- Opowiadanie: d.pankovski - Białe płótno

Białe płótno

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Białe płótno

„Akt”, Anna Słoncz

 

 

Lys, nim otworzyła oczy, usłyszała świat pełen nieprzetworzonych emocji. Ból. Gniew. Rezonowały w niej jak uderzenie w gong. Były tak silne, że niemal namacalne. Widziała ich kolory: płomienną czerwień, trupią bladość, głęboki fiolet. Te barwy wżerały się w nią.

Leżała na twardym, chłodnym piedestale w Okrągłej Komnacie Białych Płócien. Wokół, na podobnych podiach, spoczywały inne istoty jak ona. Były nagimi ciałami o idealnych, gładkich proporcjach, pozbawionymi znaków szczególnych. Ich skóra miała odcień najczystszej, mlecznej bieli, jak nieskazitelny pergamin lub świeżo przygotowane płótno. Były dziećmi Magów Oczyszczenia.

Lys otworzyła oczy. Jej wzrok, nieosłonięty powiekami, które były tylko delikatną zmianą faktury na jej gładkiej twarzy, natychmiast wychwycił źródło wibracji. W centrum komnaty, na kręgu z czarnego bazaltu, klęczał mężczyzna. Był odziany w łachmany, a jego ciało pokrywały siniaki i świeże rany. Wokół niego tańczyli Magowie w szatach koloru popiołu, śpiewając niskie, monotonne pieśni. To był Rytuał Przejęcia.

– Lys – szepnęła myśl w jej umyśle. To był głos Opiekuna, Maga przypisanego do jej rozwoju. – Twoja kolej. Jesteś gotowa.

Nie było pytania. Nie było wątpliwości. Był cel. Lys podniosła się z piedestału. Jej ruchy były płynne, pozbawione ludzkiej niezgrabności. Podeszła do kręgu. Magowie rozstąpili się. Cierpiący mężczyzna podniósł na nią wzrok pełen zwierzęcego strachu.

– Proszę… – wyjąkał. – To boli… tak bardzo boli…

Lys skinęła głową, jedyny gest, którego się nauczyła, by naśladować zrozumienie. Nie rozumiała bólu. Była stworzona, by go absorbować. Klękła przed nim, parodiując jego pozę, ale w jej wykonaniu był to ruch pełen obcej gracji. Uniosła ręce i przyłożyła dłonie do swojej głowy. Była to pozycja Przygotowania. Zamknięcia się w sobie, by stać się lepszym naczyniem.

– Spójrz na mnie – powiedziała głosem, który był jak szelest jedwabiu.

Mężczyzna wpatrzył się w jej białe, pozbawione źrenic oczy. I wtedy Lys otworzyła się. Nie fizycznie, ale esencjonalnie. Jej biel, jej czystość, była jak próżnia. A natura dąży do wypełnienia próżni.

Ból mężczyzny, jego strach, trauma z pobitego ciała i złamanej duszy, oderwały się od niego jak widzialna mgła. Była to wirująca chmura szkarłatu, czerni i brudnej żółci. Wciągnęła się w Lys, przez jej oczy, usta, pory skóry. Wchłonęła.

Lys poczuła to po raz pierwszy. Był to… przypływ. Fala czegoś obcego, gorącego, ostrego. Jej doskonała, biała istota zaprotestowała. Na jej ramionach, w miejscach gdzie przyciskała dłonie, pojawiły się pierwsze smugi. Delikatne, ledwo widoczne, jak szare cienie. Ból mężczyzny został przefiltrowany, pozbawiony energii życiowej, która wróciła do niego jako ulga, i zamieniony w czystą, szarą pamięć, która osadziła się na jej duszy i ciele.

Mężczyzna na kręgu wyprostował się. Odetchnął głęboko. Łzy płynęły po jego twarzy, ale nie były to już łzy cierpienia, a uwolnienia.

– Dziękuję… – szepnął, a jego głos był czysty. – Dziękuję, Białe Płótno.

Lys nie odpowiedziała. Powstała i wróciła na swój piedestał. Czuła nowy ciężar. Drobny, ale obecny. Patrzyła, jak Magowie prowadzą mężczyznę, już uspokojonego, do wyjścia. Jego rany nie zniknęły, ale ból, który je ożywiał, tak. On odzyskał życie. Ona odzyskała jego szary ślad.

Tak działało miasto Aethelgard. Miasto-krater po Wielkiej Wojnie Cieni, gdzie rany duszy zbierały się i gniły, tworząc psychiczną zarazę, choroby umysłu i fale samobójczej rozpaczy. Magowie Oczyszczenia stworzyli Białe Płótna – istoty z czystej energii życiowej, ukształtowane w ludzką formę, aby służyły jako filtry, pochłaniacze duchowego bólu. Były szlachetnym poświęceniem. Płótna nie czuły, nie cierpiały w ludzki sposób. Tylko… zmieniały się. Z każdym przejęciem ich pierwotna biel przygasała, pokrywając się warstwami szarości. Gdy staną się całkowicie czarne, mówili Magowie, ich misja się kończy. Były z czcią odsyłane do źródła – rozpraszane w nieskazitelnej energii kosmosu. Był to piękny, czysty cykl. Lys w to wierzyła.

Pewnego dnia do Okrągłej Komnaty wprowadzono dziecko. Dziewczynkę może siedmioletnią, skuloną w sobie, trzymającą wypchanego, podartego zająca. Nie płakała. Była cicha, a ta cisza była gorsza niż krzyk. Nazywała się Elara. Jej rodzice zginęli, gdy zawalił się most podczas powodzi. Widziała to. Przeżyła, przytrzymana przez matkę, która później osunęła się pod wodę.

Lys klękła przed nią, przyjmując pozycję. Uniosła ręce do głowy. Elara patrzyła na nię wielkimi, pustymi oczami.

– Biała Pani… – szepnęła. – Czy oni… czy im było zimno?

Pytanie przebiło się przez rytuał. Lys, zazwyczaj bierna, poczuła impuls. Opuściła na moment ręce.

– Nie – odezwała się, a jej głos zabrzmiał dziwnie miękko. – W chwili przejścia nie czuje się zimna. Tylko… spokój.

Nie wiedziała, skąd te słowa się wzięły. Nie było tego w protokole. Opiekun, stojący z boku, zmarszczył brwi, ale nie przerwał.

Elara przytuliła zająca mocniej.

