w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34356
w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34356
Słońce stało w zenicie. Grzali się w jego promieniach, chłonąc ciepło każdą porą skóry. Nie czuli zwykłego komfortu – pulsowała w nich surowa energia, która powoli, z oporem, przywracała im siły. Siedzieli pod ścianą chaty, ramię w ramię, wciąż dygocząc z wewnętrznego zimna i bólu, choć powietrze gęstniało od upału. Pragnienie odbierało im zmysły. Każde bolesne przełknięcie śliny smakowało żółcią i popiołem.
Gniewko krzątał się przy palenisku. Dołożył chrustu, zamieszał w garnku. Woda gotowała się długo. Agnieszka patrzyła na parę otępiałym wzrokiem. Jej dłonie, brudne i sine, drżały, gdy obierała brukiew tępym nożem.
– Pij – chrapliwy głos brzmiał jak tarcie kamieni. Podała mu kubek z czarną zawiesiną. Wypił bez słowa, walcząc z odruchem wymiotnym. Potem ona wypiła swoją porcję. Chłopiec obserwował ich z mieszaniną fascynacji i obrzydzenia.
– Czemu… – zaczął, nie kończąc. Wskazał brodą na ich czarne od węgla usta. – Czemu to pijeta?
– Żeby brzuch nie bolał – mruknęła, nie podnosząc wzroku. Nie miała siły na wykłady. – Węgiel łapie truciznę. Wyrzuca ją.
Kucnął przy ogniu, wbijając wzrok w płomienie.
– A moi… mama i tata – powiedział cicho, nie patrząc na nich. – Im też ogień w brzuchu chodził. Krzyczeli.
Zamarła z kubkiem w połowie drogi do ust. Spojrzała na męża. W ich oczach, pod warstwą zmęczenia, zapaliła się iskra zrozumienia.
– Nie, mały – powiedziała, starając się, by głos nie drżał. – Im węgiel by nie pomógł. Ich zabiło ziarno. Czarne rogi w kłosach. Te, co w ogień wyrzucałam.
Spojrzał na nią spode łba.
– To trucizna. Straszna, zabójcza – dodała, patrząc mu prosto w oczy.
– Nas bolał brzuch od wody z rzeki. A ty nas uratowałeś. To, co nas leczy, nie uleczyłoby ich.
Chłopiec wzruszył tylko ramionami, odwracając wzrok. Patrzył przed siebie martwym wzrokiem.
Zapadła cisza, przerywana tylko trzaskiem ognia. Przyglądała się chłopcu. Nagle uderzyła ją straszna myśl.
– Gniewko… – zaczęła cicho. – Kiedy… twoja rodzina umarła… jak długo mieszkałeś tu… sam?
Chłopiec zatrzymał się w pół ruchu. Nie podniósł głowy.
– Sam?! – Robert aż uniósł się nieco, a wysiłek wykrzywił mu twarz bólem. – Ile ty masz lat? Jak długo sam mieszkałeś?
Milczał. Widziała, jak jego małe ramiona się napinają.
Czemu się dziwią? – pomyślał gorzko. – Przecież wiedzą. To ja ich zabiłem. Kto by tu przyszedł? Kto chciałby do mnie podejść? Wszyscy czekali… żebym ja też umarł. Bo we mnie zło.
– Dobrze – włączył się Robert, widząc brak reakcji. – Przybyliśmy z daleka. Nie znamy waszych obyczajów. Ty tu żyjesz od urodzenia. Opowiesz nam o wsi? Ten najstarszy… Kwiecisz… On tu rządzi?
Skinął głową, niechętnie wchodząc w rolę przewodnika.
– Kwiecisz… to mój dziadek – powiedział cicho.
Spojrzeli po sobie ze zdumieniem.
– Dziadek? – powtórzyła.
– Tak. Tata od mamy. On tu jest najstarszy. On pierwszy się tu osiodłał. Gada z bogami. Jak powie, to wszyscy słuchają.
