- Opowiadanie: dawidiq150 - Pasja, która uratowała mi życie

Pasja, która uratowała mi życie

Nie wiem co napisać :DDD

 

Po prostu zapraszam do przeczytania!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pasja, która uratowała mi życie

PROLOG

 

Moje życie aktualnie nie jest zbyt ciekawe i z braku zajęcia postanowiłem usiąść i spisać pokrótce niezwykłe zdarzenia, które mi się wcześniej w nim przytrafiły. Może moje dzieci, albo wnuki, chętnie dowiedzą się jak to kiedyś było.

Zacznijmy od początku. Urodziłem się w roku 2359, to był czas przełomowych odkryć w kosmonautyce. Wynaleziono sposób na eksplorowanie innych układów słonecznych. Od razu napomknę, że w naszym nic ciekawego nie znaleziono. W innych natomiast dosłownie przeciwnie.

Kiedy miałem pięć lat ukończono wielki, bardzo zaawansowany projekt, nad którym pracowało latami tysiące naukowców z całego globu. Zwieńczeniem jego było wysłanie z Ziemi drona wielkości śliwki, wyposażonego w kamery i inne przydatne przyrządy. Wielka wyrzutnia, najwyższy szczyt techniki, wystrzeliła tego drona z olbrzymią siłą, tak, że leciał z prędkością około trzydzieści procent większą od prędkości światła. Dotarł on zgodnie z planem do Neptuna. Zdjęcia, filmy i różne odczyty jakie zdobył podczas całej swojej trasy przesłał na Ziemię. Okazały się ciekawe, ale nie odkryto nic rewolucyjnego.

Pracowano już wtedy nad wyrzutnią, o znacznie większej sile. Była ona proporcjonalnie większa. Ostatecznie zajęła, z całą potrzebną zabudową tzn. z mieszkaniami dla naukowców, elektrowniami i fabrykami, prostokąt o wymiarach około 120 na 160 kilometrów. Zdecydowano zbudować ją na pograniczu pustyni Gobi. To było z wielu powodów najlepsze miejsce.

Miałem jedenaście lat, kiedy ukończono machinę zdolną wysłać drona dużo dużo dalej niż ostatnio. To był wielki dzień, kiedy został wystrzelony. Wielu mądrych ludzi sądziło, że poza naszym układem słonecznym znajdziemy inne światy, zamieszkane przez rozumne istoty. Bynajmniej się nie mylili.

Zdjęcia i filmy, które przyszły z drona przedstawiały zurbanizowane planety i setki statków kursujących pomiędzy nimi. Niestety Ziemska technologia pozwalała wysłać jedynie obiekt o wielkości śliwki. Potrzebowano więc pomocy.

Wysłano kolejnego drona, ten jednak zawierał specjalnie do tego celu stworzoną bazę danych o ludziach i Ziemi. Zawierał też zmyślnie przedstawioną, w postaci obrazów, prośbę o pomoc w rozwinięciu technologii tak, żeby ludzie mogli podróżować na olbrzymie odległości jak to ma miejsce w innych układach.

Jakaż wielka była radość wszystkich, kiedy trzy miesiące później, przybył statek z obcymi emisariuszami. Okazało się, że budową ciała przypominają ludzi. Oczywiście było wiele różnic, ale posiadali dwoje nóg i rąk jak ludzie.

Tak rozpoczął się kontakt z rasą, która pełniła rolę dyrekcji związku rozumnych istot w universum. Zajmowali oni najwięcej ze wszystkich bo aż dwanaście planet.

Dzięki specjalnym programom komputerowym, wykorzystując sztuczną inteligencję, bardzo szybko nauczono się wzajemnie swoich języków. Pamiętam do dziś jak z wielką ekscytacją, całą rodziną oglądaliśmy transmitowaną w telewizji pierwszą rozmowę z obcym przedstawicielem.

Po niespełna dwóch miesiącach przybył na Ziemię wielki statek z materiałami i komponentami potrzebnymi do zbudowania portu zdolnego obsługiwać statki z nowoczesnym napędem. Przywiózł też około tysiąc inżynierów, którzy zostali ugoszczeni w specjalnie przygotowanych hotelach.

Budowa trwała cztery miesiące. Co kilkanaście dni przybywały statki z dalszymi materiałami, których nie sposób było zdobyć na Ziemi, gdyż zbudowane były z niewystępujących na naszym globie pierwiastków.

Gdy zakończono projekt, dostaliśmy w prezencie dwanaście statków pasażerskich. Wtedy rozpoczęły się podróże na inne planety, poza ziemski układ słoneczny. Rozpoczęła się nowa era.

 

Mając dwadzieścia sześć lat, gdy byłem świeżo po studiach, a studiowałem budowę statków kosmicznych nowej generacji. Dostałem pracę jako mechanik. Taki był mój plan na dalekie międzygwiezdne podróże, gdyż tak naprawdę korzystali z nich jedynie bogacze. Bilety były bardzo drogie.

Jako mechanik nie potrzebowałem biletu, a dodatkowo płacili mi pensję. Wtedy rozpocząłem bardzo interesujące życie.

 

Licząc tak średnio co pół roku, do wspólnoty planet dołączała jakaś nowa cywilizacja. Wydawało się oczywiste, że kosmos jest nieskończony.

Wielka była moja radość, gdy przydzielono mi pracę na statku lecącym właśnie do nowo odkrytej zaludnionej planety.