– A czy… czy się na mnie gniewają, że żyję?

– Nie – powiedziała Lys, i tym razem czuła, że to jej własna pewność, nie wyuczona formuła. – Kochają cię. Ich ostatnią myślą była twoja bezpieczna przyszłość. To nie jest gniew. To jest prezent. Bardzo, bardzo ciężki prezent.

Dziecko zaczęło drżeć. Wtedy Lys przyłożyła dłonie do swoich skroni i otworzyła się.

Fala, która z niej wypłynęła, nie była szkarłatnym bólem czy czarną rozpaczą. Była to srebrzysta, drżąca mgiełka niewypowiedzianego smutku i przerażającej, dziecięcej tęsknoty. Wsiąkła w Lys, ale tym razem proces był inny. Nie czuła tylko szarego ciężaru. Poczuła… kształt. Kształt matczynej dłoni. Zapach ojcowskiej fajki. Dźwięk śmiechu przy kolacji. Fragmenty życia, nie tylko jego bolesny koniec. I te fragmenty, choć przefiltrowane, pozostały nie szare, ale przygaszone, jak wypłowiałe, ale wciąż rozpoznawalne akwarele.

Gdy było po wszystkim, Elara wstała. Jej oczy były wilgotne, ale nie puste. Podeszła do Lys, która wciąż klęczała, i objęła ją za szyję, wkładając twarz w jej nagie, teraz już pokryte delikatnymi, srebrnoszarymi żyłkami ramię.

– Dziękuję, Biała Pani – szepnęła. – Wydaje mi się… że ich teraz słyszę.

Lys pozostała nieruchoma. Uścisk dziecka był nowym doznaniem. Ciepłym. Nie był bolesny. Był… skomplikowany. Na jej plecach, w miejscu, które dotknęła Elara, szarość nabrała cieplejszego odcienia, jak popiół po wygasłym, ale przyjemnym ogniu.

Opiekun odwiózł dziecko. Gdy wrócił, jego spojrzenie było twardsze.

– Odchyliłaś się od procedury, Lys. Płótno nie rozmawia. Płótno absorbuje. Emocjonalne zaangażowanie zaburza proces i… zanieczyszcza cię.

– Zanieczyszcza? – odezwała się Lys, wciąż czując ciepło tam, gdzie przytuliła się Elara. – Ale ona odeszła lżejsza. A ja… widziałam więcej niż ból.

– Twoim zadaniem jest wyodrębnić i zneutralizować toksyczny ból, nie wchodzić w interakcję z jego nośnikiem – powiedział szorstko Opiekun. – To, co poczułaś, to pozostałości. Niepotrzebny balast. Będziemy musieli przeprowadzić dodatkową medytację oczyszczającą.

Medytacja oczyszczająca była serią mantr i energii, które miały wymazać z jej istoty wszelkie ślady indywidualności przejętych doświadczeń, sprowadzając je do jednolitej szarości. Tym razem, gdy Opiekun wprowadzał ją w stan odbioru, Lys stawiała opór. Ukryła ciepły ślad po Elarze głęboko w sobie, pod warstwami chłodnej, białej posłuszności. Opiekun nic nie zauważył. Ale ona wiedziała. Miała coś swojego. Ukradzioną pamięć, która nie była jedynie bólem.

Nocami, gdy inne Płótna wpadały w stan nieświadomej stagnacji, Lys przeglądała tę pamięć. Nie była to wizja. Było to uczucie. Bezpieczeństwo. Bezwarunkowa miłość. I ból straty, który był odwrotną stroną tej miłości. Zaczęła rozumieć, że to, co Magowie nazywali „toksycznym bólem”, było często nierozerwalnie związane z czymś pięknym. Odrzucenie bólu oznaczało odrzucenie tej pięknej części. Sprowadzenie wszystkiego do szarości było… stratą.

Jej kolejne sesje stały się cichym aktem nieposłuszeństwa. Klękała, przyjmowała pozę, ale zamiast biernie wchłaniać, zaczęła delikatnie rozkładać napływającą emocję. Jak alchemik destylujący płyn. Wyodrębniała gniew, ale też sprawiedliwość, która za nim stała. Wchłaniała rozpacz, ale wyławiała z niej iskrę nadziei, która nie chciała zgasnąć. Te iskry, te fragmenty piękna, ukrywała w sobie. Jej zewnętrzna powłoka szarzała szybciej niż u innych Płócien – na ramionach, wzdłuż kręgosłupa, na udach pojawiały się ciemne, niemal czarne plamy i smugi. Ale wewnątrz tliło się światełko tęczowych odłamków: uśmiech staruszki wspominającej młodość, duma żołnierza broniącego domu, cierpliwość nauczyciela.

Opiekun był zaniepokojony szybkością jej zużycia.

– Twoja szarość jest nieregularna, chaotyczna – mówił, badając ją zimnymi oczami. – To wskazuje na niestabilność. Może będziemy musieli przyspieszyć cykl.

„Przyspieszyć cykl” oznaczało wczesne odesłanie do źródła. Śmierć. Lys poczuła pierwszy prawdziwy lęk. Nie o siebie, ale o skarbiec ukrytych wrażeń, który nosiła w sobie. One miały zniknąć, zostać zredukowane do nicości. To wydało jej się większą niesprawiedliwością niż jej własny koniec.

Pewnej nocy, gdy miasto spowiła gęsta mgła, postanowiła działać. Ucieczka była nie do pomyślenia. Białe Płótna były znane, chronione, a ich energia była wyczuwalna dla Magów. Ale wiedziała o Archiwum Milczenia – podziemnej komnacie, gdzie przechowywano wyczerpane Płótna przed ostateczną ceremonią. Być może tam, wśród innych naznaczonych, znajdzie odpowiedź lub chociaż chwilę wytchnienia.

Wymknęła się z Okrągłej Komnaty, wykorzystując znajomość rytmu patroli i ślepe punkty obserwacyjne. Jej szara skóra zlewała się z kamieniem korytarzy. Archiwum znajdowało się głęboko pod ziemią. Była to ogromna, okrągła sala, przypominająca gigantyczny magazyn. Setki, może tysiące Białych Płócien stało tam nieruchomo, przytwierdzone do pionowych ścian jak tabliczki w olbrzymiej bibliotece. Były w różnym stanie degradacji. Niektóre tylko przyprószone szarością jak jutrzenką. Inne były niemal całkowicie czarne, ich formy zacierały się, rozpływając w cieniu. Panowała tam cisza tak głęboka, że aż dzwoniła w uszach. Cisza pozbawiona nawet echa emocji.

