. Tradycyjnie Aelin nie mieli ego w rozumieniu innych ras. Byli raczej świadomymi falami w zbiorowym oceanie dźwięku. Ale kontakt z innymi światami, a teraz to dziwne, sterylne strojenie, powoli wyodrębniało coś w Sareth. Czuła się oddzielona. Samotna. To było bolesne i przerażające. I być może konieczne.
– A jeśli nie chcę się dostroić? – spytała, a jej własny rezonans zastygł w wyzwaniu.
Niv spojrzał na nią z politowaniem, a może smutkiem.
– Wtedy staniesz się dysonansem. A dysonans, w idealnie strojonym systemie… jest usuwany. Dla dobra całości.