Ściany jaskini były lekko wilgotne. Adrianna obserwowała krople ściekające wzdłuż skalnych żłobień, licząc własne oddechy. Dwudziesty drugi. Dwudziesty trzeci. Dwudziesty czwarty. Wdychane przez nią powietrze, chociaż przefiltrowane przez wbudowane w maskę warstwy węgla aktywnego, wciąż miało lekko stęchły zapach. Grobowy. Ada nie przyzwyczaiła się do niego pomimo ośmiu lat pracy w Przedsiębiorstwie Wydobywczym Grand.
Po niemal dekadzie nie robił na niej wrażenia huk wierteł, buczenie generatorów czy szum przenośnych wentylatorów. Nie przechodziły jej ciarki, gdy szła podziemnymi korytarzami skąpanymi w pomarańczowym świetle elektroluminescencyjnych diod. Ufała wykonanym z grafenu umocnieniom stropu i poliwęglanowym goglom, które szczelnie przylegały do jej twarzy.
Piwniczny zapach wnętrza planetoid napawał ją jednak lękiem. Nauczyła się kontrolować strach, licząc oddechy. To odwracało jej uwagę od nieprzyjemnej woni: pięćdziesiąt sześć, pięćdziesiąt siedem, pięćdziesiąt osiem… Ada uruchomiła maszynę wciskającą w podłoże sondę statyczną, której zadaniem było pobranie próbek do ekspertyzy geotechnicznej.
Była to praca, którą wykonywała już setki razy w ciągu minionych lat. Mimo to zachowywała wyuczoną ostrożność. Sondę należało wprowadzać w grunt ze stałą prędkością, monitorując przy tym opór penetracji stożka piezoelektrycznego i opór tarcia na tulei ciernej.
Skupiona na odczytach wyświetlających się na przenośnym monitorze nie zwróciła uwagi na poboczne hałasy. Nauczona ignorować otaczające ją ze wszystkich stron buczenie maszyn, nawet nie zarejestrowała cichego pikania. Aż było za późno.
Eksplozja nastąpiła z ogromną siłą. Rzeczywistość Adrianny rozszczepiła się na pojedyncze atomy. Świat ni to zwolnił, ni przyspieszył. Było tak, jakby czas wyparował, a wraz z nim ona sama.
Na jej ochronnych goglach pojawiła się rysa. Adrianna mrugnęła. Monitor zniknął sprzed jej oczu, a zamiast niego pojawiła się chropowata skała. Czyjeś wielkie buciory. Brązowe rękawice. Ada znów mrugnęła.
Nagle przez błonę jej oszołomienia przedarły się dźwięki. Krzyki, głosy, rozkazy, polecenia. Coraz bardziej narastający tumult i głuche dudnienie w uszach. Adrianna zaczęła się podnosić. Chciała wytłumaczyć, że jest tylko lekko oszołomiona.
– Dajcie mi chwilę odsapnąć – wydukała, zdziwiona, że słowom tym towarzyszył rybi bulgot. Zamrugała. Wciąż pod bardzo dziwnym kątem patrzyła na podłogę i brązowo-żółte sznurówki cudzych butów, a przecież przed chwilą wstawała. Nie rozumiała, co się działo.
– Nie ruszaj się – rozkazał czyjś męski, silny głos. – Mamy tu ranną! – krzyknął tak głośno, że słowa te zawibrowały w jej wnętrzu.
– Ranną? Trzeba jej pomóc! – Ada szarpnęła głową, by zobaczyć, kto doznał obrażeń, ale ból przeszył jej szczękę i promieniując wzdłuż karku wgryzł się ostrymi zębami w jej ciało. Syknęła. A raczej zabulgotała. Znów. Jakby była czajnikiem gotującej się wody.
– Nic nie mów! – mężczyzna pochylił się nad nią, a jego twarz wyrażała irytację, którą źle maskował czyste przerażenie. – Masz rozdarte gardło. Nie trać sił. Czy możecie się pospieszyć?! – wrzasnął przez ramię.
– Nie możemy się do was przedostać! Cały blok C został odcięty! – padła przytłumiona odpowiedź gdzieś z daleka. Mężczyzna zaklął.