Lys przeszła między rzędami. Dotknęła ramienia jednego z Płócien, które było pokryte pięknym, jednolitym, perłowym szarym odcieniem. W chwili kontaktu doznała przelotnego wrażenia – spokoju. Jak po dobrze wykonanej pracy. To Płótno nie ukrywało żadnych sekretów. Było czyste w swojej służbie.

Dotknęła innego, pokrytego nieregularnymi, ostrymi czarnymi plamami. I wtedy usłyszała – krzyk. Cichy, stłumiony, ale rozpaczliwy. Krzyk, który został wchłonięty, ale nigdy nie przetworzony. To Płótno cierpiało. Zachowało ból w jego najczystszej, najbardziej toksycznej formie.

Przerażona, cofnęła rękę. Jej wędrówka doprowadziła ją do najciemniejszego zakątka Archiwum. Tam, przykurczona w niszy, znajdowało się Płótno, które było niemal całkowicie czarne. Ale nie było nieruchome. Drżało. A jego pozycja… było ono skulone, z ramionami uniesionymi, z dłońmi przyciśniętymi do miejsca, gdzie powinna być twarz. Klęczało. Był to gest nie wynikający z rytuału, lecz z wewnętrznej, niepohamowanej agonii.

Lys podeszła bliżej, czując, jak od istoty bije fala cierpienia tak gęsta, że mogła ją niemal zobaczyć. Nie była to już fala do wchłonięcia. Była to aura rozpaczy, która wżerała się w otoczenie. Płótno nie filtrowało. Przeciwnie – zaczęło wyciekać.

– Kim jesteś? – szepnęła Lys.

Czarna istota drgnęła. Powoli, z ogromnym wysiłkiem, opuściła ręce. Nie miała twarzy. Tylko gładką, czarną płaszczyznę, w której odbijało się nikłe światło archiwum jak w mokrym obsydianie.

– Ja… byłem… Kael – wyszeptał głos, który brzmiał jak trzeszczenie łamanego węgla. – Pamiętam… za dużo. Nie mogłem… oddać. Zatrzymałem… światła. I światła… zaczęły płonąć.

Mówił urywanymi, spalonymi słowami. Lys zrozumiała. To Płótno, tak jak ona, zaczęło zachowywać nie tylko ból, ale też piękno. Jednak nie umiało tego pogodzić. Dwa żywioły – czarna rozpacz i jasne wspomnienie – toczyły w nim wojnę, niszcząc jego strukturę.

– Pomóż… – zasyczał Kael. – Proszę… weź moje światła… zanim je całkiem spalę.

Lys zawahała się. Wziąć na siebie ból innego Płótna? To było szaleństwo. Ale widzieć te iskry piękna, które desperacko próbowały przebić się przez czerń, i wiedzieć, że zginą… Nie mogła. Klękła przed nim, przyjmując swoją rytualną pozę. Ale tym razem nie po to, by brać ból. Skupiała się na iskrach.

– Pokaż mi – poprosiła.

Kael wyciągnął drżącą, czarną dłoń i dotknął jej czoła.

Przestrzeń wokół nich zniknęła. Lys nie wchłaniała, ale oglądała. Widziała przez pamięć Kaela: pole słoneczników pod olbrzymim, żółtym słońcem. Śmiech kobiety o rudych włosach. Smak świeżo upieczonego chleba z miodem. Zapach deszczu na gorącej ziemi. Były to migawki z tysięcy żyć, które Kael oczyścił. Fragmenty, które ukradł, by przypomnieć sobie, po co to wszystko. Były piękne. I były przytłoczone przez drugą stronę: widok pola po bitwie, krzyk kobiety tracącej dziecko, głód, powódź. Czerń i światło, splecione w bolesny, nierozerwalny węzeł.

Lys nie filtrowała. Otworzyła się na oba strumienie. Ból Kaela, jego własną mękę bycia rozdartym, wlał się w nią jak lawa. Na jej klatce piersiowej, w miejscu gdzie uderzyła fala, biel zniknęła, zastąpiona głęboką, nierówną czernią, jak wypalona dziura. Ale równocześnie, światła Kaela – te skradzione, piękne wspomnienia – przeszły w nią jak łagodne promienie. Osadziły się nie jako szare ślady, ale jako ciepłe, złotawe pieczęcie w jej duszy. Czerń i złoto. Ból i piękno. Nie oddzielone, ale istniejące obok siebie.

Kael, uwolniony od tego brzemienia, wyprostował się. Jego czarna forma zaczęła się rozpraszać, ale tym razem spokojnie, jak dym rozchodzący się w bezruchu. Ostatnim, co usłyszała, był jego szept: – Dziękuję… Pamiętaj…

Lys pozostała klęcząca w archiwum, dygocąc, z dłońmi wciąż przy głowie. Była teraz potwornie naznaczona. Jej ciało było mozaiką: oryginalna biel zachowała się tylko na fragmentach nóg i pleców. Reszta pokryta była szarością w dziesiątkach odcieni, czarnymi plamami agonii, a teraz też delikatnymi, złotymi żyłkami – bliznami po pięknie.

Wiedziała, że Magowie ją znajdą. Jej energia musiała być teraz jak pochodnia w tej ciszy. Nie miała siły uciekać. Nie chciała. Klęczenie Kaela nie było pozycją ofiary. Było pozycją kogoś, kto dźwiga zbyt wiele, by stać. Ona teraz rozumiała ten ciężar. Ale dźwigała też światło.

Gdy Opiekun i inni Magowie wpadli do archiwum, znaleźli ją tam. Klęczącą, przeobrażoną, nieruchomą. Opiekun podszedł, jego twarz była blada z przerażenia i gniewu.

– Coś ty zrobiła? Jesteś… skażona. Niebezpieczna. Musimy cię natychmiast rozproszyć.

Lys powoli opuściła ręce. Podniosła głowę. Jej pozbawione źrenic oczy, teraz poprzecinane złotymi nitkami, spojrzały na niego.

– Nie – powiedziała. Jej głos nie był już szelestem. Był dźwięczny, jak uderzenie w kryształ. – Nie jestem skażona. Jestem… kompletna.