 

&&&

 

W środku nocy obudził mnie Michał.

– Budź się, wstawaj, jesteśmy na miejscu!

Michał to był mój przyjaciel, z którym pracowałem i dzieliłem niewielki pokój na statku.

Potrzeba mi było tylko dwie sekundy, bym stanął na nogi, mimo że byłem bardzo zaspany.

– Wylądowaliśmy na Voixie? – spytałem by się upewnić.

– Tak, dwie minuty temu.

Zacząłem się ubierać, a mój przyjaciel już ubrany założył tylko plecak i wyszedł na korytarz. Po chwili zrobiłem to samo zatrzaskując za sobą drzwi. Kartę-klucz mieliśmy obydwaj.

Niezbyt szeroki korytarz, na tyle by mogły minąć się dwie osoby zaczął się zaludniać. Ludzie wychodzili ze swoich pokojów. Skierowaliśmy się do windy, w której oprócz czterech przycisków, był zegar pokazujący datę i godzinę. Tutaj doba miała inną ilość godzin niż na Ziemi, a godzina inną ilość minut. Ciężko było się przestawić, ale ja już się przystosowałem.

Po zjechaniu na dół, znaleźliśmy się w dużym holu, gdzie zgromadziło się już kilkanaście zapewne najbardziej ciekawych i zniecierpliwionych osób, które przybyły tu pierwszy raz.

Potem właz przed nami otworzył się i wyszliśmy ze statku.

– Cudownie – powiedział mój przyjaciel i nabrał wielki haust świeżego powietrza. Na Voixie tak jak na wielu innych planetach, cały czas pracowały olbrzymie maszyny przepompowujące świeże powietrze zabierane z terenów zalesionych.

Zgadzałem się z nim, widok był wspaniały i niepowtarzalny. Staliśmy w półmroku, gdyż ze statku sączyło się tylko trochę światła. Przed nami rozpościerał się ogromny port, a dalej tętniąca życiem metropolia. Wszystko oświetlone milionami lamp.

Tak jak inny pasażerowie, ruszyliśmy w stronę oznaczoną pulsującymi strzałkami. By całkiem opuścić lądowisko, szliśmy około dziesięć minut. Minęliśmy inny statek, do którego wielkie sześcionogie roboty obsługiwane przez pracownika w kabinie wewnątrz, nosiły jakieś skrzynie, najprawdopodobniej z materiałami budowlanymi. W pewnym momencie, gdy oddaliliśmy się od okrętu, którym przylecieliśmy obejrzałem się by objąć wzrokiem cały port. W sumie nie był zaludniony, natomiast stały tu razem z naszym cztery olbrzymie międzygwiezdne wehikuły, trzy z nich pasażerskie.

– To co może się czegoś napijemy, żeby uczcić szczęśliwy lot? – spytał Michał.

– Jasne, że tak – odparłem.

I ruszyliśmy w stronę najbliższego baru. Mieliśmy trzy dni dla siebie. Niedaleko był hotel, w którym mieliśmy zapłacone pokoje, ale wiedziałem, że zabalujemy i trafimy tam dopiero rano. Tutejsze dziewczyny do towarzystwa, były bowiem wspaniałe, a nas było na nie stać.

Bar miał nazwę „Niekończąca się przyjemność”. Zaznaczę tu, że napisaną oczywiście w tutejszym języku, ale my znaliśmy go perfekcyjnie, bowiem taki był wymóg naszej pracy. Ponad rok czasu się go uczyłem.

Weszliśmy do środka. Panował tu niezły ruch. Grała muzyka, ale nie za głośno tak, że można było rozmawiać. Kilka par tańczyło na średniej wielkości parkiecie wokoło którego stały stoliki. Na jednej ze ścian wisiał olbrzymi telewizor, teraz wyłączony.

Przy ladzie pracowało trzech barmanów. Ogólnie, wśród gości można było rozpoznać co najmniej trzy rasy, różniące się kolorem skóry, wzrostem i wyglądem. Najwięcej jednak było tubylców, dla których charakterystyczny był wzrost wynoszący średnio dwa metry, dziesięć centymetrów, a także długie do ramion czerwone nierosnące nigdy włosy, będące tak naprawdę organem pełniącym funkcję płuc. Piszę włosy, bo naprawdę do złudzenia były do nich podobne.

Usiedliśmy przy ladzie i momentalnie podszedł do nas barman.

– Co panom podać? – spytał w swoim języku.

– Dwa piwa dla ludzi! – powiedziałem. Musiałem zaznaczyć, że dla ludzi, gdyż normalne piwo smakowałoby nam koszmarnie. A innym trunkiem czy jedzeniem moglibyśmy się nawet struć.

Barman poszedł do szafy, w której znajdowały się alkohole i przekąski, jakie można było spotkać na Ziemi. Wziął dwie butelki i nalawszy nam do kufli podał.

Sięgnąłem po pieniądze i powiedziałem do mojego przyjaciela:

– Ja stawiam dzisiaj, ale będę mógł wybrać dziewczyny.

Michał się zgodził i zaczęliśmy sączyć piwo rozmawiając. Minęło jakieś piętnaście minut i wielu klientów zaczęło brać swoje krzesła i ustawiać naprzeciwko wielkiego ekranu telewizora. Zauważyłem też, że barman wyjął spod lady pilot i włączył telewizor, wyłączono też muzykę.