– A Rzepicha? Ta, która ciebie przyprowadziła?
– To babka, jego żona. Rządzi babami we wsi.
Robert odchrząknął, próbując sobie przypomnieć inne twarze.
– A inni? Masz jeszcze inną rodzinę?
Jego twarz natychmiast stężała.
– Dobrogost. Brat taty – rzucił krótko. Cisza, która zapadła, mówiła więcej niż słowa. Znów ten obojętny ruch ramionami. – On… mnie nie lubi. Bo on się z ojcem wadził. Mówi, że klątwa na nas. Że my źli.
– Nikt tobie nie pomagał? – szepnęła przerażona Agnieszka. – Nikt nie przychodził?
– Babka – odparł. – Przyniosła brukiew. Czasem… Bogumiła.
– Bogumiła? – zmarszczyła brwi. – Kto to taki?
– Siostra babki – mruknął. – Też przyniosła… kaszę.
– Bali się – powiedział to tonem stwierdzenia faktu, jakby mówił o pogodzie.– Że demon przyjdzie. Że ich też zabiję. Czekali.
Prostota tego wyznania uderzyła ich. Chłopiec kulił się w sobie, przypominając zwierzę nawykłe do razów. Wyciągnęła rękę, by go objąć, ale odsunął się gwałtownie. Dotknęła więc tylko jego przedramienia. Tyle musiał znieść.
– Już nie czekają – szepnęła. – Jesteśmy tutaj.
Adrenalina opadła, ustępując miejsca zmęczeniu. Słońce minęło zenit, a ich ciała domagały się wytchnienia. Zbyt wyczerpani, by wejść do środka, osunęli się pod ścianę chaty. Oparci plecami o szorstkie drewno i o siebie nawzajem, powoli zapadali w niebyt. Ich głowy opadły bezwładnie, ramiona stykały się, szukając resztek ciepła. Wyglądali nie jak ludzie śpiący, lecz jak porzucone lalki.
Chłopiec przyglądał im się przez chwilę, a potem wrócił do swoich zajęć.
Obudził ich chłód. Słońce zniknęło już za linią lasu, a świat pogrążał się w szarości. Zadrżała gwałtownie, próbując rozprostować zdrętwiałe nogi. Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła chłopca przed ogniskiem. Dokładał patyki. Płomień tlił się niemrawo, ale dawał ciepło.
Robert przetarł twarz dłońmi. Gorączka nieco spadła, ale słabość pozostała. Czuł się pusty w środku.
– Siekiera – wychrypiał. – Muszę oddać. Nie chcę stracić zaufania Kwiecisza.
– Poczekaj do jutra. Wyglądasz jak trup – zaprotestowała słabo.
– Właśnie dlatego muszę iść teraz. Żeby zobaczyli, że nie zdechliśmy.
Wziął narzędzie. Ważyło znacznie więcej niż wczoraj. Szedł przez wieś powoli, stawiając kroki z nienaturalną ostrożnością, by nie upaść na oczach mieszkańców. Każdy wstrząs echem odbijał się w czaszce.
Zastał go przed chatą, naprawiającego sieć. Starzec na jego widok zamarł. Jego dłonie zacisnęły się na sznurach.
– Kwieciszu – zatrzymał się trzy kroki od niego. Odetchnął ciężko. – Oddaję.
Podał siekierę trzonkiem do przodu. Starzec nie ruszył się. Jego oczy, bystre i podejrzliwe, omiatały bladą, spoconą twarz przybysza.
– Długo cię nie było – powiedział. Nie zadał pytania – rzucił oskarżenie
– Chorowaliśmy – przyznał, zbyt zmęczony, by kłamać. – Brzuchy. Ale już…
Starzec zerwał się, wykonując ręką gwałtowny gest odczyniający urok.
– Nie podchodź!