– Nie odpływaj! – Ada poczuła uderzenie w twarz szorstką rękawicą, co ją rozbudziło, chociaż nie wiedziała, że zasnęła. Co bezczelność! Otworzyła usta, by powiedzieć mężczyźnie, co sądzi o takim tupecie, ale poczuła, że w jej gardle zbiera się woda. Wielka powódź, która falami podchodziła w górę. Zakrztusiła się. Próbowała odkaszlnąć, ale piekący ból wypełnił jej płuca. Opluła się. Strużka krwi spłynęła kącikiem jej ust. Przerażenie w jej oczach odbijało się we wzroku kucającego nad nią mężczyzny, jakby stanowił jej lustrzane odbicie.
Ada sięgnęła odrętwiałą dłonią do swojego gardła. Nie było go. Jej źrenice rozszerzyły się jeszcze bardziej, były ciemnymi jamami czystego szoku. Zaczęła rzęzić. Jej palce trafiły na coś lepkiego, mokrego, ciepłego. To nie była, to nie mogła być jej szyja!
– Zostaw… Przestań! – Mężczyzna chwycił ją za nadgarstek. Zaczął przeklinać i krzyczeć, podczas gdy ona się wyrywała. Musiała stąd uciec. Chryste, jak wszystko bolało. W płucach miała ocean. Dlaczego ten rybi bulgot nie cichł?!
Zamknęła oczy. Świat wokół znów się odkształcił i zaczął zanikać. Wciąż jeszcze czuła na sobie żelazny ucisk mężczyzny bez twarzy, ale już nie tak wyraźny, nie tak silny. Zaczęła mu się wymykać. Dźwięki stały się głuche, przytłumione, odległe. Zmieniły się w zniekształcone buczenie. Zasnęła.
Gdy ponownie otworzyła oczy, znajdowała się w białej sali szpitalnej. Ostre światło jarzeniówek raziło, jak gdyby wpatrywała się w samo słońce. Nie mrugała, bo ostatnim razem, gdy to robiła, świat zwalił jej się na głowę. W efekcie w kącikach jej oczu szybko zebrały się pojedyncze łzy. Pociekły po skroniach i wsiąknęły w szarawy materiał pościeli pachnącej tanimi środkami do prania.
Adrianna obróciła głowę w bok, choć wysiłek ten sprawił, że na jej czole pojawiły się krople potu. Gdzieś głęboko we wnętrzu jej organizmu zamieszkał ból, jakby zapuścił korzenie w jej organach. Skrzywiła się. Miała wyschnięte, piekące gardło i okropnie chciało jej się pić, ale nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegała wody.
Widziała za to kable wchodzące do jej ciała i wychodzące z niego. W żyle jej nadgarstka tkwił wenflon, do którego podłączono kroplówkę z bezbarwnym płynem. Pulsoksymetr na palcu wskazującym mierzył saturację krwi, a kardiomonitor rejestrował pracę serca. Było w niej tyle człowieka, co medycznej aparatury.
Zaśmiała się na tę myśl, ale zamiast śmiechu z jej gardła wydobył się charkot i kaszel. Zaczęła się dusić. Jej pole widzenia gwałtownie zawęziło się do małej szparki, jakby przymknęła powieki. W panice zacisnęła dłonie na kołdrze i zaczęła młócić nogami.
– Już, już – rozległ się obok spokojny, opanowany głos. – Proszę oddychać przez nos – poleciła dyżurna pielęgniarka. – Właśnie tak, świetnie sobie pani radzi.
Adrianna otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale tęga kobieta w białym czepku uniosła dłoń:
– Proszę się nie odzywać – nakazała zdecydowanym tonem. – Nie wolno pani mówić. Niedługo zaczyna się obchód, wówczas odwiedzi panią lekarz i wszystko wytłumaczy – zapewniła, po czym pogmerała chwilę przy kroplówce i wyszła. Adrianna odprowadziła ją niechętnym spojrzeniem, a potem długo wpatrywała się w puste przejście.
Lekarze byli stadem białych gołębi. Pojawili się grupą, ubrani w jasne kitle i głośno gruchali. Adrianna dowiedziała się, że w miejscu jej pracy doszło do… incydentu. Odłamki ciężkiego, metalowego sprzętu rozerwały jej gardło. Cudem nie uszkodziły głównych tętnic. Przeszczepiono jej tchawicę ze sztucznego włókna, na której umieszczono jej własne komórki macierzyste pobrane ze szpiku kostnego. Przez jakiś czas będzie oddychała przez rurkę.