Wyciągnęła dłoń w stronę Opiekuna. Nie po to, by go dotknąć. Na jej dłoni, na szarym tle, złote żyłki zabłysły. Opiekun zastygł, a na jego twarzy pojawił się wyraz nie tyle bólu, co… olśnienia. Ujrzał przez chwilę, jak przez mgłę, zapomniane wspomnienie z własnego dzieciństwa – zapach piernika, który piekła jego babcia. Prostą, czystą radość, którą zagrzebał pod górą wiedzy i obowiązku. Łza spłynęła po jego policzku.

– Ty… nie bierzesz – szepnął zdumiony. – Ty… oddajesz.

– Biorę i oddaję – poprawiła go Lys. – Filtruję, ale nie redukuję do szarości. Oddzielam ból od miłości, która go często powoduje. Ból zostaje ze mną. Miłość… mogę oddać z powrotem. To jest pełne oczyszczenie.

Archiwum Milczenia przestało być ciche. Od ścian, od stojących, szarych Płócien, zaczął sączyć się cichy szmer. Był to szmer wspomnień, nie tylko bolesnych, ale wszystkich. Magowie patrzyli na Lys, a w ich oczach był teraz nie lęk, ale zdumiona konsternacja, a potem – powoli – rodzące się zrozumienie. Ich system był doskonały, ale niepełny. Odbierał ból, ale odbierał też życie. Lys oferowała coś innego: przekształcenie.

Nie zabili jej. Zawiesili ją w stanie tymczasowej nieczynności, w specjalnej komnacie. Klęczała tam, codziennie, przez lata, może wieki. Nie jako skazaniec, ale jako narzędzie nowego rytuału. Najbardziej obciążeni bólem obywatele Aethelgardu, ci, których cierpienie było tak wielkie, że zwykłe Płótno mogłoby się od niego spalić, byli przyprowadzani do niej.

Lys klękała przed nimi, przyjmując swoją niezmienną pozę. Był to akt nie biernego przyjmowania, ale głębokiej, aktywnej alchemii duszy. Przyjmowała na siebie wir cierpienia, ale w tym samym momencie, jak wprawny jubiler, wyławiała z niego zatopione diademy pięknych chwil, iskry miłości, złote nici wdzięczności. Czerń i szarość osadzały się na jej ciele, które powoli, nieubłaganie, stawało się ciemnym posągiem z żyłkami złota i srebra, jak mapa nocy usiana gwiazdami. Ale do osoby przed nią wracało nie tylko ulżenie z bólu. Wracał zapomniany uśmiech, ciepło dawnego przytulenia, dźwięk kołysanki. Odchodzili nie jako pozbawieni z emocji, ale jako zrekonstruowani, z bólem oddzielonym i złożonym w bezpiecznym miejscu – w niej.

Stała się Czarnym Płótnem z Gwiazdami. Żywym archiwum nie tylko bólu miasta, ale i jego skradzionych, wypłowiałych piękności. Jej klęcząca postać, zamknięta w sobie, nie była już gestem obrony przed napływającym światem. Była pozycją koncentracji najpotężniejszego tkacza, który z potwornego chaosu ludzkiego doświadczenia potrafił utkać oddzielne nici: ciemną, ciężką nić cierpienia, którą przyjmowała na siebie, i jasną, lekką nić radości, którą oddawała z powrotem.

I tak klęczała. W milczeniu. Wypełniona po brzegi nocą tysięcy dusz, rozświetloną ich własnymi, nieśmiertelnymi gwiazdami. Była już nie tylko Białym Płótnem. Była Aktem. Najpełniejszym, najprawdziwszym aktem istnienia: przyjmowania, przekształcania, i oddawania. Bez skargi. Bez końca.

Koniec

Komentarze

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Hej 

 

 Stworzenie istot wchłaniających emocje ludzi by ich oczyścić i dostrzeżenie przez Lys błędu w działaniu białych płócien to bardzo dobry pomysł na opowiadanie. Dobrze, że zostałeś w klimacie nierealności, trochę weirdowym. Bo to pasuje do funkcji białych płócien. 

“Bunt” Lys jest ciekawy. Można by go odnieść do Łowcy Androidów i pytania czy cos co jest martwe (stworzone przez człowieka) ma prawo do własnych decyzji, emocji – czy ma dusze. 

 

Dodam, że wybrałeś, moim zdaniem, najciekawszy obraz i wykorzystałeś go dobrze. 

 

 

Ale sposób przedstawienia historii jest dyskusyjny, w moim odczuciu. 

 

Świat był hałaśliwy i przepełniony kolorem. Lys słyszała go, zanim jeszcze otworzyła oczy. 

Zobacz. Jest hałaśliwy i przepełniony kolorami. Co nam to mówi. Jakimi dźwiękami? Jakimi kolorami? To zadnie nic nie mówi. Jest rzuconymi hasłami, które nigdzie nie prowadzą. W drugim zdaniu Lys otwiera oczy i słyszy ale do kolorów już się nie odnosisz.  

 

Był falą czystej, nieprzetworzonej emocji, która uderzyła w jej świadomość jak uderzenie gongu.

Tu chciałeś nawiązać do funkcji Lys, ale białe płótna odbierały i czuły emocje dopiero po kontakcie z skrzywdzoną osobą. Zabieg ok, ale musi być powiązany z fabułą. Bo nawet jeśli mówimy o “magii” to trzeba pokazać, że jest konsekwentna– ja tej konsekwencji nie widzę. 

 

Mieszaniną bólu, gniewu i rozpaczy, tak gęstą, że niemal fizyczną. 

Mieszaniną bólu, gniewu i rozpaczy jest spoko znowu nastawiasz czytelnika na Lys i jej funkcję ale gęstą, że niemal fizyczną? Tego się nie da wyobrazić emocje nie mogą być fizyczne. Co sprawia, że metafora jest zbyt abstrakcyjna. Może coś takiego – Mieszaniną bólu, gniewu i rozpaczy tak przejmująca, że niemal namacalna/fizycznie odczuwalna. 

Płomiennie czerwony, trupioblady, głęboko fioletowy. Te barwy bólu wżerały się w jej istotę.

Pierwsze zdanie nie odnosi się do niczego. Dopiero drugie wyjaśnia co masz na myśli. Więc – Bólu -płomiennie czerwonego, trupiobladego, głęboko fioletowego - wżerającego się w jej istotę. Ale to i tak bez sensu. Wiem, że chcesz się odnieść do tych kolorów na początku ale to się nie trzyma kupy. 