– Już po wszystkim… – spróbował podejść bliżej.
– Stój! – chwycił widły stojące pod ścianą, celując w niego. – Zostaw to! Tam! W pień wbij! I wynoś się!
Zrozumiał, że w oczach starca przestał być człowiekiem. Przeobraził się w nosiciela moru, dotkniętym przez demony.
– Jak chcesz – powiedział cicho.
Z wielkim wysiłkiem, wkładając w to resztki energii, wbił siekierę w dębowy kloc stojący na podwórzu. Ostrze weszło głęboko.
– Dziękuję – rzucił, choć zabrzmiało to sucho.
Odwrócił się i ruszył z powrotem, czując na plecach palący wzrok. Zaledwie minął furtkę, usłyszał za sobą trzask ryglowanych drzwi. Kwiecisz nie zabrał siekiery. Zostawił ją, jakby samo drewno mogło zarazić go śmiercią.
– No – mruknął pod nosem, uśmiechając się krzywo. – To tyle z integracji sąsiedzkiej.
Wrócił do chaty. Żona, oparta o ścianę, obserwowała krzaki za ich obejściem.
– Wiesz, co mnie bawi? – zapytała, gdy usiadł ciężko obok niej. W jej głosie pobrzmiewała siła i nowy, cyniczny ton. – Twój projekt sanitarny. Twoja latryna. – Wskazała ręką na zadeptaną, brudną ziemię wokół chaty.
– Natura nas wyśmiała. Zapaskudziliśmy wszystko dookoła jak zwierzęta. Tyle z naszej cywilizacji. Gówno i błoto. Takie tu panują zasady.
Oparł głowę o ścianę i przymknął oczy.
– A może… – szepnął – ten świat wcale nas nie zignorował. Może po prostu zadbał o to, byśmy odrzucili cały nasz bagaż. Bagaż arogancji. – Spojrzał na nią, w jego oczach, choć wciąż zmęczonych, malowała się trzeźwość. – Świat oczyścił nas… dogłębnie… bardzo dogłębnie i bardzo dokładnie z tego, co w sobie przynieśliśmy.
Uniosła brew, a potem roześmiała się krótko, śmiech szybko przeszedł w kaszel.
– Dogłębnie. Tego słowa mi brakowało. Okropny z ciebie człowiek. Ale… – spoważniała, patrząc na rosnące wokół zielska – mamy wokół siebie całą aptekę. Musimy tylko nauczyć się ją odczytywać.
– Przeżyliśmy – podsumował. – To jedyna reguła, która się liczy.
Chłód rósł, stając się nie do wytrzymania. Nie mieli wyboru. Wypełzli do wnętrza chaty. W półmroku barłóg wyglądał jeszcze bardziej odrażająco niż za dnia. Sterta futer, szmat i słomy, przesiąknięta zapachem choroby, starego dymu i brudu, budziła wstręt. Wiedzieli jednak, że muszą pogodzić się z rzeczywistością. Ich ciała potrzebowały ciepła, nawet jeśli bił od niego odór stęchlizny.
Opadli na cuchnące posłanie jak kłody.
Niemal natychmiast zapadła w gorączkowy, niespokojny sen.
Cisza. Idealna, sterylna cisza. Tylko delikatny szum systemów podtrzymujących życie.
Siedziała w mesie. Przez wielkie, panoramiczne okno wlewała się czerń kosmosu, nakrapiana diamentowym pyłem Drogi Mlecznej. W dole lśniła martwa, srebrna skorupa Księżyca.
Na blacie spoczywał talerz. Zbilansowana, beżowa papka i dwie syntetyczne kulki. Oszukują głód. Nie zjesz wszystkiego. Nie przytyjesz.
Papka mimo braku walorów estetycznych syciła i… smakowała. Głodna, sięgnęła łyżką w stronę talerza.
Łyżka uderzyła o glinianą misę w ognisku. Mieszała w niej szukając oporu. Szukając czegoś gęstego.