Na ekranie ukazało się czterech Voixan elegancko ubranych, którzy prowadzili rozmowę w studiu. Zacząłem z zainteresowaniem słuchać, tak samo jak Michał i wszyscy.

Okazało się, że na planecie jest dzisiaj wielkie sportowe święto. Właśnie tej nocy miała odbyć się walka o mistrzostwo Voixa w dyscyplinie prawie identycznej do ziemskiego boksu.

Zawsze uwielbiałem oglądać na Ziemi boks, dlatego zagadnąłem do barmana, by się czegoś więcej dowiedzieć.

– W jakiej wadze będzie walka?

– Jest tylko jedna waga – odparł grzecznie.

– Dlaczego? To trochę szkoda.

– Żadna szkoda. Każdy może walczyć, czy gruby czy chudy, czy wysoki czy niski. Idziesz po prostu do jakiegoś trenera i on cię bada, czy masz talent. Wypełniasz ankiety, temu podobne rzeczy. I na końcu trener ci mówi czy masz „to coś”. Czy jesteś wojownikiem.

– I co dalej? Gdy jestem na przykład niski.

– No tak, wy na Ziemi nie macie jeszcze takiej technologii… Jeśli się zdecydujesz przeszczepiają ci mózg do wyhodowanego sztucznie ciała. Naprawdę potężnego ciała. W ten sposób wszyscy zawodnicy mają takie same szanse.

– A taka operacja przeszczepu mózgu, dużo kosztuje?

Barman uśmiechnął się do mnie rozbawiony i powiedział.

– Widzę, że chciałbyś spróbować co? W takim razie mam dwie wiadomości dobrą i złą. Zła jest taka, że bez szkody dla zdrowia można wykonać wyłącznie jeden przeszczep, więc to droga tylko w jedną stronę. A dobra, że przeszczep choć dość kosztowny jest finansowany przez federacje bokserskie. Zrobisz go więc za darmo. Przepraszam na chwilę.

Mężczyzna poszedł obsłużyć innego klienta i zaraz do mnie wrócił.

– Tak się składa, że w branży bokserskiej pracuje mój krewny. To jest jego wizytówka. – wyciągnął spod lady nieduży bloczek i mi go wręczył.

Podziękowałem. Zacząłem odczuwać wtedy coś czego nie doświadczyłem jeszcze nigdy. Nadzieję, że może dzięki temu przypadkowemu wypadowi do baru przeżyję coś niezwykłego, coś na co podświadomie zawsze czekałem. Miałem wojowniczy charakter słyszałem to nie raz od bliskich i nie tylko. Jakże mogło być inaczej skoro można powiedzieć, że byłem potrójnym skorpionem. Taki był mój główny znak zodiaku, taki miałem ascendent i w horoskopie chińskim byłem dzikiem, a właśnie dzik był odpowiednikiem skorpiona.

Potem z zainteresowaniem, jak wszyscy w barze oglądaliśmy studio. Przedstawiono zawodników, było dużo informacji i to okazało się naprawdę ciekawe. Kto by pomyślał, że obaj panowie to bokserzy emeryci, którzy byli kilkadziesiąt lat temu mistrzami w czasach kiedy jeszcze trzeba było trenować by mieć siłę i kondycję. Mieli nowe ciała o identycznych gabarytach, lecz oczywiście wyglądali inaczej. Przed przeszczepem mózgu, można było sobie wybrać, jaki chciało się mieć kolor skóry, jaki wygląd i tak dalej.

No i zaczęło się. Widowisko miało trwać sześć godzin. Przed główną walką odbyło się dwanaście innych po kolei od najmniej ważnych. Wpleciono w to występy jakichś gwiazd muzycznych. Bawiłem się świetnie, chyba też ze względu na wielki ekran telewizora.

Walka o mistrzostwo była bardzo ekscytująca. Obaj zawodnicy nie mieli żadnej przegranej walki jak to się czasem zdarza. W czwartej rundzie jeden z zawodników trafił czysto i idealnie w najwrażliwsze miejsce głowy. Przeciwnik padł jak długi i nie podnosił się przez pół minuty a jak go podniesiono nadal był zamroczony.

Z uwagi na długie widowisko, które oglądaliśmy z zainteresowaniem od początku do samego końca zrezygnowaliśmy z dziewczyn do towarzystwa.

Idąc do hotelu powiedziałem Michałowi, że jak tylko się wyśpię udam się do trenera boksu, którego namiary dostałem od barmana. Pójdę tam, może nie z konkretnym planem, ale ze zwykłej ciekawości.

I tak też zrobiłem.

 

&&&

 

Do klubu bokserskiego dostałem się wielkim pięćdziesięcioosobowym helikopterem, który kursował na bardzo dużym obszarze. Podróż razem z przystankami trwała trzy godziny. Z mojego na docelowe miejsce po zasięgnięciu języka doszedłem pieszo, gdyż było blisko.

Widząc wielki napis „Klub bokserski X-Men” i ogromne dwie rękawice, jedna czerwona, druga fioletowa, które poruszały się zderzając ze sobą co kilka sekund, mój dobry humor jeszcze się powiększył.

Budynek miał kilka pięter i był obszerny. Nie czekając na nic wszedłem do środka. Znalazłem się w długim, szerokim korytarzu, na końcu którego była recepcja. Na ścianach wisiały zdjęcia bokserów robione w trakcie walk.

Dotarłem do recepcji, którą obsługiwała kobieta tutejszej rasy. Zwróciłem uwagę na jej wielkie gabaryty. Pomyślałem, że chyba też boksuje. Ubrana była w ładny zielony garnitur.