– Pani struny głosowe uległy rozległym uszkodzeniom – wyjaśniła siwowłosa ordynatorka oddziału. – Udało nam się wypełnić ubytki syntetyczną tkanką, jest jednak kluczowe, by w najbliższym czasie ograniczyła pani mówienie. Do zera – oznajmiła twardym tonem, w którym pobrzmiewał chłodny profesjonalizm. Ada poczuła się skarcona. W jednej chwili zredukowano ją do ciała, które mogło popsuć wyniki bardzo trudnego, trwającego kilka godzin zabiegu. Nie była techniczką z ośmioletnim stażem, absolwentką czołowej ziemskiej uczelni z inżynierskim tytułem, uczestniczką czwartej wyprawy badawczej na Tei. Była jedynie żywym laboratorium, osłabionym układem odpornościowym i kolumnami cyfr przedstawiającymi wyniki badań.
Nikt jej nie powiedział, czy będzie jeszcze kiedykolwiek mówiła. Czy w jakiś sposób uda się jej odredukować. Leżała na sali, wsłuchując się w cichnące na korytarzu gruchanie białych gołębi. Chciało jej się płakać.
W gardle czuła błonę i śluz, jakby wyhodowano w jej wnętrzu ślimaka. Opatrunek na szyi miał zmniejszać opuchliznę, ale Ada i tak miała wrażenie, jakby była rozdęta. Jak balon na moment przed pęknięciem.
Od rozpaczy wybawił ją narkotyczny sen, dzięki któremu kolejne dni zlały się w jedno. Zdominowały je płyny sączące się przez białawy przewód kroplówki, ogień wędrujący po ciele i zapach środków do dezynfekcji.
Kiedy Adrianna ponownie się obudziła, był czwartek. Poczuła wilczy głód, ale wolno jej było przyjmować tylko płyny. Sączyła więc wysoce proteinową odżywkę wzbogaconą o kwasy tłuszczowe omega i przyglądała się prezentom, które ustawiono na jej szpitalnym stoliku. Wszystkie opatrzone były kartką z logo jej firmy. Wywołało to w niej dziwne uczucie pustki.
Przeniesiono ją z sali intensywnej terapii pooperacyjnej na oddział otolaryngologiczny. W pokoju o ścianach pomalowanych lśniącą brzoskwiniową farbą znajdowały się dodatkowe łóżka, w tym jedno zajęte przez starszą panią o nosowym głosie.
– Jak tam się czujesz, kochanieńka? Co ci tam lekarze przekazali? Jakieś dobre nowiny? – dopytywała co rano, testując granice wytrzymałości Ady. Była jej kuszeniem i złem w najczystszej postaci. Adrianna jednak tylko uśmiechała się słodko, aż jej samej robiło się niedobrze od nadmiaru cukru i wskazywała na swoje gardło. Wciąż nie mogła mówić.
W niedzielę uznała, że nie zniesie dłużej bezruchu. Doczłapała do dyżurki pielęgniarek, gdzie uzyskała zgodę na krótki spacer po terenie szpitala. Gdy zamknęły się za nią drzwi oddziału poczuła się lekka i wolna, a przynajmniej tak wolna, jak może być osoba uwięziona w zamkniętym budynku na stacji kosmicznej przypominającej metalową puszkę.
Ada szła nijakimi korytarzami wyłożonymi jasną wykładziną PCV, która zakrywała chłodną stal i surowe okucia. Zatrzymała się przed automatem z przekąskami, w którego przyciemnianej szybie dostrzegła własne rozczochrane odbicie. Jej czarne, kręcone włosy były w fatalnym stanie, z jednej strony oklapnięte i przylizane, z drugiej napuszone i sterczące. Ada uśmiechnęła się na próbę, ale odpowiedział jej blady upiór na szybie, więc szybko spuściła wzrok.
– Podaj numer produktu – odezwała się maszyna, gdy Ada weszła w pole kamery rejestrującej ruch. Jedenaście, pomyślała. Miała szaloną ochotę na słodki gęsty mus o chemicznym owocowym smaku. Pachniał jak mydło bananowe i składał się głównie z cukru, ale tego właśnie było jej trzeba. Jedenaście.