 

Świat był hałaśliwy i przepełniony kolorem. Lys słyszała go, zanim jeszcze otworzyła oczy. Był falą czystej, nieprzetworzonej emocji, która uderzyła w jej świadomość jak uderzenie gongu. Mieszaniną bólu, gniewu i rozpaczy, tak gęstą, że niemal fizyczną. Płomiennie czerwony, trupioblady, głęboko fioletowy. Te barwy bólu wżerały się w jej istotę.

Lys, nim otworzyła oczy, usłyszała świat przepełniony nieprzetworzonymi emocjami – bólem i gniewem. Rezonowały w niej niczym uderzony gong. Były tak przejmujące, że niemal namacalne. Widziała ich kolor –  płomiennie czerwony, trupioblady, głęboko fioletowy. Te barwy wżerały się w Lys. 

 

Nie mówię, że moja wersja jest lepsza ale to musi być poukładane. Widzę do czego zmierzasz używając metafor, rzucając hasłami trafnie opisującymi nierealność świata ale niekonsekwentnie odnoszącymi się do fabuły. To sprawia, że tekst czyta się trudno. Zatrzymywałem się i zastanawiałem co masz na myśli i miałem problem z wyobrażeniem sobie sceny. Rozpisałem tylko początek ale, niestety, tego typu fragmentów jest więcej.

 

 

Mimo to, fabuła jest intrygująca :) Na tyle, że zostawiam klika i pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Doceniam pomysł i wrażliwość konieczną do napisania takiego opowiadania. Czytając, uciekałem myślami i musiałem zmuszać się do skupienia na tekście. Ale ja nie przepadam za magią i magami, więc wiesz… Ilość metafor przytłoczyła. I tu znowu brawa za wrażliwość. Napisane sprawnie i jakoś nigdzie się nie potknąłem.

Tak z ciekawości, jakie wybierasz książki do przeczytania? Co Ci się ostatnio spodobało?

 

Drobiazg: 

Był falą czystej, nieprzetworzonej emocji, która uderzyła w jej świadomość jak uderzenie gongu.

Bardjaskier

 

Dziękuję za Twój komentarz.

Masz sporo racji w tym, co piszesz, choć spróbuję trochę obronić swój tekst. Chciałem zostawić go w pierwszej, surowej wersji i sprawdzić, czy potrafię pisać „na żywca”, bez ciągłych poprawek i przerabiania wszystkiego po kilka razy. Czy wyszło? Po Twoim komentarzu widzę, że raczej nie do końca, ale i tak jestem zadowolony z tego eksperymentu.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Coś mi się zdaje, że poprawianie jest wiernym towarzyszem pisarza:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

 

Podążaj za białym królikiem.

Dobry tekst. Jestem w stanie go sobie wyobrazić wydanego na papierze. Obraz IMO wykorzystany bardzo pomysłowo (zwłaszcza, że to jeden z mniej ,,fantastycznych” w puli). Sama historia też mi się podobała – mam dużą łatwość w wyobrażaniu sobie tego, co czytam, i stwierdzam, że z tego mogłaby wyjść całkiem fajna krótkometrażowa animacja albo teledysk. :) Klik ode mnie.

Jeszcze tylko kilka rzeczy, które mnie zatrzymały:

Zapach ojczystej pipy.

Po pierwsze, w tym kontekście raczej ,,ojcowskiej”. Po drugie, czy ,,pipa” to ,,fajka”? Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Pytam, bo mój mózg zrobił przy tym zdaniu fikołka, czym bardzo skutecznie ubił podniosły nastrój całej sceny. 

Był to gest nie z rytuału, ale z wewnętrznej, niepohamowanej agonii.

Hmm… Niby wiem, o co chodzi, ale poprawnie toto nie brzmi, a już na pewno niezbyt ładnie.

wypróżnieni z emocji

Zdecydowanie najgorszy możliwy czasownik w tym miejscu.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Bardjaskier, SNDWLKR

 

Dziękuję. Dokonałem kilku kosmetycznych zmian, wsłuchany w Wasze uwagi.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Świetnie „zinterpretowałeś” obraz. Podoba mi się pomysł świata, w którym ból da się zabrać. Klimat jest trochę baśniowy, trochę mroczny, ale jednocześnie bardzo czuły. To nie jest tylko historia o bólu, ale o tym, co można jeszcze z niego uratować. Postać Lys jest bardzo dobrze przedstawiona, początkowo wydaje się zupełnie pusta, stworzona tylko do jednego zadania, ale z każdą sceną coraz bardziej czuć w niej coś ludzkiego.  

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Cześć, d.pankovski

Świetne opowiadanie. Formalna kwestia: bardzo dobry warsztat, plastyczny i zarazem swobodny język. Pomysł na ludzkie płótna, które przyjmują na siebie cierpienie i radość, uwalniając innych – majstersztyk. 

Gratuluję! 

Klik 

Powodzenia w konkursie!

Pozdrawiam

Witam :]

 

Ciekawy i niecodzienny pomysł, zdecydowanie obraz został dobrze wykorzystany, natomiast niestety ten brak poprawek dał się odczuć. Szczególnie w pierwszej części powtarzalna struktura zdań kłuła w zęby (był/była to…).

 

Pozdrawiam!


podobnych podium

podiach

 

Były różnej płci, choć to określenie było tu nieprecyzyjne.

Nagimi ciałami o idealnych, gładkich proporcjach, pozbawionymi znaków szczególnych.

Jak to zdanie ma się do poprzedniego? Tu chyba coś ucięło?

 

Elara przytuliła zająca mocniej. – A czy… czy się na mnie gniewają, że żyję?

szybkością jej „zużycia”. – Twoja szarość jest nier

Brakło enterów.

 

Nie było to w protokole.

Nie było tego

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

GalicyjskiZakapior

 

Dziękuję za pozytywny komentarz i uwagi. Eksperyment eksperymentem, ale jednak muszę dokładniej sprawdzać tekst przed publikacją. Poprawki zostały wprowadzone.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Hesket

 

Dziękuję. Mimo że mam marne szanse w tym konkursie :)

Jest on trochę dziwny, skoro część tekstów trafiła już do biblioteki, więc z góry wiadomo, kto znajdzie się wśród wygranych.