– Czym mogę służyć? – spytała.

– Chciałbym przejść test. – odparłem i wręczyłem wizytówkę.

– W porządku. – kobieta uśmiechnęła się grzecznie – Już pana pokieruję do odpowiedniego pokoju.

Następnie wcisnęła jeden z guzików i usłyszałem męski głos:

– Tak?

– Mamy chętnego do testu. Jesteś teraz wolny?

– Tak, jak najbardziej.

Potem zwróciła się do mnie:

– Windą na drugie piętro. Pokój 36

– Bardzo dziękuję – odparłem i ruszyłem dziarskim krokiem.

Wyszedłem z widny i znalazłem się w korytarzu, gdzie po mojej lewej stronie, za oszkloną ścianą znajdowała się wielka hala, w której na ringach trenowali bokserzy.

Natomiast kilkanaście metrów przede mną, czekał już mężczyzna ubrany w dresowe spodnie i koszulkę bez rękawów.

Uścisnęliśmy swoje dłonie. Przedstawił się jako Buflag, ja też powiedziałem swoje imię. Zaprosił mnie do środka pokoju, przed którego drzwiami staliśmy.

– Dawidzie, czy masz wystarczająco dużo czasu? Badanie trwa ponad trzy godziny.

– Czasu mam mnóstwo – odparłem.

Potem zaczął mnie wtajemniczać we wszystko co musiałem wiedzieć. Powiedział to, co już wiedziałem o operacji przeszczepu mózgu, a także dużo innych ciekawych rzeczy.

– W czasie operacji zostają ci wszczepione wspomnienia wielu znakomitych bokserów. Jest to po to byś nie tracił czasu na trenowanie taktyk i zasad jakie trzeba znać. Oczywiście treningi będą konieczne, ale dzięki temu zabiegowi naprawdę zaoszczędzisz mnóstwo wysiłku i czasu.

Po tym trwającym kilkanaście minut wstępie zaczął się test.

Najpierw dostałem czternaście stron ankiet, z mnóstwem pytań, w których z dziesięciu odpowiedzi, należało zaznaczyć dwie. Gdy to zrobiłem Buflag zaczął pokazywać mi kartki z różnymi, na początku tylko czarnymi, a potem też różnokolorowymi kształtami. Miałem mówić z czym mi się kojarzą. On wszystko skrzętnie zapisywał. Kolejna część testu była najciekawsza i bardzo przyjemna.

Posadził mnie przede monitorem i wręczył pad. Dokładnie taki jak do gier video. Po krótkim instruktarzu miałem zagrać w trzy gry.

Pierwsza to była gra typu ziemskich „Mortal Kombat” albo „Street Fighter”.

Jednak jak mi powiedział Buflag bo go o to zapytałem, gra była stworzona wyłącznie na potrzeby testu. Nie sprzedawano jej w sklepach komputerowych ani żadnych innych.

Grałem około godziny. Na koniec wyświetliły się szczegółowe statystyki, które mi nic za bardzo nie mówiły, natomiast dla trenera były niezwykle cenne.

Druga gra była połączeniem zręczności i strategii. Natomiast trzecia, ostatnia, wyłącznie strategiczna i polegała na umieszczaniu różnych figur na planszy, tak by zapełnić tę planszę i zrobić to jak najszybciej. To okazało się trudne i trochę się przy tym podenerwowałem, bo w razie niepowodzenia należało cofać ruchy. Ja musiałem cofać wiele razy. Ale Buflag mi powiedział, że nie mam się czym przejmować, bo ta gra jest trudna i wszyscy badani mieli ten sam problem.

Ostatnim etapem testu, była po prostu rozmowa. Trener wypytywał mnie o różne rzeczy, dotyczące mojej przeszłości, rodziny, jakie mam, bądź miałem hobby i wiele innych rzeczy.

Na końcu powiedział:

– Za godzinę będą wyniki. Jak chcesz to możesz obejrzeć film dokumentalny o największych bokserach.

Zgodziłem się i trener zaprowadził mnie na sam koniec korytarza, gdzie znajdował się pokój – niewielka sala kinowa. Włączył film i zostawił mnie.

Film okazał się bardzo ciekawy, zwłaszcza fajne były najbrutalniejsze nokauty. Gdy się skończył, musiałem jeszcze chwilę poczekać. Potem Buflag nie zdradzając nic o wynikach zaprosił mnie na kawę.

Pojechaliśmy więc windą na wyższe piętro, a potem skierowaliśmy się do niewielkiej kawiarni.

– Twoje wyniki wyszły bardzo dobrze. – zaczął mówić, gdy siedzieliśmy już przy stoliku. – świetnie rokują. Myślę, że masz duże szanse odnieść sukces. Mam dla ciebie ofertę. Rzuć pracę i zamieszkaj tu przez dwa tygodnie, mamy mnóstwo sponsorów i nic nie będziesz musiał płacić. Nawet żywić się możesz na naszej darmowej stołówce. Gdy minie ten czas zadecydujesz, czy chcesz zrobić operację i zacząć zawodową karierę.

Usłyszawszy to bardzo się ucieszyłem i znowu poczułem coś w sercu. Jakbym wreszcie znalazł cel swojego życia.

– Chyba nie mogę tak od razu rzucić pracy – odparłem – mam kontrakt, ale jak uporządkuje swoje sprawy wrócę tu. Tak zgadzam się.