Łyżka przecinała tylko rzadką, brunatną wodę. Czuła jej smród.
Nabrała tę breję. Odwróciła się w bok.
– Masz, Robercie – szepnęła z czułością. – Musisz jeść.
Podsunęła łyżkę pod jego usta i zastygła przerażona.
Jego ciało wylewało się na boki, fałdy skóry zwisały ciężko, drżąc przy każdym ruchu. Dziwny, przezroczysty płaszcz, obnażał każdy zwał żółtego tłuszczu, każdą napęczniałą żyłę.
Uśmiechał się obleśnie. Jego policzki lśniły od tłuszczu. W wielkiej, pulchnej dłoni ściskał pieczone udko kurczaka. Wielkie, złociste, ociekające gorącym sosem.
Wbił zęby w mięso. Trzask wyrywanej skóry ogłuszał. Tłuszcz trysnął mu na brodę, spływając po fałdach brzucha.
Mlaskał głośno, patrząc jej prosto w oczy.
– No co? – zarechotał, a kawałki przeżutego mięsa wypadły mu z ust do jej miski. – Chciałaś zjeść na Ziemi wielki, tłusty, niezdrowy posiłek! – ryczał ze śmiechu, a jego opasły brzuch falował. – Żryj! Podsunął jej pod usta nadgryzione mięso. – Nie złapiesz SAGANa!
Otrząsnęła się gwałtownie, łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.
Senny omam pękł jak bańka mydlana, zostawiając po sobie tylko smród i zimno.
Obok niej leżał prawdziwy Robert. Blady jak ściana, zwinięty w kłębek. Jego ciałem wstrząsały dreszcze.
Dotknęła swojego brzucha. Czuła tylko pustkę i zapadnięte mięśnie. Zapach pieczonego kurczaka wciąż drażnił jej nozdrza, sprawiając fizyczny ból.
Z najciemniejszego kąta chaty obserwowały ją dwie pary oczu. Chłopiec nie spał. Leżał sztywno na samym skraju posłania, wciśnięty w ścianę, jak najdalej od nich. Widział, jak rzucała się przez sen, jak wykrzywiała twarz w niemym krzyku, jak dławiła się własnym oddechem. Nie widział jej snów. Widział, jak zmora usiadła jej na piersiach. Demon przyszedł po swoje. Chłopiec nasłuchiwał każdego jej świszczącego oddechu, gotów zerwać się i uciec w noc.
Witaj. :)
Przebiegłam szybko oczami. Dialogi nadal do poprawy – tu przykłady:
– Bogumiła? – zmarszczyła brwi. – Kto to taki?
– Kwieciszu – zatrzymał się trzy kroki od niego. Odetchnął ciężko. – Oddaję.
– Już po wszystkim… – spróbował podejść bliżej.
Masz strasznie dużo porównań z wyrazem “jak”, co mnoży niepotrzebnie powtórzenia.
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w dalszym pisaniu. :)
Pecunia non olet
przez ciebie nie mogę ruszyć do przodu. ciągle mnie cofasz do tego, co myślałem że skończyłem 
Super, lubię perfekcję![]()
a jaka ocena poza błędami technicznymi?
przez ciebie nie mogę ruszyć do przodu. ciągle mnie cofasz do tego, co myślałem że skończyłem
Oj, sorry… Rozumiem Cię doskonale. :) Każdy z nas żmudnie ćwiczy zapisy tych dialogów…
Super, lubię perfekcję
Ba! Kto jej nie lubi? :)
a jaka ocena poza błędami technicznymi?
Jest ok, nie wczytywałam się dokładnie, ale fabuła się rozkręca, super. ![]()
Tutaj nade wszystko zwracamy uwagę na technikalia. Jeśli usuniesz błędy, kolejni Czytelnicy będą mogli śledzić tylko treść. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)
Pecunia non olet