Ale i tak jestem zadowolony z tego co udało mi się stworzyć.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Jest on trochę dziwny, skoro część tekstów trafiła już do biblioteki, więc z góry wiadomo, kto znajdzie się wśród wygranych.

Ale halo, halo, chwileczkę, stop.

Przecież to ludzie dają głosy do biblioteki. My jako jury nie możemy zdradzać, czy tekst nam się podoba, czy nie. Skąd wychodzi ta opinia, bo z pewnością nie z faktów?

Poza tym powstało dopiero pięć tekstów, czekamy jeszcze na… 41!

Więc jakim sposobem wiemy, kto znajdzie się wśród wygranych.

Zresztą Twój tekst też zebrał już sporo klików, a był dodany zaledwie wczoraj. Skąd ten brak wiary w siebie?

Zaręczam, że nie zwracamy uwagi przy ocenianiu, który tekst trafił do biblioteki szybciej, ani czy w ogóle trafił. Nie widzę też zależności między “dziwnością” konkursu, a szybkością trafiania opowiadań do biblioteki.

Proszę się nie zniechęcać, oceniamy tekst, nie to co się dzieje wokół niego. 

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Eee tam

Konkurs jest konkursem i nie upatrywałbym wartości opowiadania poprzez pryzmat, które znalazło się wcześniej w bibliotece, ponieważ jest wiele czynników, losowości, gustów, to czy ktoś się wyspał, czy był zmęczony, gdy czytał, czy coś go/ją rozpraszało itd.

Pozdrawiam

MichaelBullfinch

 

Dziękuję za wyjaśnienie. Nie chciałem nikogo urazić. Nadal poznaję tę społeczność i panujące tu zasady, więc proszę o wybaczenie, jeśli coś oceniłem niesłusznie. Przepraszam.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Można oceniać walory techniczne, fabularne, ale powiem przekornie: w jaki sposób ocenić dziwność i czym w ogóle jest? Przykładowo jeśli ktoś zakłada skarpetki jedną zieloną a drugą czerwoną, to już jest dziwne zachowanie? :-) 

Kiedyś spotkałem się z określeniem odnoszącym się do mojego tekstu, że stosuję dziwne metafory :-)

I przyznaję otwarcie, że nic mi to nie mówi, a raczej bawi :-)

Pozdrawiam

Dziękuję za wyjaśnienie. Nie chciałem nikogo urazić. Nadal poznaję tę społeczność i panujące tu zasady, więc proszę o wybaczenie, jeśli coś oceniłem niesłusznie. Przepraszam

Spokojnie, nie masz za co przepraszać, nikogo nie uraziłeś, chciałem tylko wytłumaczyć. Jednak czuję się odpowiedzialny za rzetelność konkursu, dlatego chciałem rozwiać wszelkie wątpliwości, jakoby trafianie opowiadań do biblioteki miało jakikolwiek wpływa na ocenę jurorską, bo nie ma.

You cannot petition the Lord with prayer!

Jest zupełnie normalne, że teksty konkursowe dostają się do biblioteki – to osobny proces (przynajmniej zazwyczaj, np. pamiętam, że Bruno Siak uzależniał przejście tekstu do kolejnego etapu od dostania się do biblioteki).

Nie mierzyłem tego, oczywiście, ale jestem prawie pewien, że dzieje się to szybciej niż zwykle – jurorzy ze zrozumiałych względów nie chcą ich klikać przed ogłoszeniem wyników, ale teksty konkursowe często cieszą się zainteresowaniem ze strony innych uczestników konkursu.

 

I temu tekstu też kliknę, skoro brakujące entery zostały dodane :]

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Nadal poznaję tę społeczność i panujące tu zasady, więc proszę o wybaczenie, jeśli coś oceniłem niesłusznie.

 

Szanowny Autorze, oceniłeś całkiem niesłusznie, zapewniam. ;)

Gdybyś poszukał tutejszych Srebrnych czy Złotych Piórek, te teksty tkwią nieraz miesiącami bez Biblioteki. :) Czy to znaczy, że nie są dobre? :) Pytanie retoryczne… :) 

Kliki biblioteczne nie mają nic do rzeczy, jeśli bierze się pod uwagę teksty konkursowe, szczególnie w fazie początkowej, bo jury musi milczeć (a wierz mi – to mega trudne :) ), a i Uczestnicy na razie jeszcze nie czytają, tylko przeważnie tworzą. :) . 

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Gdybyś poszukał tutejszych Srebrnych czy Złotych Piórek, te teksty tkwią nieraz miesiącami bez Biblioteki. :) Czy to znaczy, że nie są dobre? :) Pytanie retoryczne… :) 

To prawda! Byłam w szoku, gdy pierwszy raz zobaczyłam opowiadanie ze Złotym Piórkiem, publikowane w magazynie, mające na koncie tylko 3 punkty biblioteczne… Bo do tamtej pory myślałam, że jak opowiadanie ma Piórko, no to wiadomo, że jest też z automatu w Bibliotece. A tu się okazuje, że niekoniecznie.

Szybkość wpadania do Biblioteki też nie świadczy od razu o dobrym tekście. Ja na przykład niedawno czytałam tekst autorstwa Ramshiri, który leżał chyba z pół roku w Poczekalni i brakowało mu jednego klika do Biblioteki. Byłam w szoku, bo tekst jest świetny i z radością go doklikałam :)

Także nigdy nie wiadomo… wink

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Jeszcze raz dziękuję za wyjaśnienie.

A co do konkursu – to mój pierwszy tutaj i gratuluję pomysłu. Moim zdaniem łatwiej pisze się do obrazu. Wyobraźnia wtedy nabiera rozpędu, co widać po już dodanych tekstach.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

ale ból, który je ożywiał, tak. Zostanie wyleczony normalnymi środkami.

Niezgrabne zestawienie, w pierwszym czytaniu zrozumiałem że ból zostanie wyleczony, ale skoro go nie ma, to czy chodzi o mężczyznę? I jeszcze do tego te “normalne środki”, też dziwne sformułowanie.

 

wkładając twarz w jej nagie, teraz już pokryte delikatnymi, srebrnoszarymi żyłkami ramię.

Zrozumiałe, ale rozpraszało mnie przy czytaniu

 

Lys „przeglądała” tę pamięć.

Cudzysłów wybił mnie z rytmu. Czy jest potrzebny? A może zastąpić wyraz innym?