Rozmawialiśmy jeszcze kilka minut tak, żeby dopić kawę. A potem pożegnałem Buflaga i ruszyłem z powrotem do mojego hotelu.

 

&&&

 

– Chyba zwariowałeś. – powiedział wstrząśnięty Michał, kiedy opowiedziałem mu o swoich planach. – Masz świetną, dobrze płatną pracę. Studiowałeś pięć lat. Chcesz to wszystko porzucić?

– Czuję, że znalazłem swoje powołanie – odparłem – A przeszczepu mózgu jeszcze nie robię, mam dwa tygodnie zanim się na to zdecyduję.

Okazało się, że pracę mogę rzucić od razu, ale nie dostanę wtedy pensji. Dlatego dorobiłem jeszcze sześć dni i wtedy się zwolniłem. Potem jako pasażer, a nie mechanik przyleciałem na Voixa. Następnie od razu wsiadłem w publiczny środek transportu, którym był tak jak ostatnio duży helikopter i po trzech godzina byłem znowu w klubie X-Man.

 

&&&

 

Buflag ucieszył się na mój widok. Zaprowadził na czwarte piętro, gdzie znajdował się dla mnie pokój i powiedział:

– Nasz klub pracuje pełną dobę, non – stop. Czy dzień, czy noc, możesz przyjść do jednej z sal treningowych zawsze ktoś ma dyżur. Inaczej jest ze stołówką otwartą wyłącznie od rana do wieczora. Jeśli nie masz żadnych spraw do załatwienia zapraszam na trening. Oczywiście gdy się rozpakujesz. W szafce masz dres i klapki, trenujemy boso. Chcesz o coś zapytać?

– Nie na razie nie, dziękuję, będę za dziesięć minut – odparłem.

Pokój był wyjątkowo mały. Miał jedynie łóżko, kilka szafek i łazienkę bez prysznica. By się wykąpać trzeba było iść do łazienki, która była jedna na piętrze i wspólna dla wszystkich.

Błyskawicznie się rozpakowałem i przebrałem w dres. Następnie ruszyłem do sali ćwiczeń tej na drugim piętrze, gdzie pracował Buflag.

Była ona podzielona na mniejsze pomieszczenia. W każdym jednym jak się później okazało znajdowały się różne przyrządy do ćwiczeń i jeden ring do sparingów.

Trener rozmawiał z jakimś osobnikiem, trudno mi było ocenić jego wiek, gdyż należał do innej rasy niż ja i tubylcy. Jego skóra miała zielony kolor, twarz była nieco szkaradna otwór gębowy bez warg, dwie nieforemne narośle pełniące funkcję nosów i ogromne idealnie okrągłe i nieco wyłupiaste oczy. Wzrost miał podobny do mojego.

– O jesteś – ucieszył się trener – Przedstawiam wam Dawida z Ziemi.

Wszyscy obecni w sali podchodzili teraz do mnie i podawali rękę na powitanie mówiąc przy tym swoje imię.

– Dzisiaj będziesz się tylko przyglądał jak sparingują inni. A jutro zawalczysz z Adenem – wskazał mi tego, z którym rozmawiał.

Usiadłem więc wygodnie na krześle i spędziłem na nim sześć godzin, aż do wieczora. Bynajmniej się nie nudziłem i jak na razie niczego nie żałowałem. Panowała tu koleżeńska atmosfera, grało radio i trenujący zawodnicy przychodzili poćwiczyć parę godzin potem odchodzili. Buflag cały czas przyglądał się walczącym i pouczał ich co robią źle, ale też chwalił za dobry atak bądź obronę.

Mój jutrzejszy przeciwnik ćwiczył na jednym z przyrządów i robił to cały czas, więc choć chciałem, nie obejrzałem jak walczy.

Wieczorem zjadłem kolację na stołówce i poszedłem spać. Czułem się wspaniale i szybko zasnąłem.

 

&&&

 

Nastał następny dzień i po śniadaniu przebrany w dres udałem się na salę ćwiczeń zaliczyć moją pierwszą walkę.

– Musisz się trochę rozgrzać – powiedział mi Buflag i kazał pobiegać na automatycznej bieżni. Aden robił już to samo.

W końcu trener powiedział, że wystarczy, założył mi rękawice, włożył ochraniacz na zęby i wszedłem na ring. Byłem gotowy. Oboje z Adenem byliśmy.

– Zaczynajcie – powiedział trener podekscytowany.

Przeciwnik zaczął napierać, wyprowadził kilka ciosów na głowę, ja podniosłem rękawice by się osłonić. Wtedy on uderzył na wątrobę. Zabolało mnie, a trener krzyknął:

– Stop! Dawidzie musisz bronić zarówno głowy jak i obszarów nad pasem.

– Rozumiem – odpowiedziałem, bardzo chętny do dalszej walki.

Co jakiś czas powtarzało się to. Trener mówił „stop” i udzielał mi rad. Później robił to coraz rzadziej. To, że mi się podobało to mało powiedziane. Czułem się w swoim żywiole. Czułem, że znalazłem swoje powołanie.

Minęło około pół godziny. Moja twarz była dość pokiereszowana, ale w pewnym momencie pomyślałem sobie „spróbuje wreszcie zacząć atakować” w głowie bowiem zaczęła kiełkować mi pewna strategia na mojego przeciwnika. Poprosiłem o krótką przerwę, by napić się wody. Mając chwile przemyślałem sobie wszystko co zrobię.