– Podaj numer produktu – powtórzyła maszyna. Ada rozejrzała się za manualnym sterowaniem, podczas gdy ponawiany komunikat natarczywie rozbrzmiewał w jej uszach. Nic. Tylko ciemne szkło, głośnik i mikrofon. Adrianna, jak zresztą wszyscy mieszkańcy stacji, była do tego stopnia przyzwyczajona do bezdotykowych udogodnień, które wprowadzono ze względu na konieczność zwiększenia warunków sanitarnych, że nigdy nie pomyślała, co będzie w sytuacji, gdy straci głos.
Machnęła ręką na niemilknące urządzenie. Na terenie szpitala powinien znajdować się również bufet z obsługą. Zmęczenie po operacji dało jednak o sobie znać, więc Ada skierowała się w stronę windy, musząc zadowolić się jedynie wyobrażeniem cukru rozpuszczającego się na języku.
W kilka dni później jadła obiad na wspólnej sali, w której przebywało kilku pacjentów. Jeden czytał, dwóch innych grało, przesuwając pionki po magnetycznej planszy, ktoś oglądał telewizję. Ada piła przez rurkę letni bulion, który podawany w ten sposób smakował wyjątkowo dziwnie.
Niespodziewanie obraz na ekranie przykuł jej uwagę. W wiadomościach pokazywano zdjęcie kobiety ubranej w roboczy kombinezon. Leżała na ziemi, jej gogle były strzaskane, a gardło przypominało sito. Zdjęcie pomniejszyło się, a jego miejsce zajęła blondwłosa reporterka.
Bulion stanął Adzie w gardle. Poderwała się do góry z łomoczącym sercem. Pozostali pacjenci spojrzeli na nią zaskoczeni, gdy zaczęła dziko wymachiwać rękami. W końcu ktoś zrozumiał i zwiększył głośność.
– …w wyniku którego trzydziestodwuletnia Adrianna K. została ranna – mówiła reporterka. – Wewnętrzne śledztwo Zakładu Wydobywczego Grand ujawniło celową manipulację przy sprzęcie, z którego korzystał zespół badawczy bloku C. Ze studiem łączy się Harry R., który właśnie brał udział w konferencji prasowej zwołanej przez firmę. Witaj, Harry. – Dziennikarka uśmiechnęła się, gdy obok niej pojawił się prostokąt z obrazem łysiejącego mężczyzny, który poprawiał tkwiącą w uchu słuchawkę.
– Dziękuję, Nino. – Harry kiwnął głową. – Przedstawiciel prasowy Zakładu Grand przyznał, że zarząd firmy doszedł do porozumienia z Techunion, głównym dostarczycielem technologicznym na rynku. Współpraca obydwu spółek zaowocowała ekspertyzą, wedle której wykluczono możliwość uszkodzenia maszyn na etapie produkcji. Co to oznacza? Oddajemy głos Edowi G.
Cały ekran wypełnił wizerunek wysokiego mężczyzny w garniturze, który stał na podium otoczony przez mikrofony, światła i nadajniki. O ile Ada była w stanie się zorientować, nie przebywał na stacji. Oglądała obraz emitowany dzięki wzmacniaczom prosto z Ziemi.
Zmarszczyła brwi. Filia, w której pracowała, miała liczne protokoły na wypadek podobnych sytuacji. Zaangażowanie międzynarodowego zarządu z ziemską siedzibą oznaczało, że spała zdecydowanie za długo. Musiała coś przeoczyć. Ile ją ominęło odkąd trafiła do szpitala?
– …zamierzamy powstrzymać się od wysuwania pochopnych wniosków, niemniej jednak przeprowadzona przez fachowców ekspertyza wskazuje na celowy sabotaż… – skołowana i otumaniona Ada nie słuchała dalszej części jego wypowiedzi. Sabotaż? Zrobiło jej się niedobrze. Pacjenci patrzyli na nią w napięciu, jakby oczekiwali jakiejś reakcji. Miała ich dosyć. Miała dosyć tego pokoju, szpitala, swojej niemocy! Wróciła do łóżka i zapatrzyła się w sufit.
Miała uczucie, jakby znajdowała się za taflą ze szkła. Obserwowała odbity w lustrze świat, którego nie była już dłużej częścią. Wypadła z obiegu, jak gdyby skończył się termin jej ważności. Nie mogła mówić, a więc tak naprawdę nie istniała.