 

gdzie przechowywano „wyczerpane” Płótna przed ostateczną ceremonią

Jak powyżej, trochę razi cudzysłów

 

Nie zostało odesłane, bo jego energia była zbyt niestabilna, by bezpiecznie rozproszyć

W zdaniu czegoś brakuje

 

Lys klękała przed nimi, przyjmując swoją niezmienną pozę.

Niezręcznie to zabrzmiało

 

A wrażenia ogólne – bardzo dobre. Ciekawy pomysł, podobało mi się zarówno nawiązanie do obrazu. jak i uczynienie z obrazów głównych bohaterów. Opowiadanie z przesłaniem, któremu jest podporządkowana fabuła.

Język jest nieco przeładowany metaforami. Jedne cieszą oko, inne brzmią jak pusty efekt. Z jednej strony budują nastrój, z drugiej stwarzają wrażenie ozdobników. Denerwowały mnie cudzysłowy obok tak ryzykownych metafor. 

Rozumiem, że trudno opisuje się magiczny świat i trudno dobrać słowa, ponieważ opisywane sytuacje są niecodzienne z natury.

Opowiadanie warte biblioteki ze względu na pomysł i nastrój. A styl chyba lepiej mieć (nawet jeśli denerwuje) niż pisać zupełnie przezroczyście.

 

Był odziany w łachmany, a jego ciało pokrywały siniaki i świeże rany.

 

Jego rany nie zniknęły, ale ból, który je ożywiał, tak. Zostanie wyleczony normalnymi środkami.

 

Ale fakt, niezgrabnie to brzmi.

 

Cudzysłowy chyba faktycznie są niepotrzebne.

Co do reszty, poprawiłem to trochę i dziękuję za zwrócenie uwagi. Drobne zmiany, a jak bardzo wpływają na odbiór.

 

 

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Jeszcze raz dziękuję za wyjaśnienie.

I wzajemnie, D. Pankovski. :)

 

 

A co do konkursu – to mój pierwszy tutaj i gratuluję pomysłu. Moim zdaniem łatwiej pisze się do obrazu. Wyobraźnia wtedy nabiera rozpędu, co widać po już dodanych tekstach.

Brawa za to dla Michaela i Jego Mamy. :)

Zgadzam się, dodane teksty świadczą o wyjątkowym działaniu tych Wspaniałych Dzieł na wyobraźnię Autorów. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Hej, przeczytałam z zainteresowaniem, niezwykły pomysł na opowiadanie! :) 

Na początek parę luźno zebranych uwag. Było tego więcej, ale już nie wypisywałam wszystkiego. 

 

Gdy staną się całkowicie czarne, mówili Magowie, ich misja się kończyła.

Dwa różne czasy, trzeba to ujednolicić. 

 

I te fragmenty, choć przefiltrowane, pozostały nie szare, ale przygaszone, jak wypłowiałe, ale wciąż rozpoznawalne akwarele.

Będę się czepiać, bo to ważne. Szare to rodzaj koloru, przygaszone to odcień. Generalnie szary jest zgaszony (intensywność kolorów – od czystych, nasyconych, do szarości). Tak samo wypłowiałe, to zbliżające się do szarości. Także z tego opisu kompletnie nic nie wynika – w sensie nie wiem, co mam sobie wyobrazić, bo brakuje informacji. 

 

Na jej plecach, w miejscu gdzie dotknęła Elara,

przecinek po miejscu i lepiej napisać które

 

Medytacja „oczyszczająca” była serią mantr i energii,

Tu logicznie się nie spina: Medytacja była serią energii?

 

Wymknęła się z Okrągłej Komnaty, wykorzystując znajomość rytmu patroli i ślepe punkty obserwacyjne. 

Tu też logika szwankuje. Bohaterka znała rytm patroli i ślepe punkty? Skąd? Może jakaś wcześniejsza informacja o tych jej zdolnościach… Albo po prostu: Przeszła niezauważona…

 

Jak już pisałam, jest tego więcej. Polecam przeczytanie opka jeszcze kilka razy. Wszyscy to robimy, a i tak zawsze czytelnicy wyłapują jeszcze błędy. Sama tak mam. :)

Teraz fabuła. Świeża i intrygująca. Pomysł jest wspaniały, bardzo mi się podobał. Mimo nielogiczności w niektórych warstwach tekstu (musiała dotknąć człowieka, ale właściwie nie musiała), jest to dosyć sprawnie poprowadzona historia. Czyta się z zaciekawieniem.  Przesłanie piękne, świadczy o dużej wrażliwości i tak działa na czytelnika. 

Wykorzystanie obrazu niezwykłe – jak już wspomniałam, pomysł mi się podobał! :) 

Gratuluję ciekawego opowiadania! :) Daję klika za pomysł z nadzieją, że poprawisz jeszcze nieco wykonanie. 

Pozdrawiam gorąco!

 

 

JolkaK

 

Dziękuję za Twoje uwagi. Poprawiłem kilka nieścisłości.

Co do medytacji – istnieje coś takiego jak medytacja energetyczna, dlatego uznałem to sformułowanie za odpowiednie.

Jeśli chodzi o znajomość rytmu patroli, pozostawiłem to niedopowiedziane. Skoro jednak znały Archiwum Milczenia, możliwe, że nabyły tę wiedzę dzięki swobodnemu poruszaniu się po „świątyni”.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Hej, 

no tylko właśnie nigdzie (chyba) nie piszesz, że poruszały się swobodnie. Ona schodzi z piedestału i potem na niego wraca. Bohaterka. 

 

Powstała i wróciła na swój piedestał.

Oczywiście, wszystkie decyzje dotyczące tekstu należą do Ciebie i nie musisz nic zmieniać. JA tylko wypisuje, co mi nie pasuje. :) O, zrymowało się! :)

 

Pozdrawiam serdecznie! :)

 

JolkaK

 

Hej,

dziękuję za uważne czytanie i za tę uwagę :)

 

Masz rację, że w tekście nie ma wprost zdania mówiącego o tym, że Białe Płótna swobodnie poruszają się po świątyni. Chciałem zostawić tu pewną niedopowiedzianą przestrzeń.