Gdy wróciłem na ring zaczęło się, przyatakowałem. Aden musiał się bronić. Raz uderzałem na głowę, raz na wątrobę wplatając w to ciosy podbródkowe. Przyjął wiele czystych ciosów, aż Buflag to przerwał.

– Wystarczy – powiedział.

– Jak mi poszło – spytałem, a on tylko nakazał mi gestem milczenie. Dopiero po chwili zrozumiałem dlaczego.

Aden się rozpłakał. Tak, że nasz trener zaczął go przytulać mówiąc:

– Nie przejmuj się to jest przyszły mistrz.

Widząc to również zacząłem mu współczuć. Potem gdy poszedł, Buflag powiedział:

– To był najlepszy zawodnik przed operacją jaki tu trenuje. Ty jesteś tu drugi dzień. Więc rozumiesz… A jeśli chodzi o walkę to byłeś niesamowity. Masz olbrzymi talent.

 

&&&

 

Trenowałem codziennie przez ponad dwa tygodnie po dziesięć czasem nawet więcej godzin. Raz odwiedził mnie Michał. Poszliśmy na miasto coś zjeść.

– Zrobię sobie tą operację. – powiedziałem – potem zacznę karierę. Jestem szczęśliwy jak nigdy.

– Właśnie widzę, jaki jesteś promienny – odparł mój przyjaciel – będę za ciebie trzymał kciuki i oglądał twoje walki.

Pogawędziliśmy jeszcze o innych sprawach, co u niego w pracy i temu podobne. Następnie odprowadziłem go do helikoptera.

Teraz biłem się z myślami, czy powiedzieć o wszystkim moim rodzicom mieszkającym na Ziemi. Chciałem zrobić im niespodziankę, czym miało być rozpoczęcie kariery. Postanowiłem poczekać.

Kilka dni później podjąłem ostateczną decyzję by przeprowadzono mi przeszczep mózgu.

Wszystkie formalności załatwił Buflag. Ja miałem za zadanie jedynie określić swój nowy wygląd. Wybrałem normalny kolor skóry, wielkim dylematem był wygląd twarzy. Pokazano mi setki propozycji. Mogłem zostać przy swojej normalnej twarzy, ale była możliwość stania się bardzo przystojnym, więc z niej skorzystałem. W tym celu poprosiłem dwie koleżanki, z którymi się zapoznałem podczas ćwiczeń. One wybrały najprzystojniejszy według nich szablon.

Gdy już wszystko było gotowe położyłem się na stole operacyjnym, a lekarz poddał mnie narkozie.

 

&&&

 

Gdy się obudziłem, leżałem w łóżku szpitalnym a nade mną pochylał się uśmiechnięty Buflag.

– Wszystko poszło idealnie – powiedział. – Jak się czujesz?

– Jestem senny, ale nic mnie nie boli – odparłem.

– Wstań i przejrzyj się w lustrze.

Zrobiłem to. W sali znajdowało się duże lustro. Gdy ujrzałem nowego siebie szczęka mi opadła. Byłem wyższy o jakieś czterdzieści centymetrów. Ciało miałem muskularne, a twarz jakże inną i bardzo przystojną. Jakby nie będąc pewny, czy widzę siebie zrobiłem minę. Odbicie ją powtórzyło. Nie było innej możliwości, miałem nowe ciało.

Gdy trochę pomyślałem odkryłem, że w głowie mam nowe wspomnienia i wiedzę. Znałem teraz mnóstwo technik i strategi bokserskich. Powiedziałem o tym trenerowi a on na to:

– Właśnie tak miało być.

Tak zacząłem swoje drugie życie.

 

&&&

 

Potem poszliśmy do baru, gdyż byłem okropnie głodny. Rozbawiło mnie, że zjadłem trzykrotnie większą porcję niż, gdy byłem w starym ciele. Trener wyciągnął z torby laptop i zaczął opowiadać.

– Za trzy dni twoje nazwisko wejdzie do amatorskiej ligi. Popatrz! To Mikka Vaszer, twój pierwszy przeciwnik. Na pewno nie będzie problemu z pokonaniem go.

Trener włączył mi prezentację reklamującą tego zawodnika. Jego najlepsze wygrane i dokładne statystyki.

Potem wróciliśmy do klubu. Tego dnia nie ćwiczyłem, tylko oglądałem wszystkie walki Mikka Vaszera. Natomiast następnego było przygotowanie do mojej pierwszej walki, tak pod mojego rywala.

W końcu nadszedł moment kiedy tak naprawdę miałem się sprawdzić. To już nie były żarty, nie ćwiczenia. Prawdziwa walka z wielkim chłopem, który mógł mnie znokautować jednym ciosem, tak jak ja jego.

Walka odbyła się w innym mieście. Natomiast nie było wielkiego zainteresowania amatorską ligą. Dlatego w hali, gdzie znajdował się ring, na którym miałem walczyć, siedziało tylko kilkanaście osób. Głównie sztab trenerski mój i przeciwnika.

Stanęliśmy naprzeciwko siebie, sędzia przypomniał krótko zasady. Stuknęliśmy się rękawicami i wtedy mój przeciwnik uśmiechnął się do mnie szyderczo i szepnął:

– Przeoram cię piczko.

Byłem tak zaskoczony, że nawet nic nie odpowiedziałem. Miałem trzy sekundy by przemyśleć sobie sytuację. Pomyślałem, że nie będę miał litości i załatwię go najszybciej jak będzie to możliwe. A przeciwnik był bardzo pewny siebie.