Zirytowała się własnym użalaniem. W perspektywie utraty głosu zaczęła go doceniać, ale przecież przed wypadkiem używała go tylko do wydawania komunikatów i poleceń. Mieszkała samotnie w służbowym apartamencie wielkości dwudziestu pięciu metrów kwadratowych, który umieszczony był w dzielnicy robotniczej. Nie miała partnerki i dzieci, a na stacji zwierzęta były zabronione. W milczeniu wracała automatycznym samochodem do mieszkania, w milczeniu spożywała rozmrożony posiłek, w milczeniu oglądała telewizję lub słuchała radia. Nagle jednak cisza stała się dla niej krępująca, bo nie była już dłużej jej wyborem.
W trakcie wieczornego obchodu pielęgniarka przekazała jej holograficzne nagranie, będące wiadomością od pracownika działu HR, którego przydzielono do jej brygady. Po krótkich życzeniach powrotu do zdrowia nastąpiło pytanie o możliwość wydania przez Adę oświadczenia w sprawie wypadku. Otrzymała załącznik, który stanowił nie tyle wzór, co z góry wypełniony dokument, wymagający od niej jedynie podpisania. Zamroczona lekami przeciwbólowymi wykorzystała elektroniczną sygnaturę uwierzytelnianą kodem pracowniczym. Znów odpłynęła…
Trzy kolejne dni minęły jej sennie i spokojnie. Niemal zapomniała o swoim drastycznym zdjęciu w wiadomościach i wydanym oświadczeniu, którego nie przeczytała. Zaczęła się rozkoszować pobytem w szpitalu, który przypominał urlop. Do czasu przybycia służb bezpieczeństwa, których przedstawiciele pojawili się pod drzwiami jej pokoju o ósmej rano we wtorek. Wtedy z odmętów jej naszprycowanej lekami pamięci wyłoniło się jedno słowo: sabotaż. Czy do czegoś się niechcący przyznała? Cholera jasna. Mogła przeczytać ten dokument. Gdzież on jest?!
Gorączkowo przeglądała pocztę, podczas gdy pielęgniarka coraz bardziej zirytowanym tonem tłumaczyła funkcjonariuszom, że muszą opuścić teren szpitala. Adrianna rzuciła na nich okiem, po czym zaczęła przebiegać wzrokiem zapisany drobną czcionką tekst.
„W związku z wydarzeniami, które miały miejsce na terenie placówki Zakładów Wydobywczych Grand…” – przeskoczyła kolejne akapity pełne urzędniczego żargonu. Jej serce zabiło mocniej. Nie przyznała się do popełnienia żadnych zaniedbań w trakcie pobierania próbek i zadeklarowała przestrzeganie zaleceń BHP podczas obsługi sondy. Odetchnęła z ulgą tak głęboką, że aż zakręciło się jej w głowie. Funkcjonariusze odeszli.
Mimo to niepokój nie opuścił jej całkowicie. Eksplozji nie spowodowała zwykła usterka, tylko sabotaż, celowe działanie. Jej obawy potwierdziły się, gdy funkcjonariusze wrócili z formalnym nakazem. Wyjaśnili jej, że Thomas N., razem z którym pracowała, został oskarżony o dokonanie aktu terroryzmu. Ujawniono jego powiązania z przestępczą siatką działającą na Ziemi.
Adzie chciało się śmiać. Ona również była podejrzana. Za pomocą starego syntezatora mowy zapytała, czy Thomasa aresztowano. Funkcjonariusze wymienili ze sobą znaczące spojrzenia i przez chwilę milczeli.
– Thomas N. zmarł w wyniku obrażeń odniesionych w trakcie wybuchu – poinformował ją jeden z mężczyzn. Potem wyszli. Dzień później odwiedził ją dyrektor Zakładu. Szczupły brunet z nienagannie zaczesanymi do tyłu włosami i lekkimi zakolami zapukał cicho do drzwi, po czym przestąpił próg pokoju. Zwięźle wyjaśnił cel swojej wizyty. W raportach Ady pojawiły się nieścisłości, które należało sprostować. Przepraszał za niepokojenie jej w trakcie rekonwalescencji, ale nie wyszedł. Czekał cierpliwie, podczas gdy Ada gapiła się na niego otępiale.