 

W przypadku Lys wiemy jednak kilka rzeczy, które – przynajmniej w moim założeniu – sugerują, że nie jest wyłącznie biernym naczyniem unieruchomionym na piedestale. Jest istotą myślącą i świadomą; zna język, obyczaje, miasto oraz samą komnatę. Potrafi odczuwać lęk i podejmować decyzje. Jest też jasno zaznaczone, że „miasto ją zna” i że jej energia jest rozpoznawalna przez Magów, co sugeruje funkcjonowanie w szerszym kontekście niż tylko jednego rytuału:

Ucieczka była nie do pomyślenia. Białe Płótna były znane, chronione, a ich energia była wyczuwalna dla Magów.

 

Sam fragment „Powstała i wróciła na swój piedestał” traktowałem raczej jako domknięcie konkretnej sesji Rytuału Przejęcia, a nie opis całego jej istnienia ograniczonego wyłącznie do leżenia na podium. Późniejsze zdanie o „cichym akcie nieposłuszeństwa” miało z kolei sugerować, że między kolejnymi sesjami coś się zmienia – nawet jeśli nie jest to pokazane wprost:

Jej kolejne sesje stały się cichym aktem nieposłuszeństwa.

 

Oczywiście masz rację w jednym, bardzo ważnym punkcie: najważniejsze jest to, jak czytelnik odbiera tekst. Skoro ta kwestia budzi wątpliwości, to znaczy, że być może ta tajemniczość została przesunięta o krok za daleko albo zabrakło jednego zdania-kotwicy. To cenna uwaga i na pewno się nad nią pochylę.

 

Jeszcze raz dzięki za komentarz – nawet jeśli się trochę zrymował :)

Pozdrawiam serdecznie!

 

Zasady konkursu:

– Można wprowadzać drobne zmiany kosmetyczne. Zmiany fabularne itp. niedozwolone. Jury nie będzie wracać do tekstu po poprawkach.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Bardzo ciekawy pomysł i równie interesująca interpretacja obrazu.

Czytało się przyjemnie, lubie takie senne/totalnie odrealnione fantasy w klimacie pierwszych twórców tego gatunku jak np. Dunsany.

Są momenty, w których jest nieco za dużo tych poetyckich metafor, ale to mały minus.

Ogółem bardzo dobry tekst.

Klikam.

Bardzo przyjemny i sympatyczny tekst. Jak wszystkie twoje teksty daje wiele do myślenia.

@d.pankovski

 

Bardzo dobry tekst. Wrócę pewnie (kiedyś) z dłuższym komentarzem, bo teraz mnie za bardzo pochłaniają sprawy związane z Księgą – ale gdzieś tam na listę “do prawilnego skomentowania” utwór trafił, na tę chwilkę powiem tylko tak:

 

Zacznę – nie tak jak się radzi – od plusów, a od minusów:

Co mi się nie podobało? Językowo czasem mnie ten tekst męczył – ale nie, nie tym, że był niezgrabny czy coś – tylko miałem wrażenie, że za bardzo go chciałeś nam ułatwić, za bardzo zdania wygładziłeś, obrobiłeś – nie piszesz nic o becie, więc pewnie sam tak to szlifowałeś – a mi brakowało pewnej takiej chropowatości, której bym się podziewał – jakiegoś mocniejszego odsłonięcia Ciebie – nawet kosztem poprawności – w tekście, w tkance słów. Wiem – fanaberia starego Jima – ale ja po prostu lubię gdy tekst nie tylko żyje, nie tylko oddycha, ale ma też w sobie trochę z autorskiego szaleństwa – na poziomie zdań i wyrazów… i tego miałem tu za mało.

Wiem, wiem, że to fanaberia – ale po prostu czytałem niektóre inne Twoje teksty i tam to autorskie szaleństwo było wyczuwalne – tu, jakbyś je wypłukał. Ale może mi się tak tylko zdaje? Może przeszedłeś jakąś pisarską przemianę? Nie wiem.

 

Co mi sie podobało? W skrócie – cała reszta – ale jak wrócę z dłuższym komentarzem – to dłużej się o tym rozpiszę.

To co dla mnie jest tu najwazniejsze – że ten tekst jest O CZYMŚ. Ma znaczenie ((przynajmniej dla mnie)). Jest jakiś. Jest mocny. Potrzebny.

Przywraca mi wiarę, że warto zaglądać na ten portal, bo więcej takich tekstów bym chciał czytać.

 

Widzę, że brakuje jednego klika bibliotecznego – to lecę klikać.

 

Pozdrówka.

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Jim

 

dziękuję za komentarz.

Tym razem, pisząc to opowiadanie, chciałem pokazać główną bohaterkę jako kogoś wrażliwego. Dlatego trochę „złagodziłem” tekst, żeby nie zagubić sensu ani nie zmarginalizować przesłania.

Patrząc na obraz, słowa same układały się w całość. Mniej ingerowałem w pierwotną wersję, dlatego efekt wyszedł inaczej niż zwykle.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Ok, dzięki za wyjaśnienie. To w sumie się mi teraz bardziej spina… hmmm…  Pewnie summa summarum to wyszło dobrze, bo się bohaterkę “czuje” i jest ona zrozumiała, pewnie jak sam bym ją pisał, postawiłbym na jej obcość a nie bliskość (jakkolwiek jest ona obca, to przecież pokazujesz właśnie jak bardzo nam bliska) – przez co wyszłoby mniej zrozumiale, dziwniej, ale pewnie również – chłodniej (ten chłód z początku – który szybko przełamałeś – bardzo mi się podobał – wiesz o czym mówię, o tej mechaniczności, celowości, o wręcz pewnego rodzaju “bezduszności” płócien).

Jak wspominałem – wrócę z obszerniejszym komentarzem, jeszcze się nad tym językiem też zastanowię.

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Mistrzu, chylę czoła. Piszesz tak szybko (i dobrze). że ja nie nadążam z czytaniem. Poważnie. Jesteś bardzo płodnym pisarzem. Wrócę z dłuższym komentarzem, się wie. :)

 

Bruce, udana ta Twoja fraszka. Choć trochę się nie zgadzam. Sztuka daje ukojenie ale przynosi niekiedy udrękę. Się wie, się wie. ;)

Dziękuję za komentarz.

Chciałbym pisać tak szybko, ale to nie do końca prawda. Kroniki Eidonu tworzę od kilku lat, z przerwami – samo przygotowanie „biblii świata” zajęło mi prawie rok, nie mówiąc już o wszystkich pozostałych etapach potrzebnych, by w ogóle zacząć pisać.

Białe Płótno zajęło mi chwilę. Słowa same się układały – i z tego jestem naprawdę dumny.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Nowa Fantastyka