Zabrzmiał gong. On od razu zamachnął się, ja zrobiłem unik i bardzo naturalnie, nawet się nie starając, po prostu widząc możliwość wyprowadziłem sierpowy cios celując w najwrażliwsze miejsce na głowie.

Trafiłem stuprocentowo czysto, i Mikka Vaszer padł na matę bez przytomności. Było po walce. Wielka była radość moja i mojego trenera.

Nie mogło być po prostu lepiej. Tak oto rozpocząłem karierę.

 

&&&

 

Trenowałem jak opętany, aż Buflag się dziwił.

– Przepracowujesz się – mówił do mnie – to też nie jest najlepsze.

Ale ja go nie słuchałem, gdyż uważałem inaczej. Całkowicie oddałem się mojej pasji.

Piąłem się bardzo szybko, coraz wyżej na liście amatorskiej ligi. Aż w końcu za namową Buflaga porzuciłem ją. Nie dawała bowiem wielu korzyści, nawet gdy było się na pierwszym miejscu.

Zacząłem karierę zawodową. Z amatorskiej ligi posiadałem wspaniały rekord dziewiętnaście wygranych walk i w tym czternaście przez nokaut. Nie był on jakiś najwyższy, niektórzy bokserzy mieli bowiem wyższe.

Tylko, że ja dalej wygrywałem walkę za walką, pokonując wspaniałych zawodników. W tamtym czasie głośna była sprawa, kiedy w walce o mistrzostwo jeden zawodnik tak mocno znokautował swojego rywala, że ten trafił do szpitala a dwa dni później umarł.

Okazało się, że zwycięzca był pod wpływem jakiegoś narkotyku, który jeszcze nie by w ogóle znany. Zainteresowałem się dogłębniej tą sprawą. Okazało się, że na jednej z planet gdzieś w dziczy żyło plemię, które uprawiało siłowe dyscypliny. Zażywali oni właśnie tą substancję.

 

&&&

 

Gdy stałem się bardzo popularny w świecie boksu, kiedy zacząłem zarabiać naprawdę wielką kasę, napisałem do swoich rodziców na Ziemi. Przybyli oni na Voixa nieco w szoku ze względu na operację zmiany ciała, ale szczęśliwi i bardzo ze mnie dumni.

Miałem dla nich jeszcze jedną niespodziankę. Kupiłem im piękne, bardzo drogie mieszkanie na Voixie. Oświadczyłem, też że nie muszą już nigdy pracować, bo moje pieniądze jak wszystko są także ich.

Choć początkowo nie chcieli, przekonałem ich. Od tej pory kibicowali mi przy każdej mojej walce.

Dalej wygrywałem raz za razem. Trener twierdził, że jedynie kwestią czasu było zdobycie przeze mnie mistrzostwa całego universum. W końcu doszło do tej najważniejszej dla mnie potyczki.

Dwa tygodnie się przygotowywałem. Obejrzałem mnóstwo walk mojego przeciwnika. W końcu stanąłem na ringu, przywitany niczym wielka gwiazda. W sumie nią byłem.

I wreszcie zaczęło się. Zarówno ja jak i mój rywal byliśmy niezwykle ostrożni. Ta walka przeszła do historii jako najbardziej nudna potyczka mistrzów. Wygrałem na punkty.

 

&&&

 

Minęły trzy dni, ja nadal napawałem się odniesionym wielkim sukcesem. Wtedy nagle w wiadomościach telewizyjnych z ostatniej chwili podano informację, że w wielu układach gwiezdnych planety zostały zaatakowane przez potężną, nieznaną siłę. Była niczym bóg. Posługiwała się technologią, o której nawet nie przyszło nikomu marzyć. Ta obca moc przyszła w postaci szarej mgły. Nie było możliwości w żaden sposób się jej przeciwstawić. Atakowała z każdej strony. Miliony istnień ginęły w przeciągu sekund.

Jak się okazało, nie wszyscy jednak umarli.

Nie pamiętam kiedy straciłem przytomność. Gdy się obudziłem znajdowałem się w olbrzymim pomieszczeniu, pełnym innych osobników z różnych planet, niektórzy jeszcze spali. Upchani byliśmy ciasno, jeden obok drugiego, tak że można było jedynie wyprostować nogi.

Bardzo się ucieszyłem, gdy ujrzałem moich rodziców. Naokoło prowadzono dyskusje, którym zacząłem się przysłuchiwać. Nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co się z nami dalej stanie. Niektórzy mieli jedynie hipotezy.

Minęła około godzina, kiedy trochę zatrzęsło. Potem jedna ze ścian rozsunęła się i moim oczom ukazała się przestrzeń pełna dziewiczej przyrody. W dali ujrzałem jezioro i wokoło niego różnokolorowe drzewa. Wszyscy, tak jak ja zaczęli opuszczać pokład statku. Obok wylądowały inne identyczne powietrzne pojazdy pełne ocalałych.

Znajdowaliśmy się na olbrzymiej łące, a niedaleko stały budowle w kształcie kapturów, między którymi rosły bujnie rośliny.

I to koniec mojej historii. Później zrozumieliśmy parę spraw. Ocaleni zostali tylko ci, którzy byli kimś ważnym i ich najbliższa rodzina. Obecna planeta stała się jednocześnie naszym domem i więzieniem. Mamy tu wszystko co potrzebne do życia.