– Moje raporty są nienaganne. – Wystukała wreszcie na urządzeniu, którego mechaniczny ton odebrał pewność siebie wypowiadanym słowom.
– Naturalnie. – Dyrektor uśmiechnął się. – Po wypadku przebadaliśmy jednak cały sprzęt. Wymagał kalibracji. Pewne zakłócenia w terenie doprowadziły do odchyleń w odczytach.
– Zakłócenia? – przemówiła Ada swoim nowym, robotycznym głosem. Zaczęła zadawać kolejne pytania, ale jej palce trafiały w złe klawisze i ślizgały się po klawiaturze. Miała dłonie mokre od potu. Dyrektor przytrzymał jej nadgarstek, patrząc na nią znacząco.
– Wystarczy, że złożysz podpis – powiedział. – Dokumenty są na twoim pracowniczym koncie. Zastanów się – dodał, wstając. Zatrzymał się jeszcze przy drzwiach.
– Prawie bym zapomniał – rzucił tonem sugerującym, że pamiętał o tym cały czas. – Opłaciliśmy twój pobyt w szpitalu i dalsze leczenie. Zapewnimy ci prywatne leczenie po wypisie. Nasi pracownicy są dla nas najważniejsi. Nie możemy sobie pozwolić na ich utratę – dorzucił z mocą, a jego oczy błysnęły jak u drapieżnego ptaka.
Pożegnał się jeszcze uprzejmie ze starszą sąsiadką Ady i wyszedł. Ciemnowłosa inżynierka wpatrywała się w jasne wnętrze swoich dłoni, silnie kontrastujące z brązową barwą skóry. Oczy ją piekły, ale nie płakała.
Wiedziała już, że Thomas nie umarł, lecz został zabity. Czy gdyby ona nie przeżyła wybuchu, to z niej też zrobiono by terrorystkę? Nie musiała patrzeć na raporty, by wiedzieć, co w nich znajdzie, ale i tak zaczęła przeglądać plik za plikiem. Kolosalne różnice w odczytach. Próbki, których nie było. Zafałszowane dane, miliony złotych.
– Musisz być bardzo ważną osobą w swojej firmie, moje serce – zaskrzeczała staruszka, przechodząc obok jej łóżka z trzeszczeniem stawów.
Tak, ważną… W głowie Ady rozbłysła myśl, że skoro Grand próbuje kupić jej milczenie, to mogłaby się targować o cenę. Awans. Własny oddział badawczy. Przed oczami mignęła jej twarz Thomasa, jego błękitne oczy, szeroki nos, złoty zarost. Jadła kiedyś obiad w jego mieszkaniu. Miał żonę i dwójkę lub trójkę dzieci. Czy naprawdę była osobą, która sprzedałaby go za większe mieszkanie? Musiała zacząć krzyczeć. Cholerne gardło! Mogła być na jego miejscu.
Ale nie była. Pliki zaczęły jej ciążyć w dłoni, jak gdyby miały fizyczną wagę. Musiała podjąć decyzję. Z firmą czy przeciwko niej… Postanowiła dać sobie czas do końca pobytu w szpitalu. Jeszcze kilka dni, a będzie mogła się odezwać. Będzie mogła odzyskać głos – lub utraci go na zawsze.
Tydzień później lekarz wsunął endoskop przez jej prawą dziurkę w nosie i stwierdził, że gojenie postępuje prawidłowo.
– Proszę teraz przeczytać poniższy komunikat – nakazał, podając Adzie kartkę z prostym zdaniem. Kobieta wzięła głęboki oddech. Zatrzymała w płucach powietrze na trzy lub cztery sekundy. A potem otworzyła usta.
Cześć, Asterionella
Opowiadanie jest dobrze napisane. Czyta się lekko, płynnie, ale trochę wieje nudą. Na początku miałem zagwostkę, bo kopalnia, wybuch… a później szpital i szpital, automat z żywnością działający na komendy głosowe.
Wydaje mi się, że w książce przy tej objętości ile ma Twoje opowiadanie, wprowadzenie mogłoby tak wyglądać, ale po długiej ekspozycji, w której niewiele się dzieje, opko traci na mocy.
Klik za warsztat.
Pozdrawiam