Pomyśleć, że gdybym wtedy nie poszedł do tamtego baru teraz byłbym trupem.

Koniec

Komentarze

„Potrzeba mi było tylko dwie sekundy, bym stanął na nogi…”

Może lepiej zabrzmi: „Potrzebowałem tylko dwóch sekund, by stanąć na nogi…”

 

„Moje życie aktualnie nie jest zbyt ciekawe i z braku zajęcia postanowiłem usiąść…”

A może: „Obecnie moje życie nie jest zbyt ciekawe, więc z braku zajęcia postanowiłem usiąść…”

 

 

Historia bardzo inspirująca, ciekawy pomysł na pokazanie, jak jedna decyzja i prawdziwa pasja mogą całkowicie odmienić życie, a nawet je uratować. wink

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Cześć

 

Bardzo dziękuję za przeczytanie!!!

 

Mówię ci jakie teraz fajne opowiadanie na konkurs piszę :D

Jestem niepełnosprawny...

Fabuła obfituje w wydarzenia, ale po drodze przyjmujesz sporo założeń, które wydają mi się dość naiwne. 

Niby to obce rasy, ale tej obcości w ogóle nie widać. Wszyscy wysiadają na nowej planecie, nikt nie sprawdza, czy atmosfera ma odpowiedni skład, czy na przykład pyłki tamtejszych drzew nie są rakotwórcze dla kogoś z pasażerów, czy nie muszą się zaszczepić przeciwko chorobom… Ba, bohater wybiera się na dziewczynki! Dawidzie, czy na przykład szympansica byłaby dla Ciebie atrakcyjną partnerką seksualną? A przecież nawet z kurą jesteś bliżej spokrewniony niż z istotą z innej planety.

Z tego samego powodu dziwnie wypada proszenie koleżanek, żeby wybrały najprzystojniejszą twarz.

Po wylądowaniu na innej planecie wygląda, jakby cała załoga wysiadła i poszła szaleć. Nie muszą pouśmiechać się do pasażerów na pożegnanie? Bohater nie ma maszynerii do przejrzenia i wyczyszczenia?

Najpierw wspominasz, że podróże międzyplanetarne są dla bogaczy, ale bohater po kilku czy kilkunastu dniach pracy (niechby nawet nieźle płatnej) może sobie kupić bilet i lecieć jako pasażer.

prostokąt o wymiarach około 120 na 160 kilometrów.

W beletrystyce trzeba zachowywać się ostrożnie z cyframi. IMO, tutaj nie pasują.

Babska logika rządzi!

dawidiq150 nie mogę się doczekać opowiadania na konkurs wink

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Cześć droga mojemu sercu Finklo :)))

 

Bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz!!!

 

Ja myślałem o tym co mi zaznaczyłaś. Uprościłem sprawę, może faktycznie nie powinienem tego robić. Przyjrzyjmy się; “Dziewczyny za opłatą” właśnie z tego powodu, że były innej rasy tak podobały się bohaterowi i jego i kompanowi. 

 

Najpierw wspominasz, że podróże międzyplanetarne są dla bogaczy, ale bohater po kilku czy kilkunastu dniach pracy (niechby nawet nieźle płatnej) może sobie kupić bilet i lecieć jako pasażer.

To była dla niego ważna podróż, więc zapłacił. Z teksu wynika, że jako mechanik zarabiał dużo. Potem nocleg i wyżywienie miał za darmo.

 

Niby to obce rasy, ale tej obcości w ogóle nie widać. Wszyscy wysiadają na nowej planecie, nikt nie sprawdza, czy atmosfera ma odpowiedni skład, czy na przykład pyłki tamtejszych drzew nie są rakotwórcze dla kogoś z pasażerów, czy nie muszą się zaszczepić przeciwko chorobom…

Na tą planetę lecieli ci co mogli oddychać występującym tu powietrzem.

 

Po wylądowaniu na innej planecie wygląda, jakby cała załoga wysiadła i poszła szaleć.

A to dobre :D No cóż głównie bohaterowie mieli to w zamiarze, szkoda, że wyszło trochę źle.

 

Pozdrawiam serdecznie. Ja piszę tekst na konkurs i bardzo się z tego powodu cieszę. A jutro rano jadę na test mensy i pewnie moje plany się nie powiodą w 200% po pierwsze nie zdam na tyle ile wymaga a po drugie na pewno mnie choroba złapie. (Co jest bardzo bolesne dla mnie)

Jestem niepełnosprawny...

Coś, co kosztuje mniej więcej tyle, co jedna dobra pensja, nie jest jakoś szalenie drogie. Obecnie lot w kosmos to co najmniej setki tysięcy dolarów. Mechanik nie zarabia aż tyle, nawet jeśli pracuje przy nieziemskich technologiach.

Z szaleństwami załogi chodziło mi o to, że zazwyczaj praca załogi nie kończy się po dotarciu do celu. Trzeba pożegnać pasażerów, posprzątać, załadować żarcie na nowy rejs, zatankować, posprawdzać sprzęt, przejść kontrolę celną, wyładować przywieziony towar i wziąć na pokład nowy… A jak to tylko możliwe – z powrotem w drogę, żeby statek pracował na właściciela, zaoszczędzić na opłatach portowych itd. Nie wierzę w model biznesowy, w którym załoga na każdej planecie ma kilka dni wakacji i jeszcze im ktoś opłaca hotel.

Powodzenia na teście.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka